J.G. BallardMartwy czasprzełożyła Kaja Gucio
Bez ostrzeżenia, jak gdyby chcieli nas zmylić, japońscy wartownicy zniknęli z obozu. Stałem przy otwartej bramie z grupą współwięźniów i jak zahipnotyzowany patrzyłem na wyludnioną drogę, na zapuszczone kanały i pola ryżowe, które ciągnęły się z każdej strony aż po horyzont. Wartownia opustoszała. Dwaj japońscy strażnicy, którzy zwykle odprawiali mnie machnięciem ręki, gdy próbowałem sprzedać im papierosy, porzucili stanowiska i wraz z resztą żandarmerii wojskowej uciekli do koszar w Szanghaju. W pyle między słupkami bramy wciąż widniały odciski opon ich pojazdów.
Być może nawet taki ślad obecności Japończyków, którzy więzili nas przez trzy lata, wystarczył, by powstrzymać naszą grupkę przed przekroczeniem granicy i wejściem w cichy świat poza obozem. Staliśmy razem przy bramie, starając się doprowadzić zniszczoną odzież do względnego porządku, wsłuchani w odgłosy dziecięcych zabaw na terenie kompleksu. Za najbliższym blokiem mieszkalnym kilka kobiet rozwieszało poranne pranie, jak gdyby nigdy nic: kolejny dzień obozowego życia. A przecież wszystko się skończyło!
Byłem wprawdzie najmłodszy z nich - miałem zaledwie dwadzieścia lat - ale jakiś nagły impuls kazał mi wyjść na środek drogi. Gdy obróciłem się w stronę obozu, stwierdziłem, że pozostali mnie obserwują. Najwyraźniej oczekiwali, że zaraz padnie strzał. Jeden z nich, inżynier, który znał moich rodziców, zanim rozdzieliła nas wojna, podniósł rękę, chyba chcąc przywołać mnie z powrotem na bezpieczny grunt.
Znad pustego brzegu rzeki, o pół mili dalej, dobiegł nas nikły pomruk amerykańskiego samolotu. Leciał w naszym kierunku, nie więcej niż sto stóp nad polami, a młody pilot siedział pochylony nad maszynerią sterów i przyglądał się nam z góry. Chwilę później pozdrowił nas machnięciem skrzydeł i obrał kurs na Szanghaj.
Pokrzepiło to pozostałych, nagle więc wszyscy dołączyli do mnie, śmiejąc się i krzycząc, a potem ruszyliśmy razem drogą. Sześćset jardów dalej znajdowała się chińska wioska, częściowo przysłonięta wyżłobionymi przez wodę garbami kopców pogrzebowych, które usypano na ziemnych groblach rozdzielających pola. Do obozu dotarły już spore ilości piwa ryżowego. Najwyraźniej, choć tacyśmy byli ostrożni, ktoś zdążył wyjść z obozu przed nami. Tydzień wcześniej, tuż po ogłoszeniu kapitulacji Japonii, grupa marynarzy ze statku handlowego przedostała się przez ogrodzenie za blokiem i pieszo pokonała osiem mil do Szanghaju. Tam zatrzymali ich japońscy żandarmi, a po dwóch dniach odesłali ciężko pobitych do obozu. Jak dotąd wszystkich, którzy dotarli do Szanghaju - szukając krewnych, jak ja, czy też próbując dopilnować swoich spraw - spotkał ten sam los.
Idąc w stronę wioski, zerkając co jakiś czas za siebie na zarys obozu, dziwaczny z tej perspektywy, przyglądałem się polom i kanałom po obu stronach drogi. Niezależnie od wszystkich komunikatów radiowych wciąż nie byłem pewien, czy wojna się skończyła. Przez ostatni rok, nawet już się z tym za bardzo nie kryjąc, słuchaliśmy radioodbiorników przemyconych do obozu i na bieżąco śledziliśmy poczynania wojsk amerykańskich na Pacyfiku. Dotarły do nas szczegółowe relacje z ataków atomowych - od Nagasaki dzieliło nas niewiele ponad pięćset mil - oraz wygłoszone tuż potem wezwanie cesarza do kapitulacji. Jednak w naszym obozie, osiem mil na wschód od Szanghaju, u ujścia rzeki Jangcy, niewiele się zmieniło. Po niebie krążyły bezkarnie liczne amerykańskie samoloty, które nie uczestniczyły już w działaniach ofensywnych, ale szybko zauważyliśmy, że żaden nie lądował na wojskowym lotnisku przylegającym do naszego obozu. Topniejące, ale wciąż pokaźne oddziały japońskie były istotnym elementem krajobrazu, patrolowały teren lądowiska, linie kolejowe i drogi do Szanghaju. Żandarmeria wojskowa nadal strzegła obozu, jak gdyby miało to zagwarantować, że pozostaniemy w nim uwięzieni także po nastaniu pokoju, a od dwóch tysięcy internowanych wartownicy trzymali się w zasadzie na taki sam dystans, jak dotychczas. Paradoksalnie jedyną pozytywną oznaką było to, że od czasu obwieszczenia cesarza nie dostarczono nam żywności.
Głód był zresztą głównym powodem, dla którego opuściłem obóz. W zamieszaniu po Pearl Harbor japońskie władze okupacyjne zabrały mnie od rodziców i internowały w ośrodku w centrum Szanghaju, przeznaczonym dla mężczyzn z krajów alianckich. Półtora roku później, gdy rozpoczęły się amerykańskie bombardowania, ośrodek zamknięto, a więźniów przydzielono na chybił trafił do kilku dużych obozów dla rodzin z dziećmi na terenach wokół Szanghaju. Moi rodzice i młodsza siostra spędzili wojnę w jednym z takich miejsc, ponad dwadzieścia mil na zachód od miasta. Najpewniej znajdowali się w równie fatalnym położeniu co ja, ale wierzyłem, że gdy do nich dotrę, wszystko będzie dobrze.
- Wygląda na to, że już ich nie ma. Pewnie przez noc spakowali manatki i się wynieśli.
Przy wejściu do wioski mężczyzna idący obok mnie, właściciel warsztatu samochodowego z Szanghaju, wskazał opuszczone domy. Łapiąc oddech po forsownym marszu, rozglądaliśmy się po pustych zaułkach i pozamykanych na głucho oknach. Ani jednego Chińczyka, chociaż jeszcze poprzedniego popołudnia robili niezłe interesy z grupkami internowanych z obozu, wymieniając piwo ryżowe na zegarki, buty i wieczne pióra.
Gdy reszta się naradzała, ruszyłem do zrujnowanej wytwórni ceramiki na obrzeżach wioski. Amerykanie wielokrotnie bombardowali zakład, być może kierując się przeświadczeniem, że tamtejsze piece to jakaś instalacja wojskowa. Kilka budynków wciąż stało, ale dziedzińce usłane były tysiącami odłamków rozbitych naczyń. Wyglądały niesamowicie, jakby posortowano je na kategorie zastawy stołowej. Stąpałem po dywanie z porcelanowych łyżek do zupy, aż nazbyt świadom, że jedyny dźwięk w całym tym krajobrazie dobiega spod moich stóp.
To, że mieszkańcy wioski zniknęli tak nagle, po wszystkich trudach wojny, mogło oznaczać jedynie, że przestraszyli się czegoś, co miało się wydarzyć w najbliższej okolicy. W ostatnim roku przylgnęli do naszego obozu, przez drut kolczasty sprzedawali nam po kilka jajek, a później, kiedy sami zaczęli głodować, próbowali sforsować ogrodzenie, żeby kraść pomidory i rośliny okopowe, które więźniowie uprawiali na każdym skrawku wolnej ziemi. Swego czasu zwerbowaliśmy japońskich strażników do pomocy przy wzmacnianiu drutu, żeby odgrodzić się od złodziei. Przez ostatnie miesiące krąg głodujących lub schorowanych starszych wieśniaków przed bramą obozu - nikt nie został wpuszczony, ani tym bardziej nakarmiony - powiększał się każdego dnia.
Teraz jednak, o dziwo, nie było po nich śladu. Kiedy wróciłem z terenu fabryki, moi towarzysze dyskutowali właśnie o tym, jak najlepiej dostać się przez pola do Szanghaju. Przeszukali kilka domów i siedzieli teraz na stosach rozbitych naczyń, popijając z butelek piwo ryżowe. Przypomniałem sobie plotki, jakoby przed kapitulacją Japończycy planowali wymordować uwięzionych cywili.
Spojrzałem na drogę powrotną do obozu, świadom tego, jak osobliwie mieszają się tu bezbronność z bezpieczeństwem. Wyglądało to tak, jakby wieża ciśnień i trzypiętrowe betonowe bloki wyrastały z rzędów kopców pogrzebowych. W obozie mieściło się wcześniej chińskie gimnazjum. Przywieziono nas tam po zmroku i dopiero teraz oglądałem je od zewnątrz, pierwszy raz znalazłem się też w pustym krajobrazie wokół obozu, stanowiącym przez te wszystkie lata integralną część mojego życia.
Przysłuchiwałem się coraz bardziej chaotycznym dyskusjom moich towarzyszy. Oprócz inżyniera i właściciela warsztatu samochodowego w skład grupy wchodziło dwóch australijskich marynarzy i barman z hotelu. Byłem już pewien, że nie mają pojęcia o czekających ich niebezpieczeństwach i że póki z nimi pozostanę, nie dotrę do rodziców. Mieli tylko jeden zamiar: upić się w każdej z rozlicznych wiosek dzielących nas od Szanghaju.
Jednak pięć minut po tym, jak, zostawiwszy ich, wyruszyłem w drogę powrotną do obozu, dobiegły mnie odgłosy silnika japońskiej ciężarówki wojskowej. Jechała za mną od strony wioski. Uzbrojeni żandarmi, oparci o ścianę szoferki, pilnowali moich pięciu dotychczasowych towarzyszy, którzy siedzieli w dwu rzędach na skrzyni ładunkowej. Twarze mieli blade i pozbawione wyrazu, jak u ludzi nagle zbudzonych ze snu. Tylko jeden z nich, australijski marynarz, podniósł wzrok znad skrępowanych nadgarstków i wpatrywał się we mnie, jakby zupełnie nie wiedział, kim jestem.
Szedłem dalej, ale ciężarówka zatrzymała się przede mną. Żaden z żołnierzy nie odezwał się do mnie ani nawet gestem nie nakazał mi wsiąść, a ja już wiedziałem, że nie odwiozą nas do obozu.
Ogarnęło mnie nagłe przeczucie śmierci, nie własnej, ale wszystkich wokół mnie.
Kolejne trzy dni spędziliśmy w koszarach żandarmerii przy lotnisku wojskowym, gdzie umieszczono około setki członków załóg samolotów alianckich, zestrzelonych podczas bombardowania Szanghaju, co miało odpędzić amerykańskie eskadry od hangarów i pasów startowych. Ku mojej uldze nie traktowano nas źle. Japończycy siedzieli bezczynnie i nie okazując nam już żadnego zainteresowania, wpatrywali się melancholijnie w amerykańskie samoloty, które bez końca przemierzały niebo. Do obozu zrzucano już zaopatrzenie. Z okna celi widzieliśmy kolorowe czasze spadochronów chyboczące się w powietrzu obok wieży ciśnień.
Najwyraźniej wojna się skończyła, a kiedy sierżant żandarmerii wypuścił nas z celi i kazał iść na plac koszarowy, przyjąłem za pewnik, że zaraz otworzą bramy lotniska i nas wypuszczą. Tymczasem zostaliśmy wsadzeni do tej samej ciężarówki, która nas tu przywiozła, i zabrani pod strażą do pobliskiej stacji kolejowej, która służyła jako magazyn wojskowy na linii Szanghaj-Nankin.
Pierwszy zeskoczyłem z ciężarówki i rozejrzałem się po zrujnowanych budynkach stacji, w pełni świadom, że od dwu miesięcy nie zatrzymał się tu żaden pociąg. Nie licząc samolotów na niebie, krajobraz był równie pusty jak w dniu naszej nieudanej ucieczki. Wszędzie dookoła znać było ślady wojny - rdzewiejące ciężarówki, pole ryżowe zamienione w wysypisko zużytych opon, ciąg rowów przeciwpancernych do połowy wypełnionych wodą, biegnących ku położonemu na uboczu niewielkiemu stadionowi piłki nożnej, a przy wejściu na stację blokhauz pookładany nieszczelnymi workami z piaskiem. Ale Chińczyków nie było, jakby w końcu postanowili zostawić nas na pastwę losu, nie dbając o to, jaki bezsensowny cel sobie obierzemy.
- Chyba mamy zagrać mecz - krzyknął jeden z australijskich marynarzy do pozostałych, gdy szliśmy za trzema strażnikami w stronę stadionu.
- To pewnie jakaś akcja dla Czerwonego Krzyża - dodał ktoś inny. - Po wszystkim trzeba dopilnować, żeby zabrali nas z powrotem do obozu.
Ale ja zdążyłem już zobaczyć wnętrze stadionu i wiedziałem, że cokolwiek się tam wydarzy, na pewno nie będzie miało związku z piłką. Betonowym tunelem wyszliśmy na boisko, czyli na połać żółknącej trawy, pośrodku której stały dwie ciężarówki. Japończycy wykorzystywali część pustych trybun jako skład towarów, a kilku żołnierzy patrolowało miejsca ponad nami, pilnując czegoś, co wyglądało na stertę zrabowanych mebli. Grupa wojskowych w eleganckich mundurach czekała przy ciężarówkach, aż podejdziemy. Na ich czele stał młody tłumacz, Euroazjata w białej koszuli.
Zbliżając się do nich, nie odrywaliśmy wzroku od stóp. Na zniszczonej murawie spoczywało około pięćdziesięciu ciał, w równych rzędach, jakby ułożono je z ogromną starannością i troską. Wszystkie były ubrane i zwrócone nogami w naszą stronę, z rękami po bokach, a z bladości ich twarzy wywnioskowałem, że, kimkolwiek byli, ludzie ci umarli całkiem niedawno. Zatrzymałem się przy młodej zakonnicy w habicie i welonie, której usta dopiero zaczęły wykrzywiać się w śmiertelny grymas. Wokół niej, niczym owieczki z jej stadka, leżała trójka dzieci, z główkami zwróconymi w jedną stronę, jak gdyby tuż przed śmiercią zasnęły.
Mijaliśmy zwłoki powoli, pod czujnym okiem japońskich żołnierzy i młodego tłumacza, a także wartowników pilnujących mebli na trybunach. Poza dwojgiem Chińczyków w średnim wieku, którzy leżeli obok siebie i mogli być małżeństwem, wszyscy pozostali pochodzili z Europy i Ameryki, a po znoszonych butach i odzieży widać było, że, podobnie jak my, byli internowani. Minąłem rosłego, rudowłosego mężczyznę w brązowych szortach z raną od kuli w klatce piersiowej i starszą kobietę we wzorzystej sukience, która została postrzelona w szczękę, lecz żadne z pozostałych ciał, przynajmniej na pierwszy rzut oka, nie zdradzało śladów przemocy.
Ze dwadzieścia stóp przede mną jeden z japońskich żołnierzy przy ciężarówkach poruszył karabinem. Moi towarzysze za mną mimowolnie się cofnęli. Właściciel warsztatu potknął się i oparł o mnie, na moment chwytając za ramię. Wsłuchiwałem się w ryk silnika amerykańskiego samolotu nad nami, spotęgowany przez betonową czaszę stadionu. To, że dziesięć dni po zakończeniu wojny zostaniemy rozstrzelani tutaj, na oczach naszych wybawców, zakrawało na szaleństwo, ale byłem już pewien, że nie zginiemy. Znów jednak ogarnęło mnie to samo przeczucie śmierci, które z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu pojawiło się przed aresztowaniem.
Odezwał się japoński oficer w narzuconym na mundur krótkim płaszczu przeciwdeszczowym. Zauważyłem, że stoi obok stolika, na którym znajdowały się dwa wiklinowe koszyki z butelkami sake i gotowanym ryżem zawiniętym w liście. W mojej głowie zjawiła się kuriozalna myśl, że ten człowiek zaraz wręczy mi nagrodę.
Podszedł do mnie Euroazjata w białej koszuli. Twarz miał równie beznamiętną jak Japończycy. Bez wątpienia zdawał sobie sprawę, że z chwilą przybycia sił Kuomintangu jego własne życie dobiegnie końca, tak jak życie pięćdziesięciu osób leżących na murawie stadionu.
- Nic ci nie jest? - zapytał mnie. Po chwili milczenia skinął głową japońskiemu oficerowi. Potem, jakby po namyśle, dodał: - Ciężarówkę umiesz prowadzić?
- Tak...
Pod okiem uzbrojonych Japończyków żadna inna odpowiedź nie miałaby sensu. Prawdę mówiąc, od wybuchu wojny nie prowadziłem żadnego pojazdu, a i wcześniej tylko ojcowskiego plymoutha.
- Pewnie, że umiemy. - Właściciel warsztatu otrząsnął się i dołączył do nas. Spojrzał na czterech towarzyszy, których oddzielał od nas szlak trupów. - Obaj potrafimy prowadzić, a ja jestem doświadczony mechanik. Co to za ludzie? Co im się stało?
- Potrzebni nam dwaj kierowcy - odparł tłumacz. - Wiecie, gdzie jest cmentarz protestancki w Suzhou?
- Nie, ale go znajdziemy.
- Dobrze. To tylko sześćdziesiąt mil, cztery godziny jazdy, a potem jesteście wolni. Zabierzecie tych ludzi na cmentarz protestancki.
- W porządku. - Właściciel warsztatu znów chwycił mnie za ramię, tym razem po to, bym przypadkiem nie zmienił zdania, choć i tak nie miałem najmniejszego zamiaru. - Ale co im się wszystkim stało?
Tłumacz jakby stracił zainteresowanie. Japońscy żołnierze już opuszczali tylne klapy skrzyń ładunkowych.
- Różnie - powiedział, gładząc swoją białą koszulę. - Jakieś choroby, amerykańskie naloty...
Godzinę później załadowaliśmy pięćdziesiąt ciał na dwie ciężarówki i po próbnym okrążeniu stadionu ruszyliśmy w drogę do Suzhou.
Ilekroć wspominam te pierwsze kilka godzin wolności, gdy tak jechaliśmy przez opustoszały krajobraz, piętnaście mil na południowy wschód od Szanghaju, uderza mnie, jak łatwo przyszło nam zapomnieć o pasażerach, którym tę wolność zawdzięczaliśmy. Rzecz jasna ani Hodson, właściciel warsztatu, ani ja nie mieliśmy zamiaru jechać do Suzhou. Kiedy w sześciu ładowaliśmy ostatnie zwłoki na skrzynię, widziałem po jego zachowaniu, że miał tylko jedną ambicję: skręcić w pierwszą drogę do Szanghaju i porzucić ciężarówkę wraz z ładunkiem w bocznej uliczce - ewentualnie, w nagłym przypływie człowieczeństwa, pod szwajcarską ambasadą. Właściwie najbardziej obawiałem się, że Hodson i mnie zostawi na pastwę pierwszego lepszego japońskiego patrolu, nim zdążę opanować toporny układ kierowniczy i skrzynię biegów.
Na szczęście załadunek ciał wyczerpał nas do tego stopnia, że Japończycy nie zauważyli, jak nieudolnie próbowałem uruchomić silnik i zapanować nad ciężarówką, więc już po pół godzinie jechałem za Hodsonem, utrzymując stałą odległość pięćdziesięciu jardów. Oba pojazdy miały na szybach i błotnikach naklejki wojskowe, pewnie by zagwarantować nam przejazd, gdybyśmy napotkali jakieś japońskie jednostki. Dwa razy minęliśmy pluton żołnierzy siedzących z plecakami i karabinami na torach kolejowych, w oczekiwaniu na pociąg, który nigdy nie nadjedzie, ale poza tym krajobraz pozostawał pusty, nie było widać ani jednego Chińczyka. Niemniej Hodson na wszelki wypadek jechał do Suzhou trasą zaznaczoną na mapie drogowej od tłumacza.
Co do mnie, nie przeszkadzało mi bynajmniej, że okrążamy Szanghaj, bo nie uśmiechała mi się jazda załadowaną trupami ciężarówką przez centrum miasta po drodze do obozu rodziców. Minąwszy zachodnie przedmieścia, zamierzałem skręcić z drogi do Suzhou na północ, przekazać pojazd do pierwszego alianckiego punktu dowodzenia - odzyskana dopiero co wolność przekonała mnie, że po południu wojna wreszcie się skończy - i przebyć ostatni, krótki etap podróży na piechotę.
Na myśl o tym, że po tylu latach rozłąki dosłownie za kilka godzin zobaczę rodziców, kręciło mi się w głowie. Przez trzy dni pobytu w koszarach żandarmerii nie dano nam prawie nic do jedzenia, a teraz skubałem rozgotowany ryż z wiklinowego koszyka na siedzeniu obok. Nawet widok trupów, których stopy i twarze wyłaniały się spod plandeki ciężarówki Hodsona, nie odebrał mi apetytu. Przenosząc ciała na wozy, od razu zauważyłem, że większość zmarłych była dobrze odżywiona, o wiele lepiej niż ktokolwiek z nas w obozie. Prawdopodobnie więziono ich w jakimś specjalnym ośrodku dla internowanych, który pechowo znalazł się w zasięgu amerykańskich bombardowań.
Jednocześnie brak, poza nielicznymi wyjątkami, jakichkolwiek ran czy śladów przemocy sugerował inne niepokojące ewentualności - na przykład nagły wybuch epidemii, powiedzmy dżumy. Prowadziłem jedną ręką, a drugą jadłem ryż. Zdjąłem też nogę z ciężkiego pedału gazu, zwiększając nieco odległość dzielącą mnie od Hodsona. Nie przejmowałem się jednak zbytnio zwłokami. W naszym obozie i w jego sąsiedztwie zmarło już zbyt wielu ludzi. Załadunek ciał na ciężarówki pozwolił mi nabrać dystansu. Zajmowanie się tymi wszystkimi trupami, ciągnięcie za sztywniejące ręce i nogi, przepychanie pośladków i barków przez tylną klapę przypominało przeciągłe zapasy z grupą obcych, wymuszoną intymność, która zwalniała mnie z wszelkich przyszłych relacji i zobowiązań.
Godzinę po wyjeździe ze stadionu, kiedy przejechaliśmy już z dziesięć mil, Hodson zaczął zwalniać, a jego ciężarówka toczyła się po wyboistej drodze w tempie niewiele szybszym od spacerowego. Jakieś pół mili od rzeki znaleźliśmy się na rozlewisku mętnej, brunatnej wody. Otaczały nas zewsząd zaniedbane rowy melioracyjne i podtopione pola uprawne, a droga przerodziła się właściwie w ciąg wąskich grobli. Chłopi, po których nie został nawet ślad, przez lata usypywali kopce pogrzebowe na poboczach, a z wymytej deszczem ziemi wystawały teraz tanie trumny, niczym szuflady splądrowane przez wojenną zawieruchę. Po drugiej stronie pola widziałem zaporę z zatopionych frachtowców, blokującą rzekę, ich kominy i nadbudówki wyłaniały się sponad wezbranej wody. Minęliśmy kolejną opuszczoną wioskę, a potem zieloną skorupę zestrzelonego przez Amerykanów samolotu zwiadowczego.
Kilka metrów przede mną podskakiwała na wybojach ciężarówka Hodsona, a ciała leżące na skrzyni kiwały energicznie głowami, jakby zgadzając się co do jakiejś kwestii we wspólnym śnie. Po chwili Hodson zatrzymał się i wyskoczył z szoferki.
Rozłożył mapę na masce mojego samochodu i pokazał mi szeroki kanał, którego trzymaliśmy się przez ostatnie dziesięć minut.
- Do głównej drogi trzeba przejechać na drugą stronę. Gdzieś przed nami jest most śluzowy. Mały, może go nie zbombardowali.
Mocarnymi dłońmi zaczął zrywać naklejki z błotników i przedniej szyby mojego auta. Był wprawdzie wychudły i niedożywiony, ale biły od niego siła i agresja. Najwyraźniej powrót za kierownicę dodał mu pewności siebie. Jasne było, że po drodze raczył się obficie sake z butelki.
Schylił się, sięgnął pod tylną klapę ciężarówki i pomacał oponę wewnętrznego lewego koła. Już wcześniej, gdy dotarliśmy do kanału, zwróciłem uwagę na przechył pojazdu.
- Cholera, robi się kapeć, a nie mamy zapasowej.
Wstał, przez chwilę spoglądał na tylną część auta, po czym jednym ruchem odrzucił plandekę, niczym celnik odsłaniający podejrzany ładunek. Pokiwał głową, jakby sam do siebie, i przyjrzał się ciałom, ułożonym jedno na drugim.
- No dobrze, odpoczniemy tutaj i zjemy resztę prowiantu, a potem poszukamy mostu. Ale najpierw ułatwmy sobie zadanie.
Zanim zdążyłem się odezwać, chwycił jedno z ciał za ramiona. Wyszarpnął je spod współtowarzyszy i wrzucił do kanału głową w dół. Po kilku sekundach zwłoki piegowatego mężczyzny po trzydziestce wynurzyły się z brązowej wody i powoli popłynęły między trzcinami.
- Dobra, teraz zakonnica. - Gdy ją wyciągał, krzyknął przez ramię: - Ty zajmij się swoimi. Na wszelki wypadek kilka zostaw.
Po dziesięciu minutach siedzieliśmy z butelkami sake na brzegu kanału, a w wodzie pływało ze dwadzieścia trupów, które prąd powoli znosił coraz dalej od nas. Ściąganie ich z auta wyczerpało mnie niemal do cna, ale pierwsze łyki sake były ożywcze i prawie tak odurzające jak tamten gotowany ryż. Nie przejmowałem się już tym, jak brutalnie pozbyliśmy się pasażerów - choć, co ciekawe, kiedy stałem przy tylnej klapie, wywlekając ciała na ziemię, dotarło do mnie, że dokonuję swoistej selekcji. Zostawiwszy trójkę dzieci i kobietę w średnim wieku, zapewne ich matkę, wrzuciłem do wody parę Chińczyków i staruszkę z przestrzeloną szczęką. Wszystko to jednak nie miało znaczenia. Liczyło się tylko to, by dotrzeć do rodziców. Wiedziałem, że Japończykom wcale nie zależy na dostarczeniu ciał na cmentarz protestancki w Suzhou - obecność dwóch zakonnic zdradzała, że to tylko pretekst, by pozbyć się kłopotu, zanim na lotnisku pojawią się Amerykanie.
Hodson spał obok swojego samochodu. Butelka po sake podążała już kanałem w ślad za zwłokami. Rzuciłem w nią kilka razy kamieniem, a potem przez godzinę obserwowałem smugi ciągnące się na niebie za amerykańskimi samolotami, z coraz większym optymizmem myśląc o przyszłości i o tym, że jeszcze tego samego popołudnia zobaczę rodziców i siostrę. Wrócimy do naszego domu w Koncesji Francuskiej. Ojciec znów otworzy firmę maklerską, a mnie na pewno wyszkoli na asystenta. Po latach wojny i niedostatku Szanghaj raz jeszcze zatętni życiem... Wszystko wróci do normy.
To rozmarzenie podtrzymywało mnie na duchu aż do chwili, gdy ocknął się Hodson i wciąż zaspany wgramolił się z powrotem do szoferki, a potem wyruszyliśmy w drogę lżejszymi ciężarówkami. Znów zaczął mi doskwierać głód i pożałowałem, że zjadłem cały przydział ryżu, tym bardziej, że Hodson wyrzucił swój do kanału. Z zamyślenia wyrwały mnie krzyki Hodsona. Wskazywał na most ze śluzą jakieś sto jardów przed nami.
Gdy tam dotarliśmy, okazało się, że nie tylko my mamy ochotę się przeprawić.
Na podjeździe stał japoński samochód patrolowy w maskujących barwach; nikt nie pilnował lekkiego karabinu maszynowego. Nim się zatrzymaliśmy, trzech członków załogi zdążyło wejść na most. Próbowali zamknąć śluzę, nad którą mieliśmy przejechać. Na nasz widok dowodzący oddziałem sierżant podszedł bliżej i przyjrzał się nielicznym naklejkom, których Hodson nie zdarł z naszych aut. Wysiedliśmy, by odczekać, aż dowódca w milczeniu sprawdzi zawartość skrzyń. Powiedział do Hodsona kilka słów po japońsku i gestem nakazał nam ruszyć.
Zerknąwszy w dół, od razu zorientowaliśmy się, co blokuje most i uniemożliwia zamknięcie śluzy. Przy otworach tłoczyło się kilkanaście ciał, które przed godziną wrzuciliśmy do kanału. Leżały razem jak materace, z nogami zarzuconymi na ręce - niektóre zwrócone twarzą w dół, inne wpatrzone w niebo.
Wstrząsnęło mną to, że każde z nich rozpoznaję. Wróciło przeczucie śmierci - jednak nie mojej ani tych topielców - tak częste w ostatnich dniach. Spojrzałem na Hodsona i trzech Japończyków, jak gdybym spodziewał się, że natychmiast zaspokoją tę podświadomą potrzebę.
- Czego oni chcą?
Hodson spierał się ostro z japońskim sierżantem, który z jakiegoś powodu zaczął na mnie teraz krzyczeć nagłym falsetem. Być może zorientował się, że z nas dwóch to ja prędzej wypełnię jego polecenia. Patrzyłem na jego twarz i kanciaste barki, na nadgarstki niewiele szersze od patyków, doskonale zdając sobie sprawę, że jest równie głodny jak ja.
- Chyba chcą, żebyśmy wyciągnęli tamtych - wyjaśniłem Hodsonowi. - Inaczej nas nie przepuszczą. Wiedzą, że to my wrzuciliśmy ich do wody.
- Na litość boską... - Zirytowany Hodson przecisnął się przez grupkę Japończyków i zszedł niezdarnie na brzeg kanału. Stojąc po pas w wodzie, zaczął przebierać wśród ciał silnymi rękami. - A oni nie zamierzają pomóc? - zawołał ze złością, gdy Japończycy nie ruszyli się z miejsca.
Nie trzeba dodawać, że ciała musieliśmy wyciągnąć sami. Leżały potem na brzegu niczym grupa wyczerpanych kąpielowiczów, o dziwo wyglądając przy tym, jakby przeprawa kanałem dodała im sił. Woda zmyła krew z rany na szczęce staruszki i po raz pierwszy dostrzegłem w niej wyraźny ślad osobowości. Promienie słoneczne oświetliły szereg wilgotnych twarzy, odsłonięte dłonie i kostki.
- No dobra, teraz możemy się już przeprawić - powiedział Hodson, spoglądając na swoje przemoczone spodnie, gdy Japończycy zamykali wrota śluzy. - Zabierajmy się stąd. Zostawimy ich tutaj.
Wpatrywałem się w twarz starszej kobiety, wyobrażając sobie, że coś mi opowiada, może o dzieciństwie w Anglii albo o wieloletniej pracy misyjnej w Tiencin. Obok niej mokry habit młodej zakonnicy nabrał barwy niemal upiornej czerni, która przydawała jej białym dłoniom i twarzy niezwykłego blasku. Już miałem dołączyć do Hodsona, gdy zauważyłem, że Japończycy również wpatrują się w zmarłych. Widziałem tylko ich przemożny głód, jakby gotowi byli zostać moimi pasażerami.
- Uważam, że trzeba ich wsadzić z powrotem na ciężarówki - powiedziałem do Hodsona. Na szczęście zanim zdążył zaoponować, podszedł do nas sierżant i pistoletem nakazał zabrać się do pracy.
Hodson pomógł mi załadować pierwsze dziesięć ciał na skrzynię. Potem, nie mogąc dłużej opanować gniewu, zabrał z kabiny butelkę sake, odepchnął Japończyków i wsiadł do swojej ciężarówki. Krzyknął coś do mnie, wjechał na most i ruszył przeciwległym brzegiem kanału.
Przez kolejne godziny ładowałem samochód, odpoczywając kilka minut po starannym ułożeniu każdego z ciał. Wyciąganie ich na brzeg i wnoszenie na ciężarówkę wymagało nie lada wysiłku, po wszystkim więc przez dziesięć minut siedziałem w szoferce, całkiem wyczerpany. Uruchomiłem silnik i wjechałem ze swoim ciężkim ładunkiem na most, a Japończycy przyglądali mi się bez słowa.
Na szczęście szybko ożywił mnie gniew na Hodsona. Zacisnąłem dłonie na kierownicy i z czołem na przedniej szybie prowadziłem przeładowany samochód po nierównej drodze brzegiem kanału. To, że zabrał moją sake, nie miało najmniejszego znaczenia, ale że zostawił mnie z większością trupów, bez mapy w tym podtopionym labiryncie... Niespełna pół mili za stanowiskiem Japończyków ogarnęła mnie pokusa, żeby wrzucić kilkanaście ciał - miałem w głowie wyraźny obraz tych, które należały do Hodsona, nie do mnie - z powrotem do wody. Tylko zakonnicy i tamtej starszej kobiecie pozwoliłbym się ze mną zabrać. Wiedziałem jednak, że jeśli teraz się zatrzymam, stracę szanse na dogonienie Hodsona.
Przed sobą, ponad polami nieściętej trzciny cukrowej, widziałem słupy i sterczący drut telegraficzny wzdłuż jednej z głównych dróg do Szanghaju. Parłem więc dalej w tamtym kierunku, a samochodem szarpało na piaszczystej nawierzchni. Z tyłu za mną rozgrywała się jakaś wielka kotłowanina, ciała waliły głowami o burty skrzyni. Minęło południe, a kabinę wypełnił intensywny, lecz nie do końca przykry smród. Choć jego źródło było oczywiste, wydawało się, że podcina go i potęguje woń mojego własnego ciała, jakby głód i wyczerpanie stały się katalizatorami rozkładu. Ciężarówkę opadły roje much, oblepiając od zewnątrz szybę za moimi plecami, tak że nie widziałem, czy Japończycy jadą za mną transporterem. Wciąż pamiętałem, z jak głębokim przygnębieniem przyglądali się mojemu odjazdowi, i niemal ogarnął mnie żal, że nie zabrałem ich ze sobą. Nie byłem bynajmniej ich więźniem; to raczej oni zdawali się przynależeć do wiezionych przeze mnie ciał.
Zanim dotarłem do głównej drogi do Szanghaju, zagotowała się chłodnica i straciłem pół godziny, czekając, aż ostygnie. Chcąc odciążyć silnik, postanowiłem wyrzucić zwłoki z ładunku Hodsona. Nie miałem już najmniejszej szansy go dogonić, a niemal na pewno pędził teraz przedmieściami Szanghaju, by rzucić okiem na swój warsztat. Musiałem samemu odnaleźć drogę do obozu rodziców.
Wdrapałem się na skrzynię i przecisnąłem między spiętrzonymi ciałami. Patrząc na żółknące twarze u moich stóp, zdałem sobie sprawę, że rozpoznaję prawie wszystkich - zakonnice i chińską parę, staruszkę i trójkę dzieci, szczupłego młodzieńca w moim wieku z amputowaną lewą ręką, ciężarną kobietę, na oko dwudziestoparoletnią, która w nieokreślony sposób przypominała mi siostrę. Należeli do mojego stadka, natomiast intruzi Hodsona byli wyraźnie odrębni, jak członkowie wrogiego klanu. Ich przywódcą był bez wątpienia drobny, starszy mężczyzna o zszarzałym, małpim ciele z obnażoną klatką, którego bystre oczy zdawały się śledzić mnie przez cały dzień, gdy na przemian to wciągałem go na ciężarówkę, to zdejmowałem.
Schyliłem się, żeby chwycić go za ramiona, ale z jakiegoś powodu nie mogłem go dotknąć. Znów, kolejny już raz, ogarnęło mnie przeczucie śmierci, otaczało mnie zewsząd - czaiło się w przydrożnym kanale, na polach trzciny cukrowej i w odległych drutach telegraficznych, a nawet w huku amerykańskiego samolotu wysoko na niebie. Tylko ja i pasażerowie tej ciężarówki byliśmy na nią odporni.
Próbowałem podnieść kolejne zwłoki, ale i tym razem ręce odmówiły mi posłuszeństwa i znów powróciło uczucie, że coś nas otacza, niczym druciana siatka wokół obozu. Patrząc, jak muchy pełzają mi po dłoniach i po twarzach ciał u moich stóp, pomyślałem z ulgą, że już nigdy nie będę musiał się spośród nich wyróżniać. Plandekę wyrzuciłem do kanału, żeby powietrze swobodnie owiewało ich twarze, gdy będziemy jechać dalej. Kiedy silnik ostygł, napełniłem chłodnicę wodą z kanału i ruszyłem na zachód.
Nie zdziwiło mnie wcale, gdy godzinę później natknąłem się na ciężarówkę Hodsona i mogłem uzupełnić skład moich pasażerów.
Nigdy nie doszedłem, co stało się z Hodsonem. Jego porzucone auto znalazłem na piątej mili przy drodze do Szanghaju, przy japońskiej blokadzie, po dwóch kolejnych postojach na schłodzenie silnika. W świetle popołudniowego słońca nawierzchnia szosy zdawała się usiana złotymi plamkami, punkcikami blasku tysięcy łusek po nabojach. Japończycy stoczyli tu zaciętą walkę, być może z jakimś natrętnym patrolem sił Kuomintangu. Pasy i puste skrzynki po amunicji leżały w rowie przeciwczołgowym wykopanym w poprzek drogi. Nie mogąc ominąć tej przeszkody, Hodson prawdopodobnie ruszył dalej pieszo.
Zatrzymałem się obok porzuconej ciężarówki i wsłuchałem w ciężki łoskot silnika mojego auta w wyludnionym otoczeniu. Sto jardów za mną wąska ścieżka wiodła przez pole trzciny cukrowej na zachód i przy odrobinie szczęścia mogłem dotrzeć nią nieco dalej, okrążając Szanghaj.
Najpierw jednak musiałem zabrać dodatkowych pasażerów. W tamtej chwili, gdy przenosiłem kilkanaście ciał z samochodu Hodsona i układałem je na własnym, niejednokrotnie przychodziło mi do głowy, żeby zrezygnować z całego przedsięwzięcia i ruszyć pieszo za Hodsonem. Lecz kiedy skręciwszy z drogi, sunęliśmy ścieżką wśród pól trzciny cukrowej, ukoiło mnie osobliwe wrażenie, że w końcu wszyscy jesteśmy razem, poczułem się niemal bezpiecznie w obecności swojej "rodziny". Nie opuszczało mnie zarazem pragnienie, by się ich pozbyć, i gdyby tylko nadarzyła się okazja - na przykład podwózka jakimś samochodem Kuomintangu - porzuciłbym ich bez wahania. Jednak w tym pustym krajobrazie zapewniali przynajmniej jakąś namiastkę bezpieczeństwa, zwłaszcza gdyby napatoczył się wrogi japoński patrol. Po raz pierwszy poczułem wobec nich lojalność, mając wrażenie, że owi zmarli żywsi są od żywych, którzy mnie opuścili.
Popołudniowe słońce zaczęło już zachodzić. Obudziłem się w szoferce; musiałem zasnąć nad szerokim kanałem z brunatną wodą, która w słabnących promieniach stała się niemal karminowa. Przede mną rozciągały się dróżki prowadzące do opustoszałej wioski i parterowych domów ukrytych wśród ciemnych liści dzikiej trzciny cukrowej. Przez całe popołudnie gubiłem się w złotym świecie, podążając za słońcem, które uciekało mi przez podtopione pola i nieme wioski. Byłem pewien, że mam za sobą ze dwadzieścia mil - na horyzoncie nie majaczyły już apartamentowce Koncesji Francuskiej.
Tego wieczora po raz ostatni próbowałem uwolnić się od trupów. O zmierzchu wysiadłem z szoferki i wszedłem w trzcinę cukrową. Łamałem łodygi i ssałem ich słodki rdzeń. Trupy obserwowały mnie ze skrzyni niczym wrogi chór, chyląc głowy, jakby się naradzały. Ja też z początku miałem do siebie żal, że się pożywiam, choćby tak mizernie. Gdy jednak odzyskałem nieco sił, oparty o kratę chłodnicy, poczułem nagłą pokusę, by zwolnić hamulec ręczny i pozwolić, by auto stoczyło się naprzód, prosto do splamionego krwią kanału. Podejmując się przewieźć tę obłąkaną trupę pasażerów ze stadionu piłkarskiego do jakiegoś miejsca, na co nigdy nie wyrazili zgody, straciłem szansę, by jeszcze tego dnia zobaczyć rodziców.
Pod osłoną ciemności - w świetle dnia na taki czyn bym się nie odważył - wróciłem do ciężarówki i zacząłem po kolei ściągać ciała na drogę. Wokół kłębiły się roje much, jakby chciały mnie ostrzec przed obłędem moich poczynań. Wyczerpany, ściągałem zwłoki jak mokre worki, bezlitośnie odwracając wzrok od twarzy zakonnic i dzieci, młodego człowieka bez ręki, starszej kobiety.
Od zaprzepaszczenia niemal wszystkiego, co pozwoliły mi osiągnąć okoliczności, uchroniło mnie przybycie bandytów. Grupa uzbrojonych po zęby mężczyzn - amerykańskich marynarzy ze statków handlowych, dezerterów z Kuomintangu i byłych kolaborantów - przypłynęła na sampanach i błyskawicznie zajęła wioskę. Zbyt zmęczony, by przed nimi uciekać, przykucnąłem za ciężarówką i patrzyłem, jak idą w moją stronę. Wiedziałem, że mnie zabiją, ale z jakiegoś powodu w najmniejszym stopniu nie doświadczałem tamtego przeczucia śmierci.
W ostatniej chwili, gdy dzieliło nas już raptem dwadzieścia stóp, położyłem się w spowitym mrokiem kręgu trupów, między młodą zakonnicą a staruszką. Wściekłe brzęczenie tysiąca much ustało, w ciszy usłyszałem ciężki krok bandytów i szczęk broni. Leżąc w ciemności, wśród umarłych, patrzyłem, jak tamci zatrzymują się i zaglądają do ciężarówki, osłaniając usta ramionami. Nie mogli się do nas zbliżyć, odczekawszy więc kilka minut, wrócili do wioski. Przez całą noc, kiedy chodzili od domu do domu, wyważali drzwi i rozbijali meble, leżałem w kręgu trupów. Nad ranem przyszło dwóch żołnierzy Kuomintangu i zaczęli przeszukiwać kieszenie zmarłych. Wpatrzony w niebo, słuchałem, jak dyszą obok mnie, czułem ich ręce na udach i pośladkach.
O świcie, gdy odpłynęli na motorowych sampanach, wróciły muchy. Podniosłem się i patrzyłem, jak słońce wschodzi ponad ciemnym lasem trzciny cukrowej. Czekając, aż dotknie mnie jego blask, wezwałem towarzyszy, by powstali.
Od tego momentu, przez kilka kolejnych dni, w oszołomieniu podążając do obozu rodziców, bez reszty utożsamiłem się ze swoimi towarzyszami. Nie próbowałem już przed nimi uciekać. Jechaliśmy razem przez krajobraz wojny, mijaliśmy niekończące się kanały i opuszczone wioski, a ja nie wiedziałem, czy to wszystko trwa kilka godzin, czy wiele tygodni. Byłem niemal pewien, że wojna musiała się skończyć, ale krajobraz wciąż był pusty, a ciszę zakłócały jedynie odgłosy amerykańskich samolotów na niebie.
Przemieszczałem się na zachód wzdłuż rzeki obecnej w oddali i służącej mi za kompas. Jechałem ostrożnie po zniszczonych drogach, które przecinały pola ryżowe, starając się nie zakłócać spoczynku moim pasażerom. To oni uratowali mnie przed bandytami. Wiedziałem, że w pewnym sensie jestem ich przedstawicielem, emisariuszem nowego porządku, który z ich polecenia mam zaprowadzić na świecie. Wiedziałem, że przyjdzie mi teraz powtarzać żyjącym, że moi towarzysze to ostatni z umarłych, i że wkrótce cała planeta będzie miała udział w nowym życiu, które dla nas wywalczyli.
Drobnym przykładem tego porozumienia było to, że przestałem odczuwać głód. Patrzyłem z szoferki na rozległe pola trzciny cukrowej nad rzeką, pewien, że nie trzeba już będzie jej zbierać, a ziemię przeznaczy się na potrzeby moich towarzyszy.
Któregoś popołudnia, po tym, jak krótka burza z piorunami przepędziła amerykańskie samoloty, dotarłem na brzeg rzeki. Swego czasu wśród nabrzeży i pirsów małej japońskiej bazy lotnictwa morskiego musiała się tu przetoczyć bitwa. W wiosce za bazą płytkie studnie wypełnione były karabinami, a w pagodzie tkwiło wciąż sprawne działo przeciwlotnicze. Mieszkańcy wioski zniknęli, ale ze zdumieniem odkryłem, że nie jestem sam.
W rikszy porzuconej na centralnym placyku siedzieli obok siebie starszy Chińczyk i dziecko, mniej więcej dziesięcioletnie, które uznałem za jego wnuczkę. Na pierwszy rzut oka wyglądało to tak, jakby pojazd wynajęli raptem kilka godzin wcześniej i przyjechali tu popatrzeć na niewielkie pole bitwy, które i ja teraz oglądałem. Zatrzymałem samochód, wyskoczyłem z szoferki i podszedłem do nich, rozglądając się za kulisem.
Gdy się zbliżyłem, dziecko wysiadło i stanęło obok rikszy. Teraz widziałem już, że dziadek wcale nie był gapiem, ale został poważnie ranny w bitwie. Spory odłamek wdarł się do pojazdu przez ścianę i wbił się dziadkowi w biodro.
Zwróciłem się do niego po chińsku:
- Jadę w stronę drogi do Suzhou. Jeśli chcesz, ty i twoja wnuczka możecie zabrać się z moimi towarzyszami.
Nie odpowiedział, ale po jego spojrzeniu zorientowałem się, że mimo odniesionych ran od razu mnie rozpoznał, a w dodatku zrozumiał, że jestem zwiastunem tego, co go czeka. Dopiero teraz dotarło do mnie, dlaczego w ostatnich dniach widywałem tak niewielu Chińczyków. Wcale nie odeszli na zawsze, czekali tylko na mój powrót. Ja jeden mogłem ponownie zaludnić ich ziemię.
Z dzieckiem u boku wszedłem na betonową rampę bazy lotniczej. W głębokiej wodzie poniżej nabrzeża widniały kształty setek zatopionych samochodów, które zostały odebrane obywatelom państw alianckich z Szanghaju i porzucone tu przez Japończyków. Spoczywały na dnie, dwadzieścia stóp pod powierzchnią - elementy minionego świata, który nigdy nie zdoła zaistnieć na nowo, ponieważ ja i moi towarzysze, dziecko i jego dziadek, przejęliśmy tę ziemię.
Dwa dni później znaleźliśmy się w końcu na drodze prowadzącej do obozu moich rodziców. Podczas podróży dziewczynka siedziała obok mnie, a dziadek jechał wygodnie z moimi towarzyszami. Wprawdzie na początku skarżyła się na głód, ale cierpliwie wpajałem jej, że jedzenie nie jest nam już potrzebne. Na szczęście udało mi się odwrócić jej uwagę, wskazując różne oznaczenia amerykańskich samolotów, które przecinały niebo.
Po drodze do Suzhou krajobraz zaczął się zmieniać. W pobliżu rzeki Jangcy wjechaliśmy na teren starych pól bitewnych. Chińczycy opuścili kryjówki i teraz czekali na moje przybycie. Leżeli wokół swoich domów, a ich nogi poruszały się w wodzie, którą zalane były pola. Przyglądali mi się z nasypów przy rowach przeciwpancernych, z kopców pogrzebowych i progów zrujnowanych domostw.
Dziewczynka spała niespokojnie obok mnie. Bez obaw, że ją zawstydzę, zatrzymałem auto i zdjąłem zniszczone ubranie, zostawiając prowizoryczny bandaż na ramieniu, który zakrywał niewielką ranę.
Nagi ukląkłem przed samochodem i wzniosłem ręce ku zgromadzonym dookoła wiernym, niczym król podczas koronacji. Wprawdzie wciąż byłem prawiczkiem, ale obnażyłem lędźwie przed wpatrzonymi we mnie Chińczykami, którzy leżeli spokojnie na polach. Z mego nasienia mieli się narodzić umarli.
Zmierzając ku odległej wieży ciśnień w obozie rodziców, co pięćdziesiąt jardów zatrzymywałem ciężarówkę, by klęknąć nago przed jej wrzącą chłodnicą. Z kompleksu obozowego nie docierały żadne odgłosy, a ja wiedziałem już, co tam zastanę.
Dziewczynka leżała bez ruchu w moich ramionach. Gdy klęczałem z nią pośrodku drogi, zastanawiając się, czy już czas, by dołączyła do moich towarzyszy, zauważyłem, że jej usta wciąż się poruszają. Bez zastanowienia, ulegając impulsowi, który wówczas wydawał mi się pozbawiony sensu, wyrwałem z rany na ramieniu niewielki strzępek ciała i wcisnąłem go między jej wargi.
Karmiąc ją w ten sposób, przebyłem kilkaset jardów dzielących mnie od obozu. Dziewczynka drgnęła w moich ramionach. Spojrzałem na nią: oczy miała półotwarte. Choć nie mogła mnie zobaczyć, wydawała się świadoma moich stanowczych kroków.
W bramie obozu, na dachach baraków, na groblach wśród pól ryżowych za drutami widziałem sylwetki idących ku mnie ludzi. Szli w moją stronę, przedzierając się przez sięgającą do pasa skarlałą trzcinę cukrową. Zdumiony, przycisnąłem dziewczynkę do piersi, czując, że przywiera wargami do mojego ciała. Stojąc nago sto jardów od ciężarówki, naliczyłem kilkanaście, dwie dziesiątki, potem pięćdziesięcioro internowanych; za plecami niektórych kryły się dzieci.
W końcu, poprzez to dziecko i moje ciało, umarli wracali do życia, powstawali ze swych pól i progów, szli mnie powitać. Zobaczyłem matkę i ojca przy bramie i pojąłem, że dając im swoją śmierć, sprowadziłem ich na ten świat. Nietknięci przeszli do wspólnoty żyjących, a także tych, którzy żyli poza śmiercią.
Teraz już wiedziałem, że wojna się skończyła.
J.G. BallardParawanówkaprzełożył Tomasz S. Gałązka
Latem w Ciraquito każdego popołudnia gramy w parawanówkę. Dziś po lunchu, kiedy salony gier i ogródki kawiarni opustoszały, bo wszyscy spali po domach, zabraliśmy się w trójkę lincolnem Raymonda Mayo na wycieczkę drogą do Vermilion Sands.
Sezon już się skończył, pustynia znów zaczęła letnią ofensywę, podpełzając ku pożółkłym okiennicom kioskowych trafik, opasując miasto ogromnymi zwałami świetlistego popiołu. Wzdłuż linii horyzontu wznosiły się ścięte płaskowzgórza, niczym malowane stożki wśród wulkanicznej dżungli. Domy przy plaży już od tygodni stały puste, pośrodku jezior tkwiły porzucone bojery piaskowe, zabalsamowane przez mętny upał. Tylko na autostradzie, tej ruchomej rzeźbie, betonowej wstędze wijącej się przez krajobraz, widać było oznaki życia.
Dwadzieścia mil od Ciraquito, tam, gdzie autostrada rozwidla się ku Red Beach i Vermilion Sands, skręciliśmy w starą, zapuszczoną żwirówkę biegnącą wśród piaskowych raf. Ledwie rok wcześniej była to dobrze utrzymana prywatna droga, teraz jednak zdobne skrzydła bramy leżały zwalone na poboczu, a w budce odźwiernego gnieździły się skorpiony i piaszczki.
Mało kto wypuszczał się tym szlakiem tak daleko. Okolicę nękały ustawiczne osuwiska, znaczna część nawierzchni zsunęła się w rafy. Na dodatek, w odróżnieniu od reszty pustyni, nad całym rejonem wisiała osobliwa, wyraźnie złowieszcza aura. Galeryjkowe nawisy raf były tu bardziej wymyślne i mroczne, przywodziły na myśl udręczone demony ze średniowiecznych katedr. Nad drogą, niczym kamienne słupy szafotów, wypiętrzały się potężne wieże z obsydianu, o gzymsach poznaczonych rdzawoczerwonym pyłem. Światło wydawało się przytłumione, nie to co w innych częściach pustyni. Czasami wzmagało się w cmentarną poświatę, jak gdyby przez skały przepalił się na powierzchnię ziemi jakiś obłok piroklastyczny. Szpaler wierzchołków i szpic odcinał widok ku pustynnej równinie, zaś pośród skalnych wzniesień słychać było tylko echa warkotu silnika i przeszywające krzyki piaszczek, które krążyły nad rozdziawionymi pyskami piaskowych raf niczym święte ptaki.
Drogą wijącą się ponad rafami jak skamieniały wąż jechaliśmy przez pół mili. Rozmowa zaczęła się nam rwać, aż w końcu ustała zupełnie i wróciliśmy do niej, dopiero zjeżdżając w płytką dolinkę. Na poboczu stało parę abstrakcyjnych rzeźb. Niegdyś były udźwiękowione, na podmuchy przejeżdżających samochodów reagowały serią ostrzegawczych, rozwibrowanych treli, teraz jednak lincoln minął je bez odzewu.
Nagle za ostrym zakrętem znikły rafy i iglice, rozpostarła się przed nami szeroka połać jeziora piaskowego, a nad jego brzegiem stała wielka letnia willa - Lagoon West. Strzępy lekkiej mgiełki zawisały nad diunami jak swobodne obłoki. Opony bezgłośnie cięły wiśniowoczerwony piach i już wkrótce wyjechaliśmy na skraj ogromnej przestrzeni, przypominającej szachownicę z kwadratów czarnego i białego marmuru. Widać też było kolejne rzeźby: jedne zasypane po szyję, inne zwalone z piedestałów przez sunące wydmy.
Patrząc na nie tego popołudnia, poczułem, nie po raz pierwszy, że cały ten krajobraz jest montażem iluzji, przez który wraki bajecznych snów wędrują niczym porzucone galeony. Zjeżdżaliśmy drogą nad jezioro, mijając po lewej olbrzymią ruinę Lagoon West. Balkony i tarasy domu stały puste, marmurowo białe niegdyś ściany były teraz poznaczone plamami, bez połysku. Schody urywały się nagle w powietrzu, podłogi pięter obwisały, przypominając zwiotczałe markizy.
Parawany pośrodku tarasu stały tak, jak je zostawiliśmy poprzedniego popołudnia, znaki zodiaku na nich lśniły jak węże. Poszliśmy ku nim przez słoneczny żar. Graliśmy potem w parawanówkę przez bitą godzinę, przesuwając ekrany po skomplikowanych trasach, to w przód, to w tył, po gładkim marmurze posadzki.
Nikt nas nie obserwował, raz jednak, przez chwilę, miałem wrażenie, że widzę wysoką sylwetkę w błękitnej pelerynie, kryjącą się w cieniu na balkonie drugiego piętra.
- Emereldo! - zawołałem, pchnięty nagłym impulsem, znikła jednak, niemal bez ruchu, pośród hibiskusów i bugenwilli. Kiedy jej imię niosło się echem od wydm, wiedziałem, że już po raz ostatni podjęliśmy próbę wywabienia jej poza obręb balkonu.
- Paul! - Jakieś dwadzieścia jardów dalej Raymond i Tony stali już przy samochodzie. - Paul, wyjeżdżamy.
Obróciłem się do nich plecami i zadarłem głowę ku spłowiałym murom Lagoon West, chylącym się pod promienie słońca. Gdzieś w oddali nad brzegiem piaskowego jeziora grała muzyka, niosąc się echem od odsłoniętych żył kwarcu: z początku w popołudniowej atmosferze zawisło parę rwanych akordów, przeciągłe trele unosiły się nad moją głową niczym niewidzialne, brzęczące owady.
Kiedy frazy zaczęły łączyć się w melodię, wspomniałem naszą pierwszą parawanówkę pod Lagoon West. Wspomniałem tragiczny finał, walkę z inkrustowanymi owadami. Wspomniałem też Emereldę Garland...
Po raz pierwszy ujrzałem Emereldę poprzedniego lata, wkrótce po tym, jak do Ciraquito przybyła ekipa filmowa, a Charles Van Stratten zaprosił ich, by skorzystali z Lagoon West jako planu zdjęciowego. Filmowcy kręcili dla spółki Orpheus Productions Inc., znanej wśród bywalców kawiarnianych ogródków - takich jak Raymond Mayo czy Tony Sapphire - jako "szary ogon Nowej Fali"; takim eksperymentatorom pisany jest jeden entuzjastycznie przyjęty pokaz na canneńskim festiwalu filmowym, w kwestii finansowania liczą zaś na szczodrość przeróżnych milionerów-dyletantów, ewidentnie dręczonych wewnętrznym przymusem odgrywania roli Wawrzyńca Medyceusza.
Pod względem sprzętu i zasobów technicznych ekipa Orpheus Productions nie miała jednak w sobie nic amatorskiego. Konwój ciężarówek z personelem planu i ruchomych studiów nagraniowych, który zwalił się na Ciraquito pośród martwoty któregoś sierpniowego popołudnia, wyglądał zupełnie jak desant w Normandii, i nawet ostrożne szacunki budżetu Afrodyty 80, owego filmu, który pomagaliśmy kręcić w Lagoon West, opiewały na sumy dwukrotnie przekraczające produkt krajowy brutto niejednej z republik środkowoamerykańskich. Amatorskie było za to ich podejście do ograniczeń typowych dla komercyjnych przedsięwzięć oraz nieustępliwość w kwestii najwyższych standardów estetycznych.
Wszystko, rzecz jasna, zawdzięczali hojności Charlesa Van Strattena. Z początku, kiedy daliśmy się zwerbować do prac przy Afrodycie 80, niektórych z nas bawiły naiwne usiłowania Charlesa, by stworzyć arcydzieło, potem jednak wszyscy zrozumieliśmy, że ten jego naiwny entuzjazm ma w sobie coś wzruszającego. Ale żaden z nas nie pojmował, że tym, co pchało Charlesa w żar i pył owego lata w Lagoon West, była osobista tragedia. Nie wiedzieliśmy też o posępnym losie, czyhającym za płóciennymi parawanami i rekwizytami.
Gdy Charles Van Stratten obejmował Orpheus Productions na wyłączność, był czterdziestolatkiem, ale pod wieloma względami nadal sprawiał wrażenie cichego, pilnego studenta. Ów potomek jednego z najbogatszych rodów bankierskich świata przeszedł zaraz po dwudziestce przez dwa szybkie małżeństwa, najpierw z neapolitańską hrabianką, potem z gwiazdką Hollywoodu, najważniejszą jednak postacią w jego życiu była matka. Ta władcza ksantypa, gnieżdżąca się niczym gigantyczna platerowana pajęczyca w posępnej edwardiańskiej rezydencji przy Park Avenue, pośród mrocznych galerii obwieszonych Rubensami i Rembrandtami, owdowiała wkrótce po urodzeniu Charlesa, toteż syn oczywiście jawił się jej jako zesłany przez opatrzność zastępca męża. Sprytnie rozsnuwając sieć funduszy powierniczych i zapisów testamentowych, bezwzględnie wyeliminowała obie żony Charlesa (ta druga popełniła samobójstwo w weneckiej gondoli, pierwsza zaś uciekła z jego psychoanalitykiem), po czym sama zmarła w tajemniczych poniekąd okolicznościach w swej letniej rezydencji, czyli w Lagoon West.
Choć rodzinie Van Strattenów nieustannie towarzyszyła uwaga mediów, o śmierci starej wdowy wiadomo było niewiele - według wersji oficjalnej potknęła się i spadła z balkonu drugiego piętra, a Charles na pięć lat całkowicie wycofał się z międzynarodowej sceny celebryckiej. Co jakiś czas pojawiał się na chwilę, to na biennale weneckim, to jako jeden ze sponsorów jakiejś fundacji kulturalnej, poza tym jednak zasklepił się w próżni, jaką pozostawiła po sobie zmarła matka. Krążyły plotki - przynajmniej w Ciraquito - że to on sam przyczynił się do jej zgonu, jakby w zemście (jakże spóźnionej) za tragedię Edypa, bo matriarchini, wietrząc groźbę trzeciego ożenku, przybyła niczym Jokasta do Lagoon West i przyłapała Charlesa z oblubienicą in flagranti.
Jakkolwiek podobała mi się taka wersja, już pierwszy rzut oka na Charlesa Van Strattena czynił ją nieprawdopodobną. Pięć lat po śmierci matki Charles wciąż zachowywał się tak, jakby śledziła każdy jego ruch przez lorgnon, zamocowane na trójnogu w jakiejś odległej loży. Jego młodzieńczą sylwetkę pokryła już nieco tusza, ale w przystojnej, arystokratycznej fizys - z ostrym zarysem szczęki, który łagodziła trudno uchwytna słabość linii ust - kryło się jakieś trwożliwe niezdecydowanie, jak gdyby Charles nie był do końca pewien własnej tożsamości.
Wkrótce po przybyciu ekipy Orpheus Productions do Ciraquito kierownik planu zawitał do kafejek w dzielnicy artystów w poszukiwaniu projektantów scenografii. Jak większość malarzy w Ciraquito i Vermilion Sands, przechodziłem właśnie jeden z najdłuższych okresów twórczej bezczynności. Zostałem w mieście po sezonie, leniwie przesiadywałem długie, próżne popołudnia pod markizą Café Fresco i zaczynałem już zdradzać objawy przeplażowania - dojmujące znudzenie i bezwładność. Perspektywa realnej pracy miała w sobie niemal urok nowości.
- Afrodyta 80 - objaśnił Raymond Mayo, wróciwszy do naszego stolika po rozmowie przy jezdni. - Aż śmierdzi od tego uczciwością: chcą, żeby miejscowi artyści namalowali tła, wielkie abstrakcyjne wzory dla scen pustynnych. Płacą dolara od stopy kwadratowej.
- Raczej nędznie - stwierdziłem.
- Kierownik planu przepraszał, ale Van Stratten to milioner, nie zna wartości pieniądza. Jeśli to dla was jakaś pociecha, Rafael i Michał Anioł robili w Kaplicy Sykstyńskiej za gorszą stawkę.
- Van Stratten ma większy budżet - wytknął Tony Sapphire. - A poza tym nowoczesny malarz to osoba bardziej skomplikowana, jego artystyczną uczciwość należy wspierać godziwymi warunkami. Czy Paul to malarz rzędu Leonarda da Vinci i Larry'ego Riversa, czy jakiś groszowy pacykarz?
Smętnie patrzyliśmy z oddali, jak kierownik planu wędruje od jednej kawiarni do drugiej.
- To ile stóp kwadratowych by chcieli? - zapytałem.
- Tak z milion - odparł Raymond.
Później tego samego popołudnia, kiedy zjechaliśmy z drogi do Red Beach, a strażnik przy bramie wpuścił nas pod Lagoon West, słyszeliśmy, jak rzeźby soniczne wysoko pośród raf wzmacniają echa i trąbią za kawalkadą aut przewalającą się przez wzgórza. Stadka spłoszonych piaszczek miotały się w powietrzu niczym eksplodujące obłoczki sadzy, ich paniczne wrzaski ginęły wśród iglic i raf. Zaprzątnięci myślami o gigantycznych honorariach - pospiesznie zwerbowałem Tony'ego i Raymonda na asystentów - niemal nie zwracaliśmy uwagi na dziwaczne tereny wokół nas, te ogromne gargulce z czerwonego bazaltu, co prężyły się w powietrze jak iglice katedr budowanych przez obłąkańców. Z autostrady Red Beach-Vermilion Sands wzgórza wydawały się wiecznie spowite piaskową mgiełką; Lagoon West, choć na chwilę osławiona przez śmierć pani Van Stratten, pozostawała odcięta, nieznana. Z domów na plaży wzdłuż południowego brzegu piaskowego jeziora, odległych o dwie mile, nad zeszklonym piachem ledwo dało się dojrzeć tarasy i schodkowe balkony rezydencji, wznoszące się niczym stosik kostek domina ku wieczornemu niebu o barwie czereśni. Do Lagoon West nie dało się dojść plażą. Od żył kwarcu ziały w ziemi głębokie rozpadliny, rafy postrzępionego piaskowca piętrzyły się jak rdzewiejące wręgi zapomnianych statków.
Cała Lagoon West była rejonem ustawicznych osuwisk. Co pewien czas ciszę poranka przerywał niegłośny grzmot, kiedy któraś z galeryjek ze sprasowanego piasku, o zawiłych niszach i kolumnadach - istny barokowy pałac, wynicowany - rozpadała się znienacka, łagodną lawiną osypując się w przepaść. Charles Van Stratten większość czasu spędzał w Europie, więc uważano, że rezydencja stoi pusta. Mieszkańcy willi nad jeziorem słyszeli tylko nikłe odgłosy rzeźb sonicznych, niesione nad szkliwem falami rozgrzanego powietrza.
W taki to pejzaż, gdzie realne niepostrzeżenie przechodziło w nadrealne, Charles Van Stratten sprowadził kamerzystów i wozy techniczne Orpheus Productions. Gdy lincoln włączył się w kawalkadę pojazdów sunących ku letniej rezydencji, zobaczyliśmy ogromne płachty płótna, szerokie pewnie na dwieście jardów, wysokie na trzydzieści stóp, które budowlańcy rozpinali na rusztowaniach wśród raf ćwierć mili od domu. Po ozdobieniu abstrakcyjnymi symbolami miały służyć za tło dla akcji, fragmenty labiryntu wijącego się pośród wzgórz i wydm.
Za parking służył jeden z rozległych tarasów pod letnią rezydencją, przemknęliśmy więc wśród ekip rozładowujących ciężarówki do miejsca, gdzie gromadka mężczyzn w luźnych spodniach z krokodylej skóry i koszulach z rafii - obowiązującym wówczas uniformie awangardowych filmowców - zebrała się wokół innego, o obwisłych policzkach i aparycji spoconego niedźwiedzia. Mężczyzną tym, ściskającym pod pachą plik kart z rozrysowanymi scenami i wściekle gestykulującym wolną ręką, był Orson Kanin, reżyser Afrodyty 80 i drugi oprócz Charlesa Van Strattena właściciel Orpheus Productions: niegdysiejszy enfant terrible kina futurystycznego, obecnie zaś tęgi pięćdziesięciolatek z wydatnym brzuszyskiem. Reputację wypracował sobie Kanin jakieś dwadzieścia lat wcześniej filmem Ślepy Orfeusz, neo-freudowskim odczytaniem greckiego mitu w konwencji horroru. W wersji Kanina Orfeusz rozmyślnie łamie zakaz i spogląda w twarz Eurydyki, bo chce się jej pozbyć - w słynnej scenie koszmaru, odsłaniającej jego nieświadomą odrazę, Orfeusz czuje coraz wyraźniej, że jego wskrzeszona małżonka ma w sobie coś dziwnego, jakiś chłód, by wreszcie odkryć, że Eurydyka to rozkładający się trup.
Stanęliśmy na obrzeżach grupki, w której trwała właśnie klasyczna narada scenariuszowa w stylu Kanina, nieprzerwany teatr udramatyzowanych incydentów z wyobrażonego scenariusza, moc anegdot, obietnic wypłaty i kiepskich kalamburów, a wszystko to serwowane śpiewnym, ciepłym barytonem. Obok Kanina na balustradzie siedział przystojny, młodo wyglądający mężczyzna o delikatnych rysach - rozpoznałem w nim Charlesa Van Strattena. Od czasu do czasu, sotto voce, wtrącał jakiś komentarz, zapisywany następnie przez któregoś z sekretarzy i włączany w monolog Kanina.
Z dalszych postępów narady udało mi się pojąć, że zdjęcia do Afrodyty 80 zaczną się mniej więcej za trzy tygodnie i że żadnego scenariusza nie będzie. Kanina najwyraźniej niepokoiło tylko to, że nie znaleziono jeszcze nikogo do roli tytułowej Afrodyty, tu jednak wtrącił się Van Stratten, zapewniając reżysera, że osobiście załatwi mu aktorkę.
Na te słowa wielu członków ekipy uniosło znacząco brwi.
- Jasne - mruknął Raymond. - Prawo pierwszej nocy. Ciekawe, kim będzie nowa pani Van Stratten.
Charles Van Stratten wydawał się jednak nieświadomy tych rzucanych półgłosem docinków. Zauważywszy mnie, przeprosił zebranych i podszedł do naszej trójki.
- Paul Golding? - ujął moją dłoń w delikatnym, ale ciepłym uścisku. Nie spotkaliśmy się przedtem, założyłem jednak, że rozpoznał mnie ze zdjęć w recenzjach wystaw. - Kanin mówił mi, że zgodził się pan robić nam scenerię. To niezwykle obiecujące. - Miał lekki, przyjemny głos, bez cienia afektacji. - Taki tu zamęt, miło wiedzieć, że przynajmniej projekty scenografii będą pierwszorzędne. - Zanim zdążyłem zaprotestować, ujął mnie pod rękę i ruszyliśmy tarasem w stronę odległych rusztowań z płótnami. - Przewietrzmy się nieco. Kanin będzie tak ciągnął jeszcze co najmniej przez parę godzin.
Zostawiłem więc Raymonda i Tony'ego i podążyłem za Van Strattenem po wielkich marmurowych płytach.
- Kanin wciąż martwi się o aktorkę pierwszoplanową - mówił. - Zawsze żeni się ze swoją najświeższą protegowaną, mówi, że tylko to gwarantuje mu ich pełne posłuszeństwo, podejrzewam jednak, że z tego zawadiaki wyłazi po prostu staroświecki purytanin. Tym razem przyjdzie mu doznać zawodu, choć dodam, że nie przez aktorkę. Bo Afrodyta, o której myślę, przyćmi tę z Milo.
- Wasz projekt wydaje się bardzo ambitny - stwierdziłem - jestem jednak pewien, że Kanin sprosta wyzwaniu.
- Oczywiście, że tak. To niemalże geniusz i raczej niczego więcej nie będzie nam trzeba - urwał na chwilę, z dłońmi w kieszeniach bladoszarej marynarki, i niczym szachowa bierka przemieścił się po przekątnej na sąsiednie pole. - Widzi pan, to fascynujący temat. Tytuł wprowadza w błąd, to ustępstwo, żeby bilety lepiej się sprzedawały. W istocie film ten jest ostatnim podejściem Kanina do mitu orfickiego. Chodzi o iluzje, jakie istnieją w każdym związku, żeby w ogóle mógł on funkcjonować, oraz ograniczenia, na jakie się dobrowolnie godzimy, by kryć się przed sobą nawzajem. Jak dużą dawkę rzeczywistości zdołalibyśmy znieść?
Dotarliśmy do jednego z potężnych rusztowań rozciągających się pośród raf. Stercząc ponad iglicami i grotami, wydawało się odcinać pół nieba: od razu poczułem ową właściwą całej Lagoon West aurę przetasowań między iluzją a rzeczywistością, subtelne przemieszczenie czasu i przestrzeni. Ogromne płócienne dekoracje sprawiały wrażenie tyleż przegród, co korytarzy. Rozchodząc się promieniście od rezydencji - tnąc pejzaż, odsłaniany w raptownych, osobnych mgnieniach - wprowadzały w senne popołudnie dziwnie kuszącą nutę niepewności. Wrażenie to potęgowała jeszcze zagadkowa obecność opustoszałej letniej rezydencji.
Na naradę Kanina wracaliśmy skrajem tarasu. Tutaj piasek przedostał się już za balustradę, oddzielającą ogólnodostępną część gruntów od tej prywatnej. Podniósłszy wzrok ku szeregom balkonów na południowej fasadzie, zauważyłem, że ktoś stoi w cieniu pod jedną z markiz.
Na ziemi u moich stóp coś zamigotało jaskrawie. Przez chwilę, niczym w oszlifowanej geodzie szafiru czy kwarcu, odbiła się cała tarcza słońca, światło zalśniło w pyle, a potem, przysiągłbym, umknęło bokiem pod balustradę.
- Boże drogi, to skorpion! - wskazałem przycupniętego z dala od nas stawonoga, którego czerwony odwłok, wygięty jak kosa, zdawał się nas przywoływać. Myślałem, że to grubsza chityna głowotułowia odbija światło, potem dostrzegłem jednak, że osadzony jest w niej nieduży, fasetkowy kamień. Gdy skorpion ostrożnie wychynął z cienia, klejnot zapłonął w słońcu jak gorejący kryształ.
Charles Van Stratten wyszedł przede mnie i niemal zepchnął mnie na bok, zerkając na zamknięte okiennicami balkony. Zwinnie zmylił skorpiona, wyrzucając naprzód jedną stopę, i nim stworzenie zdążyło się otrząsnąć, Van Stratten wdeptał je w pył.
- Tak jest, Paul - podjął stanowczym tonem. - Uważam, że zaproponowałeś nam wspaniałe wzory. Doskonale uchwyciłeś ducha całego przedsięwzięcia. Wiedziałem, że tak będzie. - Zapinając marynarkę, skierował się ku filmowcom, niemal mimochodem strącając z zelówki wilgotny, zmiażdżony pancerzyk.
- Ten skorpion był inkrustowany - powiedziałem, doganiając go. - Miał diament, czy może cyrkonię wpuszczoną w łebek.
Van Stratten machnął niecierpliwie dłonią i z kieszeni na piersi wyjął duże ciemne okulary. Pod tą maską jego twarz wydawała się bardziej nieustępliwa, władcza, i natychmiast przypomniałem sobie o naturze łączącej nas relacji.
- Złudzenie, Paul - powiedział. - Trafia się tu niebezpieczne robactwo. Musisz bardziej uważać. - Skoro już wyraził opinię, rozluźnił się i obdarzył mnie swym najbardziej atutowym uśmiechem.
Powróciwszy do Tony'ego i Raymonda, patrzyłem za Van Strattenem, który szedł już przez tłum krzątających się technicznych i magazynierów. Teraz w jego krokach wyraźnie widać było, że ma jakiś cel. Jednego z asystentów produkcji spławił, nawet na niego nie spoglądając.
- No, Paul - przywitał mnie Raymond z entuzjazmem - scenariusza brak, gwiazdy brak, taśmy w kamerach brak, nikt nie ma zielonego pojęcia, co miałby tu robić. Ale milion stóp kwadratowych płótna czeka na pomalowanie. Chyba nie mamy pytań.
Obejrzałem się za siebie, na taras, gdzie natknęliśmy się na skorpiona.
- Tak też sądzę - odparłem.
Gdzieś tam w piasku jasno rozbłyskiwał klejnot.
Dwa dni później zobaczyłem kolejne inkrustowane stworzenia.
Pracowałem nad projektami wzorów, tłumiąc w sobie wątpliwości co do Van Strattena. Choć pierwsze szacunki Raymonda były mocno przesadzone - z miliona stóp płótna potrzebna była zaledwie dziesiąta część - nawet to oznaczało huk roboty i masę materiałów. Zasadniczo moje zadanie polegało na przemalowaniu całej pustyni.
Każdego ranka wyjeżdżałem do Lagoon West, by pracować wśród raf, najczęściej w samotności pod palącym słońcem, dopasowując wzory do kształtów i barw terenu. Po wstępnym szale działania ekipa Orpheus Productions straciła impet. Kanin wybył na festiwal filmowy w Red Beach, asystenci produkcji i scenarzyści w lwiej części przenieśli się nad basen hotelu Neptune w Vermilion Sands. Reszta przysypiała teraz pod barwnymi parasolami rozstawionymi wokół przewoźnego koktajlbaru.
Jedyne oznaki aktywności pochodziły od Van Strattena, wędrującego niestrudzenie, wciąż w białym garniturze, pośród raf i piaskowych iglic. Co jakiś czas słyszałem, że któraś z rzeźb sonicznych na górnych piętrach rezydencji zmieniała ton - ilekroć spojrzałem w jej stronę, stał przy niej Van Stratten. Jego profil dźwiękowy rodził dziwne, delikatne ciągi akordów, przeplatane ostrzejszymi, jakby żałosnymi tonami, które rozpływały się w nieruchomym powietrzu popołudnia nad labiryntem ogromnych stelaży, wyrosłych już dokoła Lagoon West. Van Stratten całymi dniami chodził między nimi, przemierzając obrzeża konstrukcji i przecinając ją na ukos, jak gdyby zaprzątnięty kwadraturą koła jakiejś prywatnej łamigłówki - reżyser wagnerowskiej psychodramy, która w swej katarktycznej kulminacji miała objąć nas wszystkich.
Zaraz po południu, kiedy pustynia blakła pod intensywnym, żółtym światłem, które rozpuszczało i zeszkliwiało jej inne kolory, usiadłem na balustradzie i czekałem, aż przejdzie ta zwrotnikowa fala. Piaskowe jezioro falowało pod słojami nagrzanego powietrza niczym ogromna kałuża lepkiego wosku. Parę jardów ode mnie coś zamigotało w rozświetlonym piasku - znajomy rozbłysk. Ocieniwszy oczy, dostrzegłem jego źródło, miniaturowego prometejskiego nosiciela olśniewającej korony. Był to pająk, czarna wdowa. Szedł ku mnie na przegubowych nóżkach, siejąc z korony gradem rwanych odbłysków. Zatrzymał się, obrócił, odsłaniając osadzony w łebku spory szafir.
Zamigotały kolejne punkciki. Minęła chwila i już cały taras iskrzył się odblaskami klejnotów. Naprędce zliczyłem ze dwadzieścia stworzeń: skorpiony z turkusami, fioletowa modliszka z ogromnym topazem przypominającym piętrową koronę, przynajmniej kilkanaście pająków, od których biły promienie szmaragdowego i szafirowego światła.
Z góry, spośród bugenwilli na balkonie, patrzyła ku mnie wysoka białolica postać w błękitnej sukni wieczorowej.
Przestąpiłem przez balustradę, ostrożnie omijając znieruchomiałe stworzenia.
Od reszty tarasu dzieliło mnie teraz zachodnie skrzydło rezydencji i znalazłem się nagle w nowej strefie, gdzie szkieletowe podpory loggii, migotliwa powierzchnia piaskowego jeziora i inkrustowane stawonogi wywoływały wrażenie, że wszystko jest tu zawieszone w próżni.
Przez parę chwil stałem pod balkonem, z którego wyszły te stworzenia, wciąż obserwowany przez dziwną, sybillińską postać, władczynię jakiegoś osobnego świata. Czułem, że przestąpiłem granice snu, zabłąkałem się w wewnętrzny krajobraz psychiki, emitowany na rozpościerające się wokół mnie, skąpane w słońcu tarasy.
Zanim jednak zdążyłem do niej zawołać, na loggii cicho zachrzęściły kroki. Pośród kolumn stanął ciemnowłosy, może pięćdziesięcioletni mężczyzna o skrytej twarzy bez wyrazu, w starannie zapiętym czarnym garniturze. Spoglądał na mnie z góry obojętnym wzrokiem dyrektora zakładu pogrzebowego.
Zamknęły się okiennice balkonu, inkrustowane stworzenia wycofywały się po swoim wypadzie. Otoczyły mnie: ich olśniewające korony błyszczały twardym światłem diamentów.
Każdego popołudnia, wracając spomiędzy raf ze szkicownikiem, w świetle słońca widziałem inkrustowane stawonogi wędrujące nad brzegiem jeziora, a ich władczyni w błękitnej sukni, nawiedzona Wenus z Lagoon West, obserwowała je z balkonu. Choć pojawiała się często, Charles Van Stratten bynajmniej nie wyjawiał powodu jej obecności. Już niemal uporawszy się z wymagającymi przygotowaniami do kręcenia Afrodyty 80, był w coraz większym stopniu pochłonięty.