MultatuliHistoria Wouterka Pietersegoprzełożył Łukasz Żebrowski
361
Odrobinę poezji, mój Boże, żebym nie sczezł zrażony natłokiem obrzydliwości wokół mnie!
Odrobinę poezji, mój Boże, już choćby w podzięce za to, że cię stworzyła!1 Nieprawdaż, nie ma cię tam? Obdarzony wszechmocą, nie siedziałbyś bezczynnie. Nie odpoczywałbyś niczym ociężały leniwiec, bacznie się przyglądając, jak zbrodnia dzierży władzę. Jak to, co niskie, się wywyższa, a to, co wysokie, upada.
Nie skrzyżowałbyś ramion tak leniwie, jakby wszechświat twojej przecież roboty był ci obojętny. Nie ma cię tam, czyż nie? Gdybyś tam był, od czasu do czasu uniósłbyś pięść i grzmotnął w ten przegniły gmach, który tu na dole zwie się społeczeństwem.
Odrobinę poezji, mój Boże, ty, który tylko za jej udziałem istniejesz, a w rzeczywistości zajęty jesteś próżnowaniem... wykwintne zajęcie!
Ja pracuję, tyram, mozolę się, nie mając wiele sił, a pośród twojej ociężałości leży odłogiem Wszechmoc! Szkoda takiej wszechmocy, nie uważasz?
Dalej, rusz się, boże, który nie istniejesz, pomóż nam! Wyciągnij ręce, uderz po prawicy i po lewicy, z przodu i z tyłu, wszędzie, i bądź nie mniej sprawczy niż ten, którego odmalowano w biblii mojego dzieciństwa.
Siedziałeś na wysokim tronie z chmur i srożyłeś się nieprzyjemnie...
Wszystko nieważne, w twoim jestestwie było działanie. Byłeś zagniewany, zazdrosny, od czasu do czasu... kapryśny, miewałeś zły nastrój - czego innego oczekiwać po starych bogach, którzy, od tak dawna osamotnieni, a więc w złym towarzystwie, nudzą się.
A jednak, choć nie wyglądałeś dobrotliwie, czułem respekt, bojaźń, czymkolwiek to było... coś czułem, kiedy niańka skarciła mnie, zapytana, czy cię znała, zanim zapuściłeś brodę, i czy byłeś młody, jak inni.
Takich pytań zadawać nie wolno, powiedziała nieboraczka, i że będę przeklęty, jeśli zadam je jeszcze raz - tak uważała. Cóż było robić! Odtąd zachowywałem takie pytania dla siebie i żądzę wiedzy tłumiłem obawą, że ziemia rozstąpi się pod moimi stopami, jak głosi każda Droga Zbawienia.
A może odpowiedź na pytanie, czy twoja broda zawsze była taka długa i taka biała, znajdzie się sama, kiedy podrosnę, myślałem sobie...
Cóż, niestety dawno już podrosłem, jestem nawet o wiele starszy niż tamta niańka wówczas, a twoja broda nadal pozostaje dla mnie zagadką... podobnie jak ty sam!
Lecz wtedy cię rozumiałem. Żyłem z tobą, w tobie i szczerze wierzyłem, że ty także żyjesz we mnie (zob. przypis do idei 165)2. A kiedy uczyniłem co złego... och, pamiętasz jeszcze, jak kiedyś - to było straszne! - narysowałem węglem okulary na twoim nosie?
Doprawdy, robiłem to tylko dla zabicia czasu, nie miałem złych zamiarów! Dziecko czasem się nudzi, nawet często, bo rodzice zwykle nie zajmują się dziećmi, tylko czymś innym.
Ależ się bałem! Jak dygotało mi serce na myśl, że ktoś kiedyś odkryje te okulary i zapyta: Kto założył bogu okulary?
A nawet jeśli niańka by tego nie odkryła, ty, który wszystko wiedziałeś, wiedziałeś i to, i na pewno zapłoniesz "gniewem", ześlesz zarazę albo co innego.
Słyszałem już pytanie: czy dla zaspokojenia twojej zemsty wybrałbym ofiarę ze swojego pierworodnego, czy może odrę albo dżumę w całym kraju?
Odrę już miałem, pierworodnego jeszcze nie, wybór był zatem prosty. Ale dżuma? Uważałem, że to nadmierna surowość wobec tego biednego narodu, który nic ci nie zrobił, w każdym razie nic tak potwornego jak narysowanie tych okularów.
Pobladłem cały na dźwięk trąbki, która właściwie komunikowała tylko, że przyjechał dyliżans, lecz w moich uszach brzmiała jak trąba dzieci Aszura, które wezwałeś na pomoc, by pomścić okulary.
Do miasta wtoczyły się wozy pełne silnych mężczyzn, których imion nie dało się wymówić. I kiedy zapytałem naszą służącą, czy odważyłaby się przespać z obcym mężczyzną, wrogim generałem, i przynieść mi w worku jego głowę, jak Judyta... odpowiedziała: Nie!
Nie wiedziałem, co począć, boże, i umierałem ze strachu.
Tak, tak, byłeś, i czułem, że jesteś!
A teraz?
Odrobinę poezji, mój Boże, ty, który istniejesz tylko w poezji!
Odrobinę poezji, mój Boże, żebym nie sczezł zrażony natłokiem obrzydliwości wokół mnie!
Droga Fancy, opowiesz mi bajkę?
Chronologiczno-archeologiczne dociekania na temat źródeł tej historii i nazwy Hartenstraat. O poezji w mieście, którego nazwa kończy się na "dam". Nieuleczalna miłość i warkocze ze sztucznych włosów. Bohater tej historii uwolniony od podejrzenia o przestępstwo. Pochwała Gloriosa. Niebezpieczeństwo sławy i bezpieczna górna półka. Cierpliwy kot ojca van Alphena, który nigdy nie musiał być - mam na myśli kota - tak cierpliwy, jak dzieci, którym kazano czytać jego wierszyki - mam na myśli wierszyki van Alphena - i jak męczennicy rodzicielskiej próżności, której musiały się przysłuchiwać.
362
Nie wiem, który to był rok. Skoro jednak nie jest dla ciebie bez znaczenia, czytelniku, kiedy rozpoczyna się historia, którą chcę ci opowiedzieć, podam kilka punktów orientacyjnych.
Moja matka skarżyła się na drożyznę żywności i opału. Musiało to być zatem przed odkryciem gospodarki krajowej. Mężem naszej służącej był pomocnik fryzjera, który miał tylko jedną nogę. "To wielka oszczędność", uważała biedaczka, "na butach". Z tego można by z kolei wnosić, że gospodarkę krajową już wynaleziono.
Tak czy inaczej, było to dawno. Nie mówiono jeszcze: "jak nic boli mnie głowa", Amsterdam nie miał chodników, nie istniało cło przywozowe, w niektórych cywilizowanych krajach wciąż używano szubienic, i nie co dzień umierano na anewryzm. Tak, to było dawno.
[Amsterdam, 7 maja 1902]
Nigdy nie rozumiałem, dlaczego Hartenstraat nazywano Hartenstraat. A może powinienem pisać Hartéstraat albo H?rtenstraat? Nigdy nie zauważyłem w tej okolicy większej serdeczności niż gdzie indziej, nie było tu też szczególnie dużo jeleni, choć mieszkał tu ktoś, kto sprzedawał kury, czyli poulier, co skądinąd jest określeniem zduna.
Dawno mnie tam nie było i przypominam sobie tylko, że ulica łączyła dwa główne kanały, kanały, które kazałbym zasypać, gdybym miał władzę uczynienia Amsterdamu jedną z najpiękniejszych stolic europejskich. Co należy do moich rozlicznych planów3.
Życzliwe spojrzenie na przyszłość naszej stolicy nie oznacza, że jestem ślepy na jej niedostatki. Zaliczam do nich w pierwszym rzędzie to, że zupełnie nie nadaje się na scenę romantycznych zdarzeń. Nie spotyka się tam na ulicach zamaskowanych postaci, stan mieszczański trzymany jest w ryzach, nie ma ghetta, nie ma Temple Baru ani chińskiej dzielnicy, żadnego cour des miracles, kto dokona morderstwa, zostaje ukarany, a dziewczynki i chłopcy nazywają się Mietje czy Jansje. Proza.
Potrzeba odwagi, by początek opowieści ulokować w mieście kończącym się na "dam", trudno byłoby skłonić do zamieszkania w nim taką Emérence czy Helo?se. Co i tak na niewiele by się zdało, bo te znamienitości dawno już zostały sprofanowane.
Jak francuskim pisarzom udaje się swoje Margots i Marions stroić w szaty ideałów i nie przyprawiać czytelnika o mdłości postaciami Henrich i Ernestów, którzy równie mocno kojarzą się z M'sieu Henrim i M'sieu Ernestem ze sklepu z nouveauté, jak nasze nabrzeżne ulice z brudną wodą?
Goethe był odważnym człowiekiem: Gretchen, Klarchen...
A ja - na Hartenstraat!
Lecz ja nie piszę powieści, w rzeczy samej. A nawet gdybym pisał powieść, to nie wiem, dlaczego nie miałbym jej podać jako historii. Tak, to jest historia! I to kogoś, kto w dzieciństwie zakochał się w młynie tartacznym i długo się zmagał z tą dolegliwością. Bo zakochanie to dolegliwość, nawet jeśli chodzi tylko o młyn.
Widać, że moja opowieść będzie bardzo prosta. Właściwie za prosta jak na coś samodzielnego. Dlatego, kiedy wyda mi się zbyt wątła, wplotę w nią gdzieniegdzie to i owo, jak robią Chińczycy ze swoimi warkoczami, kiedy są zbyt cienkie, bo nie mają eau de Lob ani oleju z Makassar, gdzie zresztą nigdy nie natknąłem się na niedźwiedzia, który dostarczałby tłuszczu Rowlandowi.
Na Hartenstraat była wypożyczalnia książek. Mały chłopiec z twarzyczką w kolorze miasta stał na schodach i wyglądał na niezdecydowanego. Widać było, że ugina się pod ciężarem planu ponad jego siły.
Co chwila wyciągał dłoń w kierunku klamki i za każdym razem zatrzymywał ją w połowie drogi, bez powodu pociągając za swój prostokątny kołnierzyk od koszuli, który ciążył mu na ramionach jak jarzmo, albo równie niepotrzebnie powstrzymując udawane kaszlnięcie.
Pozornie zajęty studiowaniem kolorowych, dwugroszowych rycin, które w szklanych drzwiach tego przybytku wzruszeń przemieniały się w tablicę z niepojętymi wizerunkami zwierząt, kwadratowych drzew i niewyobrażalnych żołnierzy - nieustannie uciekał wzrokiem na boki, jak ktoś, kto obawia się przyłapania na gorącym uczynku. Widać było wyraźnie, że powziął zamysł, który na wieki powinien pozostać ukryty przed spojrzeniami przechodniów i potomności, a jeżeli ktoś dostrzegł na dodatek spazmatyczne ruchy jego lewej ręki, sięgającej pod przewiązany kaftanik i, jak się wydawało, wymacującej i ściskającej coś w kieszeni spodni, mógłby sobie wyobrażać, że zamiarem Woutera było dokonanie włamania albo co podobnego.
Bo na imię miał Wouter.
Szczęśliwie się stało, że wpadłem na pomysł opowiedzenia jego historii, i za swój pierwszy obowiązek uznaję zakomunikowanie czytelnikowi, że Wouter w najmniejszym stopniu nie był winny usiłowania włamania czy morderstwa.
Lecz wiele bym dał, by móc go równie szybko uwolnić od winy za inne występki. Przedmiotem, który miętosił w kieszeni spodni, nie był wcale rossignol, passe-partout, casse-t?te, tomahawk czy machine infernale...4 lecz papierowe zawiniątko zawierające czternaście stuiverów5, za które przehandlował Nowy Testament z pieśniami straganiarzowi na Starym Moście. Plan niepozwalający mu odkleić się od schodów przy Hartenstraat zakładał ni mniej, ni więcej, tylko wstąpienie do zaczarowanego świata powieści: chciał przeczytać Gloriosa. Czytelniku, wielu było naśladowców, ale Glorioso jest tylko jeden!
Ani Rinaldinich, ani Fra Diavolich z późniejszych czasów nie sposób wymieniać w jednym zdaniu z niezrównanym bohaterem, który hrabianki porywał tuzinami, łupił papieży i kardynałów - ludzi omylnych, a Woutera Pietersego uczynił winnym sprzeniewierzenia Nowego Testamentu.
To ostatnie nie było jednak winą Gloriosa, z pewnością nie. Człowiek obawiałby się losu geniusza albo bohatera - a nawet rozbójnika - gdyby miano go z tego powodu obciążać zbrodniami, których dopuszczono się po latach, żeby naszej historii stało się zadość.
Z całą powagą protestuję przeciw czynieniu mnie współodpowiedzialnym za występki, których dopuszczono by się po mojej śmierci, aby zaspokoić pragnienie poznania moich losów, i oświadczam: od dążenia do sławy nie powstrzymają mnie obawy, że ktoś kiedyś przehandluje Nowy Testament z pieśniami za Życie i czyny Multatulego, choć nie uważałbym tej ceny za wygórowaną.
- Co się tak wiercisz, chłopcze? Jak coś chcesz, to wchodź, a jak nie, to zmykaj.
Teraz Wouter był zmuszony wejść do środka albo zrezygnować z Gloriosa. Wyraz twarzy mężczyzny, który schylił się nad ladą i owinął wokół niej jak pobrzeżek, by otworzyć drzwi i odburknąć naszemu bohaterowi, zagniewany jego bezmyślnym wierceniem się przy wejściu, nie skłaniał bowiem do powrotów. W każdym razie Wouter, który wcześniej nie miał odwagi wejść, teraz bał się oddalić. Czuł, że coś wciąga go do środka, jakby biblioteka go połykała.
- Poproszę Glorioso, proszę pana, a tu...
Wyciągnął swoją machine infernale.
- ...tu są pieniądze!
Słyszał bowiem od kolegi ze szkoły, który zaraził go powieściową gorączką, że w wypożyczalni żądano zastawu od nieznanych klientów.
Jak się wydawało, bibliotekarz uznał, że wyłożone czternaście stuiverów stanowi wystarczające zabezpieczenie. W każdym razie wyjął z szafy dziełko, zatłuszczone i zaczytane, noszące na okładce i kolejnych stronicach ślady grzesznych rozkoszy.
Jestem pewien, że kazania pastora Splitvezela, które z niezmąconym spokojem i lekceważeniem spoglądały z najwyższej półki na lekturę tamtych dni, zawstydziłyby się, gdyby swoje nieskazitelne szaty musiały narazić na zetknięcie z takim nagromadzeniem plugastwa. Nietrudno jednak zachować czystość, kiedy stoi się na najwyższej półce i nikt o ciebie nie pyta. Myślę zatem, że kazania nie miały racji. Moja opinia dotyczy zresztą nie tylko tych kazań.
Wouter drżącym głosikiem bąknął, jak się nazywa, schował swoje nieprawe szczęście pod kaftanik i wybiegł przez drzwi, płochliwie jak kot, który schwycił ofiarę po godzinach czatowania w ukryciu.
Krótki rozdział w pięciu częściach wraz z dołączoną ideą. 1. Pokora pisarza, o której świadczy przyznanie się do nieznajomości nazwy pewnej bramy. 2. Wpływ Fransjego Hallemana na bohaterską duszę Woutera. 3. Związek między tym wpływem a widzeniami Habakuka. 4. Jeszcze o Habakuku i uwaga na temat nieatrakcyjności drukowanych brzoskwiń. 5. Dorośli ludzie w oczach dzieci. Coś o warkoczu mojego Chińczyka i kołnierzykach ludzkości.
363
Wouter biegł i biegł... nie wiedział dokąd. Do domu wrócić nie mógł. Tam zbyt bacznie go pilnowano. O co nie było trudno na tak ograniczonej przestrzeni.
Wybierał wyludnione ulice i dotarł w końcu do bramy, którą musiał niejednokrotnie widzieć. Nie znał jednak jej nazwy, podobnie jak ja6. Brama była niska, płasko sklepiona, w jej pobliżu zawsze pachniało popiołem. Raz z niej zeskoczył. To było wtedy, kiedy z Fransjem Hallemanem nie poszli na katechizację. Fransje myślał, że Wouter nie odważy się uciec z lekcji i zeskoczyć z bramy. Ale Wouter się odważył i zrobił to właśnie dlatego, że Fransje Halleman wątpił w jego odwagę.
To tym wagarom zawdzięczał, że tak dobrze rozeznawał się w Habakuku, którego widzenia musiał za karę przepisać dwanaście razy. Skok wzbogacił go o barometr w zwichniętym paluchu u nogi, ze szlachetnej zemsty ostrzegającym go później za każdym razem, kiedy miało padać.
Habakuka należałoby w jakimś sensie traktować jako moment przejścia Woutera od lektur dziecięcych do książek opowiadających o "dorosłych". Od jakiegoś czasu Wouter czuł, że jego admiracja dla posłusznych Henryczków się chwieje i mdliło go od papierowych brzoskwiń pilności7. Innych brzoskwiń nie znał, bo nie spotykało się ich w mieszczańskim gospodarstwie.
Nie było nic bardziej naturalnego niż gorące pragnienie, by móc porozmawiać ze starszymi kolegami ze szkoły o cudach, które się zdarzają w rzeczywistym świecie, gdzie jeździ się karetą, pustoszy miasta, żeni się z księżniczkami, a wieczorem nie śpi po dziesiątej, chociaż nikt nie obchodzi urodzin. W tym świecie można się też samemu obsłużyć przy stole i wybrać, na co się ma ochotę. Tak myślą dzieci.
364
Każdy chłopiec ma swój wiek bohaterski, a ludzkość nosi kaftanik z jarzmowym kołnierzykiem.
Lecz jak daleko sięga to podobieństwo? Gdzie się kończy? Czy ludzkie plemię dojrzeje? A nawet więcej, zestarzeje się? I podupadnie, zdziecinnieje?
Ile mamy lat teraz, w roku 1862? Jesteśmy chłopcem, młodzieńcem, mężczyzną? A może już... nie, to by było nieprzyjemne.
Przyjmijmy dla wygody, że żyjemy we Flegeljahre8 Jeana Paula. Nie całkiem już jesteśmy dziećmi i możemy mieć jeszcze jakieś nadzieje na przyszłość.
Tak, na przyszłość, o ile odegnane zostanie od nas to zatęchłe szkolne powietrze. O ile nie będzie nam przeszkadzała kusa kurtka chłopca obok. O ile dana nam będzie wolność człowieka urodzonego bez despektu, bez przyzwolenia udzielonego na mocy prawa. O ile będzie istniał jeden język. O ile zapomniane zostaną metafizyka i teologia, a znajomość Natury oznaczać będzie nobilitację. Jeżeli na dobre zerwiemy z niańczynymi opowieściami o Religii.
Spójrz na jedwab wpleciony w cienki warkocz mojego Chińczyka. Niektórzy powiedzą, że to tylko len.
Włoski rozbójnik nad zewnętrznym kanałem w Amsterdamie. Próbka gorzkich cierpień cnotliwej Amalii. Wychodek i Jouvin, małżeństwa i woskowe świece, palladia cnotliwości. Dowód na przyzwoitość Hallemanków, z którego można wywieść i to, że uczciwość popłaca. Krótkie rozważania o ciasnocie.
365
Wouterowi nie w głowie były wieki bohaterstwa ani chińskie warkocze, kiedy zupełnie nieczuły na niedostatki krajobrazu dotarł do błotnistego kanału i rozpiętego nad nim, nikomu niepotrzebnego mostku, którego poręcz wybrał sobie na pulpit, wcześniej uważnie się rozejrzawszy i upewniwszy, że jest sam i przez nikogo nie niepokojony może przejść do pochłaniania losów swojego rozbójnika.
Przez chwilę czułem, jak rośnie we mnie ochota, by zapewnić czytelnikowi udział w rozkoszach Woutera, dostarczając mu zarys nieśmiertelnego dzieła, które tak chłopca oczarowało. Lecz, pomijając to, że tak naprawdę nie znam historii Gloriosa - co by mi zresztą niezbyt przeszkadzało o niej mówić - wiele innych spraw pilniej domaga się omówienia i jestem zmuszony skierować czytelnika na Hartenstraat, w nadziei, że nie wybierze drogi przez Stary Most. Niech wystarczy mu wiedzieć, że to "bardzo ładna" historia. Cnotliwa Amalia, która w migoczącym świetle pochodni, przy łożu śmierci swojej czcigodnej matki, w posępnej cyprysowej dolinie, złożyła uroczystą przysięgę, że jej płomienna miłość do szlachetnego rozbójnika, mimo budzących trwogę drzwi spustowych i zardzewiałych kajdanów, z pomocą jej słonych łez... krótko mówiąc - poruszająca historia. I bardziej obyczajna niż jej mdłe naśladownictwa. Wszyscy członkowie bandy byli, jak się należy, żonaci i nosili rękawiczki. W grocie stał ołtarz ze świecami, a rozdziały, w których porywano dziewczęta, kończyły się stosownym wielokropkiem albo tajemniczymi myślnikami, które Wouter na próżno brał pod światło, by dowiedzieć się z nich więcej.
Doczytał do "umieraj, zdrajco". Było już ciemno i zdał sobie sprawę, że trzeba kończyć rzekomy spacer z Hallemankami, "którzy są takimi przyzwoitymi dziećmi". Niechętnie zamknął drogocenną książkę i odszedł w pośpiechu, bojąc się bury za długą nieobecność.
"Nie dostanie więcej pozwolenia", grożono przy takich okazjach. Ale Wouter wiedział, że nie mówiono poważnie. Rozumiał aż za dobrze, że od czasu do czasu warto "pozbyć się z domu dzieci przy takiej ciasnocie". A "Hallemankowie byli nadzwyczaj przyzwoici. Mieszkali obok domu z balkonem, a niedawno bardzo miło się ukłonili, zdejmując czapki".
Sam nie uważam, żeby Hallemankowie byli przyzwoitsi od pozostałych ancymonków, których znał Wouter. A że pragnę swoją opinię uzasadnić, przytoczę tu zdarzenie, które miało miejsce nieco wcześniej.
Wouter nie otrzymywał kieszonkowego. Matka mówiła, że to zbyteczne, bo w domu dostaje wszystko, czego potrzebuje. Doskwierało mu, że za każdym razem, kiedy chce zagrać z kolegami w piłkę, musi czekać na ich pozwolenie - robili mu wyrzuty, że się nie dołożył do zakupu tego utensylium. W czasach Woutera piłka kosztowała trzy duity9. Teraz byłaby droższa... nie, tańsza... bo ekonomia krajowa.
W wielu sytuacjach ten nieustanny brak pieniędzy przysparzał mu zmartwień. Przekonamy się jeszcze, czy jego matka miała rację, kiedy mówiła, że dostawał wszystko, czego potrzebował. Z pewnością nie dawano mu w domu okazji do dysponowania czymkolwiek według własnej woli. A to sprawia przecież taką przyjemność dzieciom. I ludziom w ogóle.
Hallemankowie - którzy byli tacy wyjątkowo przyzwoici - bardzo wyraźnie dawali mu do zrozumienia, że nie chcą już samodzielnie ponosić kosztów znajomości. Fransje obliczył, że przyjaźń z Wouterem kosztowała ich do tej pory dziewięć stuiverów - myślę, że to dużo, nie jak na przyjaźń, ale dużo do liczenia - a Gus mówił, że jeszcze więcej, ale nie będę tego dociekał. Gus założył też za Woutera, kiedy ten potrzebował czterech rysików, by konkurować o względy długiej Ceciel. Cieciel nie chciała Woutera znać, bo nosił kaftanik wpuszczany w spodnie10. Ale rysiki przyjęła, i oddała Gusowi za całusa.
Gorzkie wyrzuty Hallemanków - którzy byli tacy wyjątkowo przyzwoici - doprowadzały Woutera do rozpaczy.
- Prosiłem mamę - powiedział kiedyś - ale ona nie chce dać ani grosza.
- Nic nas to nie obchodzi - odpowiedzieli Hallemankowie k.b.t.w.p. - Jesteś pasożytem!
Wouter pierwszy raz słyszał to słowo, ale od razu je zrozumiał. Nic tak nie wyostrza przenikliwości jak gorycz serca.
- Pasożyt, pasożyt... jestem pasożytem!
Uciekł z płaczem, szedł okrężną drogą, żeby ominąć ulicę, przy której ojciec długiej Ceciel miał sklep łokciowy. Ach, gdyby zobaczyła, że idzie ulicą, płacząc jak małe dziecko... - to byłoby z pewnością gorsze od spodni naciągniętych na kaftanik.
- Pasożyt, pasożyt!
Spotykał wielu dorosłych, którzy też mogli być pasożytami, ale nie płakali z tego powodu jak on.
- Pasożyt!
Zobaczył służącego i kiedy ten go minął, Wouter głęboko odetchnął. Był zdziwiony, że mężczyzna go nie schwytał.
- Pasożyt!
Z przeciwka nadchodził śmieciarz, który wystukiwał to samo słowo na kołatce. Nie do wytrzymania!
Nasz nieszczęśnik przypomniał sobie, jak Hallemankowie k.b.t.w.p. mamili go kiedyś zyskiem, który dałoby się wyciągnąć z handlu detalicznego miętówkami. Duża torba cukierków kosztowała dwadzieścia cztery stuivery. Gdyby sprzedawać po kilka sztuk za duita, przebicie byłoby ogromne, trzeba by tylko mieć na początek jakiś kapitał. Hallemankowie dokładnie to obliczyli. Byli bowiem nie tylko wyjątkowo przyzwoici, ale i sprytni. Spryt i przyzwoitość idą najczęściej w parze. Ale, jak mówili, potrzebny był kapitał. Oni dokonywaliby zakupów, oni wzięliby na siebie sprzedaż, a gdyby Wouter wniósł wkład w wysokości zaledwie jednego guldena, interes by się domknął.
- Pasożyt... pasożyt...
Wouter ukradł guldena z portmonetki mamy i zaniósł go Hallemankom k.b.t.w.p.
- Skąd go wziąłeś? - zapytał Gus, ale zadbał o to, żeby Wouter nie miał czasu na odpowiedź, jak i o to, żeby nie zrozumieć odpowiedzi, której ten jednak udzielił, okazując milczące zakłopotanie.
- Skąd go wziąłeś - bez znaku zapytania zatem. - Teraz Franssie i ja dołożymy po dwa stuivery, razem będziemy mieć dwadzieścia cztery, i kupimy miętówki. Przy Rozengracht jest fabryka... taaaka torba kosztuje cztery szylingi11! My się wszystkim zajmiemy, Franssie i ja. U nas w szkole jest więcej okazji do handlu, sam wiesz! Kris Kloskamp zamówił już dwanaście - zapłaci po wakacjach - weźmiemy to na siebie... nic nie musisz robić, Wouter... i podzielimy się po równo, możesz na nas polegać...
Wouter wrócił do domu i marzył o nadzwyczajnych zyskach. Odłożyłby daaldera12 do portmonetki mamy, a długiej Ceciel kupiłby ołówek u tego człowieka, który ołówkami robił dziury w burcie swojego wózka. Takie były wytrzymałe! To co innego niż kilka rysików - myślał - a jak długa Ceciel nawet teraz nie będzie go chciała, to... nie, Wouter nie wybiegał myślami tak daleko. Na drodze naszej wyobraźni natrafić można na otchłanie, których nie mamy odwagi sondować. Instynktownie wyczuwamy ich obecność, cofamy się ze strachem, zamykamy oczy i... nie wiem, co dalej. Ale wiem, że Wouter tego wieczora zasnął bardzo szczęśliwy, z nadzieją, że wkrótce uspokoi dręczone kradzieżą sumienie i uraduje serce przepełnione miłością do długiej Ceciel.
Cóż, Wouterowi zabrakło w kalkulacjach sprytu i przyzwoitości Hallemanków!
Spotkał ich następnego dnia, kiedy wychodził ze szkoły. Wouter, który oczyma wyobraźni widział, jak Hallemankowie, ciężko dysząc, dźwigają ogromną torbę. Wouter, który niecierpliwie pragnął się dowiedzieć, czy Kris Kloskamp podtrzyma śmiałe zamówienie. Wouter, który umierał z ciekawości, jak im się powiedzie... ach, jakże był zawiedziony, kiedy zobaczył Gusa Hallemana, który nie dość, że nie niósł torby miętówek, to jeszcze miał bardzo poważną minę. Franssie też wyglądał jak wzór cnotliwości.
- No i jak nasze sprawy? - zapytał Wouter, nie wymawiając przy tym ani słowa. Był zbyt zaciekawiony, żeby nie zadać pytania, i zbyt przestraszony, żeby zapytać inaczej, niż bezgłośnie otwierając usta i wysuwając głowę do przodu.
- Słuchaj, Wouter, namyśliliśmy się... jest wiele przeszkód.
Biedny Wouter! Oto rozbitkowie: jego sumienie i jego serce. Żegnajcie marzenia o moralnej rehabilitacji, żegnaj ziejąca "matczyna sakiewko", żegnaj ołówku przewiercający drewno, który miałeś wyrąbać otwór w sercu długiej Ceciel... żegnajcie, żegnajcie, żegnajcie!
- Sam rozumiesz, Wouter, miętówki by się rozpuściły...
- Ta...a...ak - zacinał się biedaczysko.
- A ten Kris Kloskamp, który zamówił dwanaście, pamiętasz?
- Ta...a...ak.
Kris też mógł się rozpuścić?
- Odchodzi ze szkoły, i na pewno nie wróci po wakacjach.
- Ta...a...ak?
- Tak, i dlatego... a poza tym... obliczyliśmy, Franssie i ja, że jeden funt to dużo mniej miętówek, niż myśleliśmy, bo miętówki są teraz bardzo ciężkie, rozumiesz?
- Tak - wtrącił Fransje, śmiertelnie poważnym tonem, jak ktoś, kto w obliczu zagrożenia życia porusza kwestie zasadnicze. - Tak, miętówki są teraz bardzo ciężkie. Przekonaj się sam, ale musisz ją potem oddać.
I podał Wouterowi miętówkę, którą ten dobrodusznie ważył na palcu. Po czym posłusznie ją oddał, biedaczysko. Wydawała mu się ciężka... był tak przybity, że wszystko wydawałoby mu się ciężkie.
Fransje włożył ciężką miętówkę do ust i powiedział, zaczynając ssać:
- Istotnie, bardzo ciężka. Angielska, wiesz? I jest coś jeszcze... prawda, Gus? Przyzwoitość. No, Gus, ty to powiedz.
- Przyzwoitość, Wouter! - wykrzyknął Gus z powagą w głosie.
- Chodzi nam o przyzwoitość - powtórzył Fransje, jakby to coś wyjaśniało.
Wouter spojrzał najpierw na jednego, potem na drugiego i wydawało się, że nie rozumie, o co chodzi.
- Powiedz mu, Gus.
- Dobrze, Wouter, Franssie ci to powie.
- Wouter, nasz tata jest w diakonii, rozumiesz, i zbiera pieniądze, a nad naszym kanałem...
- Tak - zawołał Fransje - nad naszym kanałem, rozumiesz, mieszka pan Krullewinkel, który ma willę...
- Z balkonem...
- To kwestia przyzwoitości, nic więcej, rozumiesz, Wouter? I kiedy przychodzi ktoś z wizytą, wtedy nasza mama częstuje...
- Tak, wtedy częstuje maderą, słowo, a nasze pudełko na tytoń jest srebrne...
- Nie, Franssie... ale jest zupełnie jak srebrne, wiesz, Wouter?
Biedak odpowiadał tylko, że wie, mając nadzieję, że w końcu się dowie, czego rzeczywiście nie wiedział: jaki jest związek między tym wszystkim a jego zaprzepaszczonymi nadziejami. Wydukał:
- Dobrze, Gus, dobrze, Franssie... a miętówki?
- To tylko, wiesz, żeby ci powiedzieć, że jesteśmy bardzo przyzwoitymi ludźmi.
- Tak, Gus.
- I jesteśmy posłuszni.
- Ta...a...ak, Franssie!
Biedny Wouter!
- A skoro mówisz, że nie dostajesz kieszonkowego...
- Tak, Wouter, i wiesz, skoro nasz tata jest takim przyzwoitym człowiekiem... zimą widać go czasem, jak chodzi z sierotą...
- Tak, i dzwoni do wszystkich drzwi. I właśnie dlatego boimy się, że ty...
- Że ty...
- Tego guldena...
- Tego guldena, wiesz...
- Że go...
- Że nie zdobyłeś go w uczciwy sposób... o to chodzi - powiedział Fransje, który wyciągnął z kieszeni drugą miętówkę i włożył ją do ust, na pewno żeby się wzmocnić po wypowiedzeniu rozstrzygającej kwestii.
Wydało się! Biedny, biedny Wouter!
[nad Amstelą, 10 sierpnia 1896]
- I dlatego, Wouter, nie licz na nas. Ale dzielimy się po równo. Tak jak się umawialiśmy!
- Tak, dzielimy się po równo - zawołał Gus. - Rozumiesz... natrudziliśmy się... i dlatego, zobacz, dzielimy się po równo!
Hallemankowie byli sprytni. Po równo znaczyło:
a zatem... Wouter otrzymał osiem stuiverów.
- Wiesz - powiedział Gus - to dlatego, że nasz tata jest diakonem.
- Tak... a nasze pudełko na tytoń... chociaż nie jest ze srebra, to wygląda zupełnie jak srebrne.
Z tej prawdziwej historii bierze się moja niewiara w wyjątkową przyzwoitość Hallemanków i przychylam się do opinii, że owa przyzwoitość nie była niczym więcej jak wymysłem matki Woutera, która mieszkała w ciasnocie. Ciekawe, czy odkryłaby w tych chłopcach wyjątkową przyzwoitość, gdyby potrafiła znaleźć Wouterowi pożyteczne zajęcie w domu.
366
Wiele praw i większość obyczajów powstało z ciasnoty umysłu, serca, mieszkania, kraju, z niedostatków charakteru czy z braku środków do życia.
Stosuje się to zarówno do nauki o prawej ręce, jak i do instytucji małżeństwa i wielu rzeczy pomiędzy13.
Rozdział przeplatany ideami. Zaginione cukiernice i zapodziane biblie przed trybunałem sumienia. Niemęskość narodu, podług Siegenbeeka i innych moralistów. Zasługi i ułomności Leentje, oglądane z przyjaznej perspektywy. Daleko idąca niestosowność przedprinsenowskiej metody literowania. Toż samo o autorze tych idei. Wycieczki przeciw cnotliwemu zepsuciu. Kazanie Kappelmana o słowach i czynach.
367
Jakkowiek by było z przydatnością ciasnoty w kwestii ustalania zasad, Wouter znał jej owoce, choć brakowało mu filozoficznej wiedzy na temat ich pochodzenia. Jego późny powrót do domu nie martwił go zatem tak bardzo jak straszna kara, która go niechybnie czekała, gdyby odkryto brak Nowego Testamentu z pieśniami. Powrócił ze swojej wyprawy do Abruzji i kiedy wkraczał do Amsterdamu, wspomnienie własnej nikczemności - czy też spodziewanej kary, która byłaby owej nikczemności następstwem - zaciążyło na jego sercu.
368
Tak niewiele zostałoby z tego, co nazywamy sumieniem, gdybyśmy zapomnieli o nieuniknionych skutkach popełnianego zła.
369
Wouter pocieszał się jednak myślą, że tym razem nie zapodział naparstka, jak ostatnio. Brak Nowego Testamentu nieprędko zostanie dostrzeżony, myślał, bo do niedzieli jeszcze daleko, a w tygodniu nikt nie będzie o niego pytał.
Powtórzmy: to nie był naparstek ani drut do ręcznych robótek, ani cukiernica, ani żadna inna rzecz codziennego użytku...
370
Osobliwe, że chrześcijanie, którzy wedle własnych słów szczęśliwość czerpią z Biblii, tak szybko się ową szczęśliwością potrafią nasycić. Dodające Wouterowi otuchy porównanie naparstków i dobrych nowin było jak najbardziej słuszne. Znam wielu chrześcijan, którzy nie zaglądają do swojej Biblii - co jest też jedynym sposobem na to, by chrześcijaninem pozostać - wielu przypomina sobie coś w związku z Biblią z czasów swojej katechizacji, ale tylko nieliczni przeczytali z niej tyle, co dla przykładu ja, który w szczęśliwość zaopatruję się w całkiem inny sposób.
Większości chrześcijan, którzy się na mnie złoszczą, ponieważ tak wiele w Biblii kwestionuję, z powodzeniem zadaję pytanie: a czytaliście ją, czytaliście, naprawdę czytaliście?
371
Kiedy nasz bohater wrócił do domu, schował zatłuszczonego Gloriosa za komodą Leentje, tej samej Leentje, która po skoku z bramy zacerowała ogromną dziurę na kolanie w portkach, dzięki czemu mama o niczym się nie dowiedziała.
Tak, spoczęła w grobie, nie mając pojęcia o tych podartych spodniach! Nie wiem, czy spodnie są rodzaju męskiego i nie mam ochoty tego sprawdzać, przede wszystkim dlatego, że nawet gdybym znalazł "spodnie m." w słowniku ortograficznym, dalej bym tego nie rozumiał. Niedawno nie znalazłem m. za słowem "nacja". Zapewne jakaś złośliwość Siegenbeeka14.
Czy spodnie Woutera były rodzaju męskiego, nie wiem, lecz to, że Leentje zaszyła rozdarcie, jest prawdą. Tak samo ratowała z innych nieszczęść i dostawała za to siedem stuiverów tygodniowo, a wieczorem pajdę chleba z masłem.
Jeszcze długo po Habakuku Wouter po wielekroć myślał o jej pokornym: "Dobry wieczór, pani. Dobry wieczór, panu i panienkom. Dobry wieczór, Wouter"... i o całej reszcie.
Bo mama Woutera nazywana była "panią" z powodu zakładu szewskiego. Panienki były jego siostrami i uczyły się tańczyć. A jego brat był "panem", od kiedy go powołano na trzeciego nauczyciela pomocniczego w miejskiej szkole pośredniej15. Wydłużono mu wtedy kurtkę, żeby wzbudzić szacunek wśród uczniów. Stoffel16 już do niego nie pasowało, uważała mama. Ale jego samego Leentje nazywała po prostu Wouter, bo był jeszcze małym chłopcem. Pożyczył od niej kiedyś trzy stuivery, a właściwie dwadzieścia sześć duitów, których nigdy nie oddał, bo kiedy po latach chciał zwrócić dług, duitów już nie było, a Leentje umarła.
Nie mógł się z tym pogodzić, bo bardzo ją kochał. Była szpetna, dosyć zaniedbana, a do tego krzywa. Stoffel nauczyciel twierdził też, że ma czarne podniebienie. Rozpowiadała ponoć, że w Niderlandach17 pił likier porzeczkowy.
Chętnie mu wierzę, ale czego można oczekiwać za siedem stuiverów i pajdę chleba z masłem? Znałem księżne, z większymi dochodami, a i tak niemiłe w obejściu.
Leentje była krzywa od ciągłego szycia. Obszywała całą rodzinę, potrafiła wyczarować spodnie, dwie kurtki i sukienną czapkę z jednego duffelskiego18 płaszcza, a i tak wystarczyło jeszcze na sous-pieds19, których potrzebował Stoffel na egzamin na wychowawcę w szkole z internatem w Kolonii Przylądkowej. Nie powiodło mu się, przez błąd w Euklidesie.
Nikt oprócz Woutera nie był z Leentje zadowolony. Myślę, że nie chciano jej zepsuć nadmierną łagodnością. Panienki stale mówiły o "pozycji" i o tym, że "każdy musi pilnować swojego miejsca". Miało się to odnosić do niej. Ojciec Leentje był szewcem i reperował buty, a ojciec panienek prowadził sklep, w którym sprzedawał buty sprowadzane z Paryża. To wielka różnica. Bo bardziej godzi się sprzedawać coś, co zrobił kto inny, niż samemu coś zrobić.
Matka uważała, że Leentje mogłaby być schludniejsza. Mówiła to szczerze. Ale wracam do ceny, i do tego, że trudno się umyć komuś, kto nie ma czasu, mydła, odrobiny miejsca ani wody. Bieżącej wody z wydm jeszcze nie było, a gdyby nawet była, nie dopłynęłaby do Leentje.
372
W surowym klimacie ubóstwo higieniczne nie istnieje. Nie mówię o schodach na poddasze, podłogach i wierzchnim ubraniu. W kraju takim, jak nasz, potrzeba więcej niż przeciętnych dochodów, by rzeczywiście - to znaczy nie na sposób holenderski - zachować czystość. Kąpiel kosztuje w Amsterdamie więcej niż obiad, a bidety w Niderlandach są rzadkością, przede wszystkim w "przyzwoitych" domach20. Oprócz biedy bowiem - czy względnej biedy - wśród przyczyn owej nieczystości, jak wszędzie, swój udział ma cnota.
- Myślisz, że moja córka jest kurwą? - zapytał ojciec lekarza, który leczył dziewczynę i chciał robić za Herkulesa w jej stajni.
Taki cnotliwy ojciec uznałby tę moją ideę za nieobyczajną.
Właśnie, najcnotliwszy ojciec! Zważ jednak, że moja szczotka nie mogła pozostać czysta po napotkaniu i wymieceniu waszych cnotopodobnych brudów.
373
Z tak zwaną religią rzeczy mają się podobnie.
Wierni tworzą boga, ośmieszają go, stroją, a kiedy drwię z tej śmieszności, mówią, że naruszam świętość.
Ejże, spróbujcie kiedyś ośmieszyć mojego boga, drogą głupią błyskotliwą naiwną wszechmocną nieświadomą dziecinną tutti frutti Naturę...
Nie potraficie, bogotwórcy bez patentu!
374
Stary pan Kappelman miał nastrój do filozofowania i tak przemówił:
- Synu, bacz raczej na to, co mówisz, a nie na to, co robisz, a powiedzie ci się w sklepie, który ci przekażę, a który sąsiaduje z izdebką, gdzie przyszedłeś na świat.
Nie ma wielkiego znaczenia, mój synu, czy śliwki, które sprzedajesz, są smaczne, mów i powtarzaj: to wyjątkowo smaczne śliwki.
Myśl ponad głową pastora Teokraty o tym, co ciebie zadowoli, mój synu. Jeśli będzie trzeba, odmów mu kredytu, kiedy znowu przyśle kogoś po osełkę masła na roczny rachunek. Wyrzuć go za drzwi, mój synu, jeśli w czas dużego ruchu będzie ci się zbytnio naprzykrzał o nowe rodzynki, lecz pilnuj się, mój synu, byś nigdy nie powiedział, że pastor to cymbał albo: te rodzynki są tak naprawdę zeszłoroczne.
Daj kopniaka swojej żonie, mój synu, jeśliś pewny, że silniej kopiesz niż ona. Lecz nigdy nie mów, mój synu: chciałbym, żeby umarła, albo: jest piegowata.
Wydłub komuś oko, jeśli nie ma innego wyjścia, mój synu, lecz nie mów nigdy: ten człowiek ma zeza.
Pogardzaj ludźmi, którzy publicznie źle się zachowują i idź inną drogą, żeby ich unikać, lecz powiedz: szedłem okrężną drogą, żeby przeczytać ogłoszenie o porodzie, który właśnie się odbył. A jeśli w okolicy nie było pań, które urodziły, powiedz, że wybrałeś tę ulicę, żeby sprawdzić, czy może która nie urodziła?
A jeśli, mój synu, widzisz pijanego, który przewrócił się na ulicy, powiedz: ten człowiek odpoczywa.
A jeśli na swojej drodze ujrzysz nieczystości, powiedz: na targu było dzisiaj dużo ryb, albo: będzie padać, kiedy wiatr ucichnie, albo: wiatr osłabnie, kiedy zacznie padać, albo coś podobnego, albo nie mów nic zgoła, mój synu, ale w żadnym wypadku nie wspominaj o nieczystościach, które widziałeś.
Tak bowiem człowiek został stworzony, mój synu, że przełknie wiele nieczystości, lecz ani słowa, które padło na ich temat z twoich ust.
Tak zatem, nazywając wiele rzeczy obcymi słowami, albo też w ogóle tych rzeczy nie nazywając, sprzedasz dużo rodzynek - nawet kiedy są zeszłoroczne - a w twoim sklepiku wszystko potoczy się tak, jak powiedziałem, kiedy naszła mnie ochota na filozofowanie.
375
Uff! Znowu o Leentje. Stoffel winił ją za źle obrębione kołnierzyki u koszuli, które "bardzo niekorzystnie wpływają na poważanie, jakim się cieszy". I skarżył się, że zawsze tak drwiąco na niego patrzy, kiedy "ma panów".
"Mieć panów" znaczyło tyle co privatissimum, prywatne lekcje o metodzie nauczania Prinsena21, wtedy jeszcze nieodkrytej, ale przeczuwanej przez Stoffela. Leentje podawała przy tej okazji herbatę i pewnego razu nie udało jej się powstrzymać śmiechu, kiedy usłyszała, jak Stoffel literuje swoje nazwisko i zaciekle atakuje naganną staroświecką wymowę esse té, która miałaby być w dodatku brzydka.
No i ten likier porzeczkowy!
Krótki rozdział bez idei. Hrabiowie Holandii a ceny mięsa i Pennewip bezpodstawnie odsądzany od czci. Nieuchwytny talent Leentje do naprawiania ubrań i dusz.
376
Każdy miał zatem własne pretensje do biednej Leentje. Tylko Wouter bardzo ją lubił i z nikim w domu nie czuł się tak zżyty jak z nią, może dlatego, że inni nie lubili jego i był zmuszony, a w każdym razie zdeterminowany, by u niej szukać pocieszenia. Bo każde wzruszenie szuka ujścia i nic nie ginie bezpowrotnie, zarówno w świecie moralnym, jak i materialnym. Mógłbym poświęcić temu kilka idei i opatrzyć je osobnymi numerami, ale nie mam na to ochoty, bo pod moim oknem stoi kataryniarz i zapewnia mi nadmiar wrażeń, od których mało nie zwariuję.
Matka mówiła na Woutera "ten chłopak". Jego bracia - byli jeszcze inni poza Stoffelem - twierdzili, że jest fałszywy i podstępny, bo mało mówi i nie lubi grać w kulki. A kiedy już się odezwał, zarzucano mu całkowicie niepotwierdzone powinowactwo z kotem króla Salomona. Siostry ogłosiły, że jest "oberwańcem". Tylko do Leentje zawsze mógł przyjść. Pocieszała go i uważała, że to wstyd "nie włożyć więcej pracy w takiego chłopaka jak on". Musiała zatem widzieć, że nie był takim samym dzieckiem jak każde inne. Też tak uważam. Inaczej nie zadawałbym sobie trudu opowiedzenia jego historii.
Jeszcze krótko po wyprawie na Stary Most, Hartenstraat i do Bramy Popielnej Leentje była jedyną powiernicą Woutera. Jej czytał wiersze, którymi wzgardziła długa Ceciel. Jej poskarżył się na niesprawiedliwość Pennewipa, który jego ocenił na "dość dobrze", a rudego Keesa na "wybitnie" z zawijasem. Keesa, który nigdy nie potrafił sam obliczyć działania i zawsze się zacinał przy hrabiach Holandii.
- Biedaku - mówiła Leentje - masz rację. Przecież oni weszli do domu bawarskiego... Wstyd! I to dla jednego duita na funcie.
Twierdziła, że Pennewip taniej kupował mięso od ojca Keesa, który był rzeźnikiem, i że z tymi hrabiami i ich ciągłym przenoszeniem się z miejsca na miejsce to też było szachrajstwo.
Później Wouter podejrzewał ją w tej sprawie o zbożne kłamstwo, ponieważ Pennewip, jeśli mu się człowiek lepiej przyjrzał, nie wyglądał na kogoś, kto by szachrował z befsztykami. Ale wtedy Wouter skwapliwie przyjmował lekkomyślne odsądzanie nauczyciela od honoru, lecząc własne urazy, spowodowane pierwszeństwem Keesa. Bo gdy na szwank narażony jest nasz honor albo to, co za takowy uważamy, mniej obchodzi nas honor innych.
Kiedy bracia dręczyli go, drwiąc z "profesora Woutera", kiedy siostry zrzucały na niego winę za "błazeńskie bazgranie po tapecie", kiedy matka karała go za podjadanie kleiku ryżowego, który został z wczoraj i tak dobrze by się nadał na jutro, wtedy Leentje zawsze przywracała Wouterowi spokój ducha, podobnie, jak sprawiała, że dziury w jego ubraniach znikały szast-prast, ani się człowiek obejrzał.
O brzydka krzywa zaniedbana do obmowy zawsze skora Leentje, jakże Wouter cię kochał! Ile otuchy potrafił w niego wlać twój miedziany naparstek, ile zachęt kryła twoja kula do cerowania, ile ukojenia było w twoim czułym:
- Tu masz igłę, nitkę, tu kawałek szmatki, uszyj woreczek na swoje rysiki, mój chłopcze, i opowiedz mi raz jeszcze o tych wszystkich hrabiach, którzy nieustannie przechodzili z jednego domu do drugiego.
Znowu rozdział bez idei. Głęboka wstrzemięźliwość pani Laps. Kazanie Stoffela. Wouter trwa niezłomnie przy Gloriosie. Poruszające wspomnienie śmierci Scelerajosa, której my - by chronić uczucia czytelnika i z powodu bardzo rozległych stosunków krajowych - wcześniej tylko pozwalaliśmy się domyślać. Przypadek szlachetnej śmierci Gloriosa. Ostatni król Aten. Niestrawność i pękanie bębenków przedstawione jako skutek osobliwej przemiany materii.
377
Nie wiem, którego proroka tym razem podetknięto Wouterowi, żeby ukarać go za zapodzianie Biblii. Pastor, przyjaciel domu, zjawił się jak na zawołanie, niemo przerażony takim nagromadzeniem zła. Pani Laps, która mieszkała na parterze w pokoju od ulicy, zdążyła już o wszystkim usłyszeć. Była bardzo religijna i twierdziła, że chłopakowi takiemu jak on przeznaczona jest szubienica:
- Zaczyna się od Biblii - powiedziała znacząco - a kończy na czym innym.
Nikt jednak nigdy się nie dowiedział, na czym innym miałoby się kończyć, skoro zaczęło się od Biblii. Myślę, że ona sama tego nie wiedziała i mówiła tak tylko po to, by mamić ludzi swoją życiową mądrością i udawać, że rozumie więcej, niż chce powiedzieć. Mnie to nie przeszkadza, choć nie lubię mądrości, która nie wysławia się zrozumiale, i gdyby to ode mnie zależało, wziąłbym panią Laps na spytki.
Stoffel wygłosił drugie kazanie, w którym dopowiedział to, o czym zapomniał pastor. Mówił o Korachu, Datanie i Abiramie, którzy dopuścili się podobnych występków co Wouter i za karę zostali żywcem pogrzebani. Powiedział też, że na Starym Moście rodzina utraciła honor, a on, jako "jedyny" najstarszy syn przykładnej wdowy i jako trzeci nauczyciel pomocniczy w miejskiej szkole pośredniej, był zobowiązany troszczyć się o honor tego domu...
- Bawarskiego - powiedziała ściszonym głosem Leentje.
- ...że małżeństwo albo inne plany na przyszłość mogły z winy Woutera zostać zaprzepaszczone, bo nikt nie będzie chciał się zadawać z dziewczętami, które... krótko mówiąc, Stoffel twierdził, że to hańba i że on spuszcza wzrok, kiedy spotyka kogoś, kto już wie. Nie miał wątpliwości, że "chłopcy" też już wiedzieli, bo Lodewyk Hopper pokazał mu język.
W końcu, że boi się przechodzić przez Nowy Rynek22, bo przypomina sobie wtedy straszną przepowiednię pani Laps na temat przyszłości Woutera.
Dodał jeszcze coś o Korachu, Datanie i Abiramie, a mówił tak przejmująco, że naraz cała rodzina wybuchła płaczem.
Wouter pocieszał się myślami o Gloriosie i kiedy wspominano o "tym innym", które zdaniem pani Laps miało nadejść, wyobrażał sobie swój ślub z piękną Amalią i jej tren niesiony przez sześciu paziów. Pani Laps z pewnością zrobiłaby wielkie oczy, gdyby poznała tę egzegezę przemilczanej kulminacji.
Rozumie się samo przez się, że wszelkie próby mające skłonić naszego bohatera, by wyjawił, na co przeznaczył otrzymane pieniądze, spełzły na niczym. Po wykorzystaniu wszystkich dostępnych środków trzeba było dać za wygraną. Chleb i woda, woda bez chleba, chleb bez wody, ani wody, ani chleba, pastor, Stoffel, Habakuk, pani Laps, łzy, lanie... wszystko na próżno. Wouter nie był z tych, co mogliby zdradzić Gloriosa. Właśnie to wydało mu się takie nikczemne u Scelerajosa, który, jak słyszeliśmy, marnie później skończył.
Kiedy tylko znowu wolno mu było wychodzić z Hallemankami k.b.t.w.p., spieszył na most za Bramą Popielną, żeby kontynuować zajmującą lekturę; robił to wielokrotnie aż do owej nieszczęsnej chwili pożegnania ze swoim bohaterem, który na ostatniej stronie, jako skruszony generał brygady, umiera w ramionach cnotliwej Elwiry.
Kiedy Wouter odniósł książkę na Hartenstraat, jego wzrok przyciągnęły ciasteczka migdałowe w cukierni na rogu. Postąpił z Gloriosem jak Ateńczycy z Kodrosem: nikt nie był godny, by zostać następcą takiego bohatera, i nie minęło wiele czasu, a zysk z Nowego Testamentu przemienił się w psujące żołądek ciastko. A potem i ono się przemieniło.
Jeśli chodzi o udział "pieśni" w saldzie Woutera po jego włoskiej podróży, osobliwym sposobem dostarczyły one materiału na trzytonową harmonijkę ustną, która wwiercała się w duszę i uszy i wkrótce została skonfiskowana przez pana Pennewipa z powodu naruszenia miru szkolnego.
Rozważania o tym, jak zostać wielkim człowiekiem. Odwiedziny u jakże mądrego M'sieu Willaire'a. Wycieczka do Artis. Kontynuacja i zakończenie studium o małpach z idei 214 i 215. Dwa koniki. Czytelnikowi grozi się wierszami i zaprasza się go do pochwalenia kunsztownego sposobu, w jaki pisarz, po nieobyczajnej włóczędze, doprowadza go z powrotem do Woutera.
378
Nie uważam, żebym był powołany do rozstrzygania sporu między Pennewipem a Leentje w sprawie przychylności, jaką okazywał Keesowi synowi rzeźnika. Lecz płomienne uczucie dla prawa, które dręczy mnie od czasów mojej pierwszej młodości - niestety od lat daremnie wyczekuję drugiej - i chwalebna gotowość, by gorliwie zabiegać o wybaczenie nawet w sytuacji, gdy przestępstwo zostało już udowodnione, zmuszają mnie do wyznania, że los pana Pennewipa może posłużyć za okoliczność łagodzącą dla kogoś, kto został oskarżony o osiem grzechów głównych jednocześnie.
Zauważyłem, że niejeden wielki człowiek rozpoczynał karierę od pasania świń - vide wszystkie słowniki biograficzne - i wydaje się, że to zatrudnienie zapewnia surowiec niezbędny do rządzenia ludźmi albo do ich kształcenia. Co nie jest tym samym.
Teologom, którzy czynią krytykanckie uwagi o mojej opowieści, wykorzystując tę okazję do oskarżania mnie o daleko idącą niewiedzę, ponieważ dla mnie grzech główny ma większą wagę, niż wynikałoby to z ich oceny, i o oszczerstwo, ponieważ rodzaj ludzki przedstawiam jako odmianę świni - odpowiadam, że można wynaleźć nowy grzech kanoniczny, którego jeszcze nie popełnili. O czym zapewne myślą z przyjemnością, jak aptekarz o grypie.
Nowe potrzeby, panowie! (271, 273)
A co się tyczy tego porównania ze świniami, warto pomyśleć o powinowactwie węgla i diamentów, wtedy każdy będzie zadowolony, nawet teologowie.
Lecz poczyniwszy tę uwagę o cudownych perspektywach kogoś, kto swe kruche dzieciństwo spędził w towarzystwie chrumkających węglowych diamentów z królestwa zwierząt, przyznać się muszę do powracającego zdziwienia, że w żywotach wielkich mężów tak niewielu znajdziemy nauczycieli, a przecież wszystkie ingrediencje, które ze świńskiego pastwiska czynią wylęgarnię geniuszu, są też obecne w klasie szkolnej.
Często ma miejsce coś przeciwnego. Co dzień widzi się książąt na wygnaniu, którzy dają lekcje leniwej młodzieży. Dionizy i Ludwik Filip nie są odosobnieni, ja sam próbowałem uczyć Amerykanina francuskiego. Co było niemożliwością.
Gdyby wróciła kiedyś moda na królów elekcyjnych, lubiłbym, żeby wybór ludu ograniczał się do osób, które odbyły studia nad człowiekiem na modelu ileś razy mniejszym niż w naturze, podobnie jak uczą się geografii na przenośnych globusach i podręcznych atlasach. Wszystkie cnoty, skłonności, namiętności, błędy, przestępstwa, które są elementami koniecznej praktyki w rzeczywistym społeczeństwie, odnaleźć można - w mniejszej skali, którą łatwiej objąć wzrokiem - w szkolnych ławkach, a wychwalane umiejętności niejednego męża stanu sprowadzają się koniec końców do podstawiania nogi - kwintesencji taktyki Machiavellich mierzących trzy stopy wzrostu.
Zawód nauczyciela nie należy do łatwych i nigdy nie rozumiałem, dlaczego jest tak skąpo wynagradzany, albo też - skoro już tak być musi - jak to możliwe, że stale znajdują ludzi, którzy za to samo wynagrodzenie nie decydują się raczej zostać instruktorem musztry, uczącym, jak ładować na dwanaście23, co nie wymaga łamania sobie głowy i zapewnia więcej świeżego powietrza.
Wolałbym też być pastorem. Ten zawsze ma do czynienia z ludźmi, którzy się z nim w pełni zgadzają i przychodzą go słuchać z wyboru, podczas gdy nauczyciel nieustannie musi się zmagać z niechęcią i wyjątkowo niebezpieczną konkurencją bączków, kulek i papierowych ludzików, nie wspominając o słodyczach, wypadaniu mlecznych zębów, szkarlatynie i mało stanowczych matkach.
1 Tekst pochodzi ze zbioru numerowanych "Idei" (Ideën), które Multatuli wydał w siedmiu tomach w latach 1862-1877 [przyp. tłum.].
Fałszywa poezja, ma się rozumieć. Prawdziwa obejdzie się bez kłamstwa.
2 Multatuli opatruje swoje idee przypisami i odwołaniami do innych idei. W przypisie do idei 165, na który tu się powołuje, czytamy: "Skarga z idei 162 jest zatem nieuzasadniona, nie ma bowiem Istoty, która mogłaby być tak rozumna jak logika faktów, będąca samym Rozumem. Tęsknota za Bogiem osobowym jest buntem przeciw Rozumowi. Odżegnuję się od niej już w idei 177. Moja "Modlitwa Niewiedzącego" jest jeszcze zainfekowana tą chorobotwórczą substancją. Rzeczywiście niełatwo uwolnić się spod wpływu biologii, którą skażono naszą młodość! To właśnie najuczciwsze
umysły najciężej doświadczają tego przejścia. Ludziom letniej wiary brak odwagi, by zmierzyć się z trudem wątpienia, jedynie z żarliwej religijności bardzo wysokiej próby można czerpać odwagę do zaprzeczenia istnieniu Boga. Nie ma nic, co by było mniej pobożne niż trwanie przy Wierze. Gdyby istniał Bóg, on pierwszy miałby je człowiekowi za złe" [przyp. tłum.].
3 Nie, głównych kanałów nie należy zasypywać. Niemniej jednak Amsterdam potrzebuje porządnych pasaży w okolicach Molensteeg, Torensteeg, a przede wszystkim przy placach targowych. Można mieć nadzieję, że członkowie rady gminy pojadą do Brukseli i w inne miejsca, by przekonać się, czym jest rynek. Handel okrężny na ulicach i towarzyszące mu pokrzykiwania przynależą do średniowiecza. Na temat kary śmierci mam nowe przemyślenia. Modę na anewryzm spotkał ten sam los co krynolinę i ustąpiła ona miejsca trichinosis, a następnie angina diphteritica. Kawaleria słów wtrącanych, która dała o sobie znać w wyrażeniu "jak nic", codziennie przeprowadza szarże. Podtrzymuję w pełni opinię, że cło przywozowe jest głupim, gorszącym podatkiem. Należałoby zamilknąć o "cywilizacji" i "oświeceniu", dopóki to barbarzyńskie dziedzictwo średniowiecza nie zostanie odrzucone.
4 (fr.) szpyral, wytrych, kastet, maszyna piekielna [przyp. tłum.]
5 Stuiver - moneta o wartości pięciu centów holenderskich. Jeden gulden wart był dwadzieścia stuiverów [przyp. tłum.].
6 To była Zaagpoort (Brama Tartaczna) albo Raampoort (Brama Ramiarska). Niedaleko od nich znajdował się tak zwany Kopiec Popielny, na który wysypywano popiół z pieców, zwożony z całego Amsterdamu. Za czasów Woutera i jeszcze długo po nim był to okazały pagórek, na którym lubiła się bawić uliczna dzieciarnia, a czasem i "przyzwoite" dzieci, jeżeli akurat były pozostawione bez nadzoru. Żądza wspinaczki jest czymś bardzo charakterystycznym dla mieszkańców krajów nizinnych. Poświęcam temu zjawisku parę słów w rozdziale "Bergpoëzie" (Poezja górska) w książce Millioenen Studiën (Studia o milionach). Myliłby się, kto z podania nazw obydwu bram, z których jedna jest tą właściwą, wyciągnąłby wniosek, że historia Woutera zawiera nagą prawdę, tak jak ją rozumie nasz Droogstoppel. Znaleźć tu można i ten rodzaj prawdy, choć z rzadka. Treść opowieści jest prawdziwa w głębszym sensie. Z początkowej idei 361 można wywnioskować, że czułem potrzebę zmiany tonu, by móc przyjść do siebie po mdłościach będących następstwem studiów nad naszą kondycją polityczną i społeczną. Zamierzałem w Wouterze dać zarys sporu między tym, co niskie, a tym, co wysokie, między szlachectwem duszy a łajdactwem. Wouter jest z ducha nowym - lepszym! - Faustem, Don Kiszotem. Niezadowolenie z mojej Publiczności - która nie umie czytać - stale przeszkadzało mi w czynieniu postępów. Śmiem schlebiać sobie przekonaniem, że potomni będą tego żałować. Wyrażana przez niektórych opinia, że historia Woutera miałaby być moją biografią, jest śmieszna i niedorzeczna.
7 Nawiązanie do wiersza Hieronymusa van Alphena (1746-1803) "De perzik" (Brzoskwinia), o dziecku, które otrzymuje od ojca brzoskwinię w nagrodę za pracowitość [przyp. tłum.].
8 (niem.) Szczenięce lata [przyp. tłum.]
9 Duit - moneta o wartości jednej ósmej stuivera [przyp. tłum.].
10 Zamiana takiego kaftanika wpuszczanego w spodnie na rozpinaną kurtkę noszoną na spodnie oznaczała ogromny postęp, przede wszystkim dlatego, że dało się pod spód założyć kamizelkę, na którą przy kaftaniku nie było miejsca. Taki kaftanik musiał być zapięty, a naciągnięte na niego spodnie - przypięte z każdej strony. Nie wiem, czy ta hierarchia dziecięcej toalety nadal istnieje. W czasach Woutera, a także i później, miała duże znaczenie. Sam uroniłem niejedną łzę, bo tak nieludzko długo odmawiano mi rozpinanej kurtki z kamizelką do kompletu.
11 Schelling - srebrna moneta o wartości czterech stuiverów [przyp. tłum.].
12 Daalder - srebrna moneta o wartości półtora guldena, czyli trzydziestu stuiverów [przyp. tłum.].
13 O małżeństwie jako pochodnej niedostatku żywności zob. Japansche gesprekken (Japońskie rozmowy). Przewaga prawej ręki jest skutkiem ciasnoty przy stole. Także Jawajczyk patrzy krzywo na lewą rękę, ale ma ku temu zupełnie inny powód, którego nie sposób potępić i który świadczy o jego taktowności.
14 Matthijs Siegenbeek (1774-1854) - językoznawca, ujednolicił zasady ortograficzne i opracował pierwszy słownik ortograficzny języka niderlandzkiego (1805) [przyp. tłum.].
15 Tak zwane szkoły pośrednie zapewne już nie istnieją. Do tych placówek oświatowych uczęszczały dzieci, które nie były bardzo biedne, niemniej jednak ich rodzice nie mogli sobie pozwolić na opłacenie czesnego w pełnej wysokości. Czy w takiej szkole uczono się jeszcze mniej niż u Msjeu, tego nie wiem.
16 Stoffel - zdrobnienie od imienia Christophel; potocznie niezdara [przyp. tłum.].
17 Niderlandy - gospoda z ogrodem, tuż za miastem.
18 Duffel - gruby wełniany materiał, z surowej wełny, pierwotnie produkowany w miejscowości Duffel we Flandrii [przyp. tłum.].
19 To błąd, zważywszy na inne okoliczności wskazujące na czas wydarzeń. Sous pieds są nieco późniejszej daty i wkrótce znów powrócą. Wolałbym, żeby długie spodnie zostały wycofane, wygląda się w nich brzydko i są nieprzydatne.
20 Ktoś mnie zapewnia, że nie tak dawno na liście sprzedawanych sprzętów widział następujący opis przedmiotu: "futerał do skrzypiec na nóżkach". Była to rzecz nieznana! Gdyby ktoś opowiedział coś podobnego we Francji, nikt by mu nie uwierzył. Muszę jednak przyznać, że zarówno tam, jak i gdzie indziej poza Holandią zdarzają się gorsze rzeczy. W tej chwili nie potrafię opisać tego we właściwy sposób. Kiedyś jednak podejmę taką próbę.
21 Pieter Johannes Prinsen (1777-1854) - holenderski pedagog.
22 W tamtych czasach wymierzano na owym rynku karę chłosty, piętnowano i wieszano.
23 To pachnie okresem krzemienia. Autor nie nadąża za swoim czasem.
Copyright Information & Acknowledgments
Multatuli: excerpts from: Ideën, vol. I-III, G.L. Funke, Amsterdam 1879, 1880, 1876.
Multatuli: "Max Havelaar aan Multatuli", from: Volledige werken, vol. 1, ed. Garmt Stuiveling, G.A. van Oorschot, Amsterdam 1950, pp. 452-472.
Francis Scott Fitzgerald: "May Day", "Absolution", "A Short Trip Home", "The Camel's Back", from: The Short Stories of F. Scott Fitzgerald, ed. Matthew J. Bruccoli, Charles Scribner's Sons, New York 1989.
Eep Francken: "De onmisbaarheid van een vishaak", "Tirade" 1984, no. 291, pp. 207-225. By kind permission of the Author.
Every effort has been made to locate the copyright holders.
We would be pleased to rectify any errors or omissions.
Photo Credits
p. 4 - ca. 1854, Collectie Allard Pierson; pp. 9, 23, 37, 51, 65, 77, 91, 107, 125, 137, 151, 167, 183, 197, 211, 225, 239, 247, 261, 273, 285, 295, 307, 319, 331 - by Jacob Olie, Stadsarchief Amsterdam; p. 118 - by César Mitkiewicz, 1864, WikiCommons; pp. 178, 290 - WikiCommons
Numeracja stron na podstawie wersji drukowanej
Krzysztof Umiński: Trzy tłumaczki. Marginesy, Warszawa 2022
Tytuł debiutanckiej książki Krzysztofa Umińskiego nie składa fałszywych obietnic. Trzy tłumaczki to esej o trzech kobietach, które zajmowały się przekładem: Joannie Guze (1917-2009), Annie Przedpełskiej-Trzeciakowskiej (ur. 1927) i Marii Skibniewskiej (1904-1984). Guze przetłumaczyła niemal wszystkie dzieła Alberta Camusa, Przedpełska-Trzeciakowska - najsłynniejsze powieści Jane Austen, Skibniewska - trylogię J.R.R. Tolkiena. Każda z nich przełożyła kilkadziesiąt książek. Umiński przygląda się codzienności tłumaczek, a zwłaszcza temu, w jaki sposób polityka i historia wpływały na ich losy. Pisze więc nie tyle o przekładzie, ile wokół niego, wplatając w tekst osobiste uwagi, dygresje i wspomnienia. Bywa to porywające, bywa też niefortunne.
Trzy tłumaczki nie przypominają esejów o przekładzie, które pisywali - albo pisują - Stanisław Barańczak, Edward Balcerzan, Jerzy Jarniewicz czy też Małgorzata Łukasiewicz. Umiński skupia się raczej na biografii swoich bohaterek, pełnymi garściami czerpiąc z archiwaliów i świadectw ustnych: jeden z dwóch rozdziałów poświęconych Guze składa się niemal wyłącznie z fragmentów jej korespondencji, część pierwszą dotyczącą Skibniewskiej wypełniają wspomnienia jej bliskich. W tym sensie Trzy tłumaczki są raczej efektem kwerend i rozmów niż (krytycznej) lektury przekładów czy namysłu nad istotą tłumaczenia. Ten gest można potraktować jako wyraz niechęci wobec nauki o przekładzie, ale i szerzej - wobec teorii literatury, zdaniem Umińskiego nierzadko dogmatycznej i nazbyt ściśle związanej z polityką. Paradoksalnie jednak to właśnie wpływ polityki i ideologii na sztukę okazuje się jednym z głównych tematów jego eseju.
Widać to w drugim rozdziale książki, który dotyczy relacji Joanny Guze z Albertem Camusem. Tłumaczka nie jest tu postacią pierwszoplanową; raczej prowokuje do podjęcia refleksji nad pisarstwem Camusa i jego słynnym sporem z Jean-Paulem Sartre'em. Umiński przypomina, jak w latach pięćdziesiątych po lekturze Człowieka zbuntowanego (1951) Sartre rozpętał na łamach "Les Tempes Modernes" kampanię przeciwko autorowi Dżumy. Przywołuje głosy innych paryskich intelektualistów, którzy widzieli w Camusie symbol hipokryzji i zachodniego imperializmu. Choć wysuwa zastrzeżenia względem obu pisarzy, ostatecznie staje po stronie Camusa, przekonując, że to on zachował zdrowy rozsądek w niesprzyjających czasach. Sartre'a opisuje jako człowieka niemal opętanego, gotowego zniszczyć przyjaciela w imię politycznej racji. Rekonstrukcja sporu Sartre-Camus brzmi znajomo, pozwala jednak Umińskiemu opisać sojusz, jaki zawiązał się między Camusem a Joanną Guze. Antykomunistyczne rozpoznania Człowieka zbuntowanego okazały się na tyle bliskie tłumaczce, że przełożyła książkę i wydała ją nakładem paryskiego Instytutu Literackiego w 1958 roku. O samym Sartrze wyrażała się zresztą z pogardą - w korespondencji z Andrzejem Kijowskim nazwała go "durniem" (s. 43).
Dobór bohaterek książki mógł być podyktowany politycznymi sympatiami Umińskiego, pełnego podziwu wobec Camusa - a więc i Guze - za "myślenie na własny rachunek" (s. 87). Można by się zastanawiać, czy nie traktuje tłumaczki cokolwiek pretekstowo i nie pozbawia jej głosu, by snuć opowieść na temat politycznego sporu z zamierzchłych czasów, przeczyłby temu jednak pierwszy rozdział książki, który składa się niemal wyłącznie z listów Joanny Guze; listów niezwykle błyskotliwych. To zaledwie ułamek korespondencji, którą tłumaczka prowadziła przez całe życie z pisarzami i tłumaczami, między innymi ze swoją przyjaciółką Julią Hartwig i jej mężem, Arturem Międzyrzeckim. Umiński sugeruje, że listy zastępowały jej dziennik. To chyba trafna intuicja; Joanna Guze przekładała zapiski braci Goncourtów, Benjamina Constanta, Eug?ne'a Delacroix, Jules'a Renarda czy Henriego Frédérica Amiela - wielkich francuskich diarystów - a jej korespondencja wypełniona jest drobiazgowymi opisami codzienności. Z tych quasi-dziennikowych notatek wyłania się obraz kobiety w pełni oddanej pracy - nie tylko z pasji do literatury, lecz przede wszystkim z finansowej konieczności.
Umiński pokazuje, że prekariusz, który żyje od zlecenia do zlecenia, nie jest wcale wytworem XXI wieku, a rzeczywistość ekonomiczna peerelowskich pracowników kultury i sztuki nie różniła się tak bardzo od dzisiejszej. "Czuję się gorzej lub lepiej i tak samo pracuję" - pisze Guze do Hartwig w 1961 roku. "Odwaliłam jednak wszystkie felietony na luty [...]. Co będzie w marcu i za co wyjadę do Zakopanego, nie mam jeszcze najlżejszego wyobrażenia (więc luty nie całkiem już tak do mnie należy, bo trzeba pomyśleć o marcu etc. - w nieskończoność)" (s. 44). Wiele miejsca Umiński poświęca opisom codzienności. W przypadku Guze opowiada głównie o macierzyństwie, które utrudniało pracę nad przekładami - tłumaczka była samotną matką i w niektórych listach otwarcie pisała o swojej bezradności. Gdy wyjechała do Paryża i zostawiła córkę w Polsce, żaliła się Julii Hartwig: "Justyna pisze do mnie co drugi dzień, listy są z rysunkami, przeczułe, bardzo dzielne (że chwilami jej smutno, ale nie chce, żeby [opiekunowie] wiedzieli, bo są dla niej bardzo dobrzy)" (s. 40). W innym liście nie ukrywa zniecierpliwienia: "Justyna zdrowa, kąpie się co dzień, opalona i raźna. Bardzo miłe dziecko, choć chwilami nieznośne" (s. 36). Drugą twarz - prawdziwej mizantropki, krytycznej zwłaszcza wobec osób ze środowiska literackiego - ujawnia Joanna Guze w korespondencyjnych rozmowach z Andrzejem Kijowskim, który z biegiem lat stał się jej najbliższym przyjacielem:
Wymówiłam współpracę [Alicji] Lisieckiej w liście nader oficjalnym i skierowanym do Żółkiewskiego (to ona skreśliła mi trzy wiersze w artykule bez porozumienia ze mną, a ja tego nie lubię) i niech Pan sobie wyobrazi, że wszystko na nic! Bo nie minęła doba, a tu moja Lisiecka dzwoni i przeprasza i mówi, że już nigdy nie będzie [...]. I tak zgodę mam nawet z Lisiecką, co już jest dnem upadku i upokorzenia (s. 43).
Umiński zaznacza, że niektóre fragmenty listów pominął, ponieważ "sarkazm i plotka źle się starzeją" (s. 42). Przede wszystkim jednak zależało mu na zbudowaniu spójnej, zamkniętej opowieści na podstawie obszernej korespondencji, stanął więc przed podobnym zadaniem co Guze, która dokonywała skromnych wyborów z przepastnych dzienników. Wyszedł z tej próby obronną ręką. Listy uporządkował podług klucza tematycznego (rodzina, relacje towarzyskie, lektury, praca, zarobki), zachowując chronologiczny układ, a poszczególne partie opatrzył narracyjnymi komentarzami. Gdy opowiada o trudnym związku na odległość Joanny Guze z Andrzejem Vincenzem (był rok 1947, Guze wyjechała na stypendium do Paryża, Vincenz został w Polsce), to kwituje go zdaniem: "Erasmus - rozrzewni się ktoś, kto kochał i studiował w zjednoczonej Europie na początku dwudziestego pierwszego wieku" (s. 12). Gdy wspomina o kłopotach zdrowotnych tłumaczki, wpada w ckliwość i patos: "[...] zaraz po powrocie Joanna Guze doznała zapaści. Może to był zawał, lekarze nie wiedzieli. Może jakaś maleńka żydowsko-lwowska część jej serca na chwilę przestała tłoczyć krew" (s. 66). Ton innych odautorskich wtrętów również bywa kłopotliwy: "Czytając listy Joanny Guze, solidaryzuję się z przepracowaną tłumaczką i samotną matką" (s. 38).
W rozdziałach poświęconych Marii Skibniewskiej takich niezręczności jest znacznie mniej. Umiński mierzył się tu z trudniejszym wyzwaniem, a mianowicie - z brakiem materiałów archiwalnych. Po Skibniewskiej nie zachowały się ani listy, ani dokumenty, ani dzienniki, tylko ogromna bibliografia: "Gdyby książki przetłumaczone przez Marię Skibniewską ułożyć jedną na drugiej, wyrosłaby sterta wysokości dwustu ośmiu centymetrów" (s. 196). Skibniewska dość wcześnie owdowiała i od tego czasu prowadziła samotniczy tryb życia; nie miała dzieci ani bliskiej rodziny, a relacje towarzyskie ograniczała do minimum. Można by wręcz powiedzieć, że celowo zacierała po sobie ślady. Aby choć pobieżnie zrekonstruować jej losy, Umiński sięga po wspomnienia dalszej rodziny, a także znajomych i przyjaciół Skibniewskiej (między innymi Anny Przedpełskiej-Trzeciakowskiej, Zofii Mycielskiej-Golik, Lecha Jęczmyka). Ich świadectwa - jak w przypadku listów Guze - skrócił i uporządkował tak, by tworzyły linearną opowieść przeplataną urywkami powieści, które przełożyła Skibniewska.
O jej pracy opowiada na przykładzie trylogii J.R.R. Tolkiena. Władca pierścieni to zresztą chyba najbardziej znany przekład Skibniewskiej. Jerzy Łoziński oraz Cezary i Maria Frącowie - późniejsi tłumacze powieściowego cyklu Tolkien - mieli ułatwione zadanie: pracowali już po upadku żelaznej kurtyny i mogli korzystać z dodatkowych źródeł. Skibniewska tłumaczyła Tolkiena w latach sześćdziesiątych i była zdana wyłącznie na siebie, ponieważ Tolkien w zasadzie nie odpowiadał na jej listy; odpisał tylko raz, prosząc za pośrednictwem agentki, by tłumaczka pod żadnym pozorem nie zmieniała nazw własnych oraz imion postaci. Skibniewska nie spełniła tej prośby. Wprawdzie "hobbit" pozostał "hobbitem", podobnie jak "Bilbo Baggins" - "Bilbem Bagginsem", niemniej "Grima Wormtongue" przeistoczył się w "Grimę Smoczy Język", a "Mount Doom" w "Górę Przeznaczenia". Z biegiem lat Tolkien złagodził swoje stanowisko względem nazewnictwa, a nawet opracował dokument dla tłumaczy, w którym podpowiadał, jak przekładać niektóre z nazw własnych.
Umiński od kwestii językowych przechodzi do rozważań o charakterze politycznym. Ciekawi go bowiem, że na początku lat sześćdziesiątych Władca pierścieni nie spotkał się w Polsce z ingerencjami cenzury, a urzędniczka Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk pisała: "Jt. pełna uroku opowieść baśniowo-fantastyczna pisana jak gdyby na podstawie dawnych kronik takich stworów jak hobbici, elfy i krasnoludy. Nie mam zastrzeżeń cenzorskich" (s. 245). Taka interpretacja była - zupełnym przypadkiem - po myśli Tolkiena, który podczas pracy nad cyklem inspirował się Starym Testamentem i antyczną mitologią, wierząc, że Władca pierścieni zostanie odczytany jako uniwersalna opowieść o świecie i odwiecznej walce dobra ze złem. Jednak trylogia prędko zrobiła furorę w zachodniej Europie i w Stanach Zjednoczonych jako powieść głęboko aktualna, mówiąca o starciu dwóch sił: wolności i totalitaryzmu. Nawet Czesław Miłosz w 1974 roku, w jednym z felietonów dla paryskiej "Kultury", porównał cykl Tolkiena do Trylogii Henryka Sienkiewicza, a dekadę później, podczas stanu wojennego, w jego ślady poszli pisarze w Polsce. Umiński przytacza notatkę, którą na marginesie egzemplarza trzeciego tomu Władcy pierścieni - przemyconego do obozu internowania w Jaworzu - zapisał jeden z więźniów, gdy dotarł do sceny upadku Mordoru: "Ach, zobaczyć to. Dożyć!" (s. 256).
Związki między literaturą i polityką opisuje Umiński również w rozdziałach o Annie Przedpełskiej-Trzeciakowskiej. W 1950 roku jako świeżo upieczona studentka anglistyki Przedpełska trafiła do redakcji Czytelnika, która w 1948 przeszła rewolucję kadrową i znajdowała się pod czujną obserwacją komunistów. W ciągu kilku lat ukazały się tam dziesiątki powieści produkcyjnych, takich jak choćby Renegat Estova Ethana Warda, wedle opisu wydawniczego Czytelnika "współczesna powieść o ruchu robotniczym w Stanach, w czasie i po drugiej wojnie światowej, opisująca dzieje sekretarza oddziału związku zawodowego, który zdradza interesy robotników i przechodzi na służbę kapitalistów" (s. 142). Ratunkiem dla tłumaczy okazała się klasyka. Przedpełska-Trzeciakowska zajęła się wówczas przekładami powieści Emily Brontë, Daniela Defoe, Henry'ego Fieldinga, a także Charlesa Dickensa. W redakcji Czytelnika spędziła pięć lat i choć tłumaczyła jedynie książki z XIX wieku i starsze, doświadczenie to zaprocentowało. Dwie dekady później - jak zauważa Umiński - tłumaczka rozpoczęła pracę nad pierwszą powieścią Jane Austen. Rozważna i romantyczna, wydana w 1977 roku pod takim tytułem, jest chyba jej najsłynniejszym przekładem.
Najsłynniejszym, lecz niekoniecznie najbardziej wymagającym. Tak przynajmniej sądzi Umiński, który w drugim z rozdziałów o Przedpełskiej-Trzeciakowskiej omawia jej tłumaczenie Wściekłości i wrzasku Faulknera. Szkic ma szesnaście stron, na których udaje się zachować równowagę między wnikliwą analizą translatologiczną i osobistą opowieścią o tłumaczce. Umiński rekonstruuje okoliczności powstania oryginalnego tekstu, opisuje jego eksperymentalną strukturę i wylicza problemy, z którymi musiała zmierzyć się Przedpełska-Trzeciakowska: język czarnych, dialekty (włoski i południowoamerykański), zakamuflowane cytaty z Biblii, wielopiętrowa składnia. Wyzwaniem był również tytuł, zapożyczony z Makbeta: "It is a tale / Told by an idiot, full of sound and fury". Tłumaczka miała do dyspozycji aż dziewięć przekładów sztuki Shakespeare'a, ale żaden nie wydawał jej się trafny: ani "Krzyk i furya", ani "Huk i szum", ani nawet "Wściekłość i wrzawa". Pomogła dyskusja z pisarzami w Domu Pracy Twórczej w Oborach. "Wściekłość i wrzask" zaproponowali wówczas Jarosław Marek Rymkiewicz i Artur Międzyrzecki.
Tytuł zapisał się w świadomości czytelników. Nie zmienił go Jędrzej Polak, autor drugiego tłumaczenia powieści Faulknera. Nie zmieniła go też Anna Przedpełska-Trzeciakowska, gdy po niemal sześćdziesięciu latach przygotowywała nowe wydanie swojego przekładu (wprowadziła jednak szereg innych zmian, nawet w pierwszym zdaniu powieści). Przedpełska-Trzeciakowska opowieść o pracy nad Wściekłością i wrzaskiem kwituje słowami: "Za pięćdziesiąt lat ktoś przejrzy mój przekład i zrobi to lepiej" (s. 190). Być może Krzysztof Umiński podpisałby się pod tym zdaniem. W Trzech tłumaczkach ukazuje przekład nie tylko jako próbę, lecz także jako sposób uczestniczenia w świecie: często doraźny i świadomy własnej chwilowości.
Lektura recenzji może być niebezpieczna dla urody. Brwi w zdumieniu uniesione zbyt wysoko mogą odfrunąć z twarzy. Albo zniknąć wskutek innej niż zdumienie przyczyny, jak w kolażu Herty Müller: "bladym świtem przyszedł skraść mi obie / brwi z calówką był i skoroszytem / zbyt łyse powiedział jak na tajne drzwi". Trochę żartuję. Pal licho urodę.
Ale jednak, lubimy się sobie podobać. Jak dostajemy po łapach, tak jak ja od pani Moniki Gromali, w recenzji "Zwierzątko przekładu" ("LnŚ" 3-4/2022), to markotniejemy. A dlaczego?
Ba. Najpierw trzeba by sobie odpowiedzieć na pytanie, czy autor, który ma taki problem (z brwiami), w ogóle powinien się nim dzielić. Nie rozstrzygniemy tego, możemy tylko wybrać między "tak", bo każdy może się bronić, i "nie", bo autorowi wolno się bronić mniej niż innym. Albo nie wolno wcale, gdyż zaraz wyjdzie na pieniacza i dziwaka.
W tej sytuacji wybieram "tak" i formułę najbardziej rzeczową, na jaką mnie stać, czyli - wyliczankę. Z myślą o tych, którzy ani książki, ani recenzji pani Gromali nie znają, napomknę tylko, że chodzi o antologię zawierającą dwadzieścia jeden przekładów wierszy i dwadzieścia jeden autokomentarzy do nich.
Po pierwsze - recenzentka nie poświęca tym przekładom ani pół słowa, to znaczy, nie interesują jej nowe wersje przekładowe wierszy Goethego, Hölderlina, Rilkego i innych. Nie wstyd się o takie zainteresowanie dopraszać? Wstyd.
A żeby być precyzyjnym: przekłady nie ciekawią jej w detalu, za to w ogóle owszem: "[...] Kopacki dokonuje wyborów translatorskich w sposób naznaczony sporą arbitralnością. Poświęcając uwagę warstwie gramatycznej tekstów, wybiera zazwyczaj jedną myśl przewodnią, jeden sposób lektury". Powracająca w opisie "arbitralność" (czyli, według Kopalińskiego, brak uzasadnienia i apodyktyczność) domagałaby się może ćwierć przykładu? Zapewne dlatego, że zarzut jest tak zupełnie bez pokrycia (bo niczym innym niż uzasadnianiem rozstrzygnięć przekładowych się w tej książce nie zajmuję), także następne zdanie brzmi specyficznie: jak pretensja niby merytoryczna, a przecież zupełnie niejasna. Cóż, w istocie, wybieram sposób lektury czy możliwie wszechstronnej interpretacji, który uznaję za właściwy ze względu na swoje decyzje translatorskie. Coś w tym złego?
Po drugie (ważne, gdyż zajmujące dużą część, chyba jedną czwartą, tekstu pani Gromali) - owe wybory translatorskie w wierszu Ingeborg Bachmann "Czechy leżą nad morzem" najwyraźniej są do niczego, gdyż nie zostały podbudowane argumentacją "pozagładową". Hm. No, nie zostały. Rzeczywiście, nie wspominam o tym, że jeśli "słowo "Czesi" zostanie zastąpione ukrytym w wierszu słowem "Żydzi", kierunek interpretacji ulegnie zmianie". Czy to naganne, że używszy w przekładzie (w ślad za oryginałem) słowa "Czesi", nie przytaczam całej biblioteki interpretacji, które odwołują się do wątku, mówiąc skrótem, celanowskiego u Bachmann? To źle, że te interpretacje nie były mi potrzebne do przekładu? Coś w związku z tym należałoby w nim zmienić? Z recenzji nie dowiaduję się co - i żałuję.
Po trzecie - w nawiązaniu do "po drugie" - pani Gromala chciała chyba przeczytać inną książkę niż ta, którą recenzuje. Trudno zaprzeczyć: z a m i a s t skupić się na tym, na czym się nie skupiam, zajmuję się "wyborem odpowiednich wariantów metryczno-wersologicznych przekładu". A w dodatku rezygnuję "z zarysowania jakiejś widocznej i rozpoznawalnej charakterystyki połączeń", wskutek czego po Goethem, Heinem i Hölderlinie omawiam osiemnastu innych poetów, każdego z jednym wierszem. Co prawda, to prawda. Po jej ustaleniu można już abstrahować od wszystkiego, co ją w tych szkicach niewygodnie i co krok podważa, czyli od ekspozycji literackich odniesień, kontekstualizacji, wędrówek motywów etc.
Po czwarte - usłyszawszy, co było mi do wytknięcia (brak "charakterystyki połączeń"), nie schowam się też przed wdzięczną, bodaj nawet bez złej woli skonstruowaną kombinacją epitetów od "rozchwiania" przez "technikę uników" po "mgliste zakończenia szkiców". Dałoby się prosić o jakiś przykład, co w moich komentarzach takie unikowe i takie mgliste? Bo jeśli nie, to chyba wolno mi powiedzieć, że od "niewinnej" kombinacji jakoś tu blisko do nieprzyjemnej manipulacji?
Po piąte - brwi pierzchają na dobre: "Czytelnik tkwiący w pozycji "tego, kto powinien się domyślić", musi się mocno napracować, żeby zrozumieć, dlaczego autor książki jedne decyzje translatorskie mu wyjaśnia, inne zaś zbywa milczeniem". Autorowi książki dostaje się za jego rzekomą sugestię, jakoby kazał czytelnikom się czegoś domyślać - naprawdę wygląda on (jako komentator własnych przekładów) na takiego aroganta? Trudno mu zgadnąć, które decyzje przemilczał, choć domagają się wyjaśnień. I wreszcie ze zdumieniem czyta (w związku z tekstem o Brechcie), że urwał swój szkic tam, gdzie "praca interpretacji mogłaby się zacząć na dobre". A gdyby tak uświadomić tegoż autora jakimś konkretem, argumentem, wskazówką, gdzie zbłądził? Co zaniedbał? Byłby wdzięczny.
Po szóste i ostatnie - autor chciałby pojąć, dlaczego nie można przeczytać jego książki jako czegoś, czym jest, czyli zbiorem przekładów wierszy oraz komentarzy do nich. Nie jest natomiast powtórką z wiedzy, która już, siłą pracy humanistów, istnieje i której "zmienna przekładowa" jako element analizy literaturoznawczej niczego przecież nie ujmuje.
Niestety, brwi autora nie chcą wrócić na swoje miejsce nawet mimo jego wdzięczności za retoryczne uznanie dla pracy, którą wykonał.
Informacja o Kolekcji Literatury na Świecie
Obie nasze legendarne antologie - O nich tutaj. Książka o języku i przekładzie oraz Reprezentacje Holokaustu - można nabyć za pośrednictwem: sklep.instytutksiazki.pl oraz bonito.pl
Prenumerata za pół ceny
Drodzy Czytelnicy!
Instytut Książki przygotował dla Państwa specjalną ofertę na 2022 rok. Prenumerując jeden z naszych tytułów, drugi tańszy otrzymają Państwo ze specjalnym 50% rabatem. Prenumeratę można zamówić na wybrany przez siebie okres, nie ponosząc żadnych opłat związanych z wysyłką.
Wpłaty należy kierować na konto wydawcy:
Instytut Książki, Bank Gospodarstwa Krajowego
81 1130 1150 0012 1269 2720 0001
Instytut Książki z siedzibą w Krakowie przy ul. Z. Wróblewskiego 6 jako Administrator danych informuje, że Państwa dane osobowe będą przetwarzane wyłącznie w celu realizacji prenumeraty Czasopism Patronackich. W związku z przetwarzaniem Administrator może podpowierzyć dane osobowe podmiotom zewnętrznym. Przysługuje Państwu prawo dostępu do treści swoich danych, ich poprawiania, cofnięcia zgody na dalsze przetwarzanie, prawo do bycia zapomnianym oraz wniesienia skargi na zasady przetwarzania danych do organu nadzorczego, tj. Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Podanie danych jest dobrowolne, lecz niezbędne w celu złożenia zamówienia na prenumeratę. W sprawach związanych z danymi osobowymi można kontaktować się z inspektorem ochrony danych - iod@instytutksiazki.pl
Stałe punkty sprzedaży "Literatury na Świecie"
Wydanie papierowe
Księgarnie internetowe:
sklep.instytutksiazki.pl
bonito.pl
Księgarnie stacjonarne:
Kraków
Główna Ksie?garnia Naukowa, ul. Podwale 6
Klub "Lokator", ul. Mostowa 1
Ksie?garnia "Akademicka", ul. S?wie?tej Anny 6
Ksie?garnia "Karakter", ul. Tarłowska 12
Ksie?garnia "Massolit", ul. Felicjanek 4/2
Siedlce
Ksie?garnia "Współczesna", ul. Katedralna 5
Warszawa
Ksie?garnia im. B. Prusa, ul. Krakowskie Przedmies?cie 7
Ksie?garnia "Pardon To Tu", Al. Armii Ludowej 14
Ksie?garnia Uniwersytecka "Liber", ul. Krakowskie Przedmies?cie 24
Ksie?garnia "Wiejska 14", ul. Wiejska 14
"Nowa Księgarnia", ul. Madalińskiego 10/16 w siedzibie "Nowego Teatru"
Salony EMPiK na terenie całego kraju
Wydanie elektroniczne
nexto.pl
virtualo.pl
empik.com
Warunki prenumeraty
Wydanie papierowe
Cena prenumeraty krajowej "Literatury na Świecie":
roczna (sześć numerów) - 108 zł
Zamówienia na prenumeratę krajową przyjmuje:
sklep.instytutksiazki.pl
Cena prenumeraty zagranicznej "Literatury na Świecie":
roczna (sześć numerów) - 60 euro, 80 USD
Wpłaty należy kierować na konto wydawcy:
Instytut Książki, Bank Gospodarstwa Krajowego
PL 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001 SWIFT CODE: GOSKPLPW
Tytuł wpłaty: Prenumerata "Literatury na Świecie"
Prenumeratorzy są zwolnieni z kosztów wysyłki.
Wydanie elektroniczne
Cena prenumeraty "Literatury na Świecie":
roczna (sześć numerów) - 108 zł
Zamówienia na prenumeratę wydania elektronicznego przyjmuje:
nexto.pl
Informację o warunkach prenumeraty i sposobie zamawiania można uzyskać:
Dział Wydawniczy Instytutu Książki, ul. Parandowskiego 19, 01-699 Warszawa
tel. 22 697 05 34, e-mail: czasopisma@instytutksiazki.pl
Czasopismo Instytutu Książki,
wydawane na zlecenie Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.
Drukarnia Petit, 20-210 Lublin, ul. Tokarska 13.
Nakład 1700 egzemplarzy.
Adres Wydawcy: Instytut Książki, 31-148 Kraków, ul. Zygmunta Wróblewskiego 6.
Dział Wydawnictw Instytutu Książki, 01-699 Warszawa, ul. Jana Parandowskiego 19
tel. 22 697 05 32, 22 697 05 34; e-mail: czasopisma@instytutksiazki.pl