Literatura na Świecie 3-4/2023 - Opracowanie zbiorowe

Kup ebooka

18.00 zł
14.94 zł (15,30 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Redaguje zespół:

Anna Górecka, Andrzej Kopacki (zastępca redaktora naczelnego),

Maciej Libich (sekretarz redakcji), Krzysztof Majer, Andrzej Sosnowski,

Marcin Szuster (redaktor naczelny),

Anna Wasilewska, Łukasz Żebrowski,

Elżbieta Siwecka (sekretariat)

Łamanie i skład Agnieszka Malicka

Korekta Kamil Piwowarski

Winieta i układ graficzny Jacek Królak

Projekt okładki FRYCZ I WICHA

Adres redakcji:

ul. Kozia 3/5 m. 6, 00-070 Warszawa

tel. [+48] 22 827 47 91

e-mail: litnasw@literaturanaswiecie.pl

literaturanaswiecie.pl

Trudno w Peszcie o dom bardziej otwarty

Madame Louise1 była pisarką. Pisała wiersze, opowiadania (wszyscy, którzy bywaliśmy w jej salonie, pamiętamy Anemony), w listach (liczących nieraz po dwanaście stron, pełnych kobiecej gracji i poetyckiego natchnienia), które kierowała do pisarzy i artystów, była panią Sévigné, kiedy indziej George Sand, gdy w męskim kapeluszu i butach do konnej jazdy szła na bal maskowy do reduty, w domu zaś przeobrażała się w madame Pompadour - jaka szkoda, że zacny Ludwik tego nie dożył.

Madame Louise (prawdziwe nazwisko: Vilma Srottis) była ostatnią romantyczną kobietą w Peszcie. Urodziła się w niewielkiej wiosce w Kraju Zadunajskim, gdzie jej dziadek słynął z dworskich manier i teleskopu, matka - a la romantique - uciekła z domu, żeby zostać aktorką, ojciec zaś służył cesarzowi w jakimś odległym czeskim garnizonie. Dziadek albo obserwował gwiazdy, albo polerował swój herb. Vilma zaś tłukła się z wiejskimi dzieciakami, to znów w altanie czytała Korynnę, przed ukończeniem szesnastu lat opanowała język francuski, grę na harfie i sztukę śpiewu, a przysłany przez ojca podstarzały huzar nauczył ją jazdy konnej. W lutym zakwaterowano we wsi pluton ułanów, kiedy zaś nadszedł maj, Vilma przez okno uciekła z domu dziadka z kapitanem. I została w Peszcie kwiaciarką.

Niegdyś w ten sposób pisało się powieści, pozostaje nam zatem wierzyć pisarzom, że były takie kobiety, tacy mężczyźni, harfy, altany, majowe noce i panny, co uciekały z domu. Dzisiaj brzmi to już jak dźwięk zerwanej struny starego, wyniesionego na strych szpinetu. Przez stary ogród chwiejnie suną cienie wspaniałych kobiet dawno minionych czasów, a wieża zamkowa lśni w blasku księżyca.

Możliwe, że te dawne kobiety były inne niż dzisiejsze. Pamięć o wielu z nich przechowuje monstrancja, jakby mężczyźni nie robili nic innego, tylko wystawali u ołtarza, by się do nich modlić, bo nie kusiły ich zapachem włosów ani ust. Inne - pośród nich Madame - wiodą burzliwe życie. Przyczynili się do tego zarówno pisarze, jak i historia. Kobiety tkwiące w złotym kielichu (rozgałęziona rodzina szczerze je kocha, a mąż i dzieci wielbią) czytały książki historyczne, z łagodnym uśmiechem śledząc zabawne epizody. Natomiast kobiety w rodzaju Louise łamały sobie głowę, jak można by powtórzyć życie madame Pompadour. O swawolnych ucieczkach "wiedeńskiej tancerki" najchętniej rozprawiają staruszki, a "dama kameliowa" wzrusza do łez każde płoche stworzenie, jak świat długi i szeroki. Losy Alfreda de Musset i chromego lorda podbijają bębenek romantyzmu, nie dziwota więc, że kobiety pod ich wpływem z lekkim sercem uciekają z domu rodzinnego. Szacowne matrony, co grzeją się dzisiaj przy piecu, za młodu nie chciały być nikim innym, jak tylko "damą kameliową".

A więc Madame sprzedawała kwiaty w małej kwiaciarni na placu Serwitów, wieczorami natomiast pisała powieści i poświęcała się lekturze. Poza tym codziennie kreśliła długi list do Fritza, kapitana ułanów (do końca zachowała ów zwyczaj). Madame była piękna, młoda, jak bohaterki poetyckich romansów, najpiękniejsza w całym Peszcie. Zgrabna jak łania, sięgające do kolan kasztanowe włosy okrywały ją niczym płaszcz; oczy miała błyszczące, czyste i pełne wyrazu, stopy małe, a talię tak wąską, że dziecko mogłoby ją objąć; jej czoło przesłaniał cień smutku, który uszlachetniał twarz, czyniąc ją podobną wizerunkowi Matki Boskiej Kazańskiej. Wtedy jeszcze hrabiowie i książęta osobiście chodzili do kwiaciarni, byli bowiem romantykami. Madame, gdy po raz drugi "upadła" - jakżeż to kiedyś romantycznie brzmiało! - objął patronatem pewien szlachetny hrabia, żarliwy katolik, w którym naród i dwór wiedeński widziały rychłego męża stanu. Ów szlachetny hrabia wszystko w życiu traktował z niebywałą powagą.

Po pierwsze szanował religię. Święty Ludwik i jego rycerze mogliby się od hrabiego Ferdinánda wiele nauczyć. Kościół katolicki nigdy nie miał wierniejszego syna. Kiedy hrabia wspominał niebiosa i świętych, robił to ze szczerą, średniowieczną wręcz atencją.

- Louise, bądź religijna - mawiał z wiarą i przekonaniem. - Religia jest wszystkim. Życie nie potrafi ci zadać tylu ran, ilu religia by nie uleczyła. Na odpuszczenie grzechów zawsze możesz liczyć.

Po drugie - swego ojca, emerytowanego cesarskiego ministra.

- Dopóki żyje mój ojciec, nikt nie może wiedzieć, że my się znamy. Bądź wierna i uczciwa, a zatroszczę się o twoją przyszłość.

Po trzecie cesarza i naród, którzy zajmowali w sercu tego staroświeckiego magnata poczesne miejsce. O nich wszak rzadko rozmawiał z Louise, bo uważał ją jeszcze za niedojrzałą do rozumienia takich trudnych spraw. Zmęczony polityką, rolą w życiu publicznym, pukał do drzwi małego mieszkanka, które wynajął dla Louise, i kładł głowę na łonie kobiety.

- Opowiedz mi o swoim dzieciństwie - prosił.

W gruncie rzeczy trudno tu było mówić o namiętnej miłości czy orgiach, do jakich dochodzi za jedwabnymi kotarami w mieszkaniach zajmowanych przez metresy, i co wydaje się całkiem naturalne. Hrabia zawsze stawał przed Louise wytworny i godny, jak marmurowa kolumna Akropolu, a jego szlachetność i czystość budziły w niej, damie kameliowej, nabożną cześć, cechującą kobiety, które pozornie bez powodu chodzą na pielgrzymki i klękają przed wizerunkiem świętego Jerzego.

Ów rycerz krzyżowy przyniósł Madame szczęcie. Sprawił, że Louise nie stoczyła się w miejskiej dżungli, a i później, po rozstaniu, przez wiele lat odznaczała się wyjątkową subtelnością, mimo że była tylko metresą, niczym więcej.

Szkoda, że wykwintne posiłki i wszędobylska plotka nie pozwoliły Madame Louise dokonać żywota na modłę świętej. Szlachetny hrabia nazbyt uwikłał się w politykę, swoje ideały potraktował poważniej niż rzeczywistość i coraz rzadziej odwiedzał małe gniazdko, gdzie na ścianie wisiał stary krzyż, a pod poduszką leżał różaniec, niczym u jakiejś katolickiej księżnej. W owym czasie wokół religii narastały w kraju problemy. Rycerz Świętego Ludwika całymi miesiącami toczył walkę u boku Kościoła. Semickie plemię, które całkiem niedawno zrzuciło żółty płaszcz, domagało się teraz nowych - oprócz lichwy - praw. Rozsypane na wietrze prochy Jana Husa i Hieronima Savonaroli powstały z martwych, a hajducy Gábora Bethlena walili w stół w izbie niższej parlamentu, domagając się swobód dla synów Sema. Hrabia od rana do wieczora chodził w zbroi, walczył z wrogami Kościoła niczym Tankred, nocą zaś dręczyły go wizje zagłady narodu i korony. "Módl się!" - pisał w każdym liście do porzuconej małej Louise, którą wysłał za granicę w towarzystwie wykształconej, lecz zubożałej baronowej, albowiem pismacy Sema, młodzi, strzelający zatrutymi strzałami wojownicy, byli już o krok od małego gniazdka, żeby tam, w różowej baszcie, zaatakować szlachetnego Tankreda.

Przy obiedzie w Bayerischer Hof - w melancholijnym Monachium - Louise poznała dwóch węgierskich magnatów. Panowie byli przyjaciółmi hrabiego i, rzecz jasna, zatroszczyli się o przyjaciółkę przyjaciela.

Nigdy nigdzie nie wysyłajmy naszej przyjaciółki, czy to za granicę, czy do domu tuż za rogiem, nawet pod kobiecą opieką.

Żona dyplomaty jest jak lśniąca gwiazda orderu na jego fraku, jej zniknięcie szybko się zauważa. Ale kochanka jest tylko miłym biżuteryjnym cackiem na dewizce, może minąć wiele dni, zanim się spostrzeżemy, żeśmy je zgubili.

Ci dwaj przyjaciele otworzyli przed zachwyconą Louise wielki świat, zobaczyła, czym są wspaniałe wieczory w Operze, przepych paryskich balów, apartament z łazienką w Grand Hotelu i oszałamiająco eleganckie kasyno w Monte Carlo. Pociągi ekspresowe szybko przemierzały główne trasy Europy, lecz jeszcze szybciej otwierały się horyzonty Louise. Wielki świat - który znała dotąd tylko z powieści - zrobił damę, lubiącą błyszczeć w jedwabiach, aksamitach i klejnotach, z dawnej przekornej, upartej, ale przede wszystkim uczciwej dziewczynki z Kraju Zadunajskiego. Dzięki temu, że obracała się w towarzystwie, miała szczęście poznać jego wysokość króla Milana, a na wyścigach konnych w Nicei wręczyć swoją wizytówkę prawdziwemu amerykańskiemu milionerowi, cesarzowi piwa, żeby ten, gdy będzie w Peszcie, odwiedził "Louise de Péczely".

A w tym czasie codziennie znajdowała chwilę, żeby prowadzić dziennik podróży i pisać obszerny list zarówno do Fritza, jak i do Ferdinánda.

Szlachetny Ferdinánd musiał wkrótce sięgnąć do oszczędności, żeby zapewnić Madame Louise stosowne i oczekiwane apanaże. A jednak ograniczył się tylko do uwagi: "Moja Droga, Ty w Paryżu chyba zapomniałaś się modlić, skoro tutaj przegraliśmy bitwę".

Och, to prawda, podczas zagranicznych podróży Louise się nie modliła. Nie wzięła z domu różańca, którego paciorki obracała niegdyś w palcach sama hrabina Metternich.

Szarmancki Alvinczi (ówczesny paryski attaché) wydał na cześć przyjaciółki hrabiego obiad, który nawet w klubie dyplomatów zrobiłby wrażenie. Na wyścigach w Longchamp szeroki krąg węgierskiej arystokracji otaczał już przyjaciółkę naszego biednego Ferdinánda, który w kraju z taką pogardą dla śmierci walczył o interes tronu i Kościoła...

- Przysięgam, że cię nie zdradziłam - z powagą i łzami w oczach powiedziała Louise do hrabiego, kiedy w końcu wróciła do Budapesztu.

- Słyszałem, żeś się dobrze bawiła, i to mi wystarczy!

...Co takiego było w tej wyjątkowej kobiecie, że stawała się centrum zainteresowania zarówno w Paryżu, jak w Budapeszcie? Może jakiś przodek Srottisów przewinął się przez dwór Ludwika XIV, a może tylko miała szczęście, jak mawiają biedaczki, co kończą efemeryczną karierę w tej samej lichej halce, w której ją zaczynały? Mężczyźni podziwiają wspaniałe kobiety, nie wiedząc, w czym tkwi sekret ich uroku, a ten i w epoce Ninon de Lenclos brał się z siły osobowości.

Wieczór, na który Rezeda zabrał Klárę, organizowano na cześć aktorek i pisarzy. (Madame Louise lubiła towarzystwo książąt i poetów, innych mężczyzn na ogół nie brała pod uwagę).

Pani domu była bez gorsetu, w bardzo lekkiej, jedwabnej sukience zdobnej w drobne wianuszki kwiatów, zamiast biżuterii miała wpiętą we włosy czerwoną różę, żeby i w ten sposób podkreślić domowy charakter wieczoru. W miarę upływu lat z dziewczyny stała się kobietą i (odkąd biedny Ferdinánd ją zostawił, żeby wreszcie poprowadzić do ołtarza pochodzącą ze starej katolickiej rodziny księżną, z którą rodzice go zaręczyli, kiedy była jeszcze w kołysce) na jej skroniach pojawiło się kilka drobnych zmarszczek. Tylko czoło błyszczało niewinnością i smutkiem, jak u dziewczynki, która z niepokojem czeka na gwiazdkowe prezenty.

- Bóg panią zesłał do mojej chatki - powiedziała pogodnie do Kláry, jakby ją znała od dawna. - Dziś urządzamy wiejską zabawę, z winem domowej roboty... Szilveszter, chodź no tu, niech cię przedstawię.

Rezeda dotknął ramienia Kláry:

- To zaufany Alvincziego!

Szilveszter, chociaż zdjął na ten wieczór płaszcz Sándora Balázsa, a włożył czerwony fez z frędzlami, w zębach zaś trzymał krótką drewnianą fajkę, czytał właśnie swój wiersz Béli Bonifáczowi. Ten zaś, mrugając zza cwikiera, słuchał ody adresowanej do starego głazu na Górze Jánosa:

A głaz powiada, unosząc powieki,

Będę twoim nagrobkiem,

Dzikiej róży krzewem,

Spoczniesz tu kiedyś na wieki.

Szilveszter wstał, skłonił się przed panną Horváth, bo zawsze był szarmancki wobec kobiet, i pocałował ją w rękę:

- Gdybym był młodszy, napisałbym wiersz o pani. Jestem już jednak sędziwy, a Béla Bonifácz to mój przyjaciel.

Bonifácz, brunecik o zmierzwionych włosach i brodzie, przypominał świętych rosyjskich nihilistów, o których śnią rosyjskie studentki. Spojrzenie miał jednak łagodne i melancholijne, jak dziecko, miłe, pogrążone w marzeniach dziecko, które wciąż myśli o zmarłej matce.

- Panie Tułaczu - powiedziała Louise do małego nihilisty. - Tę piękną pannę posadziłam obok panów, bo na wiejskich przyjęciach sama zwykłam doglądać kuchni. No i muszę powitać gościa, kiedy się zjawi.

Radosny, dźwięczny śmiech wypełnił mały salon, gdzie złoty żuraw - prezent od księcia Walii - trzymał na grzbiecie koszyczek na bilety wizytowe. W lekkiej sukience, w trzewiczkach miękkich jak kapcie, Louise uwijała się żwawo, jakby nigdy nie opuściła swojego starego domu na wsi.

- A jajecznica też będzie? - zawołał za nią Szilveszter. - Bo zęby mam już słabe.

- Będzie, kumie, będzie. Perskiemu szachowi też zawsze smażyłam jajecznicę, gdy miałam szczęście gościć go u siebie.

Szilveszter machnął ręką:

- Co? Perski szach? To on też zna się na jajecznicy? W Máriabesnyő mieszkała pewna karczmarka, Némethowa... W czasach swojej aplikantury często do niej zaglądałem.

Uśmiechnięta, starszawa pokojówka (w domach na prowincji ten zawód dziedziczyło się po matce) w białym czepku postawiła na stole napełnioną czerwonym winem butelkę o długiej szyjce. Podarowany przez księcia Walii złoty żuraw poszedł w kąt.

- Wino z Kraju Zadunajskiego?! - wykrzyknął Szilveszter.

- Z naszej wsi. Ze wsi wielmożnej pani - odparła pokojówka.

- No to się napijmy! - powiedział Szilveszter i skwapliwie nalał do kieliszków.

- Panny zdrowie, piękna panienko!

Klára nie byłaby urodzoną aktorką, gdyby się w mig nie dostroiła do sytuacji. Śmiała się, trącała kieliszkiem, piła. Do pokoju weszła, zarumieniona od stania nad płytą kuchenną, Madame Louise. I też umoczyła wargi.

- Zabawimy się dzisiaj. Kolacja prawie gotowa. Słyszę już nawet szuranie Iwana Iljicza, mojego domowego wroga.

Szilveszter patrzył na piękną Louise z zachwytem, jak stary wuj na młodą siostrzenicę.

- Tak, tak, droga kumo, po diabła nam perski król czy angielski książę. Liczy się tylko węgierski poeta, węgierski huzar. Pamięta kuma, jakeśmy w małej budańskiej knajpce bawili się razem z biednym Sándorem Balázsem?

- Z tego powodu przegapiłam nawet wizytę ambasadora Niemiec!

Tymczasem Klára rozglądała się po salonie, gdzie bywali królowie i ambasadorzy. Lecz ani tu, ani później w innych częściach mieszkania nie dostrzegła śladu wyrafinowanego gustu, żadnej pikanterii, o jakiej czytała w powieściach. Były to pokoje urządzone po mieszczańsku, wygodnie, lecz bez zadęcia. Jeden salonik w stylu biedermeier, drugi w stylu rokoko. W jadalni duży stół z orzecha, kredens, jak w dworku na wsi, gdzie się szanuje meble odziedziczone po przodkach. Natomiast portretów było tu tyle, co w jakiejś pracowni fotograficznej. Wszystkie przedstawiały mężczyzn. Podpisy - które zwykle znajdują się w dolnej części portretu - dyskretnie zakrywała rama. Lecz i tak na jednym z nich Klára rozpoznała Edwarda, brytyjskiego monarchę. Na innym był jakiś kardynał o delikatnych rysach, w otoczeniu młodszych i starszych magnatów, bodaj podczas jakiejś maskarady. Na poczesnym miejscu znajdował się wieniec ze wstęgami w barwach narodowych. Prezent od młodzieży z Kőbánya, gdzie Madame Louise wystąpiła w jakimś amatorskim spektaklu.

Gdzie indziej na ścianach wisiały portrety pani domu. Louise na koniu, Louise w stroju do konnej jazdy, w zawadiackim cylinderku na głowie, a potem w bezpretensjonalnej dziewczęcej sukience, z kwiatkiem w dłoni, to znów w etoli, która zsuwa się z jej krągłych ramion. Louise w żałobie, Louise jako hiszpańska tancerka, albo w wieczorowej toalecie z długim trenem i wartym majątek wachlarzem w ręce. Tutaj jako mieszczka, ubrana podług mody z lat osiemdziesiątych, a tam przy zgrabnym biureczku, podparta na łokciu, pewnie pisze Anemony.

W starych prowincjonalnych salonach, które domowniczki same co rano sprzątają - w ciągu dnia taki pokój jest zamknięty - z podobną pieczołowitością wiesza się na ścianach dagerotypy przedstawiające ojców, dziadków, krewnych. To one ukazują - dzięki atelier "Phot. Jeney" - późniejszym pokoleniom ubranych z węgierska dżentelmenów i damy. I z dystansu czterdziestu lat spogląda na nas nasza babka w czepku zdobionym perłami i szerokiej kwiecistej spódnicy.

Nad łóżkiem Madame Louise wisiało tylko jedno zdjęcie. Oprawiony w złotą ramkę, wyblakły wizerunek starszego pana w zawadiacko przekrzywionej czapce honweda na głowie.

Na nocnej szafce, obok różańca księżnej Metternich, portrecik jakiegoś młodzieńca z dziewczyną.

- Przygląda się pani mojemu synowi? - wykrzyknęła Madame Louise, która znowu weszła do pokoju. - To mój syn i jego narzeczona. Jeden z dwóch synów, który wkrótce się żeni. Wychowałam ich, a teraz mnie zostawiają, odchodzą. Mężczyźni to niewdzięcznicy.

- To nie są pani prawdziwi synowie! - wtrącił, uściślając, Szilveszter.

- Nieważne. Kochałam ich, jakbym ich urodziła. Zwłaszcza do tego na zdjęciu, Marciego, byłam przywiązana. Miał niespełna trzy latka, gdy jego ojciec, kapitan Szentléleki spadł z konia. W testamencie mnie zapisał dziecko, był przecież moim bliskim przyjacielem. Chyba z pół roku trwało, zanim znalazłam chłopca i jego matkę w jakimś galicyjskim orfeum. No i wychowałam Marciego. W ciągu dwudziestu lat matka odwiedziła go tylko raz. Wyszła za mąż w Moskwie za właściciela browaru. Muszą ją zaprzątać inne sprawy niż syn kapitana. Lecz mam też drugiego syna, panie Szilveszter. Dostałam go pocztą, z Paryża, od mojej biednej przyjaciółki, której nie powiodło się w życiu. Tego wysłałam na wieś, tam się wychowuje. Żeby miał kto przejąć po mnie gospodarstwo, kiedy się zestarzeję. No, ale teraz siadajmy do obiadu, Iwan Iljicz na pewno jest głodny.

W jadalni rzeczywiście zastali już Iwana Iljicza, szpakowatego mężczyznę o garbatym nosie i nieufnym spojrzeniu, który scyzorykiem ostrzył nóż do mięsa.

- U Louise noże zawsze są tępe! - powiedział z wyrzutem.

- A jakże, mam trzymać ostre noże, żeby mnie pan takim dźgnął, kiedy się pan rozgniewa - odparła ze śmiechem Louise. - Jak nic by mnie dźgnął, Iwan Iljicz to bardzo niebezpieczny człowiek - tłumaczyła Klárze pani domu.

Iwan Iljicz smutno zwiesił głowę i jak chory ptak siedział u końca stołu.

- Iljicz to powieściowy bohater - ciągnęła Louise, bo wyraźnie polubiła ten temat. - Wybrałam mu imię z rosyjskiej powieści. Od dwudziestu lat towarzyszy mi przy stole podczas obiadu, a po południu gra ze mną w karty. Niech Bóg broni wygrać rekontrę! Zaraz rzuciłby się na mnie ze scyzorykiem. Iljicz, stary świntuchu! Znowu było nocne picie?

Iwan Iljicz przybrał minę niewiniątka.

- Złośliwa! Złośliwa jak osa! - powiedział, po czym porządnie odchrząknął i nalał sobie wina: - Brr! Domowe wino! Znów przez tydzień będę miał kwaśny humor.

Lecz wypił je jednym haustem. I zaraz się skrzywił, jakby ugryzł korzeń chrzanu.

Oparł się rękami o stół i z sardonicznym uśmiechem spoglądał ku drzwiom, pewny, że za chwilę wniosą dania, w których nie gustuje!

- I tak to trwa od dwudziestu lat - powiedziała Madame Louise, ciągnąc wątek mężczyzny podobnego do szopa pracza. - Co dzień w południe grozi, że mnie zabije z powodu mojej kuchni. Służba już myśli, że jest moim narzeczonym, a może nawet, że w sekrecie wzięliśmy ślub. Chociaż gdybym kiedyś miała za kogoś wyjść, musiałby to być sam archanioł Gabriel. A może mógłby mi pan, kumie, zarekomendować kogoś na męża? Już mi się moja sytuacja znudziła. Przydałby się w domu mężczyzna.

Iwan Iljicz roześmiał się szyderczo.

- A któż by miał odwagę panią poślubić?! Pierwszego dnia zagnałaby go pani do kąta!

- Gdyby był taką ofermą jak pan!

Béla Bonifácz wypił już trzy kieliszki wina i na rosole tymczasem zakończył posiłek.

- Mój błąd polegał na tym - powiedział nagle podniesionym tonem - że nie udało mi się wysadzić w powietrze pomnika Hentziego. Dzisiaj wszystko wyglądałoby inaczej. Może nawet wciąż miałbym swoje pismo.

- W czym problem, drogi Tułaczu? - wykrzyknęła pani domu. - Bo przecież to o panu, nieprawdaż, Károly Eötvös napisał powieść pod tytułem Który się wiecznie tułał.

Bonifácz zerwał się z krzesła, poprawił na nosie okulary:

- Jak miałbym się nie tułać, za pozwoleniem. Trzy razy siedziałem za obrazę majestatu, sześć za oszczerstwo prasowe. Dziesiątki razy oskarżali mnie o podżeganie do buntu. A na domiar złego - co za pech! - nie udało mi się wysadzić pomnika!

Policzki mu pałały, włosy opadły na czoło, w oczach miał jakiś apostolski żar:

- Nic z tego kraju nie będzie, dopóki nie przekształci się w republikę.

Przybył nowy gość, który zakłócił tyradę poety nihilisty. Do pokoju wpłynęła zasłużona artystka, Lenke Bánfai, która, nawiasem mówiąc, nosiła stroje i buty po Madame Louise. Pokazywała się jeszcze w tiurniurze, mimo że było to modne parę dekad temu. Ceremonialnie skłoniła się obecnym, panią Louise zaś pocałowała w policzek i w rękę.

- Wybacz, moja droga, lecz nie chciałam skompromitować twego domu... Na Váci zaczął mnie śledzić jakiś jegomość w cylindrze! Wolałam, żeby nie widział, jak wchodzę do ciebie. Bo co by sobie o tobie pomyślał? - perorowała cienkim głosem aktorka o mocno uróżowionych policzkach, jakby natarła je ceglanym pyłem, z osobliwymi niobkami na czole: owe loczki i wstążeczki sprawiały, że wyglądała, jakby przyszła prosto z jakiegoś przeglądu prowincjonalnych aktorów, które były organizowane pół wieku temu przed Panonią. Z afektacją ciągnęła:

- Gdyby to było kiedy indziej, to jeszcze... Ale dzisiaj, gdy zostałam oficjalnie zaproszona?... Nie. To było nie do pomyślenia. Wybacz mi, kochana.

Iljicz u końca stołu zachichotał. Lenke Bánfai wysoko uniosła brwi:

- Panie nadworny błaźnie! Chciałam powiedzieć: marszałku dworu, proszę sobie zapamiętać, że Bánfai nigdy nie kłamie.

Iwan Iljicz aż się zakrztusił, przełykając wino.

- Gdzie się pani starała o angaż, moja droga? - zwróciła się do Kláry aktorka. - U Komjáthyego? Znam go. Był lepszym aktorem niż dyrektorem. Nie? U Krecsányiego? Stary Ignác to bardzo staroświecki człowiek, Szekspir, ciągle ten Szekspir. Albo Verdi. Łatwo u niego zbankrutować.

Béla Bonifácz, jako że przemawiać zza stołu już nie mógł, zwrócił się do sąsiada, pana Rezedy, i w natchnieniu, ściszonym głosem, tłumaczył mu swoje namiętności, o których na trzeźwo raczej głęboko milczał. Bonifácz był dziwnym wybrykiem węgierskiej natury. Brał rzeczy na poważnie. Zaczął jako poeta, jego poemat dramatyczny Jezus na pewno kiedyś wyszperają w archiwach, ale nastał Istóczy, Verhovay, i biedny Bonifácz zapomniał o Jezusie. Został fanatycznym, skrajnie lewicowym dziennikarzem. Jego skromny mająteczek pochłonęły nieudane próby zakładania rozmaitych pism. Gdzie mieszkał? Gdzie bywał? Przez dziesięć-piętnaście lat nikt nie wiedział tego na pewno. Czasem zaszczycał wizytą Szilvesztra, starego przyjaciela, żeby pożyczyć od niego pięćdziesiąt, ewentualnie dwadzieścia grajcarów, po które z jednego końca miasta na drugi szedł piechotą.

Nastrój robił się coraz weselszy. Przyrządzone na chłopską modłę potrawy bardzo smakowały gościom pochodzącym przeważnie z prowincji.

- Zagram scenę z Idziego Blasa! - krzyknęła nagle pani Louise. - Lenke, pomóż mi się przebrać.

- Brawo! - przytaknął pomysłowi Szilveszter. - A ty, Béla, daj już spokój z tym pomnikiem Hentziego.

Madame zniknęła w pokoju obok, skąd niebawem wróciła w kostiumie paryskiej gryzetki. Podpięła tylko spódnicę, na ramiona zarzuciła chustkę i wzięła pudło na kapelusze.

Lecz zanim zaczął się spektakl, do pokoju weszła nieco wystraszona siwiejąca pokojówka:

- Stary Szentpéteri znów umarł - powiedziała ze szczerym współczuciem i podała pani domu list.

Szilveszter, autor owej scenki, który od pewnego czasu siedział w pozie, jaką przybierają autorzy, gdy grane są ich sztuki, mruknął wściekły:

- Ten stary poeta zawsze umiera w najgorszym momencie, powiadamia mnie o swojej śmierci, kiedy nie mam grosza przy duszy.

Madame Louise ze smutną miną przeczytała list. (Ładniejsza była smutna niż wesoła).

- Zbierają na wieniec, na trumnę... Ja już trzy razy widziałam starca na katafalku. Kiedyś połaskotałam go w nos. Ale nawet wtedy ani drgnął. Ma w domu sześcioro dzieci, które trzeba wychować, więc jak miał drgnąć?! Julis, przyślij tu tego człowieka!

Podeszła do szafy i wyjęła pieniądze.

Do pokoju wszedł zalatujący winem dozorca.

- A, to wy, Krecsák! - powiedziała rozbawiona Louise. - Tu jest dziesięć forintów, tylko nie przepijcie ich po drodze. Moje uszanowanie dla pana poety.

- Zaczynajmy! - niecierpliwił się Szilveszter.

Kołysząc biodrami jak gryzetka, pani Louise zaczęła przechadzać się po pokoju niczym po paryskiej ulicy. Czeka na omnibus. Ten nadjeżdża...

- Do Notre Dame? - pyta gryzetka.

Nagle w głębi domu rozległ się dźwięk skrzypiec. Jakby ktoś stroił instrument.

- Gyokó! - powiedział Iwan Iljicz, siedząc u końca stołu i zezując. - Zapomnieli mu dać kolację!

- Cisza! - zawołała Madame Louise, czerwieniąc się po uszy, i wybiegła z pokoju.

Szilveszter westchnął:

- Nigdy nie może zagrać tego do końca, zawsze ktoś jej przeszkodzi...

Rezeda nalał Iwanowi Iljiczowi wina.

- Kto to jest Gyokó? - spytał podstępnie.

Marszałek dworu położył palec na ustach, lecz gdy wychylił kieliszek wina, zaczął nonszalancko perorować:

- A co to kogo obchodzi? Ona jest bogatą, niezależną kobietą, może robić, co chce. Ma papiery, rentę od hrabiego. Dlaczego miałaby nie trzymać sobie jakiegoś Gyokó? Gyokó to bezdomny honwed, któremu nie wolno wychodzić z pokoju, kiedy w domu są goście.

Panna Horváth, ze smutnym uśmiechem, szepnęła Rezedzie na ucho:

- Myślę, że mogliśmy zostać w domu. Dla tego towarzystwa szkoda było wkładać niebieską aksamitną suknię. Siedzę tu jak jakaś sokolniczka Małgorzaty z Nawarry. I próżno czekam na Alvincziego.

- Stoi za panią. Ten szatan - szepnął Rezeda z ironiczną miną.

W drzwiach sąsiedniego pokoju, w zimowym palcie, z kapeluszem w dłoni, stał znudzony, cierpko uśmiechnięty Alvinczi. Twarz miał chyba jeszcze bardziej żółtą niż zwykle, a brodę nastroszoną. Mógłby na stepach azjatyckich zastępować stracha na wróble, tam, gdzie północny wiatr nazywa się dżal. Wyglądał, jakby zmarzł na kość, albo w straszną zawieruchę przyjechał z daleka lichym powozem. Kołnierz palta miał podniesiony, jakby chciał ukryć kardynalską szatę, w której wieczorami, niczym stary książę Kościoła, krąży po Śródmieściu. Skłonił się obojętnie, bacząc, żeby omszała, zasnuta pajęczyną butelka wina nie wyśliznęła mu się spod pachy. Był skonsternowany faktem, że stanął oko w oko z gośćmi, tu, gdzie zawsze przyjmowano go jak króla incognito. W dzień dozorczyni zamykała za nim bramę i nikogo już nie wpuszczała. Mrugając, zlustrował wzrokiem towarzystwo siedzące przy stole.

Szilveszter ze strachu omal nie wszedł pod stół.

Natomiast mały Bonifácz podniósł kieliszek i beztroskim, dziecinnym głosem zawołał:

- Bóg pana sprowadza, wielmożny panie. Niech żyje azjatycki książę! Proszę, zechce pan zająć miejsce.

Nikczemnej postury nihilista chwycił żółtego chana za ramię i niemal siłą poprowadził do stołu. Z powodu kapelusza i butelki Alvinczi nie mógł się obronić przed tą przemocą. Usiadł dwa kroki od stołu, a ponieważ w towarzystwie była tylko jedna kobieta (Madame i Lenke gdzieś zniknęły), zwrócił się do panny Horváth:

- Przykro mi, że zakłóciłem państwu zabawę... Proszę sobie nie przeszkadzać, proszę dalej się bawić.

Skromnie, prawie z pokorą skłonił głowę w kierunku Kláry, jakby prosił o wybaczenie samą księżną Esterházy. Ton miał łagodny, uroczysty, niczym święty rycerz, a na twarzy wyraz uduchowienia. (Jako stary kawaler zawsze widział w kobietach coś osobliwego i darzył je szczerym szacunkiem, jak mężczyźni, którzy bardzo kochają swoje matki).

Tymczasem Szilveszter przyszedł do siebie i zaraz pośpieszył księciu z pomocą. Chciał go przede wszystkim uwolnić od kapelusza, lecz Alvinczi zmroził go spojrzeniem. Jakby tamten był winien, że gość znalazł się nagle w szerszym gronie.

Madame Louise zdyszana wbiegła do pokoju, przedtem, pod drzwiami, grubym słowem skarciwszy niezręczną pokojówkę.

- Sire... Proszę mi wybaczyć. Naprawdę, gdybym wiedziała...

Alvinczi już się pogodnie uśmiechał. Wyniośle spojrzał na Louise:

- Wtargnąłem tu i nie miałem okazji jeszcze się przedstawić. Proszę, niech mi pani pomoże!

- Pan Monte Christo, panna Németh, pan Tulipan... Ejże, a o czym pan tak myśli? No i pan nihilista, ale jego wielmożny pan już zna. To on z azjatyckich stepów przysłał dla koni wyścigowych waszej wielmożności trawę zwaną "huńskie serce". Tę samą, na której pasły się konie Madziarów ruszających na podbój ojczyzny. Ci w łękach wzięli zapas paszy ze sobą i aż do Ung im starczyła - wyrecytowała z przejęciem, bo jako dobra aktorka wiedziała, jak artykułować słowa.

Jednak znudzony hrabia Monte Christo tylko skinął głową i przelotnym spojrzeniem omiótł twarz panny Kláry, która się zapłoniła. (Czyżby huńskie serce zrobiło na niej wrażenie?!)

- Jak widzę, państwo są już po obiedzie - odezwał się w końcu z powagą Alvinczi i wyciągnął spod pachy omszałą butelkę. - Wino ja stawiam. Wyborne wino. Z piwniczki pewnego starego francuskiego opactwa. Sądzę, że ze szczepów rosnących na stokach Awinionu, z których niegdyś robiło się châteauneuf, wino papieży... Oto przeor zakonu własnoręcznie poświadczył jego wiarygodność. I pieczęć jest nienaruszona. Niech państwo wypiją zdrowie pięknych pań.

Po czym Alvinczi wstał, skłonił głowę i miękkim, leniwym krokiem opuścił salon. Madame Louise odprowadziła go do przedpokoju. W salonie pozostał wykwintny zapach cygar hawańskich. Panna Horváth długo, w milczeniu wpatrywała się w uświęconą krew awiniońskich wzgórz, mieniącą się w kryształowym kieliszku...

Rezeda uśmiechał się pod nosem.

- Mój Boże - powiedziała jakiś czas potem Madame do Szilvesztra - znudziło mi się strzelać do siebie z powodu każdego kochanka. Już raz kulka z pistoletu przeszła mi tuż koło serca i śmierć, naciągnąwszy na oczy spiczastą czapkę, jak jakiś uczestnik weneckiej maskarady, tygodniami siedziała na skraju mojego łóżka. Tylko dlatego, że miałam odwagę kochać. I że mnie porzucono.

Lekkim, naturalnym ruchem rozchyliła na piersi jedwabną sukienkę. Rzeczywiście, był tam ślad po ołowianej kuli, małe wgłębienie w białym ciele. Chociaż ta dziurka, niknąca w pulchnościach, nie przedstawiała szczególnie drastycznego widoku. Śmierć byłaby bardzo miłym, szarmanckim kawalerem, gdyby zawsze pracowała w rękawiczkach, jak chirurg Paulikovics, który wydobywa kule z mężczyzn pojedynkujących się lub strzelających do siebie z powodu kobiety.

- To był piękny strzał - zauważył ze znawstwem Rezeda, jakby z kulami i pistoletami był za pan brat.

W piwnych oczach Madame zabłysły łzy, jak u kogoś, kto z rozmarzeniem słucha wzruszającej piosenki.

- Przed dziesięciu laty. W zimowy wieczór. Byłam w domu sama. I nagle strasznie rozbolało mnie serce, z tęsknoty za Elemérem. Chyba Eleméra kochałam najbardziej, najszczerzej, chociaż przez dwa lata, kiedy studiował w Paryżu na Sorbonie, wymienialiśmy tylko długie, czułe listy. Codziennie. Nic więc dziwnego, że wyjęłam z szafki nocnej pistolecik, położyłam się na łóżku i wymierzyłam w serce... Nic nie poczułam, tylko nagłe wielkie szczęście. Wystrzału nie słyszałam, nie było też woni prochu. Jakbym zapadła w sen i przez jakieś okno widziała ulice Hatvani i Kapeluszniczą, i plac Sebastiana, całe Śródmieście. Nagle ujrzałam zwariowanego Sándora Grósza, z którym ze dwa razy w życiu zatańczyłam walca, jak w kawiarni Korona, w salce nazywanej karcianą, zrywa się i wykrzykuje: "Chłopcy, Louise się zastrzeliła!". I z kawiarni do kawiarni, z ulicy na ulicę popłynęła wieść: "Louise Péczely strzelała do siebie!". W krętych, wąskich ulicach Śródmieścia wieści niosą się lotem błyskawicy, toteż pokój zapełnia się lekarzami, znajomymi, przyjaciółmi, tylko jego nie ma, bo jest daleko, w Paryżu... Lecz ja, szczęśliwa, uśmiechałam się do tych, co tłoczyli się przy łóżku. Oto prawdziwy, ostatni akt Damy kameliowej, nie taki, jak u Dumasa syna... Służba płakała przy mnie całą noc. Zawsze miałam oddane służące. Moja niania, jej córka i córka jej córki mieszkały ze mną pod jednym dachem. Pokojówka Milka towarzyszyła mi dwadzieścia lat. Dozorcę wzięłam ze sobą z dawnego domu, gdzie byłam lokatorką. Płakali i płakali, a ja nie mogłam do nich przemówić, bo krew sączyła mi się z ust. Stara niania zrozumiała jednak moje spojrzenie. W prawą rękę włożyła mi fotografię Eleméra. Lewą bowiem trzymałam na czaszce, która kiedyś, dawno temu, potoczyła mi się pod stopy, kiedy jechałam konno obok jakiegoś wiejskiego cmentarza... I tak leżałam całą noc. Rano, ledwie się rozwidniło, przynieśli gazety: biała dama kameliowa, słynna Louise Péczely, popełniła samobójstwo... A pewien wybitny pisarz skreślił o mnie felieton do "Gazety Węgierskiej".

Iwan Iljicz, który wciąż siedział w jadalni przy stole w towarzystwie butelki wina, jąkając się, zapytał przez otwarte drzwi: - Mnie pani zupełnie pominęła w tej historii? A kto w ilustrowanej gazetce napisał, dlaczego się pani zabiła? Kto w Peszcie znał prawdę?

- Zamilcz pan, stary opoju! Napisał pan wtedy, że z powodu krachu finansowego skierowałam w swoją pierś lufę pistoletu, że wszystko, co miałam, straciłam na giełdzie... A ja byłam po prostu zakochana.

Poruszony Szilveszter potrząsnął głową. Nie, romantycznej Madame Louise nie sposób podejrzewać, że strzelała do siebie z pobudek materialnych. Jest na to zbyt szlachetna!

Oczy panny Horváth błyszczały jak dwie gwiazdy. Chryste, może ona też kiedyś popełni samobójstwo!...

Lenke Bánfai chlipała gdzieś w kącie, lecz oczy miała suche.

- Madame, jest pani wspaniałą kobietą - powtarzała. - Uwielbiam panią, Madame.

Louise blado się uśmiechnęła, położyła na ustach dwa palce, jakby myślała o rzeczach dawno minionych i zastanawiała się, gdzie popełniła błąd.

- Pistolet kupiłam jeszcze w Anglii, w pewnej książce lekarskiej sprawdziłam, gdzie dokładnie znajduje się serce, ręka też mi nie zadrżała, mimo to przeżyłam. A przecież gdybym wtedy umarła, ileż cierpień bym sobie oszczędziła! Ileż rozczarowań! Iwana Iljicza zaś diabli by brali, bo gdzie by psioczył na obiady?

- A komu muzyk grałby na skrzypcach? - zawołał z sąsiedniego pokoju z jadowitą ironią Iwan Iljicz.

Na co pani Louise naprawdę się żachnęła:

- Jesteś pan szubrawcem! Sam pan wiesz najlepiej, że wychowuję syna zmarłej przyjaciółki. Dzieciak mieszka w pokoiku od podwórza i kształcę go w akademii muzycznej, na artystę. Chłopak czasem się denerwuje, gdy nie może do mnie wejść, bo akurat mam gości... Ale niech pan powie, panie Szilveszter, czy to wskazane dla szesnastolatka, żeby widział rzeczy, o których może i myśli?

Zamiast odpowiedzieć, Szilveszter się podniósł, miał zamiar fizycznie skarcić chichoczącego Iwana Iljicza, ale Madame go powstrzymała:

- Niech kum da spokój, on koło północy sam nie wie, co mówi. Wyjdę za mąż już choćby po to, żeby w domu był mężczyzna i zrobił coś z tym Iwanem Iljiczem. Ja już nie daję rady. Wszedł mi na głowę. Codziennie czekam, że spoliczkuje mnie albo moją służącą! Okropny człowiek.

W oczach Madame zabłysły prawdziwe łzy. Mężczyźni: Szilveszter, Rezeda i poeta nihilista gniewnie spoglądali na ucztującego w sąsiednim pokoju kudłatego człowieczka. (O północy Iwan Iljicz zawsze jadł. Czy to w kawiarni, czy u Madame o północy robił się głodny).

Iwan Iljicz napełnił kieliszek po wręby. Poprawił sobie serwetkę pod brodą i uroczyście skłonił się w kierunku towarzystwa w salonie:

- Niech Bóg ma w opiece narzeczonych tej osy! Wszystkich trzydziestu!

Madame Louise się roześmiała, komiczny człowieczek ją rozbawił.

- Zamilcz pan, stary nicponiu!

Po czym w zaufaniu, z pewną melancholią nachyliła się do Szilvesztra:

- Jakiś pożytek z Iwana Iljicza jednak jest. W ostatnich dziesięciu latach miałam co najmniej trzydziestu narzeczonych. Iwan Iljicz każdego z nich przejrzał - szpiegować to on potrafi - wybadał, rozpoznał i udowodnił, że wszyscy oni chcieli się ze mną żenić dla pieniędzy... Na Boga, ja, którą książęta i królowie całowali w rękę, nie zasługuję, żeby na starość jakiś wiejski notariusz ćwiczył mnie pasem!

Panna Horváth, która w trakcie wieczoru parę razy chciała wyjść, teraz już stanowczo się podniosła:

- Robi się późno!

Madame Louise podeszła do niej i udając, że poprawia jej przy szyi falbankę, szepnęła:

- Otóż... Monte Christo pytał, kim jest ta panna o cudnych oczach.

Po czym się odwróciła, jak gdyby nigdy nic.

Redaktor Rezeda szedł powoli u boku panny Horváth ciemnymi ulicami Śródmieścia. Był rozgoryczony, bo widział, że Klára buja w obłokach.

- No i co, czy ten wieczór wart był fatygi? - spytał ironicznie. - Czy nie lepiej było pójść z Szilvią, we trójkę, do jakiejś knajpki w Budzie i zjeść tam rybę albo poczytać pisma ilustrowane w cichej kawiarence w Dzielnicy Józefa? O sobie mogę powiedzieć, że czułem się fatalnie.

- Pan tego nie rozumie, panie Rezeda - odparła panna Horváth. - To jednak wrota do wielkiego świata... Pałac Madame jest w moim życiu jak jakaś stacja graniczna. Wsiadam do pociągu, zostawiając za sobą nudę, biedę, kłopoty i monotonię codziennych dni. Wierzę, że odtąd będzie już tylko radość, blask i pompa. Hotel w Kairze, podróż do Bombaju, Wielka Opera Paryska i suknie od Paquina... A może nawet klejnoty. I obiecuję panu, że zawsze będę nosić starą, cenną biżuterię. Mój Boże! - westchnęła panna Horváth, a po chwili dodała: - W Madame zachwyca mnie to, że jest taka naturalna i bezpośrednia, jak prosta kobieta. Choć na pewno potrafi rozmawiać z królem Milanem, a nawet z biskupami. Boże, co też mogła powiedzieć księciu Walii, gdy gościła go w swoim salonie?! Chciałabym się od niej tego wszystkiego nauczyć.

Rezeda zaśmiał się nerwowo i skrzywił, jakby obracał sobie w sercu ostry nóż.

- A więc pozazdrościła pani damie kameliowej, mylady? A przecież nie mówiła ona o niczym takim, co warte byłoby zazdrości...

- Właśnie dlatego! Wszystkie te cudne, mieniące się jak złoty bażant dni swego życia przemilczała. Może wzbudziłaby we mnie niechęć, gdyby wspomniała choć jedną swoją przygodę, na przykład z ambasadorem Anglii! - odparła panna Horváth i energicznie zakołatała obręczą antaby w kształcie lwiej głowy na drzwiach starego domu przy ulicy Pattantyús.

Pojawia się czerwony dyliżans

Panna Horváth w skupieniu łatała starą bieliznę - popadłszy w melancholię, zawsze to robiła - kiedy Rezeda zjawił się w mieszkanku aktorek i tak lekceważącym gestem wręczył Klárze i Szilvii bukiet fiołków, jakby go znalazł na ulicy.

- Co słychać? - zapytał i boleśnie zagryzł wargi, gdy zauważył te liche barchany. (Wiedział, że to oznacza jakiś problem).

Szilvia położyła rękę na ramieniu redaktora.

- Byłyśmy wczoraj w teatrze. Na spektaklu kukiełkowym. Włoch zręcznie poruszał marionetkami, a w tle jarzyły się światła okien małych domków, które zdawały się pokryte śnieżnym puchem... To był bardzo zabawny wieczór - powiedziała Szilvia tonem poważnym i namaszczonym do Rezedy, który wciąż jeszcze nie napisał o jej zgrabnych nogach w czasopiśmie "Latarnia".

Klára, milcząc, chwilę jeszcze nawlekała igłę, i można było odnieść wrażenie, że myślami krąży gdzieś daleko. (Chyba tylko Bóg wie, o czym myślą kobiety, kiedy szyją! Na pewno o czym innym, gdy łatają dziecięce ubranka, a o czym innym, gdy męskie koszule czy też cerują skarpetki wnukom. Kobiety, kiedy skończą piętnaście lat, pod pretekstem szycia i łatania robią pewnie to samo, co mężczyźni, gdy nocą siedzą samotnie w kawiarni, kreśląc na marmurowym blacie przeróżne figury).

Następnie podniosła na Rezedę oczy, które były teraz wielkie jak oczy ludzi chorych na serce.

- Jeszcze raz chciałabym się napić wina awiniońskich papieży, panie Rezeda! - powiedziała cicho.

Wpatrzony w nią redaktor pojął cienką aluzję. Zaczął się śmiać, jakby Klára powiedziała coś bardzo śmiesznego.

- Ci papieże już dawno nie żyją, a może i wina nikt nigdy w Awinionie nie produkował, i jedynie na pani użytek wymyślono to kłamstwo. Może ktoś zdradził, że jest pani admiratorką książąt Kościoła, ubranych w białe szaty papieży o rumianych twarzach i purpuratów...

- Istotnie, to wino miało taki kolor jak strój kardynalski. No i smak! Jakby rozpuszczono w nim stary sygnet biskupi... Panie Rezeda, tak bym chciała znowu zobaczyć hrabiego Monte Christo!

Dopalający się papieros parzył wargi Rezedy, ten więc dziwnie się krzywił, aż w końcu wyjął go z ust.

- Jak pani sobie życzy - powiedział, masując sparzone wargi. - Nie posiadałbym się ze szczęścia, gdyby pan Alvinczi wreszcie zauważył pani zaszczytne uwielbienie. Będąc subtelnym dżentelmenem, może by poświęcił pani trochę uwagi, godzinkę czy dwie. Nie ma na Węgrzech człowieka bardziej rycerskiego niż on. Alvinczi lubi spełniać życzenia kobiet, nawet księżnej Esterházy robi czasem przyjemność jakimś prezentem. A stare hrabiny w dzielnicy magnackiej już tylko od niego dostają niekiedy bukiet kwiatów. Wobec każdej kobiety jest miły, uważny, zobowiązany, jak jakiś średniowieczny książę. Myślę, że naszą znajomą Lenke Bánfai też co miesiąc wspiera pewną sumką, mimo że ta aktorka, nie pierwszej już młodości, miała coś wspólnego jedynie z jego zmarłym przyjacielem Richárdem W.

- Wspaniały, jest wspaniały - powiedziała z powagą panna Horváth. - I coraz bardziej go szanuję. Mimo że nigdy nie zamieniłam z nim ani słowa. A gdy ostatnio jechał powozem ulicą Hatvani, nawet mnie nie zauważył.

- A więc go pani śledziła?! - wykrzyknął Rezeda i błazeńsko klasnął w dłonie. - Zaiste, księżniczko, rację ma stare przysłowie, że mężczyźnie wystarczy być tylko trochę ładniejszym od diabła. Alvinczi nie grzeszy urodą.

- Pan tego nie rozumie, panie Rezeda! Taki jak on musiał być chyba Miklós Zrínyi...

[ok. 1883]

- Widać po pani szkołę Urbánovicsowej. Ale to teraz nieważne. Proszę się ubrać, bo przecież i tak przyszedłem, żeby zabrać panią tam, gdzie znów zobaczy pani Alvincziego. Jestem jak średniowieczny masochista. Źle się czuję bez krwawego samobiczowania. Ruszajmy.

Szilvia, która do tej pory układała na talerzu rozmaite wzory z pestek pomarańczy, powiedziała z rezygnacją: - A ja znowu mam zostać w domu?

- Dlaczego? Możesz iść z nami! - odparła sucho Klára, z lekka odwracając głowę i ukradkiem spoglądając na Rezedę.

Szilvia jeszcze chwilę układała pestki, po czym się podniosła:

- Wiem, że będziesz nierada, Kláro, lecz jednak pojadę. Nie chcę, żebyś w końcu popełniła jakieś głupstwo. Panie Rezeda, niech się pan odwróci do okna, musimy się ubrać.

Ubieranie trwało długo, bo tym razem dziewczyny sobie nie pomagały.

- Nie zaszkodzi, jak włożą panie kalosze - powiedział nagle Rezeda - na polach jest jeszcze topniejący śnieg.

- A dokąd jedziemy? - spytały jednocześnie.

- Tam, gdzie przebywa teraz Eduard Alvinczi, do Buda-Zár.

Kobiety wzięły redaktora w dwa ognie, ten zaś bronił się ze śmiechem. (Choć i przyglądał im się spod oka).

- Nie ma się czego obawiać. Buda-Zár to mała osada w górach. Pan Alvinczi ma tam letnią posiadłość. Co roku spędza w niej jeden dzień. Tylko jeden. Trzeci marca. Od rana do wieczora. Pogoda nam dopisuje. Myślę, że mały spacer po górach budańskich nikomu nie zaszkodzi, wyjdzie nam tylko na zdrowie.

- Ja nie mam zwyczaju spacerować, panie Rezeda - mruknęła nadąsana Klára.

Rezeda miał taką dziwną twarz, że czasem jedną połową się śmiał, a drugą płakał. Odwrócił teraz ku Klárze tę uśmiechniętą stronę.

- Będzie się pani świetnie bawić, mylady. Przecież pani wie, że całe życie dbałem o pani dobry nastrój.

Za mostem wsiedli do tramwaju konnego.

Wtedy w górach budańskich jeździły jeszcze długie wagony, zalatujące wonią piwa i precli. Woźnica od czasu do czasu trąbił, a przy karczmie Piękna Ilonka zatrzymał się na dłużej. Trzeba było czekać na tramwaj jadący z naprzeciwka, podróżni weszli więc do karczmy. Konduktor spróbował paru rzutów na remontowanym torze do kręgli, a woźnica pił już na poczet lata. Słońce świeciło wiosennie. Prawie bezlistne korony drzew rysowały się niebieskawo na tle nieba, leśną drogą biegł wesoły pstrokaty piesek.

- Mamy wiosnę - stwierdziła Szilvia, szpicem parasolki wiercąc małe dziurki w miękkiej ziemi.

Panna Horváth z pewną podejrzliwością spojrzała na janusowe oblicze Rezedy.

- Daleko jeszcze do zamku hrabiego Monte Christo?

- Niedaleko, zaraz będziemy na miejscu - odparł tajemniczo mężczyzna.

Z góry nadjechał tramwaj. Długi wagon z niejakim trudem wyhamował przed Piękną Ilonką.

- Ileż miłości, szczęścia, smutku i wesela ciągną te koniki każdego lata - dywagował Rezeda - kiedy wiozą w góry pary zakochanych! W czerwcu, w niedzielne popołudnie, można położyć się na trawie, tramwaj słychać z daleka, i skłamać dozgonną wierność pannie z surowego domu, która dała się skusić na wycieczkę. Napić się piwa w Zielonym Myśliwym i zebrać naręcze kwiatów, by je potem postawić w pokoju! Kto tego nie próbował, ten nie wie, co znaczy żyć! Za czasów, gdy studiowałem w Peszcie, każdą swoją znajomą zabierałem w góry budańskie!

- Dość tego - ucięła panna Horváth. - Dobrze wychowana dziewczyna nie kładzie się w lesie na trawie!

Rezeda się roześmiał.

- Jak to nie! Latem, w niedzielę po południu, możliwe są rzeczy, o których zimą człowiekowi się nie śniło. Miłość jest piękna tylko na łonie natury. Pamiętają panie żonę Borcsiego, tę aktorkę komiczną? Ona nawet zimą, w śniegu po pas, spacerowała po debreczyńskim cmentarzu z młodymi chórzystami!

Od końcowego przystanku szli jeszcze dobry kwadrans, zanim Rezeda położył palec na ustach.

- Bądźmy teraz cicho, drogie panie. Francuska powieść właśnie się zaczyna.

O rzut kamieniem od leśnej drogi wznosił się stary nieduży letni dom; częściowo zakrywały go drzewa, widać było tylko dach pokryty mchem, tak stromy i romantyczny, jak z jakiejś dawnej ilustracji. Wokół słały się zwiędłe zeszłoroczne liście, w ogrodzie stały krzewy róż, wciąż jeszcze w brunatnych chochołach. Wielkie drzewa wokół domu znacząco milczały, jakby w oczekiwaniu na wieczór, żeby pod osłoną ciemności stąd uciec. W głębi otoczonego wysokim drewnianym płotem ogrodu stał pozornie opuszczony dom. Ciepłym rankiem, kiedy pokryte rosą konwalie obwieszczają nadejście dnia, z pewnością wspaniale jest się tutaj obudzić. A jak ekscytująca musi być spędzona tu noc! Wokół deszcz, wiatr, burza i tajemnicze nieziemskie zjawiska. Może i dzikie zwierzęta schodzą z gór i czają się wokół domu. Jacyś nieznani ludzie, w złych zamiarach, naciskają klamkę, dobierają się do okien. Deszcz niczym upiór tłucze się po dachu, gałęzie, jak ręka śmierci, pukają w starannie zamknięte okiennice. Jakże kojąca musi być świadomość, że w takie długie noce ma się odważnego wiernego psa i niezawodną broń! Lecz na co to się zda wobec zagadek nocy?

Za lasem jeszcze świeciło słońce, ukradkiem posyłając złoty promień pomiędzy niebieskie drzewa w pustym ogrodzie.

Nagle usłyszeli szelest trawy, cichy trzask drobnych gałązek na ścieżce i serca im zamarły, kiedy te odgłosy zakłóciły ciszę. Zaraz wydarzy się coś niezwykłego. Morderstwo, atak dzikich zwierząt, leśnych duchów... Panna Horváth przycisnęła dłonią serce...

Na ścieżce ukazała się postać mężczyzny we fraku, cylindrze i białym fularze. Jego twarz w dziennym świetle była blada jak pergamin: stary pergamin, przechowywany w starej bibliotece przez kulawego bibliotekarza. Miał czarną brodę i zamyślone, smutne spojrzenie, którym błądził sennie po przydrożnych krzewach.

Po jego prawicy, w białej sukni ślubnej, w długim białym welonie, z wiankiem kwiatów pomarańczy na jasnozłotych włosach, trzymając książeczkę do nabożeństwa w rękach odzianych w sięgające do łokci rękawiczki, kroczyła szczupła kobieca postać.

Szli obok siebie bez słowa tą ogrodową aleją, pośród fioletowych krzaków i opatulonych krzewów różanych, niczym nieboszczycy, którzy wstali ze starej krypty, ciągnącej się pod tym małym zamkiem, żeby odbyć popołudniowy spacer...

Biały ślubny welon niebawem znikł za zakrętem.

Rezeda łagodnie ujął za łokieć drżącą pannę Horváth i nic nie mówiąc, oddalił się wraz z nią od domu.

Szilvia, która poszła za nimi, czasem oglądała się jeszcze na tajemniczą budowlę.

Czas jakiś szli bez słowa.

- Boże, co to było!? - spytała w końcu panna Horváth i potarła czoło.

Rezeda nie odpowiedział. Szilvia w roztargnieniu dźgała parasolką rozmokły grunt.

Dotarłszy do Pięknej Ilonki, zajęli miejsce przy oknie. Rezeda zamówił grzane wino, zrobiło się bowiem chłodno i damy na tym leśnym spacerze przemarzły.

Sącząc wino, nagle usłyszeli trzask bata.

Cztery płowe konie o długich ogonach gnały za oknem karczmy, ciągnąc wielki, pomalowany na czerwono powóz, przypominający pocztowe dyliżanse, które kursowały niegdyś na Węgrzech. Żaluzje w oknach powozu były do połowy opuszczone, stary woźnica w czapce pocztyliona, mijając karczmę, zaciął konie i po chwili dyliżans na potężnych kołach zniknął w zapadającym wiosennym zmierzchu.

- Alvinczi! - z lękiem powiedziała Klara.

Rezeda uśmiechnął się ironicznie:

- Och, a więc we fraku pani go nie poznała? A może pod welonem nie widziała też pani panny Montmorency?

- Tak, to była ona. Tancerka Wielkiej Opery - powiedziała poważnie Szilvia i upiła łyk wina. - Skoro na próżno próbowała sił w dramacie i śpiewie, poświęciła się tańcowi! Może w balecie będzie miała więcej szczęścia.

- Boże, ale co znaczył ten osobliwy spacer, we fraku, w ślubnej sukni, czyżby nasi przyjaciele byli niespełna rozumu?! - wykrzyknęła panna Horváth.

- Rzecz jest bardzo prosta. Latem starzy państwo Montmorency, czyli papa i mama Stümmer, mieszkają w willi, którą Alvinczi kupił im w prezencie. Pod koniec zimy, w marcu, Alvinczi świętuje rocznicę zaręczyn z ich córką. To musi jej wystarczyć. Przecież małżeństwa z tego raczej nigdy nie będzie - odparł Rezeda, powstrzymując się od uśmiechu.

Panna Horváth jeszcze długo spoglądała przez okno karczmy na niebieskawą leśną drogę, jakby czekała, że czerwony dyliżans wróci - po nią.

- Chodźmy - powiedział z pewnym przymusem Rezeda. - Koniec święta.

Panna Horváth w milczeniu zapinała rękawiczkę.

- Mój Boże, gdyby tak mnie, w ślubnej sukni, ktoś kiedyś prowadził przez stary ogród... Z pewnością na ścianach tego zamku wiszą portrety przodków. Czy Montmorency staje przed nimi w swojej białej sukni? Czy całuje stary krucyfiks, należący do matki narzeczonego? Czy potrafi rozmawiać ze starymi meblami i czy w rocznicę swych zaręczyn gra marsza weselnego z Lohengrina na stojącym w rogu zabytkowym fortepianie? Czy modli się przed starym świętym obrazem, po którym wodził wzrok kobiet z tej rodziny, co dawno odeszły? Czy nakręca stary zegar, który przygrywał jakiemuś starszemu panu, gdy ten samotnie popijał wino?... Nie. Lotti nie nakręca zegara. A ja nigdy bym o tym nie zapominała...

Z tymi słowy panna Horváth dostojnym krokiem dawnych dziedziczek opuściła karczmę Piękna Ilonka. Kiedy zaś siedziała w wagonie konnego tramwaju, patrząc gdzieś ponad ramieniem Rezedy, dumna i harda, powtórzyła z bladym uśmiechem:

- Ja bym ten stary zegar nakręcała...

Rezeda wzruszył ramionami i niemal z płaczem odparł:

- Mówi pani jak histeryczna Żydówka z Pesztu, która wieczorami, gdy nie siedzi w loży operowej, czyta Flauberta albo Sándora Bródyego.

Ostatni nihilista

Béla Bonifácz, dziennikarz oraz pełnomocnik Dantona i Robespierre'a do zarządzania dunajską prowincją, pokonując niebywałe trudności, zdołał pewnego dnia z Budy dotrzeć do Pesztu.

Mieszkał w górach, kiedy śniegi topniały i wiały nieprzyjemne marcowe wichry, czyli panowała pogoda, co nie tylko sprzed stóp białonogiej, pachnącej fiołkami młodej kobiecej wiosny uprząta zwłoki ptaszków pomarłych zimą w lesie, lecz z pasją próbuje też zaprowadzić ład i higienę pośród ludzi. Ciężko chorzy, którzy w mrozy i śnieżyce nabawili się suchotniczego kaszlu, wszystkie te słabe płuca, zmęczone serca, zrakowaciałe żołądki, krwioobiegi strawione miłosną gorączką pod wpływem wiosennego wiatru z zapałem przystępują do pracy, tak jak grzyb, co zżera belkę porzuconą obok starej młyńskiej tamy. Żywi wynoszą na cmentarz trumny, wietrzą pokoje i przeglądają pozostałe po zmarłych liche płaszcze, dziurawe spodnie i oklapłe kapelusze, żeby ocenić, co nadaje się jeszcze na sprzedaż. Czasem dla pary butów, gdzieś hen, na skraju miasta, żebrak modli się, żeby wszechmocna natura zmiotła z powierzchni ziemi takiego cherlawca. Ale człowiek chory na raka, który już tylko myślą wodzi po kształtnych biodrach swojej pielęgniarki, nie ma ochoty opuszczać mokrego od potu i męki łóżka, tak samo jak młoda dama dworu, której po długich zabiegach udało się wśliznąć do książęcej łożnicy. Wiosną Śmierć wychodzi na długi spacer po tej prowincji, żeby ludzkimi zwłokami użyźnić pola i łąki, gdzie latem, które niebawem nadejdzie, zakwitną kwiaty.

Pod każdym cmentarzem w głębi ziemi na pewno biegną kanały, które po dalekich łąkach i sadach rozprowadzają piękne oczy księżnych, piersi ulicznic, mózgi uczonych i serca poetów, żeby tam przybrały postać kwiatów, słonecznika czy krzewu dzikiej róży. Dziś jeszcze dotykasz wargami karku swej urodziwej kochanki, a drżącą z podniecenia ręką jej ogrzanej ciałem bielizny, lecz jutro rzeczy przyprawiające cię o bicie serca żyć będą nadal w przydomowym ogródku warzywnym, gdzieś w Rákospalota, w postaci roszpunki, a Frigyes Glück, subtelny pasjonat dobrej kuchni, każe przyrządzić z niej sałatę wedle wskazówek Brillat-Savarina. Ty będziesz ją jadł (ze smakiem i, ma się rozumieć, do wybornego mięsa) i wodził wzrokiem po sylwetkach nowych kobiet, spodziewając się, że pod nową suknią intymne zakamarki ich ciała są inne niż te, które znasz, i tylko gorzki smak palinki przypomni ci twoją zmarłą, już spożytą kochankę.

Jakkolwiek takie rzeczy mogą przyjść na myśl każdemu, to jednak Béla Bonifácz, nihilista i żurnalista, pod pretekstem, że bez reszty pogrążył się w tego rodzaju rozważaniach, usiłował, w swej kusej brązowej opończy, której powstydziłby się nawet baczkański strach na wróble, przemknąć przez tunel, gdzie znajdował się posterunek celny pobierający myto.

Ale strażnik okazał się czujny i kategorycznie wezwał Bélę Bonifácza do uiszczenia stosownej opłaty.

Poeta wzruszył ramionami i zrobił w tył zwrot. Jacyż głupi są ludzie! Przecież gdyby miał pieniądze, nie opuszczałby chatki stróża na Górze Jánosa. Właśnie dlatego, że nie miał pieniędzy, próbował dotrzeć do Pesztu, do swego przyjaciela Szilvesztra, i pożyczyć od niego ze dwa forinty czy chociaż dwadzieścia trzy grajcary.