Literatura na Świecie 11-12/2022 - Opracowanie zbiorowe

Kup ebooka

18.00 zł
14.94 zł (15,30 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Redaguje zespół:

Anna Górecka, Jerzy Jarniewicz, Andrzej Kopacki (zastępca redaktora naczelnego),

Maciej Libich (sekretarz redakcji), Andrzej Sosnowski,

Marcin Szuster (redaktor naczelny),

Anna Wasilewska, Łukasz Żebrowski,

Elżbieta Siwecka (sekretariat)

Łamanie i skład Agnieszka Malicka

Korekta Kamil Piwowarski

Winieta i układ graficzny Jacek Królak

Projekt okładki FRYCZ I WICHA

Adres redakcji:

ul. Kozia 3/5 m. 6, 00-070 Warszawa

tel. [+48] 22 827 47 91

e-mail: litnasw@literaturanaswiecie.pl

literaturanaswiecie.pl

Prawdę mówiąc, gdyby nie ten bananowiec, Cestorowi Liv?najowi nie byłoby czego zazdrościć. Nie chcę nikogo obmawiać, a choć moje słowa mogą zabrzmieć mocno, mówię bez złych intencji, to słowa obmyte w śródnocnej ciszy, porządnie wyszczotkowane, wypucowane, zbożne. No ale jednak, bądź co bądź, Cestorowi Liv?najowi brakowało prezencji. Mieszkańcy naszej dzielnicy (położonej na lesistych wzgórzach, gdzie wiatr harcuje z krogulcem) nie nosili się szczególnie galowo, ale ten chłop to już przeciągał strunę. Kto żyje na tym świecie, ten winien się ociupinę wykazać: biała koszula, w której, gdy dzwonią na mszę, złazisz do miasteczka, wyglancowane buty przenoszone w ręku nad błockiem, wciśnięty na łeb kapelusz, czarny parasol, chusteczka spryskana wodą kolońską... - oto rzeczy bez wątpienia błahe, znamionujące jednak, w tym niełatwym żywocie, człowieka mierzącego się z losem z prostotą linki obciążonej ołowiem. Cóż, mówię i mówię, a mowa mi się nie składa, zawsze tak jest, gdy przychodzi opisywać Cestora Liv?naja. Dziś nie ma go już między nami, lecz kiedy się tu pałętał, tak żywy jak każdy z nas, nie zważał na msze, pogrzeby, nieszpory albo serenady śpiewaków ciągnących z miasteczka, gwizdał dosłownie na wszystko. Nie frasowało go błoto oblepiające mu paluchy stóp, a w dni świąteczne nie paradował w garniaku od syryjskich przekupniów. Zawsze wyglądał tak, jakby zalewał się właśnie potem w gnoju swoich poletek, których nikt nie widział co prawda na oczy, ale które musiały leżeć gdzieś po drodze na Morne-caco, zaraz za Fond-blanchi. Nie chciało mu się usuwać woskowych bobków z gał ani rozczesywać słomianego siennika służącego mu za fryzurę. Gdy w niedzielne popołudnia mamunie brały sobie córy na kolana, by zaplatać im warkoczyki, Cestor Liv?naj wrzeszczał, żeby pozwoliły ich włosom rosnąć całkiem swobodnie, wskazywał przy tym na własną łepetynę, którą przykrywał kapelusz z liści palmowych nasunięty po same brwi. Jego szopa wiodła zresztą żywot na wskroś kapitulancki, o czym można się było przekonać, gdy, w obecności osób szacownych, Cestor Liv?naj przybierał maniery gładkie jak otoczak, giął się pod brzemieniem ukłonu i uchylał kapelusza zżółkniętego wysługą lat. Ale odzież utkana z potu i włosy skłębione niczym strąki pieprzu nie wyczerpują sprawy. Trzeba jeszcze dodać, że nasz chłop, samotny jak mangusta, mieszkał w chacie zbitej z desek według jakiejś wiedzy tajemnej. Nikt by nie powiedział, że ta chata boryka się z losem, by z impetem stawić życiu czoło. Chodzi mi o to, że była to chata "zatrzymana"; jakby usiłowała zapaść się pod czerwoną ziemię, którą deszcze rozdzierały tu i ówdzie bruzdami: długimi, krwistymi i niemal tragicznymi; jakby pragnęła upodobnić się do kory trzech drzew mangowych pogrubiających jej cień, albo tych mahoniowców, których nie poruszał żaden wiatr, nie z braku wiatru zresztą, ale dlatego, że były na to po prostu za stare. Z pewnością, i nie jest to próżne gadanie, stare drzewa skutecznie zniechęcają wiatr. Kto tego nie wie, nic nie wie o życiu. My, mieszkańcy górnych dzielnic, umiemy obserwować, ale przede wszystkim potrafimy wsłuchiwać się w słowa, a to właśnie Cestor Liv?naj, nie kto inny, oznajmił pewnego dnia, że drzewa, dożywszy tysiąca lat, przestają się poruszać. Wiedza ta pozwoliła nam określić wiek naszych sędziwych drzew, uzmysłowiliśmy sobie, że dzielnica i jej chlebowce, złotoliście i jabłonie cukrowe sięgają głębiej w przeszłość niż ktokolwiek z nas, no może z wyjątkiem samego Cestora Liv?naja, mógł sobie wyobrazić... Choć żył samotnie, nigdy nie utyskiwał na brak szabinki1 zdolnej wygrzać mu słomiany barłóg, nie narzekał na brak potomstwa, które świadczyłoby wszem wobec, jaki z niego rasowy ogier. Żył wśród nas, ale dalece się od nas różnił, nie ciągnęło go do miasteczka bądź miasta, po prostu żył i gadał, częściej do siebie niż do nas, żył jakimś czasem dawniejszym, a także bardziej magicznym, jakby potrafił lepiej od robaczków świętojańskich przeniknąć ciemności, które osaczają cię nie o zmroku, ale wtedy właśnie, gdy dnieje, kiedy trzeba się wydobyć z łupiny snu i spróbować żyć. Cestor Liv?naj najwyraźniej nie miał tego problemu, albo radził sobie z nim lepiej od nas. W niektóre niedzielne godziny, w ciszy fabryk i uśpieniu pól, gdy człowiek obcuje sam ze sobą i ogarnia go rosnące pragnienie bezruchu, między płaszczem nieba a wiatrem, który krążył, nie tykając naszych drzew, Cestor Liv?naj, odziany we własny pot i stary kapelusz, ze stopami oblepionymi błotem, włosami splątanymi jak owoce pieprzu i wiekową fajką z czarnego bambusa w kąciku obślinionych ust, znajdował dość sił, żeby iść przed siebie, to w górę, to w dół, nie w określonym celu albo do jakiegoś konkretnego miejsca, lecz przemierzając po prostu przestrzeń, przestrzeń, o której nie mieliśmy pojęcia, choć zdawała się rozciągać między nami swoje widnokręgi i burzowe wiatry. A jeśli go pytaliśmy: "Cestorze, za jakimi sprawunkami tak biegasz?... Co się dzieje?... Dokąd to nogi niosą?", odpowiadał: "Niosą, niosą, chłopy, niosą, niosą...". Był jeszcze niepokój ściekający mu z ust słowami, które nigdy nie były zbyteczne, ale nie miały też w sobie za wiele sensu, jak gdyby nie panował nad językiem, a posługiwał się kreolskim lub francuskim niczym gorącymi kamyczkami, które chwytał na łapu-capu, a jeszcze szybciej wykładał przed rozmówcą z grymasem chytrym i nader złośliwym. Rzucał się na jedno ze słów, które do niego skierowałeś, a później zwracał ci to słowo upichcone na kilka sposobów: albo powtarzając je w nieskończoność (pytałeś go: "Hej, Cestorze, a gdzie Fifise?...", na co on odpowiadał: "Fifise, Fifise Fifise, Fifise, Fifise...", i tak do znudzenia, zmieniając tylko brzmienie głosu bodaj trzynastokrotnie), albo dzieląc je na sylaby, które utwardzał czubkiem języka, patrząc ci prosto w oczy. Stąd wrażenie, albo niepokój, że słowo wypowiedziane mimochodem, z czystej uprzejmości, powraca do mówiącego cięższe i bardziej tajemnicze od tych nieruchomych drzew, które, odkąd zdradzono ich sekret, nawiedzały nasze sny, nie zamieniając ich w koszmar, ale nadając im tę uporczywą parność pieców węglowych, co to przeżuwają Bóg raczy wiedzieć jakie drewno. Wszystko to dopełniało reszty (ale czy trzeba mówić o tej reszcie, i co rzec, aby nie złorzeczyć? Jak opisać jego nocne wysiadywanie przed domem z oczami wbitymi w księżyc? Jak opisać robaczki świętojańskie kłębiące się nad jego chatką niby muchy na syropie, a świecące tak jasnym blaskiem, że wybudzały nas ze snu niczym błyskawice? Jak to możliwe, że nie dzielił naszego lęku przed wężami i zapuszczał się, nie czyniąc niezbędnych gestów, w najgęstsze zarośla, że nie stronił od miejsc, które upodobała sobie Gadzina, że nie żegnał się znakiem krzyża, aby wprawić niespokojne życie krzaczastych parowów w odrętwienie?...), właśnie z tego powodu, jak mówiłem, nie budził zazdrości. Nie budził też strachu: nic nie świadczyło, że jest Zaklinaczem, Guślarzem albo Panem Słowa, jak te niebożęta, co podczas wieczornic zrywają się nagle i zaczynają destylować bajki, które w jednej chwili zmieniają ich żywot w słup gorejący, nic z tych rzeczy. Niczym się nie wsławił. Nikt mu niczego nie zawdzięczał, on zaś niczego nie oczekiwał. W tym cały szkopuł: my, którzy stale walczyliśmy, zmagając się ze sobą i z życiem, niełatwo znosiliśmy obecność człowieka, który z niczym się nie wadził i zdawał się całkiem rad, o nic nie prosząc ni Boga, ni Diabła. Postawa irytująca, trudna do pojęcia, ale, rzecz jasna, niebudząca zawiści, jeśli więc o tym mówię, to przecież nie dla obmowy. Niemniej pojawił się ów bananowiec, który zmienił wszystko. Wyrósł przy jego chatce, od strony rzeki, tam, gdzie nie brakowało ani wody, ani cienia, ani słońca. Pewnego dnia, w miejscu, w którym dotychczas rosła tylko mizerna rzeżucha, z ziemi wyłoniła się zielonawa rzeźba. Wrzecionowaty kształt wyciągający się ku słońcu z początku tylko mamił obietnicą dalszego rozrostu, aż nagle wydał z siebie wielkie, połyskliwe liście. Pod wpływem światła kropelki rosy przemieniały się na nich w klejnoty, których żadna słoneczna furia nie potrafiła wyprażyć. Bananowiec, ale jakiego gatunku? Stało się to przedmiotem zaciekłych sporów: banan jabłkowy czy banan-liana? Banan ziołowy czy banan-kandja, zostawiający gorycz na języku? A może banan-moloye, rozpływający się w ustach jak śmietanka, słodki niby sok mleczny? Oto pierwsze pytania i pierwsze odruchy zawiści, które towarzyszyły pięciu się bananowca ku niebu. Zdumienie, jakie budził majestatyczny rozkwit rośliny, stało się wręcz przemożne, gdy spostrzegliśmy (raptem), że w naszej dzielnicy, z jej chlebowcami i innymi drzewami owocowymi wyselekcjonowanymi według nieodgadnionych prawideł, ziemia nie wydała dotąd choćby jednego bananowca. Ta świadomość jęła nam spędzać sen z powiek, zauważyliśmy też, że Cestor Liv?naj zaczyna znajdować jakieś upodobanie w życiu; nie to, że dochrapał się egzystencji, powiedzmy, że jął wykonywać gesty zwrócone jakby nieco bardziej w stronę istnienia. Zobaczyliśmy, na przykład, jak chwacko wywija maczetą, obcinając świeże pędy bananowca, które pojawiały się nocą i rosły z egoistyczną niecierpliwością, spowalniając tym samym rozwój pnia; zobaczyliśmy też, jak ryje ziemię wokół drzewka, aby zapewnić bananowcowi więcej przestrzeni życiowej; jak z uwagą dogląda wielkich liści, które łachmaniły się, tańcując z wiatrem; jak zaciekle broni korzeni przed naporem niewidzialnego robactwa; jak przenosi krowie łajno wiadrami, gdy niektóre liście zbrązowiały i jęły wysychać; jak zaciekle podpiera pień, kiedy zaczął się uginać wpierw pod ciężarem kwiatostanów, później zaś pod szlachetnym brzemieniem bananowych kiści. Ogarnęła nas okrutna zawiść, gdy stało się jasne, że drzewo obrodziło wspaniałymi, żółtymi owocami, takimi, co to perfumują ci po wsze czasy wspomnienia, gdy znajdziesz je w wywarze z trzydziestu dwóch czerwonych rybek, albo gdy zmieszasz je z kremową doskonałością bulwy pochrzynu i podlejesz zawiesistym sosem wieprzowej potrawki. Podczas gdy owoce rosły, nasze sny zastygały, zagrzebywały się pod obrazami nieruchomych drzew i nocy rozświetlanych lampionami robaczków świętojańskich. Zaczęliśmy go witać nadobnym dzień dobry, staliśmy się nieco milsi, pochylaliśmy się z namysłem nad słowami, które odrzucał nam jak piłeczkę, ba, czasem wręcz dociekaliśmy: "Co takiego powiedziałeś, Cestorze?...", podczas gdy wcześniej nikt nie wnikał w te jego sekrety. Każdy z nas chciał być obecny, gdy Cestor przystąpi do zrywania kiści błogosławionych owoców. Każdy miał nadzieję, że wróci do domu z dwoma lub trzema bananami i rozpocznie nowe życie. I co rano, o wschodzie słońca, podczas gdy kiście bananów dojrzewały na drzewie, patrzyliśmy z zawiścią na Cestora Liv?naja, wczuwając się coraz mocniej w rytm jego życia, coraz lepiej rozumiejąc jego nieustanną krzątaninę, coraz bardziej doceniając położenie jego chatki wśród świateł i cieni, jakby spłynęło na nas niewiarygodne i trafne wyczucie tego, jak należy przeżywać to niedorzeczne życie. Zbliżał się czas zbioru. Ograniczyliśmy sen. Spowalnialiśmy kroki, krążąc wokół jego chałupy, aby w stosownym momencie znaleźć się w odpowiednim miejscu i powitać go na tyle serdecznie, by zechciał podzielić się bananami. Nie dane nam było jednak zobaczyć dojrzałych owoców. Pewnego dnia, po przebudzeniu, usłyszeliśmy tylko krzyk rozpaczy Cestora Liv?naja. W nocy jakiś suczy syn zerwał wszystkie banany. Zdekapitowane pędy zwisały nader smętnie, pod nimi zaś krzątał się Cestor Liv?naj, nie bardziej podminowany niż zwykle. Zaczęliśmy powątpiewać, czy posłyszany krzyk wydobył się z jego krtani. Najpewniej sami go wydaliśmy. Cestor Liv?naj, z tą swoją starą fają w ustach, krążył bowiem wokół drzewa, patrząc i patrząc, nic więcej. Przemawiał do drzewa, szepcząc słowa, które zdawały się aż po kres dni niewyczerpane. Ledwo korzenie wypuściły świeży pęd, zaraz ściął bananowiec. I cały cyrk zaczął się od nowa: nasze zawiedzione nadzieje, pełne zawiści pragnienia, potoki słów, którymi podlewał pień, gdy owoce, niemal już dojrzałe, znikały nagle, raz, drugi raz, trzeci, wreszcie czwarty, który okazał się paskudnie zabójczym ciosem. Właściwie mogliśmy byli się tego spodziewać, a jednak wszystkich to zaskoczyło. Znikające banany wywołały w dzielnicy nie lada poruszenie. Po każdym zniknięciu tłoczyliśmy się kupą wokół Cestora, aby dać upust oburzeniu, a przede wszystkim, żeby lepiej przyjrzeć się bananowcowi, który zdawał się pochodzić nie z tej ziemi. Chcieliśmy też posłuchać, jak przemawia do rośliny, ale choć podchodziliśmy tak blisko, że słyszeliśmy jego głos, nie potrafiliśmy zrozumieć, o czym szepce. Zdawało się, że to mowa dobiegająca spoza mowy. Jego słowa obryzgiwały nas niczym rześka rosa. Ten język, w istocie, żywił się naszymi bebechami i naszymi cieniami. Dlatego też, gdy po raz trzeci doszło do kradzieży, skupiliśmy się wokół Cestora, milczący i zgorzkniali. Trzymaliśmy gęby na kłódkę, żeby pełniej uczestniczyć w jego przemowie do bananowca, i żeby odnaleźć w głębi serca jakąś pozostałość języka, nie zwykłe wyrazy, ale słowa wewnętrzne, bijące w nas od dawien dawna, zasnuwające mgłą nasze sny i zamulające nasze życia, drążące nas, choć nie byliśmy tego świadomi, chyba że w niektórych godzinach, gdy ten lub ów, przykuty do jakiegoś nikłego śladu, wykrzykiwał słowo niebędące wrzaskiem. Może to właśnie po tej trzeciej kradzieży udało nam się w pełni uczestniczyć w mowie Cestora, gdyśmy się zebrali wokół wielkiej rośliny. Wypiła wszystko, czym ją uraczyliśmy, zrozpaczeni, że nie będziemy mogli skosztować jej obietnicy. Wchłonęła wszystko niby wodę, światło i słońce. Jej pień pokrył się jakimś innym odcieniem zieleni, co powinno nas było zaalarmować, i, nawet nie wypuszczając świeżych pędów, wydał niebywałą kiść owoców, nową nadzieję, potężną kiść niepojętych żółtych bananów, które złodziej, tej samej nocy, buchnął po raz kolejny. Tym razem Cestor Liv?naj nie uraczył jednak majestatycznej rośliny przemową. My również, skupieni wokół niego, zachowaliśmy milczenie, nie potrafiliśmy bowiem mówić tak, jak tylko on potrafił mówić. Rzucił okiem na drzewo i wrócił do swoich zajęć. Milczeliśmy przytłoczeni niewyrażalnym fatum, poczuciem nieuchronnego nieszczęścia. Tydzień później znaleziono jednego z bliskich sąsiadów Cestora Liv?naja, nieja kiego Fabrice'a Silistina: zmarł we własnym domu, a nad jego łóżkiem wisiała mocno przerzedzona kiść bananów. Fabrice Silistin był dobrym, przyzwoitym człekiem, kto mógł podejrzewać, że wstawał nocami, żeby spełnić nasze pragnienia, że porywał i zjadał banany w naszym imieniu i za nas wszystkich. Nikogo po sobie nie zostawił, jego baba, kuliska2, dawno już przeniosła się do W-Miasta3 z siedmiorgiem dzieci, zostawił tylko chałupę oraz resztkę bananów, których nikt z nas nie tknął. Na drzewie dojrzewały kolejne kiście żółtych owoców, ale Cestor nie zwracał na nie uwagi, my tym bardziej, nikt nie ośmieliłby się tknąć zębem tego cudu, który nasza prawdziwa mowa, nasza mowa niemożliwa, zatruła na wieki wieków.

[panie sprzedające słodkości, Kingston 1899]

1 Szabinka (z kreol. chabine) - antylska kobieta, niemająca, w odróżnieniu od Mulatek, żadnego "białego" rodzica, odznaczająca się jednak pewnymi "białymi" cechami (włosy blond lub rude, skóra o jasnej pigmentacji etc.) [przypisy tłumacza].

2 Po zniesieniu niewolnictwa w 1848 roku na Martynikę sprowadzono pracowników z Indii, których nazywano "kulisami".

3 W-miasto (kreol. l'en-ville, czyli dosł. "w mieście") - tutaj: Fort-de-France, stolica Martyniki (idę za propozycją przekładową Adama Szymanowskiego, tłumacza Texaco Patricka Chamoiseau).

Podczas jednego z karnawałowych wieczorów w Fort-de-France, między Tłustą Niedzielą a Środą Popielcową, gawędziarz Solibo Wspaniały zginął przez poderżnięcie gardła mową, wołając: Patat' sa!... Jego słuchacze, widząc w tym tylko zachętę do wokalizy, uznali, że muszą mu odpowiedzieć: Patat' si!...1 To żniwo przeznaczenia, o którym wam opowiem, miało miejsce w dniu nieistotnym, tu czas nie sygnuje bowiem żadnego kalendarza.

Ale najpierw, o przyjaciele, oddajcie mi przysługę: nie wyobrażajcie sobie Soliba Wspaniałego tylko w pozycji pionowej, w jego najpiękniejszych dniach. To słowo przychodzi do was, gdy godzina jego śmierci wybiła -- jaki smutek -- i nawet nie podczas czuwania przy jego pachnącym ziołami ciele. Policja, domyślając się zbrodni, zabrała go, jakby był odpadkiem życia, a medycyna sądowa dokonała autopsji, krojąc na kawałki. Z głowy wycięto mu kość, by szukać tajemnicy śmierci w kremie jego mózgu. Rozcięto mu pierś, rozcięto płuca i serce. Krew spłynęła do próbówek z białego szkła, z otwartego żołądka wyjęto resztki ostatniego steka z rekina. Gdy Sidonise go zobaczy, pozszywanego jak znoszona halka... aj! Jak wyrazić ten smutek, który każdej wycisnąłby łzy z oczu?... Dlatego, o przyjaciele, nim zacznę mówić, proszę o przysługę: wyobraźcie sobie Soliba w jego dniach najpiękniejszych, gdy był jeszcze dziarski, gdy jego krew krążyła, a ciało tkwiło w życiu jak akacjowy pal w zdradliwej kałuży. Bo jeśli był za życia zagadką, dziś jest znacznie gorzej: istnieje (co główny inspektor uświadomi sobie na marginesie śledztwa) tylko w mozaice wspomnień, a jego gawędy, zgadywanki, żarty z życia i śmierci rozpuściły się w zbyt często odurzonych jaźniach.

Zszedł na ląd w Fort-de-France i został niepodważalnym Mistrzem Mowy, nie na mocy dekretu jakiejś folklorystycznej wyroczni czy akcji kulturalnej (jedyne miejsca, gdzie kultywuje się jeszcze sztukę opowiadania), ale dzięki zamiłowaniu do słowa, mowy bez przecinków. Mówił i na tym koniec. Na targu rybnym, gdzie znał wszystkich, mówił na każdym kroku, mówił do każdego, do każdego koszyka i nad każdą rybą. Kiedy spotkał kumoszkę z rozwiązanym językiem, skorym i nadaremnym, manman!2 Co za szkwał bla bla bla... W bilardzie przy placu de la Croix-Mission, w piątki na targu mięsnym, gdy przyjeżdża wołowina, przed katedrą po mszy, na stadionie Louis-Achille'a, gdy wszyscy byliśmy zajęci mordowaniem sędziego, Solibo mówił, mówił bez przerwy, mówił na kiermaszach, mówił w lunaparkach, mówił na festynach. Ale nie był zbiegiem ze szpitala psychiatrycznego, jednym z tych pomyleńców, którzy mocują się z mową, jakby dosiadali swoich dulcynei. U Chinotte'a, w sanktuarium ponczu, zbieraliśmy się, żeby go słuchać, choć żaden siwy włos nie lśnił na jego skroniach, a tafia jeszcze nie czerwieniła mu oczu (dopiero pierwsza mętna żółć dotknęła jego białek) i panowała cisza, gdy otwierał usta: co tutaj zwiastuje i uświęca Mistrza.

Życzyłbym sobie mowy na jego miarę: wpisanej w proste życie i przewyższającej każdą egzystencję. Lecz wokół jego zwłok policja rozpostarła mrok śmierci: niesprawiedliwość, poniżenie, wzgardę. Sprowadziła absurdy władzy i siły: terror i szaleństwo. Z bólem serca mogę już tylko dać świadectwo, stojąc pośród was, posługując się słowem jak podczas Vénéré3, utraconej nocy bębnów i modlitw, rozbielanej na pamiątkę zmarłego przez negrów z Gwadelupy. Ale przyjaciele, hola! Przy policjantach pięknie szczerzcie zęby, bo, jak stwierdził René Ménil4 w jednym ze swoich tekstów, epoka gorzkim śmiechem mści się na ludziach zbyt długo okupujących scenę i odsuwa się od nich jak najdalej, z nadzieją, zanim naprawdę umrą.

Zatem fatalny wieczór: po paradach tłum rozdzielił się na publiczne bale (grajés-jounou, touffé-yinyin, zouk i inne machapias5...), które Karnawał mnoży w swoim czasie od traw Balaty6 po dzielnicę Texaco. W powietrzu centrum miasta trwały już tylko popioły radości, a na odległych wzniesieniach bębny ka wybijały synkopy. Pod tamaryndowcami parku Sawanna, na wielkim placu roślinnej swobody, amatorzy gry sebi7 zapalili dziesiątki pochodni i głośno podbijali stawkę, wymieniając się gąsiorami tafii. Inni negrzy, nie tak nieokiełznani, modlili się cicho do świętej Madonny z Josseaud, żeby im wyjawiła sekret czarnej karty pośród kart czerwonych czy kurewskiego tańca kulki na beczce-kasynie. By dopełnić obrazu, trzeba wspomnieć żwir gwiazd na niebie, kwaśno-słodkie tchnienie tamaryndowców i kakofonię handlarek wszelkiej maści.

Muzyk, który zwykle przygrywał do słów Soliba Wspaniałego, zjawił się z pierwszymi cieniami, z bębnem na ramieniu, i zajął miejsce pod najstarszym tamaryndowcem, obok pomnika poległych. Był to mizerak, sama skóra i kości, z szyją wybieloną starą dermatozą, kazał nazywać się Smoczkiem. Zawdzięczał ten przydomek notorycznemu pociągowi do butelek rumu Neisson. Tuzin donośnych stuknięć i dwa-trzy grzmoty wielkiego bębna ka wzywały kompanię do światła pochodni Smoczka. Bum, a nawet szybciej niż bum, porzuciwszy stoły do gry, zebrała się publika, wypatrując już Soliba Wspaniałego: każdego słowa starego gawędziarza, rzadkości w tych czasach, dobrze było posłuchać. Przyjdzie, Smoczku?... Gdzie on jest, hę? Myślisz, że przyjdzie?... Ci zapaleńcy nie mogli się domyślać, że chwilę później policja wpisze ich nazwiska do protokołu, i nawet nie podejrzewali, że w pewnych okolicznościach i na mocy Prawa zwykli słuchacze cricrack8 stają się ś w i a d k a m i.

(Lista świadków

Wyciąg z raportu z dochodzenia wstępnego, sporządzonego przez inspektora głównego dla komisarza wydziału.

- Zozor A l c i d e - V i c t o r,

kupiec, zamieszkały przy ulicy François-Arago 6.

- Éloi A p o l l o n, zwany Smoczkiem,

podaje się za bębniarza-akompaniatora gawęd cricrack, faktycznie bez zawodu i stałego miejsca zamieszkania.

- Przydomek G a d z i n a (trwa ustalanie jego prawdziwego nazwiska),

podaje się za marynarza wód słonych, zapewne bez zawodu, przebywa w dzielnicy Texaco, w pobliżu fontanny.

- Lolita B o i s d e v a n, zwana Doudou-Ménar,

sprzedawczyni kandyzowanych owoców, mieszkająca na ulicy Pont-Démosth?nes, za wielkim kanałem, po drugiej stronie jaru.

- Patrick C h a m o i s e a u, zwany Chamzibié, Ti-Cham albo Niebieskim Ptakiem,

podaje się za "spisywacza słów", faktycznie bez zawodu, zamieszkały przy ulicy François-Arago 90.

- Richard C o e u r i l l o n,

podaje się za pracownika fabryki (?), zapewne bez zawodu, zamieszkały przy drodze do Château-Boeuf, za pierwszym zjazdem.

- Bateau F r a n ç o i s, zwany Congo,

producent tarek do manioku (?), zapewne bez zawodu, zamieszkały w dzielnicy La-Belfort, Lamentin.

- Charles G r o s - L i b e r t é, zwany Charlot,

podaje się za muzyka, faktycznie bez zawodu, zamieszkały przy ulicy 8 Maja, osiedle Dillon.

- Justin H a m a n h, zwany Didonem,

podaje się za starszego tragarza na targu warzywnym, faktycznie bez zawodu, zamieszkały przy ulicy Schoelcher 10 w Terres-Sainville.

- Conchita Juanez y Rodriguez, narodowości kolumbijskiej,

bez zawodu, zarejestrowana jako parająca się prostytucją, bez stałego miejsca zamieszkania.

- Antoinette Maria-Jésus S i d o n i s e,

sprzedawczyni sorbetów, zamieszkała przy ulicy des Abymes w Trénelle.

- Pierre Philom?ne S o l e i l, zwany Pipi,

podaje się za starszego tragarza, faktycznie bez zawodu, zamieszkały w dzielnicy Rive-Droite-Leassoir.

- Sosthene V e r s a i l l e s, zwany Ti-Cal,

pracownik komunalny, zamieszkały na przedłużeniu ulicy de la Liberté w dzielnicy Volga Plage (znany jako zwolennik niepodległości).

- Édouard Z a b o c a, zwany Gorączką,

podaje się za robotnika rolnego, faktycznie bez zawodu, zamieszkały w dzielnicy Gondeau, Lamentin.

Ci świadkowie zostali przesłuchani przez sierżanta Philémona Bouafesse'a, a później przeze mnie, Évariste'a Pilona. Dołączone protokoły zawierają treść przesłuchań i opis godnych pożałowania zajść, jakie im towarzyszyły).

Aj! Solibo Wspaniały przybył, kręcąc piruety. Krzaczasty wąs, kozia bródka jak drapak na końcu podbródka i żółto-czerwone oczy ekspertów od tafii. Jego biała nylonowa koszula miała złote mankiety, tak, i srebrne spinki. Spodnie z elany sięgały idealnie lakierowanych kowbojek: ach, Solibo wciąż zasługiwał na swój przydomek!... Uchylił kapelusika, by pozdrowić słuchaczy: Panowie i panie, mówię dobry wieczór, bo dzień dobiegł kresu, i nie mówię dobranoc, bo ta noc do rana będzie biała jak kreolskie prosię w fatalną sobotę, a nawet bielsza niż béké9 bez słońca, spacerujący pod parasolem po plantacji trzciny é krii?...

- É kraa!10 - odpowiedziała kompania.

I wtedy, koledzy, gdy wszyscy już cichli, Mistrz Mowy przemówił i mówił, zarażając publikę nieuleczalną gorączką. I nie chodziło o to, by rozumieć, co jest mówione, ale żeby otworzyć się na mówienie, dać mu się ponieść, bo Solibo stawał się dźwiękiem z gardła, ulatującym swobodniej niż solo na klarnecie, gdy muzyk Stélio napełnia go swym tchnieniem.

Przez całą noc grzmiały wokalizy. Słuchacze, dowodząc Mistrzowi Mowy, że są czujni, odpowiedzieli donośnym É kraa! Misticraa zabrzmiało jak dęta partia latynoskiej orkiestry. W porze, gdy niebo blednie, a mglisty powiew zwiastuje świtanie, Solibo Wspaniały czknął na wirażu słowa. Potem ni stąd, ni zowąd, panowie i panie, zawołał: Patat' sa!... (A przecież Patat' sa! nie istnieje w cricracku. Gawędziarz mówi É krii, pyta Misticrii, dopytuje, czy d w ó r ś p i? ... prosi o tafię, o akompaniament bębna, ale nigdy nie woła Patat' sa!...) Jednak na ten okrzyk cierpienia kompania odpowiedziała Patat' si!, bo jest prawdą, że jeśli chodzi o głupotę, najlepszych kandydatów nie zawsze znajduje się w stadzie baranów.

Zarzynany pośliznął się na korzeniach. Rozszerzone źrenice zdawały się ścigać ulatującą gawędę. Z dłonią na gardle, drugą na wysokości twarzy, stał przejęty jak stary zlany potem negr, łudzony obietnicą szczęścia. Teraz, myśląc o tym z oddali, mamy pewność, że liście tamaryndowca jęknęły, a nietoperze ostrzegały nas, trzy razy muskając pochodnię Smoczka. Jednak kompania, beztroska jak psi kleszcz w stopie abnegata, czekała, czekała tym bardziej, że gąsior z tafią zaspokajał wszelkie pragnienie, a walibęben, podbijając to, co uznał za improwizowaną pantomimę Mistrza, wykopywał z bębna jaskiniowy lewoz11: Smoczek, z nieobecnym spojrzeniem, opuścił swoje ciało, by skupić się na ka, a może to bęben pączkował w jego brzuchu. Wibracja rozpuszczała człowieka z baryłką, a ciało Smoczka pochrapywało jak koźlęca skóra. Usta w milczeniu przeżuwały częstotliwości bębna. Pięta rzeźbiła dźwięki. Używał dodatkowych dłoni, jakie skrywają bębniarze, one zaś wirowały w echach gór, krystaliczne odłamki, galopada życia na ziemi potęgująca ślady wielkiego postu, przekazująca temu, kto umie słuchać (kto osiągnął stan wolności wobec tego zjawiska), wrażenie głosu o tembrze przesyconym rumem, nadludzkiego, ale swojskiego: O c h! T o S m o c z e k p r z e m ó w i ł, t a k. ..

Pochodnie wokół nas zgasły. Na głuchej Sawannie Karnawał zbierał resztki swojej wesołości: stukającą kostkę do gry, zgiętą kartę, śmiech kobiety-matadora, nad którą ktoś się mozolił... Na blednącym niebie noc i dzień mieszały się w rytuale rosy, mgieł i lodowatych podmuchów wiatru. Gąsior, wyschnięty jak pumeks, leżał obok zgromadzenia, zasłuchanego w bęben. Chłód wyczarował paczki Mélia, Gauloises'ów i innych marek, twarze rozjaśnił blask niedopałków. Czasem skarga ka zmuszała szerokie nozdrza do drżenia, przykrywała powiekami mroczną pustkę spojrzeń. Słuchacze siedli na ziemi albo przykucnęli. Niektórzy zamiast taboretów używali wiaderek po margarynie, połamanych skrzynek, kamieni. Były tam kobiety (trzy, może cztery?), ale ich twarze pozostały ukryte w mroku, ponieważ nie paliły i tylko błyski kreolskich kolczyków zdradzały ich sylwetki. Smoczek kontynuował swój cyrk, może czerpiąc energię ze zmęczenia. Obok niego, pośród splątanych korzeni, leżał Solibo. Nylonowa koszula, pożółkła od potu, kleiła się do kościstego ciała, jeden ze złotych mankietów się rozpiął i rękaw zmarszczył się po łokieć. Nogawki spodni też były podwinięte, jakby się spodziewały grudniowego deszczu. Widać było jego chude nogi, skręcone włoski (jak ziarnka pieprzu), harmonie skarpetek, błysk o la la lakierowanych kowbojek. Owoce tamaryndowca czasami spadały, ale dźwięk bębna zagłuszał ich tak-tak. A wiatr lizał liście, czego też nie było słychać. Nietoperze, jak latający negrzy, przysiadały na drzewie, znikały w listowiu, ożywiając silną woń tamaryndowców, zanikającą wraz z nadejściem dnia. Nie było już ech karnawału. Fort-de-France w oddali zapadł w sen, nic się już nie poruszy do zapowiedzi słońca, bo Solibo, choć Smoczek wciąż uderzał w ka, ani drgnął, o nie.

I ta scena się przeciągała -- i mogłaby się przeciągać w nieskończoność: upojona tafią publiczność, siedząca w krąg o świcie, nie wpisuje się w ulotną chwilę. Więc po upływie wieczności (to znaczy po trzech godzinach, trzydziestu ośmiu minutach i dwudziestu dwóch sekundach, wedle ustaleń medycyny sądowej) bazaltowy starzec opuścił zgromadzenie i zbliżył się do Soliba. Nazywał się Congo i wyglądał, jakby od czterech stuleci był dłużnikiem śmierci. Pochylony nad ciałem, uniósł słomkowy kapelusz, żeby podrapać się po białej wełnie głowy. Wychylony do przodu, na ugiętych kolanach, wystawiając pośladki, kładąc dłoń na zawiasach lędźwi, przypominał tych ogarniętych zwątpieniem, konających negrów, którzy jednak wciąż myślą o przędzy wrodzonego pecha. W chwili gdy już nikt się tego nie spodziewał, Congo się wyprostował -- błędny: Iye fout! hanmay halansé tӱou hot la hou hay dégawé m?dsin, mi Ohibo la ha hay an honjesion anl? noula!... -- Hę, co mówisz? -- Och, Congo gada od rzeczy: twierdzi, że Solibo umiera, że potrzebuje lekarza... Gdy wreszcie zrozumieli starca, wszystkich zelektryzowało. Smoczek rzucił instrument i skoczył do ciała Mistrza. Inni, nierozpoznawalni w zamieszaniu i mroku, przepychając się, podeszli bliżej: Hę co co co co mu się stało?... Smoczek wrzasnął, wzbudzając u kobiet krzykliwe emocje, które są głosem nadchodzącej śmierci. Solibo! Solibo, podnieś się!, wrzeszczał Smoczek, Solibboo!... Głownie pochodni były już bezużyteczne, oświetlono go tymi, których sporadyczne błyski odpędzały cienie. Wyglądało to jak Cesairiański kataklizm, zdziwienie i cierpienia ludzi budziły Sawannę. Kraby, szczury, węże walczyły o nory w ziemi. Nietoperze, obawiając się szarży, ginęły w niebie przed świtem. Skupieni wokół Soliba słuchacze deptali po korzeniach, zaglądali jeden drugiemu przez ramię, sugerowali lekarstwa, jakie każdy tu przechowuje po swoich zmaganiach ze śmiercią. Mówiło się o chininie, zdolnej pobudzić ludzi, którzy się wypalili, o soku z aloesu lub z tytoniu jacquot, naparze z nasion łez Hioba, angielskim piołunie, o olejku roucou, który chłoszcze krew. Wspomniano o wyciągu z kory żółtodrzewu, o plantanie wędzonym w miodzie, czarnym kamieniu z Trynidadu, który chroni przed jadem węży, i by wszyscy wiedzieli, jak bardzo sytuacja wydaje się rozpaczliwa, o niezawodnym zielu-od-wszystkiego zmieszanym z vilcacorą (wypróbowaną i straszną).

[ka (ka) owiec w Parku Tropikalnym, Kingston 1900]

Ci, którzy mogli dotknąć ciała, nie słuchali, ani żeby usłyszeć, ani żeby zrozumieć, z tym swoim lekiem w ustach. Próbowali posadzić Soliba między korzeniami, ale uniemożliwiały to początki stężenia pośmiertnego (które mylili z oporem Mistrza). Rozpięli mu więc koszulę i wachlowali go kapeluszem. Wymierzyli mu parę siarczystych policzków, potem rozluźnili pasek z nadzieją, że będzie oddychał. Zdjęli mu buty, natarli uszu. Jeden z nich, naśladując scenę z sensacyjnego filmu, dmuchnął mu w usta. Inny go połaskotał. Jeszcze inny walnął go w pierś w miejscu serca, jak robiono jego żonie podczas trudnego porodu. W miarę jak dostrzegali stopniowe sztywnienie Soliba, chłód jego ciała, dziwną nieruchomość oczu, ich zapał stygł, z powątpiewaniem patrzyli na swoje dłonie. Rzeczywistość objawiała się niektórym z całą oczywistością, nim jeszcze została jasno sformułowana: uciekali, w grobowym milczeniu, porzucając grono naszych przyszłych świadków, czternaścioro negrów, w tym trzy panie, z całą pewnością kretynów, wiadomo bowiem, że w przypadku śmierci miesza się w to prawo, a wtedy, koledzy, wasze życie zaczyna przypominać taniec ścinacza trzciny (w którym porusza się pod dyktando nadzorcy).

Nastała wrzawa. Szum liści wypełnia ciszę. Strąki tamaryndowca, rozluźniając uchwyt, roztrzaskują się na nędznej trawie tak-tak. Smoczek, wsparty plecami o pień, wygląda jak pusty worek, ramiona zwisają mu jak włosy hinduskiego kulisa, a jego twarz ma nie więcej wyrazu niż tkwiący w rzece kamień. Congo, nieśmiertelny, siedzi na skrzynce, bez ruchu, ale zapewne wstrząśnięty widokiem krążącej w pobliżu śmierci, starej wierzycielki. Tak-tak od czasu do czasu, drzewo, wspinające się ku niebu jak złodziej, zadrżało i umilkło. Widmowe biele monumentu poległych niepokoją atramentowe liście zagajnika. Tam, po lewej, gdzie kończy się Sawanna, znów pojawia się miasto oświetlone ulicznymi lampami: aleja, która biegnie wzdłuż zawrotnej otchłani gwiazd i migocącej wody, morza. Doudou-Ménar (tęga sprzedawczyni kandyzowanych owoców) szepcze szu-szu do uszu Conchity Juanez y Rodriguez, cudownego stworzenia. Antoinette Maria-Jésus Sidonise, oszołomiona, stoi, trzymając skrzynkę z sorbetami, jej oczy wszczynają alarm z powodu czarnej rozpaczy i mruga powiekami, jakby chciała je uspokoić. To niewysoka kobieta, o ciele i krągłościach czterdziestolatki, drobna, dziecięco filigranowa. Patrzy na Soliba, jakby dostała zawrotów głowy na skraju urwiska, i czasem wściekle kręci głową, prawie jak kotka, otrząsająca się ze starej wody sennego koszmaru. Inni nie mówią nic, wyrzeźbieni wokół niej w osłupieniu.

- Wygląda na to, że umarł - niepokoi się rudy szabin12.

- Niee! Ludzie tak nie umierają...

- A niby jak się umiera, hę?

- Nie tak jak miękki owoc, który spada...

- Ha lan-ô yé? (Czym jest śmierć? -- To mówi Congo i musi cztery razy powtórzyć pytanie, bo prawie nikt tutaj już nie mówi w ten sposób).

- Nie wiemy! W każdym razie nie umierasz z rozdętym brzuchem tego samego dnia, w którym najadłeś się ziemi: jeśli Solibo umarł, zanosiło się na to od dawna...

- A więc Solibo umarł? (Niepokoi się Smoczek).

- Jeśli jego karnawałowy rum spotkał się z czekoladą z jego chrzcin, może być tylko zamroczony... Skąd mamy to wiedzieć?

- An Kay chaché an jan m?dsin!... (To Doudou-Ménar, która opowiada się za tym, żeby poszukać lekarza).

- Lekarza? Ach tak, lekarz może go obudzić!... (To Smoczek, który się z nią zgadza). Poszukaj go, ma fi!13

- Ha lan-ô yé?

- Uspokój się, Congo! Solibo żyje, bo nie umiera się ot tak (sprzeciwia się Sidonise).

- A jak się umiera, hę?

(I tak dalej...)

Kiedy Doudou-Ménar się oddalała, dyskusja (szeptana i pełna szacunku) obracała się, kręciła, krążyła jak karuzela bez marakasów wokół możliwych trybów należytej śmierci. Otarliśmy się o nieskończoność myśli i kwestie fundamentalne. Congo korzystał z chwil milczenia, by rzucać z akcentem pierwotnego negra: Ha lan-ô yé? Ha lan-ô yé?..., pytanie, do którego nikt nie przywiązywał wagi, które jednak z pewnością służyło za trampolinę zawrotnym myślom. Po dłuższej chwili ciszy Congo wrócił do ciała Soliba i tak wzburzony, że nie panował nad swoimi zmarszczkami, postawił diagnozę, wykorzystaną na otwarcie tej mowy: Méhié é hanm, Ohibo t?out?oute anba an hoj?t pahol-la!... Co może znaczyć: Panowie i panie, Solibo Wspaniały zginął przez poderżnięcie gardła mową...

Pewność siebie starca ucięła dyskusję. Wobec tak wyrażonej prawdy towarzystwo wzniosło mur milczenia. Teraz był już tylko jeden sposób: czekać na lekarza, po którego poszła Doudou-Ménar, i wspierać Soliba zastygłym smutkiem. Byliśmy jak żaglówki, które ugrzęzły na mieliźnie: rzeka, życie płynęły dalej bez nas. Patrzyliśmy na siebie od środka, była to jakby nieruchoma podróż do wnętrza nas samych. H o, o c z y S o l i b a!... Sidonise przytrzymała czule te ulatujące powieki, opuszkami palców, potem wnętrzem dłoni, wreszcie kciukami wilgotnymi od łez, ale Solibo wciąż miał to spojrzenie, które umyka w inne wymiary. Jego widok, leżącego ot tak, jak stos brudnej bielizny na splątanych korzeniach, nas zasmuca: gdzie jest zdjęcie z kodaka, którego nie zrobiono w jego wertykalnym życiu, gdy spowijał mową zwłoki podczas żałobnego czuwania, rozprawiając się z lękami pogrzebowych nocy. Urzekał towarzystwo rytmem swoich gestów, dzielił się mową nie w odrętwieniu zgromadzeń w czasie tradycyjnego czuwania, ale w kryjówkach niegdysiejszych negrów, nowych zbiegłych negrów, negrów zgubionych, negrów opuszczonych, zdanych na łaskę losu i wygnanie. Przychodził pod tamaryndowce Sawanny tylko z nastaniem karnawału, i to nieregularnie. Gdy atmosfera sprzyjała, Smoczek podkładał brzmienia ka pod mowę Mistrza... ho, zawsze ta sama klasa gestu i ciała, elegancja rzewni w lekkich podmuchach wiatru. Poznałem go, gdy chodziłem na targ, mając w planach książkę o życiu djobeurs14. Byłem cierpliwy i przyjęto moje zeszyty, ołówki, mały magnetofon na baterie, który nigdy nie działał, mój niezdrowy pociąg do słów, wszystkich słów, nawet najbardziej bezużytecznych. Nie chcąc się rzucać w oczy, oddawałem tu i tam drobne przysługi, wynosiłem śmieci, czyściłem warzywa, szukałem pięciocentymowych monet, niezbędnych, by zachować rytualną płynność negocjowanych cen. Moje badania z tym większym trudem posuwały się naprzód, że miałem częste napady astmy i nie mogłem sobie przypomnieć planu pracy. Włóczyłem się więc między straganami, taczkami tragarzy i owocami, zmordowany wśród powszechnego umordowania, złakniony pisania i fantasmagorycznych notatek, które sporządzałem z uporem. Wszyscy na targu mnie znali, od drobnych sprzedawczyń mango po mroczne, srogie i milczące królowe, które wykładały swoje magiczne herbaty i święte zioła, tak że ich rozmowy nie gasły, gdy przechodziłem obok, i nikt nie pytał mnie na dzień dobry: No, Ti-Cham, czemu służy pisanie?... Jak domniemany etnograf, bez dystansu przeżywałem ospałość upalnych godzin, padając na taczkę jak tragarze, albo nieruchomiałem, stojąc, siedząc w pozycji, w jakiej zaskoczyła mnie chwila, jak robią stare handlarki, czekające na powrót chłodniejszego powiewu. W godzinach południowej gorączki i w sobotę rano krzyczałem, gestykulowałem jak wszyscy, popisując się swoim kreolskim i wymachując rękami, krzątając się wokół błahostek niecierpiących zwłoki, już nawet nie troszcząc się o to, by słuchać, obserwować i rozumieć życie wokół, a nawet rozumieć to, co bazgrałem, symulując wyrzuty sumienia. Na próżno, w przebłyskach świadomości, wyobrażałem sobie, że prowadzę "obserwację uczestniczącą" jak, nie przymierzając, Malinowski, Morgan, Radcliffe-Brown czy Favret-Saada u normandzkich czarowników, wiedziałem, że nikt nie stopił się bardziej z tym, co chciał dokładnie opisać. Na tym targu byłem już tylko pogrążonym w jałowej błogości pasożytem, którego zapiski przypominały (i p r z y p o m i n a j ą, bo do dziś nic z tego nie rozumiem) cudowne oręże piewców surrealizmu.

Nie wiadomo, jak potoczyłyby się moje przyszłe losy, gdyby postać Soliba Wspaniałego nie obudziła we mnie dawnej ciekawości, pozwalając mi odnaleźć logikę pisania, choć nie zdołałem, niestety, naprawić kurewskiego magnetofonu, który od chwili mojego przybycia nagrywał tylko swój własny chrapliwy oddech. Solibo podszedł do mnie któregoś ranka i na dzień dobry zadał mi zużyte do cna pytanie: Chamzibié ho, czemu służy pisanie?..., potem zaczął mówić o wszystkim i o niczym, o mowie i całej reszcie, opowiedział mi historię targu, siedemnaście nieodgadnionych bajek, poinformował (choć o to nie prosiłem) o kondycji leciwych handlarek, potem mówił o węglu, pochrzynach, miłości, zapomnianych piosenkach i pamięci, pamięci. Ta werbalna energia natychmiast mnie urzekła, tym bardziej, że Solibo używał czterech odmian naszej dyglosji: bazylektu i akrolektu kreolskiego, bazylektu i akrolektu francuskiego, rozwibrowanego zakorzenienia w przestrzeni interlektalnej, którą uważałem za naszą najgłębszą socjolingwistyczną rzeczywistość. Nie rozstawałem się już z Solibem w tym sezonie, gdy widywano go jeszcze między straganami; spisywałem jego słowa, zgłębiałem pauzy, zawsze zdumiony jego osobliwą publiką: niepojęty arkan obojętności i zaciekawienia, jedna część targu zwalniała tempo, zasłuchana (starożytni Syryjczycy opuszczali swoje stragany, a nieśmiertelne babki nadstawiały dobre ucho, potakując głową każdej sylabie jego słów), część druga go nie słuchała. Ogarniał mnie entuzjazm. Gromadziłem zapiski i spędzałem gorączkowe noce na ich poprawianiu, z proroczą furią kogoś walczącego z czasem: gawędziarze byli rzadkością, znalazłem jednego z nich.

Ale któregoś dnia Solibo zniknął z targu, zniknął zewsząd i nikogo nie zaniepokoiło zamilknięcie jego głosu: targ był gwarem!... Ten czy ta go widzieli, tu i tu, o tej godzinie... Zaniechałem daremnego pościgu, z powodu astmy, moich tragarzy, ospałości. A więc odnaleźć go tam, wśród korzeni, jego piękną barwę wilgotnej gleby, cętkowanej przekleństwem, jak nie osłupieć z wrażenia w towarzystwie innych?... Wokół listowia żałobne kosy odpędzały ciemności swoimi piórami. Wszystko było jasne i szarawe jak cmentarny mur i odkrywaliśmy samych siebie: Smoczek, skonany i nieobecny, uczepiony swojego ka jak halki manman, jakby żeglował po tamtej stronie z Solibem; Zozor Alcide-Victor, syryjski bękart, kobieciarz i fan zouka, mrużył powieki w dymie swojej gandzi i też zdawał się odlatywać w stronę horyzontu; Pipi, Didon, starsi tragarze z targu warzywnego; Gros-Liberté - niesiony wiatrem saks - odkąd jego orkiestra zatonęła, z otwartymi ustami rozstrzygał spór z rumem; Ti-Cal, szofer merostwa, działacz Martynikańskiej Partii Postępowej, wsparł głowę o kolana i zdawał się trudzić nad snem; Sidonise, sprzedawczyni sorbetów, i Conchita, Kolumbijka, stojące nieco z boku, rozdarte między ciekawością, co się będzie działo, a chęcią powrotu do chaty; Congo, Zaboca, Gadzina i Coeurillon, ramię w ramię - nieobecne oczy, okrągłe usta; i ja sam schwytany przez niemożność, ujęty w nawias. W dali kilka sylwetek śmieciarzy zmagało się z życiem, ale my, skąpani kremowym blaskiem, wypatrywaliśmy Doudou-Ménar, bardziej nieruchomi i czarni od negrów Faulknera.

1 Patat' sa! [...] Patat' si! (kreol.) - Czy to patat! Tak, patat! [nieoznaczone przypisy tłumacza].

2 Manman! (kreol.) - mama; tu: o mamo!

3 Vénéré - najważniejsza modlitwa kilkudniowych uroczystości żałobnych, odmawiana dziewiątego dnia po śmierci, poprzedzająca pogrzeb, podczas którego zmarły odchodzi ostatecznie.

4 René Ménil - tutejszy filozof [przyp. aut.].

5 Grajés-jounou... - style muzyki karaibskiej.

6 Balata - ogród botaniczny w Fort-de-France.

7 Sebi - gra w kości na pieniądze.

8 Cricrack - tradycyjna kreolska opowieść, często rymowana.

9 Béké (kreol.) - potomek pierwszych francuskich kolonistów.

10 É krii? É kraa! (kreol.; czasem Crick? Crack!, także Misticrii? Misticraa!) - "Słuchacie?" "Słuchamy!", rytualne rozpoczęcie gawędy, zapewniające interakcję między gawędziarzem a zebranymi.

11 Lewoz - śpiew, taniec i rytmiczne bicie w bębny w czasie wieczornic.

12 Szabin - mieszkaniec Antyli o jasnej skórze i włosach blond lub rudych, często o afrykańskich rysach, potomek czarnych rodziców.

13 Ma fi! (kreol.) - moja córko!

14 Djobeur (kreol.) - ktoś wykonujący drobne prace na czarno, kombinator.

Sekretnym szlakiem od przekazu ustnego do pisemnego

Pojawienie się na Martynice literatury pisanej dokonało się poza kulturowo umocowanym przekazem ustnym. Nie było stopniowego, harmonijnego przejścia, jak w dawnych literaturach europejskich, od materii ustnej (baśnie, pieśni rycerskie, ballady) do piśmiennictwa.

Doszło do zerwania.

Kreolska kultura i kreolski język, w które wpisuje się literatura ustna, narodziły się w warunkach niewolnictwa. Zniesienie niewolnictwa i zawalenie się tego systemu doprowadziły do wyzwolenia. Kultura, język i ustne opowieści Kreoli odsyłały do kondycji niewolniczej, która nikogo nie pociągała. Nieliczne sposobności społecznego awansu zależały przede wszystkim od znajomości języka i kultury francuskiej, od stopnia sfrancuszczenia.

Béké (słowo béké oznacza białych potomków pierwszych europejskich kolonistów) zawsze idealizowali tę kulturę. Idealizacja walorów kultury francuskiej pozwalała béké nobilitować się, a także uprawomocnić, w pewnej mierze, swoje panowanie na tych ziemiach.

Mulatom (zrodzonym z przygodnych kontaktów z niewolnicami) kultura i język francuski służyły za jedyną tarczę, zdolną wyrwać ich z feudalnej podległości względem béké, a zarazem pozwalały im osiągnąć stan godny kondycji ludzkiej. Konsekwencją ich postawy będzie chęć asymilacji. Po zniesieniu niewolnictwa Murzyni włączyli się w ten nurt i pociągnęli za sobą późniejszych imigrantów pochodzenia indyjskiego, afrykańskiego, azjatyckiego lub lewantyńskiego. Mieliśmy zatem do czynienia z kolektywnym wyparciem kreolskiej kultury, języka i przekazów ustnych.

Kiedy pojawi się pismo, spełni podobną rolę. Za sprawą béké, potem Mulatów, a wreszcie Murzynów rozpocznie się proces francuszczenia. Skutkiem tego będzie wybór kultury francuskiej kosztem kultury kreolskiej, języka francuskiego kosztem języka kreolskiego, dawnej tradycji piśmiennictwa francusko-zachodniego kosztem tradycyjnej kreolskiej literatury ustnej.

Owo zerwanie będzie jedną z przyczyn kulturowej banicji, która dotknie naszą literaturę. Kulturowa banicja z miejsca skazi piśmiennictwo niemocą, stanie się ono niewiarygodne i niezdolne do wyrażenia istoty naszej zbiorowości. Proces dochodzenia kreolskiego piśmiennictwa do suwerenności rozpoczął się wraz ze zjawiskiem négritude opisanym przez Aimé Césaire'a, a następnie ugruntował się w antylskości Édouarda Glissanta, który dobitnie upominał się o zapewnienie ciągłości, o niezrywanie więzi kreolskiego przekazu ustnego z kreolskim piśmiennictwem, kreolskiego gawędziarza z pisarzem. Po stuleciach należało wyciągnąć rękę do Mistrza Mowy.

Na tym polegał problem. I nadal tak jest.

W jaki sposób pisarz siedzący przed kartką papieru, świadomy, czym jest pisanie, ma przywołać słowa? I co z nimi zrobić, kiedy już się pojawią?

W takiej sytuacji pisarz w sposób naturalny zwraca się ku temu, co Haitańczycy nazywają oraliturą; tak określają twórczość ustną, którą od zwykłej mowy różni wymiar estetyczny. Pisarza zainteresują ustne opowieści i gawędziarze.

Co się tyczy podań, które powinny być lekcją dla kreolskiego pisarza, zostały one przetłumaczone z kreolskiego na francuski, a ich tłumacze (świadomie lub nieświadomie) zatroszczyli się o to, żeby kreolską plebejskość przełożyć na ucywilizowaną francuską elegancję. Doszło do zerwania za sprawą języka, ale także i przede wszystkim do zerwania z pierwotnym duchem kreolskości.

Co więcej, podania te zostały przełożone bez zachowania oszczędności środków wyrazu: chodziło o to, żeby wydobyć walory pisma. Albo też w szczególnych i rzadkich przypadkach, w których istotna była forma ustnego przekazu, dokonało się przejście od oralności kreolskiej (deprecjonowanej) do oralności francusko-zachodniej (idealizowanej). W obu przypadkach doprowadziło to do kolejnego zerwania.

Te zbiory opowieści najczęściej lekceważyły kreolską niezwykłość ustnych podań (ich nieprzejrzystość, jak powiedziałby Glissant), żeby uzyskać klarowność zgodną z normami francusko-zachodnimi. Normy te wpłynęły na psychikę postaci z podań kreolskich (postaci pochodzących z Afryki lub skądinąd), na opisywane okoliczności i ich skutki, na głoszone poglądy.

Większość podań, którymi dzisiaj dysponujemy, napisanych po francusku, a nawet po kreolsku, daje fałszywe świadectwo szczególnemu stanowi umysłu (niemoralnemu, amoralnemu), który pozwalał przeżyć w warunkach niewolnictwa i kolonializmu. Jakkolwiek zbiory te są przydatne pisarzowi, który troszczy się o przywołanie mowy, to z punktu widzenia przejścia od przekazu ustnego do pisma pozostają wątpliwe.

W efekcie pisarz zwraca się ku gawędziarzowi. Nie ma czego szukać w bibliotekach, bo jeszcze nikt nie poddał analizie narracyjnych zasobów kreolskiego gawędziarza. Mowa gawędziarza, która w chatach niewolników była mową oporu, wprowadzała strategię utajnienia. Była to strategia tak skuteczna, że jeszcze dzisiaj badaczy interesują wyłącznie opowieści, a nie postać gawędziarza. Ponadto fascynacja figurą zbiegłego Murzyna wymazała z naszych umysłów opór gawędziarza, nocny, dyskretny, bardziej niejawny, opór kogoś, kto posługuje się słowami w samym centrum niewolniczego siedliska. I dlatego rodzimy gawędziarz nigdy nie stał się przedmiotem ani podziwu, ani nawet studiów. Jego wiedza i umiejętności są dzisiaj, jak się wydaje, utracone bezpowrotnie.

Pisarzowi pozostają strzępy pamięci ustnej, rozproszone urywki opowieści, okruchy wyliczanek, odpryski słów, które zderzają się ze sobą; uległy sfrancuszczeniu i rozmaitym zniekształceniom, obecnie wykonują nieustanne akrobacje i pozostają niemal niedostępne, ponieważ na Martynice nie prowadzi się systematycznych, sensownych badań, mających na celu odzyskanie przekazów ustnych.

A zatem pisarz kreolski musi dzisiaj pracować w takich warunkach. Wie, że powinien zapewnić ciągłość przekazom ustnym, posłużyć się postacią gawędziarza, ale jest pod tym względem całkiem bezbronny.

Co mu zatem pozostaje?

Zadawałem sobie to pytanie i nadal je sobie zadaję. Zacząłem słuchać starych gawędziarzy, już ostatnich. Trwają w stanie długiej agonii. Słucham ich i nagrywam tak często, jak tylko mogę. To wspaniały materiał, dający świadectwo pierwotnemu rytmowi, strategiom utajenia prawdziwego sensu, taktykom służącym zmąceniu ekspresji. Daje on także wyobrażenie o tym, jak rozbijać związki frazeologiczne, zawieszać narrację, wprowadzać wirówkę obrazów, dwuznaczny humor, zachować dystans, stosować oszczędne środki opisu, jak obchodzić się z czasem i przestrzenią. Słucham ich nie tyle po to, żeby usłyszeć, o czym mówią, ile po to, żeby dowiedzieć się, j a k i d l a j a k i c h e f e k t ó w mówią.

Innym źródłem jest sam język kreolski. Słuchanie gawędziarzy to konieczność; ale równie konieczne jest wsłuchiwanie się w nieskażony język kreolski. Trzeba nie tylko pozyskać jego leksykę, ale także uchwycić rytm, rozkołysanie, intonacje, siłę, dźwięczność, dobór środków wyrazu. Chodzi w gruncie rzeczy o wniknięcie w ducha języka, w jego poetykę (czyli to, co jest w nim najbardziej wzniosłe, sięgające ideału). Musimy być uwrażliwieni, nieustannie wsłuchiwać się w kreolski rytm życia, ale także w nas samych, bo od czasu do czasu czujemy w sobie wszechwładną siłę kreolskich przekazów ustnych.

Inną koniecznością jest wpisanie tego dziedzictwa w kontekst historyczny, w jakim objawiły się kreolskie przekazy ustne. To kontekst bezwzględnych negacji, ale także kontekst wieloetniczności, chaotycznej przestrzeni kulturowej, w której zderzały się wartości pochodzące z Europy, Afryki, Indii, Azji, Ameryki. Te kulturowe wartości ścierały się ze sobą, żeby uzyskać tymczasowe stany równowagi, i owe stany równowagi były nieodmiennie przejściowe i nietrwałe.

W przywołanym kontekście pisarz kreolski powinien (podobnie jak rodzimy gawędziarz) pozostać sam, sam wobec nocy, włączony w krąg udręczonych dusz, które służą mu za publiczność; udręczonych dusz, które oczekują od niego oczarowania, zapomnienia, śmiechu, nadziei, ekscytacji, co pozwoli im podtrzymać opór i utrzymać się przy życiu. To publiczność pochodząca z wszystkich stron świata, która nie tworzy jeszcze populacji, ale świadoma jest nieskończonego zróżnicowania. Jej pojmowanie rzeczywistości musiało ulec przeobrażeniu w zamęcie i chaosie i w zamęcie i chaosie uzyskać równowagę. To publiczność, która na ziemiach Ameryki musiała wymyślić na nowo świat na podstawie okruchów pamięci. Gawędziarz przejmował jej głos, dzięki czemu wypracowywał własną poetykę przekazu ustnego. Pisarz kreolski mający przed sobą kartkę papieru musi dostrzegać wokół siebie czujną obecność tak osobliwej publiczności.

Jeśli pisarzowi powiedzie się ten wyczyn, jeśli uda mu się przywołać słowa, może przystąpić do pisania.

W takiej chwili uobecnia się tajemnica tworzenia.

Odkąd oddaję się temu zajęciu, nabrałem przekonania, że przejście od przekazu ustnego do pisemnego domaga się strefy twórczej tajemnicy. Rzecz nie w tym, żeby przejść od przekazu ustnego do pisemnego, tak jak przechodzi się z jednego kraju do drugiego. Ani w tym, żeby zapisywać słowa języka mówionego, bo to nie byłoby interesujące. Chodzi o to, żeby zmierzyć się z twórczością artystyczną zdolną ożywić wszystko, co jest nam dane, tak z punktu widzenia przekazu ustnego, jak pisemnego. Chodzi o to, żeby ożywić ducha mowy, ducha pisma, ich punkty zbieżne i rozbieżne, ich opozycje i paradoksy, w każdej chwili utrzymać amplitudę obecną we wszystkich formach przekazu ustnego, obecną także we wszystkich gatunkach piśmiennictwa, od powieści do poezji, od eseju do sztuki teatralnej.

Chodzi o to, żeby osiągnąć pełną otwartość ekspresji, która zasili przekaz ustny i pisemny, ale nie będzie ich zwykłą sumą ani nie opowie się po stronie jednego czy drugiego. Epoka audiowizualnych środków przekazu pozwala wreszcie wyobrazić sobie cywilizację, która po raz pierwszy w historii ludzkości zdoła ożywić obie te formy nie tylko na płaszczyźnie równości, ale także zgodnie ze zmiennymi zasadami ekosystemu, które pozwolą zatrzeć granice między środkami wyrazu, doprowadzić do ich migotliwego sfasetowania. Toteż dobitniej niż kiedykolwiek pisarz kreolski powinien zyskać świadomość, w jakim stopniu, podążając nieprzejrzystym szlakiem między przekazem ustnym a pisemnym, po części ma zrezygnować z udziału intelektu, nie żeby mówić niedorzecznie, ale żeby zostać jasnowidzem, wynalazcą języków, zapowiadającym nadejście innego świata.

Chcę przez to powiedzieć, że musi stać się Poetą.

Mój pradziadek Albert Louis, który wtedy nie był jeszcze niczyim pradziadkiem, tylko pięknym czarnoskórym mężczyzną w wieku zapewne trzydziestu dwóch lat - powiadam z a p e w n e, bo w tamtych czasach, jak wiadomo, nikt nie zawracał sobie głowy metryką i ludzie na plantacji kojarzyli datę jego urodzin z tym strasznym cyklonem, co to wyrywał drzewa i burzył chaty, przetaczając się z jednego krańca Basse-Terre i Grande-Terre na drugi, sprawiając, że rzeka Sanguine, w której można było dotąd spokojnie zaczerpnąć wody do dzbana lub wyprać bieliznę, wystąpiła z brzegów - powtarzam, mężczyzna piękny, z jajowatą głową, rowkiem na podbródku, szerokimi wargami i dwoma rzędami zębów gotowych zagryźć cały świat, spojrzał na garść miedziaków, które wypłacił mu właśnie nadzorca, uniósł oczy ku niebu, jakby chciał prosić słońce o dodanie mu odwagi, i wykrzyknął:

- Dość tego! Po raz ostatni przychodzę skomleć o wypłatę jak pies!

Nadzorca Isidore, nawykły do takich krzyków, jak gdyby nigdy nic przywołał kolejnego pracownika:

- Luison Fils-Aimé!

Ale ludzie już wiedzieli, że Albert nie żartuje i nie awanturuje się tylko po to, by narobić hałasu, co często mu zarzucano, bo tym razem jego głos grzmiał jak nigdy dotąd i było w nim słychać coś twardego i ostatecznego. Przyglądali mu się zatem w zamyśleniu, gdy schodził ścieżką w stronę chat, minąwszy staw i wychudłe osły, które przyszły napić się mętnej wody. Oczy Alberta były pełne łez. Wolałby rzucić z hukiem pracę na plantacji w Boyer-de-l'Étang, chwycić Isidore'a za gardło i obalić na ziemię, z tym jego parszywym rejestrem, kałamarzem i piórem ze stalówką, i przerażała go ta ukryta w nim głęboko skłonność do przemocy. Czuł, że przez całe życie nie będzie miał gorszego wroga. Aby się uspokoić, ściął maczetą kępę trawy przy ścieżce, a potem schylił się po trzy kamienie i cisnął nimi z całych sił.

Ludzie mieli zapamiętać ten dzień z wielu powodów. Był piątek przed Niedzielą Palmową. W chacie, w której mieszkała ze swoim ośmioletnim synem - pojawił się tu pewnego dnia w koszyku, uśmiechnięty, i nikt nie wiedział, kto jest jego ojcem - Eudora rozpoczynała pasyjny rytuał: towarzysząc męce Chrystusa, umierała wraz z Nim i razem z Nim wracała do żywych, a cała wioska schodziła się do jej chaty, żeby świętować Jego Zmartwychwstanie. Odejście mojego pradziadka wiązało się zatem z obrazem cierpienia poprzedzającego wielkie szczęście. Kilka lat później, kiedy Albert wrócił tu po swoją matkę, Theodorę, aby wydostać ją z piekła plantacji, ci, którzy widzieli, jak odchodził, powtarzali głośno, że się tego spodziewali.

Albert minął wioskę. Nie chciał pożegnać się z Theodorą, wiedział bowiem, że nie zniesie jej płaczu. Po raz kolejny przyszłoby jej zapłakać z jego powodu.

Theodora mawiała, że przez Alberta polało się z jej oczu tyle wody, że można by nią napełnić rzekę Sanguine i staw Bois-Sans-Soif, przy którym pojono bydło. Mawiała, że po raz pierwszy wybuchła płaczem, gdy Albert wydostał się z jej brzucha ze zlepionymi włoskami i zakrwawionym czołem, wierzgając jak źrebię. W wieku czterech lat męczył osła należącego do ojca Saturnina tak długo, aż spokojne zazwyczaj zwierzę kopnęło go w pierś z takim impetem, że stracił przytomność. Gdyby nie szybka pomoc Eudory, która wtedy nie odprawiała jeszcze swoich pasyjnych rytuałów, ale potrafiła już uzdrawiać jak mało kto, byłby z pewnością wyzionął ducha, nie otwarłszy oczu. Mając lat osiem, rzucił się w dół z najwyższej gałęzi drzewa chlebowego, bo ubzdurał sobie, że potrafi latać. Znaleziono go w kałuży krwi pośród suchych liści. Marzenie o lataniu porzucił w wieku dojrzałym, jakby dopiero wtedy dotarło do niego, że ludzie nie są w stanie oderwać się od ziemi, i zapewne po to, by o tym zapomnieć, zaczął bez opamiętania odwiedzać łóżka kobiet. Młodych, starych, w średnim wieku - bez różnicy. Pewnego razu kochał się jednocześnie z matką i córką. Kiedy indziej z siostrami bliźniaczkami. Na szczęście jego nasienie nie przyniosło owoców i brzuchy jego kochanek pozostały płaskie. W przeciwnym razie byłby zaludnił całą okolicę bękartami. Do tego awanturował się o byle co, w karty grał źle, a kiedy przegrywał, potrafił dla paru groszy rozbić butelką łeb swoim towarzyszom. Theodora wychowała cztery córki, wszystkie były już dorosłe i dzieciate. Syna miała tylko jednego, Albert był więc oczkiem w głowie matki, a nawet czymś więcej.

Była czwarta po południu. Odkąd słońce wstało, nie zmieniło barwy. A teraz zanosiło się na to, że umęczone własną furią zamierza zejść z nieba i nieco odpocząć. Drzewa sterczały, wyprostowane jak litery I. Żadnego podmuchu wiatru. Kura z pisklętami przeszła przez ścieżkę, na której, ciężko dysząc, kopulowały dwa psy. To przypomniało Albertowi, że nie pożegnał się ze swoją ulubioną kochanką Laetitią: dla niego zostawiła trzech synów w nieopalanej chacie ich ojca. Pomyślał, że zawróci, bo naprawdę ją lubił, po chwili jednak uznał, że nie ma na to czasu. Statek nie zaczeka.

Już dawno temu, na widok swego umierającego ojca Mano, tak bardzo wychudłego, że nie ważył więcej niż dziecko, ręce i nogi miał zaś powykręcane jak gałęzie gujawy, Albert poprzysiągł sobie, że kiedyś stąd ucieknie.