Ted HughesKruk Z życia i pieśni Krukaprzełożyła Anna Popiel
Dwie legendy
I
Czerń okalała oko
Czerń tkwiła w języku
Czarne było serce
Czarna wątroba, czarne płuca
Co nie wchłaniają światła
Czarna krew w swym głośnym tunelu
Czarne wnętrzności, ściśnięte w piecu
I czarne mięśnie
Prężące się do światła
Czarne nerwy, czarny mózg
I zatrzaśnięte w nim obrazy
I czarna dusza, wielki krzyk-jąkała
Który, puchnąc, nie potrafił
Wymówić swojego słońca
II
Czarna jest głowa wydry nad wodą.
Czarna jest skała, skąpana w pianie.
Czarna żółć na łożu krwi.
Czarna jest kula ziemska, głęboko na cal,
Jajo czerni
Gdzie słońce i księżyc wschodzą naprzemiennie
By wykluł się Kruk, czarna tęcza
Rozpięta w pustce
nad pustką
Wciąż w locie
Rodowód
Na początku był Krzyk
Co spłodził Krew
Co spłodziła Oko
Co spłodziło Strach
Co spłodził Skrzydło
Co spłodziło Kość
Co spłodziła Granit
Co spłodził Fiolet
Co spłodził Gitarę
Co spłodziła Pot
Co spłodził Adama
Co spłodził Marię
Co spłodziła Boga
Co spłodził Nic
Co spłodziło Nigdy
Nigdy Nigdy Nigdy
Co spłodziło Kruka
Który wrzeszczy o Krew
Pędraki, skórki chleba
O cokolwiek
Dygocząc w brudzie gniazda, z gołymi łokciami
Przesłuchanie w drzwiach łona
Kto posiadł te mizerne stópki? Śmierć.
Kto posiadł tę szczeciniastą, osmaloną fizys? Śmierć.
Kto posiadł te niezmordowane płuca? Śmierć.
Kto posiadł ten praktyczny płaszcz mięśni? Śmierć.
Kto posiadł te niesamowite bebechy? Śmierć.
Kto posiadł ten wątpliwy móżdżek? Śmierć.
Tę brudną krew? Śmierć.
Te niedowidzące oczy? Śmierć.
Ten cięty języczek? Śmierć.
Tę chwilową czujność? Śmierć.
Podarowany, skradziony czy zatrzymany do czasu procesu?
Zatrzymany.
Kto posiadł całą deszczową, kamienistą ziemię? Śmierć.
Kto posiadł cały kosmos? Śmierć.
Kto jest mocniejszy niż nadzieja? Śmierć.
Kto potężniejszy jest niż wola? Śmierć.
Silniejszy niż miłość? Śmierć.
Silniejszy niż życie? Śmierć.
Ale kto jest silniejszy niż śmierć?
Oczywiście ja.
Przejdź, Kruku.
Zdobycz
Okulawiony przez nogi
Z głową przestrzeloną kulą mózgu
Oślepiony przez oczy
Przygwożdżony przez własne żebra
Duszony do ostatniego tchu
Przez własną tchawicę
Pobity do nieprzytomności przez własne serce
Tonął we własnej krwi
Widząc, niczym we śnie, jak życie przeszywa go na wylot
Upadając pod ciężarem własnych wnętrzności
Wydał z siebie przeczyszczający krzyk - to jego korzenie wyrywały się
Z macierzystej skały atomu
Rozdziawił usta, by krzyk mógł przedrzeć się przezeń, jakby z oddali
Wtłoczony siłą w brud ziemi
Zdołał usłyszeć wątłe i dalekie - "To chłopiec!"
A potem zapadła ciemność.
Kruk i mama
Kiedy Kruk krzyknął z ucha jego matki
Pozostał spalony kikut.
Kiedy się zaśmiał zapłakała
Krwią jej czoło piersi dłonie zapłakały krwią.
Zrobił ostrożnie krok, i drugi, i trzeci-
Każdy nieodwracalnie znaczył jej twarz blizną.
Gdy wpadł we wściekłość
Upadła ciężko ranna, krzycząc z przerażenia.
Gdy przestał zamknęła się na nim jak książka
Na zakładce, musiał ruszyć w drogę.
Wskoczył do samochodu lina holownicza
Owinęła się wokół jej szyi wyskoczył pospiesznie.
Wskoczył do samolotu ale jej ciało utknęło w silniku-
Wybuchła wielka kłótnia, odwołano lot.
Wskoczył do statku kosmicznego tor jego lotu
Wiódł prosto przez jej serce leciał dalej
W rakiecie było przytulnie, nie widział zbyt wiele
Ale zerkał przez okienka na Stworzenie Świata
I zobaczył gwiazdy odległe o miliony mil
I zobaczył przyszłość i wszechświat
Który otwierał się coraz szerzej
Leciał dalej i spał aż w końcu
Rozbił się na księżycu ocknął i wyczołgał
Spod tyłka swojej matki.
Drzwi
Pod słońcem stoi ciało.
Wykwit litego świata.
To część ziemnego muru świata.
Rośliny ziemi - takie jak genitalia
I pępek pozbawiony kwiatów
Żyją w jego szczelinach.
A także niektóre ziemne stworzenia - jak usta.
Wszystkie mają korzenie w ziemi, albo jedzą ziemię, grzebią się w niej,
Wzmacniając mur.
Ale w murze jest brama-
Czarna brama:
Źrenica oka.
Przez tę bramę przybył Kruk.
Frunąc od słońca do słońca, odnalazł tu dom.
Dziecinny figiel
Ciała mężczyzny i kobiety leżały bez ducha,
Gapiąc się tępo przed siebie, z rozdziawionymi ustami, bezwładne
Na kwiatach Edenu.
Bóg dumał.
Problem był tak wielki, że wpędził go w sen.
Kruk zaśmiał się.
Przegryzł Robaka, syna Bożego jedynego,
Na dwie wijące się części.
Tylną część wepchnął w usta mężczyzny tak,
By przegryziona końcówka zwisała na zewnątrz.
Przednią część wepchnął w usta kobiety, główką naprzód
I główka pełzła głębiej wyżej
Aż popatrzyła przez oczy kobiety
I zaczęła wzywać swoją połówkę, by do niej dołączyła, szybko, szybko,
Ponieważ O to bolało.
Rozbudzony mężczyzn sunął bezwładnie po trawie.
Rozbudzona kobieta patrzyła, jak dochodził.
Nie mieli pojęcia, co się dzieje.
Bóg spał dalej.
Kruk wciąż się śmiał.
Pierwsza lekcja Kruka
Bóg próbował nauczyć Kruka mówić.
"Miłość", rzekł. "Powiedz: Miłość".
Kruk rozdziawił dziób i biały rekin wpadł z pluskiem do morza
I zanurkował, wirując, odkrywając własną głębię.
"Nie, nie", powiedział Bóg. "Powiedz Miłość. Spróbuj. MIŁOŚĆ".
Kruk rozdziawił dziób, z którego wyleciały, bzycząc,
Plujka, tse-tse i komar, wprost
Ku rozmaitym jaskiniom rozpusty.
"Ostatnia próba", powiedział Bóg. "No już, MIŁOŚĆ".
Kruk zadrżał, dostał torsji, rozdziawił dziób
I olbrzymia męska głowa, pozbawiona ciała
Spadła na ziemię, przewracając oczyma
I bełkotliwie protestując-
A Kruk zwymiotował jeszcze raz, zanim Bóg zdążył go powstrzymać.
I wypluł srom, który zacisnął wargi na szyi mężczyzny.
Srom i głowa walczyły zaciekle na trawie.
Bóg próbował je rozdzielić, klął, płakał-
Kruk odfrunął, pełen winy.
Kruk zniża lot
Kruk zobaczył stado gór, parujące o poranku.
I zobaczył morze
Ciemnogrzbiete, oplatające jak wąż całą ziemię.
Zobaczył gwiazdy, dymiące w ciemność, grzyby
z lasu nicości, wyrzucające chmury zarodników, wirusa Boga.
I zadrżał, przerażony ohydą Stworzonego Świata.
W koszmarnej halucynacji
Zobaczył but, bez podeszwy, przesiąknięty deszczem,
Leżący na wrzosowisku.
I kosz, od którego odpadło zardzewiałe dno,
Miejsce zabaw dla wiatru, na śmietnisku kałuż.
Był jeszcze płaszcz, w ciemnej szafie, w milczącym pokoju, w milczącym domu.
Była twarz i papieros w ustach, pomiędzy oknem o zmierzchu a dogasającym ogniem.
Obok twarzy ręka, nieruchoma.
Obok ręki kubek.
Kruk zamrugał oczyma. Mrugnął jeszcze raz. Nic nie znikało.
Uporczywie wpatrywał się w ten dowód.
Nic nie uszło jego uwadze. (Nic nie mogło ujść.)
W chwili
Gdy lufa pistoletu, sącząc niebieskawą mgiełkę
Powędrowała w górę
Niczym papieros wzięty z popielniczki
A jedyna twarz, jaka została na świecie,
Leżała roztrzaskana
Pomiędzy dłońmi, które - spóźnione - rozluźniły się
A drzewa zamknęły się już na zawsze
I ulice zamknęły się już na zawsze
I ciało leżało na żwirze
Opuszczonego świata
Wśród porzuconych rzeczy
Wystawione na wieczną nieskończoność
Kruk poczuł, że musi poszukać czegoś do jedzenia.
Kruk słyszy, jak przeznaczenie puka do drzwi
Kruk spojrzał na spiętrzony niebotycznie świat.
Spojrzał na śmietnisko nieba, rozciągające się
Poza wszelkie granice.
Spojrzał pod swoje stopy, gdzie mały strumyk
Warczał cicho niczym pomocniczy silnik
Podpięty do nieskończonej maszynerii.
Wyobraził sobie cały proces
Jego montażu, naprawę oraz utrzymanie-
I poczuł się bezradny.
Zrywał główki traw i zaglądał w nie
Czekając na pierwsze wskazówki.
Zbadał kamień ze strumienia.
Znalazł martwego kreta i powoli pociął go na kawałki
A potem gapił się na nie, wciąż bezradny.
I chodził, i chodził
Pozwalając, by przejrzyste, gwiaździste przestrzenie
Gwizdały mu głupio w uszach.
A proroctwo w nim jak grymas,
Brzmiało ZMIERZĘ TO WSZYSTKO POSIĄDĘ TO WSZYSTKO
I WNIKNĘ W TO
NICZYM WE WŁASNY ŚMIECH
ZAMIAST GAPIĆ SIĘ NA TO PRZEZ ŚCIANY
ZIMNEJ KWARANTANNY OKA
Z GŁĘBOKO UKRYTEJ KOMÓRKI PRZEKLĘTEJ CZERNI-
To proroctwo tkwiło w nim jak stalowa sprężyna
Powoli rozrywająca newralgiczne włókna.
Kruk tyranozaur
Stworzenie świata zatrzęsło głosami-
Był to żałobny kondukt
Lamentów i płaczu
Kruk wszystko słyszał i rozglądał się ze strachem.
Ciało jerzyka przeleciało obok
Pulsując
Owadami
Oraz ich męką, wszystkim, co połknęło.
Ciało kota wiło się
Krztusiło
Tunel
Kolejnych mąk śmiertelnych, rozpacz za rozpaczą.
A pies był rozdętym workiem filtrującym
Wszystkie śmierci które pożarł dla mięsa i kości.
Nie mógł strawić ich piskliwych finałów.
Jego bezkształtny krzyk był wybuchową mieszanką ich głosów.
Nawet człowiek był chodzącą
Rzeźnią
Niewiniątek-
Jego mózg obracał ich protesty w popiół.
Kruk pomyślał: "Niestety
Niestety czy mam
Przestać jeść
I spróbować zamienić się w światło?"
Ale zobaczył larwę. I jego głowa, sprężyna pułapki, drgnęła.
Nadstawił uszu
I usłyszał
Płacz
Larwy larwy Dziobał dziobał
Płacz
Płacz
Płacz chodził i dziobał
I tak oko stało się
okrągłe
ucho
głuche.
Kruk zdaje relację z bitwy
Rozegrała się straszliwa bitwa.
Zgiełk był taki
Że sięgał swych najdalszych granic.
Krzyki były wyższe jęki głębsze
Niż wytrzymałość wszelkiego ucha.
Wiele bębenków pękło, a część ścian
Zawaliła się, by uniknąć zgiełku.
Wszystko brnęło z wysiłkiem
Przez rozdzierającą głuchotę
Niczym przez rwący strumień w ciemnej jaskini.
Pociski wystrzeliwały z luf według planu,
Palce prowadziły akcję
Zgodnie z euforią i rozkazami.
Oczy, całe i zdrowe, pałały śmiercią.
Kule torowały sobie drogę
Poprzez kawały kamienia, ziemię i skórę,
Przez wnętrzności, kieszonkowe książeczki, mózgi, włosy, zęby
Zgodnie z prawami Wszechświata.
A usta krzyczały "Mamo"
Z nagłych pułapek analiz matematycznych,
Twierdzenia łamały ludzi na pół,
Oczy, okaleczone przez szok, patrzyły, jak krew
Bucha niczym z odpływu
W puste przestrzenie pomiędzy gwiazdami.
Twarze wtłaczane w glinę
Niczym dla sporządzenia maski z żywego modela
Wiedziały, że nawet na powierzchni słońca
Nie nauczyłyby się więcej ani dokładniej.
Rzeczywistość udzielała swej lekcji,
Mieszanki pisma i fizyki,
Z mózgiem w dłoni na przykład,
Albo z nogami na czubku drzewa.
Ucieczki nie było, chyba że w śmierć.
I wciąż to trwało - dłużej
Niż całe mnóstwo modlitw, markowych zegarków,
Ciał w doskonałej formie,
Aż skończyły się materiały wybuchowe
I nastąpiło skrajne wyczerpanie,
A to, co zostało, popatrzyło na to, co zostało.
A potem każdy płakał
Albo siedział, zbyt zmęczony, by płakać
Albo leżał, zbyt ciężko ranny, by płakać.
A kiedy dym ustąpił, okazało się
Że tak już bywało dawniej, nazbyt często
I miało bywać nazbyt często w przyszłości
A działo się to zbyt łatwo
Kości podejrzanie przypominały gałązki i szczapy
Krew była podejrzanie podobna do wody
Krzyki podejrzanie naśladowały ciszę
Najokropniejsze grymasy były niemal jak odciski stóp w błocie
A przestrzelenie komuś przepony
Jak zapalenie zapałki
Jak celne uderzenie w bilę
Jak podarcie banknotu
A rozerwanie całego świata na strzępy
Było niemal jak trzaśnięcie drzwiami
Albo rzucenie się na krzesło
Z wyczerpania spowodowanego atakiem wściekłości
Jak rozerwanie na strzępy samego siebie
Co zdarzało się zbyt łatwo
I również bez konsekwencji.
Więc ocaleni trwali w bezruchu.
I ziemia oraz niebo trwały w bezruchu.
Wszystko wzięło winę na siebie.
Nawet listek nie drgnął, nikt się nie uśmiechnął.
Czarna Bestia
Gdzie jest Czarna Bestia?
Kruk kręcił głową jak sowa.
Gdzie jest Czarna Bestia?
Kruk zaczaił się na nią w jej własnym łóżku.
Gdzie jest Czarna Bestia?
Kruk usiadł na jej krześle, rozpowiadając jawne kłamstwa o Czarnej Bestii.
Gdzie ona jest?
Kruk krzyczał po północy, waląc w ścianę szewskim kopytem.
Gdzie jest Czarna Bestia?
Kruk rozłupał czaszkę swojego wroga po samą szyszynkę.
Gdzie jest Czarna Bestia?
Kruk ukrzyżował żabę pod mikroskopem, zajrzał w mózg rekinka.
Gdzie jest Czarna Bestia?
Kruk zabił swojego brata i wywrócił go na lewą stronę, by wpatrywać się w jego kolor.
Gdzie jest Czarna Bestia?
Kruk upiekł ziemię na żużel i rzucił się w przestrzeń-
Gdzie jest Czarna Bestia?
Cisze pospiesznie czmychnęły z przestrzeni, która rozpierzchła się na wszystkie strony-
Gdzie jest Czarna Bestia?
Kruk jak szalony bił skrzydłami w pustkę, skrzeczał za znikającymi gwiazdami-
Gdzie ona jest? Gdzie jest Czarna Bestia?
Szeroki uśmiech
Żył raz w ukryciu szeroki uśmiech.
Zapragnął stałego domu. Odwiedzał twarze
W ich chwilach zapomnienia, na przykład twarz
Kobiety wypychającej dziecko spomiędzy nóg
Ale nie trwało to długo twarz
Mężczyzny tak zapatrzonego
We fruwającą stal w chwili
Wypadku samochodowego że pozostawił swą twarz
Samej sobie trwało to jeszcze krócej, twarz
Człowieka oddającego długą salwę z broni maszynowej za krótką niestety i
Twarz robotnika spadającego z rusztowania na sekundę
Przed uderzeniem w chodnik, twarze
Dwojga kochanków w momencie gdy
Wniknęli w siebie tak głęboko że zapomnieli
O sobie na śmierć to było nawet dobre
Ale wszystko trwało za krótko.
Szeroki uśmiech odwiedził więc twarz
Osoby zanoszącej się szlochem
Twarz mordercy oraz twarz człowieka
Który w chwili udręki zdemolował wszystko
Co miał pod ręką i co był w stanie zniszczyć
Zanim wyszedł z własnego ciała.
Odwiedził twarz skazańca
Na krześle elektrycznym, by znaleźć schronienie
W wiecznej śmierci, ale to również ustało.
Szeroki uśmiech
Chwilowo skonsternowany
Pogrążył się z powrotem w czaszce.
Kruk u komunii
"No więc", zagadnął Kruk, "od czego zaczniemy?"
Bóg chrapał, wykończony Stwarzaniem Świata.
"Którędy?", zapytał Kruk. "Którędy najpierw?"
Ramię Boga było górą, na której Kruk usiadł.
"No, dalej", powiedział Kruk. "Przedyskutujmy sytuację".
Bóg leżał z rozdziawionymi ustami, jak ogromny zewłok.
Kruk oderwał spory kęs i połknął.
"Czy ten szyfr ujawni się w trawieniu
Podczas odsłuchu poza rozumieniem?"
(To był pierwszy żart.)
Tak, to prawda, poczuł nagły przypływ sił.
Kruk, hierofant, zgarbiony, nieprzenikniony.
Na wpół olśniony. Oniemiały.
(Przerażony.)
Kruk opowiada o świętym Jerzym
Widzi, że wszystko we Wszechświecie
Jest szlakiem liczb pędzących ku odpowiedzi.
Z gorączkową radością, zwinnie balansując,
Podąża tymi szlakami. Tworzy ciszę.
Zamraża pustkę,
Cofa wszystko aż po sam kosmos,
Po czym rozpruwa liczby. Ogromne głazy spadają, otwierają się.
Najlżejszym oddechem
Roztapia głowonogi i wydobywa surowe liczby
Z ich złogów. Szczypczykami liczb
Wyrywa lepkie serce z niemo piszczącej komórki-
Coś słyszy. Odwraca się-
Demon, uwalany odchodami, szczerzy się w drzwiach
I znika. Chwila koncentracji-
Ostrym nożem liczb
Rozcina serce na dwie równe części. Przeszywa go dreszcz-
Podnosi wzrok. Demon z twarzą płaską jak ślimak,
Albo spód pyska rekina, szczerzy się do niego
Przez okno i znika. Zaskoczony,
Wstrząśnięty, skupia się ponownie-
Odkrywa, że jądro serca to gniazdo liczb.
Jego serce zaczyna bić mocniej, ręka mu drży.
Coś chwyta go za ramię. Odwraca się. Ptasia głowa
Wielkości futbolówki, łysa, z oczyma jaszczurki, na chwiejnych ptasich nóżkach
Z pofałdowanym, pełnym zgrubień gardłem, wpatruje się w niego,
Wbijając w dywan zrogowaciałe stopy,
Grozi mu. Zdjęty strachem, podnosi krzesło-
Rozgniata jajowaty twór na krwawą,
Rozpływającą się miazgę, depcze bulgoczącą breję.
Pysk rekina wrzeszczy w drzwiach
Szczerząc kły. I znów krzesło-
Miażdży rybi pysk i rozbija krzesło w drzazgi
Na wijącym się wściekle, zawziętym potworze
Aż ten całkiem nieruchomieje. A teraz paskudztwo
Cztery razy większe niż poprzednie-
Kulisty, owłosiony brzuch, bez oczu, z odnóżami kraba,
Dziabie go z piskiem szczypcami w twarz,
Brzuch otwiera się - ohydny piec pełen kłów,
Pazury wczepiają się w niego, wciągają go tam.
Chwyta miecz wiszący na ścianie,
Obrzędowy, japoński, do dekapitacji,
I toruje sobie ścieżkę przez gąszcz - odcięte kawałki
Spadają na ziemię, opór wyraźnie słabnie.
Stoi po kolana we krwi i sieka zawzięcie
Słaniające się ciało, rozszczepia je
Z góry na dół, kopie na bok wnętrzności-
Wychodzi z krwawej mazi. Przychodzi do siebie-
Upuszcza miecz i wybiega oniemiały z domu
Gdzie jego żona i dzieci leżą w kałuży krwi.
Katastrofa
Rozeszła się wieść o słowie.
Kruk widział, jak zabija ludzi. Dobrze sobie podjadł.
Widział, jak obraca
Całe miasta w ruinę. Znowu sobie podjadł.
Widział, jak odchody słowa zatruwają morza.
Wzmógł czujność.
Widział, jak ognisty oddech słowa obraca całe krainy
W zwęglone zgliszcza.
Odfrunął na bezpieczną odległość i przyglądał się.
Słowo sączyło się dalej, olbrzymie usta,
Bez oczu, bez uszu.
Kruk widział, jak ssie miasta
Niczym brodawki maciory
Spijając wszystkich mieszkańców
Co do jednego,
I trawiąc ich w sobie.
Słowo przytknęło łapczywie swe ogromne usta
Do wypukłej powierzchni ziemi, jak olbrzymi minóg-
I zaczęło ssać.
Ale opadło z sił.
Potrafiło trawić tylko ludzi.
Skurczyło się więc, pomarszczyło,
Zmętniało
Jak grzyb, który zapada się w sobie.
Jak wysychające słone jezioro.
Jego era przeminęła.
Pozostawiło po sobie szorstką pustynię
Świecącą kośćmi ziemskiego ludu
Gdzie Kruk przechadzał się i dumał.
Bitwa pod kością czołową
Słowa przybyły z polisami ubezpieczeniowymi na życie-
Kruk udawał martwego.
Słowa przybyły z wezwaniem do wojska-
Kruk symulował chorobę psychiczną.
Słowa przybyły z czystymi czekami-
Narysował na nich Myszkę Minnie.
Słowa przybyły z lampą Aladyna-
Sprzedał ją i kupił ciastko.
Słowa przybyły w postaci szeregu wagin-
Zwołał przyjaciół.
Słowa przybyły w postaci drapowanej waginy, z której wylewał się Händel-
Oddał ją do muzeum.
Słowa przybyły z beczułkami wina-
Poczekał, aż skwaśnieje i zamarynował w nim cebulki.
Zagwizdał.
Słowa zrzuciły nań bombę głośni-
Nie słuchał.
Słowa otoczyły go i stratowały lekkimi aspiratami-
Drzemał.
Słowa rzuciły do walki partyzantkę głosek wargowych-
Kruk kłapał dziobem, drapał się po nim.
Słowa zalały go masą spółgłosek-
Kruk wypił łyk wody, dziękując niebiosom.
Słowa, zdjęte nagłym strachem, wycofały się
Do czaszki martwego błazna
Zabierając ze sobą cały świat.
Ale świat niczego nie zauważył.
A Kruk ziewnął - już dawno temu
Wydziobał tę czaszkę do czysta.
Teologia Kruka
Kruk zrozumiał, że Bóg go kocha-
W przeciwnym razie padłby trupem.
Był to więc dowód.
Zachwycony, ułożył się wygodnie na biciu swojego serca.
I zrozumiał, że Bóg powołał Kruka do życia-
Samo istnienie było Jego objawieniem.
Ale co
Kochało kamienie i powołało do życia kamień?
One też zdawały się istnieć.
I co nakazało istnieć tej osobliwej ciszy
Gdy milkło jego wrzaskliwe krakanie?
Co kochało ziarenka śrutu
Kapiące z zeschniętych ciał kruków, wiszących na sznurku?
Co nakazało istnieć ciszy ołowiu?
Kruk zrozumiał, że jest dwóch Bogów-
Jeden o wiele potężniejszy od drugiego
Miłujący swych wrogów
I uzbrojony po zęby.
Upadek Kruka
Gdy Kruk był biały, uznał, że słońce jest zbyt białe.
Uznał, że świeci o wiele za jasno.
Postanowił zaatakować je i pokonać.
Zebrał siły w całym ich blasku.
Pazurami nastroszył swój gniew.
Skierował dziób w sam środek słońca.
Zaśmiał się do głębi swojego jestestwa.
I ruszył do ataku.
Na dźwięk jego bojowego okrzyku postarzały się nagle drzewa,
Cienie przywarły płasko do ziemi.
Ale słońce jaśniało-
Jaśniało, i Kruk powrócił czarny jak węgiel.
Z jego otwartych ust wypadła zwęglona czerń.
"Tam, w górze", wykrztusił,
"Gdzie białe jest czarne, a czarne białe, zwyciężyłem".
Kruk i ptaki
Gdy orzeł szybował przez szmaragd sączący się o poranku
Gdy kulik przedzierał się w morskim zmierzchu przez brzęk kieliszków z winem
Gdy jaskółka pikowała przez pieśń kobiety w jaskini
A jerzyk śmignął przez oddech fiołka
Gdy sowa wyfrunęła z sumienia jutrzejszego dnia
A wróbel czyścił sobie piórka z wczorajszych obietnic
A czapla gramoliła się z besemerowskiej łuny
A modraszka wyskoczyła z koronkowych majtek
A dzięcioł wydziobywał sobie drogę z glebogryzarki i farmy róż
A czajka wytoczyła się z automatu do prania
Gdy gil wpadł w pączek jabłoni
A szczygieł wypączkował w słońcu
A krętogłów garbił się na księżycu
A pluszcz wyglądał z kropli rosy
Kruk stał rozkraczony na plaży, ze spuszczoną głową, wśród śmieci, pałaszując porzuconego loda.
Ballada kryminalna
Był sobie raz mężczyzna i gdy się urodził
Kobieta wpadła między statek a przystań
Podczas wzbierającej fali z księżyca i słońca
Jej błagalne krzyki brutalnie stłumiono
A kiedy ssał
I przywarł chciwie do gorącego źródła
Głowa starszej kobiety opadła na bok, jej usta rozchyliły się
Pozbawiona paliwa, stała się zwykłą maską
Odbitą w brązowych butelkach, pustych do połowy
I w oczach krewnych
Małych okręgach w ślepej skórze
A kiedy podbiegł i chwycił zabawkę, piszcząc z radości
Stary człowiek wydobyty spod sterty metalu
Spojrzał na wypastowane buty stojące obok
I powoli zapomniał o śmierciach u Homera
O ekonomii ciemnej prostej zasłony
Naturalnej jak spadający wróbel
A kiedy przywarł brzuchem do brzucha swojej pierwszej miłości
Żółta kobieta zaczęła wrzeszczeć
Na podłodze, a mąż gapił się na nią
Przez anestetyczną maskę
I czuł tekturę swojego ciała
A kiedy wszedł do ogrodu i zobaczył swoje dzieci
Podskakujące wśród piłek i psów
Nie był w stanie słuchać ich głupich piosenek i szczekania
Bo odgłosy broni maszynowej
Oraz krzyki i śmiechy w celi
Zaplątały się w powietrzu w jego słuch
I nie mógł odwrócić się w kierunku domu
Bo z pustego stawu dla złotych rybek
Wzywała go cały czas
Oszalała z bólu kobieta, wijąc się w płomieniach
A kiedy zaczął krzyczeć, by ocalić słuch
I roztrzaskać swoją wizję na drobne kawałki
Jego ręce nagle pokryły się krwią
Więc uciekł od dzieci i przebiegł przez dom
Nie dotykając niczego zakrwawionymi dłońmi
I biegł drogą, i wbiegł do lasu
I usiadł pod liśćmi płacząc
I siedział pod liśćmi płacząc
Aż zaczął się śmiać
Kruk na plaży
Widząc, jak podskakują przybrzeżne kamyki, słysząc ich eksplozję,
Kruk ssał język.
Spoglądając na morsko-szarą, piętrzącą się masę
Kruk dostał gęsiej skórki.
Czując, jak mgiełka z morskiego korzenia wsiąka w jego pierzasty czub
Kruk wczepił się palcami stóp w wilgotne kamienie.
Gdy zapach wielorybiej kryjówki - otchłani, gdzie krab odmawia ostatnią modlitwę
Świdrował go w nozdrza
Pojął, że jest na ziemi.
Wiedział, że uchwycił
Coś ulotnego
Z potwornego zgiełku i konwulsji morza.
Wiedział, że jest tylko przygodnym słuchaczem, bez prawa
Do zrozumienia lub pomocy-
Choć mózg w jego niepozornej czaszce dwoił się i troił,
Myślał tylko o jednym:
Co może boleć tak bardzo?
Pretendent
Był sobie człowiek najsilniejszy
Z silnych.
Zgrzytał zębami jak klif.
Choć jego ciało burzyło się i szumiało jak potok na skale
Dymiący ku ciemnym wąwozom
Przybił się tam gwoźdźmi nicości
Wszystkie kobiety świata nie były w stanie go poruszyć
Przychodziły z ustami zniekształconymi przez kamień
Przychodziły a sól ich łez wsiąkała w rany od gwoździ
Przydając tylko goryczy
Jego wysiłkom
Oddał im swój uśmiech swój grymas
W ciele zwróconym twarzą do góry leżał twarzą w dół
Niezłomny niczym trup
Jego sandały nie były w stanie go poruszyć pozrywały paski
I zgniły od jego jarzma
Wszyscy mężczyźni świata nie byli w stanie go poruszyć
Nękali go swymi cieniami i cichymi odgłosami
Ich kłótnie były ulgą
Jak kwiaty wrzosu
Jego pas nie wytrzymał oblężenia - pękł
I leżał w kawałkach
Mężczyzna uśmiechał się szeroko
Chór małych dzieci przybiegł by go poruszyć
Ale on spojrzał na nie kątem oka
Ponad krawędzią swego uśmiechu
I straciły odwagę już na zawsze
Dębowe lasy przychodziły i odchodziły ze skrzydłem jastrzębia
Góry wznosiły się i upadały
Leżał ukrzyżowany z całych sił
Na ziemi
Uśmiechając się szeroko do słońca
Przez dziurki oczu
I do księżyca
I do wszystkich akcesoriów nieba
Przez szwy na twarzy
Sznurkami ust
Uśmiechając się przez swoje atomy i rozkład
Uśmiechając się w ciemność
W dźwięczącą nicość
Przez kości zębów
I od czasu do czasu przymykając oczy
W swej bezsensownej próbie siły.
Kruk Edyp
Mumie nacierały na jego rozdarte wnętrzności
Z bandażami i balsamem.
Wił się jak piskorz, wszystko zwymiotował-
Odfrunął.
Kamień nagrobny spadł mu na stopę
I zapuścił korzenie-
Przegryzł się przez kość i zbiegł.
Nimfa z doliny szczęścia
Pierwiosnkami i dziką różą oplotła mu mózg
I pociągnęła go w dół, aż zanurzył usta w wilgotnej ziemi-
Wyjąc z bólu, zostawił jej to, co złapała.
I biegł, oklaskiwany przez zwielokrotniony echem tupot własnej stopy
I przez zegarek na ręce
Jednonogi, wypatroszony, bezmózgi strzęp samego siebie-
Więc Śmierć bez trudu zdołała podstawić mu nogę
I uniosła go ze śmiechem, ledwie dyszącego.
A zegarek pogalopował dalej w chmurze trupiego kurzu
Kruk wisiał na jednym pazurze - skarcony.
Ostrzeżenie.
Próżność Kruka
Zerkając z bliska w lustro zła Kruk ujrzał
Zamglone zarysy cywilizacji wieże ogrody
Bitwy przetarł szkło ale pojawiły się
Mgliste kontury wieżowców sieci miast
Chuchnął i przetarł szkło zobaczył
Pierzaste połacie bagiennych paproci skąpane we mgle
Pająka spływającego po nitce wytarł lustro zerknął
Chcąc ujrzeć znajomą twarz wykrzywioną w szerokim uśmiechu
Ale źle zrobił oddech miał zbyt ciężki
I gorący a przestrzeń była za zimna
I wyłoniły się z niej mgliste baletnice
Płonące zatoki wiszące ogrody niesamowite to było
Straszliwy błąd religijny
Gdy z wysiadywanego atomu wyłonił się wąż
Brązowy jak jelito ziemi
Owinięty we własne alibi
Unosząc długą szyję
I równoważąc puste i mineralne spojrzenie
Sfinks ostatecznego faktu
I obracając na rozdwojonym, migotliwym płomieniu języka
Sylabę niczym szelest sfer niebieskich
Grymas Boga skurczył się i zwinął, jak liść w piecu
A pod mężczyzną i kobietą ugięły się nogi, upadli
Ich mięśnie szyi rozluźniły się, czoła uderzyły w ziemię
Łzy jawnie pociekły im z oczu
Wyszeptali "Twoja wola to nasz pokój".
Ale Kruk tylko spojrzał.
Zrobił naprzód krok albo dwa,
Chwycił gada za luźną skórę na karku,
Spuścił mu łomot i zjadł go.
Kruk idzie do mediów
Chciał o niej śpiewać
Nie chciał porównań do ziemi ani żadnych kwiatków w tym stylu
Sprzedawanych na lewo i prawo jak środki czystości
Nie chciał nawet słów
Merdających publicznie długimi ogonami
Z ich wykrzyknikami prostytutek
Chciał śpiewać bardzo czysto
Ale na jego głosie zaparkował czołg
A jego zduszone gardło tkwiło między kciukiem a palcem wskazującym rzymskiego cesarza
Jak szyja makolągwy
Podczas gdy King Kong we własnej osobie
Dzierżył pętlę jego krwi jak garotę
A finansiści grali o jego gruczoły w mgiełce dymu z cygar
Otrząsnął się z samego siebie był tak nagi
Że dotykanie jej piersi sprawiło mu ból
Chciał śpiewać do jej duszy prosto i jasno
Ale na powiece ciążył mu Manhattan
Spojrzał na kącik jej oka
Jego język poruszał się jak zatrute ujście rzeki
Dotknął uśmiechniętego kącika jej ust
Jego głos odbijał się echem niczym powolny kamień młyński Londynu
Jej sylwetka zatarła się,
wzniecając brudną mgłę.
Kruk traci zimną krew
Gubiąc się coraz bardziej w myślach,
Kruk odkrywa, że każde jego pióro to skamieniałe morderstwo.
Kto zamordował je wszystkie?
Te żywe trupy, co zapuszczają korzenie w jego krwi i nerwach
Aż wyraźnie sczernieje?
Jak mógłby odfrunąć od swych własnych piór?
I dlaczego właściwie na nim zamieszkały?
Czy jest archiwum ich oskarżeń?
A może ich upiornym celem, utęsknioną zemstą?
Albo ich więźniem, któremu nie wybaczą?
Nie można mu wybaczyć.
Jego więzienie to ziemia. Przyodziany w wyrok skazujący
Podrywa się ciężko do lotu
Usiłując zapamiętać swoje przewinienia.