Paul FournelPowieściprzełożył Tomasz Swoboda
Powieść 1
To historia mężczyzny, który spotyka kobietę i się zakochuje. Spotykają się w przyjemnym barze, jakie zdarza się jeszcze znaleźć w Paryżu. On od pierwszego spojrzenia wie, że to ona, jego Amelia. Piękna jak zorza, świeża jak rosa, radosna jak balanga. Postanawia zalecać się do niej tradycyjnie, acz z pewną dozą fantazji. Wręcza jej bukiet kwiatów, lecz ona zostawia je na stoliku. Wręcza czekoladki, lecz ona ledwie ich kosztuje. Nabzdyczony kelner przynosi im po kieliszku musującego wina, od którego trochę kręci im się w głowie...
Ona, jak to jest w dobrym tonie, nie od razu ulega, lecz w końcu pozwala się pocałować w ciemnej bramie dużego domu.
Mężczyzna, oszalały z radości, pędzi do kamienicy, w której mieszka, żeby podzielić się szczęściem z konsjerżką i powierzyć jej swoją papugę, bo wyjeżdża na parę dni z ukochaną.
I oto oni nad brzegiem La Manche, odkrywcy miłości. On ją bez końca przytula, prawie dusi, a ona pozwala się przytulać, z odrobiną znużenia, które zasnuwa jej wzrok. On czuje w niej ciężar sekretu, brzemię tajemnicy.
Pewnego wieczora, kiedy słońce schodzi już do morza, ona wyznaje mu, że jest matką chłopczyka, którego oddała mamce i który nie ma ojca. Po jej rozkosznym policzku spływa łza.
Mężczyznę aż roznosi: chce od razu zobaczyć dziecko. Ona się waha, zastanawia, szlocha. Ruszają.
Dojeżdżają do ponurego górniczego miasteczka. Wszystkie domy są do siebie podobne, ale w końcu wchodzą do jakiegoś nędznego, pogrążonego w półmroku mieszkania. Syf, kiła i mogiła. Jakiś pijaczyna tłucze potarganą wywłokę na oczach malca, który nie ma nawet siły krzyczeć.
Mężczyzna wkracza do akcji. Kobieta chwyta dziecko. Na drodze staje im pijaczyna. Odda smarkacza, ale chce kasę. Wywiązuje się bójka: pijaczyna grozi chłopcu pogrzebaczem. Jędza rzuca się na kobietę, wymyślając jej od najgorszych. Mężczyzna rzuca się w ten wir, chwyta dziecko, obrywa w głowę pogrzebaczem, ale oddaje napastnikowi tą samą bronią.
Pijaczyna leży na ziemi z pogrzebaczem w sercu, klęczy przy nim potargana wdowa. Dziecko jest na rękach u matki, którą mężczyzna wyprowadza na zewnątrz. Uciekają we troje.
Mieszkają w niewielkim mieszkanku mężczyzny. Nie bez scysji, gdyż kobieta nie dogaduje się z konsjerżką. Synek ma alergię na papugę, a dozorczyni nie chce jej widzieć. Chłopiec jest małomówny i chowa się po kątach.
Mężczyzna ma często dziury w pamięci od ciosu pogrzebaczem.
Życie biegnie jednak z pozoru spokojnie, a on jest szczęśliwy ze swoją kobietą i chłopczykiem. Codziennie wychodzi do pracy, aż pewnego wieczora ktoś puka do drzwi. Mężczyzna idzie otworzyć. Na klatce stoi dwóch policjantów.
Powieść 2
To historia młodocianej matki, która spędza swoje żałosne życie w nędznym barze na paryskich przedmieściach. Przesiaduje tam całymi dniami przy filiżance zimnej kawy, smutno puszczając oko do lokalnych opilców, żeby związać jakoś koniec z końcem. Dziecko zostawiła u pary zdzierców, którzy wyciskają z niej ostatni grosz. Ojciec dziecka zniknął, ale i tak nie była pewna, który to. Bo mogła zgadywać.
Któregoś ponurego wieczora do baru wchodzi mężczyzna, siada przy kontuarze i jego oczom ukazuje się ona. Twarz od razu mu się zmienia. Ona cieszy się w duchu z tego piorunującego efektu.
On nieśmiało podchodzi i podrywa ją jak nastolatek. Przynosi jej kwiaty (nienawidzi kwiatów, ma alergię), daje czekoladki, ale ona przecież dba o linię. Mówi jej czułe słówka. Naiwniaczek. Niezbyt jej się podoba i wygląda na nudziarza.
Naprawdę nie ma ochoty, ale w końcu ulega i pozwala się pocałować w bramie sąsiedniego domu. Nic takiego, ledwie ją dotknął.
Proponuje jej weekend nad morzem, a ona nie odmawia, bo rzadko wyjeżdża.
Na miejscu, w małym hoteliku, on ma na nią wyraźnie ochotę, więc dziewczyna daje za wygraną. Nawykła. Przez kwiaty w ogrodzie i świeżo skoszoną trawę łzy napływają jej do oczu. Rzuca parę słów o synu, jak to zwykle robi z przelotnymi kochankami w nadziei, że wydębi parę groszy na jego utrzymanie. Mężczyzna się zapala i chce za wszelką cenę zobaczyć dzieciaka.
Próbuje jakoś powstrzymać jego zapał, ale bezskutecznie. Zastanawia się, co niby będzie robić z gówniarzem w Paryżu. Na spokojnie dzwoni do zdzierców, żeby szykowali solidne przyjęcie, jeśli zależy im na gotówce.
Docierają do górniczego miasteczka, smarkacz ryczy ze strachu, zdzierca wymachuje pogrzebaczem, starucha rwie włosy z głowy. Lekuchno przesadzili. Zdzierca wali gościa w łeb, a ten mięczak przeradza się w herosa. Chwyta pogrzebacz i rozpruwa staremu kałdun.
Odjeżdżają z gówniarzem.
Zaczynają wspólne życie w Paryżu, w mieszkaniu gościa. Ale na pewno nie da się wytrzymać z tą wstrętną papugą. Trzeba ją przenieść do obmierzłego kanarka tej flei konsjerżki. Kiedy tylko gość zabiera swoje cztery litery, dziewczyna zostawia smarkacza w stróżówce i pędzi do knajpy, żeby trochę dorobić. Po powrocie chłopiec widzi na jej żałosnej gębie uśmiech od ucha do ucha. W gazecie znajduje informację, że sprawę zabójstwa pogrzebaczem policja uznała za pijackie porachunki.
Takie rozwiązanie średnio jej pasuje. Jak się teraz pozbędzie tego zakochanego pajaca, który ciągle się do niej klei i za wszelką cenę próbuje zaskarbić sobie względy synalka?
Mijają tygodnie, aż pewnego pięknego popołudnia puszcza w barze oko do gościa w beżowym płaszczu. Zaciąga go do pobliskiej bramy, a ten, dobierając się do niej, wyznaje, że jest gliną. "Mam parę informacji, które mogą pana zainteresować" - mówi mu między jednym a drugim jękiem.
Powieść 3
To historia jednej z ostatnich paryskich konsjerżek. Jednej z nielicznych, których nie zastąpił jeszcze domofon. Wiernie trwając na posterunku w stróżówce, patrzy na przechodzących mieszkańców kamienicy i całego osiedla. Życie zagląda do niej po kawałeczku: ludzie wchodzą i wychodzą, drobne zdarzenia tworzą puzzle codzienności. Z powierzonych przez życie strzępów składa historie tej czy innej osoby.
Nieustannie narzeka, że pomimo chorych nóg musi nosić listy na piętra. Skarży się na hałas na schodach, pilnuje kurierów, zatrzymuje tych, których nie zna, nie pozwalając im wchodzić na górę. Jest niemiła dla niesfornych lokatorów, a słodziutka dla tych, którzy potrafią docenić jej starania.
Radości, troski i odkrycia dzieli z kanarkiem, który śpiewa w klatce przed oknem stróżówki. Przysiągłbyś, że ta ptaszyna wszystko rozumie!
Aż tu nagle zmianie ulega życie lokatora z trzeciego piętra. Facet podśpiewuje, wchodząc po schodach, zbiega z bukietem w ręku albo z paczką czekoladek... Konsjerżka jest cała podniecona, bo na kilometr czuć od niego miłością. "Wreszcie trafił się w naszej kamienicy jakiś zakochany - oznajmia kanarkowi - świat nabiera kolorów".
Rzeczony lokator zawiązał piękny żółty krawat. Nie nosi już wyświechtanego swetra. O, założył też marynarkę! "Jego dulcynea to musi jakaś panienka z wyższych sfer".
Wreszcie któregoś ranka lokator wpada do stróżówki z papugą na ręku. "Niech mi ją łaskawa pani przechowa przez kilka dni, to kwestia miłości i śmierci. Na pewno polubią się z kanarkiem".
W imię romantyzmu przyjmuje żerdkę, prosi o instrukcję obsługi i patrzy za znikającym ze śpiewem na ustach lokatorem.
"Niektórzy to mają farta" - oznajmia papudze, która odpowiada: "Nie aż tak!", głosem tak skrzekliwym, że kanarek zasłania sobie uszy skrzydełkami.
Życie w kamienicy wraca do normy aż do dnia, w którym lokator wraca, potargany, przyciskając do piersi małego chłopczyka i ciągnąc za sobą jakąś kobietę o nieobecnym wzroku. Konsjerżka podaje mu klucze i prosi o zabranie papugi. Za późno, już są na drugim piętrze.
Nowa lokatorka to zła kobieta. Konsjerżka szybko się na niej poznała. Nie chce u siebie papugi, a kiedy tylko jej miły pan wychodzi do pracy, zostawia dzieciaka w stróżówce. Dozorczyni trzyma język za zębami, bo dzieciak przychodzi zawsze z grubym banknotem i słodkim uśmiechem. Człowiek łatwo się do takich przywiązuje.
Staje na progu i śledzi kobietę wzrokiem. Wiele by dała, żeby wiedzieć, gdzie też ona spędza całe dnie.
Wczesnym rankiem pojawia się dwóch policjantów. Pokazują odznaki i pytają, gdzie mieszka ów lokator. Kwadrans później schodzą z nim i z jego damą. Za nimi zapłakany dzieciak, który wślizguje się do stróżówki.
- I co ja z nim pocznę? - krzyczy na progu konsjerżka, wiodąc oczami za furgonetką.
- Nie aż tak! - odpowiada papuga.
Powieść 4
To historia kanarka, który mieszka i śpiewa w stróżówce jednej z paryskich dzielnic, kanarka konsjerżki, typowego dla klimatów umiarkowanych i klatek 50 x 30 x 30 z haftowanym pokrowcem.
Dni mijają mu jeden za drugim, wszystkie do siebie podobne, przynajmniej z zewnątrz: na śniadanie ziarenka, świeża woda, pogaduszka z sączącą kawę konsjerżką. Pierwszy kontakt z ekipą gołębi i ekipą wróbli. Informacja o przewidzianych na dany dzień lotach: klucz bocianów w kierunku południowym i klucz gęsi gęgaw. Istnieje też obawa, że nad sąsiednią kamienicą zagnieździ się ostatecznie rodzina srok. Poza tym nic szczególnego u starych kompanów: wrony czarnej, sikory ubogiej, pierwiosnka zwyczajnego i cierlika.
Kiedy dozorczyni sprząta na schodach, kanarek ostrzy dziób o kość mątwy, najcenniejsze z jego narzędzi. Pracuje nad kształtem dzióbka, nad szpicem, czubeczkiem. Formuje doskonałą trąbkę, pozwalającą na ten niezrównany śpiew, który przeszywa ściany kamienicy, przenika przez szyby i dociera na szczyt ptasiej krainy. To jego wolność.
Wielkim wydarzeniem w jego życiu jest pojawienie się papugi "Nie aż tak!". Pewnego dnia lokator z trzeciego wpada z tym potworem i zostawia dwa kroki od jego klatki. Tego już za wiele. Wstrętne ptaszysko siedzi sobie wolno na żerdce, ma tylko przyczepiony do łapy łańcuszek. Jest zielono-czerwone i groźne. Wygląda na durne. Długość łańcuszka pozwala mu dosięgnąć ziaren kanarka, to nie do zniesienia. Dureń i złodziej.
Wspomnieć należy, że papugi nie gadają po ptasiemu, a więc żyją w świecie pośrednim - świecie istot niezrozumiałych i nierozumiejących.
Atmosfera w stróżówce robi się ciężkawa. Kanarek uruchamia swoją sieć kontaktów, żeby wyśledzić właściciela papugi i przyspieszyć jego powrót. Mewy sygnalizują jego obecność nad morzem. Przynajmniej zafajdały mu kapelusz. Sowa znajduje go na północy i siada na parapecie okna w górniczym miasteczku. Jest przerażona tym, co widzi, i ucieka w mrok nocy, drąc się wniebogłosy.
Mężczyzna wraca z jakąś kobietą i chłopcem. Promyk nadziei dla kanarka. Niestety, nie zabierają potwora "Nie aż tak!".
To czas walki, papuga wciąż mieszka w stróżówce, pomimo kolejnych szarż dozorczyni.
Ekipa jaskółek, będąca w kontakcie z policją, powiadamia kanarka, że lokator z trzeciego może mieć kłopoty. Niezły pasztet. Co robią z papugami, gdy właściciel trafia za kratki? Czy podlegają tej samej karze? "Nie aż tak!" - skrzeczy durnowato papuga.
Kanarek żyje w potwornym stresie, jego życie wisi na włosku. Nie chce mu się śpiewać, piórka matowieją i spadają spiralnie na dno klatki... Kto go wyciągnie z tej kabały?
Mały chłopczyk! Porzucony przez wszystkich w stróżówce, ciągle się mazgai. "Kiedy wróci mamusia? Za miesiąc? Za rok?", a papuga niezmiennie odpowiada: "Nie aż tak!". Zrozpaczony chłopczyk wali ją prawym sierpowym i załatwia na cacy. Kanarek odzyskuje spokój, głos i piękną żółtą szatę.
Powieść 5
To historia małego chłopca, który nigdy nie poznał swojego ojca, a którego matka i ojczym trafili do więzienia za to, że ocalili go z rąk oprawców. Dzieciak, który przyglądał się całej tej bitwie i widział pogrzebacz w sercu złoczyńcy, urodził się pod znakiem przemocy. Jest uparty i skryty. Sam stał się brutalny.
Matka i nowy ojczym, aresztowani, zostawiają go u dozorczyni, wstrętnej grubej suki z łysiejącym kanarkiem.
Kiedy pyta o powrót mamy, tylko papuga odpowiada mu głupim "Nie aż tak!". Odruchowo wali ją prawym prostym i wysyła ad patres. Chociaż chwila ciszy. Kanarek znów zaczyna śpiewać. Chłopczyk pada na kolana przed zielonym truchłem, chwyta w dłonie jego główkę i znienacka postanawia, że będzie dobrym człowiekiem.
Spotykamy go kilka tygodni później. Poprosił babunię konsjerżkę, żeby pozwoliła mu czekać na mamę przed bramą więzienia. Dzięki tajnej ugodzie z policją mamę po kilku tygodniach puszczają wolno. Chłopczyk całuje ją na chodniku i przytula tak mocno, że kobieta musi go odepchnąć. Dzieciak pyta, co z jego prawie tatusiem, i przyrzeka, że co tydzień będzie do niego pisał. Matka cieszy się, że po powrocie do domu nie zastanie już papugi.
Spotykamy chłopca kilka lat później. Jest przystojnym nastolatkiem, bije od niego dobroć. Trzyma mamę za rękę na chodniku naprzeciw więzienia La Santé. To wielki dzień. Jego prawie tatuś wychodzi na wolność. Mama się boczy, ale on wie, że to nie potrwa długo.
Siadają przy rodzinnym stole i chłopiec opowiada, jak to para oprawców wysyłała go w dzieciństwie po węgiel do czarnego jak piec biedaszybu, choć mieszkanie od dawna było ogrzewane gazem... Mimo to w czasie wakacji przyjeżdżał do górniczego osiedla i wzruszony odwiedzał swoją oprawczynię. Która stała się dobra i miła, no i właśnie stoi nieśmiało za drzwiami w towarzystwie swojej przyjaciółki, babuni konsjerżki, i wypada ją wpuścić, żeby cała rodzinka była w komplecie.
Kilka miesięcy później chłopak wraca do domu, pogwizdując, z nagrodą dla najlepszego ucznia. W korytarzu babunia konsjerżka wręcza mu list. Chłopak wchodzi na górę i na kuchennym stole starannie otwiera przesyłkę. Wyciąga kartkę z wyciętymi z gazety literami, bez żadnego podpisu. "A jeśli to twoja matka wydała ojczyma glinom? Mam dowód".
Chwyta się za głowę. Czy jego matka jest suką? Czy powinien pomścić ojczyma? Czy raczej chronić matkę, wbrew wszystkiemu? Zdemaskować anonima? Gdzie leży dobro? Gdzie kryje się największe zło? Pod jego czaszką wrze.
Powieść 6
To historia melancholijnego garsona z małego obskurnego baru w jednej z dzielnic Paryża. Garsona bez żadnej historii i bez żadnego życia, czyli zwykłego człowieka. To niespieszna historia. Garsona, który przeciera szklanki na tyłach kawiarni i którego jedyną rozrywką są marzenia. Wie, że jest ostatnim z tego gatunku, ostatnim kelnerem w czarnym fartuchu, oraz że sczeźnie razem ze swoją zgniłą knajpą, do której zaglądają już tylko starzy gracze w bule, gdy na dworze zawierucha. Darzy namiętnością obłoki przelatujące nad Sacré-C?ur, które opisuje tyleż drobiazgowo, co rozwlekle, jeszcze bardziej pogrążając się w melancholii. Stratusy, cumulusy, cumulonimbusy, cirrusy - suną tam wszystkie, powolutku.
Jedynym promykiem słońca jest kobieta spędzająca w barze długie godziny. Wchodzi cichutko jak myszka i zawsze siada w tym samym miejscu. W jego oczach to najpiękniejsza kobieta na świecie i właśnie dlatego nie jest w stanie się do niej odezwać. Tysiąc razy próbował jej opisać najwspanialszy cumulus, przyciągnąć ją do szyby, lecz na próżno. Wciąż pozostaje tą piękną niedostępną.
Daremnie okrasza seksualną energią swoje rytualne "Czy już to zabrać?" - żadnego efektu. Ona go nie dostrzega.
Przygląda się natomiast wszystkim innym. I niczego nie pozostawia przypadkowi. Okazyjna prostytutka. Za każdym razem gdy znika, on pędzi do tylnych drzwi, żeby popatrzeć, jak w bramie daje się obmacywać. Za każdym razem jest to cios sztyletem w jego serce.
Nie potrafi jej zaproponować nawet takiej miłości. Żadne z nich na to nie zasługuje. Pisuje do niej burzliwe, anonimowe listy. Wylewa na nią potoki miłości, fale pożądania, obłoki namiętności. Na próżno.
Jego życie ciągnie się jak flaki z olejem. Nasłuchuje więc, bada, chce wiedzieć o niej wszystko. Czyta gazety: skandale, kronikę kryminalną, morderstwa. Rozmawia z wpadającymi czasem policjantami. Wymyśla, koloryzuje, zgrywa szczerego. Wie teraz z pewnego źródła, że miała syna i go porzuciła. Odgadł, że gość, który nie chciał macanki w bramie, stracił dla niej głowę. Dozorczyni rzuciła znad kawy, że razem wyjechali nad morze. Przeczytał o tragedii w górniczym miasteczku. Wie, jakim sposobem pogrzebacz znalazł się w sercu tego typa. Wie, jak bezbrzeżny bywa smutek nieszczęśliwej miłości. Wie, kto trzymał w ręku pogrzebacz. Kiedy czyta w chmurach, dostrzega żałosne spojrzenie chłopca. Wie, że facet w płaszczu, który wsuwał dziewczynie rękę pod spódnicę, to policjant. Wie, że to dla niego za wiele.
Wie, że przyszedł wieczór. Wycina słowa z gazety, nakleja je na białą kartkę, a na kopertę - znaczek, potem wrzuca do skrzynki. Czuje się anonimem czarnym jak noc i połyka fiolkę gardenalu.
Powieść 7
To historia bukietu kwiatów pozostawionego na stoliku niewielkiej kawiarni w robotniczej dzielnicy Paryża. Małego bukieciku, jaki kupuje się w pośpiechu na rogu ulicy. Bratki, fiołki, groszek pachnący. To bukiecik ofiarowany w żarze rodzącej się miłości, bukiecik, o którym zapomniano w pośpiechu pożądania.
Bukiecik zabrany przez melancholijnego garsona, który wkłada go ot tak do wazonu na kontuarze.
To bukiecik skradziony z kontuaru przez chłopca, który przyszedł oderwać ojca od ostatniego pastisu. Bukiecik, który po drodze ocieka kroplami w dłoniach dziecka.
To bukiecik rozświetlający na chwilę twarz matki, zanim znów zasmuci ją wychudła twarz pijanego ojca na progu drzwi.
To bukiecik wyrzucony przez matkę na podwórko następnego dnia rano, po wyjściu małego do szkoły, bo kobieta ma alergię na kwiaty, a w życiu dość powodów do płaczu.
To bukiecik podniesiony przez konsjerżkę, która chce go wyrzucić do śmieci, pomstując na bałaganiarskich lokatorów.
To bukiecik położony tymczasem na stole stróżówki, bo listonosz właśnie przyniósł pocztę. To bukiecik, który po chwili podnosi i przysuwa do nosa.
"Cuchnie" - oznajmia kanarkowi.
To bukiecik zawieszony w stróżówce główkami kwiatów do dołu, nad klatką kanarka.
To bukiecik, który schnie, zwijając się w sobie.
To wreszcie bukiecik suszonych kwiatów złożony na grobie matki przez dobrego, szlachetnego młodzieńca tuż przed aresztowaniem. Sam ją bestialsko zamordował, aby ocalić zhańbioną cześć swojego ojczyma zabójcy.
Kuźma CzornyWrześniowe noceprzełożyła Małgorzata Buchalik
I
Przy studni z drewnianego wiadra, oślizłego i zzieleniałego, kapała woda na wybujałe zakurzone pokrzywy i na piasek. Za płotem dojrzewały jabłka i jarzębina, pod płotem mięta i astry chwytały babie lato. Koło bramy pogdakiwały kury, grzebały w ściółce ze stajni, i jedna - nastroszona i zła - uporczywie podnosiła głos, moszcząc się gorącym wolem w piasku. Przemoczony szczeniak pętał się przy sieni i leniwie lizał sierść wokół ogona. Gąsior podniósł głowę i przenikliwie gęgolił. Szczeniak nieco się ocknął, warknął i merdnął cienkim ogonem.
Agata postawiła koło koryta z zaschniętymi resztkami miskę karmy dla świń i trąc ucho gołym ramieniem, krzyknęła ze złością:
- Merdaj, merdaj, pchlarzu ty parszywy! Znów gdzieś wleciałeś w pomyje, żebyś ty tak w końcu w bagno z głową wleciał!
Szczeniak wyciągnął się na piasku całym długim ciałem i cichutko zawył. Kokosz gdaknęła głośniej. Skwaszona Agata z przyganą cisnęła w nią miotłą.
- Gdaczesz? A wiosną gdzie byłaś, paskudo rozkudłana!
Dwa warchlaki żarły z koryta, aż im się uszy trzęsły. Wróbel zleciał z wiśni na płot, potem spadł jak kamień na ziemię koło samego koryta, w nadziei, że wyszarpie coś dla siebie. Nikt go nie zauważył.
Agata wytarła ręce w podołek, zdjęła brudny fartuch i rzuciła na płot. Jej ręce były ładne i gładkie, gołe do ramion, białe. Tylko palce krótkie i grube, nieprzyjemne z wyglądu. Sama była wysoka i silna, miała jasne brwi i szare oczy, zaciągnięte sytą mgiełką. Kiedy szła do sieni, jej talia kołysała się ciężko i oczy wyglądały snu.
W chłodnej sieni stały drewniane misy z umytymi ogórkami i leżała rozsypana kasza.
- Znowu dzieciaki łaziły! - warknęła ze złością Agata, podmiatając do progu dorodne ziarna obłuskanej gryki.
W otwartych drzwiach domu pojawił się Stasiuk, syn brata, łobuzerski blondynek i sierota; ledwie pamiętał matkę.
- Ciociu Agato, wezmę sobie ogórka.
- Kaszę już rozsypałeś! Nic się przed tobą nie schowa. Wszędzie wynajdziesz.
- To nie ja... Wezmę ogórka.
- A kto?
- Jurka, ten od Antosia, przychodził. Rozsypał kaszę, złapał dwa ogórki i uciekł. Już ja mu dam, jak tylko gdzieś złapię.
Agata włożyła mu w ręce ogórek i wyprawiła z domu. Nie opuszczało jej zapiekłe rozdrażnienie. Męczyło jeszcze od wczoraj, kiedy pod wieczór brat, Felka, zrzucając pług z wozu i odkasując spodnie, wymazane wilgotną ziemią z pola, zapytał:
- To prawda, że Astaszonak, jak brał w zeszłym tygodniu samogon, wcisnął ci carską trzyrublówkę?
- Kto tak powiedział?
- Chłopaki śmiali się w polu. Mówili, że Astaszonak wszystkim się przechwala. Niech mnie, mówi, poda teraz do sądu. Niech poda, no niech spróbuje. I racja, bo jak tu podać, skoro kiedy przyjdzie co do czego, to jeszcze nie wiadomo, komu sąd dobierze się do skóry... Gdzie ty miałaś oczy! Co, nie odróżniasz carskich rubli od radzieckich...
- Wieczór był. W komórce paliła się naftówka, to mało co widziałam. Czort je po ciemku rozróżni.
- At, żeby go piorun strzelił razem z jego trzyrublówką. Tylko że plotki rozpuszcza, cholera nagła na niego.
Felka oporządził na noc konie, zjadł mleka i poszedł spać na koniczynę, a ona zanim wszystko ogarnęła, minął kawał wieczoru. Stasiuk spał w domu w łóżku, wystawiał chude giczoły spod lnianej kołdry. Agata poprawiła kołdrę i wyszła na podwórze, pełna goryczy i złości. Pod wiatą, gdzie leżały drwa i przegniła słoma ze starej strzechy, odezwała się zaspana kaczka. Poza tym było cicho. Milczał sad za starym płotem, milczały ciemne, spokojnie znieruchomiałe drzewa. Niebawem na końcu ulicy zaśpiewali chłopcy. Nie mogła wyłowić z pieśni głosu Astaszonka. Pewnie go z nimi nie było. Wciąż jeszcze męczyła ją złość na niego. Przesiedziała sama jedna pod domem jakieś pół godziny. Ulicą przechodzili chłopcy i nie podeszli do niej, może jej nie zauważyli. Astaszonka nigdzie nie było słychać. Wróciła do domu i długo nie mogła zasnąć.
Od tamtej pory wszystko szło nie tak, a co najgorsze, cała złość na niego była wcale nie za carską trzyrublówkę ani za przechwałki - te tylko psuły humor - ale za to, że już od dawna wcale do nich nie zaglądał.
Felka znów był w polu, Stasiuk zniknął gdzieś z podwórka.
Agata zasoliła ogórki i zamiotła sień. Jesienna mucha mocno ucięła ją w nogę, koło dużego palca. Potarła ukąszonym miejscem o łydkę drugiej nogi i poszła nalać przy studni wody do cebrzyka; niewypłukana bielizna leżała na mokrych deskach ławy koło płotu.
Dzień płynął sennie. Za płotem marudnie kwakały kaczki, rozpryskując brudną wodę wokół koryta. Po drugiej stronie ulicy w sąsiedzkim sadzie bujał nad ogrodzeniem wesoły ciężar czerwonej jarzębiny; drągi pod nią obrosły zielonym i całkiem suchym mchem i pokładały się na spróchniałych słupkach jak zgrzybiały dziad. Wilgotna przy studni ziemia przyjemnie chłodziła gorące stopy. Mokry szczeniak podszedł i wparł się głową w nogę, poniżej kolana. Agata odepchnęła go z obrzydzeniem i zabrała się do płukania bielizny.
Dźwięczne krople wody pryskały z jej gołych rąk i odbijały ruchliwe słoneczne iskry; ręce robiły się przejrzyste i pachnące. Woda w cebrze falowała, przelewała się przez brzeg i Agata nie mogła widzieć dokładnie odbicia swojej twarzy; tylko białe zanurzone ręce, i to ją cieszyło.
Słońce wciąż jeszcze mocno przygrzewało. Woda była chłodna i przyjemna. I wszystko to po trochu zaczęło łagodzić rozdrażnienie i uspokajać złość, i ostre wzburzenie topniało, rozpływało się w inne humory.
Przypomniała sobie - kiedy Felka jechał orać rżysko, powiedział: "Powiedz no Stasiukowi, żeby wołał swoich morusów zrywać gruszki. Tylko nie całą zgrają, bo wyjedzą do czysta. Jak szarańcza!...". Sama wiedziała, że pora zrywać gruszki: słychać już było, jak stukały w sadzie, raz po raz spadając na ziemię. Ale po wypłukaniu bielizny chciało jej się nie robić nic więcej i musiała teraz walczyć z tą chętką. W nocy nie mogła spać i teraz brała ją lekka śpiączka. Co rusz słodko ziewała i pragnęła, żeby wieczór owiewał rozgrzaną gołą szyję i ramiona. Kolana zaczynały leciutko drżeć, twarz płonęła. Ciało wpadało w gorące odrętwienie. Postępek Astaszonka z trzyrublówką zaczynał się zacierać wraz z urazą, że nie uda się zemścić, podając go do sądu czy w jakiś inny sposób. Wszystko to popadało w zapomnienie; chciało się jak najprędzej nie pamiętać już nawet, że w ogóle było coś tak przykrego, wrogiego. Astaszonak znów zdawał się przystojny i atrakcyjny. A obok nieprzyjemnie stawał przed oczami Zygmuś Czuchrewicz, który od półtora roku ciągle próbuje się z nią ożenić, i w tamtym tygodniu znowu przychodził w niedzielę, delikatny i wyelegantowany. Wcześniej, kiedy Felka był jeszcze chłopcem, bardzo się przyjaźnili, od samego dzieciństwa. Potem mocno pokłócili się o dziewczynę, której obaj pragnęli i która w końcu wyszła za Felkę. A Felka nie pożył z nią długo - urodziła Stasiuka i zaraz potem zmarła. I wtedy wszystko poszło w niepamięć. Znów zaczęli się jakby przyjaźnić, a potem Zygmuś upatrzył sobie Agatę. Jeszcze parę dni przed trzyrublówką Astaszonka Felka powiedział jej:
- To może i powinnaś wyjść za mąż za Zygmusia. Będzie cię kochał i będzie ci dogadzał.
A ona odpowiedziała:
- A co ty tylko patrzysz, żeby się mnie pozbyć z domu?! Jak chcesz się żenić, ja ci na drodze nie stoję.
Felka skruszony zamrugał oczami i powiedział łagodnie:
- Co ty wymyślasz? To już nie mogę rozmawiać z tobą o wszystkim, jak brat z siostrą?
- A nie, o wszystkim nie możesz. Nie masz prawa.
- Czemu się złościsz?
- Nie wtrącaj się w cudze sprawy.
Wtedy on też się zezłościł.
- Ja chcę jak najlepiej, a ty czort wie co! Ilu się już swatało, to nie, żaden ci nie pasuje. Tylko wybrzydzasz. A masz już zaraz trzydzieści lat, dobrze liczę?
- Aha, mówiłam - chcesz się mnie pozbyć z domu!
I poszła sobie, zła. A wieczorem oboje udawali, że nic się nie stało. I tak się ta niemiła sprawa zakończyła. Ale znów Astaszonak; młody i wesoły, trochę łobuz, i zawsze próbował ją złapać na ulicy czy w polu. I rozniecał w niej płomień rozżalenia zdrowej przejrzałej dziewczyny. W tamten dzień, kiedy zrobił co zrobił z trzyrublówką, specjalnie przybiegł przez ogrody, pomóc zbierać potraw, jak ją zobaczył przy gumnie. Żartował z nią i łaził naokoło, dopóki nie przepędziła go, czując, że nie ma siły mu się oprzeć. I potem wieczorem przyszedł po samogon.
Płucząc bieliznę, walczyła ze sobą. Podobała się sobie; patrzyła w wodę; czuła niemoc w całym ciele i jak powolutku rozmywały się i opadały myśli. Zanikała w niej wszelka wola i wszelki upór.
W sadzie dudniły o ziemię jabłka i gruszki, dojrzewała jarzębina. Ociekała wonią mocna mięta. Jesienne muchy brzęczały koło sieni, niebieskie i wielkie. Stasiuk na ulicy, za studnią, taplał się w kałuży. Ulica leżała cicha i senna. I bez żadnego powodu zachciało się Agacie zawołać Stasiuka:
- Stasiuk, chodź no na podwórko!
II
Zygmuś Czuchrewicz narzekał, że gąsienice poobgryzały mu wiosną liście w sadzie i teraz nie ma owoców. Agatę męczyła jego powolna opowieść, jego wysiłki, by wydać jej się dowcipnym. Włożył wąziutki krawat w zielone paski, mocno zadzierzgnięty nad przodzikiem; najpierw widać było głównie ten krawat. Garnitur niczego sobie, ale leżał brzydko, pewnie dlatego, że przodzik i sztywny kołnierzyk krępowały ciało. Buty wyglancowane, ale zakurzone. Felka ubrany był luźniej i od samego rana nie wychodził z domu. Rozmawiając z nimi obydwoma, Agata mimochodem zerkała w lusterko, wiszące naprzeciw na ścianie. Mokre jeszcze włosy pachniały drogim mydłem i zdawało się, że to pachnie błękitna szpilka, która tak ładnie spinała biały haftowany kołnierzyk niebieskiej bluzki. Stasiuk pętał się koło dorosłych i bisurmanił:
- Ciociu Agato, jeść.
- Dopiero co jadłeś.
- Chcę jeszcze.
Zygmuś Czuchrewicz pomógł jej zbyć Stasiuka.
- Nie można tak często jeść, to niezdrowo.
- Dlaczego?
- Niezdrowo na brzuch.
- Bo brzuch się zepsuje?
Felka wziął Stasiuka za rękę i wyprowadził na podwórko. Przez okno widać było, jak zabrał go do sadu, byle tylko odczepić od Agaty. Zygmuś Czuchrewicz podkręcił wąsy, wyciągnął z kieszeni papierośnicę z brzozowej czeczotki i wyjął cieniutkiego papierosa. Agata patrzyła, jak trzyma go w palcach, i myślała, że ma ładne ręce - delikatne i białe po wierzchu. Zapalił i znów zaczął narzekać, że gąsienice objadły mu sad. Mówił bez pośpiechu, jakby solidnie przemyślał każde słowo. "Pewnie bym mu pomogła" - myślała Agata, podchodząc do lusterka i poprawiając grzebyki we włosach. W domu panowała przyjemna pomroka - niebo było tego dnia szare, ale wysokie. Słońce kryło się płytko za cienką zasłoną poszarpanych chmur, wiatr hulał w sadzie za oknami, sad niechętnie żółknął. Aż w domu, zdawało się, czuć było, jak pachną w sadzie bery i kalebasy. Cyganki czerwieniły się nad płotem i nad strzechą stodoły. Nawet spóźnione spasówki spadały jeszcze na trawę i rozlewały się w niej w zieloną galaretkę.
- Wasz sad gąsienica jakoś ominęła, a u mnie ani jednego jabłka na rozsadę.
Agata westchnęła.
- Co to panna Agata tak wzdycha?
- A nic, tak sobie.
- Pewnie czemuś smutno?
Agata patrzyła, jak od uśmiechu rozbiegło się po jego twarzy sześć głębokich zmarszczek, po trzy z każdej strony, i wpadło koniuszkami w wesoło podkręcone wąsy.
- Panna Agata nie wybiera się na tańce?
- Jeszcze nie myślałam. Może i pójdę.
- To może pójdziemy razem?
- To się zobaczy.
- Panna Agata usiądzie.
- Dziękuje, u siebie w domu mogę postać.
I zaraz pomyślała, czy nie mówi za ostro, kawaler za sam ton może się obrazić. Uśmiechnęła się więc możliwie uprzejmie:
- Pan też jakiś smętny.
- Nie, ja, skąd. Proszę siadać.
Wstał z długiego, malowanego stołka i postawił go koło siebie. Agata usiadła. Usiadł obok, zaglądając jej w oczy.
- O czym to panna myśli?
- A musi pan wiedzieć?
- A muszę.
- I po co panu wiedzieć?
- Panno Agato...
- Co?
- Ech, panno Agato...
Przysunął się bliżej, ujął pod rękę, pocałował jej krótkie palce. Musnął wąsami śliczną szyję.
- Panno Agato, panno Agato...
Wyciągnęła rękę z jego rąk, odsunęła się nieco.
- Panno Agato!
Wargi mu drżały, oczy zieleniały nieruchomymi iskrami, twarz poczerwieniała.
W sieni zatupał Felka, wszedł do domu. Agata poszła do myjki, za przegródkę z calówek, niby to myć miski.
Zygmuś Czuchrewicz opowiadał Felce:
- ...To mówię mu przy wszystkich - a ty cholerniku, mówię, chamisko ty głupie. Chamidło! Czym ty się, mówię, chwalisz? Że się za trzy ruble złajdaczyłeś?! Znalazłeś, czym się chwalić, przepraszam za słowo, durniu. Tak mu powiedziałem. Bo nie wytrzymałem.
- Komu to tak? - drżąc z niejasnej urazy, bólu i mdlącego ciężaru na sercu zawołała z myjki Agata.
- A Astaszonkowi.
Agata rzuciła miski i z mokrymi rękami wyleciała z domu. Pobiegła do sadu, gdzie pod berami sechł stóg sadowej otawy. Padła głową w siano, roztrzęsiona z namiętnego płaczu.
III
Felka stał w bramie i roił o czarnookiej Alimpie. Wieczór był ciemny. Agata siedziała pod domem. Astaszonak prowadzał się z Alimpą po ulicy. Nieopodal pod czyimiś oknami bawiła się młodzież. Felka nie wytrzymał i poszedł do Alimpy i do Astaszonka.
Po deszczu, który przeszedł za dnia, pachniały drobne kamienie, milczały płoty i domy.
Dziewczyny i chłopcy śpiewali. Felka, Astaszonak i Alimpa zniknęli gdzieś z widoku. Agata podrapała lewy łokieć i znieruchomiała pod ścianą. Dziewczyny na ulicy wybuchnęły śmiechem. Agata rozpoznała je po głosach. Pomyślała: "Jak one wyrosły, jeszcze rok temu w dziurawych koszulinach pasały krowy, a teraz chodzą z chłopcami". Ogarniała ją gorycz. Przyszły myśli, żeby pójść do młodych, i zaraz - że nie spotka tam rówieśników, wszyscy młodsi. Brat Felka nigdy nie miał jej za złe, że siedzi w domu; ile razy ją swatali - nie chciała wyjść za nikogo, ciągle wybierała, kto jej się bardziej podoba, i nijak nie mogła wybrać. Chyba nie ośmieli się jej tego wytykać? Chociaż przecież mógłby różnie o niej pomyśleć... I czemu Felka akurat zaczął ten temat, jakby jej samej nic to nie obchodziło?... I dlaczego śmieją się tak radośnie, bawią się tak zawzięcie, te chuderlawe podlotki? Myślałby kto, że naprawdę ponętne z nich panny. Gorycz zalała serce. Agata przywarła plecami do ściany i czekała.
W domach paliło się światło. Nadchodziła noc. Jesień milczała w sadach i ogrodach, pachniało miodem powolne konanie klonowego liścia. Ależ noc przyniósł wrzesień!
"Spać" - zawirowały myśli, ale wiedziała, że nie zaśnie.
Dłonie zaczęły palić. Noc przyćmiła rumieniec na twarzy, milczenie - nerwową trwogę ciała.
Dziewczyny znów zaśpiewały. I odgłos statecznych kroków wytrącił ją z zapomnienia.
- Panno Agato?
Zygmuś Czuchrewicz podkręcił wąsy i usiadł.
Przysunął się bliżej, pomilczał i wziął ją za rękę. Jej milczenie dodało mu śmiałości. Położył jej dłoń na ramieniu. Przysunął się jeszcze bliżej, aż się przycisnął, i objął jedną ręką.
- Czemu to panna Agata tak drży?
I zaczął całować ją w szyję.
- Panno Agato, panno Agato.
Z dzikiej radości sam nie pamiętał, co robi - Agata nie odsunęła się od niego, jak zwykle, nie zabrała ręki, a nawet, jak mu się zdawało, skłoniła ku niemu głowę. I całkiem już wyraźnie czuł, jak płonęła tysiącami ogni. Z każdą chwilą robił się coraz śmielszy.
- Zgol wąsy - powiedziała.
- Po co?
- I przestań palić.
- Dlaczego?
- Nieładnie pachnie, śmierdzi.
Na ulicy zjawiły się dwie ciemne postaci - Felka i Alimpa. Astaszonka z nimi nie było. Ubodło to Agatę, a potem ucieszyło. Felka i Alimpa podeszli i usiedli.
- Dobry wieczór - powiedziała Alimpa.
Zygmuś wciąż siedział, trzymając jej rękę, tylko odchylił głowę. Rozmowa długo się nie kleiła. Wreszcie Zygmuś powiedział:
- Felka, zerwałeś gruszki?
Jego głos był niespokojny, nerwowy.
- Nie wszystkie. A ty?
- Tak samo. Mało mam do zrywania. Gąsienica, żeby tak wyzdychała, na wiosnę obżarła mi cały sad.
Głos szybko znowu robił się rozlazły. Agata westchnęła i zabrała Zygmusiowi rękę. Chciał zatrzymać, ale była uparta. Obejrzał się na Felkę - Alimpa siedziała koło niego nieruchoma. Ale zauważył: Felka głaskał jej dłoń, całkiem nie patrząc w tę stronę.
- Gdzieście zgubili Astaszonka? - zapytał zazdrośnie Zygmuś Czuchrewicz.
- Został z towarzystwem.
Serce Agaty znowu zaszemrało. "Po co wspomina o Astaszonku? Jaki nieczuły. A może specjalnie? Ale gdzie tam specjalnie, nawet gdyby chciał mi dopiec - nie domyśli się przecież".
- Trzeba iść - powiedziała Alimpa.
Wstała i pożegnała się z Agatą i Zygmusiem, podając im rękę. Felka wziął ją pod ramię i odprowadził. Noc milczała, wypogadzała niebo. Świeciły gwiazdy, obrysowując kontury sadów i domów. Agata wstała, zbierając się do domu. Zygmuś ujął ją pod ramię. Postali chwilę, potem powiedział:
- Jutro będę zwozić otawę.
Chciała znowu usiąść, ale żeby on ją posadził. A on stał, trzymając delikatnie pod ramię. Wtedy spytała ze złością:
- Zwozić jutro otawę?
- Ano.
- A gruszek w sadzie mało?
- Całkiem mało.
- Gąsienica zeżarła?
- Ano, żeby tak zdechła.
Odprowadził ją do sieni. W sieni długo całował, sumiennie i delikatnie, dopóki Felka nie stuknął bramą. Wtedy poszedł sobie, pogadał jeszcze chwilę z Felką na podwórzu przy sieni. Agata odczekała, aż Felka położy się spać w komorze, i wyszła na ulicę. Młodzież rozchodziła się już; dziewczyny szeptały między sobą i niewyraźny ich szept niósł się daleko w czujnej ciszy wrześniowej nocy. Słychać tam było również wesoły głos Astaszonka. Agata specjalnie głośno kaszlnęła i odczekała. Pewnie usłyszał ją, ale nie podszedł. Agata usiadła na ławce, czekała, aż się rozejdą. Astaszonak całkiem zniknął z ulicy. Wszystko ucichło. Żeby tak chociaż Zygmuś Czuchrewicz jeszcze podszedł! Agata zamknęła bramę i poszła spać do szopy, na koniczynę. Długo nie mogła zasnąć; drapała się pod pachami, poprawiała pod głową poduszkę. Koniki polne ćwierkały w koniczynie i za grubą ścianą z żywicznej tarcicy co i raz wzdychała cielna krowa.
IV
Rola kruszyła się drobno pod pługiem i przyjemnie chłodziła bose nogi. Dziecięcy uśmiech marniutkiego słońca pieścił ziemię. Na polu pachniało kartoflami. Pokaleczone pługiem bulwy wyglądały z bruzd.
Agata miała ręce całe w ziemi. Twarz obwiązała chustką. Felka życzliwie żartował:
- I co się tak boisz tej opalenizny, jak ty oddychasz, taka okutana. Słońce teraz, pod jesień, wcale już nie opala.
Agata dalej grzebała w ziemi i nie podnosząc głowy, odpowiedziała:
- A... Ciebie tam dużo obchodzi, czy mi ciężko, czy lekko oddychać.
I pomyślała, że może Felkę urazi taka mrukliwa odpowiedź, więc popatrzyła na niego i uśmiechnęła się. Ale uśmiech był schowany pod chustką i Felka zobaczył tylko oczy. Agata znów powiedziała:
- Piegi na nosie od słońca wyskakują.
- Akurat nos masz na słońcu.
Felka zaprzęgał konia, rozwiązywał supły na sznurze, wycierał ręce o kortowe bryczesy. Ostrym kamieniem zeskrobał ziemię z pługa. Powiedział łagodnie do Agaty:
- Najmę kopaczy, to w trzy dni wszystko wyzbieramy. Co się tu będziemy sami grzebać.
Odczekał, i znowu:
- Zostaw, wystarczy tego garbienia się, tak czy tak tych dwu bruzd do wieczora nie wybierzesz.
- To po co żeś tyle rozorał?
- Poleżą do jutra, czort ich nie weźmie... Widziałem rano Zygmusia.
- No i co, żeś go widział?
- Bardzo zadowolony... Bardzo... Będzie dla ciebie dobry... Na rękach cię będzie nosił.
- Niby dlaczego mnie?
- A bo się chwalił, że jesteście po słowie.
- Za wcześnie pcha się do ciebie na szwagra, głupi marcowy kawaler. A ty jeszcze o, cały zadowolony...
- A co ja, rób, jak chcesz. Ja się w cudze sprawy nie mieszam.
- Jak nie! Niby nie widzę, jak mnie z nim swatasz? Chcesz się żenić, a ja ci przeszkadzam?
- Agata!...
- Myślisz, że nie widzę, co się tu naokoło mnie wyprawia?!
- Jak słowo daję, siostro! Tak czy tak, zaraz będę się żenił. Nie stoisz mi na drodze.
Potem się zdenerwował:
- Głupia!
Agata zmilczała.
- Z byle czego sama się wpędzasz w strach... Obrzydły mi już twoje łzy.
- Nigdy nie płaczę.
- Tylko ciągle jęczysz.
Teraz w oczach Agaty naprawdę błysnęły łzy. Zerwała z twarzy chustkę, rzuciła na drabiniastą burtę wozu. Powieki miała czerwone, jej twarz zrobiła się brzydka. Uklękła i dokończyła wybierać kartofle z bruzdy. Felka wsypał kosz kartofli do wozu. Agata otrzepywała spódnicę z ziemi, ocierała oczy kułakami i brudziła twarz ziemią. Felka cmoknął na konia i ruszył do domu. Została sama, puściła go przodem. W polu śpiewały małe ptaszki. Więdła trawa na wrześniowych miedzach, słońce rozgrzewało kamyki pod stopami. Pachniało tymiankiem i wrotyczem; sennie huczały suche trawy i zioła. Rdest i przytulia porastały pobocza, kwitły żółto na wysokich łodyżkach. Właziły między palce bosych nóg, zostawiały drobne kwiatki na stopach. Agata schylała się, żeby je strzepnąć. Wtedy mocniej pachniała wrześniowa ziemia.
Felka z wozem dawno skrył się w dolinie za górką, a ona szła sama pośród żółtego zadumania.
"Felka prędzej przyjedzie do domu, to na mnie zaczeka, żeby zsypać kartofle z wozu; ze dwa worki z góry pewnie zrzuci sam - silny jest, przystojny, trochę mruk. Czy on naprawdę próbuje pozbyć się mnie z domu? Czy to nie z Alimpą się namówił, bo ona jest taka trochę wyżłowata, i co z tego, że krowy niedawno pasała. I z dziesięć lat młodsza od Felki, jak nie lepiej. Ale może to i nie ona, może inna. Chociaż prowadzają się razem wieczorami, Felka długo od niej nie wychodzi. I Astaszonak ciągle się tam kręci. Ale ten to gdzie on się nie kręci, gdzie tylko nie wlezie. Nigdzie nie da spokoju. Wiecznie niepoważny, może nigdy nie wyjdzie na ludzi. Co z tego, że młody i ładny, skoro szaławiła i nie wiadomo, kiedy się ustatkuje. Tylko patrzeć, jak jeszcze i Felkę zepsuje; a dlaczego Felka nie trzepnie go, zbója - łazi i się przechwala, że mnie na trzy ruble przechytrzył. Cwaniak, paskudnik jeden... A, niechby Felka wziął sobie Alimpę, co ma tak żyć, młody jest. I w domu porządniej by było... Zygmuś będzie cię, mówi, na rękach nosić. A Zygmuś, chociaż stary, ma w głowie poukładane i nikomu przykrości nie zrobi, i ludzie palcami go nie wytykają... I kocha mnie. I po sąsiedzku będzie z Felką gospodarzyć - ramię w ramię. I wszystko będzie dobrze... Bo i racja - czasem niepotrzebnie złoszczę się na Felkę, on chce dla mnie jak brat, żeby jak najlepiej. I co mu tylko nagadam, nigdy nic nie powie. Czy to zły brat? Sobie niczego który już rok nie sprawił, a mnie ile ubrania nakupował. Dobry jest, dobry. A ja go czasem krzywdzę i sama nie wiem, za co. Tak po prawdzie, to kiedy on mnie z domu wyganiał? Tylko mi się wydaje. Z Zygmusiem przyjaźni się od małego. Jakby Zygmuś był zły, toby się nie przyjaźnił... A Astaszonak... Co tam Astaszonak!..."
Jednak serce na moment ścisnął ostry smutek. I znowu cichy przestwór jesieni pośród pól napełnił je spokojem.
Płynęła woń powolnego konania traw i kwiatów. Wrzesień czujnie drzemał na rżysku, wzdychał radosnym szeptem krzaków.
V
Mocno stukały o ziemię jabłka. Pachniały dojrzałe kalebasy i twarde jeszcze bery. Pod płotem kwitły astry. Kury dziobały zieleninę z ogrodu, na podwórku przy studni pluskały się kaczki. Koło piwniczki Stasiuk odgryzał po okruszku z piętki chleba i rzucał kurom. Kury łapały chleb i zazdrośnie dziobały się nawzajem po głowach. Przy nich próbowały posilić się wróble. Rzucając okruchy, Stasiuk wołał, komu rzuca. "To dla ciebie, Tadora" - informował starą, upartą i napuszoną kurę. "A ty, Rudy Janaczko, nie łap, jak nie tobie rzucają" - beształ chudego, oskubanego w bójce młodego kogutka. "Czemu Czarniawy Ryhor nie kradnie cudzego?" Ale tymczasem Czarniawy Ryhor skoczył mu pod nogi, żeby zabrać okruch Tadorze. Tadora uciekła, za to akurat trafił się Rudy Janaczka. Więc Czarniawy Ryhor dziobnął Rudego Janaczkę w łebek, aż temu grzebień spłynął krwią. Stasiuk wybuchnął płaczem:
- Ciociu Agato, a czemu Czarniawy Ryhor, żeby zdechł, mało nie zabił Rudego Janaczki!
Agata powoli szła przez sad do Stasiuka, śmiała się i mrużyła oczy od słońca.
- Jakiego znowu Rudego Janaczki? - pytał Felka, wyglądając z sieni z kwartą niedopitego kwasu.
- Kogutka tak woła.
Felka postawił kwas na ławce przy drzwiach, podszedł do Stasiuka z twarzą świeżą po świątecznym dziennym śnie, w nowych bryczesach, jeszcze bosy. Przygarnął Stasiuka do siebie i powiedział ze śmiechem:
- Ech ty, synku... Psotnik z ciebie.
Pogłaskał go po głowie i poszedł do domu ubierać się, radosny i spokojny. Agata wzięła Stasiuka na ręce i w żartach zaniosła do sadu, całując po jasnych włosach. Stasiuk machał nogami, wyrywał się, radośnie chichotał.
- Ach ty, psotniku. Bocianiątko moje chuderlawe. Mały, śmieszny Stasiuk... Aj psotnik.
Wycałowała go po twarzy i po głowie. Posadziła na trawie, pogłaskała po włosach.
- Ciociu Agato, jeszcze.
- Jeszcze co?
- Na ręce.
- Patrzcie go, jaki pieszczoch. Ciężki jesteś.
- A-aj!
I znowu go pieściła, aż wreszcie miał dosyć. Wtedy puściła ganiać po ulicy. Przesadziła przez niski parkan i patrzyła, jak pobiegł na drugą stronę, wzbijając kurz bosymi piętami. Długo za nim patrzyła. I ruszyła przez sad, tęskniąc za swoim, nieznanym jeszcze, dzieckiem. Przecież myślałaby już tylko o nim i na coś by się w końcu zdały wszystkie lęki i burze jałowych poszukiwań. Pragnienia stałyby się wyraźne i długowieczne.
I znowu musiała przytulić Stasiuka.
- Stasiuk, szybciutko tutaj.
- Nie.
- Chodź, synku... Chodź.
Wyszła na ulicę, wzięła go na ręce. I znowu w sadzie głaskała po głowie i całowała całego. Trochę zdziwiony Stasiuk zamknął oczy i przestał się śmiać. Ona też milczała, tuląc go do siebie. Potem zaprowadziła do komory, karmiła powidłami i ciągle myślała, jak by mu jeszcze sprawić radość.
Felka zaglądał z sieni do komory i cieszyła go ta czułość siostry wobec syna.
- I po co go tak rozpieszczasz?
- A kto go rozpieści, sierotę.
Felka myślał o czymś, patrząc ponad parkanem w sad. Potem wszedł do domu, wyprawił Stasiuka na dwór i zaczął nieśmiało mówić. Jego smagła twarz była nerwowa jak nigdy wcześniej, głos cichy, jakiś bezsilny. Mówiąc, patrzył na barwny, utkany przez Agatę szmaciak, który posłała na podłodze obok stołu. Ani razu nie spojrzał siostrze w oczy.
- ...Ano tak, Stasiuk jest sierotą... Zmarłej z grobu nie wskrzesisz... Co z tego, że ją kochałem, nikt tu już nic nie poradzi... Jak tylko popatrzę na Stasiuka, zaraz ona staje mi w oczach, do dziś nie mogę zapomnieć... A mały, nieborak, tak, został sierotą.
Po trochu doszedł do sedna:
- Sama wiesz... Dawno się domyślasz... Alimpa wychodzi za mnie za mąż.
Wtedy Agata poczuła krzywdę czy zniewagę brata w jego własnych słowach:
- A czemu miałaby za ciebie nie iść? Mówisz, jakby robiła ci łaskę, że za ciebie wychodzi.
- Nie, nie.
- Też mi łaska... Niech no znajdzie gdzieś lepszego. Jesteś najlepszy! Sam nie znasz siebie...
Uradowany Felka rozgadał się, ale był z siostrą bardzo delikatny, powiedział nawet, że będą z Alimpą dobrze żyły, bo Alimpa jest nadzwyczajnie miła i dobra; że cała tamta rodzina jest bardzo szanowana, to i Alimpa nie może być inna...
Długo mówił podniecony Felka, a ona stała przy oknie, naprzeciw pieca, za pełną szpar przegrodą z pobielonych calówek i myślała, że brat czegoś nie dopowiada albo powiedzieć nie umie. Może naprawdę tak będzie lepiej i dla niej, i dla niego - że jednak namyśliła się wyjść za Zygmusia Czuchrewicza. Też będzie miała dziecko, i ją też będzie kochał i troszczył się o nią... Zygmuś Czuchrewicz.
Na moment ścisnęło jej się serce. Potem przypomniała sobie, jak wielu chłopców o nią zabiegało, jak wielu do niej wzdychało, ale żaden jej się nie podobał, a bez miłości nie chciała wychodzić za mąż. I tak minęła pierwsza dziewczęca młodość. A druga właśnie przemija... Teraz też ciągle podoba się chłopcom, ale wszyscy są sporo od niej młodsi: starsi już się pożenili.
I próbowała przemóc swoje ogromne lęki i zaspokoić niespokojne serce.
Raptem ubodła ją jeszcze jedna myśl: "Dziecko mogę mieć i bez wychodzenia za Zygmusia Czuchrewicza. Tu, u brata, sama jestem sobie gospodynią. Połowa wszystkiego tutaj należy do mnie. Zresztą Felka jest najlepszym bratem, takim dobrym i rozumiejącym...".
Ale wszystko spływało pod twardym naporem reguł życia. I w miejsce buntowniczych myśli spokój napełnił jej serce.
Felka zawołał ją z ulicy na wspólną przechadzkę. Poprawiła włosy przed lusterkiem, Stasiuka zostawili w zamkniętym sadzie, bawić się z dziećmi, i poszli spokojną i świątecznie pełną ludzi ulicą. Poszli do Alimpy i z nią, koło jej domu, na ulicy, usiedli wszyscy we trójkę.
VI
W nocy wiał wiatr, padał deszcz i postrząsał dużo niedojrzałych antonówek, kalebas i ber. A nazajutrz, w niedzielę, z samego rana niebo rozchmurzyło się i słońce zaczęło suszyć ziemię. Strząśnięte jabłka i gruszki, usypane wzdłuż ścian w sieni, pachniały na całą sień i na dom. W domu było przez to jakby gwarniej i ciaśniej. Goście obsiedli stół. Felka zaprosił Alimpę z ojcem i z matką i Zygmusia z bratem i z żoną brata. Wyglądało to jak zaręczyny dwu par. Agata gospodarzyła przy stole, radosna Alimpa, śmiejąc się i zaglądając Felce w oczy, rozstawiła talerze i pomogła Agacie z czymś tam jeszcze. Agata usiadła do stołu ostatnia. Alimpa siedziała koło Felki. Agata koło Zygmusia. Pili wiśniówkę i Zygmuś z powagą opowiadał, że w tym roku ma urodzaj wiśni i że niestety, nikt nie pomyślał, żeby nastawić nalewkę.
- Kto ma do tego głowę - równie statecznie wspierał go brat.
- W gospodarstwie wszystko się przyda i nic nie przepadnie - podtrzymywał rozmowę praktyczny ojciec Alimpy.
I kiedy wypił sobie, z radosnym zachwytem zaczął rozmawiać z Felką, swoim, można już powiedzieć, zięciem, o czarnym źrebaku Zygmusia. Zygmuś niespiesznie jadł wędlinę i uważnie przysłuchiwał się, co mówią o jego gospodarce. Agata patrzyła, jak Felka zagląda Alimpie w oczy, jak wódka rumieni twarz Alimpy. Patrzyła, jak oboje, podpici, aż się garnęli do siebie i nie potrafili tego ukryć. Agata odwracała się do Zygmusia, a ten słuchał wszystkiego, co stary mówił o jego źrebaku, i z rzadka dorzucał parę słów:
- A tak, złoto nie koń.
Potem, kiedy jeszcze wypili, starzy i żonaci zaczęli ogólną pogawędkę, Felka z Alimpą rozmawiali o czymś półgłosem, a Zygmuś próbował wyłożyć wszystkim swoje poglądy na konie i na sady owocowe. Agata z ukosa popatrzyła mu w oczy i zauważyła kostropatą skórę koło uszu, długie policzki i niskie czoło pod zaczesanymi na nie zmoczonymi włosami. Spojrzał na nią, skinął jej głową i znów zagadał o swoim.
- Zygmuś - szepnęła Agata.
- Co?
- Zygmuś.
Uśmiechnął się, pochylając ku niej głowę. Wtedy dostrzegła tępą senność jego oczu i zmarszczki, które zbiegły się wokół nich od uśmiechu. Wąsy nie sterczały już, podkręcone, teraz mokre zwisały koniuszkami włosów na zęby.
- Bożeż ty mój - westchnęła ze smutkiem Agata. - Zygmuś, Zygmuśka...
Przysunęła się bliżej i raptem odsunęła: znów mówił już powolnie i solidnie o tym, jak jego źrebak zerwał raz pęta z nóg i stratował pół zagonu owsa.
- Zygmuś...
- I owsa szkoda, i zanim go złapałem...
- Zygmuś...
- Nie tyle strata, ile że roboty... Co?
Agata patrzyła na jego obwisłe wąsy i na wargi. Przysunął się bliżej, uśmiechnął jakoś bezwolnie, żując, może nawet pustymi ustami. "Po co on pił, skoro wiedział, że robi się taki, jak wypije?!"
- Zygmuś!
A Felka i Alimpa ciągle gadali po cichu, piękni, radośni.
- Bożeż ty mój, Boże...
I nagle Agata wstała ze swojego miejsca.
- Dokąd to, panno Agato?
Nie patrzyła więcej na Zygmusia, obejrzała się tylko, skręcając za przegrodę w kuchni. "To za niego mam wyjść? Z nim mieć moje dziecko? Moje kochane dziecko... Bożeż ty mój!"
Słyszała rozgwar za stołem i przebijający się z niego głos Zygmusia:
- Agato... Panno Agato?
"Jaki on ma głos!"
Zacisnęła usta, patrzyła w milczeniu w okno. Słoneczny dzień chylił się ku zachodowi, sad pod oknami rzucał długie cienie. Przy stole wszyscy rozmawiali. I znowu głos Zygmusia:
- Panno Agato!
"Czego on chce ode mnie?"
- Panno Agato, idę panny szukać.
Słyszała, jak stołek szurnął nogami po podłodze, jak zatupały Zygmusiowe buty.
"I przecież on będzie miał prawo ot tak, jak tylko zechce, przychodzić za mną..."
Język trochę mu się plątał:
- Panienko Agato!
I tak już kręciło jej się w głowie, a teraz mocno stuknęło gdzieś w czaszce. Wszystko popłynęło przed oczami. Cienie jabłoni i słoneczne łapy na ziemi zatańczyły i wszystkie się splątały. Zakołatało serce i dusza targnęła się w wybuchach ostrego smutku. Buty Zygmusia stukały już blisko, po tamtej stronie przegrody. Wtedy rzuciła się do sieni. Zamknęła za sobą drzwi. I pobiegła na gumno. "Dokąd to ja?!" Przed gumnem Stasiuk rzucał patykami we wróble.
- Dokąd to, ciociu?
Nagle błysnęła jej myśl:
- Do Astaszonka. Idź powiedz w domu, że poszłam do Astaszonka.
- To ja też pójdę z tobą, ciociu Agato.
- Biegnij do domu, mów wszystkim, że poleciałam do Astaszonka. Prędziutko biegnij.
Przez ogrody poszła już spokojniej. Serce kołatało trwożnie, kręciło się w głowie, ciężar powoli spływał z duszy. Nie myśląc, dwukrotnie obejrzała się na swój sad. Korony grusz były jasne i zielone. Zachodziło słońce.
VII
Noc tajała, kiedy Astaszonak przyprowadził Agatę do domu. Posiedzieli jeszcze na dworze, z rzadka rzucając jakieś słowo. Felka nie spał - przez okno bez firanki widać było, jak krzątał się po domu, z rozpiętym kołnierzem białej koszuli, w kamizelce.
- Felka - zawołał Astaszonak.
- Cicho bądź.
Felka wyszedł na ulicę, miękko stąpając rozzutymi stopami, wciąż jeszcze podpity.
- To ty, Astaszonak?
- I jak?
- Co?
- Wszystko.
- Cicho bądźcie, obaj!
Agata wstała, szykując się jakoś dopiec Felce. Wszyscy troje milczeli. Felka trochę nerwowo powiedział:
- Zygmuś się obraził.
- Zygmuś Czuchrewicz się obraził! - powiedziała z naciskiem Agata. - Idź już - kazała Astaszonkowi.
Astaszonak poszedł, podawszy jej i Felce rękę na pożegnanie.
"Zaraz się zacznie, najważniejsze - myślała ze smutkiem Agata. - No i niech się zaczyna, co chce". Szukała w myślach słów, żeby zranić Felkę.
Ale Felka podszedł do niej bliżej, w milczeniu spojrzał jej w twarz i powiedział:
- Nie miej mi za złe.
- Czego?
- Myślisz przecież, że siłą cię namawiałem, żebyś za niego wyszła. A to nie tak. Nie wychodź, jak tak ci się Czuchrewicz nie podoba... Kto by pomyślał... Niedobrze tylko, że się obraził, bo to jednak przyjaciel.
- Odobrazi się, jak będziesz chciał.
- Będzie zgoda, tylko nie mieszaj się już więcej do tego.
- Nigdy nie chciałam się mieszać.
Łzy ją dusiły i wreszcie popłynęły, kiedy usiadła i wtuliła się plecami w ścianę. Felka usiadł koło niej. Położył jej rękę na ramieniu, podpity i rozczulony, pocałował siostrę. Agata cicho płakała. Zaczynało świtać. Wypłakała łzy, robiło jej się lżej.
- No, nie płacz. Już po wszystkim. Czy to źle żyje nam się na świecie?
- Bierz już prędzej tę swoją Alimpę.
- Dlaczego tak mówisz?
- Chcę, żeby ci było dobrze.
I znów brat się nad nią użalił, pogłaskał po głowie. Podniosła się. Stała na ciemnej jeszcze ulicy - ładna, zdrowa, silna. Ostatnie łzy wysychały w oczach, piękny kobiecy uśmiech rozkwitał na twarzy. Felka stanął z nią ramię przy ramieniu:
- Trzeba by pospać z godzinę.
- Idź.
- A ty?
- Zaraz pójdę.
Została sama.
Niebo jaśniało, rozwidniało się na ziemi. I pożałowała, że tak szybko odesłała posłusznego jej Astaszonka do domu.
Powoli szła przez podwórze, pełna kobiecej mocy. Uśmiechnęła się ledwie widocznie, kiedy na wschodzie zaświtał pierwszy promień młodego słońca.
W sadzie spadały i pachniały gruszki. Wschód rozściełał różowe płótno do bielenia.