Literatura na Świecie 1-2/2021 - Opracowanie zbiorowe

Kup ebooka

16.00 zł
13.28 zł (13,60 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Gabriela Cabezón CámaraMatka Boska Łepetyńskaprzełożył Carlos Marrodán Casas

Dla Any, mojej miłości

Dla Kariny, Loli, Lautaro i Amparo

1. Qüity: "Wszystko, co się rodzi, umiera"

Oto czym jest życie, myślałam sobie, czystą materią rozszalałą od przypadków. Taka złotomyślna się zrobiłam, gdy znalazłam się tam, na wyspie, w samych majtkach prawie, pozbawiona wszystkiego, bez komputera nawet, z odrobiną forsy i kartami kredytowymi, z których i tak nie mogłam korzystać, póki znajdowałyśmy się w Argentynie. Moje myśli przypominały gnijące resztki, patyki, butelki, wodne hiacynty, zużyte gumki, kawałki pomostu, lalki bez głowy, jakieś odbicie kolażu z odpadków, które morze wpierw gromadzi, by w czasie odpływu porzucić na brzegu. Jak rozbitek się czułam, święcie przekonana, że cudem ocalałam z jakiejś morskiej katastrofy. Ci, co idą na dno, toną i nie żyją, a ci, co się uratowali, żyją tonąc. Caluteńką zimę tam przesiedziałyśmy, we mgle wysp na Paranie, podczas gdy rzeka przypływała i odpływała.

Mało gadałyśmy. Ból stopił mnie w jedno z rzeczami i odciął od wszystkiego. Dryfowałam obojętna na to, co mnie podtrzymywało: kuchenne zapachy i ciepły piecyk, i różne sprawy Cleopatry, która rozwinęła wszystkie talenty w cieniu cementowej głowy Matki Boskiej i mojego zadziwienia obojętnością życia i śmierci, tej materii, która szasta swoimi światami i dziećmi przeżywającymi własne przygody. Nie ruszałam się, skulona w pozycji płodowej, podobnie jak ta, która powstawała we mnie i na przekór mnie; mój brzuch żył życiem mojej córki, rosnącej sobie w nim, ale ja sama byłam cmentarzem ukochanych zmarłych. Czułam się jak kamień, traf, stan materii, skała, świadoma, że zostanie stopiona i poddana krzepnięciu, przekształcona w coś innego. Dochodzenie do tej świadomości bardzo mnie bolało. Nie zgłębiałam tematu, ale pewnie nie ma dwóch identycznych skał. A może i są. Po jaką cholerę miałby ktoś porównywać wszystkie kamienie ze wszystkich epok? I nie mam pojęcia, jak takiej skale ulgę miałaby przynieść wiedza, że kiedyś, w otchłani czasu, być może istniała taka sama skała, bo przecież już jej nie ma, a jedyne, co jest, to dzianie się materii, fundamentalny niepokój elementów. A prawdę mówiąc, czy kiedykolwiek zdarzył się, czy też nie zdarzył taki splot okoliczności jak ja albo Kevin, w ogóle mnie nie obchodziło, nic a nic, i nadal gówno obchodzi. Komu w ogóle do łba strzeliło, że jedyność to niezbity dowód zmartwychwstania. Nie mam pojęcia, dlaczego należałoby pojmować naturę według kryteriów fordowskich: "To nie jest linia montażowa, produkty nie są takie same, więc Bóg istnieje". "Bóg nie istnieje", powiedziałam kilka razy Cleopatrze, kiedy już raczyłam się do niej odezwać, a ta, nieproszona, od razu serwowała mi pseudoremedium z apteczki swej wybujałej psyche: opowiastki o Kevinie w raju PlayStation z gigantycznym ekranem. "Wyobraź sobie, Qüity, że ten ekran to świat, kochanie", a Maryja Dziewica matkuje, a Pan Bóg dziadkuje. Bo galimatias więzów rodzinnych Trójcy Świętej Cleo miała i nadal ma mniej więcej pod kontrolą. W jej opowieści Pan Bóg jest tatusiem Matki Boskiej. "I Pana Jezusa też?", pytałam ją wobec tego. "Czy to, Cleo, nie zatrąca o incest?" "Och, kochanie, insekt, mówisz? Chodzi ci o to, co robił Carlos, który pukał swoją córkę, i zaszła z tym skurwysynem w ciążę i spuściliśmy mu łomot stulecia, ale co z tego, jak gówniara i tak już była na dobre puknięta i w ciąży też była na dobre?" "Tak, Cleo, incest, kazirodztwo albo raczej, jak ty to mówisz: insekt, bo to był karaluch". "No co ty, Qüity, że niby Pan Bóg jest jak ten paragwajski zasraniec? Mogłabyś już se dać siana i mnie nie wkurwiać. Pan Jezus jest synem Matki Boskiej tylko". Pokrzepiona swymi teologicznymi prawdami i zdolnością dochodzenia rodzinnych koneksji, ciągnęła dalej własną część dialogu, powtarzanego przez nas w trakcie pobytu na wyspie niemal co dzień. "Ja z miłością przychodzę, Qüity, żebyś i ty, moja ty głupiutka, wiedziała, gdzie teraz jest Kevin, który jest w niebie, i szczęśliwy jest". "Tak, oczywiście, Cleo, i zajada się ciasteczkami polanymi ambrozją, prawda?"

Bolała mnie śmierć, jego śmierć i moja śmierć, i śmierć mojej córeczki, choć tej jeszcze, gwoli ścisłości, nie było wśród żywych, że jeszcze się nie urodziła, chcę powiedzieć, wszystko mnie bolało: kiedy świadomość otwiera się na śmierć albo śmierć na świadomość, w człowieku rozwiera się nicość, a nicość zadaje tortury gorsze od najwymyślniejszych męczarni, w tym sensie, że przeraża, dławi, dręczy, i tylko jednego się pragnie, żeby to wszystko ustało.

Umarli mi się śnili, ci wszyscy mi się śnili, co umarli i zostali pogrzebani jedni na drugich, przez wieki i tysiąclecia, by w końcu przeistoczyć się w część skorupy ziemskiej. Ale najbardziej męczyły mnie sny o moich najbliższych zmarłych, którzy za sprawą taniutkich trumien z tandetnej sklejki błyskawicznie obracali się w proch albo w ziemię na cmentarzu Boulogne. Kevin, Jonas, Jessica, wszyscy mi się obracali w proch, w ziemię, próchnicę, mokrą glebę pampy, nawóz do goździków i pelargonii zdobiących ich biedniutkie groby.

Tysiące lat później, kiedy ze świata Homera pozostało jedynie trochę kamieni i pieprzone kolumienki zachowane ku radości turystów i archeologów, ja śniłam i widziałam Kevina, patrzyłam na niego z taką samą rozpaczą, z jaką Odyseusz patrzył na swoją matkę: wciąż nie da się przytulić i objąć zmarłych, których jedyne ciało to pamięć, równie śmiertelna.

Śnił mi się Kevin. Pojawiał się kiedy bądź w pierwszym lepszym śnie i nigdy nie towarzyszyło temu zaskoczenie: byłam u siebie w domu i zastawałam go zawsze rano i zawsze w kuchni. Widziałam na filmowych nagraniach to ciałko pokancerowane przez śmierć, wypływającą z głowy krew, póki się Kevin nie zesechł, a później i krew zaschła. Zastawałam go więc rano w kuchni i nie czułam się wcale zaskoczona: czekałam na niego, a nikt nie czuje się przecież zaskoczony, kiedy to, na co czeka, nawet wbrew wszelkiej nadziei, nadchodzi. Zwyczajnie, niemal bezwiednie przygotowywałam mu mleko i wybierałam jego ulubione ciasteczka - te w kształcie zwierzątek, oddzielałam wszystkie czerwone słonie, dla niego, dla Kevina, syneczka mojego, myślałam.

Jego śmierć ostatecznie zrodziła moje macierzyństwo, stałam się matką Kevina, który opowiadał mi w kuchni z moich snów, co się wydarzyło przez te wszystkie dni, kiedy się nie widzieliśmy. Ale nic się nie wydarzyło, opowiadał mi slumsy beze mnie, tak jakby to nie on i cała nasza dzielnica nędzy przestali istnieć, lecz ja. To znaczy: jakby oni wszyscy, z nim łącznie, nie byli już martwi, a slumsy nie zostały zrównane z ziemią przez spychacze i przekształcone w eldorado interesów deweloperskich, a on, Kevin, mój mały - w kopczyk kości i robaków, kłębiących się pod ziemią, tuż obok, na cmentarzu Boulogne.

I w tym właśnie momencie, kiedy Kevin próbował chwycić filiżankę, sen pryskał i ulatniał się, a ból zaczynał mnie dławić: mój syneczek nie mógł napić się mleka ani zjeść ciasteczka, które mimo to wciąż powodowało błysk w tych jego słodkich czarnych oczkach, jakby je ciągle miał, jakby te kuleczki wciąż żyły jego życiem. Dużo czasu nie minęło, ale oczy należą, jak sądzę, do tych części, które najszybciej się rozkładają, kiedy ciała przestają być ciałami i przeistaczają się w coś innego, tak ostatecznie i ślepo, jak skała przemienia się w lawę, a masy lawy - w wyspę, a wyspa w masę głazów i kamieni. Chciał chwycić filiżankę i nie mógł: jego dłoń przechodziła przez naczynie, które w tej części snu posiadało trwałość rzeczy tego świata i nie dawało się uchwycić widmu. I tak znowu mi umierał raz już umarły, ten, przez którego zamartwiałam się na śmierć: i przestawało mnie cokolwiek obchodzić, już nic prawie nie czułam, kiedy próbowałam posadzić go sobie na kolanach i napoić mlekiem i nie mogłam. A mimo to czułam bicie czyjegoś serca przy sobie, a nie mogło przecież serce bić i być martwe zarazem, i to było tak niemożliwe, że wciąż przytulałam i przytulałam i nie mogłam się natulić, i przestać tulić nie mogłam, jakbym się zacięła jak maszyna. Z tysiąc razy próbowałam, tuląc powietrze tylko, siebie samą tuląc, a towarzyszyło mi jedynie bicie serca, które nie było moje. Budziłam się z płaczem, zalana łzami, i tak wyglądała prawda: Kevin już nie żył, był po wielokroć martwy, powoli przemieniał się w cmentarną ziemię, kto wie, myślałam sobie, może z czasem, poprzez korzenie, dzięki fotosyntezie, stanie się też powietrzem, wodą, burzą. Głupoty, równie dobrze mógł stać się sałatą albo robakami do łowienia sumików, a przecież był niczym, ledwie tym, co ja mogłam wspomnieć.

[warsztat naprawy tramwajów, Buenos Aires, ok. 1900]

A to serce mojej córeczki biło, a ja łapałam się za brzuch, żeby ją przytulić. Często znów zasypiałam i śniłam o niej, mojej córeczce, która rodziła się i była niemowlęciem tak kruchym jak wszystkie, tak śmiercią ranionym jak każde z nas, maleńkim trafunkiem materii jak każda rzecz na tym świecie. Ale moja mała przemieniała się w żółwika i mogłam ją nosić w kieszeni, i nawet jeśli mi wypadła, to nic jej nie było, bo chowała swoje nóżki i główkę do skorupy i przewracała się do góry brzuszkiem, bujając się na biegunach swoich szylkretowych pleców, póki jej nie podniosłam i nie schowałam w kieszeni.

Trzymanie ważnych rzeczy przy sobie, jak najbliżej ciała, zawsze mnie uspokajało, przez lata tak nosiłam rewolwer i wciąż tak noszę pieniądze, czasem jakiś amulet, bliziutko ciała, a mimo to nosząc Marię Cleopatrę w sobie, wcale nie czułam się spokojna, bałam się, że urodzi się martwa, że jej ciałko przeistacza się już w coś innego, nawet nie w ziemię, raczej w skrzep ze mnie, i kiedy czułam, jak się porusza, znowu odzyskiwałam jaki taki spokój, sens jakiś, jakiś znośny ład we wszechświecie.

Ale znów, nieuchronnie, zasypiałam i nigdy nie pojęłam, czy to ciąża, czy brzemię tych niedawno zmarłych usypiało mnie tam na wyspie na długie godziny, podczas gdy Cleo robiła sama nie wiem co, sądzę, że wszystko, była mi matką i dostarczającym wikt ojcem, ubierała mnie i karmiła, i drewno przyniosła, i telewizor, i tak żyłyśmy, i tak przeżyłam nawet te krótkie chwile, kiedy akurat nie spałam, bo życie, to znaczy ten stan materii, jakiego doświadczam, jest też obdarzony uporem, wolą, by nadal być.

I tak trwałam przez kilka miesięcy, śpiąc, wyglądając przez okno albo słuchając odgłosów Delty. Po raz pierwszy słyszałam błoto zbierające się w sitowiu, ziarna eksplodujące w korzenie, wysiłek drzew próbujących utrzymać brzegi wyspy. I wodę, głębokie odgłosy przypływów i płytkie odpływów. I słyszałam to, czego słyszeć nie mogłam: ciałko Kevina wybuchające zgniłymi bąbelkami, gdy woda starała się wrócić do wody, a prochy zostawić prochom.

2. Qüity: "Nowe nam się trafiło życie"

Nowe nam się trafiło życie

na modłę american dream

by śpiewać calutkie dni

calusieńkiej Florydzie

Mgła utrzymywała się długo, ale nadszedł również i jej kres. Obudziła mnie moja córeczka, moja jak nigdy przedtem i jak później nieczęsto, przebierając we mnie radośnie stópkami. I ja też zaczęłam unosić się w ciepłej i świetlistej aurze: tylko cienie drżały nieznacznie, padały z wierzby, która czesała wiatr między moim oknem a rzeką.

"Dzień dobry, Qüity, kochanie ty moje" - dało się słyszeć słowa zapowiadające Cloe. Piękna i gadatliwa, jak to ona, nigdy nie zjawia się ot tak, po prostu: zawsze wyprzedza ją głos. W pieleszach całą, w mate i rogalikach, usłyszałam wpierw, zwąchałam i w końcu ujrzałam. Rzuciła się na moje łóżko i rzuciła się do całowania, trajkotka jedna, i tak obcałowywała, że makijaż sobie nadwyrężyła, odpadła jej rzęsa i całkiem sobie zrujnowała świeżo zrobioną fryzurę a la Doris Day. "Śpiąca królewna raczyła się obudzić!", wybuchnęła śmiechem i zęby jej zaświeciły; Cleo to czysta, biała radość, i promienna, i pedalska, i pobożna, i zakochana, i zawsze nakręcona, jakby w bolerku ślubnym frunęła do ołtarza. "Idziemy, światło ty moje, kochanie moje, oblubienico moja, wszystkie trzy idziemy coś zjeść w El Fondadero, bo załatwiłam łódź i musimy sobie spokojnie porozmawiać, ty i ja. Zobaczysz, to będzie niezapomniany dzień".

Kiedy szłam w świetle słońca mieniącego się w rzece, zimne dłonie moich zmarłych, ich pozbawione skóry palce i ból, którego nie mogłam wyrzucić ze swojej wyobraźni - samotna agonia pięcioletniego malca - przygniotły mnie. Poczułam się zdrajczynią, popełniłam błąd tych, którzy uchodzą z życiem: wciąż żyłam. Ale nie puściłam ręki zmarlaczka. Obiecałam go pomścić, święcie przekonana, że utrzymam go przy życiu, póki oręże kuć będę. Miałam podwójną ciążę: żywą córkę, bez twarzy jeszcze i bez głosu, i martwego syna, którego głos i twarz nieubłaganie odchodzą w nicość.

Tego dnia dałam się ponieść radości, cieszyłam się, że żyję. Nasze maleństwo przekręcało się we mnie niczym astronauta w kapsule antygrawitacyjnej, a ja uznałam, że to jej głos za życiem, za zieleniami oryginalnej flory na przeciwległym brzegu i za czerwonymi i żółtymi barwami drzew z tej strony kanału Honda. I rzece dałam się ponieść: "Rzeką byłem, kiedy zmierzch zapadał, / i wszystkie drzewa we mnie wzdychały, / i we mnie dróżka gasła i trawy we mnie gasły. / Płynęła rzeka przeze mnie, rzeka płynęła", wyrecytowałam Cleopatrze wiersz Juana L., a ona ani myślała zamilknąć: "Śliczne, Qüity, tylko daj sobie siana z tymi zmierzchami, bo nie wiem, czy zauważyłaś, ale nie mamy jeszcze południa. Musisz zrozumieć, kochanie, że oni są w niebie, a my na ziemi. Tak, wiem, że ty nie za bardzo wierzysz w niebo i źle czynisz, bo to samiuteńka prawda, ale niech ci będzie, bo na pewno mi nie zaprzeczysz, że my jesteśmy na ziemi. A jeśli jest niebo, a ja wiem, że na pewno jest, to powinnaś się radować. A jeśli go nie ma, to tym bardziej powinniśmy się cieszyć: wykorzystajmy ten czas, póki żyjemy. Poczuj, Qüity, poczuj słońce. A poza tym, kochanie, będziemy matkami". "To znaczy, co, Cleo?", udało mi się wejść jej w słowo, "Że możemy wypiąć się teraz na cały świat?" Cleo westchnęła: "Oj nie, Qüity, skądże, wypiąć się nie, ale nasza córka ma prawo do szczęścia, a my mamy obowiązek przede wszystkim troszczyć się o nią. A zresztą i owszem, możemy być egoistkami, jak większość matek na tym świecie, nawet Matka Boska tak mówi: gdyby tylko o nią chodziło, to Jezus byłby cieślą i ożenił się z Marią Magdaleną, kurwa nie kurwa, ale lepsze to, niż robić za mesjasza i pobrać się z krzyżem. Zmartwychwstanie nie zmartwychwstanie, ale dzieci powinny żyć". "Cleo, pełna zgoda", odparłam ze śmiechem, ale Cleopatra dopiero się rozkręcała: "Matka Boska mówi, że bycie żywym to najlepsze, co nam się może przydarzyć, i że Achilles w Hadesie już o tym wiedział. Kiedy ten gość, no ten, co to dziesięć lat wracał do domu, jak on się też nazywał, Uliseusz?, powiedział mu: "och, dzień dobry królu umarłych", Achilleusz mu odpowiedział: "Nie pleć głupstw, znamienity Uliseusie: wolałbym być niewolnikiem, pariasem ostatnim", parias to taki biedak nad biedaki, Qüity, "i być żywym, niźli królować nad zmarłymi"". Mojej córeczce już podobały się przemowy tej bardziej queer z jej matek, bo kiedy słuchałyśmy Cleo, jakby zaczynała tańczyć. A mnie wprawiały w osłupienie. Skąd u niej ta, całkiem dokładna, znajomość Odysei? Przecież w swym zasranym życiu w ręku jej nawet nie miała. Skąd cholera u niej takie rzeczy? Może być, że Matka Boska nie tylko istnieje, ale na dodatek ma słabość do klasyków i biednych kurew?

"Cleo, zobacz, jak się twoja córeczka rusza". Cleo spuściła powietrze z zadęcia i z wieszczego tonu i pogłaskała mnie po brzuchu. "Witaj, księżniczko, to ja, twoja druga mamusia, Cleopatra, ta, która dba, żebyśmy obie nie umarły z głodu, ta, która szyje ci ubranka. Jeszcze chwilka i znikamy stąd, córuchno moja". Cleo nagle spoważniała i znów zaczęła wieszczyć: "Udamy się do innego kraju. Tam się urodzisz, w kraju pełnym słońca i palm, nad zielonym morzem. Problem w tym, Qüity, święta Panienka mi to powiedziała, że w tym kraju pełno jest plugawego robactwa". "Och nie, kochanie", zareagowałam natychmiast, "możesz już swojej Matce Boskiej powiedzieć, że ja za cholerę na żadną Kubę nie jadę". "Qüity, powiedziałam plugawego robactwa". "No właśnie, przecież to na Kubie walczą z tym plugawym robactwem, kochanie?" "Tak, tak, Qüity, skutecznie walczą, ale toto się rozłazi po całym świecie, nie pleć głupot".

I wtedy właśnie się dowiedziałam, no i jesteśmy tu, w Miami, osaczone plugawym robactwem, tak jakby wszystkich nas, którzy stanowili część wioski, jakimś sposobem skazano na ten sam los. Rzecz jasna, że nasze plugawe robactwo nie jest robactwem z cmentarza Boulogne: nasze jest człowiecze, bo to ludzie, którzy ponoć żyją w notorycznej nostalgii za Kubą, nadziani jak indyk w święta, i harują jak potępieńcy. Reszta, czyli większość Kubańczyków w Miami, żyje z dotacji rządowych w zamian za niestrudzone dostarczanie argumentów za zgubnością wszelkich rewolucji socjalistycznych i jedyne, co robią, to piją, biorą dragi, i tłuką swoje kobiety. A i tak można je później zobaczyć, jak wczesnym rankiem biegają wte i wewte po Ósmej ulicy i szukają swych chłopów po wszystkich możliwych spelunach, gdzie ci padają jak ścięci: od siódmego kieliszka rumu wszystko jest siekierą. Z trudem potrafią ustać w pionie, tracą równowagę, walą, jak popadnie, w kogo popadnie, chwieją się, już nie rzucają bluzgów, ale bełkocą, przez chwilę się wahają, padają na ziemię i już po wszystkim, i leżą tam, póki ktoś ich nie podniesie. I tak właśnie, od speluny do speluny, chodziła również Helena, dopóki Torito nie umarł, chociaż Torito nie był żadnym plugawym robactwem i nie tłukł Heleny. Helena z Toritem byli jedynymi z naszych, którzy przebyli tę samą drogę co Cleo i ja: wioska - masakra - Miami. Plugawe robactwo chodzi krok w krok za Cleo, za Cleo i za głową Matki Boskiej, ten ubożuchny hołd biedaków, teraz wyniesiony do rangi relikwii, kawał pomalowanego cementu, też ocalały z masakry, który Cleo obwoziła po całej Ameryce i obnosiła po wszystkich szczeblach drabiny społecznej, póki nie osiągnęła założonego celu i nie otworzyła iluś tam osobistych kont bankowych.

Ale długa to była droga. W ten dzień, jasny i biedny, dzień, od którego poza naszą trójką nic już się nie liczyło, udałyśmy się do Fondadero, ubrane w co popadło: Cleo w sukni naszej gospodyni, telewizyjnej diwy, która matkowała jej w dzieciństwie i kiedyś dała jej klucze do swej rezydencji w Tigre, by ta mogła z niej korzystać do woli. Ja włożyłam na siebie jakieś męskie rzeczy, Bóg wie czyje, ale na tym etapie ciąży tylko to na mnie wchodziło, ciąża jak ciąża, może nie była zbyt duża, ale jednak widoczna. Metr dziewięćdziesiąt Cleo było ponad miarę wszystkich szmat królowej TV, metr sześćdziesiąt góra, moja narzeczona wystroiła się zatem w przyciasne nieco, ale najprawdziwsze Versace w falbanki i w animal print, "którym, nie iżby przykuse, na elegancji zbywa", jak zarzekała się święcie o tym przekonana w gładkiej blond peruce, która czyni z niej coś w rodzaju Doris Day budowlańców i na widok której wprost szaleję. Ten obiad to było święto. Zjadłyśmy spaghetti po bolońsku pod czujnym okiem pradziadka imigranta o wypomadowanych wąsach, założyciela restauracji, tej tawerny z początku ubiegłego wieku, gotowe i my niebawem podzielić los imigrantek. Jacht przypłynął tego dnia. Daniel go przysłał, z wizami i z paszportami. Zabrał nas do Montevideo. Do Miami polecieliśmy samolotem, a jakże. Trochę zmienił nam tożsamość: ja zostałam Cataliną Sanchez Qüit, Cleo zaś zdołała zrealizować jedno ze swych najniedościglejszych marzeń: posiadać w dokumentach imię i nazwisko. Od tego momentu i raz na zawsze nazywa się Cleopatra Lobos. Kiedy się kłócimy, a zdarza się, mówię jej, że nawet w imieniu i nazwisku pobrzmiewa lupanarem. Ona już nie obraża się o "byle co", mówi. "Qüity, kochanie, przez wszystko w życiu przeszłam, nic mnie już nie jest w stanie znieważyć, tym bardziej ten nagły atak moralizatorstwa, jaki cię opanował, od kiedy jesteśmy w Miami: widziałaś przecież, jaki ze mnie kurwiszon, i nieźle cię to podjarało, więc nie możesz mi teraz z takimi pierdołami wyskakiwać, serdeńko ty moje". Coś tam przy sobie miałyśmy, kiedy przyszło nam wyjeżdżać, jakieś dziesięć tysięcy dolarów moich oszczędności i pięć tysięcy, które podarował nam Daniel. Jak lubi powtarzać Cleo: "Pieniądz lubi pieniądz", no i siedzimy tu z kupą dolarów, robiąc za bogate damy z pierwszego świata.

3. Cleo: "To dzięki Maryi Dziewicy"

To dzięki Maryi Dziewicy

zmieniło się my life:

cuda mi się poczęły,

nawet slumsy były nice

Oj, Qüity, gdybyś ty zaczynała te swoje opowieści od początku, to lepiej byś to wszystko rozumiała. Że gdzie jest początek? Serce ty moje poczciwe, masa jest początków, bo masa jest historii, ale ja chcę opowiedzieć początek tej miłości, bo ty, Qüity, nie za dobrze go pamiętasz, trochę opowiadasz wszystko, jak było, a trochę to nie mam pojęcia, co wyprawiasz, kochanie moje, straszne gadasz pierdoły, więc i ja też opowiem naszą historię. Nagram ci ją, życie ty moje, a ty ją włączysz do swojej. Stop, stop, stop, a kogóż my tu mamy? Co ty tu robisz, Cleosiu, kochanie? Miałaś być przecież na dole i bawić się z Lily, tak jak mamusia cię prosiła. Tak, tak, zejdź złotko, mamusia coś tu tylko skończy i zaraz się z tobą pobawi. Tak, tak, dobrze, zaraz zejdę i pobawimy się lalkami barbie. Przepraszam, już jestem, wyłączę tylko telefony i zamknę drzwi, w ten sposób będę mogła spokojnie opowiadać dalej. Nie, skądże, wszystkiego nie dam rady opowiedzieć: są rzeczy, o których jeszcze nic nie wiem. Właściwie to nie muszę wiedzieć, niczego mi to w życiu nie zmieni, choć, owszem, korci mnie, żeby się dowiedzieć, ciekawość mnie wprost zżera, to coś takiego jak napad głodu albo gwałtowna chętka na seks, no ciekawość po prostu, nie rozumiem, czego ty znowu nie rozumiesz. Co Ewę popchnęło do jabłka? Robisz mnie w balona, bo na pewno cała ta historia cię wciąga. A skąd ja mogę wiedzieć, co Ewę popchnęło do jabłka, kochanie ty moje? Jabłka są czerwone, ślicznie pachną, no zachciało jej się skosztować. Zresztą nie wydaje mi się, żebym musiała zbyt wiele wyjaśniać: nikt nie ma z tym problemu, tylko ty, Qüity, na wpół kosmitka, nie potrafisz pojąć, co to ciekawość. Nie bądź upierdliwa: nie każ mi pytać Matki Boskiej, bo tłumaczyłam ci już z pięćset razy, że Matka Boska nie lubi, żebym ją pytała o byle gówno, od razu ma taki wyraz twarzy, że bez przesady, że ma już tego serdecznie dość, i milknie, i nawet Pan Bóg nie zmusi jej do gadania. Nie, nie jestem pewna, czy rzeczywiście Pan Bóg nie zmusi jej do gadania. Rzecz w tym, że strzela focha, jeśli zadaję jej za dużo pytań. Nie, nie wiem dlaczego, może my, jej pośredniczki, zamęczamy ją, baby jesteśmy, więc pewnie i wścibskie, jak to baby. Że faceci też wścibscy? Przecież wiem. Cóż, pewnie jestem męską szowinistką, Qüity, nawet jeśli odpuściłam sobie bycie facetem, jak sama twierdzisz, a ty nie jesteś ciekawska nic a nic, bo z jednej strony gówno cię wszystko obchodzi, a z drugiej ciągnie cię tylko do takich historii, które sama sobie wymyślasz i które ci pasują. A prawda jest taka, że nigdy nie byłam facetem, kochanie.

Ale nie chcę o tym gadać, chcę mówić od początku, a czy ja byłam, czy nie byłam facetem, to żaden początek, tak mi się wydaje. Tamtego dnia od razu was przyuważyłam w dzielnicy. Raniutko było i wy tacy od czapy, jakbyście się na piknik wybrali, nawet miałaś na sobie sportowe obuwie i spodnie, mniej więcej takie, w jakie się teraz ubierasz na wakacje w dżungli; myślałaś sobie, że wybrać się do slumsów to jak pojechać na safari, a zresztą co ja tam wiem, co sobie myślałaś, chyba nie miałaś pojęcia, że my ubieramy się normalnie, jak wszyscy, tak do pracy, tak na tańce, a tak po domu, nie jak ty, co wyglądałaś, jakbyś miała polować na niedźwiedzia albo spacerować po ruchomych piaskach. A Daniel elegancki facet, śliczny chłopak był z tego Daniela, bardzo mi się spodobał tego dnia, jak go zobaczyłam, i te niebieskie oczy, i te włosy srebrzyste, padłam z wrażenia. No cóż, Qüity, też cnotką nie byłaś i dobrze wiesz, że przed tobą ja z dziewczynami nic a nic, co najwyżej muszelkę jakąś wylizałam, jeśli co bardziej pojebani klienci płacili za show. Ale nie o tym chcę mówić, a o Danim. Pomyślałam, że to pies, bo przy śniadaniu cały czas ukradkiem pstrykał zdjęcia, ale z drugiej strony wyglądał na zbyt dzianego, poza tym był z tobą, a ja uznałam, że jesteś z telewizji, wyglądałaś mi na jedną z tych odjechanych pind, co zjawiały się w dzielnicy tylko po to, żeby kręcić reportaże, albo po towar, trochę taka wydawałaś się przymulona, błyskawicznie cię zaszufladkowałam. No i sama widzisz, gdzie zaszłyśmy, królowo ty moja. Do głowy by ci to przyszło kiedykolwiek? Matki dzieciom, z tarasem na Karaiby, sławne na świat cały! Od cudu Matki Boskiej na tamtym komisariacie wiedziałam, że czekają mnie w życiu wspaniałości, ale nawet w pijanym widzie nie przyszłoby mi do głowy, że będę kiedykolwiek tu, gdzie jestem, że zostanę matką twojej córki, w takim pałacu, i na okrągło w telewizji. Nie, no to akurat wiedziałam od małego: chciałam być gwiazdą i występować w telewizji, a nawet ci powiem, że bardziej występować w telewizji, niż być gwiazdą. Że mi się udało? Trochę tak, trochę nie. W telewizji jestem, owszem, ale jaka tam ze mnie gwiazda, raczej już pół zakonnica, choć pewnie wyglądam na zdzirę, jak sama mówisz, że wyglądam; wiem, że jestem sławna, bo rozmawiam z Matką Boską, nie dzięki swoim cyckom, a mam je przecież całkiem, całkiem. Jak na hetero to trzeba ci przyznać, żeś się niewąsko napaliła, nic cię nie było w stanie powstrzymać, a z tymi kobylimi wymionami, które mi zafundowałaś w Miami i które tak lubisz, poczułam się jak wilczyca karmiąca Remusa i Romulusa.

Qüity, kochanie, ja naprawdę wiem, że występuję w telewizji dzięki Matce Boskiej i dzięki umarłym, i dzięki tobie, bo ty przecież napisałaś wszystkie teksty naszej cumbia-opery, która wylansowała mnie na szczyty ogólnoświatowej latynoskiej sławy. A teraz szykujesz książkę i ja od razu sobie wyobrażam, że sprzedasz ją w Hollywoodzie i że zagra mnie tam zdzirowaty i salwadorski synalek Madonny. Nie, Matka Boska nic nie mówi. No wiesz, możesz przecież sobie wyobrazić, że ona, gwiazda od dwóch tysięcy lat, ulotną sławą w ogóle się nie interesuje, choć wiele rozumie, nie mam pojęcia jak, ale chyba mocno wryło jej się w wieczną pamięć dawne, jeszcze śmiertelne serduszko i dlatego wciąż wszystko rozumie, choć trudno to pojąć. Niewiarygodne, nie żyje od dwóch tysięcy lat i nadal pamięta! Ojejku, to znaczy żyje w nieśmiertelności, od dwóch tysięcy lat w nieśmiertelności, chciałam powiedzieć. Ci twoi greccy bogowie też rozumieją. Nie, nie, Qüity, nie ma co się dziwić, że mogą rozumieć, jeśli to oni nas stworzyli lub stworzyli ich ci sami, co nas stworzyli. Ojej, ale ty jesteś, nie wiem, dlaczego ja cię tak bardzo kocham: minuty spokoju przez ciebie nie uświadczę, mało to mam pracy, a jeszcze Marią Cleopatrą się zajmuję, bo ty oczywiście nawet sekundy dziecku nie możesz poświęcić, serce ty moje, nawet przywilej noszenia jej w brzuchu cię nie usprawiedliwia. Tak, tak, wiem, że aligatory też zostały stworzone przez Pana Boga i że aligatorów, twoim zdaniem, nie da się zrozumieć, mimo że mamy z nimi tego samego ojca. Ale mnie się zdaje, że akurat Juancha rozumiem całkiem dobrze: od kiedy przeniosłam go do innego basenu i daję mu żaby bioorganiczne oraz patagońskiego łososia, patrzy na mnie czułym wzrokiem; on tylko chce trochę wygody, pysznego jedzenia i miłości. Czy to takie dla ciebie dziwne, żabciu? Oczywiście, że chce być kochany, nawet kamienie chcą być kochane. Nie wygaduję żadnych głupstw. Teraz jest moja kolej i nadal będę ci nagrywać moje komentarze, Qüity, bo ty sobie piszesz, a ja też chcę swoją prawdę opowiedzieć. Wiem, że nigdy nie nazwałaś mnie wariatką, ale w twojej książce wychodzę właśnie na świrkę, więc włączysz to, co ci mówię, umiłowanie moje, a jeśli nie, to wymazujesz mnie z książki. Albo sama to włączę, bo mam prawo być wysłuchana.

No więc wtedy rano pomyślałam, że on wygląda na dzianego psa, ale ponieważ był z tobą, to uznałam, że jesteście z telewizji albo coś takiego i że robicie po kryjomu jakiś reportaż, cholera wie, dlaczego po kryjomu, nie zastanawiałam się nad tym, tak czy owak, nie widziałam w tym żadnego problemu, bo już miałam pewność, że pokażą mnie w telewizji, no tak, Matka Boska mi wcześniej powiedziała, a tamtego dnia rano byłam już całkiem pewna, kiedy zmyła się przez wrzaski Susany, pamiętasz, tak, wiem, że o tym napisałaś, ale teraz moja kolej na wspomnienia, a skąd niby mam wiedzieć, dlaczego cię pytam, skoro wiem, nie wszystko w życiu jest takie proste, gadam i cię pytam, z czułości chyba, bo dzielimy się wspomnieniami, bo już nawet nie potrafię myśleć o sobie, nie rozmawiając z tobą. Porzuciła Susana inwalidzki wózek zakopany w błocie i z wrzaskiem ruszyła przed siebie, brodząc w kałużach jak wariatka na tych swoich nogach właśnie uzdrowionych, za cud dziękując i zaklinając się, że znajdzie dla mnie miejsce w nowym sezonie swojego programu. Trochę się wściekłam na te jej wrzaski: "Co się tak wydzierasz, che? Matce Boskiej to nie w smak; odeszła i nawet mnie nie pocałowała jak zwykle. Powiedziała tylko: "Módlcie się aby córo moja, a Bóg szczodry ukróci twoje kłopoty, ja zaś dam ci obronienie" albo coś w tym stylu", bardziej tak po starohiszpańskiemu mówiła wtedy nasza Matka Boska, też to zauważyłaś?

4. Qüity: "Matka Boska mówiła jak średniowieczna Hiszpanka"

Matka Boska mówiła jak średniowieczna Hiszpanka, a dzień zaczynał się od pierwszej cumbii. Każdy wyrażał to, co chciał powiedzieć, podług własnej składni i w ten sposób wymyśliliśmy język cumbiański, w którym toczyły się historie każdego z nas: słuchałam o miłości i kulach, złodziejstwie i seksie, cumbii szczęśliwych, cumbii smutnych i cumbii wściekłych przez cały dzień. Teraz już nie chcę niczego słuchać. I stąd ten salon biały, te okna opancerzone, i ta kontrolowana temperatura. Piszę o tym, co wydarzyło się przedtem, i nic albo prawie nic wokół mnie się nie zmienia: moja córka rośnie hałaśliwie w innej części domu, a Cleo starzeje się i nie jest w stanie się połapać w swej tożsamości przy zamożnych, utlenionych i rozlazłych kurwiszonach z Miami. Choć to ona jest religijna, w naszej rodzinie to ja jestem mnichem; Cleo żyje zanurzona w tym, co się zmienia, przy otwartych oknach i w nieustannym zgiełku, tak samo, jak żyliśmy wtedy. Mieliśmy system łączności oparty na lewych komórkach, ale gówno z tego wyszło; nawyk komunikowania się poprzez krzyki: "Ruda zrobiła se zęby", "Uwaga, psy od obwodnicy", "Jessica ma chyba nowego przydupasa" czy cokolwiek akurat się wydarzyło, od slumsu do slumsu, nie słabł, a nawet jeśli słabł, to tylko dlatego, że zwykle i tak każdy zachodził do każdego o każdej porze. Pod byle pretekstem, a to z ciastkami, a to z frytkami, z kiełbaskami i piwem, i rozkręcała się fiesta albo po prostu kręciła się dalej. Bo i taka jest prawda, cała dzielnica slumsów emanowała radością. Wydawało się, że to za sprawą Matki Boskiej i Cleo, ale nie, to byliśmy my wszyscy, to była moc wspólnoty.

[dom na wysypisku, Buenos Aires, 1901]

Teraz już to wiem, ale nie potrafię wytrzymać najmniejszego hałasu, jestem pewna, że gdyby ktoś puścił mi cumbię na cały regulator, tobym go zabiła. Źle znoszę ludzi, prawie nie wychodzę, niczym wariatka ze strychu, tyle że w nowoczesnym wydaniu: fiksatka z bunkra. O dziwo to wyizolowanie jest moim największym osiągnięciem w procesie adaptacji do amerykańskiego społeczeństwa. Należę do Bunker's Clubu, stowarzyszenia chorych zasrańców pozamykanych w inkubatorach tyleż nieprzystępnych, co samoistnych. Dwa lata mogłabym stąd nie wychodzić, a są i tacy, co daliby się zamknąć na dziesięć lub dwadzieścia, choć zawsze sądziłam, że ten, kto zamyka się na dziesięć lat, już nigdy nie wychodzi, jak tamten mnich z Cuzco, co przez dwie dekady siedział w jakiejś grocie, malując piekło za piekłem, zresztą co mógł innego malować, siedząc przez dwie dekady w jaskini, a kiedy wyszedł, był już trupem. Ja czasem wychodzę - na słońce. Idę na plażę z małą Marią Cleopatrą i robimy babki i zamki z piasku, i mała śmieje się, cała szczęśliwa, że ma tę matkę tylko dla siebie. Od niej też się odsuwam: myślę o wyspie pełnej komarów i tak wilgotnej, że aż się oddychać nie dało, o miejscu, gdzie przespałam sporą część ciąży. Mogę myśleć o tym, co było wcześniej, o slumsach, i o tym, co było później, o ucieczce, ale nie pamiętam szczegółów, dat, imion, moja pamięć jest udręczona tym, czego nie mogę pamiętać, a pamiętam: obraz Kevina ze stopami w wodzie, z czołem w błocie, w krwawym błocie wokół stawu z unoszącymi się na powierzchni bladawymi karpiami.

Ucieczka miała być raczej szybka. Zamierzałyśmy, wiosłując, dopłynąć do Carmelo w Urugwaju, w końcu jednak zostałyśmy jakieś trzy miesiące na wyspie. Ja wciąż z Cleo, a Cleo wciąż z głową Matki Boskiej Łepetyńskiej, tym kawałkiem cementu, który nawet teraz, kiedy po sukcesie naszej cumbia-opery stać nas na kupowanie sztuki, stoi w livingu, na samym środku. Bo środek livingu mojego domu to ołtarz. Nie wierzę ani w Świętą Trójcę, ani w jej prawowitą małżonkę, matkę, siostrę i córkę umiłowaną, ale żyję z Cleopatrą, moją żoną, matką mojej córki, kocham ją i na tę akurat trójcę przystaję. Zaczęłyśmy nasz exodus w marcu, a skończyłyśmy dopiero pod koniec czerwca, prawie dwa lata po tym, jak rozbawieni ruszyliśmy z Danielem w drogę do dzielnicy nędzy.

Nie wiedzieliśmy, że ta droga była jak zakręt albo jak przejście do innego wymiaru, najważniejsza w naszym życiu zmiana ekranu. Przynajmniej w moim życiu, nie wiem, czy Daniel mógł zmienić swój, chyba nie, tak mi się wydaje. Zatrzymaliśmy się przy autostradzie na kawę... To musiało być w pierwszych dniach listopada: dobrze pamiętam tłum obdartusów z dłońmi obsypanymi białym kwieciem. Wrzeszcząc: "Jaśmin świeżutki! Świeżutki jaśmin! Elegancki bukiecik dla laluni? Może życzysz sobie bukiecik, laluniu? Szefie, kup dziewczynie kwiatki, za parę groszy", rzucali się na przednią szybę samochodu. Życzyłam sobie, zapach zrobił na Danielu wrażenie, a obdartus odszedł z jakimiś drobniakami i cały: szczęściarz, inni dość często kończyli pod kołami, co i raz asfalt zalewał się ich rozprutymi bebechami i nikt się nie zatrzymywał, i taki wprasowany koniec czekał tych chłopaków, jak i masę psów na tych drogach.

No więc gdzieś na początku listopada udaliśmy się do dzielnicy, Daniel i ja, ech, ta nietrwałość pierwszej osoby liczby mnogiej, opierającej się właściwie na czym, bo niby jakie łączyły nas więzi? Owszem, trwałe, nie ma co, trwałe na zawsze: od momentu, kiedy się spotkaliśmy, do jego śmierci. Może to przez dziecięcą wiarę, jaką obdarzał swoje kirlianowskie zdjęcia? Trzeba wiedzieć, że moja aura jest niebieska, "niebieski zaś jest kolorem dusz szlachetnych", zapewniał z niezachwianym przekonaniem. Taka trochę inżynierska była ta jego wiara, posiłkować się musiał optyką i całą elektroniczną wymyślnością kirlianowskiego aparatu, by uwierzyć w istnienie, w istnienie dobra, i w kolor absolutu, niebieski. Ja miałam w sobie dobro, zdaniem Daniela. Czy taka pewność nie stanowi już wystarczającej więzi?

Ale nie wszystko między nami było tak uduchowione. Zaczynaliśmy od relacji czysto zawodowych: ja redagowałam kronikę policyjną w dużym dzienniku, a on był funkcjonariuszem argentyńskich służb wywiadowczych SIDE. Poznaliśmy się, kiedy wysłano mnie do okropnego przypadku, morderstwa biednej dziewczyny na imprezie bogatych dzieciaków. "Zabójstwo", mawiał Daniel, który nie zawsze obawiał się truizmów, "jest czasem złem koniecznym". Ale żeby nafaszerować nastolatkę dragami, żeby później spuszczać się na nią i spuszczać z niej krew, szarpać ją na strzępy, jakby "sfora tygrysów posuwała łanię, jednocześnie wtranżalając ją na śniadanko", póki życie z niej całkiem nie uszło, i pogrzebać, kiedy życie jeszcze nie całkiem z niej uszło - to nie wydawało mu się właściwe dla królestwa konieczności. A poza tym, to już ja sobie pomyślałam, te bogate dzieciaki może i były bogate, ale nie aż tak, żeby zapewniło im to w sądzie niepoczytalność, "no i to jednak nie jest Ciudad Juarez", wyjaśnił Daniel. Wyglądał na szczerze wzburzonego: "Nie musieli tego robić. To nie było konieczne: te skurwysynki chciały się po prostu lepiej zabawić albo, co gorsza, w ten sposób podniecić, albo - i to już koszmar - kręci ich zabijanie dla rozrywki", zawyrokował stoik, który wierzył w morderstwo bez przyjemności, w trakcie tej pierwszej spośród setek kaw, jakie mieliśmy razem wypić. Nie tylko te jego kirlianowskie fotografie nas zbliżyły: on też studiował filologię i też przerwał studia. On akurat - dla SIDE, "popełniając wielki błąd: zrobiłem ze swojego życia smętną i nudną powieść szpiegowską, chociaż marzyłem, żeby raczej napisać taką, co by zapierała dech w piersiach", powiedział mi tamtego wieczoru w barze, dwa albo trzy lata przed owym listopadowym porankiem, który okazał się, owszem, początkiem tego, co ma być moim życiem już do końca, jak sądzę, i co, jak mi się wówczas wydawało, miało stanowić jakiś rodzaj powrotu do literatury. Bo też chciałam być pisarką i studiowałam filologię klasyczną, ale porzuciłam artystyczne ambicje i grekę dla gazety oraz dobrej kokainy, którą zapewniały mi bezproblemowe układy z policją. I nic, tylko pracowałam i ćpałam, a moi informatorzy, policjanci, dilerzy, złodzieje, sędziowie, adwokaci i prokuratorzy zostawali moimi przyjaciółmi i kochankami, moją rodziną. To było moje życie.

Kiedy Daniel opowiedział mi co nieco o życiu Cleopatry, pomyślałam, że trafiłam na temat książki, który pozwoliłby mi wystąpić o sto tysięcy dolarów - zaliczkę, jaką Fundacja Nowego Dziennikarstwa wypłacała a konto interesujących ją reportaży. A transwestyta, który w łączności z matką niebieską organizuje życie w dzielnicy nędzy, lourdeńska pastereczka lodziara, święta dziwka z kutasem - to musiało ich zainteresować. I mogłabym wypiąć się na gazetę, i wrócić do początku, do literatury, do Greków, do spokojnego ferworu przekładów i oschłej przemocy akademickich polemik.

I w jakimś stopniu tak się właśnie stało: tamtego listopadowego poranka Daniel, który wierzył, że jest we mnie dobro, i ja, która chciałam, aby rzeczywiście było, weszliśmy na teren slumsów. I listopad, kwiaty jaśminu, dragi, świt na autostradzie, redakcja, Daniel, jego kirlianowski aparat, ja, mój smith & wesson, wiadukty, asfalt, bebechy, pole golfowe, wszystko to zeszło razem z nami do slumsów, po zielonym stoku trawnika, który gwałtownie wpadał na ografitowany mur El Poso, tego pstrokatego i mrocznego miejsca, tego wrzaskliwego i jątrzącego się skupiska życia i śmierci.

5. Qüity: "A wszystko to przez kurwy gliny"

A wszystko to przez kurwy gliny

kiedy mi gębę rozkwasili,

wtedy zjawiła się Maryja

i twarz mi naprawiła w jednej chwili

i w łagodnych słowach sobie zażyczyła

żebym nikomu loda nie robiła

jak byle dziwka

Ale nim zawitałam do dzielnicy, zstępując z wyżyn autostrady niczym woda, która często ich zalewała, ujrzałam ją, Cleo, piękną Cleo, i usłyszałam, złotoustą, na ekranie. Dani skopiował mi filmiki z El Poso i kartotekę Siostry Cleopatry, jak wówczas ją nazywano. Dość nielegalne to było, bo to, co sfilmuje SIDE, zasadniczo tylko oni mogą oglądać i każdy materiał jest niszczony, jeśli nie doszło do przestępstwa. Od czasu kiedy mur otaczający dzielnicę naszpikowano kamerami, dewocyjne rytuały "Siostry" zaczęły przypominać rewiowe inscenizacje telewizyjnej diwy. Cleopatra, "Kleo", jak podawała w seksanonsach, zanim Bóg do niej przemówił, przybrała, po tym jak Bóg do niej przemówił, look Evy Perón i radziła sobie przed kamerą nie gorzej niż Susana Giménez, jej absolutna idolka z dzieciństwa. Pierwsze wzmianki, jakie o niej znaleźli, pochodziły ze szpitala, z więzienia i papierowych gazet. Miała dwanaście lat i jeszcze nazywała się Carlos Guillermo, a ojciec prawie zatłukł ją na śmierć gołymi pięściami, "że kurewska ciota", jak tłumaczył dziennikarzowi z "Crónica", który zatytułował incydent: "Homofobiczne barbarzyństwo. Ojciec niemal zabija najstarszego syna, bo dzieciak chce być jak Susana". Do szpitala poszli z nią wywiad przeprowadzić, Susana Giménez bardzo się wzruszyła na wieść, że tak ją dzieciak ubóstwia, i zaprosiła go do swojego programu, i tam Carlos Guillermo zdecydowanie przeistoczył się w Kleo, jeszcze o kulach, ale już tańcząc w uniesieniu pośród pierzastych boa, którymi diwa przystroiła jej szyję. Parę lat później Kleo znów pojawiła się w światłach reflektorów: chociaż raz najubożsi mogli nacieszyć się najnowszą technologią. Skoro bogaci mają kamery i mury, to dlaczego nie ogrodzić murami slumsów i nie zamontować w nich kamer? Biedni też zasługują na poczucie bezpieczeństwa, zasługują, żeby ktoś ich chronił przed bandami złodziejskich wyrostków, którzy, owszem, nawet ich potrafią okraść, tak brzmiała argumentacja klas średnich, klas wyższych, urzędników państwowych i mediów. Wyrostkom nic a nic nie przypadło to do gustu, początkowo obrzucali kamery farbą, ale nazajutrz psiarnia wkraczała do akcji i wyłapywała tych, którzy się nagrali; dlatego potem zaczęli zakładać kominiarki, jak dawniej zapatyści, a wtedy psy rozwalały pierwszy dom z brzegu, żeby jego mieszkańcy zadenuncjowali sprawcę. Więc poddali się w końcu: kiedy szli na jumę, dzielili się łupem z policjantami. Kamery nadal nagrywały, filmiki zaczęły krążyć, a Cleopatra miała radochę. Z włosami ściągniętymi w kok jak u Evity, Chorążej Ubogich, ta "święta transwestyta", otoczona świtą przelotnych kochanków, kurew, dzieciaków i innych transwestytów, głosiła dobrą nowinę, obejmując posąg Matki Boskiej, którą jakiś murarz zrobił jej w podzięce. Obdarzona łepetyną jak dynia i wielkim kinolem, nieco rachityczna, z krzyżem w prawej dłoni i z sercem w lewej, Maryja przewodniczyła tym zgromadzeniom, spoglądając z wdzięcznością w górę, "jakby tyłkiem wciągała kutasa", co tymi właśnie słowy opisywała siostrzenica Cleo, Jessica, która widocznie sama dziękowała niebu za każdą podobną okazję. "Którejś nocy", Cleopatra na wideo relacjonowała swoim wiernym pierwszy cud, "psy wpadły do lokalu, w którym byłam na robocie". Trenowała w dzieciństwie karate, więc paru z nich rąbnęła. Zabrali ją na komisariat. Przecięli kable od kamer i wrzeszcząc: "Ty zasrany pedale, no to teraz zobaczysz, co znaczy prawdziwy mężczyzna", pobili ją i zgwałcili po kolei, wszyscy, łącznie z obecnymi tam więźniami, co dowodnie wykazało, jak bardzo zdemokratyzowały się służby mundurowe od czasu, gdy posyłają funkcjonariuszy na studia. Ledwo już żywa, dusząc się własną krwią i spermą całego komisariatu, miała wizję: Dziewica Maryja, "boska, włosy blond, bardziej blond niż u Susany, caluteńka na biało, jakby w jedwabnej tunice, wytarła mi twarz chusteczką higieniczną, nie mam pojęcia, skąd ją wytrzasnęła, chyba trzymała w rękawie, a zresztą, skąd ja mam wiedzieć, gdzie ją trzymała, że też pytacie mnie o takie idiotyzmy, no więc posadziła mnie sobie na kolanach i powiedziała, żebym się nie martwiła, że ona się mną zaopiekuje, że nie pozwoli, by jej kolejne dziecko na śmierć skatowano, i że co oni sobie myślą. Powiedziała mi, że muszę odmienić swoje życie, że źle czynię, "chędożąc", co znaczy pieprząc się, przez okrąglutki dzień, i żebym zaczęła dbać o siebie. A że mówiła tak z hiszpańska jak królowa Sofía, więc trochę mnie to śmieszyło. I zapytała, z czego się śmieję, a ja jej powiedziałam, ale jest taka dobra, że się nie rozzłościła i też się roześmiała, i pocałowała mnie w czoło. Że jestem bardzo sympatyczna i żebym ożeniła się z jej synem, on też mnie weźmie pod opiekę, powiedziała. I zaczęła opowiadać mi o tym, co wydarzy się w przyszłości, a później o tym, co już się wydarzyło, i tak się czułam, jakby lata całe tak przy mnie była, jakby czas się cofnął, a ona trzymała mnie w ramionach, od kiedy byłam malutka, po tym, kiedy tata o mało mnie nie zabił, i leczyła mnie ze wszystkiego, bo nawet przestałam być kuternogą, jak się ocknęłam. Psy to mało nie wykitowały: wszyscy myśleli, że już nie żyję, a ja wstałam jakby nigdy nic i powiedziałam im, żeby wyrazili skruchę, że Jezus i Matka Boska wybaczą im, jeśli wyrażą skruchę, i przyszli do celi, gdzie mnie zostawili, i zobaczyli, że tam czyściuteńko i bosko, a ja olśniewająca wprost, jakbym noc spędziła na puchowym materacu, w jedwabnych atłasach, tak wyglądałam, przy śniadaniu mnie zastali, bo Matka Boska zostawiła mi herbatę z mlekiem i rogaliki. Zbaranieli, kiedy drzwi do mnie otworzyli i zobaczyli, jak ku nim zmierzam, nie kulejąc w ogóle, niczym królowa jakaś, zero śladów, tylko kamer telewizyjnych brakowało tego ranka".

6. Qüity: "Tego ranka po obejrzeniu wideo"

Tego ranka po obejrzeniu wideo Dani i ja wystartowaliśmy do slumsów. On chciał zrobić Cleo zdjęcie kirlianowskie, ja - napisać reportaż roku. Lubiłam kierować się na północ, w dali dostrzegać rzekę, choćby jej ujścia tylko, poczuć zapach wody, uspokoić się wraz z pejzażem w miarę zbliżania się do Delty. Ale tym razem na tej bliskości jedynie się skończyło, bo ledwie dostrzegliśmy dzielnicę, od razu zjechaliśmy z autostrady. Znajduje się na najniżej w okolicy położonych terenach: wszystko łagodnie ku niej opada, oprócz poziomu życia, ten nie opada, a roztrzaskuje się na murze grubym na dziesięć centymetrów, którego potencjału reklamowego miejskie władze nie omieszkały wykorzystać. To było ostatnie zwierciadło zamożnych mieszkańców, ostatnia bariera ochronna: zamiast slumsów widzieli samych siebie, jak wyretuszowani nieruchomieją na banerach reklamowych na szczycie świata, ze swoimi komórkami, swoimi samochodami, swoimi perfumami i swoimi wakacjami.

Aż żal, że tyle dobra zostaje zatrzymane przed tą obskurną bramą nędzarzy. Wieńczył ją kolorowy transparent: "Witamy w El Poso", a pomalowane cementowe gołąbki próbowały, jak sądzę, trzymać go w swoich dziobkach, choć sprawiały wrażenie ptaków, które się właśnie roztrzaskały; wyglądały jak skrzydlate piłeczki wgniecione w wierzchołki transparentu. Obok każdej bramy stały policyjne budki starannie pokryte kilkoma dekoracyjnymi warstwami: pierwszą regulaminowo ciemnobłękitną, drugą z kurakiem herbu Buenos Aires i trzecią z rudymi syrenkami, z żółtą łodzią podwodną i z bożą dzieciną stąpającą po niebiańskiej kałuży, a w niej zielone ryby, ukwiały, wszystko z oczkami, w uśmiechach, na tle ciemnoniebieskich barw sił porządku publicznego naszej prowincji. Kolejne malunki prezentowały wszelkiej maści kutasiki, którymi hojnie obdarzeni byli wszyscy, łącznie z bożą dzieciną. Gdyby nie te kutasiki i wszechobecny smród gówna, można by odnieść wrażenie, że przekracza się próg katolickiego przedszkola w dzielnicy biedoty. I takim kolejnym rysuneczkiem, zdziwioną ośmiorniczką, zdał się nam gliniarz, kiedy wysunął głowę. Służby wywiadowcze i prasa - okazane przez Daniela i przeze mnie legitymacje otworzyły nam drogę.

"Zapraszam, zapraszam pana", "życzę panu miłego dnia", ośmiorniczka miał uważanie dla hierarchii, aczkolwiek nie mógł opanować ciekawości.

- Państwo na spotkanie z Siostrą, proszę pana?

- Pańska godność, kapralu?

- John-John Galíndez, panie komisarzu.

- Czy to pan, kapralu Galíndez, jesteście autorem tego dzieła sztuki? - zapytał złośliwie Dani, spoglądając na dekoracje budki.

- Pudło, panie komisarzu. Artystką jest Jessica, siostrzenica Siostry. A może panienka napiłaby się mate?

- Owszem, dziękuję John-John. Dużo roboty?

- Nie za bardzo, szczerze powiedziawszy... Od kiedy Matka Boska tu zachodzi, dzielnica jest bardzo spokojna. Bardzo jest spokojna. Utrapienie to my mamy teraz z ochroniarzami z firmy Condor. Nawet ćpuny wstają skoro świt, żeby posłuchać Siostry, która wszystkich pokrzepi. Nie do wiary, nawet pan sobie nie wyobraża, panie komisarzu, panienka mi wybaczy, to była superluks dupa, robiła na San Isidro, nieopodal Katedry. Droga była jak cholera, dla koneserów wyłącznie - Galíndez zamilkł, rozejrzał się na boki i już szeptem kontynuował: - Ponoć była kochanką biskupa.

- A nie jest jakby zanadto wyrośnięta jak na gusta biskupa, panie kapralu?

- Ja... co ja tam mogę wiedzieć, ja nie jestem dziennikarzem, proszę panienki, ludzie tak rozpowiadają, kto tam może wiedzieć, każda reguła ma swoje odstępstwo, prawda? - zastrzegł się kapral. - Poza tym przecież Cleopatra też była mikra, zanim wyrosła taka duża.

- I zanim została Cleopatrą - uściślił Dani i gliniarz się zaśmiał. Zdążył się zakumplować, pewnie pomyślał: "Fajny gość z tego tajniaka" i już bez oporów najmniejszych trajkotał w najlepsze: od ośmiu lat pełnił służbę na tym komisariacie. W dzień cudu nie było go tam, ale inni byli. "Siostra wszystkim nam przebaczyła", powtarzał do znudzenia, zdziwiony, że rzeczy, których sam się dopuszczał, mogą doczekać się przebaczenia ze strony ofiary. Rozważywszy to na trzeźwo, miał oczywiście rację, takie rzeczy nie powinny być wybaczane, nawet jeśli Cleopatra uważa, że jestem pamiętliwa i że wszyscy się nawzajem pozabijamy, jeśli ktoś nie przystopuje. Kapral relacjonował nam dalej: "To nie do wiary, ale ja też widziałem ten cud. Jedną nogę Cleopatra miała krótszą od drugiej, tak jej zostało po łomocie, jaki dostała od ojca. Nie uwierzą państwo, ale on był policjantem, sierżant Ramón Lobos, chociaż wylano go później za branie w łapę. Kiedy dzieciak okazał się jakiś taki, no dziwny przynajmniej, chciał go zabić. Wiecie, w służbach naszych jest jeszcze wiele uprzedzeń".

Jak już wspominałam, myślę, że to był listopadowy poranek, niemniej pamiętam, że było jeszcze rześko. Schroniliśmy się w stróżówce Johna-Johna, który parzył mate i wyjaśniał przesądy panujące w służbach: "Na uniwersytecie mamy zajęcia z praw człowieka. Na egzaminie, żeby nie oblać, wszyscy piszą, że to niedobrze dyskryminować kloszardów, pedałów, Żydów, Boliwijczyków, a później, jak tylko mogą przypierdolić, to przypierdalają. Ale tutaj już nie, tu już nawet kloszardom nie przypierdalamy, musimy ich bronić przed Agencją". Nie kłamał, wszystkim było wiadomo, że skończyły się haracze pobierane przez gliny od kioskarzy i gliniarze zaczęli chronić mieszkańców slumsów, bo potrzebowali rąk do pracy. Byli zdesperowani, ktoś musiał przecież iść i poszukać forsy, której akurat brakowało jak nigdy, i ktoś musiał stawić czoło byłym kolegom, teraz zatrudnionym w firmie ochroniarskiej, "podporządkowanym temu pieprzonemu szaleńcowi", nie zawahał się stwierdzić John-John, "Bestii, któremu się wydaje, że Bóg do niego przemawia, ale nikt nie widział, by zdołał uczynić jakikolwiek cud, chyba że za cud uznać podpalenie dziwki, która nie odpala należnej mu doli, i zagarnianie za każdym razem całej forsy. To z Panem Naszym Jezusem Chrystusem nie ma nic wspólnego". Na koniec opowiedział nam, że po pierwszym cudzie Cleopatry nawet komisarz okazał skruchę: rozpłakał się w końcu, "rozbeczał się jak dziecko, w spódnicę Siostry", jak wszyscy mniej więcej, jak w końcu ja sama co jakiś czas beczę, do dzisiaj nawet, nawet w moim bunkrze w Miami. Ale wtedy wyszliśmy z budki wartowniczej i weszliśmy na teren dzielnicy. I zanim jeszcze slumsy zaczęły znaczyć w moim życiu o wiele więcej niż smutny epizod na skraju autostrady prowadzącej nad Deltę, poznałam Bestię, ekspolicjanta, szefa najpotężniejszej agencji ochroniarskiej na terenie aglomeracji Buenos Aires, bossa wszystkich burdeli, alfonsów i prostytutek w regionie i prawą rękę szefa Juareza, najbardziej wpływowego przedsiębiorcy na rynku krajowym. Słowa nie zamieniłam z Bestią. Może widziałam go raz. Ale dokończyłam za niego jedno z jego dzieł i ta błaha ingerencja rzuciła mnie na drugą stronę, na stronę tych, którzy byli źródłem moich informatorów, tych, z którymi przeprowadzałam wywiady. To również połączyło mnie z Danielem.

[czempioni kolarstwa, Buenos Aires, styczeń 1902]

7. Qüity: "Tego dnia pracowałam nie wiadomo już ile godzin"

Tego dnia pracowałam nie wiadomo już ile godzin, obsługując porwanie przedsiębiorcy w Quilmes. W końcu zjadłam kolację z przyszłą wdową i przyszłymi sierotami czekającymi na telefon od porywaczy. Nie zadzwonili i zrobiło się późno, była chyba już trzecia w nocy, kiedy ruszyłam do siebie do domu.

Przez centrum Quilmes jechałam spokojnie, bo piłam, część dzielnicy slumsów, tę ciągnącą się wzdłuż autostrady, przejechałam jeszcze wolniej, bo zdarza się tam napotkać biegające luzem konie i pijaków, i kiedy do wyjazdu na górę, w kierunku autostrady, brakowało mi ostatnich pięciuset metrów i chciałam dodać gazu, zapadła ciemność: w całej okolicy zgasły żółtawe światła, które migotały w oknach i w prześwitach slumsów, tam, gdzie doprowadzone były przewody elektryczne, dach za dachem, niczym dynie ubożuchnego Halloweenu albo bożonarodzeniowe światełka w piekle. Zapadła cisza. Słyszałam tylko głuchy i niski szum pojazdów przejeżdżających górą, pół kilometra ode mnie, po oświetlonej autostradzie, dającej nadzieję i odległej jak brzeg dla tonącego.

Wyłączyłam światła samochodu; i tak właściwie niczego nie oświetlały, a ponadto, jak wszyscy wiemy, być jedynym obiektem na widoku to prawie tak, jak być jedynym celem. Wyciągnęłam z samochodowego schowka smith & wesson kaliber 38 i położyłam go na siedzeniu pasażera, nie mając pewności, że do czegokolwiek może mi się przydać: choć autostrada rozpraszała mroki, przydając scenerii nieco normalności, to spokój i cisza, niemal niezmącone - wzbudzały strach przed armią zombie, a nie bandą wyrostków złodziejaszków - tak bardzo uciskały płuca i mózg, że powietrza starczało mi na jedną tylko myśl: spieprzać stąd natychmiast. Na ulicy żywego ducha, nie słychać było najcichszego kwilenia, najlichszego podrygiwania cumbii, nawet przygaszonego warkociku samochodu czy choćby pojedynczego psiego ujadania, i jedyną poruszającą się tu, powoli i po ciemku, rzeczą było moje auto, jakbym tylko ja była żywą istotą. Ale wszyscy tu byli: zgaszenie światła i wyciszenie nawet oddechu to owa strategia dla potwierdzenia, że nie ma świadków, że nikt nie wie i nie chce wiedzieć, widzieć i słyszeć, co się dzieje.

A to, co się wydarzyło, zadziało się parę sekund po całkowitym zaciemnieniu, odwrotnie niż przy uderzeniu pioruna: wpierw dźwięk, skowyt przeraźliwy, który zamienił mnie w słup zwierzęcej trwogi, w zgrozę najeżoną, z tych, co to na samą myśl włosy stroszy. Wcisnąć pedał gazu i złapać za rewolwer, to wszystko, na co mnie było stać, ale żeby to zrobić, musiałam puścić kierownicę i samochód z całym impetem wpadł na krawężnik, i rozległ się, dołączając do rozdzierającego skowytu, metaliczny huk słupa wbijającego się w blachę tylnych drzwi. I nic więcej - wciąż tylko ciemność i spokój, jak na pustej scenie. A później pojawiło się światło: ludzka pochodnia w epileptycznym biegu, wykonująca pośród rozdzierającego krzyku niemożliwe dla ludzkiego ciała ruchy; biegła jak ktoś, kto zaraz ma upaść, spadała w przepaść własnych stóp, trzęsąc się w żarze ognia, który spalał ją żywcem i kazał jej falować w rytm płomienia.

Patrzyłam, jak pada. Buciki miała na obcasie, więc uznałam, że to dziewczyna. Patrzyłam, jak upada, i myślałam sobie, że nie można patrzeć tak sobie na coś podobnego i w ogóle nie reagować i chyba długo tak sobie myślałam, dwie sekundy, pięć, dziesięć sekund, aż poczułam, że już nie wytrzymam, że muszę się ruszyć, złapać płaszcz i wyskoczyć z samochodu. Byłam na takim haju, myślałam, że nocny ziąb porazi mnie i roztrzaska w drobny mak, niczym szkło, ale nie, nie poraził, odór ciała trawionego przez ogień nie poraził mnie, okrycie moim czerwonym płaszczem kobiety, która jęczała i wyła, i oddychała, rzężąc jak umierający wieloryb, i zgrzytała zębami jak skazańcy w piekle Dantego, nie poraziło mnie, osunięcie się na ziemię i przytulenie jej do piersi, jakby była niemowlakiem, i dogaszenie na niej płomieni nie poraziło mnie, spojrzenie w jej żywe jeszcze oczy w zwęglonej twarzyczce nie poraziło mnie, wyszeptanie jej "spokojnie, już po wszystkim" i okłamywanie, że wszystko będzie dobrze, nie poraziło mnie i przystawienie jej lufy trzydziestki ósemki do skroni nie poraziło mnie, ukołysanie jej nie poraziło mnie, upapranie się spalonym mięsem i posoką jej spieczonego ciała nie poraziło mnie, naciśnięcie spustu i prysznic krwi i mózgowia, jaki trysnął z jej głowy, też mnie nie poraziły.

W ciszy i mój wystrzał rozbrzmiał jak petarda w metalowej beczce, nie inaczej dudniło moje serce w pustce mego ciała: ten huk coś roztrzaskał, tak jak trzęsienie ziemi, które rozdarło zasłonę w świątyni, gdy umarł Chrystus. Moje uzbrojone ramię uniosło się, tak jak unosi się szlaban, i wyszłam z mojego życia na zawsze.

Huk wystrzału przypomniał mi o niebezpieczeństwie, choć jak dotąd nikt się jeszcze nie pojawił, i posłużyłam się pierwszą z owych licznych strategii, które od tamtej nocy miały naznaczać moje życie. Wróciłam do samochodu najciszej, jak mogłam, jakby huk strzału, który przed chwilą oddałam z litości, mogła wymazać byle cisza, i kiedy już wsiadłam, i upewniłam się, że drzwiczki są dobrze zamknięte, dodałam gazu, zwaliłam ostatecznie słup na ziemię i ruszyłam, paląc gumę. W lusterku wstecznym zdołałam dostrzec światła wozów Crónica TV kierujące się na dziewczynę i sunące za nimi niebieskie światła patroli, ale nie zatrzymałam się, dopóki nie dojechałam do Palermo, do domu, i nie zaczęłam oglądać siebie w łazienkowym lustrze, robiłam to godzinami i nieustannie srałam, jakbym zjadła jej ciało do ostatniej kosteczki.

Byłam cała czarna, twarz i rękę miałam oblepioną strupami, jakbym trzymała w objęciach przypieczone żeberka, a prawe przedramię pokrył spray samobójców i morderców strzelających prosto w twarz, spray, którego ślady widziałam na tylu nieboszczykach i o którym mówiło mi tylu koronerów, by usprawiedliwić swoje hipotezy, wzorek składający się z różnej wielkości punkcików krwi, mózgowia i prochu, i poczułam przeszywający strach, który burzył krew, wprawiając mnie w dygot z każdym uderzeniem tętna. Wzięłam kąpiel, szorowałam się gąbką kuchenną i detergentem, szarym mydłem, żelem i pianką do kąpieli. Przez chwilę zastanawiałam się, czy nie spalić ubrania, ale odrzuciło mnie na myśl o ogniu, choćby i najmniejszym płomyku z palnika kuchennego, wsadziłam więc całe swoje ubranie, łącznie z szarawarami, w które wskoczyłam po kąpieli, do bielinki, a że serce wciąż waliło mi jak petarda w kasie pancernej, zażyłam pół opakowania Alplaxu i poszłam do łóżka, i usiadłam, trzymając w dłoni rewolwer, który też wymoczyłam w bielince. Strupy doprowadzały mnie do obłędu, czułam się jak oszalały Makbet, ale życie w wieku XXI ma zalety: współczesna farmakologia znieczula najbardziej zatrwożonego mordercę. Spałam przez cały dzień i śniły mi się koszmary, a kiedy się obudziłam, czekały na mnie wiadomości od Daniela, który streścił mi, co wiedział: przy dziewczynie znaleziono kartkę z naklejonymi literami z gazety, nowy gatunek, powiedział Dani, coś w rodzaju biblijnego i złowieszczego popu na różne czcionki, rozmiary i kolory. Szło to tak: "woń mięsa spalonego przez ogień ułagodzi Jahwe". Rozpowszechniła się teoria, że według mediów to morderstwo mafijne, choć nie wiedziano, komu je przypisać. Ale my wiedzieliśmy. Daniel wiedział, a ja dowiedziałam się, kiedy usłyszałam wers z Księgi Kapłańskiej. To mógł być tylko i wyłącznie Bestia.

Daniel przyszedł do mnie do domu i w skrócie przekazał mi wszystkie informacje, jakie posiadał: dziewczyna była Paragwajką, na imię miała Evelyn, miała szesnaście lat, a od trzech lat poszukiwana była przez Interpol, od czasu, kiedy zniknęła ze swego domu w Ypacaraf. Gazety donosiły, że istnieją podejrzenia, jakoby została porwana przez siatkę handlarzy ludźmi. Daniel był tego pewien. I ja też. "Ktoś ją dobił z litości", powiedział Daniel. Ledwo łapałam oddech, piłam whisky i patrzyłam na zdjęcia Evelyn, które Daniel wyciągnął z archiwów Interpolu. Zaprzysięgłam sobie milczenie: zabicie kogoś, i nieważne, jakie eutanaintencje się za tym kryły, jest morderstwem, a za morderstwa zapadają długie wyroki w każdym wymiarze sprawiedliwości. Wyznanie tego komukolwiek było oddaniem się w jego ręce. Ale mogło też być swoistą abolicją, szukaniem wspólnika, żeby samej nie dźwigać ciężaru śmierci, doznać wsparcia, wyzwolenia, albo mogło oznaczać skok w ten wymiar zmysłowości, który nie zanika, gdy oddajesz się w ręce drugiego. Nie wiem: może było to tylko gadulstwo wynikające z upojenia alkoholowego, nie umiałam pić i siedzieć cicho, podobnie jak nigdy nie umiałam pokonać trudnej sytuacji bez butelki J&B w zasięgu ręki. Dobrze wybrałam powiernika: Dani mnie przytulił, zrobił mi fotografie Kirliana, żeby mi pokazać, że moja jest wciąż niebieska, dolał mi whisky i sam się napił, nie poszedł do pracy i rozgadał się, puścił wodze swojemu delirium mistyczno-elektronicznemu, powiedział mi, że materia posiada cztery stany, stały, płynny, gazowy i bioplazmowy, i nie obruszył się, kiedy wtrąciłam, że wobec tego woda nie byłaby materią, bo w szkole uczono nas, że występuje w trzech stanach skupienia, opowiedział mi, że rosyjski inżynier Siemion Dawidowicz Kirlian przeprowadzał w roku 1939 doświadczenie elektroterapeutyczne, elektrowstrząsowe?, zapytałam, ale on ciągnął dalej: chodzi o to, że Rosjanin, dotknąwszy niechcący jednej z elektrod, poczuł wyładowanie, a pod ręką miał właśnie arkusz papieru światłoczułego, na którym oparł dłoń i zrobił zdjęcie, i kiedy je wywołał, zobaczył, że wokół jego palców pojawiają się świetliste aureole; że to promieniowanie pochodzi od atomów składających się na ludzkie ciało, że posiadają one jądro składające się z protonów, neutronów i wielu innych cząstek subatomowych i że wokół tego jądra krążą elektrony z szybkością trzystu tysięcy kilometrów na sekundę, kreśląc eliptyczne orbity. Nie pamiętam jak, ale Daniel wytłumaczył mi, że to wszystko w jakiś sposób związane jest z duszą: w kolorach aury obecne są barwy psyche, zapewnił mnie, w sposób oczywisty uznając za pewnik związek między psyche a duszą. Mówił, coraz częściej zacinając się i jąkając, starał się jednocześnie trzymać prosto i pokazywał mi zdjęcia mojej postaci, bardziej niebieskie tego dnia niż przed Evelyn. "Niebieski", jąkał się, "to kolor dobra, Qüity". Później pokazał mi zdjęcia swojej aury czy też swojej duszy lub psyche, nie zrozumiałam, czy dla niego to jedno i to samo, czy też rzeczy odmienne. Widać było przyblakłe, przyszarzałe kolory wokół zarysu dłoni Daniela. Bo on, zaczął się zwierzać na cztery centymetry do końca butelki, też zabił. Ale to była zemsta, a nie eutanazja, uściślił. Odpłacił mi zwierzeniem za zwierzenie i w ten oto sposób trzymaliśmy siebie nawzajem w garści. Mówił płacząc, śliniąc się, pijąc whisky prosto z butelki, zalewając się tym, co nie trafiało w usta: miał córkę. Bardzo była do niego podobna, ale śliczna, powiedział. Dziewczyna była ekolożką i katoliczką, studiowała weterynarię i udzielała się charytatywnie w biedawioskach, kastrując i szczepiąc za darmo zwierzęta domowe. Z pracy ojca nie była zbyt dumna. "I tak miałem to gdzieś", wyjaśnił. Daniel troszczył się o nią: kupił jej mieszkanie, posyłał gliniarzy, by przechadzali się po biedawioskach w dni, w które tam przebywała, nawet zdołał skrzyknąć legion wspomagających ją wolontariuszy.

Chciałby poświęcać jej więcej czasu, mieszkać z nią, nie mógł sobie darować, że ominęło go jej dzieciństwo. Nie opowiedział mi, co się stało, ale nie było go. Ona, Diana miała na imię, była czystym światłem. Póki jakiś skurwysyn jej nie zabił. Porwał ją, torturował i gwałcił, póki mu się nie znudziło, i wtedy zastrzelił ją. Butelka była już pusta, a mnie ciężko było rozróżnić, czy ubranie Daniela zalewa whisky, łzy czy siki, bo zsikał się tej nocy. Mimo że w tym mniej więcej czasie dowiedział się o fotografiach Kirliana, a z nimi zyskał dowód na istnienie duszy, a tym samym dowody na istnienie Boga i Sądu, nie potrafił wyrzec się zemsty. Nie pierwszy raz zabijał kogoś, to oczywiste, "ale przedtem nie miałem dowodów, że Bóg istnieje, Qüity". Dowody nie dowody, ale kiedy natrafił na skurwysyna, wziął i pokawałkował go osobiście i niespiesznie. Ale, wyznał mi, nie poczuł się lepiej, jego córka już nie żyła i od tej chwili na wszystko było już za późno.

I już nic więcej nie powiedział. Wykąpał się, założył męską piżamę zostawioną u mnie przez ostatniego faceta, który był mniej więcej moim narzeczonym, nastawił pranie ze swoim ubraniem, umył podłogę, przyszedł do mojej sypialni i przytulał mnie jak ojciec przez całą noc. To był początek wielkiej przyjaźni. Rozmawiałam tylko z nim i tylko w czasie naszych spotkań.

Poprosiłam o zwolnienie lekarskie od psychiatry, bo spełniałam wszystkie wymagania, i zamknęłam się w domu, patrząc w lustra, usiłując znaleźć w swojej twarzy to, czego szukałam w oczach morderców, kiedy przeprowadzałam z nimi wywiady. Przez kilka miesięcy myślałam o tej dziewczynie, o tym zasranym życiu z gównianym zakończeniem. Wszystko kończy się śmiercią, ale tę dziewczynę pieprzyli codziennie, od rana do nocy, gdzie się dało i jak się dało, bili ją, pastwili się nad nią tak bardzo, że pozbawili ją wszystkiego, nic jej nie zostawili, choćby odrobiny czasu, choćby skraweczka własnego ciała, odarto ją z godności, z siebie samej, doprowadzając do tego, że stała się czymś całkowicie zewnętrznym, by potem zajebać ją na śmierć. Nie udało im się, to oczywiste, bo jednak próbowała uciekać. Stąd ten ogień: Bestia zrobił to już dwóm czy trzem dziewczynom, które odeszły wcześniej. Trochę mnie pocieszyło to, że nie wsadziłam jej lufy rewolweru do ust i że ją ukołysałam, i zgasiłam, i przytuliłam. Cierpiałaby i tak, nie miała już twarzy, prawie nie miała skóry, zabiłyby ją zakażenia, ale nie dlatego ją zabiłam: zastrzeliłam ją, bo nie mogłam ścierpieć takiego cierpienia, i tyle. Wciąż z przerażeniem wspominam, jak spojrzała mi w oczy i kiedy nacisnęłam spust, swoją zwęgloną ręką chwyciła moją lewą dłoń. Powinnam była zadzwonić po karetkę. Ale bałam się, że zjawią się ci, którzy ją podpalili, nie chciałam tracić ani chwili, zabiłam ją i odjechałam. Rozmawiałam później ze znajomymi koronerami i widziałam ciało Evelyn w chłodni, częściowo zwęglone, ale czyste, a to, co nie było zwęglone, było piękne, ciało młodej dziewczyny, stworzone po to, aby żyć, jak wszystkie ciała. I oni, lekarze sądowi, powiedzieli mi, że przypuszczalnie zmarłaby, że nawet lewa ręka oddzieliła się od ciała, tak była spalona i wnętrzności wyszły na wierzch, tak była zwęglona. Nie wiedzieli, jakim gównem ją podpalili, ciało było w takim stanie, w jakim są ciała wydobywane ze spalonych samolotów. "Ktoś zastrzelił ją z litości", powiedział mi Luis, szef koronerów, i uspokoił mnie nieco, choć i tak już nigdy nie byłam w stanie wrócić na tamtą stronę świata, na stronę tych, którzy żyją poza małymi auschwitzami, jakie ma Buenos Aires co kilka ulic. Evelyn była moim ticket to go, moim biletem. Zabiłam ją, a ona zrobiła ze mnie obywatelkę slumsu.