Prolog:Zbyt wiele myślą. Tacy są najgroźniejsi
Gdy pewnym krokiem zmierzał w kierunku Pola Marsowego, podobno nie myślał już o tym, że noc wcześniej żona miała koszmary. Podobno w ogóle niespecjalnie się tym przejął, co zresztą pośród ludzi rozumnych raczej nie powinno budzić zdziwienia. Podobno jednak nie był to pierwszy zignorowany sygnał. Już dawno temu imperator wiedział, że chudzielec Gaius Cassius Longinus zbyt wiele myśli. A tacy są najgroźniejsi. Zbyt wiele czyta. A tacy za dobrze rozumieją, co kryją postępki innych1. Szkoda, że Gaius Iulius Caesar nie wziął sobie tego do serca. Miał być dyktatorem in perpetuum, a wyszło jak zwykle.
Większość jego następców próbowała przynajmniej tego błędu uniknąć. Albo chociaż kontrolować, o czym i jak poddani myślą, jeśli już to muszą robić. Zresztą wielu poddanym wcale to nie przeszkadza. Myśleć samodzielnie nie zawsze jest przyjemnie, a i domyślić się też można wielu nieprzyjemnych rzeczy. Nie tylko na temat bliźnich.
Niniejsza książka to efekt namysłu nad myśleniem jako aktywnością decydującą o conditio humana. Aktywnością, którą każdy podejmuje na własny rachunek i w ten sposób siebie stwarza, ale którą można również wyzwalać lub wspierać u innych. Można też jednak samodzielne myślenie u innych niszczyć. Jest to zatem także książka o rozterkach kogoś, kto z powodów zawodowych za myślenie innych odpowiada. Ta odpowiedzialność wymaga nie tylko pokory, ale i przyjęcia indywidualnej perspektywy oglądu spraw. Stąd odwołania do własnych lekturowych i edukacyjnych doświadczeń oraz do doświadczeń osób, z którymi wspólny namysł było mi dane podejmować. Stąd też brak jakichkolwiek pretensji do narzucania komuś własnej wizji świata.
Czasem taka postawa naprawdę się opłaca, o czym najlepiej świadczy tytuł niniejszej książki: Literatura grozi myśleniem. Do takiej konkluzji doszła bowiem pewna 16-latka, Helena Romankiewicz, podczas jednej z naszych dyskusji podejmowanych w ramach uprawianej wspólnie edukacji humanistycznej (będzie o tym mowa szerzej zwłaszcza w rozdziale Raport z oblężonego świata). A trzeba dodać jeszcze, iż w tak rozumianej edukacji, a co za tym idzie i w niniejszej książce, świat zawsze oglądany jest poprzez literaturę. Traktujemy ją trochę tak, jak doradzał Paul Ricoeur, to znaczy jako "laboratorium eksperymentów myślowych", dzięki którym każdy może próbować w cudzym doświadczeniu rozpoznawać i konstruować siebie2. A jest co czytać i jest o czym myśleć. Wystarczy oczyma poetki spojrzeć choćby na ludzką dłoń:
Dwadzieścia siedem kości,
trzydzieści pięć mięśni,
około dwóch tysięcy komórek nerwowych
w każdej opuszce naszych pięciu palców.
To zupełnie wystarczy,
żeby napisać "Mein Kampf"
albo "Chatkę Puchatka"3.
Naturalnie o czytanym ciągle rozmawiamy i piszemy, żeby się dowiedzieć, co o tym wszystkim myślimy, żeby myślom naszym nadać jakiś kształt i żeby myśli te jakoś uporządkować. Większych ambicji, jeżeli chodzi o edukację humanistyczną, nie mamy.
Powiedzmy też od razu, że "edukacja humanistyczna" oraz inne pojęcia kluczowe dla reprezentowanej w niniejszej książce koncepcji zostaną objaśnione szczegółowo na koniec, w części Epilog: Słownik pojęć podstawowych. Słownik ten, nawiasem mówiąc, można traktować jako edukacyjne credo autora. Niekoniecznie jednak trzeba ten słownik czytać, jeżeli namysł nad sytuacją polskiej edukacji kogoś nie dotyczy. Wówczas wystarczy namysł nad literaturą, poprzez którą i tak widać cały świat i która naprawdę grozi myśleniem, jeżeli poszczególnych dzieł nie traktuje się jako muzealnych eksponatów, ułożonych w gablotach z nazwami poszczególnych epok i pilnowanych przez nobliwych strażników jedynej prawdy. I jeżeli nie każemy innym odtwarzać o tych eksponatach gotowych sądów, uprzednio spreparowanych i przekazanych do wierzenia w porządku naukowej dyscypliny.
Uwolniona z edukacyjnych schematów literatura rzeczywiście grozi myśleniem i obawiać się tego mogą zwłaszcza rozmaici edukacyjni "grabarze" i "zamykacze", jak ich nazwał George Steiner, którzy wykorzystując swą uprzywilejowaną pozycję, z ustami pełnymi wielkich słów albo frazesów, porażają "wrażliwość dziecka czy dorosłego najbardziej zjadliwym kwasem, nudą, duszącym gazem obojętności" i bez namysłu lub bez litości sprowadzają swoich podopiecznych "na własny poziom utrudzonej mowy"4.
Literatura rzeczywiście grozi myśleniem, co oznacza również, że każda odpowiedź nierozerwalnie wiąże się z odpowiedzialnością5. A to może budzić lęk u tych, którzy myślą, i u tych, którzy to myślenie organizują. Nie czujmy się jednak ani usprawiedliwieni, ani zwolnieni z obowiązku.
Gdyby przeczytać tytuły kolejnych rozdziałów niniejszej książki jeden po drugim, uzyskalibyśmy właściwie zdanie wielokrotnie złożone, oddające porządek refleksji. Każdy rozdział dotyczy jakichś spraw lub figur "długiego trwania"6 (i może być również traktowany jako niezależna całość - stąd układ przypisów). Za każdym razem chodzi jednak o namysł nad sytuacją egzystencjalną człowieka współczesnego. Niekiedy w ujęciu narodowym, niekiedy globalnym, czasem w odwołaniu do tekstów najnowszych, a czasem bardzo starych. Dominuje oczywiście tytułowa literatura, ale nie brak również innego typu dzieł: malarstwa, fotografii czy rzeźby. Wielokrotnie trzeba było się także poruszać w rozmaitych przestrzeniach nauki: literaturoznawstwa i językoznawstwa, retoryki, semiotyki, filozofii, historii, historii sztuki, socjologii, psychologii czy wreszcie wiedzy o mózgu. Wszystko zależnie od tego, co w danym momencie w "laboratorium eksperymentów myślowych" było akurat najbardziej potrzebne.
Namysł rozpoczyna się od rozdziału Bez-myślenie zadekretowane, czyli od analizy jednej z wizji polskiego patriotyzmu, propagowanej z różnym natężeniem od stuleci, a zwłaszcza w okresie ostatnim, zapisanej aktualnie w oświatowych dokumentach i właśnie wdrażanej do szkół. Nie chodzi jednak o żadne problemy doraźnie, lecz o "strukturę długiego trwania"7. Punktem wyjścia rozważań poświęconych walce o polskie dusze stała się historia pewnego pomnika chwały narodowego oręża, który zamiast osiąść wreszcie w miejscu przeznaczenia, musi peregrynować po kraju na budowlanej lawecie, ustrojonej w patriotyczne barwy. Jest to bez wątpienia "historyja wesoła, a ogromnie przez to smutna", jak powiedziałby patronujący rozdziałowi klasyk, i raczej bez happy endu.
Rozdział drugi zaś, Raport z oblężonego świata, jest rodzajem pars pro toto. Przyglądając się dramatycznej sytuacji pewnej grupy młodych ludzi skazanych z powodu COVID-19 na lockdown, nieledwie niczym bohaterowie Dekameronu, możemy zobaczyć obraz całej generacji w zglobalizowanym świecie, o której oświatowi decydenci najwyraźniej mają dość nikłe pojęcie. "Raport" dotyczy pewnego cyklu zajęć, przeważnie zdalnych, rozłożonych na parę miesięcy. Mamy więc szansę prześledzić, o czym i jak rozmawiają ludzie podobno nic nieczytający i kompletnie bezideowi, oraz jak bardzo groźne również dla każdej władzy może być uczciwe czytanie tekstów podobno całkiem nieprzyswajalnych. I jak bardzo można w tym przeszkadzać, jeżeli systemowo zadekretuje się "bez-myślenie".
W trzeciej części staramy się Prze-myśleć i powiedzieć po swojemu wszystko to, co niepokojące w obecnej sytuacji, ale co oczywiście budzi kontrowersje od zawsze. Odwołując się do podobno skompromitowanej klasyki literackiej, rozwijamy jeden z punktów wcześniejszego "raportu" i zastanawiamy się nad misyjnością niektórych profesji. Podejmujemy polemikę z największymi mitami, dokonując analizy i twórczego naśladowania wzoru pewnej błyskotliwej wypowiedzi perswazyjnej. Praca w obszarze wielkiej i małej retoryki pozwala sprawdzić się w działaniu, a przez to wspiera samodzielność w myśleniu oraz uodpornia nieco na kłamstwo i propagandę. Dobre i to.
Czwarta część, Prze-myśleć, by rozumieć lepiej, to jeszcze jeden rodzaj "aneksu" do Raportu z oblężonego świata. Z pewnych powodów głębszego namysłu wymagało bowiem polskie kulturowe DNA. Narodowy kod genetyczny kształtował się przez lata i kapitalną w tym rolę odegrali niektórzy dominatorzy zbiorowej wyobraźni. By zatem rozumieć, jakim naciskom czy szantażom poddaje się nas dzisiaj, lub by po prostu lepiej rozumieć, kim jako naród jesteśmy, trzeba było przemyśleć najbardziej spektakularne sposoby i cele mitologizowania i demitologizowania polskiej historii, pamiętając za Norwidem, iż "Przeszłość jest to dziś, tylko cokolwiek daléj"8. Oczywiście najlepszy zapis genetyczny przechowuje literatura.
W części następnej zaś znów będzie można się przekonać, że Wszystko i tak zależy od słów, bez względu na to, jak dramatyczne sprawy poddawane są namysłowi oraz jakiego typu fakty i arte-fakty się z tego powodu "roz-myśla". By się o tym przekonać, z Polski uwikłanej w odwieczne narodowe spory spoglądamy w przestrzeń globalną, dostępną zresztą w każdym smartfonie dosłownie na wyciągnięcie ręki. Próbujemy choć trochę zrozumieć, co stało się 11 września 2001 roku o godzinie 8.46 czasu lokalnego i dlaczego dokładnie wtedy właśnie rozpoczął się XXI wiek. Także w Polsce. Przede wszystkim jednak zajmujemy się "gramatyką współczucia" (Zbigniew Herbert) i nachalnym "widokiem cudzego cierpienia" (Susan Sontag) w dobie cyfrowych mediów i globalnych narzędzi komunikacyjnych. Próbujemy choć trochę naśladować pewnego literackiego bohatera, którego imię wskazuje na jedyną chyba sensowną strategię postępowania człowieka porażonego rzeczywistością. Cogito.
W rozdziale kolejnym natomiast wychodzimy z założenia, że wobec dramatów współczesności nie możemy się zachowywać jak pewien biskup przywołany w znanej powieści, który sądził, że dżuma go nie dotyczy i w związku z tym można się od niej odgrodzić grubym murem. W naszym europejskim raju otoczonym "łódkami strachu" bardzo łatwo stracić czujność i "tchnąć dżumę w twarz drugiego człowieka". Bardzo łatwo niektórych ludzi zacząć traktować jak odpady lub insekty. Kto myśli, że to abstrakcja albo odległa przeszłość, niech przeczyta niektóre napisy na murach lub zajrzy do Internetu, gdzie co bardziej pragmatyczni patrioci proponują, by dla ratowania zagrożonej cywilizacji przeczyścić kominy w Auschwitz. Na szczęście jest jeszcze literatura.
W następnej części przekonamy się z kolei, że Można też myśleć obrazem, zwłaszcza gdy brakuje słów albo gdy uznamy, że jest to najbardziej adekwatny w danej sytuacji sposób mówienia. Posłużymy się więc obrazem w działaniu, by zrobić fokus na pewną małą grupę ludzi, niby żyjących dla samych siebie, niby w jakimś określonym miejscu pod słońcem, ale przeżywających rozterki wspólne dla wszystkich ludzkich istot i całkowicie uzależnionych od globalnych mechanizmów. Będą to tak bardzo popularne dziś movies, czyli obrazy ruchome, pozwalające namyślić się nad cyfrową "zarazą" i cyfrową przemocą oraz postępującą w świecie uniformizacją, a przy tym nad samotnością człowieka skazanego na pozory komunikacji. Oczywiście nie obejdzie się bez literatury, wokół której zawsze można się grupować i która zawsze grozi myśleniem. Na szczęście.
Poszukując prawdy, łatwo jednak ulec złudzeniom, pragnąc autentyczności, łatwo żyć życiem innych, a dążąc do oryginalności, łatwo popadać w schematy. Warto więc czasem spojrzeć na świat także w kategoriach Zmyślenie i rzeczywistość. I tak na świat spojrzymy w rozdziale kolejnym, biorąc na warsztat wykreowane w literaturze życiowe wzorce tak wyraziste i sugestywne, że niektórzy w prawdziwym życiu nawet gotowi byli pod ich wpływem prawdziwe życie sobie odebrać. Na szczęście byli też inni pisarze, którzy potrafili wizje swych poprzedników poddać gruntownej weryfikacji. Na rozstrzygnięcia ostateczne, jak zwykle w sprawach tej rangi, oczywiście nie mamy co liczyć, ale zawsze coś. Zresztą może i dobrze.
Ponieważ wnioski z poprzedniego rozdziału nie napawają zbyt wielkim optymizmem, w następnym zatem, przywołując na pomoc największych literackich myślicieli, a nawet pewnego rumuńskiego rzeźbiarza z Genewy, podejmiemy rozpaczliwą próbę przekonania się nawzajem, że może Jednak nie na darmo myślimy. Że mimo "upadku w myśl" (George Steiner) - decydującym wprawdzie o naszym człowieczeństwie, ale powodującym też nieusuwalną melancholię i nieusuwalny smutek - myślenie ma jakiś sens. I nawet jeśli pogodzimy się już z egzystencją w kosmicznej pustce, zawsze pozostaje wyraz ludzkiej myśli: słowo, które "protestuje, woła, krzyczy" (Czesław Miłosz) i które na szczęście "nie mieści się w żadnym niebycie" (Wisława Szymborska). Na tym chyba polega podobieństwo człowieka do Boga. Albo odwrotnie.
Pokrzepieni lekko jesteśmy gotowi, by w ostatnim rozdziale niniejszej książki podjąć najważniejsze zadanie życia: Wymyślanie siebie. Po prawdzie jednak podjąć namysł nad tym, co robimy od samego początku - tej książki, ale i życia w ogóle, nawet jeśli nie zawsze zdajemy sobie z tego sprawę. W literackim "laboratorium myślowych eksperymentów" przyglądamy się więc na koniec tym twórcom, którzy w dziedzinie "wymyślania siebie" osiągnęli wyżyny i którzy sugestywnie dowodzą, że język, a zatem myśl, to jedyny "metafizyczny organ człowieka" (Bruno Schulz). I posługując się tym "organem" właśnie, zdolni jesteśmy czasem wykraczać poza horyzont, a nawet wyciągać rękę do gwiazd niczym bohater starej francuskiej ryciny (pierwsza strona okładki) z rozprawy Camille'a Flammariona odkrywający ze zdumieniem, jak się rzeczy mają. Nie widzimy wprawdzie twarzy tego człowieka, ale "domyślamy się jej wyrazu - muszą być na niej zachwyt, podziw, oszołomienie harmonią i wielkością świata poza-widzialnego. Z naszej perspektywy jesteśmy w stanie ujrzeć tylko jego fragment, lecz wędrowiec musi widzieć o wiele więcej"9. I o to "więcej", dla każdego inne, w zasadzie chodzi.
Niezależnie od tego, na jakim etapie "wymyślania siebie" aktualnie jesteśmy i na ile mamy świadomość, na czym w ogóle ów proces polega, trudno nie zgodzić się z pewnym neurologiem zabierającym głos w tej książce kilka razy, który dowodzi, że aby "posiadać tożsamość" i być sobą, każdy z nas musi "mieć siebie", to znaczy musi mieć "swoje opowiadanie". Każdy z nas ponadto "konstruuje i żyje swoje "opowiadanie"" i to ono w istocie "j e s t naszą tożsamością". Stąd fundamentalny dla niniejszych rozważań wniosek: każdy człowiek jest myślicielem na swoją miarę i na swoją miarę jest twórcą, to znaczy, każdy człowiek - żyjąc - w oparciu o własne doświadczenia wymyśla niepowtarzalną o-powieść autobiograficzną. Tym bardziej bezcenna w tej unikatowej ludzkiej aktywności, wyznaczanej datami narodzin i śmierci, może okazać się zatem literatura - zbiór opowieści o doświadczeniach cudzych. Opowieści, dodajmy, w których mamy szansę się przejrzeć - nawet jeśli ta literatura grozi myśleniem. A raczej dlatego właśnie, że grozi myśleniem.
pRZYPISY:
1 Cztery ostatnie zdania to parafraza słów Cezara z dramatu W. Shakespeare'a według wydania: Juliusz Cezar, w: tenże, Tragedie i kroniki, przeł. S. Barańczak, Znak, Kraków 2013, s. 145.
2 P. Ricoeur, Filozofia osoby, przeł. M. Frankiewicz, PAT, Kraków 1992, s. 41. Zob. Z.A. Kłakówna, Język polski. Wykłady z metodyki. Akademicki podręcznik myślenia o zawodzie polonisty, Impuls, Kraków 2016, s. 212.
3 W. Szymborska, Dłoń, w: tejże: Enough / Wystarczy, przeł. C. Cavanagh, Wydawnictwo a5, Kraków 2014, s. 24.
4 G. Steiner, Nauki mistrzów, przeł. J. Łoziński, Zysk i S-ka, Poznań 2007, s. 25-26.
6 W nawiązaniu do prac Fernanda Braudela (zob. tenże, Historia i trwanie, przeł. B. Geremek, przedmową opatrzyli B. Geremek, W. Kula, Czytelnik, Warszawa 1999) formuły proponowane w swoim czasie przez Zofię Agnieszkę Kłakównę i modyfikowane na potrzeby tu opisywanej koncepcji kształcenia. Będzie o tym mowa później wielokrotnie.
8 Pierwotna wersja tego fragmentu wiersza brzmiała: Przeszłość: "Przeszłość - jest to i dziś, i te dziś daléj", C. Norwid, Vade-mecum, oprac. J. Fert, Ossolineum, Wrocław-Warszawa-Kraków 1999, s. 19.
9 O. Tokarczuk, Ognozja, w: tejże, Czuły narrator, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2020, s. 5-6.