Było życzeniem zespołu ludzi
nauki i praktycznego rzeczoznawstwa, którzy zapoczątkowali wykłady
ściśle gospodarcze w Zakopanem, ażeby w szeregu odczytów,
poświęconych zobrazowaniu potrzeb i nasuwających się zagadnień
życia społecznego na chwilę najbliższą, znalazł się również krótki
wykład o roli literatury w tym teatrze, który się na ziemi naszej
rozgrywa i ma rozgrywać w najbliższej przyszłości. Na pierwszy rzut
oka wydaje się to rzeczą wprost niezrozumiałą, żeby taki temat mógł
znaleźć się w spisie referatów o ekonomice i gospodarce życia. W
istocie - tylko w Polsce można spotkać podobne zestawienie.
Społeczeństwa należycie zorganizowane pod względem politycznym i
społecznym dawno już wyzbyły się tego rodzaju mięszanin i nigdzie,
zapewne, na świecie nie ujrzelibyśmy na afiszu podobnego
współżycia. Jako przykład, że tak jest w istocie, że życie
polityczne i społeczne przedzielone tam jest od literatury i jej
zakresu działania głęboką fosą, przytoczę następujący fakt, który
jest może nieco za jaskrawy, ale całą sprawę dokładnie uzmysławia i
charakteryzuje.
Przed paroma laty w bojowym organie włoskich futurystów pod
tytułem "
Lacerba" wśród wielu awanturniczych pomysłów, dziwactw,
kabotyństw i błazeństw mieszczącym nieraz utwory świetne i
świadczące o znakomitych talentach (Ardengo Soffici'ego,
Pallazzeschi'ego i innych) znalazł się artykuł Giovanni Papini'ego
z racyi wyborów do izby włoskiej. Gdy cały świat tamtejszy wrzał,
pienił się i gorzał od walki, podsycanej przez południowy
temperament, - ów antifilozof, jak się sam mianuje, - Papini, -
kategorycznie oświadczył, - wbrew nawet własnym swoim
współwyznawcom literackim, - iż go ta cała wrzawa, walka, wartość
kandydatur poselskich, wreszcie sam los obietnic, haseł i ideałów
głoszonych, nic a nic nie obchodzi. Od spraw politycznych, - pisał,
- jest we Włoszech minister spraw zagranicznych, - od spraw
społecznych - minister spraw wewnętrznych. Ja jestem od spraw
literackich i tylko temi sprawami się zajmuję. Inne mię na razie
nie obchodzą, albo obchodzą tylko do pewnego stopnia.
Nie wiem, czy ów futurysta trzyma się i dziś tego swojego
hasła. Jednakże stwierdzić można, że
mutatis mutandis sprawa stosunku literatury do życia tak
właśnie stoi w krajach europejskich, którym los szczęśliwy nie
odmówił z jednej strony ministra spraw zagranicznych, z drugiej, -
ministra spraw wewnętrznych.
Życie literackie z jego prądami, zawikłaniami i burzami, -
narodziny, wschody, walki, przełomy, klęski i zachody rozmaitych
metod tworzenia artystycznego, których dalekie odblaski padają i w
mrok naszej dziedziny, - nic zazwyczaj nie mają wspólnego z walkami
na arenie parlamentarnej i z przełomami w instytucjach społecznych.
Naturalizm, weryzm, parnasizm, symbolizm, dekadentyzm,
unanimizm, jeżeli zahaczają o życie polityczne lub społeczne, to
chyba tylko dla zaczerpnięcia tam materyału, lub tematu
artystycznego. Kierunki te i metody tworzenia stoją na ogół pod
hasłem Gothego: "
Bilde Künstler, - rede nicht". Mają one cel swój własny,
daleki od wszelkiego doraźnego dydaktyzmu, nie strofują, nie
nauczają i nie poprawiają życia, nie idą w służbę codzienności w
celu wywołania w niej zmian. Sztuka pisarska, zwana literaturą,
czyniąc zadość warunkom i wymaganiom gramatyki, logiki i estetyki,
dąży do tego, ażeby być w zupełności jedną ze sztuk pięknych,
sztuką czystą i osiągnąć najwyższy cel tego usiłowania,
przetworzenia sztuki na piękno.
Natomiast w pewnem piśmie polskiem, mianowicie w "Kuryerze
Warszawskim", niemal w tym samym czasie, kiedy w "
Lacerb'ie" drukował swój edykt wspomniany Papini, można
było czytać artykuł wstępny, pisany podniośle i poważnie przez
pewną pisarkę i publicystkę, osobę znakomicie i gruntownie
zasłużoną, - o tem, jaką powinna być literatura "piękna" w Polsce.
Autorka ta nakłada na piszących rozmaite obowiązki. Nie mam w danej
chwili przed oczyma tego artykułu, ale sądzę, iż nie mylę się,
przytaczając z pamięci jego treść zasadniczą. Wyrażono tam
życzenie, ażeby dzieło sztuki, powstające w naszym kraju, było dla
szerokich warstw dostępne i zrozumiałe, ażeby pisano rzeczy ścisłe
i bezwzględnie wartościowe pod względem moralnym, - ażeby się
wystrzegać wszelkiej nieoględnej erotyki, wszelkiej lekkomyślnej
swobody wyrażeń, gdyż książka nasza dostaje się przecie do rąk
młodzieży, - ażeby każda ukazująca się książka krzepiła ogół i
podnosila na duchu, - ażeby broniła szerokie masy czytelników od
zgnilizny, abnegacyi i pesymizmu.
Mutatis mutandis cała publicystyka i krytyka polska stawia
pisarzom takież wymagania, za to ich głównie potępia, lub nagradza.
Obok wielu cenzur zewnętrznych pisarz tutejszy musi w głowie swej,
już podczas samej koncepcyi utworu i w czasie wykonania zamysłu,
mieć ustanowiony swój własny rodzaj trybunału cenzury prewencyjnej,
który rewiduje same pomysły pierwotne, chwyta za skrzydła owo
"natchnienie" i odrzuca wszystko, co grzeszy erotyzmem, pesymizmem,
niewiarą, smutkiem, - co się nie godzi z uznanemi zasadami
pedagogii, zdrowia moralnego mas i duchowej tężyzny narodu.
Tak się ukształtowało nasze życie. Taki wiatr wieje w oczy i
w tej dziedzinie naszej polskiej biedzie. Mamy więc w gruncie
rzeczy dwa rodzaje twórczości literackiej - europejski i polski.
Jeżeli rozejrzeć się szczegółowo po widowni literackiej, to
współtowarzyszów w tym polskim sposobie tworzenia, oraz w sposobie
spotrzebowania owoców pracy - nie znajdziemy wielu. Jedynie może
współczesne piśmiennictwo irlandzkie, (np. J. M. Synge, tak podobny
do Wyspiańskiego!), a w połowie ubiegłego wieku literatura włoska,
przedzjednoczeniowa mogłaby z naszą iść w jarzmie do pary. Alfieri,
Leopardi, Ugo Foscolo, Carducci - to jedyni bodaj współtowarzysze
po ciernistych szlakach twórczości naszych wielkich romantyków.
Cała literatura polska, odkąd się zaczęła jej wysoka estetyczna
wartość, - poza swym celem własnym, po za gwałtownym wysiłkiem,
ażeby z pospolitej mowy urobić i wykształcić twór innego porządku i
nieprzemijającej wartości, - ma nadto cel drugi, wyraźnie lub
niewidocznie zaznaczony, wysunięty lub cofnięty, i z artystycznym
zlewający się w nierozerwalne i doskonałe jedno. Tym celem jest
wypatrywanie i wyszukiwanie w ciemnościach drogi do szczęścia dla
ojczystego plemienia. Niema bodaj ani jednego dzieła wzdłuż drogi
pochodu literackiego od chwili naszej politycznej ruiny, aż do
momentu obecnego, - dzieła, które krytyka literacko, jako wartość
szacuje, - które by tej nie posiadało cechy.
Rzecz charakterystyczna, że nawet literatura staropolska
nosiła na sobie znamiona przeczuć o niedoli narodowej i cechy
messyanizmu.
Dość wspomnieć Długosza, Ostroroga, Skargę, Kochowskiego,
Woronicza...
Tę służbę u nieszczęśliwej ojczyzny podejmuje wraz z
literaturą w epoce romantyzmu i popowstaniowego tułactwa także
filozofia, historya, a nawet, o ile to jest do pomyślenia, - nauki
ścisłe. Dość znowu wspomnieć Hoene-Wrońskiego, Lelewela, Bronisława
Trentowskiego. Ostatni najdobitniej uwydatnił to położenie w pewnym
liście do Ludwika Królikowskiego, mówiąc, iż dopóki służył w
wojsku, szpadą walczył o niepodległość ojczyzny, gdy zaś ojczyzna
leży w upadku, a szpada z dłoni wydarta została, walczy o tę samą
niepodległość za pomocą swojego systematu filozoficznego.
Kilkakrotnie sztuka polska usiłowała wyłamać się z klauzuli
obowiązków, które na nią wkładała świadomość niedoli powszechnej.
Chciała zbliżyć się do sztuki europejskiej, stanąć z nią w jednym
szeregu, stać się twórczością czystą, wolną od jakiegokolwiek
ubocznego bodźca i zabarwienia. Sam, przecie, romantyzm w
pierwiastkowej istocie swojej i naczelnej intencyi był obcym
przybyszem, niczem niezwiązanym z ogółem, - i gorzkie za to od
współczesnych krytyków otrzymywał nagany.
Wkrótce jednak, zetknąwszy się z ziemią, tak dalece nasiąkł
od cierpienia, od mocy i niemocy, od rozpaczy i nadziei narodu, iż
stał się sam na dziesiątki lat i na liczne pokolenia czynnikiem
moralnego, politycznego i społecznego dyktatyzmu, skarbnicą i
rozsadnikiem pewnych konkretnych idei. Za to znowu otrzymuje od
współczesnych krytyków surowe nagany.
W ciągu ostatniego ćwierćwiecza ubiegłego stulecia i na
początku bieżącego trzykrotnie usiłowano wydobyć sztukę polską i
literaturę piękną ze społecznej pańszczyzny, oraz proklamować jej
europejskie prawo do swobody. Było to usiłowanie Stanisława
Witkiewicza, który w tym celu założył pismo "Wędrowiec", - później
- Stanisława Przybyszewskiego, który w tym celu założył pismo
"Życie", - wreszcie - Zenona Przesmyckiego, który w tymże celu
założył pismo "Chimerę". Każde z tych literackich powstań wywarło
wpływ jak najzbawienniejszy na twórczość i krytykę rodzimą,
rozszerzyło widnokręgi, przysporzyło sztuce nowych wartości przez
ich europejską uprawę, - lecz każde, jak wszelkie powstania w
Polsce, skończyło się porażką. Stanisław Witkiewicz, który podniósł
swój ostry polemiczny oręż przeciwko głównemu przedstawicielowi
supremacyi pierwiastków ideowych, uczuciowych i politycznych nad
walorami ściśle malarskiemi, - przeciwko genialnemu Janowi Matejce,
- skończył po latach swą pracę krytyczną wyśpiewaniem przepysznego,
niedoścignionego dytyrambu właśnie na cześć twórcy Batorego i
Grunwałdu.
"Życie" Stanisława Przybyszewskiego, które obwieszczało
wszem wobec piszącym, iż "sztuka-patryotyzm nie jest prawdziwą
sztuką", - stało się wnet gniazdem, w którem porastał w srebrzyste
swe pióra wieszcz nowoczesny Polski, Stanisław Wyspiański. Miłość
ojczyzny jest właśnie alfą i omegą, źródłem natchnienia,
namaszczeniem i zasadniczą cechą jego sztuki. Twórczość
Wyspiańskiego jest najwyraźniejszym dowodem i wizerunkiem tej
sztuki polskiej, nierozerwalnie spojonej z patryotyzmem, który
przepalał i przeżerał tę imaginacyę tak wyjątkową. Każda teorya
estetyczna, chociażby najbardziej zbawienna i wypróbowana płonęła
nazewnątrz. Sam zaś pożar wewnętrzny szybko strawił wielkie
bogactwo pomysłów. W naszych oczach ta twórczość zapaliła się i
zagasła. Wreszcie i sam Stanisław Przybyszewski w późniejszych
swoich utworach z goryczą odwołał hasła "Życia".
Trzecie wreszcie usiłowanie - "Chimery" - po rozświetleniu i
ogrzaniu wielu talentów blaskiem europejskiej kultury, za
najważniejszy swój dorobek i tytuł do głębokiej naszej wdzięczności
musi poczytywać ekshumacyę Cypriana Norwida, postaci twórczej,
równej trójcy wielkich romantyków, - którego dzieła są znowu
jaskrawem świadectwem tego zatopienia się sztuki polskiej w
ojczyźnie, podsunięcia i podłożenia wiotkich a chyżych jej skrzydeł
pod nieudźwigniony ciężar niedoli narodu. Sam wreszcie Zenon
Przesmycki, który tyle dorobku świata przeszczepił do naszej
nowizny, - w końcowych zeszytach swego pisma począł troskać się o
muzea, teatry ludowe, szkoły artystyczne i zawodowe, uniwersytety,
czytelnie, czyli zabiegać około tej sprawy tyle ważnej, jak i
sztukę w Polsce uczynić motorem społecznym.
Z tego pobieżnego przeglądu samo przez się wysuwa się
pytanie: jakaż tedy jest bezwzględna i istotna wartość literatury
polskiej w stosunku do literatur świata? Odpowiedź na nie jest
bardzo trudna, jeżeli ma być opinią szczerą, bez wszelkiej pychy i
narodowego samochwalstwa. Dają się u nas niejednokrotnie słyszeć
ryzykowne twierdzenia, iż literatura nasza jest jedną z
najpierwszych na świecie, - a nawet zdania takie, iż tylko z
pieśniami izraelskich proroków mogą być porównane pewne pieśni
naszych wielkich poetów. Jeżeli nawet tak jest w istocie, to
przecież gminnem samochwalstwem byłoby twierdzenie, że te twory
geniuszu, jakie w skarbcu swym przechowuje literatura europejska,
niżej stoją od twórczości naszej.
Czy możemy wywyższać Mickiewicza ponad Göthego, -
Słowackiego ponad wiekuiście kwitnącego Shelley'a - Krasińskiego
ponad Leopardi'ego Norwida ponad Poöego, Wyspiańskiego ponad
Carducci'ego, - Kasprowicza ponad Francis Jammes'a, albo tyle mu
pokrewnego Pascoli'ego? O wyższości lub niższości tych walorów nie
może być wogóle mowy, - prędzej, o ich bliskości i oddaleniu.
Pisarze, których nazwiska tu wymieniłem Göthe, Shelley,
Leopardi, Carducci, Poe, Jammes, Pascoli, - są dla nas bliscy,
rodzeni, niemal ojczyści. Tymczasem nasi wielcy pisarze są dla
świata dalecy i obcy, niemal tak zupełnie, jak dla europejskiego
oka obcą jest twórczość japońska, - narodowa i hieratyczna. Przez
swą niezniszczalną i zawsze obecną cechę narodową twórczość polska
ma pewien stały wyraz i styl, niby owe drzeworyty japońskie
Surimona, które tylko w jednym egzemplarzu istnieją.
Są w naszej poezyi, w utworach Brodzińskiego, Mickiewicza,
Słowackiego, Norwida, Lenartowicza, Wyspiańskiego kreacye, będące
wykwitem najgłębszego czucia i najsubtelniejszego artyzmu, które
zostaną na zawsze niezrozumiałemi, lub w najlepszym wypadku
obojętnemi, dla najżyczliwszego i pełnego najlepszej woli
europejczyka.
Gdybyśmy doskonałym, jak się to mówi - "kongienialnym"
przekładem oddali na jakiś język europejski wezwanie Adama
Mickiewicza do Bohdana Zaleskiego:
"Słowiczku mój, a leć a piej,
Na pożegnanie piej..."
cóżbyśmy otrzymali? Piękny wierszyk liryczny. Tymczasem - w tych
bezgranicznie prostych i kryształowo czystych wyrazach mieści się
przecie błyskawiczne widzenie potwornej tragedyi, brzmi echo
długich dziejów tortury ducha, skomlą monosylaby męczarni
przegranej, pohańbienia i beznadziei - nie tylko samego twórcy,
lecz i całego plemienia. A dalej - ta pewność, ta wieść, ta
euforia, ta bezgraniczna radość, godna serca archanioła, która
wieje ze słów:
"...I tajne brzemię lat
Wydało płód
I stał się cud
I rozraduje świat"...
Z głębokości morza łez, z ciemnej odchłani cierpień wytoczył
się ten utwór plemienny zakrążył się i zamknął w doskonałe słowa,
chowając w małym kształcie swym bezgraniczną treść, - jak uryańska
perła. Cały zespół ludzki raduje się tutaj przed swoim Bogiem, iż
znalazł jakowąś złudę broni przeciwko mocy piekła. Dla cudzoziemca
trzebaby chyba pisać długi traktat, wyjaśniający zawartość i
wartość tych nielicznych strof, moc i doskonałość, która z
wewnętrzną treścią religijną, moralną, polityczną i społeczną
spoiła się w jedno nierozerwalne.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.