Listy w papilotach. Listy bardzo intymne - Maria Biłas-Najmrodzka, Elżbieta Narbutt

Kup ebooka

49.00 zł
41.65 zł (39,68 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Droga moja Elżbieto!

Proszę Cię, abyś - najlepiej nigdy - nie pozbywała się ludzkich słabości. Nie chodzi już o to, że gdybym ja - wiedziona Twoim przykładem - miała się pozbyć swoich, stałabym się gołym i bosym cieniem pogodnego człowieka. Wszak dobrze wiesz, że cała jestem ulepiona ze słabości.

Weźmy na przykład prysznic - jeden z najlepszych wynalazków ludzkości.

Zawsze, gdy pod nim stajesz, myślisz z zachwytem o przyrodzie, która daje wodę, o perfumeriach, które dają mydła, o wielkości duszy samego prysznica, który od ciebie niczego nie oczekuje, a daje wolność, leniwe stanie i niewyobrażalną fizyczną przyjemność. Użyjesz szamponu do włosów, żelu pod prysznic, płynu do higieny intymnej...

I stoisz.

Woda na ciebie leci, a ty - jak gdyby nigdy nic - tylko myślisz o niebieskich migdałach.

Znów użyjesz szamponu do włosów, żelu pod prysznic, płynu do higieny intymnej...

Znów woda na ciebie leci, a niebieskie migdały powiększają się do rozmiaru świeżych kokosów.

I stoisz. Jak cielę.

Użyjesz do włosów płynu do higieny intymnej, a resztę skąpiesz w szamponie.

Woda na ciebie leci, a na kokosowych palmach siedzą kolibry i mówią do siebie tak, jak nie mówią nawet wróbelki i sikorki.

Woda leci, lecz instynkt ci nakazuje wykonać jakąś pracę. A tu kolibry... kolibry... kolibry...

Znów płyn do higieny intymnej na głowę, a szampon na resztę ciała...

Instynkt.

Nagi instynkt.

Ps 1

Przeczytałam ten list przed kliknięciem wyślij i złapałam się za głowę: dlaczego sterczę i sterczę pod tym prysznicem?

Dla niebieskich migdałów?

Dla kilku kolibrów?

Dla kokosowych palm?

Może dla tego pięknego świata, który oczyszcza mnie z codziennych strachów przed zalewem złych, tragicznych informacji, przed własną bezsilnością wobec tego, co uważam za nieprawe, i w ogóle przed tym, co każdego z nas po ludzku przewraca i nie pozwala mu się podnieść?

Nagi instynkt samoobrony?

Dzięki ci, ludzkości, za wynalezienie prysznica!

Pozbyć się czegoś takiego i stać pod wodą bez przyjemności?

Pozbyć się dumania na kanapie?

W życiu!

Ps 2

Obie wiemy, że starość ma kilka uciążliwych defektów, ale ma też trochę takich radości, jakich nie masz w żadnym innym wieku; na przykład to - jak mawiała Stefania Grodzieńska - że już nic nie muszę. Nie muszę wygłaszać poglądów i nie muszę ich nie wygłaszać, nie muszę być śliczna, ani dobrze wypaść, nie muszę wypowiadać złotych myśli - ba! - w ogóle mogę z zachwytem pomilczeć. Nie muszę również nie mieć słabości i świecić przykładem. Natomiast mogę - bezgłośnie sobie chichocąc - prawdziwie współczuć tym, którzy muszą (lub też jeszcze muszą):

- mieć pogląd na każdy temat (i go wygłosić)

- mówić dużo i bez przerwy, ze strachu przed ciszą

- muszą być zawsze ubrani, jak należy

- muszą poczekać, aż zostaną w towarzystwie docenieni,

a zwłaszcza

- muszą mieć rację!

Biedacy!

Ps 3

Nie zdążyłam się pochwalić: kupiłam sobie nowe przepiękne leginsy. Są w kolorze głębokiej oliwkowej zieleni, a na nogawkach mają nieznane mi, bordowe kwiaty. Więcej kwiatów jest na lewej, bo wzór jest asymetryczny.

Jak to dobrze, że nie mam dziś czterdziestu lat i nie jestem na stanowisku, bo nie wypadałoby mi ich włożyć. Dobrze też, że nie mam pięćdziesięciu ani sześćdziesięciu, bo miałabym obawy, czy aby nie jestem na nie za stara. Co innego, gdy mam siedemdziesiąt pięć lat i "nic nie muszę". Dawno żaden ciuch nie sprawił mi takiej radości. Po prostu nie mogę nimi się nacieszyć!

Całuję Cię i przepraszam za tyle PS-ów. Chyba rozsadza mnie zachwyt nad wiekiem,

M.

Od dłuższego czasu Alicja myślała o zaangażowaniu się w działalność społeczną. To miałby być wolontariat. Wiedziała, co chciałaby robić, ale przeszkadzały obawy, jak sobie poradzi, zwłaszcza z organizacją grupy wolontariuszy. Nigdy przedtem nie robiła podobnych rzeczy, nie angażowała się w podobne sprawy. Z nieoczekiwaną propozycją przyszli Zuza i Łukasz, którzy postanowili poznać Alicję z kimś, kto zna na wskroś te zagadnienia. Zaprosili ją więc do siebie.

Kiedy wchodziła do mieszkania Zuzi i Łukasza, przy stole siedziały już cztery osoby: Tomasz Kwaśny z towarzyszącą mu młodszą o jakieś dziesięć lat kobietą oraz oboje gospodarze. Ona była piąta. Aha, więc to ten gość, którego miała poznać i ewentualnie skorzystać z jego pomocy, pomyślała Alicja, zaglądając z przedpokoju do jadalnego. Jak mawiała jej przyjaciółka Magda: "Z wierzchu wyglądał normalnie". Miał ze sto siedemdziesiąt osiem centymetrów wzrostu, na oko sześćdziesiąt lat, lekko siwiejące włosy i nieco rysujący się brzuch. Ale przecież nie dla urody go zaproszono.

Jeszcze zdejmowała płaszcz w przedpokoju, gdy przy stole stawiano kropkę po jakimś ważnym zdaniu o Afryce. Nie zapamiętała, czy sześćdziesięciolatek właśnie stamtąd wrócił, czy też tam właśnie się wybierał. Ostatnio nie wsłuchiwała się szczególnie w to, co ktoś opowiadał o tym, co robi. Sama nie mogła nadążyć za tym, co miała do zrobienia.

Lubiła dom Łukaszów. Rozmowy, jakie odbywały się przy ich stole, zawsze coś nowego wnosiły, człowiek czegoś ciekawego się dowiadywał. Ludzie o szerokich zainteresowaniach, wielu pasjach, którymi potrafili się dzielić. Nawet na dzisiejszym spotkaniu obowiązywał określony temat, został również wyznaczony cel, a dzięki niemu Alicja miała szansę wydobyć z ich gościa niemałą wiedzę o uruchamianiu społecznych działań i szukaniu dla nich sponsorów. Był dziennikarzem, trochę pisarzem. Alicja słuchała go uważnie, zwłaszcza że lubiła ten sposób relacjonowania spraw: bez świętego ognia w oczach, bez ekscytowania się własnymi sukcesami - konkretnie, pragmatycznie, rzeczowo. I tak właściwie się dowiedziała, co chciała wiedzieć.

Kolacja była udana.

Ten dobór elementów - dobrej kuchni i dobrego towarzystwa - stanowił zawsze mocną stronę domu Zuzy i Łukasza.

- I oczywiście wtedy należy sprawie szczególnie się przyjrzeć - kończąc kwestię, powiedział siwiejący sześćdziesięciokilkulatek...

Zaskoczyło Alicję, że Kwaśny za długo zatrzymał na niej spojrzenie. Właściwie tak długo patrzył, że była zmuszona spuścić wzrok. Ludziom patrzącym znad okularów to pewnie się zdarza, pomyślała.

Kochana moja Elżbieto,

coraz częściej patrzę na siebie jak na żabę, którą anatomopatolog rozłożył na laboratoryjnym stole, żeby zrobić przegląd jej poszczególnych organów. Tym anatomopatologiem jestem ja. Ja - żaba, obiekt zainteresowania, i ja - anatomopatolog, psycholog, socjolog i antropolog ciekawy żaby i świata, w którym ta żaba się obraca.

Żaba jaka jest, każdy widzi. Największą osobliwością mojej żaby jest wiek - siedemdziesiąt lat, i być może to właśnie wiek skłonił anatomopatologa do położenia żaby na laboratoryjnym stole. Nie bez znaczenia jest płeć. Żaba jest bowiem płci żeńskiej, co również przesądziło o dociekliwości badacza. Dalsze pytania są dość proste:

Czym się żaba żywi?

W jakim środowisku się obraca?

Czego nie lubi?

Czy do laboratorium wzięto ją z asfaltu, na którym próbowała popełnić samobójstwo, czy z towarzystwa dobrze bawiących się innych żab?

Wyłącznie konsumuje, czy jeszcze przydaje się do czegoś innego?

Usiadła w jednym miejscu, czy jest w drodze?

Jeśli idzie, to czy wie dokąd?

Czy potrafi iść sama, czy jest skazana na towarzystwo?

Ma "za złe", czy patrzy z wyrozumiałością?

Co oznacza dla niej "płeć przeciwna" i do czego jej używa?

Czy zatrzymana w jednym punkcie drogi potrafi stanąć i budować, czy powie: "Nie! Już zbudowałam"?

Czy ze strachu, że sobie nie poradzi, zgodzi się na wszystko, a może się zbuntuje?

Popatrz, ile pytań, a przecież żaba jaka jest, każdy widzi.

Całuję Cię.

M.

PS

Wiem, że kiedyś postanowiłyśmy skończyć z pisaniem do siebie listów. Że niby to takie staroświeckie i że wystarczyłyby SMS-y. Komu wystarczą, to wystarczą; ja lubię to nasze lekko chichotliwe komentowanie świata. Inkaustem i gęsim piórem. Więc może znowu dasz się namówić?

Droga Marysiu,

mam w domu dwa miejsca do rozmyślań - łazienkę, a ściślej wannę, i lewy róg kanapy. Kanapa służy rozmyślaniom o życiu, czyli tworzeniu problemów i budowaniu z nich piętrowych konstrukcji, natomiast wanna - ich rozwiązywaniu. Jestem przekonana, że gdyby nie wanna, zrobiłabym w życiu masę głupot, nie przeżyłabym iluś pięknych chwili, nie wymyśliłabym żadnego sensownego artykułu.

Wczoraj usłyszałam w radiu z ust uczonej pani psycholog, że kto nie ma marzeń, ten już umarł. Oświadczam Ci więc: mnie już nie ma na świecie, a listy do Ciebie pisze mój duch. Umarłam kilka lat temu i dobrze mi z tym.

Ze śmiercią odzyskałam radość życia, polepszyły się moje kontakty z otoczeniem, robię to, na co mam ochotę. I wszystko dlatego, że przestałam marzyć i umarłam. Nawet o tym nie wiedząc.

Zamiast marzeń realizuję swoje zachcianki. Przed wieloma laty pozazdrościłam kuzynce kamiennego zlewu. Długo zbierałam się w sobie i doszłam do wniosku, że przyszła pora na tę inwestycję.

- Teraz albo nigdy! - krzyknęłam do siebie, oczywiście w wannie, i zamówiłam to cudo w kolorze ciemnobrązowym.

Jak zlew, to i nowy blat kuchenny, jak blat, to wypadałoby odnowić szafki. I wtedy odwiedziła mnie bratanica. Popatrzyła na moje wyczyny, zapytała, czy dobrze się czuję i czy nie mam zamiaru umierać. Odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że mam się doskonale, a ostatnią rzeczą, na którą miałabym ochotę przed śmiercią, byłby zlew dla spadkobierców. Zdziwiła się, więc szybciutko dodałam, że przed przeniesieniem się w zaświaty kupię na jej koszt butelkę szampana i nasączę ciało drogimi perfumami.

Czy zauważyłaś, że zaniedbany dom młodych ludzi świadczy o ich bałaganiarstwie, a takie samo niechlujstwo u starszych o ubóstwie i nieporadności?

Gdy odkryłam tę prawidłowość, nabyłam zmywarkę, powyrzucałam nadpalone ścierki i przestałam udawać, że oczko w pończosze poleciało przed chwilą...

Zrobiłam małą przerwę w pisaniu na kąpiel i przyszła mi do głowy nowa zachcianka: zostań prezydentem RP, a ja będę Twoją damą do towarzystwa. Tylko nie każ mi zamieszkać w Pałacu, bo nie opuszczę swojego nowego zlewu.

Twoja E.

PS

Zapomniałam powiedzieć, że kilka dni temu byłam u przyjaciół, gdzie spotkałam znajomego sprzed lat, i coś między nami, jak mówią młodzi, zaiskrzyło. Zaczęliśmy miło rozmawiać o minionych latach i wspólnych znajomych. Niestety, prawie wszyscy są już na drugim brzegu. Ta rozmowa sprawiła mi ogromną przyjemność, bo mało jest już okazji natknięcia się na kogoś, kto znał moich rodziców, pamięta nieistniejące domy czy śmieszne powiedzonka z przeszłości. Wracałam do domu taksówką i zaproponowałam Pawłowi, że go podrzucę do śródmieścia. W efekcie wylądowaliśmy u mnie na herbacie. Sympatycznie.

E.

Kochana Elżbieto!

Czy zdarzyło Ci się kiedyś widzieć grupę dzieci, która razem uczy się wierszyka? Wielka frajda. W tej samej chwili odbywa się uczenie wiersza, a równocześnie wielka zabawa; chwila ciszy i wybuch hałasu - harmider i znów chwila ciszy - chichot z wiersza i skupienie, żeby się go nauczyć - wspólna recytacja i walka o to, żeby "teraz ja, teraz ja powiem". Szkoda, że większość nas, dorosłych, tak mało uczyła się wierszy na pamięć, a przecież niektóre są bardzo łatwe:

Kiedy piłka jest w dobrym humorze

To skacze

I skacze

I skacze

I skacze

I skacze

I skacze

I skacze

I skacze

I skacze

I skacze

I przestać nie może

(Ludwik Jerzy Kern)

albo:

Facet z baczkami

I facet z bródką

Wybrali się za morze łódką.

Ale łódka nie miała dna,

Dlatego też ten wierszyk trwa

Tak krótko

(też Kern)

Popatrz, jeszcze nie zdążyłam Ci do końca go przepisać, a już się śmieję!

Nawet teraz, kiedy jesteśmy w wieku - nazwijmy to - nieodwracalnie dojrzałym (a nawet lekko przejrzałym), kiedy mamy z czymś pod górkę i mało co może nas rozbawić - "facet z baczkami i facet z bródką" rozbawią nas na pewno.

Oczywiście w normalnych warunkach nie cytowałabym całych wierszyków, ale sama nie możesz ich, niestety, przeczytać, więc sobie pozwalam. I jeszcze tylko jeden, ten mój ulubiony:

Żółtą drogą, zielonym polem

pewien człowiek szedł z parasolem

i uśmiechał się mimo słoty,

bo parasol był cały złoty,

coś tam śpiewał, bzykał jak mucha,

śmieszne bajki plótł mu do ucha.

I ten deszcz tak padał i padał,

A parasol gadał i gadał,

a ten człowiek mu odpowiadał.

I okropnie byli weseli, choć się wcale nie rozumieli,

bo ten człowiek gadał po polsku,

a parasol po parasolsku.

(Danuta Wawiłow)

W głowie się nie mieści, ile takich cudów kryje się (poza Brzechwą i Tuwimem) w najróżniejszych zbiorach wierszy dla dzieci. Niestety, nie mogę ich zacytować choćby ze względu na długość, ale pewnego dnia przeczytam Ci, ile się da. Dużo w życiu traci ten, kto tego nie docenia.

Całuję Cię.

M.