Listy rozgrymaszone - Agnieszka Osiecka, Jerzy Giedroyc

-
Proszę czekać

PRZEDMOWA

Dawid Maria Osiński

APETYT NA SIEBIE

Cały świat zmieścić w jednej historyjce... Zbudować opowieść i opowiedzieć ją w ciągu paru minut trwania piosenki, żeby w tej miniaturze zmieścić cały makrokosmos zdarzeń. W kilku zwrotkach namalować świat Chagalla, odkryć fenomen Bełza, podpatrywać kochanków na Kamiennej, jechać pociągiem od Cheet­away do Syracuse, spoglądać w "oczy tej małej" w "całym Makowie", wyśpiewać, że na całych jeziorach jest ten, kogo się kocha. I chociaż Agnieszka Osiecka w 1975 roku Jerzemu Giedroyciowi pisze: "Tak naprawdę to ja umiem pisać tylko prozą", to przecież kryje się w tym stwierdzeniu fenomen jej opowiadania, nieustannego przetwarzania świata na język dźwięcznej opowieści właściwej piosence, którą pisała i której oddała całe życie. A ono było jak powieść-rzeka i wiersz-piosenka. Wyśpiewać świat w miniaturze poetyckiej, dzięki artystom, którym powierza wykonanie, to oddychać najpełniej w świecie rytmu, brzmienia i dźwięku. A wszystko po to, żeby świat się nie skończył i pozwalał trwać, żeby dawał namiastkę nieskończoności i zawładnięcia tą napisaną i wyśpiewywaną jego istotą.

Tak działa też list. Intensyfikuje zawsze jakiś kawałek świata w jego niepowtarzalności. I w to głęboko wierzy Osiecka, odkąd pisze, a więc odkąd opowiada świat sobie i innym. Obie te formy to namiastki spisywanego i wyśpiewywanego życia. Taki sposób myślenia o swoim warsztacie i ulubionej praktyce pisarskiej ma dla poetki jeszcze jedno oblicze. W jej piosenkach, jak w listach do Giedroycia, widać ważną prawidłowość. Osiecka, konstruując światy i prawdy w nich zawarte, buduje nastrój konkretami, detalami, wyliczeniami, które da się zwizualizować. Ale tak samo próbuje nazywać uczucia i doświadczenia, które - mimo że pisze o doświadczeniach trudnych do jednoznacznego nazwania, o byciu "na zakręcie" - mają u niej zawsze jasne wektory: od - do, tu - tam, góra - dół, stąd - dotąd. Uwielbia bawić się opozycjami. Jest zwolenniczką albo - albo. Dlatego w 1968 roku pisze: "Nie umiem pisać prawdy między wierszami (jak to genialnie robi Bułat!). Ja umiem tylko albo - albo". Mistrzyni budowania opozycji wie, że takie uwyraźnienia w piosence (i w liście) obrazowo pokazują oblicze świata i miejsce w nim człowieka. A możliwe jest to w jej twórczości przede wszystkim także dzięki sile zaimków, przyimków i wyrażeń o charakterze wskazująco-przynależnościowym. Jej piosenki to królestwo zaimków, spójników i przyimków. Może dlatego w jednym z wywiadów, pytana o to, gdzie jest jej miejsce, odpowie, że właśnie w języku. Bo kiedy zamknie oczy - jak mówi - widzi porozwieszane wszędzie przed sobą części mowy i zdania. Widzi porządki i układy słów, które musi zrymować, żeby móc istnieć. Piosenka i list pozwalają jej żyć. To jest jej oddech i tętno jej życia.

Listy Osieckiej od początku przybierają silny wymiar literackości. Buffo miesza się tu z serio, jak w piosence, gdzie codzienność często musi opowiedzieć tragedię istnienia, odchodzenie, smutki, straty, zaczynanie od nowa, ale nigdy "nie na brudno" - jak wypowie to w jednym z wywiadów. Jak w życiu, "które nie stawia pytań", tylko "po prostu jest". Szybko opowiedzieć kawał życia może tylko piosenka. Już w bardzo młodym wieku, 15 X 1958 roku, zdiagnozuje to najprościej, jak się da: "Piosenek się nie czyta, piosenek się słucha", i prześle Giedroyciowi tekst Piosenki dla kogo innego. W jednym z listów wyznaje: "ja bym chciała nadal i zawsze pisać piosenki (choć w druku może wyglądają chałturowo), bo lubię to!". Piosenki konstruuje bowiem poetka tak, jakby opowiadała świat mową wiązaną. Traktuje je jako literacką formę opisu świata, wywiedzioną jeszcze z tradycji poezji (śpiewnej i śpiewanej - w jej opinii) Skamandrytów. I wypowie o niej ważne zdanie mówiące o roli i statusie tego tworzywa artystycznego: "Chyba piosenka może być szlachetnym gatunkiem sztuki użytkowej, jak plakat". Wie, że zarabia dzięki pisaniu, i szczyci się tym, co wcale nie jest jeszcze takie oczywiste: "Nie zarobiłam do tej pory ani grosza w inny sposób niż pisaniem i dobrowolnie tego nie zrobię".

Listy kursujące przez blisko trzydzieści cztery lata między Agnieszką Osiecką (1936-1997) i Jerzym Giedroyciem (1906-2000) to wyjątkowy splot zdiagnozowanych i spisanych nieoczywistości. Spory to korpus ze względu na objętość, a imponujący, jeśli wziąć pod uwagę rozciągłość czasową, a także kanały i kierunki komunikacyjnej wymiany. Korespondencja ta jako świadectwo ich czułej relacji wyraziście diagnozuje ich stany emocjonalne, praktyki lekturowe, rozeznanie w okolicznościach polityczno-społecznych, kontakty z ludźmi. Od początku nastawiona jest na diagnozę wzajemnych stanów skupiania się na sobie w relacji z "tym drugim", żeby pokazywać, w jaki sposób są zachłanni na siebie i świat. Ale nie oznacza to, że wzajemne odczuwanie tych stanów nie jest zanurzone w żywiole dręczącej historii i polityki, wpływających zwłaszcza na adresatkę znad Wisły.

W tej relacji jej apetyt ma charakter silnie intelektualny i etyczno-moralny, mający swe motywacje w poczuciu korespondowania z niekwestionowanym autorytetem. Jego apetyt wynika z fascynacji błyskotliwością studentki, ale i jej młodością, więc ma też charakter wizualny i estetyczny. Zachłanność ich obojga, mająca różne motywacje, nie jest ujmą, wadą, przesadą ani tym bardziej grzechem. Jest bowiem powinnością wobec siebie i życia, które chce się jak najintensywniej przeżyć, żeby nie żałować. Dlatego wpisana jest w ich codzienność oraz potrzeby i marzenia, a te są różne u każdego z nich - jak różne są biografie, kondycje, zapotrzebowania na ludzi, miejsca, zdarzenia. Kiedy rozpoczyna się listowna wymiana, inaczej chce chłonąć świat młoda studentka, a inaczej doświadcza tego świata dojrzały już mędrzec. Ten woli zza biurka rozdawać sensy dla spragnionego niezafałszowanego kontaktu z kulturą, językiem i historią Polaka i mieszkańca Europy.

Korespondencja ta ciągnie się długo, choć ostatnie znane listy zostały wysłane kilka lat przed śmiercią młodszej o trzydzieści lat od Giedroycia poetki. W miarę upływu czasu jest też coraz rzadsza. Można przypuścić, że po 1990 roku, a więc po zniesieniu cenzury, częstsza i intensywniejsza jest rozmowa telefoniczna, chociaż w listach oboje wskazywali na to, że takiej formy komunikacji nie cenili. Lektura listów ujawnia, jak zmieniają się korespondenci, jak stopniowo zacieśnia się ich wzajemna fascynacja, jak zmieniają się warunki, w których przyjdzie im żyć, jak starzeją się sami ich bohaterowie i jak w przestrzeni kultury, polityki i historii zachować to, co najważniejsze dla nich samych: ich własną osobowość ludzką, pisarską, intelektualną. Ich apetyt na siebie i świat. Listy stanowią niewątpliwie przykład intelektualnej wymiany i dialogu zachwycającego setkami przywołań, meandrami odniesień, spisami lektur, sprawami do pomyślenia i rolami, które przyjmują. Przywołane tu kolekcje tworzą barwny kalejdoskop ważnych w życiu kulturalnym postaci, wydawanych książek, napisanych artykułów, ocenianych realiów, mało znanych sytuacji i kontekstów. Adresaci listów wysyłają je sobie często za wszelką cenę, a nie jest to łatwe ze względu na szalejącą w Polsce cenzurę i ryzyko pozbawienia Osieckiej paszportu i możliwości publikacji, zatem utraty dobrego imienia. Listy te bywają również traktowane jak relikwie, skoro na przykład w 1970 roku dwudziestoczteroletnia Osiecka pisze: "Ja mam wszystkie Twoje listy, nic nie zniszczyłam. Schowałam przed rewizją i koniec!"1.

Kiedy oboje poznali się we Francji, ona miała dwadzieścia jeden lat, on pięćdziesiąt jeden. Oboje byli po przejściach życiowych na ich miarę i na miarę ich metryk, a więc tych wynikających z biegu toczącej się obok nich historii. W rozwijającej się korespondencji po dwunastu latach zażyłości w 1969 roku Osiecka wyznaje ironicznie, żeby uwyraźnić różnice statusu, pochodzenia, ale nie arystokratyzmu umysłowego (na który będzie się kilkakrotnie w relacji listownej powoływać): "kiedy Ciebie poznałam w 57 roku, to była między nami prawdziwa przepaść (książę i komsomołka)". Mógłby to być tytuł niniejszej edycji, biegunowo odmiennej od innego romansu intelektualnego (intensywnego, ale trwającego niespełna trzy lata, 1964-1966) z Jeremim Przyborą (1915-2004), Listy na wyczerpanym papierze (2016), czy legendarnego cyklu telewizyjnego z muzyką Adama Sławińskiego, Listy śpiewające (1968), o których skądinąd pisze poetka z Florencji w trzynastym roku epistolograficznego romansu.

W momencie poznania za nią stały marzenia, konieczność podróżowania, chłonięcia świata, studia z reżyserii w łódzkiej filmówce, znajomość pięciu języków (niemiecki, francuski, angielski, rosyjski, łacina), dość burzliwy romans i narzeczeństwo z Markiem Hłaską, "ateistyczny" i ciepły dom. Może za ciepły - skoro w wywiadzie-rzece z Magdą Umer, w Rozmowach o zmierzchu i świcie - nazwie go "złotą klatką". A jak wyznaje w autorefleksyjnej formie życiorysu w innym miejscu: "wychowałam się w domu "kosmopolitycznym"": "Mój ojciec urodził się w Belgradzie, a [jego] matka była Serbką. Jego przodkowie byli tułającymi się po Węgrzech od 1848 roku golcami, którzy zielonego pojęcia nie mieli o jakiejkolwiek tradycji szlacheckiej czy w ogóle polskiej". Za Giedroyciem - dżentelmenem intelektualistą, doświadczonym na frontach wojennych żołnierzem (po kampanii w Tobruku) i rozwiedzionym panem w wieku dojrzałym, posługującym się biegle francuskim i rosyjskim - stała biblioteka książek przeczytanych i przemyślanych. Stała za nim również wybitna uważność na ludzi i zjawiska, ponieważ był wyjątkowym sejsmografem polskości na odległość. Dawał kulturze to, co najważniejsze - pisma, które formatowały umysłowość Polaków w drugiej połowie XX wieku za granicą i w kraju.

Osiecka uciekała za każdym razem, jak tylko mogła, szybciej, niż się wydawało, z każdego w zasadzie miejsca, na początku z obskurnego i ponurego łódzkiego akademika, z warszawskiej szarzyzny, bo miała dość tamtejszego pejzażu horyzontalnego, później z wszystkich możliwych miast i miasteczek, żeby nie przestawać gonić króliczka, czyli szczęścia (o czym śpiewali jej tekstem Skaldowie). Może dlatego w 1965, płynąc po morzu, wyznaje: "Współczesny człowiek powinien umieć żyć po parę lat tu i ówdzie i jako tako się adaptować". Ta niestabilność i konieczność zmiany stymulowały ją bardzo i dawała temu wyraz wielokrotnie w listach do Jerzego. On zaś był przywiązany do swojej "Kultury", Maison Laffitte, do francuskiej prowincji, skąd śledził losy Polski i bloku wschodniego, a także całego świata, bo mógł sobie na to pozwolić. Ona nie mogła sobie pozwolić - poza studiami, lekturami i marzeniami - jeszcze wtedy prawie na nic. W dodatku nie mogła wyjeżdżać i długo utrudniano jej wydanie paszportu. A jeśli wyrażano zgodę, to wypuszczano ją, jak sama wyznaje, "w kratkę": do Anglii i Francji tak, ale do Niemiec już nie.

Listy te czytać może w każdym momencie cenzura i wywiad, a stają się przyczyną wezwań bezpieki: "miałam z powodu Pana tak ogromne nieprzyjemności i tak straszne rozmowy". Kierunki wysyłki listów dodatkowo mówią sporo o kamuflowaniu i dbaniu o to, kto i jak ma przekazać i skąd wysłać list. W 1958 roku, a więc na samym początku zażyłości, Giedroyc wyznaje: "Robimy tylko rzeczy, które wpływają na nasze biografie". Ale kwestia pozwolenia na wyjazd Osieckiej i niewiedza wynikająca z oczekiwania nie są najgorsze: "Ja się nie denerwuję przez paszporty! Ja się denerwuję przez PANA!", pisze w 1965 roku, dodając, że Paryż jest "częściowo absurdalny, bo Paryż bez Pana!".

Epistolograficzne formy ich związku na odległość od początku stają się taką przestrzenią dialogu, która jest terapeutycznym wołaniem o drugiego. Mimo że różnią się wszystkim, czym tylko można, wysyłane przez nich na papierze kawałki siebie stają się dla nich formą ratunku przed nijaczeniem, zgnuśnieniem, upływającym czasem, uwierającymi niewygodami życia, samotnością i niezrozumieniem, wreszcie ich absolutną osobnością, a z czasem osłabiającą się atencją, coraz rzadszymi sygnałami, a w końcu zamilknięciem. Epistolograficzna rozmowa między Osiecką i Giedroyciem, rozpisana w zasadzie na większość ich dojrzałego życia, ma różne biegi i tonacje. Przybiera na sile, ale i stopniowo się osłabia, w myśl zasady, którą Agnieszka wyznała w jednym z wywiadów Magdzie Umer, że rozwija się przez zdradę. A przecież rozwijać się chciała i był to wręcz jej imperatyw. I nie przeszkadzało jej to mieć trwałych i nierozerwalnych przyjaźni. Może musiała porzucać sukcesywnie relację, żeby ją na swój sposób ocalać i ocalić siebie w innych?

Korespondencja ta zachwyca z wielu powodów. Nie dlatego, że przekracza i burzy tabu wieku, doświadczenia, relacji i stosowności między wybitnym prometeistą i diagnostą skomplikowanych spraw polskiej kultury XX wieku a błyskotliwą studentką, praktykującą w pisaniu. Ale dlatego, że pokazuje Giedroycia jako czułego towarzysza na odległość, który nie boi się słów, który tęskni, czeka, nie śpi w nocy, tylko pisze listy i zamiast literatury i publicystyki wybiera do lektury zgromadzone listy od Agnieszki. Nie kryje się z uczuciami, nie boi kabotyństwa (mimo że jest jego świadom) i blagi (choć i o niej czasami wspomina). Jest zachwycony i zauroczony młodą intelektualistką, więc nadużywa hiperbolicznych i łzawych określeń, ale ma przecież do tego prawo.

Osiecka od początku ich epistolograficznego apetytu na siebie daje się poznać jako wytrawna diagnostka spraw i zjawisk, wytrawna krytyczka kultury, literatury, ludzkich zachowań, a przede wszystkim osoba bardzo odważna. To imponuje Giedroyciowi jako mężczyźnie, intelektualiście i weteranowi wojennemu. Ale i Osieckiej imponuje, że tuz polskiej kultury wchodzi z nią w taką zażyłość. Trudno charakter i tonację tych listów nazwać rozpisanym na lata romansem epistolograficznym. Na pewno zaczyna się wzajemną fascynacją i adoracją. Ze strony Giedroycia to atencja wobec błyskotliwiej, ale i wysportowanej młodej, pięknej dziewczyny, imponującej mu bystrością umysłową oraz odwagą w myśleniu i działaniu, potwierdzonymi choćby przewiezieniem nielegalnie przez pannę Czaczkes - jak nazywał ją z kolei Marek Hłasko - opowiadania Cmentarze, żeby mogło być wydrukowane we Francji. Giedroyc wysyła listy w zasadzie jedynie z Maison-Laffitte. Adresy Osieckiej dają poglądową mapę wiecznego wojażowania młodej i coraz bardziej dojrzewającej kobiety. Mimo trudności paszportowych Osieckiej udaje się wyjeżdżać i wysyła listy z różnych miejsc: Londyn, Warszawa, Łódź, Kraków, Krynica Morska, Wiedeń, Radonice, Sarajewo, Paryż, "na morzu" (11 IV 1965), Uppsala, Kopenhaga, Nowy Jork, Hamilton, San Francisco, Los Angeles, Saint Louis, La Boule, Odessa, Palermo, Florencja, Wiedeń, Sopot, Montreux, Sewilla, Heidelberg, Monachium, Rzym, Cambridge, Sankt Geor­gen im Attergau, Boston.

Dla Osieckiej ta wymiana stymuluje jej zachłanność na poznanie Giedroycia jako człowieka, który dba o najbardziej elementarną patriotyczną powinność, jaką jest ochrona dziedzictwa i forsowanie alternatywnej, niezafałszowanej linii rozwojowej polskiej (i europejskiej) kultury. Może właśnie dlatego trwa tak długo i nie chce się kończyć, bo Osieckiej lepiej wychodzą związki na odległość? Może dlatego, bo ten rodzaj bliskości na odległość jest pewniejszy, mniej bolesny, mniej rozczarowujący, mniej też wstydliwy (skoro ciągle w wypowiedziach obojga pojawia się kwestia starości, chorowania, estetyki, zmieniającego się ciała)? Może jest mniej uwikłany w codzienność, czyli prozę powszedniości, a poprzez to może daje się lepiej opanować? Spotykać się będą wyjątkowo rzadko, a i samo zaplanowanie spotkania nie będzie należało do łatwych: "Chciałabym, żebyśmy byli nadal przy sobie obecni, chociaż przez listy".

Osiecka zadziwia w tych listach nie tyle obyciem, ponadprzeciętnymi zdolnościami diagnozy ludzi, spraw, czytanych książek i oglądanych sztuk czy filmów, ile tym, że mimo często przywoływanego przez nią poczucia wstydu, właśnie z tym wstydem jest jakoś oswojona. Nie wstydzi się na przykład pisać Giedroyciowi o niedotlenieniu w 1958 roku, o "babskich historiach" w 1971 roku, schudnięciu 15 kilogramów, wyglądzie "jak starsza pani", postępującej siwiźnie, drogiej operacji dziąseł w Ameryce, kiedy jest stypendystką Fundacji Forda. Wielokrotnie w listach pojawiają się sformułowania, które można ocenić jako kokieterię wobec mężczyzny starszego o pokolenie, zabezpieczające przed ewentualnym rozczarowaniem przy realnym spotkaniu, ale są też przejawem lęku o własną cielesność: "A ja byłam dziewczynką, a teraz kończę trzydzieści lat i wyglądam paskudnie", "boję się, że jestem stara baba", "Wyglądam okropnie. Posiwiałam paskudnie". Chociaż od początku tej relacji Osiecka ma przeświadczenie, że jest bez wieku, do końca - jak mówi w jednym z wywiadów - pozostaje "dziewczyńska": "Sam Pan wymyślił Kikimorę, więc niech sobie będzie. Ona się nie starzeje i nie zmienia, choćby działy się z nią najrozmaitsze rzeczy [...]".

Może tak postępuje niedoszły biolog, nie wstydząc się ciała i ułomności? W tym podobna jest do Gabrieli Zapolskiej, kiedy schorowana aktorka i pisarka w listach do swoich kochanków i męża posługuje się językiem fizjologii i nie wstydzi się mówić o chudnięciu, kuracjach arszenikiem, niszczeniu schorowanego ciała, wychodzeniu z niej solitera. Osiecka, dojrzewając, chętnie pisze Giedroyciowi o dysfunkcjach ciała, ale też o kolejnych nieudanych związkach, "spalonych" małżeństwach, rozczarowaniach niedojrzałymi chłopcami-mężczyznami. Zawiedziona jest relacjami z "chłopcami", którzy są naiwni bądź nie spełniają jej oczekiwań, jeszcze w 1968 roku: "Zawsze opiekowałam się po prostu jak ciotka jakimiś smarkaczami, którzy mnie wzruszali". Lecz to nie oni byli rywalami Giedroycia, ale praca, jak sama wyzna w jednym z listów. Osiecka na pewno wstydzi się w tej korespondencji mniej i rzadziej niż Giedroyc: "Mam niejasne przeczucie niezliczonych gaff popełnionych w stosunku do Pana" (1958), "Piszesz, że jesteś starcem z gór. Ja też jestem staruszką z gór!" (1970). Wielokrotnie mówi o tym, dlaczego im się nie udało i jak wyjściowo trudna do realizacji była ich sytuacja: "Kocham Pana i kochałam Pana" czy "Utrudniliśmy sobie życie, które, co tu dużo gadać - ucieka", "Czasy ułożyły się dla nas idiotycznie, my sami zresztą nic od siebie nie chcemy, ale nie chcę, nie umiem w to uwierzyć, że mamy się nigdy nie zobaczyć" czy fragment, który chyba najlepiej oddaje stan odczuwania Osieckiej: "...Bo, widzi Pan, Jerzy, jest między nami różnica światów i pokoleń, różnica wszystkiego. Dlatego nie mogłam Panu powiedzieć w Londynie, o czym myślę: kochałam Pana. A nie miało to sensu między nami". W 1962 roku w liście z Radonic będzie wracać do pojęcia "naszej sprawy". W trakcie przyrastania korespondencji po obu stronach ich biurek (warszawskiego i maison-laffickiego) listy stają się listami podwójnej rozwódki do rozwodnika. W 1968 roku Osiecka wyznaje, że winą za nieudane małżeństwa po części obarcza Giedroycia: "szukałam w ludziach wielkich rzeczy, których nie znajdowałam, bo są tylko w Tobie", i dodaje: "jesteś człowiekiem wielkiego formatu".

Osiecka pisze listy, jakby rozmawiała ze swoim adresatem, nazywanym w miarę dojrzewania ich zażyłości - Panem Jerzym, Drogim Panem Jerzym, Jerzym, Drogim Księciem z Rzeczywistości (żeby nie było "Bajki"), Moim drogim, Bliskim i Dalekim, Drogim moim, jak zawsze Dalekim i Bliskim, moim złotym, Kochanym Jerzym, Jerzym drogim, dalekim..., moim Księciem, Jerzym najdroższym, najmilszym, kochanym. Ale zmiana tych apelatywów może być myląca dla kogoś, kto na wyrywki czytać będzie tę korespondencję, ponieważ nigdy ich wymiana i niepisana umowa na dobrą sprawę nie przekroczy "magicznej" formuły tytułowania się rzeczownikiem "Pan", zdradzającym swoisty dystans, szacunek, ale też jakąś bezpieczną formę wzajemności: "Do ostatka nie przestaliśmy do siebie mówić "Pan" i "Pani"". Co prawda w jednym z listów sugeruje mówienie "na ty", i ma pensjonarskie żądanie, jak sama to nazywa: "Niech mi Pan przyśle swoje zdjęcie. Byle jakie. Bez komentarza", ale raczej traktuje to jako jakiś rodzaj sprawdzianu, do którego sama się nie przywiązuje, a co zostanie ocenione jako dziwna sytuacja: "To bardzo zabawne uczucie pisać do Pani "per Ty"". On do niej pisze: Kikimoro, Miła Kikimoro, Miła Agnieszko, Miła Pani Agnieszko, Miła Panno Agnieszko, Moja Śliczna i Daleka, Moja Najśliczniejsza, Śliczna Kikimoro, Najśliczniejsza. Choć już na początku zażyłości listownej 4 stycznia 1958 roku wyznaje: "Po szczeniacku się cieszę, że chce Pani mi mówić po imieniu".

W dialogu epistolograficznym częste są z obu stron przeprosiny za histerię. Podobnie z obustronną refleksją o chandrach, smutkach, udrękach. Osiecka wykrzyczy: "chce mi się wrzeszczeć i babieć". Giedroyc z kolei: "Bardzo się wstydzę swoich ostatnich listów. Już nie są "rozkapryszone", jak Pani je określiła kiedyś, ale po prostu histeryczne. Histeryczne i kabotyńskie. Niestety i mężczyźni mają swój okres przekwitania czy "indiańskiej wiosny"". Od początku intensywnie chłonie ten stymulujący ją dwugłos "dwojga pasażerów": "Umiem na pamięć nasze rozmowy i miny".

W listach do Giedroycia Osiecka daje mu namiastkę tej intymności i miejsca, w którym myśli się poezją i pracuje, korzystając z dobrodziejstw, jakie wiążą się z tym artefaktem twórczym i jego zawartością: "Siedzę w domu i grzebię w starych szpargałach. Lubię szuflady mojego biurka. Zygmunty powiadają, że jestem śmieciara. Mają rację. I lubię te "śmiecie" - bilety, listy, papierki z kawałkami piosenek, nieudane pomysły, notatki". Na co Giedroyc odpowiada: "Zazdroszczę biureczka, jakiegoś włas­nego wnętrza. Mój pokój jest zimny, sztywny, przypomina biwak". Jest w nim parę "gracików-pamiątek", "Zapomniałem podziękować za samochód. Stoi na biurku. Staję się fetyszystą - po kieszonkach i portfelach trzymam ludzików, pieniążki. Zupełnie jak stara panna". W innym z listów doda: "Nie należy przedłużać zbyt długo dziecinnego pokoju, w którym Pani żyje".

Poetka pracę oraz sam kontakt z dokumentami i archiwaliami własnego pokoju traktuje jako niecodzienną i stymulującą wyobraźnię czasoprzestrzeń, niedającą się porównać z niczym innym niż z formą przeżywania uniesienia, jakiego doznaje się podczas misteriów. Dlatego pisze Giedroyciowi tak: "Wielkie "porządki" w bibliotece, w notatkach, w szufladzie albo w domu, który się lubi, mają w sobie coś z cudownego misterium. Chciałabym to widzieć! Sama pasjami lubię grzebać w swoich starych szpargałach, a mam tam nawet pamiętniki z okresu, kiedy miałam 13 lat". W tych kawałkach i strzępach pisania (każdorazowo rozmowy ze sobą i Jerzym) będzie zawierała coraz więcej siebie i pokazywała zarazem, jak zmienia się świat przeżyć i duchowych rozterek oraz polityki, co czytają, co piszą, co redagują. Ich biblioteki przeczytanych i komentowanych książek przyrastają przed czytelnikiem listów z roku na rok. Ona nosi bibliotekę przeczytanych książek w sobie, on raczej sam jest biblioteką z jego własnym domem i francuskimi zasobami, z których korzysta.

List to dla każdego z nich możliwość kontaktów ze sobą poprzez słowo, które nie jest ulotne, ale zostaje na zawsze na papierze. Jest sygnaturą człowieka i czasu, najbardziej intymną formą spotkania i dowodem na to, że było się razem. Pozwala się czytać na nowo, w innym układzie, w innej sytuacji odczuwania, w innym momencie zmieniającej się codzienności. Ona pisze "listy giganty", które przybierają formę kilkustronicowych monologów i wynurzeń łaknącej za wszelką cenę kontaktu z Jerzym i samą sobą. Czasami skłania się do ckliwie ironicznego wyznania: "Listy Pana są dobre jak pogłaskanie po głowie zabeczanego dziecka". On pisze zdecydowanie krótsze, a w niektórych wręcz usprawiedliwia się z reporterskiego i żołnierskiego skrótu. W chwilach trudnych ona wręcz woła: "Proszę teraz do mnie dużo pisać, to jest bardzo potrzebne", na co on jej odpowiada: "Teraz piszę telegraficznie i "służbowo"". Czy to dlatego, że kokieteryjnie wyznaje przed nią 6 III 1958: "nie umiem pisać listów. Są one, jak to określił Bobek, jak trzask zamykanej papierośnicy"? I dlatego będzie się czasem tłumaczył z lakoniczności i skrótowości, skoro jej w jednym odpowie: "listy, wygryzmolone, jak Pani pisze".

Osiecka listy suplementuje. Cieszy się, że nie zawsze zdarza się wysłać list z tego miejsca, w którym go ukończyła. Listy "przenosi", bo muszą czasem odczekać swoje. Listy mają dla poetki absolutnie fundamentalną wartość i przez to trwałość. Ale pisze je tak, jak pisze wiersze - często na serwetkach, skrawkach, przypadkowo znalezionych kawałkach papieru, żeby zatrzymać w biegu myśl i uchwycić ją w chwili powstania, bo może nie powrócić. Działa jak dziennikarz, reporter i reżyser. Zapisuje od ręki, żeby być pewna tego, co przynosi dany moment czytania rzeczywistości w jej zmiennym biegu, i kadruje klatkę swojego epistolograficznego filmu z codzienności. Listy są dla niej jak liście. O czym najpiękniej chyba pisze w Czytadłach. Daje tu jedną z najważniejszych diagnoz tego, czym jest list w kontekście refleksji nad pisarstwem Elizy Orzeszkowej. A twórczość autorki Melancholików przeczytała praktycznie całą już jako młoda dziewczyna zaraz po maturze, będąc na stażu w gazecie, i się nią zachwyciła: "Zbieranie liści - czy to nie liryka? Ja w dzieciństwie próbowałam pisać na liściach. Ale jeżeli ktoś jest mężny w cierpieniu - a ja nie jestem - to może po prostu wystarczy zbierać liście? [...] a może to nie liść, tylko list? Albo wiersz? Albo łza?".2

List dla Osieckiej od początku znajomości z Giedroyciem (i przez całe życie z innymi adresatami) jest także rękojmią przeciw czasowi, historii i polityce. 11 lutego 1958 roku młoda studentka notuje z przenikliwością: "Żyjemy w czasach w istocie kiepskich dla działania jednostki. Zwłaszcza jednostki uzbrojonej w rekwizyt tak staroświecki jak słowo". Otrzymywane od Giedroycia listy tworzą intymny klimat niedający się do końca nazwać, a oczekiwanie to proces konstruowania wzajemności. Nie ma sobie równych, ponieważ pozwala na utrzymanie tego związku tak długo: "Myślę, że brak listów nie wykruszy tej naszej metafizyki, tej naszej małej magii, o której tak trudno jest nam mówić...". Poetyckie słowo Agnieszki na zawsze zostanie z Jerzym. Jej znakomicie puentującą osobność i wyjątkowość Giedroycia w kulturze apostrofę umieszczono na jego nagrobku na dodatkowej tablicy: "Przywilejem takich jak Pan jest miejsce w historii i/ wieczny szacunek./ I zazna Pan tego"3.

W listach Osieckiej widoczny jest silny stopień metaforyzacji języka wypowiedzi, co najlepiej wskazuje na ich literacki charakter. Potwierdza to czujne widzenie ludzi i spraw. Brawurowo gra językiem jak w jej piosenkach, musicalach, w Białej bluzce. Z ironią ocenia atmosferę pokoju w akademiku i antycypuje piosenkę Kochankowie z ulicy Kamiennej (którą notabene wyśle później w liście) oraz Okularnicy: "Leżę w mojej łódzkiej celi i histeryzuję. Moje warszawskie mieszkanie podobne jest do Laffitte'u: rozpieszcza", czy kiedy wyznaje: "Dopiero łódzkie slumsy i łódzka gruźlica zbliżają do spraw autentycznych". Dorasta w miarę pisania do tego, by z materii listownej równolegle tworzyć materię poetycką i pisać piosenki. Kiedy pisze powieść Orszak o małomiasteczkowej socjecie, to za parę lat napisze Orszaki dworaki o historii jako czarnej dyskotece i diagnozie ponurych czasów. W innym liście zapowiada piosenkę Edyty Geppert (Nie żałuję): "Nie żal mi mojego kraju. Nie żal nieskoszonych łąk, zaniedbanych fabryk, niepotrzebnych biur, niekochanych sekretarek, zapomnianych poetów". Działa tak jak młoda Nałkowska w swoich dziennikach i powieściach - antycypuje swoje piosenki i prowadzi niejako równoległy zapis w listach i dziennikach oraz poetycko w piosenkach, przerabiając swoje wypowiedzi na formę lirycznego wyznania.

Życio-pisanie listów, biografii, dziennika, sztuk teatralnych, musicalu, piosenek miesza się w jej dorobku pisarskim i nawzajem stymuluje. Osiecka zbiera to wszystko jak w swojej prywatnej szpargalni, tworząc kolaże złożone z elementów niemożliwych do spotkania. Listy są dla niej nieustanną możliwością gadania i rozmowy nie tylko z Jerzym (czy innymi adresatami), lecz także z samą sobą. Są głośnym i spisywanym ćwiczeniem z myślenia i pracą nad powstawaniem jej różnogatunkowej literatury. Dlatego są przykładem autobiografii, w której widać spójny projekt literacki na samą siebie. "Ojej, strasznie się rozgadałam" - wyzna na przykład w 1958 roku.

Korespondencja dokumentuje codzienność: oboje piją i palą ogromne ilości papierosów, które sobie też przesyłają w listach jako podarunki "z miejsc". Giedroyc odpala jednego od drugiego przy powstawaniu kolejnych numerów "Kultury", przy biurku z nieodłącznym kieliszkiem whiskey bądź na leżaku przed domem (kiedy jest ciepło). Osiecka pali gorzki i podły tytoń polskich papierosów. Bardzo rzadko ulubione Gauloisy czy angielskie Lucky Strike'y bądź amerykańskie Marlboro. To luksus, z którego korzysta tylko za granicą.

Kikimora donosi Jerzemu o wszystkich możliwych doświadczeniach, przejawach, odczuciach. Pisze mu na przykład o specyficznej refleksji nad snem, bo jako dziecko długo nie rozgraniczała snu i jawy. Donosi o dręczącej ją astmie i braku na nią lekarstw w Warszawie. Ma dickensowski uraz do szkoły, której nienawidzi: "Każda szkoła na całym świecie jest miniaturą najwymyślniejszego systemu tyrańskiego" (stąd pisze o sennych koszmarach na maturze). Układa swoistą literacką impresję na temat wyobrażonego koncertu Édith Piaf w Paryżu.

Giedroyc docenia ten sposób autentycznego pisania i montażu skojarzeń: "Lubię Pani styl, swoiście impresjonistyczny, zaskakujące porównania, zestawienia". Osiecka, mimo że całe swoje dorosłe życie spędzi z wyboru w Warszawie (dzieląc je z ukochanymi Krzyżami na Mazurach i leśniczówkowym życiem jeszcze z STS-em i potem innymi przyjaciółmi), uwielbia Kraków i kiedy jest w nim zimą 1958 roku, nazywa go miastem metafizycznym. To, co napisze 29 I 1958 roku, będzie później powtarzać we wspomnieniu relacji z muzykiem Zbigniewem Koniecznym i podkreślać, że Kraków jest miastem, w którym widać duszę, ale to Warszawa jest miastem, w którym można było napisać Niech żyje bal i umieścić w nim postać chłopo-robotnika. Daje znakomitą diagnozę neogotyckości Piwnicy pod Baranami i klimatu, niepunktualności, postaci wiecznych studentów bez dyplomu, wychodzących w swetrach i przy świeczkach na scenę, jak to miało miejsce na akademiach w świetlicy.

Z jej listów wiadomo, że Wigilia to dla niej "najsamotniejszy dzień w roku" (18 XII 1957), ale inaczej sprawa ma się z Zaduszkami: "dobrze znoszę to święto" (29 X 1988). Jak zwykło się robić jeszcze w XIX wieku (a co było częstą praktyką chociażby Marii Konopnickiej), Osiecka wysyła Giedroyciowi opłatek w kopercie i liście. Dzieli się nim, dodając, że "nasza pogańska magia zbieg­­ła się z normalnym obyczajem" (10 I 1959). Diagnozuje nudę w Rosji, mówi o chorowaniu kultury i wszystkich ludzi w bloku wschodnim, o niedojrzałości ("przejrzałości") Polaków w "odrażającym stadium" tzw. życiowej mądrości. Pracę na rzecz "Kultury" uważa za "kawał roboty przeciwko idioceniu człowieka". Osiecka krytycznie ocenia "wielorakość, wielobarwność i "wielorasowość" nowojorskiego tłumu. Boże, cóż to za zbieranina!". On jej wówczas radzi Amerykę jako profilaktyczną odtrutkę na polskość prowincjonalną. Raz go prosi z Kopenhagi o pieniądze (10 dolarów), ten wysyła 20 i wówczas robi się na moment bardzo dziwnie i trudno między nimi. I spotka się to z niejasnym potraktowaniem tej prośby oraz koniecznością wyjaśnień: "I, proszę Pana, niech Pan nie pisze bzdur o pieniądzach i łóżku, bo okropnie źle mnie Pan zrozumiał. [...] A tymczasem jestem sam na sam z naszymi pierwszymi wspólnymi "realiami", tą forsą, i płaczę jak głupie dziecko, że nie jestem z Tobą (choćby zamkniętym jak małż) i z goździkiem". Osiecka pisze mu krótko o rezygnacji z pływania mimo zdobycia wicemistrzostwa: "Groził mi zupełny idiotyzm. Sportowcy najbardziej ze wszystkich ludzi przypominają goryle. Tępota, złośliwość i egoizm". "Mentalność sportowa" pozwala jej uznać się za demokratkę, ceniącą "skrajny arystokratyzm". Osiecka gardzi szarością i przeciętniactwem. Choć otacza się ludźmi nieustająco, to muszą być dla niej interesujący i jako młodziutka kobieta wyznaje: "nie cierpię ludzi brzydkich i ludzi tępych", "Nie lubię ludzi przeciętnych, urzędniczek rozmawiających o kapeluszach, fryzjerów bez polotu i rozmaitych bałwanów i snobów".

Za listami stoją biblioteki przeczytanych książek. Ale widać też, do których z nich i na jakim etapie życia mają największą słabość, które ich formatują. Osiecka uwielbia Alicję w Krainie Czarów. Chłonie literaturę światową i ma szczególne wyczulenie nie na to, co, ale jak jest napisane. Kocha Czechowa, robi z niego dyplom, choć ani razu w wymianie z Giedroyciem nazwisko rosyjskiego dramaturga się nie pojawia. Jako niedoszły biolog czyta w młodości materialistów. Giedroyc z kolei nie znosi przybyszewszczyzny, ale i Joyce'a. Pochłania za to wojenną literaturę niemiecką, francuskich pisarzy psychologicznych ("hłaskizm po tutejszemu") czy Henry'ego Millera.

W ich epistolograficznym dialogu samotność to obok starości pojęcie i doświadczenie odmieniane przez nich przez wszystkie przypadki. Osiecka w jednym z najdłuższym listów z 23 IV 1959 pisze: "W ogóle jestem chyba trochę osierocona. Jestem już "w tym wieku" (proszę, niech Pan się nie śmieje), kiedy się nie nawiązuje łatwych i szybkich przyjaźni. Już przyszedł taki czas, kiedy liczba ludzi bliskich i najbliższych bardzo się zmniejsza". Już jako studentka łódzkiej filmówki Osiecka wyraża przekonanie o niezbywalnej wartości samotności: "Lubię w pracy być samowystarczalna i niezależna, nawet samotna. Sama z ołówkiem. A w ogóle samotność jest dla mnie źródłem największych depresji i najmocniejszych radości", "No i kiedy intensywnie pracuję - wtedy też mało się "chandrzę"". W listach są wreszcie liczne ucieczki i powroty, ujawniają to, jak Osiecka coraz bardziej nie radzi sobie z życiem.

Listy między Osiecką i Giedroyciem to opowieść o ludziach, którzy łaknąc kontaktu z kimś, kto nie przestawał imponować, próbowali odnaleźć dzięki temu lepszą wersję siebie. To opowieść o zachłanności na siebie i świat, stopniowo malejącej w miarę poznawania. Zachłanności ludzi niezwykłych, mających szczególny ogląd własnej osobowości: "[...] jestem potężnym dziwadłem, maniakiem, obsesjonistą itd. - jak Pan" - wyzna Osiecka. Każde z nich na swój sposób podchodziło do tej relacji. Inaczej ich napędzała, inaczej odmładzała, inaczej postarzała. Ucząc się siebie nawzajem i chłonąc przy okazji, uczą się tej bliskiej i trudnej, bo uwierającej rzeczywistości. Towarzyszą sobie na odległość w życiu, podpowiadając na zmianę, jak je przeżyć bez złudzeń, iluzji, jak reagować na absurdy i nie dać się zwariować. Oboje na swój sposób nie chcą osiągnąć "życiowej mądrości, póki życie trwa". Ich początkowa fascynacja zmienia biegi i staje się takimi równolegle biegnącymi pasami czułej odrębności we wzajemnym pamiętaniu o sobie. Jest jakimś metafizycznym życiem obok bezfizycznej bliskości: "Prawdopodobnie umarłabym z zażenowania, znalazłszy się z Panem w jednym pokoju". I chyba ta świadomość i pewność dla obojga stawała się w ciągu tego zaspokajanego na różne sposoby apetytu na siebie najważniejszym miernikiem ich bliskości i niezwykłości. Może na swój sposób wiedli w tym układzie życie na prawach reguł rządzących poczuciem eremickiego odseparowania, skoro we wczesnym wyznaniu Osieckiej pojawia się taka prośba: "Jeżeli będziesz szedł do klasztoru, weź mnie ze sobą. Nie będziemy mogli zrobić większej przyjemności naszym milusińskim".

Stworzyli między sobą niewątpliwie taki charakter czułości i uważności na siebie, żeby - idąc osobno przez życie i świat - móc cały czas się ze sobą stykać, przeglądać w listach i czuć tę dziwną bliskość na odległość.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI

1 Należy zaznaczyć, że niektórych listów nie odnaleziono. I Jerzy Giedroyc, i Agnieszka Osiecka albo wykazali się niefrasobliwością, albo z premedytacją zniszczyli treści być może drażliwe. Nie sposób tego dziś rozstrzygnąć.

2 A. Osiecka, Pour Elise, w: taż, Czytadła. Gawędy o lekturach, Wyd. Prószyński i S-ka, wstęp A. Passent, Warszawa 2010, s. 136.

3 Cyt. za: "Kultura" 2000, nr 10, s. 8. Fragment wyryty na nagrobku Jerzego Giedroycia pochodzi z wiersza, który Osiecka dołączyła do jednego z listów. Pośmiertnie odnaleziono go w archiwaliach założyciela Instytutu Literackiego i postanowiono, że otworzy ostatni numer "Kultury".