Listy pachnące tymiankiem - Eve Makis

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ 1MARIAM, WSCHODNIA TURCJA, ROK 1915

Baba jechał bardzo szybko, prowadząc jabłkowitego araba przez labirynt brukowanych uliczek. Powóz trząsł się na ostrych kamieniach, a mnie po plecach przebiegły nieprzyjemne ciarki. Uliczni handlarze gardłowym nuceniem zachwalali swoje towary albo pociągali z fajek wodnych w pozbawionych drzwi wejściach do sklepów pełnych przypraw, ręcznie tkanych jedwabiów, wyrobów ze skóry, miedzianych garnków i afrodyzjaków. Nic nie wskazywało na niebezpieczeństwo, nic nie zapowiadało przyszłego nieszczęścia.

Odległe srebrzyste pianie koguta wzbiło się ponad dachami z czerwonej dachówki, kopułami, minaretami i przytłaczającym miasto ośnieżonym szczytem. Kobiety w bawełnianych chustach gawędziły przed kamiennymi nadprożami. Bezpańska suka karmiła młode. Poranne powietrze przesiąknięte było odwieczną wonią kadzidła i karmelu oraz owocowym zapachem szisz. Z futryny drzwi zwisał rząd srebrnych, inkrustowanych niebieską emalią amuletów, dokładnie takich jak ten, który nosiłam zawsze w kieszeni, by chronił mnie przed urokiem.

Przyjemnie było znaleźć się poza domem i zanurzyć w bazarowym zgiełku. Nasz świat roi się od niebezpieczeństw, ostrzegał ojciec. Nie on jeden zresztą wyrażał takie obawy na głos; złowieszcze przepowiednie rozbrzmiewały na każdym ormiańskim podwórku i w każdej kawiarni.

Powóz wyminął muły wiozące chrust i kosze pełne melonów, dyń i bordowych fig. Muchy krążyły u okna powozu, oderwawszy się od wychudzonej tuszy zwisającej pod daszkiem u rzeźnika. Nieopodal zadzwonił dzwonek i Baba zatrzymał się, by przepuścić cukiernika, którego dwukółka wyładowana była pokrojonymi w romby paklawami z błyszczącą polewą.

Wykrzyknęłam ponad szumem bazaru:

- Babo, zatrzymaj się! Chcę ciastko.

Do powozu dotarł kuszący zapach syropu i wody różanej.

Baba mlasnął językiem, przynaglając jabłkowitego araba. Miarowe "pa-kla-vaaa" cukiernika stopniowo ucichło, na ulicy zaś rozbrzmiewała echem wściekła tyrada jakiegoś mężczyzny. Kawałek dalej zebrał się tłum. Ludzie odsunęli się, by wpuścić powozik w sam środek dramatycznej sceny. Ormiański piekarz Kalfajan stał przed swoją piekarnią w obecności komendanta i kilku tureckich oficerów policji. Komendant darł się na całe gardło, a jego obwisły podbródek aż trząsł się z wściekłości.

- Nie zrobiłem nic złego... zarzuty są niezgodne z prawdą... nie zatrułem chleba dla żołnierzy - bronił się piekarz.

Blachy w witrynie piekarni były poprzewracane i szereg pobrużdżonych bochnów zaściełał ulicę.

Kalfajan, z zaciśniętymi dłońmi, zrobił krok naprzód. Komendant uniósł pałkę i uderzył go w skroń. Zaskoczony piekarz wytrzeszczył oczy. Drugi wściekły cios ściął go z nóg, Kalfajan upadł jak kłoda. Słyszałam, jak jego czaszka z trzaskiem uderza o ziemię; przypominało to chrzęst wysuszonych strąków eukaliptusa pod stopami. Rozległy się krzyki. Piekarz leżał zupełnie bez ruchu, a tłum wokół niego zgęstniał, ludzie wymachiwali rękoma jak kurczaki rzucające się na karmę. Zobaczyłam, że na miejscu pojawił się mój ojciec, lekarz. Przyklęknął, sprawdził puls piekarza, odwrócił jego głowę, wsadził mu do ust palce i oswobodził język. Kilka chwil później Kalfajan zacharczał i odzyskał przytomność, a policjanci postawili go na nogi. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że powóz odjeżdża; potężne końskie kopyta zadzwoniły na kocich łbach.