Wstęp
W "Lettre a d'Alembert sur les spectacles" pisze Rousseau: "W ogólności kobiety nie ukochały żadnej sztuki, nie znają się na żadnej i nie mają żadnego geniuszu. Coś im się czasem uda w małych rzeczach, które nie wymagają nic innego nad pewną lekkość umysłu, smaku, wdzięku, czasami nawet trochę filozofii i rozumowania. Mogą sobie zdobyć wiedzę, erudycyę, talenty i to wszystko, co się zdobywa za pomocą pracy.
Ale tego ognia niebieskiego, który rozgrzewa i obejmuje duszę - geniuszu, który pochłania i pożera, tej palącej wymowności, tych przesłodkich ekstaz, które wnikają swą rozkoszą do głębi duszy, tego wszystkiego nie znajdziesz w pismach kobiet: są one zimne i ładne, jak ich twórczynie: będziesz podziwiał giętkość i wydatność umysłu, ale nigdy nie natrafisz na ślad duszy. Ujrzysz je sto razy więcej rozdrażnione, aniżeli roznamiętnione. Nie umieją one opisać, ani czuć miłości...
Mógłbym się założyć o wszystkie skarby świata, że "Listy portugalskie" były pisane przez mężczyznę."
Praszczur Strindbergów i Weiningerów naszych czasów przegrał zakład: listy te pisała rzeczywiście kobieta.
Wprawdzie te wszystkie "skarby świata" mógłby ów szczęśliwiec, któryby się na taki zakład zgodził, dopiero 60 lat później odebrać.
Po raz pierwszy ukazały się te słynne listy portugalskie w 1669 r. w Paryżu u Claude Barbin'a. Pierwsze to wydanie opiewa w przedmowie, że listy te są tłumaczone na język francuski z portugalskiego, a były pisane do kawalera wysokiego stanu, nazwiska zaś tej, która pisała, ani tłumacza wydawca nie zna. Ale już kilka miesięcy po ukazaniu się pierwszego wydania wyszło drugie w Holandyi, gdzie już pojawia się wyraźne oświadczenie, iż tym, do którego te listy były zwrócone, jest chevalier de Chamilly, tłumaczem zaś hrabia de Cuilleraques.
Barbin, wydawca paryski, zachęcony olbrzymim powodzeniem, wydał w kilka miesięcy potem drugą część tych listów, o których jednakowoż twierdzi, że są pisane w odrębnym stylu przez damę z wielkiego świata.
Sprytni wydawcy połączyli pierwszą część listów, pisanych przez zakonnicę, z drugą, którą jakaś dama ponoć pisała, a rzeczywiście jest fabrykatem słynnego na on czas adwokata, Suligny, - w jedną całość, a wreszcie pojawiły się te wszystkie listy tym razem z odpowiedziami owego kawalera, do którego były pisane. Ale teraz już niema najmniejszej wzmianki o tym, że te listy apokryficzne są pisane "d'un style differentc", jak sumienny Barbin w przedmowie swej pisze, a wydał je jedynie dlatego, ponieważ wierzył, że "cette difference pourrait plaire".
Publiczność oczywiście nie troszczyła się teraz o to, czy listy są autentyczne lub nie, pochłaniała je z równą zachłannością jak pierwsze pięć, nie zważając na olbrzymią różnice stylu, na całą przepaść, jaka zachodzi między listami, sfabrykowanymi przez jakiegoś "precieux", a tak strasznie szczerymi, męczeńskimi, krwią pisanymi z bólu oszalałej zakonnicy.
Już krótko po ukazaniu się pierwszego wydania "Listów portugalskich" było głośną tajemnicą, zaczem jeszcze następne wydanie wyraźnie nazwisko ujawniło, że bohaterem listów tych jest marszałek Francyi de Chamilly.
Noël Bouton, Marquiz de Chamilly pochodził ze starej i bardzo poważnej burgundzkiej familii. Od najrychlejszej młodości służył w wojsku, a ponieważ był niezwykle odważny, więc szybko awansował. Wojna była jego rzemiosłem, a kiedy we Francyi pokój zapanował, nudził się Chamilly i zaciągnął pod sztandar słynnego generała Schomberga, którego Portugalia najęła w walce o niepodległość przeciw Hiszpanom. Schomberg zamianował go kapitanem i postawił na czele całego regimentu jazdy, a Chamilly zakwaterował się w Bei, małem miasteczku portugalskiem, którego wielką ozdoba był klasztor Matki Boskiej Poczęcia, klasztor, w którym 16-letania Marianna d'Alcoforado miała utracić cichy, pogodny spokój duszy, w którym, jak sama opowiada, dotychczas żyła, utracić go na zawsze przez lekkomyślnego junaka, zjadacza serc niewieścich, 30-to letniego kapitana zaciężnego wojska francuzkiego.
A był to wspaniały pan!
Oto jak go charakteryzuje Saint-Simon w swoich memoirach: "Chamilly był w rzeczywistości tęgim i dość dobrze zbudowanym mężczyzną; ale równocześnie był bardzo grubiański i tak głupi, tak ciężki na umyśle, że gdy się na niego patrzało i jego bredni słuchało, człowiek nie tylko, że nie był w stanie pojąć, by się w nim jakaś kobieta rozkochać mogła, ale nawet wątpić należało, iżby mógł posiadać jakiś talent wojenny. Jeżeli zrobił w ogóle jakąś karierę mimo swej potwornej głupoty, to zawdzięcza to jedynie swej żonie, mądrej i rozgarniętej osobie.
Znając dokładnie wartość swego męża, p. Chamilly na krok go nie odstępowała, wszystko za niego robiła, a on nawet tego nie miarkowała".
Ona to za pośrednictwem ministra Chamillarda wyjednała dla niego łaskę marszałkowską.
A potem dodaje: "To do niego były adresowane słynne listy portugalskie jednej zakonnicy, którą poznał w Portugalii, a która z miłości ku niemu oszalała". Rozumiem całe zdziwienie Saint-Simona, ale nieśmiertelna historia Tytanii z osłem powtarzała się zawsze i powtarzać się będzie.
Tej bezbrzeżnej głupocie, chełpliwości i nietaktowi marszałka Chamilly mamy do zawdzięczenia jeden z najwspanialszych dokumentów duszy kobiecej w całym jej obłędzie miłosnym, jej bezbrzeżnej rozpaczy po utracie kochanka, jej nadludzkich uniesień, przepastnych upadków.
Bo nie dość było Chamillemu wojennych laurów, chełpił się widocznie swemi zdobyczami i zwycięstwami nad sercami kobiet.
Może nie chciano mu wierzyć, może pokpiwano sobie z starzejącego się Don Juana. Zaperzony, że ktoś ośmiela się powątpiewać, daje jako dowód te biedne pięć listów, pięć krwawych ran, świeżą jeszcze krwią ociekających, pięć listów, które byłyby kamień wzruszyły swą rozpaczną wymową, tylko nie serce zacnego marszałka.
I listy te dostały się w równie godne ręce hrabiego de Cuilleraques, o którym ten sam Saint-Simon (niewyczerpane źródło do historyi czasów Ludwika XIV) mówi, że był to chełpliwy wyga, obżartuch i błazen równocześnie, przyznaje jednak, że był sprytny, nieźle miał w głowie i był w towarzystwie bardzo miły.
Miał przyjaciół i żył na ich koszt, bo wszystko przepuścił; mimo to rozrywano go na wszystkie strony.
Słynny prefekt paryski Louvois powierzył mu redakcję urzędowej gazety: "La Gazette", a w kołach literackich też był znany, ponoć nawet udzielał rad Racine'owi i Boileau'owi. Oczywiście, że taki sprytny pan od razu się poznał na niezmiernej wartości literackiej listów Marianny: z wiedzą, czy bez wiedzy Chamilly'ego, przetłumaczył je na język francuski i wydał. A zrobił na tym świetny interes. W krótkim przeciągu czasu wyszło czterdzieści wydań.
Szczęśliwa Marianna nie dowiedziała się o tym. Byłaby ze wstydu umarła, gdyby się dowiedziała, że co najwstydliwszego było w jej duszy, w jej życiu, publicznie zostało obnażone.
A zresztą nikt nie znał jej nazwiska. Sto lat po jej śmierci miało się ono dopiero uwiecznić.
Aż do roku 1810 nie wiedziano, kto był autorem tych listów.
Po raz pierwszy ogłosił słynny hellenista za czasów Napoleona, Boissonade, felieton w "Journal de l'Empire", dzisiejszym "Journal des Debars", w którym pisze: "Czytacie i podziwiacie listy portugalskie, a nie wiecie, kto je napisał.
Otóż mogę zdradzić tajemnicę. Na egzemplarzu z 1669, który jest w moim posiadaniu, jest napisane nieznaną mi ręką: "Zakonnica, która te listy pisała, nazywała się Marianna d'Alcoforado, z klasztoru w Bei, pomiędzy Estramadurą a Andaluzyą". I ścisłe badania najnowszych czasów potwierdziły jak najzupełniej wiarogodność tej notatki."
Marianna d'Alcoforado pochodziła z starej, bardzo poważanej i zamożnej rodziny, która częstokroć wielkie przysługi oddawała ojczyźnie i królowi. Ale dawno zaginęłaby już wieść o Alcoforadach, gdyby ich Marianna nie była uczyniła słynnymi na cały świat. Rodzice jej, lękając się o przyszłość swych córek, były to czasy strasznie niespokojne, bo właśnie wybuchła zażarta wojna miedzy Portugalią a Hiszpanią, lękając się, czy w tej zawierusze nie utracą całego mienia tak, że nie będą mogli córek odpowiednio wyposażyć, oddali je w młodym wieku do klasztoru. Jedna z nich zdaje się rychło umarła, starsza zaś Marianna przyjęła śluby zakonne. Życie klasztorne w XVII stuleciu uległo całkowitemu zepsuciu. Istniały wprawdzie bardzo surowe reguły, ale nikt na nie nie zważał. Zamożniejsze zakonnice miały w klasztorach już nie celki, ale wytworne mieszkania, damy świeckie mogły sobie kupić, oczywiście za grube pieniądze, prawo przebywania w klasztorze, dokąd wnosiły zbytek, światowość a często jak najgorszy przykład. Zakonnice szły ich śladem, a jeżeli reguła nie pozwalała na długie powłóczyste habity, poczęły je krótko obcinać, by tym lepiej uwydatnić zgrabne nóżki w obcisłych pantofelkach. Reguła karała zakonnicę, schwytaną sam na sam z mężczyzną, 10 laty więzienia, utraceniem prawa przystępu do kraty i zupełnem odcięciem od świata, tymczasem nic łatwiejszego, jak dostęp do klasztoru. Hrabia Szomberg, pod którego komendą służył w Portugalii de Chamilly, "wykradł" jak najspokojniej w świecie zakonnicę i miał z nią kilkoro dzieci.
Słynne procesy Gauffridi'ego 1610, Urbain Grandiera 1632-34, Magdaleny Bavent 1633-1647, odsłoniły całą otchłań histerycznej zarazy, która po ówczesnych klasztorach grasowała.
Zresztą rzeczy to zbyt znane, by się dłużej nad tem rozwodzić.
Tą swobodą, tym rozluźnieniem reguł i dawniejszych surowych obyczajów tłumaczą się takie szczegóły w listach Marianny, że nie potrzebowała się np. taić ze swoją miłością, że wszystkie siostry o niej wiedziały, a nawet z współczuciem ją pocieszyć pragnęły, a powierniczką jej była siostra Dona Brites, - tłumaczy się, że adjutant Chamilly'ego mógł godzinami wyczekiwać na list, który ona na poczekaniu pisała, i tłumaczy się, że zakonnice mogły się swobodnie przypatrywać wojskowej paradzie, na której czele harcował dorodny Chamilly na ognistym rumaku, i to istotnie było jej zgubą i straszną tragedią. Spojrzał na nią i w tej samej chwili rozpalił w jej sercu ogień piekielnej miłości.
Sama o tym spotkaniu w drugim swoim liście opowiada. Tym się rozpoczęła ciężka jej tragedia.
Dziarskiemu junakowi wpadła piękna zakonnica od razu w oko, do klasztoru nie trudno się było dostać: wszak w tych obmierzłych czasach, jak skarży się jeden z wizytatorów, krata klasztoru się nie zamykała.
Krótko trwały te dni, a może i tygodnie miłosnych szałów i upojeń, które jej duszę całą spaliły do dna, a dla pana de Chamilly były przyjemną rozrywką. Stosunek ten począł go męczyć, może przeraziła go ta straszna, nieokiełznana, z wszystkich więzów rozpętana namiętność zakonnicy, dość, że przy pierwszej lepszej sposobności wsiadł na okręt - i drapnął, jak się to mówi. Po wszystkie czasy to samo.
Jeszcze zachowywał pozory, pisał jej, jak sama mu wyrzuca, rzeczy czcze i jałowe, które ją nic a nic nie obchodzą, a potem całkiem zamilkł.
Wtedy to zebrała ostatnie swoje siły, pisze do niego ostatni list, w którym go już "Panem" nazywa, odsyła mu podarunki, jakie jej dawał, i odsyła mu to, z czym się jej najtrudniej rozstać: jego wizerunek.
"Nic już więcej od Waćpana sobie nie życzę. To prosty obłęd, że mu to tak często i tyle razy powtarzam. A jest konieczne, abym wybiła sobie Pana z myśli i pamięci, i całkiem o nim zapomniała.
I nawet wierzę w to, że już nigdy do Niego nie napiszę."
I już nie pisała więcej.
Tak się zakończył bolesny sen o szczęściu, o miłości nieszczęsnej zakonnicy Marianny d'Alcoforado.
Długi czas starano się podać w wątpliwość autentyczność tych listów, dopiero w ostatnich czasach zdołał słynny historyk portugalski, Cordeiro, żmudnymi badaniami w archiwach, księgach klasztoru w Bei, całym szeregiem niezbitych dowodów dowieść, że listy te istotnie pisała siostra Marianna.
Oryginał portugalski tych listów zaginął. Francuskiemu tłumaczowi nie zależało oczywiście na zachowaniu oryginału, może być, że po przetłumaczeniu listy Chamilly'emu zwrócił i po latach gdzieś w familijnym archiwum, tzn. na strychu zbutwiały. Zachodziło zatem pytanie, o ile przekład ten jest wierny. Pytanie to prawdopodobnie nigdy nie zostanie rozwiązane. Jednakowoż dyplomata i historyk literatury hrabia Sousa-Botelho, który wydał te listy w nowym wydaniu w tekście francuskim i portugalskim zarazem - (ten ostatni oczywiście próba rekonstrukcji pierwotnego oryginału) - twierdzi, że każdy Portugalczyk, albo jakikolwiek dobry znawca tego języka, ani na chwile wątpić nie będzie, że te pięć listów prawie dosłownie zostały z portugalskiego oryginału przetłumaczone.
Mnóstwo zdań jest tak skonstruowanych, że jeżeli się słowo w słowo je z powrotem na jeżyk portugalski przetłumaczy, wniknie się od razu w jego duch i charakter. A już całkiem osiągnął cel idealnej prawie rekonstrukcji wspomniany historyk Cordeiro, który nadał francuskiemu tekstowi piętno i charakter portugalskiej mowy klasztornej siedemnastego stulecia.
Jedna przy tym, drobna wprawdzie, ale bardzo znamienna okoliczność wskazała na to, że listy były pierwotnie pisane po portugalsku. We francuskim języku przemawia Marianna do swego kochanka wszędzie przez "Vous", co w ówczesnym użyciu języka tyle znaczyło, co "Ty", ale mogło też znaczyć "Panie".
Skądże więc nagle pisze w ostatnim liście, by się nie dziwił, iż go całkiem inaczej teraz tytułuje, kiedy w dalszym ciągu pisze mu jak przedtem "Vous"? Niezrozumiałe to na pozór miejsce, w tej chwili się wyjaśnia, gdy się zważy, że poufałe "Ty" pierwszych listów zastąpiła w ostatnim portugalskim sztywnym "O senhor!" - "Panie!", a co w francuskim znowu przez "Vous" oddane zostało.
W moim tłumaczeniu starałem się oddać to "O senhor" przez "Waćpan", w siedemnastym stuleciu, zdaje się, powszechnie używanym w stosunku kobiety do kawalera.
To jednakowoż, co bezwzględnie wskazuje na absolutną autentyczność tych listów, to ich szczerość i bezpośredniość.
Potrzeba tylko przeczytać choćby parę listów z owych czasów: kiedy każdy z tych "precieux" i precjozów starał się przybrać uczucia swoje w kłamliwe, przesadne formy literackie, kiedy piękne słowo zabijało całkiem uczucie, a ładnie utoczony frazes górował nad wszystkim, listy te Marianny są jakoby objawieniem duszy bez obsłonek, bez frazesu, z niesłychaną szczerością i prawdą. "Arcydziełem miłości kobiety" nazywa je Remy de Gourmont i winszuje czytelnikowi nieznanej jeszcze rozkoszy, jaką będzie miał przy ich czytaniu, i rzeczywiście nie znam w całej literaturze nic, w czym dusza kobiety tak do naga się odsłoniła w swej bezdennej rozpaczy miłosnej, swej dumie i poniżeniu, w swej zachłanności, zazdrości i pokorze.
Długi czas intrygowały współczesnych dalsze losy nieszczęsnej zakonnicy. "Ślubowałam sobie, że postaram się uspokoić; albo to zdołam, albo powezmę rozpaczliwe postanowienie", pisze w swoim pożegnalnym liście.
Rozpaczliwy, beznadziejny, we wszystkich tonacjach zachłannego bólu rozbrzmiewający ton tych listów, kazał przypuszczać, że wykonała to "rozpaczliwe postanowienie" i odebrała sobie życie, albo też stała się ofiarą "krwawej, dusznej mitręgi i wyczerpującego osłabienia", o którym często wspomina.
Ale tak łatwo z miłości się nie umiera. Długie, długie jeszcze lata miała oblubienica Chrystusa pokutować za swój ciężki grzech.
Miłosny obłęd, który się w jej duszy rozszalał i prawdopodobnie ją o chorobę przyprawił, wzbudził w zakonnicach współczucie, tym bardziej zrozumiałe ze względu na wysoki stan urodzenia Marianny i na majątek, jaki z sobą do klasztoru wniosła.
Nie była widocznie w stanie spełniać wszystkich obowiązków, jakie reguła na siostry nakładała, dość, że "zrobiono mnie furtjanką w tym klasztorze", pisze w swoim czwartym liście.
Może chciano w tym lekkim urzędowaniu myśli jej rozprószyć, pozwolić jej wytchnąć w jej ciężkiem utrapieniu.
Tymczasem gorsząca jej miłość stała się już widocznie głośną, cała jej familia już ją za życia pogrzebała, dokumenty rodziny d'Alcoforadów całkiem o niej milczą, jej brat Baltazar, towarzysz pancerny Chamillego, wstąpił nagle do stanu duchownego - przypuszczają, że pośredniczył w stosunku miłosnym między swoim towarzyszem, a siostrą, a teraz lekkomyślność swoją zapragnął odkupić poświęceniem się Bogu - jej starszy brat musiał ją uważać za parszywą owcę, jeżeli swe córki oddał do całkiem innego klasztoru, by się nie zaraziły przykładem ciotki - a i w klasztorze samym nie zapomniano o ciężkim występku, jakiego się przed dużo-dużo laty dopuściła - mimo, że w zapiskach klasztornych wyraźnie napisano, iż przez wszystkie lata gorąco się służbie Bożej oddawała, wszystkim jako przykład świeciła, nikt się na nią nie poskarżył, bo dla wszystkich była słodką i łagodną, i mimo wysokiego stanu i budującej pobożności, zawsze pozostała w cieniu i na uboczu. Raz tylko - po kilkunastu latach od czasu, w którym datują się jej listy (grudzień 1667 do początku czerwca 1668) była kandydatką na przełożoną. Było to w roku 1709, ale na 109 głosów padło na nią zaledwie 48. Wreszcie miała zakończyć męczeński swój żywot: "gdy czuła, że koniec nadchodzi" prosiła o święte sakramenty, które przyjęła całkiem przytomna, dziękowała Bogu, że uznał ją za godną, iż raczył zejść do przybytku jej serca, umarła z oznakami, iż w całej pełni żywot swój w łasce zakończyła, a do ostatniej chwili nie utraciła mowy. Trzydzieści lat pełniła ciężką pokutę, dużo cierpiała i chorowała, a choroby i utrapienia wszelkie znosiła z oddaniem się woli Boskiej i z pragnieniem, "by gorsze i cięższe jeszcze cierpienia ją nawiedzały".
Umarła 28 lipca 1723 roku w podeszłym wieku, bo liczyła na on czas lat 83.
Pół wieku "tem umierała, że umrzeć nie mogła".
Kiedy ostatni z d' Alcoforadów, całkiem już zdegenerowany dziwak, który we wszystkim, czego się, tylko czepiał, doszczętnie bankrutował, był zmuszony w siódmym dziesiątku ubiegłego stulecia dom w Beja, odziedziczony po swoich przodkach, sprzedać, wymówił sobie, aby w głównej sali zachowano herb familijny - nie uwzględniono jednak tego zastrzeżenia.
Prawdopodobnie nawet nie wiedział, że nazwisko jego nie kamienną tarczą herbową przejdzie do najdalszej potomności, ale niespożytą pięknością tych paru listów, które bezpośrednią siłą i namiętnością mogą się mierzyć z listami Heloizy, a nawet je niestygnącą mocą uczucia przerastają.
Stanisław Przybyszewski