Listy lorda Bathursta - Marcin Mortka

-
Proszę czekać

COPYRIGHT ? BY Marcin MortkaCOPYRIGHT ? BY Fabryka Słów sp. z o.o., Lublin 2013

WYDANIE I

ISBN 978-83-7574-754-6

Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

PROJEKT I ADIUSTACJA AUTORSKA WYDANIA Eryk Górski, Robert Łakuta

ILUSTRACJA ORAZ PROJEKT OKŁADKI Piotr Cieśliński

REDAKCJA Tomasz Hoga

KOREKTA Piotr Pawlik, Agnieszka Pawlikowska

SKŁAD "Grafficon" Konrad Kućmiński

SPRZEDAŻ INTERNETOWA

ZAMÓWIENIA HURTOWE

Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. s.k.a. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel./faks: 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl, e-mail: hurt@olesiejuk.pl

WYDAWNICTWO

Fabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91 www.fabrykaslow.com.pl e-mail: biuro@fabrykaslow.com.pl

 

Prolog

Okręt o ciemnoczerwonych burtach pojawił się znienacka i równie niespodziewanie otworzył ogień.

Kapitan James George Wilkins wpatrywał się w niego z oszołomieniem jeszcze przez kilka sekund po tym, jak wrogie pociski zmiotły kliwry, poszlachtowały takielunek i strzaskały jedną z łodzi jego "City of York", a na koniec zamieniły któregoś z hinduskich marynarzy w krwawą miazgę. Z niedowierzaniem patrzył to na dymiącą burtę, to na Union Jacka majestatycznie spływającego z rufy nieznajomego okrętu.

- Nie poznał nas! - wyszeptał ze zgrozą. - Nie poznał! To pomyłka! Sygnalizuj, Richard!

Szarpnął za ramię swego pierwszego oficera.

- Wciągaj te cholerne chorągiewki! Powiadom go, że jesteśmy statkiem Kompanii Wschodnioindyjskiej! Rusz się!

- To na nic, sir! - rzekł z rezygnacją Richard, spoglądając na obcy okręt. - Nie poznaje pan? Nie słyszał pan o fregacie z czerwonymi burtami?

- To okręt Royal Navy, do ciężkiej cholery!

- To Ross, sir! Przeklęty pirat, który...

- Brednie!

Starczyła myśl o bezcennym ładunku spoczywającym w ładowniach "City of York", by Wilkins odnalazł w sobie pokłady ogromnej odwagi.

- Nie po to, kurwa mać, narażałem zdrowie i majątek, dobijając targu z tymi jawajskimi dusigroszami, żeby teraz pozwolić jakiemuś bandycie się obrabować! - wrzeszczał, zbiegając na śródokręcie. - Już, niecnoty! Do szotów! Do fałów, cholera! Cała załoga do zwrotu!

Przerażeni hinduscy marynarze kulili się jednak wzdłuż falszburt i pierzchali pod pokład, bardziej przerażeni milczeniem okrętu z czerwonymi burtami niż furią właściciela.

- Stać! - W rękach Wilkinsa pojawił się pistolet. - Stać, wy padalce!

Wypalił w powietrze, czym jednakże tylko wzmógł panikę. Niespodziewanie uświadomił sobie, że stoi samotnie na opustoszałym pokładzie, a okręt z czerwonymi burtami płynie powoli w ich stronę. Z jego trzewi jedna po drugiej wychylały paszcze przeładowane armaty. Wtedy zrozumiał, że jego kupieckie szczęście dobiegło końca. Choć zdołał bezpiecznie dopłynąć do Jawy, wyminąć francuskie i batawskie okręty wojenne, odnaleźć kupców gotowych sprzedać mu pieprz i cynamon, potem wynegocjować korzystne ceny, nie miał szans uciec temu bezczelnemu piratowi.

- Żeby cię piekło pochłonęło, Ross! - wrzeszczał, grożąc mu nienabitym pistoletem. - Obyś się smażył w piekle po dzień Sądu Ostatecznego, łajdaku! Kurewski pomiocie!

W odpowiedzi czerwona burta plunęła ogniem.

Wilkins nie ujrzał już tego, jak wrogie pociski szatkują "City of York", blady z przerażenia Richard ściąga banderę, a pirat kieruje się ku następnym jednostkom ich konwoju. W tejże chwili życie odebrała mu kula z muszkietu.

Rozdział pierwszy

Kapitan Peter Doggs patrzył śmierci w oczy.

Bez emocji spoglądał na lufy wymierzonych w niego muszkietów i twarze celujących żołnierzy, niektórych poważnych, innych zlęknionych. Gdy pierwszy z nich nacisnął spust, skrzywił się, jakby przeszył go straszliwy ból, a potem w akompaniamencie dalszych wystrzałów osunął się na ziemię.

Leżał nieruchomo, czekając, aż żołnierze odmaszerują, a więzienny lekarz oficjalnie stwierdzi śmierć i podyktuje protokół pisarzowi. Następnie zjawili się dwaj strażnicy, którzy bezceremonialnie wrzucili jego ciało na nosze i pozostawili w pustej celi więziennej. Potem szczęknęły zamykane drzwi.

Doggs wstał, otrzepał odruchowo spodnie i kurtkę, a potem otarł usta z resztek soku porzeczkowego, który kazano mu wypluć podczas salwy. Machinalnie przygładził jasne, nierówno obcięte włosy i rozejrzał się z dezaprobatą po nagiej celi. Na szczęście nie musiał długo czekać. Lord Bathurst w asyście czterech żołnierzy pojawił się niemalże natychmiast.

- Wygląda pan całkiem dobrze, jak na trupa - stwierdził.

- Rzekłbym, że o wiele lepiej niż pan, który oficjalnie żyje - powiedział Doggs, patrząc na przekrwione oczy lorda i obwisłe policzki, pokryte grubą warstwą pudru.

- Niniejszym udowodnił pan, że wyrażenie "śmiertelnie poważny" nie ma pokrycia w rzeczywistości - rzekł lord. - Sierżancie, będzie pan uprzejmy zawiązać worek na głowie naszego wesołka.

Autorytet Bathursta najwyraźniej wiele w Plymouth znaczył, gdyż minęło ledwie kilka minut, a obaj, lord i kapitan, siedzieli w karecie. Doggs pospiesznie ściągnął worek z głowy, z niesmakiem odłożył go na siedzenie i wyprostował swe długie, chude ciało.

- Liczę, że to koniec tej maskarady - stwierdził, zakładając kosmyk włosów za ucho.

- Bynajmniej, kapitanie. To dopiero początek - rzekł lord i odruchowo poprawił własne włosy, długie i bujne mimo wieku, choć przetkane nitkami siwizny.

- W sumie powinienem się tego spodziewać - westchnął Doggs. - Nieczęsto się zdarza, by kapitan marynarki wojennej, skazany na śmierć za zdradę, brak kompetencji i uderzenie innego oficera, został wybawiony z opresji przez Anioła Stróża. Z całym szacunkiem, milordzie, ale na anioła pan nie wygląda.

- Bo nim nie jestem. - Bathurst odsunął firankę i przyglądał się mijanym budynkom powoli niknącym w mroku. - Wyciągnąłem pana z kłopotów, ponieważ jest mi pan potrzebny.

- Panu osobiście? Sądziłem w pierwszym odruchu, że reprezentuje pan jedną z owych potężnych, acz tajnych instytucji, które chronią naszą ojczyznę przed rewolucyjną Francją...

- Powstrzymam się od wszelkich komentarzy do chwili, gdy wejdziemy na pokład "Stjernen".

- Na pokład czego?

Bathurst nie odpowiedział. Doggs rozparł się więc na miękkich poduszkach i postanowił poskromić ciekawość. W końcu była to niewielka cena za ocalenie z beznadziejnej sytuacji.

Kareta zatrzymała się po jakimś kwadransie. W świetle latarni niesionej przez jednego ze służących widać było niewiele, ale zarówno otoczenie, jak i zapachy wyraźnie wskazywały, że znaleźli się w najpodlejszej części portu. Doggs nie posiadał się więc ze zdumienia, gdy wśród niewielkich jednostek zacumowanych przy pirsie ujrzał sporą fregatę z założonymi rejami. Mimo późnej pory trwał na niej ożywiony ruch. Dziesiątki marynarzy pełzały po takielunku, inni opuszczali spore pakunki w głąb luków, na nabrzeżu tłoczno było od wozów. Wszędzie niczym niespokojne świetliki kołysały się latarnie.

- Oto "Stjernen" - powiedział Bathurst, ostrożnie stąpający wśród błota. - Pański nowy okręt. Poświeć mi tu, niecnoto. Nie chcę sobie powalać trzewików.

- Z uwagi na fakt, iż trupy rzadko awansują w Royal Navy, wnoszę, że niniejszym zostałem korsarzem?

- Nie. Chyba nie istnieje nazwa funkcji, którą będzie pan pełnił, Doggs.

Peter zmarszczył brwi. Coraz mniej podobał mu się ton arystokraty, ale jego uwagę przyciągnął okręt. Bez wątpienia miał przed sobą nowoczesną fregatę o pięknej, zgrabnej linii, uzbrojoną w trzydzieści dwa działa. Jej burty wydawały się świeżo odmalowane, a takielunek nowiutki jak spod igły. Z podziwem obejrzał pokryte złotą farbą zdobienia pawęży i szerokie okna rufowe. Wbrew sobie poczuł, jak serce zaczyna mu bić żywiej.

- Idzie pan? - rzucił ze zniecierpliwieniem Bathurst, który wchodził już po trapie.

Doggs pospieszył za nim. Na pokładzie przywitał ich wyprostowany jak struna oficer wachtowy w zwykłej płóciennej kurtce.

- Milordzie, pragnę zameldować, iż załadunek...

- Z tą chwilą nie jest to już mój problem, Hackett - parsknął Bathurst i pospieszył w stronę kajuty kapitańskiej. - Niech ktoś przyniesie nam butelkę wina i dwa kieliszki. W miarę czyste.

Lord szedł szybkim krokiem, jakby na pokładzie okrętu wojennego czuł się niezbyt swobodnie, ale idący za nim Doggs zdążył zauważyć kilku ludzi w czerwonych kurtkach piechoty morskiej, którzy służyli tylko na okrętach Royal Navy, nigdy zaś na jednostkach korsarskich. Gdy zamknął za sobą drzwi kajuty kapitańskiej, w jego głowie kłębiły się tysiące pytań.

- Uff. - Bathurst opadł na krzesło i przetarł wilgotne czoło. Jego twarz wyglądała jeszcze bardziej upiornie. - Starczy chwila na którejś z tych waszych kryp, a mnie już się zbiera na nudności. Z tego też względu będę się streszczał, kapitanie. Otóż nie jest pan ani oficerem Royal Navy, ani też kaprem. Obejmuje pan dowództwo nad tą jednostką celem wypełnienia pewnej istotnej, strategicznej misji dla Wielkiej Brytanii.

Na jego czole perlił się pot, ale oczy - blade, niemalże rybie - przewiercały Doggsa na wylot. Ten przysunął sobie krzesło i zuchwale odpowiedział lordowi spojrzeniem swych jasnoniebieskich oczu.

- Rozumiem. - Skinął głową. - Trapi mnie tylko jedno. Po co wszystkie te starania, aby wyrwać kostusze akurat mnie? W Royal Navy służy mnóstwo ambitnych, przedsiębiorczych kapitanów, którzy bez trudu wypełniliby pańską misję, bez względu na to, na czym będzie polegać.

- Istnieje wiele powodów, dla których zależało mi na panu. Pamiętam bitwę z Hiszpanami przy Dogger Bank, kiedy to dowodził pan "Venus". Zwycięstwo przypisano Kimberleyowi, ale dobrze wiem, że stracił on głowę i jego "Retaliation" była wyłączona z boju przez dobrą godzinę. Pamiętam też walkę, jaką pan stoczył na brygu "Wolverine" niedaleko Tarentu...

- Moje wyczyny w żaden sposób nie zasługują na aż takie wyróżnienie.

- Bo też istnieją jeszcze inne powody, o których dowie się pan w swoim czasie.

- Intrygujące. A na czym będzie polegać owa misja?

- Im mniej pan będzie wiedział, tym lepiej dla pana. Pańskie zadanie zostało rozpisane szczegółowo w serii dokumentów, które w odpowiednich chwilach będą panu wręczane przez mojego zaufanego, niejakiego pana Augustusa Stirlinga, któremu zresztą jest pan winien absolutne posłuszeństwo.

- Chyba istnieje nazwa funkcji, którą przyjdzie mi pełnić. To woźnica.

- Dobrze, jeśli jest to panu potrzebne, proszę się tak nazywać. Ubiegnę natomiast inne pańskie pytanie, którego na pewno nie wypowie pan na głos, ale zapewne już się zrodziło w pańskiej głowie. Otóż są sposoby, by wyegzekwować pańskie posłuszeństwo. Zapewne pan zauważył, że na pokładzie "Stjernen" znalazł się spory oddział piechoty morskiej?

Doggs skinął głową, wpatrując się w lorda. Ogarniały go złe przeczucia.

- Zazwyczaj na jedno działo przypada jeden żołnierz. Oddział na "Stjernen" jest półtora raza większy niż standardowy, a dowodzi nim porucznik Robert Burlington, oficer, którego lojalności wobec mnie nikt nie może zakwestionować. Gdyby i to nie poskromiło pańskiej buńczuczności, proszę pamiętać o swej córce.

Kapitanowi zrobiło się ciemno przed oczami.

- Emily? Łapy precz od niej, ty... - Zachłysnął się gniewem.

- Jak na trupa, wykazuje pan zaskakującą roszczeniowość. - Bathurst uśmiechnął się samymi ustami. - Oto kolejny powód, dla którego jest pan idealnym kandydatem do wypełnienia mojego zadania. Nie dość, że jest pan oficjalnie martwy, to jeszcze ma pan swój czuły punkt. Widzi pan, misja, którą będzie pan miał zaszczyt wypełnić, to zadanie zdecydowanie zbyt ważne i zbyt skomplikowane, by powierzyć je byle zuchowi z Royal Navy. Muszę mieć absolutną gwarancję, że wszystko pójdzie po mojej myśli.

- Co żeś pan sobie umyślił w sprawie mojej córki? - wychrypiał Doggs.

- Nic. Na razie nic. Po pańskiej śmierci prawnym opiekunem Emily stał się pański brat Benjamin, który ma teraz prawo decydować o jej majątku, wykształceniu i statusie matrymonialnym. Innymi słowy, może ją wydać za mąż wedle własnego uznania. Jak się to panu podoba, Doggs?

Ze spokojem zniósł wściekłe spojrzenie kapitana.

- Ja zaś mam odpowiednie środki, by odwieść go od wszelakich pomysłów tego typu do chwili, gdy wypełni pan swe zadanie. Jeśli spełni pan moje oczekiwania, pozwolę panu spotkać się z córką, a potem zaaranżuję wasz wyjazd do Australii bądź Kanady.

- Jakoś w to nie wierzę.

- W co? W moje możliwości? - Lord uniósł starannie wydepilowaną brew. - Panie Doggs, czy już pan zapomniał, że dzięki moim staraniom komisja sądu wojennego skazała pana na śmierć przez rozstrzelanie, a nie powieszenie, pluton egzekucyjny był uzbrojony w nienabite muszkiety, a lekarz więzienny podpisał protokół zgonu żywego człowieka? O pańskim wczorajszym zwolnieniu z więzienia na kilka godzin już nie wspomnę! Nawiasem mówiąc, ekspedycja się udała?

- Jak najbardziej.

- Cieszę się. Zorganizowanie tego wszystkiego, co pan widzi dookoła, drogi panie Doggs, zabrało mi dwa tygodnie.

- Mówiąc "to wszystko", ma pan na myśli okręt, załogę, kadrę oficerską, zaopatrzenie...

- Mam na myśli wszystko - syknął Bathurst. - I co pan na to? Już pan wierzy w moje możliwości?

W jego wątłej dłoni pojawiła się batystowa chusteczka, którą przecierał spocone czoło lub przytykał do ust, ale jego rybie oczy nadal płonęły, trudno powiedzieć - z gorączki czy zawziętości.

- Kim pan jest, do cholery? - Doggs wychylił się ku niemu. - Kogo pan naprawdę reprezentuje? Rząd? Wywiad? Admiralicję? A może samego diabła?

- Naprawdę ma to dla pana znaczenie?

- Zdaje się, że chyba już wiem, co czuje mucha zaplątana w pajęczą sieć.

- Niech pan sobie daruje te tanie porównania i skupi się na dość oczywistych faktach, Doggs. Uratowałem pana od niechybnej śmierci i daję możliwość zapracowania na godne życie. Pająk by pana... Cóż, skonsumował. Do pająków może pan przyrównywać kapitanów, którzy skazali pana wyrokiem sądu, lub młodego Hutchinsona, który pana w tę kabałę wpakował. A tak na marginesie, co u niego słychać?

- Niewiele.

- Cóż. Doggs, nie sądzę, byśmy mieli się spotkać w przeciągu kilku najbliższych miesięcy, tak więc pozwoli pan, że złożę życzenia udanej podróży. Życzę panu również wiele zdrowego rozsądku, bo porucznik Burlington nie jest jedynym człowiekiem na pokładzie, który ma mieć na pana oko. Życzę też pomysłowości w udawaniu okrętu duńskiej marynarki wojennej...

- Duńskiej?

- Tak. "Stjernen" to po duńsku "gwiazda". I wreszcie życzę panu nieustającego natchnienia poetyckiego, bo - proszę mi wierzyć - lepiej pisać wiersze, niż próbować rozgryźć moje intencje. Uff, wybaczy pan, ale udam się już na ląd. Nie wiem, jak wy wytrzymujecie w tych rozkołysanych klatkach.

- Milordzie - poderwał się Doggs - czy... czy naprawdę zajmie się pan Emily?

- Nie. Zajmie się nią pański brat. Ja tylko zadbam o to, by nie przyszło mu nic głupiego do głowy.

- Sir! - Drzwi nagle stanęły otworem i na progu pojawił się porucznik Hackett z butelką i dwoma kieliszkami. - Przepraszam za spóźnienie, ale...

- Jezu, Hackett - westchnął lord - mam nadzieję, że ładowanie dział wychodzi panu lepiej. Do widzenia, panowie.

Wyszedł.

Doggs spojrzał na stropionego Hacketta, który uśmiechnął się przepraszająco, ale jego wzrok pozostał obojętny.

- Przepraszam, sir - powiedział. - Były kłopoty przy kabestanie i...

- Nic się nie stało, poruczniku. Ma pan pewnie masę roboty przed wypłynięciem... - rzekł Doggs i niespodziewanie przygryzł wargę, gdyż uświadomił sobie, iż poza koniecznością podszycia się pod duński okręt nie wie kompletnie nic o oczekującej go misji. Nie wie, dokąd zmierzają, którędy, a nawet kiedy mają wypłynąć.

- Wszystko już niemal zapięte na ostatni guzik - oznajmił porucznik. - Nie marnowaliśmy czasu przez ostatni tydzień.

- Znakomicie, panie Hackett.

- Natknąłem się również na pana Stirlinga, który prosił, bym wręczył panu to. - Oficer wyciągnął list w zalakowanej kopercie. - Ponoć wie pan, co z tym zrobić.

- Owszem, wiem. - Doggs przyjrzał się kopercie, ale odłożył ją na biurko.

- Wie pan, kim jest Stirling? To cywil, ale jego pełnomocnictwa...

- Wiem.

- Uhm, dobrze. Pan Stirling przekazał również, że z chęcią złoży panu wizytę, jeśli tylko znajdzie pan wolny moment.

- Wspaniale. Jak znajdę ów moment, to zaproszę pana Stirlinga. Na razie zajmijmy się sprawami bardziej istotnymi.

- Ma pan na myśli obchód okrętu.

- To też. W pierwszej kolejności jednak myślę o tej oto flaszce.

Rozdział drugi

Drogi Kapitanie Doggs,

Tuszę, iż zarówno kadra oficerska, jak i sam okręt spełniają Pańskie oczekiwania i na nowo odkrywa pan w sobie radość żeglowania. Żywię jedynie nadzieję, że udaje się Panu poskromić naturę wojownika, gdyż pod żadnym pozorem nie wolno Panu inicjować żadnych starć morskich. Przypominam, iż na tę chwilę Dania jest monarchią neutralną, a Pańskim zadaniem jest utwierdzić cały świat w tym właśnie przekonaniu.

Proszę na razie nie forsować okrętu i żeglować niespiesznie, nie wzbudzając jakichkolwiek podejrzeń, w kierunku Wysp Kanaryjskich, gdzie otrzyma Pan kolejne instrukcje. W wypadku ataku ze strony wyjątkowo niemądrego korsarza bądź nadgorliwego jakobina, któremu rewolucyjny zapał uniemożliwia prawidłową interpretację bandery, proszę stawić skuteczny opór i oddalić się w pierwszej dogodnej sytuacji. Jeśli nie okaże się to szczególnie skomplikowane, proszę zadbać o to, by potencjalny przeciwnik uznał, iż kieruje się Pan na północ bądź północny zachód. O braniu pryzów czy pościgu za wrogiem oczywiście nie ma mowy.

Szczerze Panu oddany

lord William Bathurst

Doggs uniósł filiżankę do ust i upił pierwszy łyk gorącej, aromatycznej kawy. Przymknął oczy, rozkoszując się smakiem, a gdy je otworzył, ujrzał Orlogsflagg - wielką, duńską banderę powiewającą nad szerokim kilwaterem fregaty. Przez chwilę wpatrywał się w nią bez wyrazu, po czym spojrzał na Stirlinga, pracowicie smarującego grzankę dżemem.

- Dlaczego Dania? - spytał.

- A dlaczego nie?

Stirling uśmiechnął się blado i poprawił lekko liche, szarawe włosy, co - jak zauważył Doggs - czynił prawie zawsze, gdy zwracano na niego uwagę.

- Duńczycy na razie pozostają neutralni - kontynuował - więc przynajmniej w Kanale nie musimy obawiać się ani jednostek napoleońskich, ani też pańskich kolegów z Navy. Co więcej, choć założę się, że każdy szanujący się kapitan naszej floty z pamięci wymieni całą aktualną flotę Francji, Holandii i Hiszpanii, mało kto zna się na okrętach Jego Królewskiej Mości Christiana VIII. Jak Bóg da, wymkniemy się na Atlantyk niespostrzeżeni.

- O ile pamięć mnie nie myli, dochodziło już do incydentów. Okręty Royal Navy zatrzymywały statki Jego Królewskiej Mości i konfiskowały ładunek.

- Nie Jego Królewskiej Mości, a nadętych kupców z Kopenhagi, którym się wydaje, że mogą na naszych oczach handlować z Francją. Słyszał pan o tym, że car Paweł nosi się z zamiarem utworzenia ligi państw neutralnych, by móc dalej prowadzić handel z Bonnym? Cóż za impertynencja. Między innymi chce wciągnąć w to Danię. Jeśli mu się powiedzie, stracimy wiarygodny kamuflaż - zakończył Stirling i ostrożnie nadgryzł grzankę.

- Nie, nic takiego nie słyszałem - skrzywił się Doggs i odstawił filiżankę.

Przez moment przyglądał się Stirlingowi, pulchnemu mężczyźnie w nieokreślonym wieku, bardziej pasującemu do wizerunku pisarza bankowego aniżeli człowieka sterującego morską operacją, aż w końcu odważył się dodać:

- Ale ja w ogóle mało co słyszałem. Nie wiem na przykład, skąd się wziął ten okręt. Jestem bowiem jednym z tych kapitanów, którzy bez trudu potrafią wyliczyć skład kilku flot wojennych, a tego okrętu jakoś nigdy nie widziałem.

- Bo został niedawno zakupiony od prywatnego armatora. - Stirling przełknął kęs i otarł usta chusteczką. - Nieszczęśnik wyposażył go do handlu z Indiami Zachodnimi, ale chyba zląkł się wojny i postanowił szybko nabytek sprzedać.

- Czy tam się właśnie kierujemy? Do Indii Zachodnich?

Stirling ugryzł grzankę i przez moment rozkoszował się jej smakiem.

- Wszystkiego dowie się pan w swoim czasie, kapitanie Doggs - powiedział po chwili, założywszy dłonie na wydatnym brzuchu. Uśmiechnął się przy tym jowialnie, ale jego oczy pozostały zimne i nieczułe. - W swoim czasie i w należytej formie.

- Ma pan na myśli te pańskie listy?

- Nie moje. To listy lorda Bathursta, panie kapitanie, który - może mi pan wierzyć - zaplanował całe pańskie życie na kilka miesięcy naprzód.

- A pan, jak rozumiem - uśmiechnął się mało przyjemnie Doggs - jest tu głównie po to, bym dokładnie trzymał się ich treści.

- Pochlebia pan sobie. Od tego jest porucznik Burlington i kilku innych ludzi. - Stirling znów przygładził włosy i sięgnął po kolejną grzankę. - Ja mam do wypełnienia inne zadania.

- Wagi państwowej, ani chybi?

- Sporej wagi.

- Jeszcze jedna rzecz mnie intryguje, jeśli wybaczy pan dociekliwość. - Doggs upił znów nieco kawy, nie spuszczając ze Stirlinga spojrzenia. - Po co ta cała mistyfikacja? Fingowanie kary śmierci, listy, duńska flaga, grzebanie ludziom w życiorysie. - Przy tych ostatnich słowach przez jego twarz przemknął skurcz. - Po co? Jeśli to zadanie wagi państwowej, to dlaczego lord Bathurst nie skorzystał z kanałów półoficjalnych? Przecież wszyscy wiedzą o układach wywiadu z admiralicją. Taką operację można by zorganizować o wiele szybciej, łatwiej i taniej...

- Coś podobnego - przerwał mu Stirling, niemalże rozbawiony, smarując grzankę dżemem. - Związki wywiadu z admiralicją? Pierwsze słyszę.

- Lord powiedział, że wykonuję misję dla Anglii - powiedział Doggs. - Mam jednakże wrażenie, że to kłamca, i jakoś...

- Kłamca? - Stirling odłożył nóż. - Czyżby choć raz pana okłamał? Lord Bathurst jest pańskim sprzymierzeńcem i proszę ani przez moment nie podawać tego w wątpliwość. Tak będzie lepiej dla pana. Nawiasem mówiąc, jest pan czarującym partnerem do dyskusji, jednakże sugerowałbym zmianę tematu. Bywa pan w teatrze?

Drzwi do kajuty kapitańskiej otworzyły się i w progu stanął porucznik Hackett.

- Sir, zauważono żagiel na prawym trawersie.

- Już idę - rzekł Doggs i zdjął kurtkę z poręczy fotela.

Z ulgą powitał chłodny wiatr na rozgrzanych policzkach - nie sądził, że rozmowa ze Stirlingiem obudziła w nim aż takie emocje - ale w tej samej chwili poczuł się nieswojo. "Stjernen" nie różniła się wiele od "Venus", fregaty, którą dowodził przed oskarżeniem o zdradę, ale trudno mu się było przyzwyczaić do tego, że po wyjściu na pokład nie widzi żadnych znajomych twarzy. Oficerowie zachowywali się wobec niego uprzejmie, ale z dystansem. Marynarze zaś spoglądali na niego z zaintrygowaniem i obawą, niepewni jego charakteru.

Doggs doskonale wiedział, że w kadrze oficerskiej Royal Navy zdarzali się sadyści i fanatycy. Bywali w niej też kiepscy żeglarze, ludzie pozbawieni ducha bojowego bądź zwykli durnie, bywali pijacy i opiumiści, bywali aroganccy szlachcice i niebezpieczni ryzykanci. Na początku rejsu z nowym dowódcą załoga zawsze uważnie go śledziła, by ustalić, czy nie stanowi dla nich zagrożenia. Doggs pamiętał też, że opinia na temat nowego kapitana powstaje bardzo szybko, a potem niełatwo jest ją zmienić. Poprzysiągł więc sobie w duchu, że będzie postępował ostrożnie, bardzo ostrożnie.

I w tej samej chwili pożałował rozmowy, którą odbył wczorajszej nocy z Hackettem.

Minął salutującego mu żołnierza piechoty morskiej i wszedł na rufę, gdzie bez słowa ujął podaną mu lunetę i wycelował ją we wskazanym kierunku. Widział jedynie białą plamkę żagla, za wcześnie, by wyciągnąć jakiekolwiek wnioski. Złożył lunetę i podszedł do tabliczki logowej, a potem zerknął na kompas.

- Panie Parker, meldunek proszę.

Pierwszy oficer wyszczerzył zęby, zasalutował i powiedział:

- Wszystko w porządeczku, kapitanie, idziemy równo jak nożem uciął, a...

- Zawsze pan tyle gada, panie Parker? - głos Doggsa zabrzmiał jak strzał z bicza.

- Nie, sir. Znaczy się tak, sir.

- To proszę to zmienić. Meldunek - wycedził, wpatrując się w twarz Parkera, wychudłą, zarośniętą, niemalże wilczą.

- Kurs południowo-południowo-zachodni, prędkość pięć i pół węzła przy ostatnim pomiarze logiem, w zęzie półtorej stopy wody - zameldował obojętnym głosem Parker, choć w jego oczach migotało szyderstwo. - Żadnych uszkodzeń w takielunku stałym bądź ruchomym. Wiatr słabnie, ale...

- Dziękuję. Zechce pan wrócić do obowiązków. Proszę utrzymać kurs aż do południowego mierzenia pozycji okrętu względem słońca.

Rozejrzał się uważnie po pokładzie rufowym, ale nie dostrzegł żadnych uchybień. Deski pokładu lśniły czystością, przy kole sterowym czuwało dwóch marynarzy wraz podoficerem nawigacyjnym. Takielunek był założony prawidłowo, naciągnięte sztagi były sztywne niczym żelazne pręty. Wszystko byłoby świetnie, gdyby nie wszechobecna cisza.

Plusk wody wzdłuż burt i świst wiatru były jedynymi słyszalnymi dźwiękami. Doggs niespodziewanie zatęsknił za przekomarzaniami topmenów na rejach czy gonitwą młodych midszypmenów, a nawet za szantami, rzadko tolerowanymi na królewskich okrętach wojennych, ale czuł, że nic na to nie poradzi.

Załoga musi okrzepnąć, a na to trzeba czasu, pomyślał, ale potem jego uwagę przyciągnęło kilku żołnierzy piechoty morskiej trzymających wartę w różnych miejscach i bacznie przyglądających się to marynarzom, to jemu. Przygryzł wargę.

- Będę w mojej kajucie - rzekł i odszedł, odprowadzony wieloma spojrzeniami.

Tępym, zamroczonym wzrokiem wpatrywał się w mewy kotłujące się nad kilwaterem. Pił, a jego wściekłość, zamiast gasnąć, buchała coraz żywszym ogniem. Lord Bathurst oczywiście miał rację - gdyby nie jego starania, Doggs byłby dziś trupem, ale wspomnienie sądu wojennego i plutonu egzekucyjnego bladło z każdą przebytą milą. Na próżno próbował obudzić w sobie wdzięczność, a miast tego odkrywał coraz większe pokłady irytacji.

Zrzucił pierwszy list od Bathursta na podłogę.

Stał się pionkiem w czyjejś intrydze, psem trzymanym krótko na smyczy, narzędziem w cudzych rękach. Nie miał pojęcia, do czego zostanie wykorzystany, a świadomość, że od jego posłuszeństwa zależy przyszłość Emily, budziła w nim wściekłość.

Emily... Wystarczyło, by wyobraził sobie jej piękną twarzyczkę zalaną łzami na wieść o śmierci ojca, a gniew znalazł ujście.

Złapał pusty kieliszek i z całej siły cisnął nim o gródź. W ślad za nim roztrzaskała się karafka, a potem poleciał pusty kałamarz, stempel do pieczęci, kieszonkowy teleskop, gruba świeca i kilka innych przedmiotów. Gdy opróżnił już szufladę biurka, wyszarpnął ją i rąbnął z całej siły o podłogę. Potem wsparł się o blat i odetchnął ciężko.

- Sahib?

Do kajuty zajrzał przestraszony hinduski steward.

- Wszystko w porządku, Tom. - Doggs machnął ręką, nagle zawstydzony swoim wybuchem. - Dam sobie radę. Zostaw mnie w spokoju.

Hindus pospiesznie zamknął drzwi. Kapitan podszedł ciężko do grodzi i zaczął powoli podnosić leżące przy niej przedmioty. I wtedy zauważył niewielkie wgłębienie, starannie zamalowane, a mimo to nadal widoczne. Obok niego widniało kolejne, nieco wyżej następne. I jeszcze jedno w kącie.

Doggs spojrzał na okna rufowe i przymknął oczy, by wyobrazić sobie okręt wojenny, który pluje salwą z całej burty. Kartacze mkną wirującym rojem, roztrzaskują szyby, rozrywają wszystkich na swej drodze, z łoskotem wbijają się w drewnianą gródź...

- Prywatny armator zląkł się wojny i sprzedał okręt, tak? - mruknął do siebie Doggs.

Jeszcze raz rozejrzał się po starannie odmalowanych ścianach kajuty kapitańskiej. Potem, nie wiedzieć czemu, zerknął na dostrzeżony przed godziną żagiel. Obca jednostka się zbliżała.

Około południa słońce wyjrzało zza chmur i wraz z nawigatorem, brodatym ponurakiem o nazwisku Samuelson, Doggs przeprowadził pomiar pozycji okrętu. Usatysfakcjonowany kapitan dał znak żołnierzowi piechoty morskiej, który odwrócił klepsydrę. Inny wybił godzinę dwunastą, a bosman zadął w gwizdek, co stanowiło dla załogi znak rozpoczęcia posiłku.

Doggs przez moment patrzył na spieszących pod pokład marynarzy. Schodzili posłusznie, ale bez entuzjazmu. Na wielu twarzach widział lęk lub oszołomienie, na innych - niepewność.

W życiu nie widziałem tak niezgranej załogi, pomyślał, po czym ujął lunetę i przyjrzał się nadciągającej jednostce. Dostrzegał już kadłub i był niemalże pewien, że jest to również fregata, i to całkiem spora, ale nie mógł jeszcze rozpoznać narodowości.

- Dogania nas - stwierdził Parker stojący za jego plecami. - Może wciągniemy jeszcze parę płócien?

- Po co? - zapytał cicho Doggs. - Ma pan coś na sumieniu, Parker?

- Nie.

- Ja również. Wystarczy jednak, byśmy przyspieszyli, a wtedy na pewno wydamy się podejrzani. Czy jest pan zadowolony z podziału ludzi na wachty?

- Cóż, nie wiem. - Parker zamrugał oczami. - Eee, chyba nie było do tej pory okazji, by to sprawdzić. - Zamilkł na chwilę. - No, w sumie to nie. Kiedy staliśmy w porcie...

- Naprawdę mówi pan za dużo. Proszę dać załodze pół godziny, a potem zwołać obie wachty.

- Tak jest, sir!

Przez resztę popołudnia na pokładzie "Stjernen" aż wrzało. Wywoływani rozkazami kapitana marynarze pięli się na reje, przypadali do brasów i szotów, ćwiczyli wszystkie czynności związane ze spuszczaniem łodzi na pokład. Doggs przyglądał się wszystkiemu w milczeniu, od czasu do czasu dzieląc się oszczędną uwagą z Parkerem. Jego twarz pozostawała kamienną maską, ale zdumienie rosło z każdą chwilą.

W załodze oczywiście znajdował się spory odsetek wystraszonych, potykających się o własne nogi wieśniaków ze środkowej Anglii, niemających wcześniej okazji nawet zobaczyć morza. Byli w niej drobni przestępcy, którym dano wybór między odsiedzeniem reszty kary w lochach a zaciągnięciem się do Navy, było kilku trzymających się na uboczu Irlandczyków, była grupka nieznających angielskiego Cyganów i Skandynawów, znalazło się paru niczego nierozumiejących włóczęgów wcielonych do służby pałką press gangu, a nawet mała grupka pensjonariuszy zakładu psychiatrycznego. Temu jednak Doggs się nie dziwił. Kompletowanie załóg stanowiło problem od początku wojen z rewolucyjną Francją oraz jej aliantami i Royal Navy imała się najrozmaitszych metod, by zaspokoić braki kadrowe. Zaintrygowało go co innego - grupa doświadczonych, starszych żeglarzy, którzy formowali trzon każdej załogi, była na "Stjernen" wyjątkowo liczna, a dodać do niej należało wielu młodszych marynarzy, sprawnych i kompetentnych. Kapitan widział wśród nich wcielonych siłą do służby ludzi ze statków handlowych Kompanii bądź z coraz liczniejszej floty korsarskiej - byli bardziej gadatliwi, mniej nawykli do dyscypliny i lubili śpiewać podczas pracy, ale weteranów z Navy również naliczył wielu. Jak na warunki panujące w marynarce wojennej, była to załoga rokująca wielkie nadzieje, zaryzykowałby nawet twierdzenie, że lepsza od tej, którą dowodził na "Venus".

I jego serce znów zabiło żywiej. Świadomość, iż mimo niejasnych okoliczności przyjdzie mu dowodzić niezłymi ludźmi na sprawnym, nowoczesnym okręcie, dodała mu otuchy.

Milordzie, przestaję wątpić w pańskie możliwości, pomyślał, a głośno oznajmił:

- Panie Parker, przejdziemy do ćwiczeń w przetaczaniu dział.

- Sekcje działowe!

Przetaczanie ciężkich dwunastofuntówek fregaty oraz ich ładowanie okazało się wyzwaniem o wiele większym niż obsługa żagli. Znów nie było się czemu dziwić - kapitanowie statków handlowych nie przywiązywali do artylerii wielkiej wagi, a korsarzy nie było stać na drogi proch, więc rzadko ćwiczyli swe załogi w strzelaniu. Ba, nawet w Royal Navy przydziały prochu były za małe, by dobrze wyszkolić załogę. Doggs sam znał paru dowódców, którzy powiększali swoje zasoby za własne pieniądze, ale wielu godziło się z sytuacją i traktowało artylerię jako broń pomocniczą. Odpalali salwy z bliskiego dystansu, kiedy kule nie mogły już chybić, a potem posyłali załogi do abordażu. Doggs nie należał do ekspertów w prowadzeniu ognia, ale nie miał zamiaru tego aspektu zaniedbywać.

Tym bardziej że ludzi trzeba było czymś zająć.

- Ostrożnie! - ryczał Parker. - Ostrożnie, numer trzy. Porządnie złap talię, do kurwy nędzy! Wiesz, co się stanie z twoim kulasem, kiedy laweta cofnie się na fali?

- Wystarczy na dziś, panie Parker. Proszę załadować i zamocować działa obu burt. Jutro powtórzymy ćwiczenia z pozostałymi oficerami, a pod wieczór zastanowimy się nad zmianami w obsadach poszczególnych armat. Dobra robota! - dodał głośniej, by usłyszeli go kanonierzy, spoceni i utrudzeni, niektórzy wciąż oszołomieni po nowym doświadczeniu. - Po kolacji ochmistrz wyda wszystkim dodatkową porcję rumu. Mamy tu ochmistrza, prawda? - zapytał Parkera, gdy ruszyli ku drabinie, zostawiając za sobą rozradowanych marynarzy.

- Cóż, sir, jak najbardziej, mamy, oczywiście, że tak - rzekł Parker i przepuścił dowódcę przodem. - Lord Bathurst zadbał o...

Doggs zacisnął dłoń na szczeblu tak mocno, że aż zbielały mu kłykcie.

- Parker, jeśli jeszcze raz w mojej przytomności wypowiesz nazwisko Bathurst, przywalę ci w mordę - wyszeptał. - I to tak, że zapomnisz, jak sam się nazywasz.

Ironiczne ogniki w oczach pierwszego oficera zgasły. Przez moment wyglądał na niemalże przestraszonego. Otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale kapitan już piął się w górę. Przy luku czekał na niego strapiony Hackett.

- Sir, już miałem pana zawiadomić - odezwał się niepewnie i wskazał dłonią rufę. - Chyba mamy problem.

Obcy okręt był już doskonale widoczny, tym bardziej że rozpiął żagle boczne. Przybliżał się niepokojąco szybko.

Doggs spokojnym krokiem wszedł na pokład rufowy i oparł dłonie o reling. Dyskretnie wyjrzał za nadburcie i zobaczył jeszcze kilka szczerb po kartaczach.

- Luneta, panie Hackett.

W oku teleskopu ujrzał potężny, wysklepiony dziób obcej fregaty, bez wysiłku rozbijający fale, a na nim kilku oficerów, którzy przyglądali się "Stjernen" z wytężoną uwagą.

- Francuzi - szepnął. - Panie Hackett, zechce pan poprosić tu pana Stirlinga - dodał głośniej, nie odrywając lunety od oka.

Omiótł wzrokiem uporządkowane pokłady francuskiej fregaty oraz piramidę żagli, do której na jego oczach dołączyły kolejny sztaksel oraz górne żagle boczne grota. Oblizał suche wargi.

- Chciał mnie pan widzieć, kapitanie? - spytał Stirling tonem niezdradzającym żadnych emocji.

Choć mężczyzna strojem wyróżniał się jako cywil, bez trudu, niczym doświadczony żeglarz, zachowywał równowagę na rozkołysanym pokładzie.

- Tak. Czy istnieje jakiekolwiek prawdopodobieństwo, że Dania zawarła wczoraj sojusz wojskowy z Anglią?

- Nie ma o tym mowy. Jak już panu tłumaczyłem przy śniadaniu, monarchie skandynawskie ciążą ku Moskwie, która...

- Pamiętam. To niech mi pan w takim razie wytłumaczy, dlaczego ten Francuz usiłuje nas teraz dogonić?

- Dogonić? - Stirling zmarszczył brwi, jakby próbował sobie przypomnieć, skąd u Francuzów tyle agresji. - Jest pan pewien, kapitanie? Nie sądzi pan, że po prostu zmierza na Atlantyk, tak jak i my?

- Dowódca tej fregaty rozpiął wszelkie możliwe żagle i rozwija teraz prędkość siedmiu, może nawet ośmiu węzłów - wycedził Doggs. - Prędkość imponującą, ale zbyteczną, zważywszy na fakt, iż przy pierwszym mocniejszym podmuchu może stracić jakieś drzewce. Te zaś na morzu są na wagę złota. Po co więc ryzykowałby stratę? Czy tylko po to, by wyjść na Atlantyk? Przyspieszył zaś - kapitan zniżył głos - gdy znaleźliśmy się na tyle blisko, by mógł nas rozpoznać. Jak pan to wytłumaczy?

- Płyniemy pod duńską banderą. Nawet ślepy by ją dostrzegł, tak więc sądzę, że...

- Mnie zaś zdarzyło się w przeszłości wywiesić portugalską i neapolitańską. Dowódca tej fregaty najwyraźniej nie wierzy w naszą tożsamość.

- A mimo to nadal jestem przekonany...

Słowa Stirlinga przerwał głuchy huk. Kula z dziobowej pościgówki francuskiego okrętu zniknęła w kilwaterze "Stjernen" kilka kabli za rufą. Jednocześnie na flaglinkach ścigającego zafurkotały chorągiewki.

- To po angielsku - stwierdził Hackett stojący obok z lunetą przy oku. - Wzywa nas do zatrzymania.

- Widzi pan? - powiedział Stirling. - To na pewno nic takiego. Gdyby miał wrogie zamiary, nakazałby nam zrzucić banderę.

- Gdyby kazał nam zrzucić banderę, przyspieszylibyśmy. Próbuje nas przechytrzyć.

Pościgówka oddała kolejny strzał ostrzegawczy. Kula znów wbiła się w kilwater fregaty, tym razem nieco bliżej.

- A może by stanąć w dryf i przywalić mu, jak podejdzie bliżej? - Parker przygryzł wargę, a w jego oku pojawił się złośliwy błysk.

Doggs złożył z trzaskiem lunetę i spojrzał wymownie na Parkera. Jednocześnie zauważył, że na ustach Hacketta błąka się ledwie zauważalny, drwiący uśmiech.

- Znakomity pomysł, panie Parker - rzekł. - Mamy wielkie szanse na błyskotliwe zwycięstwo. Przecież pokazaliśmy dziś naszej załodze, z której strony ładować działo.

- To przecież tylko Francuz, kapitanie - skrzywił się pierwszy oficer.

Doggs nie skomentował.

- Ktoś zna francuski? - zapytał głośno.

- Ja - odezwał się Stirling.

- Doskonale. Zechce pan podyktować panu Tourville'owi sygnał: "Jesteśmy duńskim okrętem wojennym. Wstrzymać ogień".

Stirling podszedł do trzeciego oficera - milczącego, ciemnowłosego młodzieńca o śniadej cerze - i zaczął mu szeptać do ucha. W chwilę po tym, jak na nawietrznej zafurkotały barwne chorągiewki, francuski okręt plunął ogniem raz jeszcze, tym razem z obu dziobowych armat, co stanowiło nader czytelną odpowiedź. Na twarzy Doggsa nie drgnął ani jeden mięsień.

- Panie Hackett, proszę postawić grotmarsel i żagle boczne. Następnie wykonamy zwrot przez dziób.

- Aye, aye, sir!

- Panie Parker, proszę przygotować rufowe pościgówki do otwarcia ognia. Ma pan wolną rękę w doborze kanonierów. Panie Tourville, zechce pan skontrolować uzbrojenie abordażowe i złożyć mi meldunek. Bosmanie! Założy pan dodatkowe sztagi i podwiesi reje na łańcuchach!

Hackett rzucił kilka rozkazów, po nim Parker, pokład zadygotał pod stopami biegnących marynarzy. Zaskrzypiały reje, załopotały nowe żagle, dziób "Stjernen" zaczął się zbliżać do linii wiatru.

- Panie Samuelson - Doggs zwrócił się do nawigatora - proszę za mną.

Zapadał już wieczór, szary i ponury, choć wśród rozpędzonych chmur migotał raz na jakiś czas rożek księżyca. Nachylony nad mapą Doggs nie mógł się powstrzymać i co chwila zerkał przez ramię na uskrzydloną francuską fregatę, odleglejszą, ale wciąż doskonale widoczną.

- Zawziął się - mruknął do siebie.

Nawigator wpatrywał się w swego dowódcę przenikliwym wzrokiem, choć krzaczaste brwi niemal zasłaniały jego oczy.

- Ano zawziął się - powtórzył tubalnym, niskim głosem i skrzyżował masywne ramiona na piersi. - Bywa i tak. A więc, jeśli wiatr nie osłabnie ani też nie zmieni kierunku, sir, około północy będziemy wyprzedzać Francuza o jakieś pięć do sześciu mil. Wtedy powoli przejdziemy na kurs zachodni, potem zachód ku północy, zachodni północny zachód i tak dalej, aż ruszymy prosto na wyspy Scilly. Wedle moich wyliczeń pierwszy zwrot...

- Ale dlaczego się zawziął? - spytał Doggs. - Co pan sądzi, panie Samuelson?

Nawigator, ogromny i brodaty, wydawał się skryty niczym biblijny prorok.

- Nie wiem, sir - odparł.

Jego oczy połyskiwały.

- Rozumiem. Jest pan wolny, panie Samuelson. Proszę przekazać nasze wyliczenia oficerowi wachtowemu, a także polecić mu, by zajął się wygaszeniem wszystkich świateł i nakazał załodze absolutną ciszę. Niech też owinie dzwon szmatami. Proszę mnie obudzić przy zmianie wachty.

- Tak jest, sir. Dobrych snów, sir.

- Dziękuję, panie Samuelson.

Po wyjściu nawigatora Doggs starannie zwinął mapy, a potem zapatrzył się w ciemniejący horyzont, gdzie nadal dostrzegał obrys wrogiego okrętu. Minęła dłuższa chwila, nim zerknął na przykręcony do pokładnika barometr i wyciągnął się na koi. Sen jednakże długo nie nadchodził, odganiany kolejnymi wspomnieniami. Widział komisję kapitanów, którzy z grobowymi minami skazywali go na śmierć. Widział szereg żołnierzy z muszkietami. Widział ziemię, na którą upadł, nagie ściany celi, wreszcie pożółkłą, wręcz groteskową twarz Bathursta. Próbował się skupić na wspomnieniu twarzyczki Emily, ale nie potrafił jej przywołać.

W końcu nadszedł mrok.

Doggs zerwał się z koi, ledwie Tom otworzył drzwi. Hindus aż odskoczył, przestraszony nagłym ruchem dowódcy.

- Co się dzieje? - spytał kapitan stłumionym głosem, trąc oczy.

Gdy usłyszał żywszy plusk wody wzdłuż burt i wyższy ton wiatru w takielunku, natychmiast się domyślił, że pogoda się zmieniła.

- Nnnie wiem - wybełkotał steward. - Był tu pan Hackett, prosił, bym obudził... Ja nie chciałem nic...

- W porządku, Tom. - Doggs wciągnął buty. - Podaj mi kurtkę. Która jest godzina?

Wiatr na zewnątrz był ostrzejszy i zimniejszy niż wieczorem. Kapitan zatrzymał się, by dopiąć guziki kurtki, a wtedy dojrzał grupkę trzech marynarzy, którzy stali na pomoście i wpatrywali się w coś w oddali. Podmuchy przynosiły strzępy ich rozmowy.

- To nie Saint Helen's - mówił jeden. - To Samson albo Bryher. Pływałem tu kiedyś przed wojną jeszcze...

- ...klęte wyspy - odezwał się inny. - Tu się rozbiły liniowce admirała Shovella w...

- Bo głupi był. Nie znał się na nawigacji...

- Nie to, co nasz stary. Ludzie gadają, że...

- A skąd ta pewność, Tim? Bo ja...

- Co to za zbiegowisko?

Cichą rozmowę przeciął ostry głos porucznika Parkera. Pierwszy oficer szedł szybkim krokiem w stronę grupki marynarzy, aż dudniły deski pomostu.

- Co to za tajne narady, do kroćset? Nazwiska!

- Sir, my tylko...

- Nazwiska!

Doggs ruszył po schodach pomostu.

- To zbyteczne, poruczniku - powiedział cicho, lecz stanowczo.

Jego chłodny głos bez trudu zgasił wściekłość w oczach Parkera.

- Ci ludzie powinni zajmować się swymi obowiązkami!

- Wszyscy powinniśmy. Na przykład oficer wachtowy powinien mnie powiadomić, że na horyzoncie pokazały się wyspy Scilly. Czyż nie?

Mimo ciemności Doggs był pewien, że twarz Parkera zalał ciemny rumieniec.

- Sir, ja...

- To wszystko, panie Parker.

Odwrócił się i przeszedł na rufę, gdzie powitały go milczące saluty marynarzy przy kole sterowym. Ku swemu zaskoczeniu ujrzał tam również potężną sylwetkę Samuelsona, który opierał się o reling i wpatrywał w mrok, a gdy zobaczył dowódcę, pozdrowił go jedynie zdawkowym skinięciem. Kapitan jednak nie miał mu tego za złe. Wyczuwał, że nawigator jest człowiekiem w znacznej mierze obojętnym na rytuały i konwenanse, ale za to bardzo doświadczonym żeglarzem, którego dobrze jest mieć po swojej stronie. Nie odezwał się więc ani słowem.

Ku jego zdziwieniu uczynił to Samuelson.

- Idzie za nami - burknął.

Doggs stanął obok niego. Mrok nad rozlewającym się szeroko białawym kilwaterem wydawał się nieprzenikniony.

- Jest pan tego pewien? - spytał.

- Zawziął się - odrzekł jedynie nawigator.

Wiatr szarpał jego brodę.

Doggs westchnął, udając obojętność, choć słowa Samuelsona obudziły w nim nieprzyjemny chłód. Odwrócił się w stronę dziobu i wytężył wzrok, usiłując wyodrębnić wyspy zauważone przez marynarzy na pomoście.

- Panie Samuelson, jak dobrze pan zna wody tego archipelagu?

- Nie na tyle, by pływać po nich nocą.

- Oczywiście. Ustawimy się na zawietrznej Saint Helen's, a o brzasku spróbujemy wejść głębiej. Poszukamy jakiegoś miejsca, w którym będziemy mogli przeczekać dzień lub dwa, a potem ruszymy na południe. Mam nadzieję, że nasz prześladowca nas nie odnajdzie.

Samuelson nie odpowiedział.

Przez moment obaj stali nieruchomo, upojeni kołysaniem i szumem wiatru, aż Doggs stłumił kolejną falę dreszczy i zszedł do kajuty kapitańskiej po płaszcz. Nachylał się nad kufrem, gdy we framugę zastukał Tom.

- Sahib... - zaczął nieśmiało.

- Jesteśmy na okręcie wojennym, Tom. Tu obowiązują inne tytuły.

- Panie kapitanie, pewien marynarz chce z panem mówić.

- Wpuść go.

Hindus skinął na człowieka czekającego za drzwiami i sam uskoczył w kąt. Do kajuty kapitańskiej wszedł niewysoki, niemłody już marynarz o siwiejących, potarganych włosach. Zasalutował z szacunkiem, kłaniając się przy tym.

- Uszanowanie, panie kapitanie, nie chciałem przeszkadzać... Tom Holt jestem, Tom Holt z podwachty grota. Pan kapitan był łaskaw właśnie nas przed chłostą uratować.

Doggs pokiwał głową. Rozpoznał już marynarza po głosie.

- Co was do mnie sprowadza, Holt?

- Ja znam ten okręt, sir. Ten, co nas ściga. To "Fantôme", francuski korsarz, tyle że rewolucjonista, to banderę wywiesza. To gładkopokładowa korweta, właściwie mała fregata, dwanaście dział na burcie. Dowódca ponoć sprawę ma z panem Osborne'em, gubernatorem Scilly, to pływa wśród wysp, szkody czyni, na naszą żeglugę się czai.

- Coś podobnego... - Doggs ściągnął groźnie brwi, nie chcąc, by marynarz dostrzegł, jak wielkie wrażenie zrobiły na nim jego słowa. - I, zaraza, dopiero teraz mi to mówisz?

- Nooo, bo jakoś tak... - stropił się marynarz. - Bo...

Kapitan nie słuchał jego wyjaśnień. Gwałtownie rozłożył mapę na stole i przez chwilę przyglądał się rafom i skałom na południe od archipelagu, a potem wybiegł na zewnątrz, zapominając o płaszczu. W kilku susach znalazł się na pokładzie rufowym.

- Załoga, do szotów i brasów! Refować fokmarsel i grotmarsel! - huknął. - Panie Edwards, kurs na północ. Panie Samuelson, gratuluję intuicji - dodał ciszej.

Nim ogromny nawigator zdołał zadać choćby jedno pytanie, na wymarłym do tej pory pokładzie zaroiło się od ludzi. W niemalże całkowitej ciszy marynarze przypadli do lin i zaczęli ciągnąć, inni pięli się na reje, a sternik pchnął koło sterowe. "Stjernen" zaskrzypiała i powoli zaczęła zmieniać kurs. Doggs spojrzał na bezchmurne niebo i spróbował oszacować czas pozostały do świtu.

- Cholera jasna - szepnął i z niepokojem spojrzał w ciemności, kłębiące się za kilwaterem. - A jeśli naprawdę się zawziął?

Ledwie widoczne, ciemne bryły wysp przesuwały się na horyzoncie. Wiatr zmienił melodię, okręt przyspieszył pomimo zmniejszonej powierzchni żagli. Doggs studiował mapę przy wątłym świetle osłoniętej lampy naktuza.

- Zechce pan spojrzeć, Samuelson - rzucił. - Wydaje mi się, że nie dotarliśmy jeszcze na tyle blisko lądu, by bać się najdalszych raf.

Nawigator pokiwał głową w milczeniu.

- Rzućcie log! - Doggs rozkazał kilku bezczynnym marynarzom. - Przy prędkości sześciu węzłów zdołamy...

- Okręt przed nami! - krzyknął marynarz na oku. - Okręt na prawo od dziobu!

- Co? - Doggs poderwał głowę.

W tej samej chwili rozległ się głuchy pomruk, a horyzont rozświetliła seria rozbłysków. Salwa trwała zaledwie chwilę, ale wystarczyło, by Doggs rozpoznał okręt wojenny, zapewne fregatę. Wystarczyło też, by zrozumiał, że nieznajoma jednostka jest przerażająco blisko.

- Zaczaił się tu na nas... Zrzucić refy z marsli! Kurs zachodni ku północy! Postawić wszystkie kliwry i foksztaksel!

- To niemożliwe - szepnął Parker, który niespodziewanie wyrósł tuż przy dowódcy.

- Słyszał pan rozkazy, panie Parker?

Kule wzburzyły wodę kilka kabli od burty. W chwilę później nad pokładem "Stjernen" zabielały kolejne płótna, a okręt skoczył do przodu jak koń żgnięty ostrogą. Idąc z baksztagiem, sunął w stronę otwartego morza. Doggs nie spuszczał oka z obcego okrętu, który również zaczął stawiać żagle. Z całej siły zaciskał dłonie na relingu, usiłując przeniknąć mrok.

Kolejny pomruk, seria rozbłysków od dziobu aż po rufę. Ostatni wystrzał na ułamek sekundy opromienił banderę.

- Piekło i szatani! - wrzasnął Doggs, zapominając o swoim opanowaniu. - To Royal Navy!

Jedna z kul przebiła bezan kilka stóp nad jego głową, inna ze świstem przedarła się przez takielunek, któraś grzmotnęła w burtę.

- Oświetlić okręt! - krzyczał Doggs, odruchowo kryjąc głowę. - Latarnie na rufie i na relingu rufowym! Tom! Niech ktoś leci do mojej kajuty i każe Tomowi zapalić wszystkie światła! Panie Parker, proszę wystrzelić z rufowych pościgówek!

Na rufie nagle zajaśniało, a niewyraźne twarze nabrały wyrazistości. Doggs przypadł do falszburty, by sprawdzić, czy duńska bandera jest należycie widoczna, a wtedy poczuł na sobie wzrok Samuelsona. Brodaty nawigator pokręcił powoli głową.

- Nie ma wyjścia! - warknął. - Ten okręt bierze nas za korsarza! Musi zobaczyć duńską flagę!

- Myśli pan, że uwierzy? - Samuelson zmarszczył brwi.

- Trzeba spróbować - przygryzł wargę Doggs.

A pomyśleć, że nie tak dawno sam się chwaliłem Stirlingowi, jakie to bandery w życiu wieszałem... - przeszło mu przez głowę.

Zaczerpnął tchu, by wyrzucić z siebie kolejną serię komend, lecz wtedy na dziobie nadciągającej fregaty pojawił się pierwszy rozbłysk, a potem drugi, trzeci...

- Padnij!

Ryk dział i świst przelatujących kul rozległy się jednocześnie. Na jego oczach któraś musnęła grotmaszt, inna rozdarła siatkę z hamakami, kolejna rozbiła falszburtę na kawałki. Leżąc na pokładzie, czuł, jak drży kadłub, trafiony kilkakrotnie nad linią wodną. Na dziobie wrzeszczeli ranni.

- Raport o uszkodzeniach! - ryknął po ostatnim wystrzale.

- Okręt sterowny, sir! - krzyknął sternik.

- Takielunek cały! - huknął Parker.

- Zanieście rannych pod pokład! Żywo, żywo!

Woda wzdłuż burt szemrała coraz głośniej, blade żagle wypełniały się wiatrem, pokład pochylał się coraz bardziej. "Stjernen" rozpędzała się i Doggs, choć ledwie widział nieznajomą jednostkę, miał niemalże pewność, że zyskują nad nią przewagę. Wbił wzrok w jej sylwetkę i wyobraził sobie kanonierów uwijających się wokół odtoczonych dział, czyszczących dymiące lufy, wsuwających przybitkę, wtłaczających kule, a nad nimi - midszypmenów i oficerów, skupionych, zdenerwowanych. Dobrze wyszkolona załoga przeładowywała wszystkie działa jednej burty w dwie minuty, czasem nawet szybciej. Lada chwila obcy miał znów rzygnąć ogniem...

- Sir, światła! - Samuelson wbrew wszelkiej etykiecie zacisnął dłoń na jego ramieniu. - Wali do nas jak na ćwiczeniach!

Doggs obrócił się gwałtownie, wyrwany z kilkusekundowej zadumy. Wbił wzrok w ciemność, z której zgodnie z oczekiwaniami nawigatora lada chwila miał wychynąć "Fantôme". Wytężył wzrok aż do bólu i nagle, wbrew sobie i wszelkiej logice, nabrał podejrzeń, że ten może mieć rację.

- Nadciąga - szepnął.

I wtedy wpadł na nowy pomysł.

- Czy ktoś zdołał odczytać nazwę tej fregaty? - zawołał. - Co to za okręt?

- Płynie do nas burtą, sir, nic nie widać! - odpowiedział ktoś na rufie.

- Ja widziałem dwie pierwsze litery! G i A!

A więc "Garland" albo "Gallant", pomyślał nerwowo Doggs. Dobra, trzeba ryzykować.

- Niczego nie gasić! - ryknął na marynarza, który już nachylał się nad rufową latarnią. - Panie Hackett, proszę wywiesić sygnał: "Edwardzie Jespers, byłeś i jesteś niedojdą!".

- Sir? - zawahał się Hackett.

- Już!

Rozkołysane latarnie, stosowane w Royal Navy do komunikacji nocnej, ruszyły w górę w chwili, gdy nieznajoma fregata otworzyła ogień po raz czwarty. "Stjernen" szła już z prędkością siedmiu węzłów, wyprzedzając znacznie brytyjski okręt, przez co część pocisków wzburzyła kilwater. Inne jednakże okazały się morderczo celne. Na pokład runął kłąb splątanych lin z ciężkim blokiem, na dziobie popękały z trzaskiem wanty, w burcie ziała wyrwa w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą była furta armatnia.

Doggs nie mógł się jednak oprzeć wrażeniu, że salwa była krótsza, jakby kanonierów przy rufowych działach zatrzymał ostry rozkaz. Wysupłał z kieszeni zegarek i patrzył z napięciem, jak wskazówka sekundnika zatacza jeden pełny krąg, potem drugi i trzeci. Tu i ówdzie rozległy się słabe okrzyki radości, jakby niektórzy marynarze doszli do tego samego wniosku.

Okręt Royal Navy wstrzymał ostrzał.

- Rozkazy, sir? - spytał Parker głosem drżącym z napięcia.

- Nie. - Doggs odkaszlnął, nabrał głęboko tchu i znów przybrał obojętną pozę. - Tak trzymać. Niech się pan przyjrzy uszkodzeniom i wyda polecenia bosmanowi.

- Tak jest - rzekł pierwszy oficer. - Ostro było, nie? W życiu bym się nie spodziewał, że tu będzie jakiś nasz okręt. I że będzie do nas strzelał.

- Uszkodzenia, panie Parker. Panie Samuelson, proszę trzymać kurs. Za jakieś dwie godziny skieruje się pan na południe. Wygaście światła - spojrzał na duńską flagę - i ściągnijcie tę cholerną szmatę. Może rzeczywiście diabła przyciąga czy cholera wie co.

Nie trwało to długo, gdy na pokładzie "Stjernen" znów zapanował porządek. Fregata szła na południowy zachód ze stałą prędkością siedmiu węzłów, z każdą chwilą oddalając się coraz bardziej od wysp Scilly i czającego się u ich brzegów okrętu Royal Navy. Wiatr świstał monotonnie wśród lin, pokład rytmicznie unosił się i opadał. Emocje już dawno ucichły i Doggs, nadal wsparty o reling, uświadomił sobie, że ogarnia go senność.

- Panie Samuelson - powiedział - udam się na spoczynek. Panu zresztą też to radzę, bo...

Nawigator położył palec na ustach, a potem wskazał coś w ciemnościach.

Doggs wytężył wzrok i po chwili ujrzał ledwie widoczne, białawe pasmo daleko wśród fal.

- Kilwater - powiedział cicho. - To "Fantôme". Ujrzeli nasze salwy i skręcili, by opłynąć wyspy od zachodu... Jasna cholera, idzie tuż przed nami na równoległym kursie, a jeszcze nas nie zauważył... Ile przepłynęliśmy od spotkania z naszymi rodakami?

- Pięć, góra sześć mil - rzekł Samuelson.

- Doskonale. - Oczy Doggsa błysnęły stalą. - Panie Parker! Alarm bojowy! Proszę przygotować działa lewej burty do otwarcia ognia!

- Sir?

- To ten korsarz, Parker! Ten Francuz, który wygonił nas z Kanału.

- Sądziłem, że nie wolno nam otwierać ognia...

- Nie wolno nam dać się zatopić. Do dzieła, Parker. Panie Samuelson, proszę podejść o rumb do linii wiatru.

Po kolejnych kilku minutach Doggs miał już pewność, że białe pasmo w istocie jest kilwaterem pozostawionym przez trójmasztowiec, a po kwadransie zauważył, iż ten idzie prawym halsem na zbliżenie, szybko, ale bez pośpiechu. Instynkt i doświadczenie podpowiadały mu, że znajdzie się w zasięgu w ciągu kilku minut.

Było to najdłuższe kilka minut w jego życiu. Wpatrywał się w obcą jednostkę tak intensywnie, że oczy zaczęły mu łzawić. Spodziewał się, że korsarze w każdej chwili zauważą "Stjernen" i wypalą jako pierwsi, z o wiele lepszym skutkiem. Tymczasem "Fantôme" milczał jak zaklęty, a Doggs czuł pod swymi stopami dudnienie przetaczanych dział. W powietrzu unosił się już ostry zapach lontu, natychmiast rozwiewany przez wiatr. Rozpędzona fregata szykowała się do zadania ciosu znienacka.

- Wciągnąć banderę francuską - rozkazał.

Po dziesięciu minutach rzucił:

- Ognia!

Fregata zadrżała i zadygotała. Działa strzelały nierówno, nerwowo, ale huk był ogłuszający, a kłęby dymu nieprzeniknione. Doggs wspiął się na wanty, a gdy gwałtowniejszy podmuch rozpędził białą zasłonę, znów przyjrzał się obcej jednostce.

Była nietknięta.

- Parker, ty ośle - warknął.

W jednej chwili znalazł się na dole i rzucił w kierunku zejściówki na pokład działowy.

- Przeładowywać! - ryknął. - Już! Jak trzymasz ten stempel, niezdaro! Razem, razem ciągnijcie za talie! Przybitka! Najpierw przybitka, do ciężkiej cholery! Oczyść tę lufę, do kurwy nędzy!

Uwijał się wśród oszołomionych, nierzadko wystraszonych ludzi, pomagał podciągać armaty, ustawiał łomem kąt lufy, popędzał marynarzy kopniakami i pokrzepiał ich klepnięciami w plecy. Minęło pięć długich, bezcennych minut, nim cała burta była gotowa do kolejnej salwy.

Wyjrzał przez furtę. "Fantôme" był o wiele, wiele bliżej, a jego burta najeżyła się lufami dział.

- Chryste Panie - szepnął i odciągnął na bok nieostrożnego marynarza, który stał na drodze cofającej się armaty. - Ognia!

Na kilkadziesiąt sekund pokład działowy "Stjernen" zamienił się w piekło. Żelazne potwory z rykiem wyrzuciły swój śmiercionośny ładunek i cofnęły się, zatrzymane przez skrzypiące talie. Pomieszczenie wypełnił gryzący dym, ktoś wrzeszczał, ktoś się modlił. Doggs machnął ramieniem, usiłując rozpędzić kłęby, i znów wyjrzał na zewnątrz, w porę, by zobaczyć walącą się reję Francuza.

W sekundę później w kadłub fregaty uderzyły kule korsarza.

Peter Doggs nienawidził przebywania w szpitaliku okrętowym nawet wtedy, gdy był on pusty. Miał wrażenie, że cierpienie, pot, krew i ból wżarły się w deski tej ciemnej, dusznej izby i atakują go ze wszystkich stron, przypominając mu o kruchości ludzkiego życia.

Gdy szpitalik był pełen pacjentów, czuł się w nim jeszcze gorzej. Patrzył na zroszoną potem twarz półprzytomnego marynarza, któremu doktor Wendell, cichy, cierpliwy człowiek o pociągłej twarzy, właśnie amputował prawe przedramię, wsłuchiwał się we wrzaski innych i zaciskał z furią pięści.

- Sir? - Wendell patrzył na niego z niepokojem. - Wszystko w porządku?

- Tak - wykrztusił Doggs przez zaciśnięte gardło. - Jak najbardziej. Przynajmniej ze mną. Dobra robota, doktorze.

I wyszedł. Nie miał już ochoty udawać opanowania, nie chciało mu się kryć emocji za kamienną maską. Po raz pierwszy od wyruszenia z Plymouth pozwolił na to, by prowadził go gniew. Wtargnął do kajuty Stirlinga tak niespodziewanie, iż ten, już leżący na koi, poderwał się do pozycji siedzącej i uderzył głową w pokładnik.

- Jedna amputacja, dwa złamania, wybite oko i szereg drobniejszych kontuzji - wycharczał, zatrzaskując za sobą drzwi. - Co pan na to, Stirling?

- Cóż. - Stirling wydął wargi.

Błyskawicznie odzyskał panowanie nad sobą i wstał, mierząc kapitana zimnym spojrzeniem.

- Zdaje się, że trwa wojna, prawda?

- Tak, wojna! - warknął Doggs.

Górował nad niskim, korpulentnym Stirlingiem, a furia czyniła go jeszcze większym i groźniejszym.

- Wojna, podczas której okręty z Union Jackiem walczą z tymi mającymi trójkolorową banderę! Wojna, w której ludzie wiedzą, za co giną! A my? Uciekamy z Anglii cichcem pod duńską, kurwa, banderą, a potem obrywamy najpierw od naszych, a potem od cholernych francuskich korsarzy, którzy nie wiedzieć czemu gonią nas drugą dobę! Nas, okręt teoretycznie neutralny! Wytłumaczy mi pan to wszystko?

- Nie, Doggs. - Stirling zmarszczył brwi. - Układ jest klarowny. Choć najwyraźniej przeżywasz katusze intelektualne, będziesz wiedział tylko tyle, na ile ci pozwolę, a właściwie nie ja, a lord Bathurst. Jego listy...

- Listy!

Doggs złapał Stirlinga za poły koszuli i przyciągnął do siebie. Twarz wysłannika była teraz tak blisko jego własnej, iż nieomal dotykali się nosami.

- Dobrze, żeś mi przypomniał. Gdzie masz te listy, Stirling?

Skrzypnęły otwierane drzwi, Peter kątem oka zauważył, że do kajuty wpadł ktoś jeszcze. W tej samej chwili oślepił go paroksyzm bólu - to Stirling wykorzystał chwilę nieuwagi i wbił mu kolano w krocze. W ułamek sekundy później drugi z napastników - Doggs skądś wiedział, że to dowódca piechoty morskiej - oderwał go potężnym szarpnięciem od cywila i z całej siły cisnął o ścianę.

- Skoro już o listach mówimy, Doggs - Stirling z przesadną dbałością wygładził poły koszuli nocnej - to chciałem panu oddać ten, który pan napisał dla Emily w noc przed wypłynięciem na morze. List, który później dał pan porucznikowi Hackettowi w nadziei, iż ten przerzuci go na ląd. Cóż, poczciwy, lojalny porucznik Hackett przyniósł go mnie.

- To pana ostatni wyskok, Doggs - parsknął Burlington.

Dyszał ciężko, jakby z trudem nad sobą panował.

- Tego typu osądy niech pan zostawi mnie, Burlington - syknął Stirling. - I proszę puścić pana Doggsa. Na razie jest nam potrzebny.

Na ogorzałym, przeciętym blizną obliczu porucznika piechoty morskiej pojawił się grymas niezadowolenia. Odsłonił drapieżnie zęby, ale posłuchał.

- Porucznik Burlington nie słynie z opanowania, ale w tym przypadku akurat ma świętą rację. To pański ostatni wyskok. Po kolejnym sam będę zmuszony napisać list, tym razem do lorda Bathursta. Zrozumieliśmy się?

- Tak, oczywiście. - Doggs uśmiechnął się szeroko. - Ma pan swoich ludzi wszędzie. Jest pan niepokonany, Stirling. Pan i pański przydupas w czerwonym mundurze.

Tymczasem już poniosłeś pierwszą porażkę, pomyślał.

Ukłonił się i wyszedł.