Listy J.R.R. Tolkien - J.R.R. Tolkien

Kup ebooka

56.00 zł
43.12 zł (37,89 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

Pod koniec życia J.R.R. Tolkien przez kilka tygodni nie mógł posługiwać się prawą ręką. Powiedział wtedy swemu wydawcy: "Okazuje się, że niemożność używania pióra lub ołówka jest równie nieznośna, jak utrata dzioba przez kurę".

Tolkien poświęcał mnóstwo czasu na pisanie - nie tylko swych prac naukowych i opowieści o Śródziemiu, lecz także listów. Wiele z nich musiał pisać w sprawach zawodowych, lecz w większości przypadków czynił to, gdyż pisanie listów było po prostu jego ulubionym zajęciem. W rezultacie zachowała się ogromna liczba listów Tolkiena; kiedy z pomocą Christophera Tolkiena rozpocząłem pracę nad niniejszym wyborem, stało się oczywiste, że trzeba będzie pominąć olbrzymi materiał, publikując jedynie szczególnie interesujące fragmenty. Naturalnie pierwszeństwo otrzymały listy, w których Tolkien omawia własne książki, jednakże selekcja została dokonana z zamiarem ukazania rozległości horyzontów myślowych i zainteresowań pisarza oraz jego charakterystycznych, lecz zawsze klarownych poglądów na świat.

Wśród pominiętych listów znajduje się wiele napisanych w latach 1913-1918 do Edith Bratt, jego narzeczonej, a później żony; mają one bardzo osobisty charakter i wybrałem z nich tylko kilka fragmentów dotyczących utworów, którymi się wtedy Tolkien zajmował. Z lat 1918-1937 zachowało się niewiele listów, a te, które ocalały, nie wspominają (niestety) o pracy Tolkiena nad Silmarillionem i Hobbitem, które to dzieła wówczas tworzył. Natomiast istnieje nieprzerwany ciąg listów powstających od roku 1937 do końca jego życia, które opisują, czasami z najdrobniejszymi szczegółami, tworzenie Władcy Pierścieni oraz późniejszą pracę nad Silmarillionem i często szeroko omawiają znaczenie jego dzieł.

W listach wybranych do publikacji wszystkie pominięte fragmenty są sygnalizowane [...]. W miejscach, gdzie pojawia się wielokropek bez kwadratowego nawiasu, pochodzi on od autora. Prawie we wszystkich przypadkach opuszczenia są związane po prostu z brakiem miejsca, a bardzo rzadko z koniecznością zachowania dyskrecji.

Oryginalny tekst pozostał niezmieniony z wyjątkiem adresów i dat, które w całej książce są podawane według jednego systemu, oraz tytułów dzieł Tolkiena. On sam posługiwał się tymi tytułami w wielu wariantach, na przykład: the Hobbit, the "Hobbit", The Hobbit, "the Hobbit", "The Hobbit"; podobnie jest przy Władcy Pierścieni. Ogólnie rzecz biorąc, tytuły zostały ujednolicone zgodnie z przyjętym zwyczajem, chociaż w pewnych sytuacjach zachowano formę oryginalną, użytą w korespondencji.

Niektóre listy to kopie, które zostały przechowane przez Tolkiena; zaczął on pisać listy przez kalkę dopiero pod koniec życia, co wyjaśnia brak wcześniejszej korespondencji, jeśli nie dało się odnaleźć oryginałów. Podstawą innych listów był brudnopis lub brudnopisy różniące się od wysłanego tekstu (jeśli w ogóle został on wysłany). Niekiedy przytaczany ciągły tekst został złożony z kilku fragmentów brudnopisów; w takich sytuacjach list ma nagłówek: [brudnopis]. Liczbę takich brudnopisów w korespondencji Tolkiena i długość wielu z nich częściowo wyjaśnia sam autor w liście do syna Michaela:

Słowa rodzą słowa, a myśli ześlizgują się na boczne tory... "Lakoniczność" jako "formę sztuki" osiągam tylko czasami przez wycięcie 3/4 lub więcej z tego, co napisałem, i jest to oczywiście o wiele bardziej czasochłonne i pracochłonne niż "dowolna długość".

Jeśli został wydrukowany jedynie fragment listu, pominięto w nim adres i zwrot powitalny oraz zakończenie i podpis; w takich przypadkach tekst ma nagłówek "Z listu do...". Jeśli nie zaznaczono inaczej, wszystkie przypisy do listów są autorstwa Tolkiena.

Tam, gdzie uznałem to za konieczne, listy są poprzedzone wyjaśnieniem treści korespondencji. Wszystkie inne przypisy znajdują się na końcu książki; istnienie przypisu sygnalizuje liczbowy odsyłacz w tekście. Przypisy otrzymały kolejne numery w ramach każdego listu i można je odnaleźć na podstawie numeru listu (a nie strony) na końcu książki. Przypisy zostały opracowane zgodnie z zasadą, że mają one dostarczyć informacji koniecznych do zrozumienia tekstu, lecz i tutaj istotna była zwięzłość. Zakładam też, że czytelnik dość dobrze orientuje się w treści Hobbita i Władcy Pierścieni. Mając na względzie dużą liczbę wydań tej ostatniej książki i różną numerację stron, odsyłacze Tolkiena do odpowiednich stron są wyjaśnione w przypisach wraz z cytatem odpowiedniego fragmentu, o którym jest mowa w liście.

W przypisach redakcyjnych cztery książki są wymienione pod skróconymi tytułami: Pictures, Niedokończone opowieści, Biografia oraz Inklingowie. Są to odpowiednio: Pictures by J.R.R. Tolkien ze wstępem i przypisami Christophera Tolkiena (1979); J.R.R. Tolkien Niedokończone opowieści opracowane przez Christophera Tolkiena (1980); Humphreya Carpentera J.R.R. Tolkien: A Biography[1] (1977) oraz tegoż The Inklings[2] (1978). Wszystkie cztery książki zostały wydane w Wielkiej Brytanii przez wydawnictwo George Allen & Unwin Ltd., a w Stanach Zjednoczonych przez Houghton Mifflin Company.

Praca została podzielona między mnie i Christophera Tolkiena w sposób następujący: ja zebrałem i przepisałem wszystkie listy oraz dokonałem ich wstępnej selekcji; on komentował wybór i opracowanie oraz wysuwał rozmaite sugestie zmian, które następnie szczegółowo omawialiśmy i z różnymi poprawkami wprowadzaliśmy w życie. Potem, z uwagi na brak miejsca, okazało się konieczne poważne skrócenie tekstu. Znów ja wstępnie zaproponowałem skróty, Christopher Tolkien zaś ustosunkowywał się do moich propozycji i razem uzgadnialiśmy ostateczne decyzje. Jeśli chodzi o przypisy, ja pisałem pierwszą ich wersję, a on ponownie komentował moje dzieło i podsuwał dodatkowe informacje. Książka w obecnym swoim kształcie odzwierciedla więc bardziej mój niż jego gust i ocenę, lecz jest także produktem naszej wspólnej pracy. Jestem mu bardzo wdzięczny za poświęcenie mi wielu godzin, za to, że był moim przewodnikiem, oraz za zachętę.

Jestem też oczywiście głęboko wdzięczny tym wszystkim, którzy pożyczali mi listy J.R.R. Tolkiena. Większość z tych osób pojawia się w książce, ponieważ są wymienione z nazwiska jako adresaci. W tych nielicznych wypadkach, w których udostępnione mi listy nie zostały wykorzystane, chcę podziękować i przeprosić zainteresowanych za to, że ich list lub listy z braku miejsca pominięto. Chciałbym także podziękować rozmaitym organizacjom i osobom, które mi pomogły: członkom Tolkien Society z Wielkiej Brytanii, American Tolkien Society i Mythopoeic Society - którzy nadali rozgłos naszym apelom o odnajdywanie listów Tolkiena, a w niektórych wypadkach skontaktowali nas z ich właścicielami - a także BBC Written Archives, Bodleian Library, wydawnictwu Oxford University Press i jego działowi słowników, Ośrodkowi Badań Studiów Humanistycznych Uniwersytetu Teksańskiego w Austin oraz Wade Collection w Kolegium Wheaton w stanie Illinois, które to instytucje udostępniły nam pozostające w ich zbiorach listy. Dziękuję również różnym wykonawcom testamentów (wśród nich zwłaszcza wielebnemu Walterowi Hooperowi), którzy pomogli nam dotrzeć do listów skierowanych do osób już nieżyjących, a na koniec Douglasowi Andersonowi, który na wiele sposobów bardzo mi pomógł w przygotowaniu niniejszej książki. On i Charles Noad zechcieli ją przeczytać i wnieść poprawki do tekstu.

Mimo objętości tego tomu i wielkiej liczby zebranych przez nas listów nie ma wątpliwości, że duża część korespondencji Tolkiena wciąż pozostaje nieodkryta. Zachęcamy wszystkich czytelników, którzy wiedzą o innych listach mogących zasługiwać na publikację do skontaktowania się z wydawcą niniejszej książki - w nadziei, że odnalezioną korespondencją można będzie uzupełnić drugie wydanie.

Humphrey Carpenter

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

[1] Humphrey Carpenter, J.R.R. Tolkien. Biografia, wyd. 3, tłum. Agnieszka Sylwanowicz, Grupa Wydawnicza Foksal, Warszawa 2016.

[2] Tenże: Inklingowie. C.S. Lewis, J.R.R. Tolkien, Charles Williams i ich przyjaciele, tłum. Zbigniew A. Królicki, Zysk i S-ka Wydawnictwo, Poznań 1999.

Listy

1. Do Edith Bratt

[Tolkien zaręczył się z Edith Bratt, którą poznał w latach młodości w Birmingham, w styczniu 1913 r., gdy skończył dwadzieścia jeden lat. Poniższy list napisał podczas ostatniego roku studiów anglistycznych w Oksfordzie, kiedy przechodził szkolenie w uniwersyteckim Oficerskim Korpusie Szkoleniowym, przygotowując się do wstąpienia do armii.]

Kolegium Exeter, Oksford

[Bez daty; październik 1914]

Moja kochana Edith!

Owszem, Twoja kartka z sob[oty] rano zaskoczyła mnie i zasmuciła, bo zrozumiałem, że mój list będzie musiał wędrować za Tobą. Piszesz do mnie wspaniałe listy, maleńka, a ja zachowuję się względem Ciebie jak prosię. Wydaje się, że nie pisałem do Ciebie całe wieki. Miałem pracowity (i bardzo mokry!) weekend.

W piątek nie działo się zupełnie nic, podobnie w sobotę, choć przez całe popołudnie mieliśmy ćwiczenia i kilka razy przemokłem, a karabiny zabrudziły się i potem trzeba było je czyścić godzinami.

Większość wolnego czasu spędziłem w domu na czytaniu; jak Ci mówiłem, miałem do napisania esej, ale nie skończyłem go, ponieważ pojawił się Shakespeare, a po nim (porucznik) Thompson1 (świetnie wyglądający w nowym mundurze), który nie pozwolił mi pracować w niedzielę, tak jak planowałem [...]. Poszedłem na sumę do Świętego Alojzego - bardzo mi się podobała - a dawno nie byłem na sumie, bo kiedy w zeszłym tygodniu odwiedziłem w Oratorium, O.F.2 nie pozwolił mi pójść.

Musiałem po południu odwiedzić rektora3, co było bardzo nudne. Jego żona jest przerażająca! Wyszedłem, gdy tylko udało mi się wymówić, i uciekłem w deszczu do moich książek. Potem poszedłem zobaczyć się z p. Sisamem4 i powiedziałem mu, że zdążę napisać esej dopiero na śr[odę]; zostałem u niego i chwilę rozmawialiśmy, a po wyjściu odbyłem ciekawą rozmowę z tym dziwnym Earpem5, o którym ci mówiłem; opowiedziałem mu (ku jego zachwytowi) o Kalevali i fińskich balladach.

Wśród innych prac próbuję przetworzyć jedną z opowieści - która jest naprawdę wspaniałą i bardzo tragiczną historią - na opowiadanie nieco podobne do romansów Morrisa z dorzuconymi kawałkami poetyckimi6 [...].

Muszę już iść do biblioteki kolegium i umorusać się zakurzonymi księgami - a potem się powałęsać i spotkać z kwestorem [...].

R.7

2. Z listu do Edith Bratt

27 listopada 1914

Przed południem pracowałem jakieś 4 godz., od 9.20 do 13, czy coś koło tego; miałem szkolenie przez całe popołudnie, byłem na wykładzie od 17 do 18, a po kolacji (z gościem nazwiskiem Earp) musiałem pójść na spotkanie Klubu Eseistów - nieformalne ostatnie podrygi [?]. Był kiepski referat, ale ciekawa dyskusja. Było to także spotkanie poświęcone własnej twórczości; przeczytałem Earendela, który został porządnie skrytykowany1.

3. Z listu do Edith Bratt

[Po zakończeniu studiów anglistycznych w Oksfordzie - z pierwszą lokatą - Tolkien dostał przydział oficerski do Pułku Strzelców z Lancashire. List ten napisał w obozie Rugeley w Staffordshire, gdzie odbywał szkolenie. Tymczasem pracował nad wierszem Kortirion among the Trees, do którego inspiracji dostarczyło miasteczko Warwick, gdzie mieszkała Edith Bratt. Wiersz opisuje "zanikające miasta na pagórku", gdzie "jeszcze przetrwały Samotne Kompanie... Święte duszki i nieśmiertelne elfy". Jeśli chodzi o TCBS, patrz list nr 5.]

26 listopada 1915

Zwykły poranek stania, zamarzania, potem biegania dla rozgrzewki, żeby potem znów zamarzać. Zakończyliśmy godzinnym rzucaniem atrap granatów. Obiad i zimne popołudnie. Przez wszystkie gorące dni lata biegaliśmy w kółko oblani potem, a teraz stoimy w zlodowaciałych grupkach na dworze i słuchamy przemówień! Herbata i kolejna przepychanka; wywalczyłem sobie miejsce przy piecyku i zrobiłem grzankę na końcu noża - co za czasy! Zrobiłem ołówkową kopię Kortirionu. Mam nadzieję, że nie będziesz miała nic przeciw temu, że wyślę ją do TCBS. Chcę im coś wysłać: wszystkim należą się długie listy. Zaraz zacznę przepisywać starannie atramentem tekst dla Ciebie, maleńka, i wyślę go jutro wieczorem, bo chyba nie uda mi się zrobić więcej niż jedną kopię (takie to jest długie). Nie, właściwie wyślę ci egzemplarz ołówkowy (który jest bardzo schludny), a TCBS zaczeka, aż uda mi się zrobić następną kopię.

4. Z listu do Edith Bratt

2 marca 1916

Tego smutnego dżdżystego popołudnia znów czytałem stare notatki z wojskowych wykładów - znudziły mnie po półtorej godziny. Trochę ulepszyłem mój nonsensowny język duszków1.

Często ciągnie mnie do pracy nad nim, lecz nie pozwalam sobie na to, bo chociaż bardzo lubię tę robotę, rzeczywiście chyba to wariackie hobby!

5. Do G.B. Smitha

[Będąc w Szkole Króla Edwarda w Birmingham w 1911 r., Tolkien i jego trzej przyjaciele, Rob Gilson, Geoffrey Smith i Christopher Wiseman, stworzyli nieoficjalne i na wpół tajne stowarzyszenie, które nazwali TCBS. Był to skrót nazwy Tea Club and Barrovian Society, stanowiącej aluzję do ich zwyczaju picia herbaty w szkolnej bibliotece wbrew przepisom i w Barrow's Stores w pobliżu szkoły. Po ukończeniu Szkoły Króla Edwarda członkowie TCBS utrzymywali ze sobą bliski kontakt, a w grudniu 1914 r. w londyńskim domu Wisemana odbyła się tzw. Narada, po której Tolkien zaczął poświęcać dużo energii pisaniu poezji - uważał, że stanowi to rezultat podzielania przez członków TCBS wspólnych ideałów i skutek wzajemnych zachęt. Wiseman służył teraz w marynarce wojennej, Gilson i Smith zostali wysłani nad Sommę, a Tolkien przybył na to pole bitwy jako oficer sygnalizacyjny w 11. Batalionie Fizylierów z Lancashire w momencie rozpoczęcia czerwcowej ofensywy sprzymierzonych. 1 czerwca Rob Gilson zginął w akcji, ale wiadomość o jego śmierci dotarła do pozostałych członków TCBS dopiero po kilku tygodniach. Geoffrey Smith zawiadomił Tolkiena krótką notką, a potem przesłał mu list Christophera Wisemana.]

11. Batalion Fizylierów z Lancashire

Brytyjski Korpus Ekspedycyjny, Francja

12 sierpnia 1916

Mój drogi stary Geoffreyu!

Serdecznie Ci dziękuję za list Christophera. Wiele myślałem o różnych sprawach - większość z tego to myśli niedające się przekazać, dopóki Bóg znów nas choćby na chwilę nie połączy.

Nie zgadzam się z Chrisem - chociaż oczywiście on sam niewiele mówi. To prawda, całym sercem akceptuję część podkreśloną przez Ciebie - lecz, co dziwne, wcale nie tę część, którą sam zaznaczyłem i opatrzyłem uwagami. Wczoraj i przedwczoraj wieczorem poszedłem do lasu - po drugim pobycie w okopach znów jesteśmy w obozie, w tym samym starym miejscu, gdzie Cię spotkałem - usiadłem i myślałem.

Nie potrafię opędzić się od myśli, że nie można mylić wielkości, którą osiągnął Rob, z wielkością, w którą wątpił. On będzie wiedział, że mówię całkowicie szczerze i w żaden sposób nie sprzeniewierzam się mojej miłości do niego - dopiero teraz, z każdym dniem bardziej, zdaję sobie sprawę, że opuścił naszą czwórkę - kiedy wyrażam swoje obecne przekonanie, że jeśli wielkość, którą z całą pewnością nasza trójka miała na myśli (rozumiejąc przez to coś więcej niż samą świętość czy szlachetność), rzeczywiście jest udziałem TCBS, to śmierć któregokolwiek z jego członków stanowi jedynie gorzki odsiew tych, którym wielkość nie była przeznaczona, przynajmniej bezpośrednio. Niech Bóg sprawi, by nie zabrzmiało to arogancko - teraz naprawdę czuję się pokorniejszy, a także niepomiernie słabszy i uboższy. Wielkość, którą miałem na myśli, to wielkość wielkiego narzędzia w rękach Boga - wielkość kogoś, kto porusza innych, robi coś, nawet osiąga wielkie rzeczy, a przynajmniej je rozpoczyna.

Wielkość, jaką odnalazł Rob, w żadnym wypadku nie jest mniejsza - wielkość bowiem, którą mam na myśli i co do której z drżeniem żywię nadzieję, że nam przypadnie, jest bezwartościowa, jeśli nie przenika jej ta sama świętość odwagi, cierpienia i ofiary - lecz innego rodzaju. Innymi słowy, jego wielkość jest teraz naszą kwestią osobistą - taką, która sprawi, że 1 czerwca będzie dla nas specjalnym dniem przez wszystkie lata, jakie Bóg zachce nam zesłać - lecz zaledwie dotyka TCBS w tym aspekcie, który, być może, jeśli to w ogóle osiągalne - stanowił jedyny aspekt naprawdę odczuwany przez Roba: "Przyjaźń do n-tej potęgi". Myślę - a sądzę, że to samo miał na myśli Chris i jestem prawie pewien, że Ty też - że TCBS zostało obdarzone jakąś iskrą - z pewnością jako wspólnota, jeśli nie każdy indywidualnie - i że jego przeznaczeniem było rozpalić nowe światło lub, co jest tym samym, ponownie rozpalić na świecie stare światło; że przeznaczeniem TCBS było świadczenie o Bogu i Prawdzie w nawet bardziej bezpośredni sposób niż przez fakt oddania życia kilku jego członków w tej wojnie (która mimo całego zła po naszej stronie jest zmaganiem się dobra ze złem).

Na razie odnoszę wrażenie, że coś pękło. Czuję wciąż to samo do Was obu - a nawet jesteście mi jeszcze bliżsi i bardzo Was potrzebuję - jestem oczywiście spragniony i samotny - ale nie czuję się już członkiem tej małej, kompletnej wspólnoty. Szczerze uważam, że TCBS się skończyło; nie jestem jednak wcale pewien, że nie jest to mylne wrażenie, które zniknie, jak pod wpływem magii, kiedy znów się spotkamy. Mimo wszystko w tej chwili czuję się zaledwie jednostką - pozostającą raczej pod wpływem głębokich uczuć niż idei, lecz bardzo bezradną.

Jest oczywiście możliwe, że TCBS było wszystkim tym, o czym marzyliśmy - i że przeznaczona mu praca zostanie w końcu wykonana przez trzech, dwóch czy jednego ocalałego, a jej część przewidziana dla innych zostanie zawierzona przez Boga tej inspiracji, którą czerpaliśmy i czerpiemy z siebie nawzajem. Na tym buduję teraz moje nadzieje i modlę się do Boga, by dzieło TCBS kontynuowało nie mniej niż nas trzech...

Boję się jednak i żałuję tego - oprócz moich osobistych pragnień - ponieważ nie potrafię jeszcze porzucić nadziei i ambicji (wiem, że są niesprecyzowane i mętne), które po raz pierwszy ujawniły się podczas Narady w Londynie. Jak wiesz, po Naradzie znalazłem wyraz dla wszystkich nagromadzonych spraw i wszystko się przede mną otworzyło: zawsze przypisywałem to natchnieniu, które spływało na nas wszystkich nawet po kilku spędzonych wspólnie godzinach.

No i proszę - siedzę bardzo solenny i próbuję Ci sucho przekazać, co myślę. W moim wykonaniu brzmi to bardzo zimno i wyniośle - a jeśli jest niespójne, to dlatego że piszę to w różnych miejscach, otoczony gwarem bardzo nudnego kompanijnego kasyna.

Jeśli uważasz, że warto, to wyślij to Chrisowi. Nie wiem, jaki ma być nasz następny manewr ani co nas czeka. Plotki krążą na tyle żwawo, na ile pozwala im ogólne znużenie całą tą wojną. Chciałbym wiedzieć, gdzie jesteś. Oczywiście się domyślam.

Mógłbym napisać długi list, ale mam dużo zajęć. Oficer sygnałowy brygady chce ze mną porozmawiać na osobności, muszę odbyć dwie awantury z kwatermistrzem i mam paskudny apel o 18.30 - o 18.30 w słoneczne niedzielne popołudnie.

Napisz do mnie, jeśli tylko nadarzy Ci się okazja.

Twój John Ronald

6. Do pani E.M. Wright

[W roku 1920 Tolkien otrzymał stanowisko starszego wykładowcy anglistyki na Uniwersytecie w Leeds, które później zamieniono na profesurę; w liście nr 46 opisał rozmowę, w wyniku której otrzymał tę posadę. Tolkien ożenił się już z Edith Bratt; w 1923 r. miał dwoje dzieci, Johna i Michaela. W 1922 r. opublikował glosariusz do wypisów z języka średnioangielskiego opracowanych przez jego byłego opiekuna akademickiego Kennetha Sisama. Wraz z E.V. Gordonem rozpoczął także pracę nad wydaniem Pana Gawena i Zielonego Rycerza[3]. Poniższy list, w którym Tolkien dziękuje za przysłanie artykułu o tym poemacie, jest zaadresowany do żony Josepha Wrighta, redaktora English Dialect Dictionary (EDD). W Oksfordzie Tolkien studiował u Wrighta filologię.]

Uniwersytet w Leeds

13 lutego 1923

Szanowna Pani Wright!

Jestem Pani bardzo wdzięczny za odbitkę, a także za pani miłe uwagi na temat glosariusza. Poświęciłem mu mnóstwo czasu, co wspominam jako koszmar; poważnie opóźnił wydanie wypisów i ściągnął na moją głowę gromy; było to jednak pouczające doświadczenie.

Nie muszę mówić, że Pani artykuł zupełnie mnie przekonał; mam też radosną pewność, że w końcu wygładziła Pani następny niejasny ustęp w Panu G.

Właśnie przeszliśmy nieco katastrofalne Boże Narodzenie, jako że dzieci wybrały sobie ten czas, by zachorować na odrę - na początku stycznia tylko ja nie leżałem w łóżku, a do pacjentów zaliczała się także moja żona i niania. Praca, którą miałem wykonać w czasie ferii, legła w gruzach; chorzy jednak mają się już znacznie lepiej. Ja ocalałem. Mam nadzieję, że dobrze się Pani czuje, podobnie jak profesor Wright - ostatnio nie miałem o nim żadnych wiadomości, co uznałem za dobry znak.

Średnioangielski to ekscytująca dziedzina - zaczynam myśleć, że prawie niezbadana, ponieważ gdy tylko zwraca się szczegółową uwagę na jakikolwiek jej drobny aspekt, obiegowe pojęcia i poglądy zdają się kruszyć i walić w gruzy - przynajmniej jeśli chodzi o język. EDD jest na pewno niezbędny lub unentbehrlich[4], co naprawdę jest o wiele bardziej naturalne dla filologicznego umysłu, i zachęcam studentów, by go przeglądali.

Moja żona pragnie się Państwu przypomnieć i dołącza swoje życzenia do moich.

Z poważaniem

J.R.R. Tolkien

Filologia robi tu postępy. Procent studentów "języka" jest bardzo wysoki i nie ma ani śladu werbowników! JRRT

7. Do grona wybierającego profesora języka staroangielskiego na katedrę Rawlinsona i Boswortha na Uniwersytecie w Oksfordzie

[Latem 1925 r., po rezygnacji W.A. Craigiego, ogłoszono wakat na stanowisku profesora w katedrze języka staroangielskiego w Oksfordzie. Tolkien postanowił złożyć podanie, choć miał zaledwie trzydzieści trzy lata. Jest to oficjalne zgłoszenie jego kandydatury, datowane 27 czerwca 1925 r.]

Szanowni Panowie!

Pragnę zaproponować siebie jako kandydata na stanowisko profesora języka staroangielskiego.

Katedra dająca takie możliwości wyrażenia i przekazania naukowego entuzjazmu dla studiów nad staroangielskim oraz innymi językami starogermańskimi jest dla mnie atrakcyjna z samej swojej natury, nie mógłbym też życzyć sobie niczego lepszego niż takie ponowne związanie się z oksfordzką anglistyką. Poprzednio byłem na niej studentem, a potem wykładowcą, a podczas mojego pięcioletniego pobytu w Leeds z przyjemnością utrzymywałem z nią stosunki, szczególnie w ciągu ostatnich dwóch lat jako egzaminator studentów ostatniego roku.

Wstąpiłem do Kolegium Exeter jako stypendysta Stapledon Exhibition w roku 1911. Po zdaniu egzaminów Moderations z filologii klasycznej w roku 1913 (specjalizowałem się w filologii greckiej) zdałem egzaminy z pierwszą lokatą z anglistyki w roku 1915, za przedmiot specjalny mając staroislandzki. Do końca roku 1918 służyłem jako oficer w Pułku Fizylierów z Lancashire, po czym przyłączyłem się do prac nad Oxford English Dictionary. Byłem jednym z asystentów dr. Bradleya1 do wiosny 1920 r., kiedy moje własne zajęcia i coraz więcej obowiązków związanych z posadą wykładowcy uniemożliwiły mi dalszą współpracę.

W październiku 1920 r. udałem się do Leeds jako wykładowca języka angielskiego dysponujący swobodą w rozwijaniu lingwistycznej strony dużego i wciąż rosnącego tamtejszego wydziału anglistyki, na którym nie było jeszcze miejsca dla językoznawcy. Zacząłem, mając pięciu ostrożnych pionierów z wydziału (bez pierwszego roku) liczącego sobie około sześćdziesięciu studentów. Obecna proporcja wynosi 43 studentów literatury i 20 języka. Lingwiści w żaden sposób nie są odizolowani ani oderwani od ogólnego życia czy pracy wydziału i biorą udział w licznych zajęciach literackich na anglistyce; poczynając jednak od 1922 r., ich czysto językowa praca odbywa się na specjalnych zajęciach, a egzaminy egzekwowane są w formie prac pisemnych o wyraźnie określonym standardzie i założeniach. Zakres kształcenia jest stopniowo rozszerzany i obejmuje obecnie dużą część filologii angielskiej oraz germańskiej. Odbywają się zajęcia ze staroangielskich poematów heroicznych, historii języka angielskiego+, różnych tekstów staroangielskich i średnioangielskich+, filologii staro- i średnioangielskiej+, podstaw filologii germańskiej+, języka gockiego, staroislandzkiego (na drugim+ i trzecim roku) oraz średniowiecznego walijskiego+. Wszystkie te zajęcia od czasu do czasu sam prowadziłem; te, które prowadziłem osobiście w minionym roku, oznaczyłem+. Podczas ostatniego trymestru zajęcia fakultatywne z czytania tekstów nieobjętych bieżącym programem przyciągnęły ponad piętnastu studentów, z których nie wszyscy wywodzili się z językowej części wydziału.

Wydaje się, że dla tych studentów filologia przestała być przerażająca, choć wciąż jest tajemnicza. Odbywają się konwersatoria prowadzone na zasadach bliższych raczej zajęciom z literatury, co przyniosło owoce w postaci przyjaznej rywalizacji i otwartej dyskusji z równorzędną grupą literacką. Powstał nawet Klub Wikingów utworzony przez byłych i obecnych studentów języka staroislandzkiego, który rokuje nadzieje na kontynuowanie tej działalności niezależnie od patronatu pracowników naukowych. Nauczanie staroislandzkiego rozwinęło się w sposób szczególny i osiągnęło wyższy poziom niż inne przedmioty fakultatywne, jako że język ten studiuje się przez dwa lata i właściwie równie szczegółowo, jak staroangielski [...].

Wydatek czasu na nauczanie i opiekę naukową nad studentami związaną z moim stanowiskiem w połączeniu z czynnym administrowaniem rosnącym wydziałem, a ostatnio z obowiązkami członka senatu w okresie szczególnie trudnym dla polityki Uniwersytetu, poważnie zakłócił moje plany dotyczące publikacji; dołączam jednak wykaz prac, na napisanie których czas udało mi się znaleźć. Jeśli zostanę wybrany na stanowisko kierownika katedry, będę dążył do produktywnego wykorzystania związanych z tym możliwości badawczych; do zacieśniania, w miarę moich umiejętności, rosnących więzów między studiami językoznawczymi i literackimi, które nigdy nie mogą być sobie wrogie, chyba że w rezultacie nieporozumień, pod groźbą obustronnych strat; będę też nadal rozbudzać wśród młodzieży filologiczny entuzjazm na szerszym i żyźniejszym polu.

Pozostaję uniżonym sługą

J.R.R. Tolkien

8. Z listu do rektora Uniwersytetu w Leeds

22 lipca 1925

Właśnie oznajmiono mi, że zostałem wybrany na stanowisko profesora języka staroangielskiego w Oksfordzie. Przyjąłem tę ofertę - wchodzi ona w życie z dniem 1 października - z wielkim żalem z powodu tak nagłego rozstania, choć dla mnie osobiście oznacza to pomyślną odmianę losu.

Jedynie nagła rezygnacja mojego poprzednika narzuciła mi takie tempo - nieśmiało marzyłem o tym stanowisku w dalszej przyszłości, lecz teraz, po doświadczeniu przychylności tego Uniwersytetu oraz wielkiej satysfakcji, jaką dał mi krótki okres pracy w jego murach, czuję się niewdzięcznikiem, prosząc o tak nagłe zwolnienie z moich obowiązków. Żywię nadzieję, że zostanie mi to wybaczone.

9. Do Susan Dagnall z wydawnictwa George Allen & Unwin Ltd.

[Tolkien napisał większą część Hobbita podczas pierwszych siedmiu lat pracy na stanowisku profesora języka staroangielskiego w Oksfordzie. Tekst istniał już zimą 1932 r., kiedy to przeczytał go C.S. Lewis, chociaż wtedy w maszynopisie najwyraźniej brakowało ostatnich rozdziałów - urywał się on zaraz po opisie śmierci smoka Smauga. Maszynopis przeczytała w końcu Susan Dagnall, absolwentka Oksfordu, pracująca dla londyńskiego wydawnictwa Allen & Unwin, która zachęciła Tolkiena do zakończenia dzieła i złożenia go do publikacji. Opis jej udziału w wydaniu tej książki można znaleźć w listach nr 163, 257 i 294, choć dwa z późniejszych listów błędnie sugerują, że kiedy Susan Dagnall czytała maszynopis, była jeszcze studentką. Patrz także Biografia, s. 256. Tolkien wysłał ukończony maszynopis do wydawnictwa Allen & Unwin 3 października 1936 r. Stanley Unwin, założyciel i prezes firmy, odpowiedział 5 października, że poświęcą książce "natychmiastową i należytą uwagę". Nie przetrwała żadna korespondencja poprzedzająca poniższy list. Zanim Tolkien go napisał, książka została przyjęta do publikacji, a on sam przygotowywał już mapy i ilustracje.]

Northmoor Road 20, Oksford

4 stycznia 1937

Szanowna Pani Dagnall!

Mapy etc. do Hobbita.

Przepraszam za tak długą zwłokę. Przez jakiś czas niedomagałem, a potem cała moja rodzina kolejno zapadała na przyniesioną ze szkoły grypę, co całkowicie zepsuło nam święta. Ja sam uległem chorobie w wigilię Nowego Roku. Trudno mi było cokolwiek robić, a to, co udało mi się narysować, jest dość słabe. Przerysowałem dwie rzeczy: mapę, którą trzeba wkleić (do rozdziału 1), i mapę ogólną. Żywię nadzieję - jako że nie mam dużych umiejętności i żadnego doświadczenia w przygotowywaniu tego rodzaju rzeczy do reprodukcji - że się na coś przydadzą. Zdecydowałem, że inne mapy nie są potrzebne.

Jeszcze raz narysowałem (w miarę moich umiejętności) kilka amatorskich ilustracji z "domowego maszynopisu", wyobrażając sobie, że mogą zostać użyte na wyklejki, frontyspis czy coś podobnego. Sądzę, że w sumie takie rzeczy, gdyby były lepsze, mogłyby udoskonalić książkę. Możliwe jednak, że w tym stadium jest to niewykonalne, a w każdym razie, że są one niezbyt dobre, a może technicznie nieodpowiednie. Byłbym wdzięczny za zwrot odrzuconych ilustracji.

Z poważaniem

J.R.R. Tolkien

10. Do C.A. Furtha z wydawnictwa Allen & Unwin

[Między rokiem 1932 i 1937 Tolkien napisał i zilustrował książeczkę dla dzieci zatytułowaną Pan Błysk[5]. Jej opis można znaleźć w Biografii na s. 233. Została ona przedstawiona wydawnictwu Allen & Unwin równocześnie z Hobbitem. Wydawca odpowiedział, że z przyjemnością ją przyjmie, pod warunkiem że Tolkien zmniejszy liczbę kolorów na rysunkach.]

Northmoor Road 20, Oksford

17 stycznia 1937

Szanowny Panie!

Pan Błysk wrócił szczęśliwie. Mogę tylko powiedzieć, że zaskoczeniem był dla mnie Pański list, który otrzymałem następnego ranka. Nie wyobrażałem sobie, że Pan Błysk jest wart takiego zachodu. Wydaje mi się, że obrazki te jedynie dowodzą, iż autor nie potrafi rysować. Jeśli jednak Pańskie wydawnictwo naprawdę sądzi, że warto to opublikować, postaram się, aby ilustracje były łatwiejsze w reprodukcji. Oczywiście byłoby wielką pomocą, gdyby Pan, jak to sugeruje, zechciał zadzwonić i udzielić mi kilku rad. W tej chwili, oprócz moich zwykłych obowiązków, staram się zdobyć stypendium na badania1, lecz w najbliższej przyszłości być może znajdę kilka wolnych chwil, szczególnie że na dwa lata uwolniony zostałem od ciężaru przeprowadzania egzaminów.

Jestem także wdzięczny i mile zaskoczony, że da się wykorzystać rysunki do Hobbita. Panu zostawiam jak najlepsze ich wykorzystanie. Właściwie mapa - ta z runami - miała być wklejona (w stanie złożonym) do rozdziału 1, naprzeciwko strony, gdzie wspomina się o niej po raz pierwszy - "arkusz pergaminu, jak gdyby mapę" - pod koniec rozdziału. Ta druga mapa w "domowym manuskrypcie" była na końcu, a długi wąski rysunek Mrocznej Puszczy2 na początku. Rysunek Brama króla elfów znajdował się na końcu rozdz. 8, Miasto na Jeziorze w rozdz. 10, Główna Brama w rozdz. 11 po opisie bramy, kiedy bohaterowie zobaczyli ją po raz pierwszy: "mogli dostrzec czarny otwór pieczary ziejącej w ogromnej, stromej ścianie". Przyjrzawszy się tej sprawie bliżej, zauważyłem, że wszystkie mapy i rysunki, zarówno jeśli chodzi o miejsce, jak i związki z treścią, skupione są pod koniec książki. Nie było to zaplanowane, lecz stało się tak dlatego, że po prostu nie udało mi się doprowadzić pozostałych ilustracji do znośnego choćby stanu. Doradzono mi też, że najbardziej odpowiednie są te, które odnoszą się do geografii lub krajobrazu - nie mówiąc już o tym, że nie potrafię narysować niczego innego.

Załączam teraz sześć następnych3. Wszystkie mają oczywiste defekty, a oprócz tego wszystkie lub niektóre mogą sprawiać trudności przy reprodukcji. Może też Pan nie chcieć zmieniać planów ani brać pod uwagę nowych komplikacji przy takim opóźnieniu. Tak więc nie będę ani rozgoryczony, ani zdziwiony, jeśli zwróci je Pan, wszystkie lub niektóre [...].

Z wyrazami szacunku

J.R.R. Tolkien

11. Z listu do wydawnictwa Allen & Unwin

[W związku z reprodukcją ilustracji w Hobbicie.]

5 lutego 1937

Akceptuję odbitki szczotkowe. Zmniejszenie wyszło na dobre wszystkim rysunkom oprócz tego z trollami. Jest tu kilka usterek, prawdopodobnie związanych po prostu z drukiem. Zaznaczyłem je: cienki biały kontur jednego z drzew w tle jest lekko rozerwany; nie wyszło kilka białych kropeczek wokół płomienia, podobnie jak kropka po słowie "Trolls".

W rysunku Hall w Bag End błędnie nałożyłem pędzlem cień sięgający aż do bocznej belki. Oczywiście wyszedł on na czarno (i zniknął klucz), chociaż nie sięga do samej belki. Druk jest chyba jednak tak dobry, jak na to pozwala oryginał. Proszę pamiętać, że nie są to poważne uwagi krytyczne! Wciąż jestem zaskoczony, że te mierne rysunki w ogóle zostały przyjęte i że zadali sobie Państwo z nimi tak wiele trudu - szczególnie wbrew względom ekonomicznym (o czynniku tym pamiętam, gdyż był on przyczyną pierwotnego zarzucenia ilustracji).

12. Do wydawnictwa Allen & Unwin

[W połowie marca Tolkien przesłał korektę Hobbita do wydawnictwa, poczyniwszy w pierwotnym tekście bardzo dużo zmian. Powiedziano mu, że być może będzie musiał ponieść część kosztów wprowadzania poprawek, chociaż wydawca zauważył, że autor postarał się, by jego poprawki zajmowały dokładnie tyle samo miejsca, co wersja pierwotna. Do poniższego listu Tolkien dołączył rysunek z runicznym napisem na obwolutę.]

Northmoor Road 20, Oksford

13 kwietnia 1937

Szanowni Państwo!

Oddzielną pocztą zwracam w całości poprawionego Hobbita [...]. Przyjmuję do wiadomości Wasze uprzejme uwagi na temat kosztu poprawek. Jeśli trzeba, zapłacę za wszystko; chociaż oczywiście będę wdzięczny za pobłażliwość. Dziękuję za uprzejmość i troskę [...].

Do korekty dołączam projekt obwoluty, oddając go pod Wasz krytyczny osąd. Przekonałem się (zgodnie z oczekiwaniami), że jednak leży to poza granicami moich umiejętności i doświadczenia. Może jednak nada się ogólny układ?

Przewiduję zasadnicze zastrzeżenia.

Jest za dużo kolorów: niebieski, zielony, czerwony, czarny (2 czerwienie są przypadkowe, 2 zielenie niezbyt ważne). Problem można by rozwiązać, zastępując czerwień bielą i usuwając słońce lub obwodząc je linią. Być może zyskałaby na tym całość. Jednoczesna obecność na niebie słońca i księżyca wiąże się z czarem dotyczącym drzwi.

Jest zbyt skomplikowany i trzeba go uprościć, np. przez pokazanie gór w jednym kolorze i uproszczenie poszarpanych "jodeł" [...].

Jeśli Państwo uważają, że runy są atrakcyjne, to przy powtórnym narysowaniu całość można by zmniejszyć. Chociaż runy wyglądają magicznie, znaczą jedynie: "Hobbit, czyli tam i z powrotem, zapis rocznej podróży Bilba Bagginsa; spisany z jego pamiętników przez J.R.R. Tolkiena i wydany przez wydawnictwo George Allen & Unwin" [...].

Z poważaniem

J.R.R. Tolkien

13. Do C.A. Furtha z wydawnictwa Allen & Unwin

[11 maja wydawnictwo oznajmiło Tolkienowi, że zainteresowało Hobbitem "jedną z czołowych amerykańskich oficyn wydawniczych" i że oficyna ta "chciałaby kilku dalszych barwnych ilustracji i zaproponowała zatrudnienie dobrych amerykańskich ilustratorów". Wydawnictwo Allen & Unwin sądziło jednak, że "lepiej by było, gdyby wszystkie ilustracje wyszły spod Pańskiej ręki".]

Northmoor Road 20, Oksford

13 maja 1937

Szanowny Panie Furth!

Dziękuję za informację dotyczącą przyszłego amerykańskiego wydania. Czy mógłby mi Pan podać nazwę tej oficyny i jak mogą wyglądać kwestie finansowe?

Co do ilustracji: jestem rozdarty między świadomością własnej niedoskonałości i obawą przed tym, co mogliby wyprodukować amerykańscy artyści (niewątpliwie obdarzeni wspaniałymi umiejętnościami). W każdym razie zgadzam się, że wszystkie ilustracje powinny wyjść spod jednej ręki: przy czterech profesjonalnych ilustracjach moje amatorskie próby wyglądałyby dość głupio. Mam w szufladzie kilka "obrazków", ale choć przedstawiają sceny z mitologii, na obrzeżach której umieszczone są przygody hobbita, to właściwie nie ilustrują opowieści o nim. Jedyny obrazek możliwy do przyjęcia to oryginalnie kolorowa wersja Mrocznej Puszczy1 (przerysowana w czerni i bieli do wydania Hobbita). Powinienem spróbować i narysować ich jeszcze pięć czy sześć. Postaram się to zrobić, na ile pozwoli mi czas w środku trymestru - jeśli uzna to Pan za celowe. Nie mógłbym jednak niczego przez jakiś czas obiecać. Może sprawa wymaga pośpiechu? Może należałoby, by nie stracić zainteresowania Amerykanów, pozwolić na to, co wydaje im się słuszne - jeśli będzie można (chciałbym tu dodać) postawić weto wobec wszystkiego, co pochodzi ze studia Disneya lub znajduje się pod jego wpływem (serdecznie nie znoszę jego produktów). Widziałem amerykańskie ilustracje dowodzące, że mogłyby powstać wspaniałe dzieła - zbyt wspaniałe dla ich towarzyszy. Może jednak będzie Pan mógł mi powiedzieć, ile mam czasu na opracowanie próbek, które mogłyby zadowolić młodzieżowy smak zza oceanu (lub znawców tego smaku)? [...]

Z poważaniem

J.R.R. Tolkien

14. Do wydawnictwa Allen & Unwin

[Wydawnictwo zaproponowało Tolkienowi, żeby Hobbit został wydany w październiku 1937 r., tuż po rozpoczęciu jesiennego trymestru w Oksfordzie. Poinformowało go także, że przekazało jego list o ilustracjach (nr 13) do wydawnictwa Houghton Mifflin w Bostonie w stanie Massachusetts, które miało opublikować książkę w Ameryce.]

Northmoor Road 20, Oksford

29 maja 1937

Szanowni Państwo!

[...] Data wydania. Jest to oczywiście sprawa wydawnictwa i wiąże się z nią wiele kwestii, o których nie mam pojęcia. Tak czy inaczej, sądzę, że ostateczna decyzja została już podjęta; trzeba także wziąć pod uwagę Amerykę. Jeśli jednak chodzi o Wielką Brytanię, nasuwa mi się nieodparta myśl, że być może popełniają Państwo błąd, biorąc pod uwagę Uniwersytet w Oksfordzie i jego trymestry; a jeśli już tak jest, to uznając początek października za lepszy od czerwca. Większa część uniwersytetu nie zwróci uwagi na taką opowieść; ci, którzy są zainteresowani, już się domagają książki i zaczynają dodawać ją do długiej listy moich prac odłożonych na święty nigdy. Jeśli chodzi o "zainteresowanie lokalne", to prawdopodobnie osiągnęło ono swój szczyt (co prawda nie sądzę, żeby przełożyło się ono na dużą liczbę sprzedanych egzemplarzy). W każdym razie koniec czerwca, między ostatnimi przygotowaniami do egzaminów i bitwą ze skryptami (dotyczącą jedynie mniejszości studentów starszych lat), to spokojny okres, kiedy poszukuje się lżejszych książek do natychmiastowego przeczytania i lektur na wakacje. Październik, który upływa pod presją nowego roku akademickiego, jest szaleńczym okresem.

Pan Lewis z kolegium Magdalen1, który pisze recenzje dla "Times Literary Supplement", mówi mi, że już obiecał recenzję i poprosił o książkę jako specjalista od baśni. Jest niezadowolony, ponieważ będzie dostawał niechciane "młodzieżówki", a Hobbit dotrze do niego dopiero po wakacjach i będzie musiał czekać na przeczytanie i powstanie solidnej recenzji aż do grudnia. Poza tym, gdyby książka była osiągalna przed rozproszeniem się pracowników uniwersytetu, mógłbym poprosić mojego przyjaciela, redaktora "O[xford] U[niversity] Magazine"2, który ostatnio publikuje w nim sporą dawkę moich rozważań o smokach, żeby ją komuś przydzielił i zdobył recenzję na początku trymestru jesiennego. Spodziewam się jednak, że informuję o tym zbyt późno. Tak czy owak, nie sądzę, żeby na dłuższą metę czyniło to jakąś różnicę. Mam tylko jedną osobistą pobudkę, by żałować tego opóźnienia: mianowicie bardzo mi zależało, by książka została wydana jak najszybciej, ponieważ od zeszłego października jestem zobowiązany do badań naukowych i nie powinienem pozwalać sobie na egzaminy czy jakieś "błahostki". Im dalej będziemy wkraczać w czas mojego kontraktu, tym więcej będę miał trudności (a już je mam) w udawaniu, że praca ta została wykonana w całości przed październikiem 1936 r. Będzie mi teraz bardzo trudno przekonać ludzi, że nie jest to główny owoc "badań" w roku akademickim 1936/37!

Houghton Mifflin Co. Zaniepokoiła mnie wiadomość, że mój list został wysłany za ocean. Nie był przeznaczony dla Amerykanów bez odpowiedniej redakcji: wyraziłbym wtedy swe myśli zupełnie inaczej. Teraz czuję jeszcze większe wahanie przed występowaniem w roli ilustratora [...]. Załączam jednak trzy kolorowe "obrazki"3. Nie stać mnie na nic lepszego i jeśli ich jakość jest za niska, H.M.Co. może powiedzieć to od razu i bez obrazy z mojej strony, o ile tylko mi je odeśle. Są to niedbałe i niestaranne płody mego wolnego czasu ilustrujące inne opowieści. Mając na względzie publikację, mógłbym nieco je ulepszyć, dając rysunkom bardziej wyraziste kolory i pozbawiając je nadmiernej liczby szczegółów (oraz powiększając same rysunki). Obrazek Mrocznej Puszczy jest właściwie taki sam jak ten w Hobbicie, ale ilustruje inną przygodę. Myślę, że gdyby H.M.Co. chciało, żebym dalej rysował, to zostawiłbym tę czarno-szarą planszę i zilustrował cztery inne sceny. Spróbuję się do nich wziąć jak najszybciej, co jednak prawdopodobnie nie nastąpi przed otrzymaniem werdyktu, jeśli zostanie przekazany telegraficznie...

Z poważaniem

J.R.R. Tolkien

15. Do wydawnictwa Allen & Unwin

[Do listu była dołączona kolorowa wersja rysunku Pagórek: Hobbiton-Za-Wodą. Tolkien już wysłał cztery nowe kolorowe rysunki: Rivendell, Bilbo zbudził się, gdy wschodzące słońce zaświeciło mu w oczy, Bilbo przybywa do szałasów elfich flisaków i Rozmowa ze Smaugiem. Wszystkie z nich, poza Szałasami elfich flisaków, zostały wykorzystane w pierwszym wydaniu amerykańskim i wszystkie, oprócz Bilbo zbudził się, gdy wschodzące słońce zaświeciło mu w oczy, zostały dodane do drugiej brytyjskiej edycji.]

Northmoor Road 20, Oksford

31 sierpnia 1937

Szanowny Panie Furth!

Załączam kolorową wersję frontyspisu. Jeśli uzna Pan, że się nadaje, może ją Pan przesłać do Houghton Mifflin Co. Czy mógłby Pan zarazem ostatecznie im wyjaśnić (nie wydaje się to oczywiste), że pierwsze trzy rysunki nie były ilustracjami do Hobbita, lecz jedynie próbkami: nie można ich wykorzystać w tej książce i obecnie należy je zwrócić. Dalsze pięć rysunków (cztery, a teraz jeden) zostały specjalnie wykonane dla H.M.Co do Hobbita. Wydawnictwo może oczywiście odrzucić lub wykorzystać wszystkie albo niektóre z nich. Chciałbym jednak zauważyć, że zostały specjalnie dobrane tak, by rozdzielić ilustracje równo po całej książce (szczególnie w połączeniu z czarno-białymi rysunkami).

Przypuszczam, że nie wchodzi w rachubę żadne wynagrodzenie? Nie mam poczucia własnej zasługi (choć mój wkład pracy był znaczny) i wyobrażam sobie, że darmowy charakter moich wysiłków rekompensuje inne niedociągnięcia. Rozumiem jednak, że pierwotne warunki H.M.Co po prostu obejmowały Hobbita w formie wydanej przez Państwa i że potem Amerykanie zaproponowali dodanie kolorowych ilustracji wykonanych przez dobrych rysowników jako zachętę dla kupujących. Zapewne musieliby za ilustracje zapłacić oddzielnie. W tej chwili mam takie trudności (głównie z powodu wydatków na leczenie), że nawet niewielkie honorarium byłoby dobrodziejstwem. Czy można by im zasugerować (kiedy już zdecydują się, czy chcą coś wziąć), że drobne wynagrodzenie byłoby ładnym gestem?

Może zechce mi Pan doradzić albo powiedzieć, w którym miejscu mam przestać? Chyba nie muszę mówić, że taki pomysł przyszedł mi do głowy tylko w związku z Amerykanami, którzy sprawiają dużo niepotrzebnych kłopotów. Nawet gdybym nie wiedział, że Wasze koszta produkcji są znaczne (i że byłem trudny jako korektor), zawsze chętnie zrobię wszystko, o co Państwo poproszą, jeśli chodzi o rysowanie czy poprawianie ilustracji, które nadadzą się do Hobbita.

Mam nadzieję, że w końcu pan Baggins przyjdzie mi na pomoc - w umiarkowany sposób (nie spodziewam się garnków ze złotem trolli). Zaczynam żywić nadzieję, że wydawca może mieć rację1 (vide obwoluta). Ostatnio otrzymałem dwie opinie, które napawają umiarkowanym optymizmem. Profesor Gordon2 przeczytał książkę (to podobno rzadki wypadek) i zapewnia mnie, że poleci ją ogółowi czytelników oraz Book Society. Powinienem być może Pana ostrzec, że jego obietnice są zwykle na wyrost - lecz przynajmniej jego opinie są dość trafne. Profesor Chambers3 pisze bardzo entuzjastycznie, ale to stary i życzliwy przyjaciel. Najważniejszy jest dokument, który załączam, a który może Pana zainteresować: list od R. Meiggsa (obecnie wydającego "Oxford Magazine"). Nie ma on żadnych powodów, by mnie oszczędzać i zwykle wypowiada się bez ogródek. Oczywiście, nie łączą go żadne koneksje z koteriami krytyków; jest on właściwie zwykłym członkiem dobrotliwej publiczności.

Z poważaniem

J.R.R. Tolkien

PS. Załączam także komentarz do sformułowań na skrzydełku obwoluty, do przeczytania w wolnej chwili - jeśli może Pan to przeczytać.

[Kiedy Hobbit został wydany 21 września 1937 r., wydawnictwo Allen & Unwin wydrukowało na skrzydełku następujące uwagi: "J.R.R. Tolkien [...] ma czworo dzieci i czytał im Hobbita [...] w pokoju dziecięcym [...]. Rękopis [...] był pożyczany znajomym w Oksfordzie, którzy czytali go swoim dzieciom [...]. Narodziny Hobbita bardzo przypominają narodziny Alicji w Krainie Czarów. Oto jeszcze jedne figle profesora niezrozumiałego przedmiotu". Tolkien przesłał do tych uwag poniższy komentarz.]

A tak przy okazji. Zamierzałem kiedyś skomentować dodatkowy materiał pojawiający się na obwolucie. Nie sądzę, żeby to była bardzo ważna kwestia reklamowa (jako że ta książka to jeden drobny element pracy wydawnictwa); mam więc nadzieję, że potraktuje Pan poniższy esej przychylnie i pozwoli mi wyjaśnić pewne sprawy (tu wychodzi ze mnie profesor), nawet jeśli nie wydaje się to użyteczne.

Jestem na Pańskiej łasce, jeśli uważa Pan, że to właściwa notka. Przypuszczam, że ścisła prawda nie jest konieczna (ani nawet pożądana). Trochę się jednak boję, żeby H.M.Co nie uczepiło się tych słów i nie rozdmuchało niedokładności w fałsz. A recenzenci mają skłonność do opierania się na drobnych wskazówkach. Przynajmniej ja tak robię, kiedy występuję w tej roli.

"Pokój dziecięcy" - nigdy nie mieliśmy czegoś podobnego, a miejscem takich rozrywek zawsze był gabinet. A w każdym razie - czy skojarzenie wiekowe jest właściwe? Powiedziałbym, że czas "pokoju dziecięcego" kończy się w wieku około 8 lat, kiedy dzieci idą do szkoły. To za mało. Kiedy mój najstarszy chłopiec słuchał tej opowieści w odcinkach, miał trzynaście lat. Młodsi nie byli nią zachwyceni i musieli kolejno do niej dorastać.

"Pożyczany" - musimy to pominąć (chociaż, ściśle mówiąc, rękopis znajomym wmuszałem). Owszem, wędrował on po licznych domach, ale o ile wiem, nigdy nie czytano go dzieciom, natomiast zanim wypróbował go p. Unwin, został przeczytany przez jedno dziecko (dziewczynkę w wieku 12-13 lat).

"Niezrozumiały" - nie uczę "niezrozumiałego" przedmiotu: nie zgadzam się, jeśli chodzi o staroangielski. Niektórzy mogą tak myśleć, ale ja nie lubię do tego zachęcać. Literatura staroangielska czy staroislandzka nie jest bardziej odległa od ludzkich trosk czy trudniejsza do zgłębienia za małe pieniądze niż (powiedzmy) używany w stosunkach handlowych hiszpański. Próbowałem obu tych rzeczy. W każdym razie - oprócz run (staroangielskich) oraz imion krasnoludów (islandzkich), które nie zostały wykorzystane z antykwaryczną dokładnością i (ku mojemu żalowi) dla uniknięcia niezrozumiałości zastąpiły prawdziwe alfabety oraz imiona z mitologii, do której wdziera się pan Baggins - obawiam się, że moja wiedza zawodowa nie jest w książce bezpośrednio wykorzystana. Magia, mitologia i stanowiąca obszar odniesień "historia" oraz większość imion (np. epopeja o upadku Gondolinu) pochodzą z niepublikowanych, niestety, prac, znanych jedynie mojej rodzinie, pannie Griffiths1 i panu Lewisowi. Uważam, że nadają one opowieści atmosferę realizmu i mają właściwy "północny" nastrój. Zastanawiam się jednak, czy powinno się pozwolić, by niczego niepodejrzewający wyobrażali sobie, iż wszystko to pochodzi ze "starych ksiąg", lub też by kusić tych, co o tym wiedzą, informacją, że tak nie jest?

"Filologia" - moje prawdziwe poletko zawodowe - być może jest niezrozumiała i może łatwiej daje się ją porównać z matematyką Dodgsona. Prawdziwa więc paralela (jeśli taka istnieje; mam wrażenie, że nie ostanie się przy bliższej analizie)[6] leży w fakcie, że oba te techniczne przedmioty są nieobecne w jakikolwiek jawny sposób. W Hobbicie jedyna (chyba) filologiczna uwaga znajduje się na s. 166-1672: to dziwaczny mitologiczny sposób ujęcia filozofii lingwistycznej oraz uwaga, którą (z radością) pominą wszyscy, którzy nie czytali Barfielda3 (a czytali go nieliczni), oraz prawdopodobnie też ci, którzy znają jego dzieło. Obawiam się, że te moje wtręty naprawdę mogą bardziej być porównywane z amatorskim fotografowaniem Dodgsona i jego niepowodzeniem z pieśnią Hiawathy niż z Alicją.

"Profesor" - figle profesora przywodzą raczej na myśl słonia w kąpieli - jak kiedyś powiedział sir Walter Raleigh4 o profesorze Jo Wrighcie, będącym w żartobliwym nastroju podczas viva5. Ściśle mówiąc (jak sądzę), Dodgson nie był "profesorem", lecz wykładowcą w kolegium - chociaż wykazał uprzejmość względem ludzi mojej profesji, czyniąc najmilszą postacią w Sylvii i Brunonie "profesora" (chyba że ktoś woli szalonego ogrodnika). A dlaczego nie "figle studenta"? Słowo to ma tę dodatkową zaletę, że Dodgson miał oficjalny status jako student w Kolegium Christ Church. Jeśli uważa pan podtrzymanie tego porównania za słuszne i sprawiedliwe (jest to wielki komplement dla Hobbita) - to powinno się wymienić Po drugiej stronie lustra. Ta książka jest Hobbitowi bliższa pod każdym względem [...].

J.R.R. Tolkien

16. Do Michaela Tolkiena

[Drugi syn Tolkiena, Michael, który miał wówczas szesnaście lat, razem z młodszym bratem Christopherem uczył się w szkole Oratorium w Berkshire i liczył na to, że dostanie się do szkolnej drużyny rugby.]

Northmoor Road 20, Oksford

3 października 1937

Najukochańszy Micku!

Przyjemnie było dostać list od ciebie. Mam nadzieję, że wszystko układa się dobrze. Myślę, że wasza nowa kwatera po umeblowaniu będzie wyglądała przyzwoicie. Ładnie z twojej strony, że w miarę możliwości opiekujesz się Chrisem. Spodziewam się, że na początku wszystko będzie mu się plątać, ale wkrótce powinien zorientować się w sytuacji i nie sprawiać już kłopotów ani Tobie, ani sobie.

Jestem zaskoczony i zmartwiony, że nie znajdujesz się (jeszcze) w reprezentacji. Trafia jednak do niej, a nawet zdobywa prawo do noszenia jej barw, wielu chłopców, którzy początkowo zostali odrzuceni. Tak było ze mną - i to z tego samego powodu: byłem zbyt lekki. Pewnego dnia postanowiłem jednak nadrobić brak wagi (usprawiedliwioną) agresywnością i pod koniec sezonu zostałem kapitanem, a w następnym otrzymałem prawo do noszenia barw drużyny. Odniosłem jednak liczne obrażenia - między innymi niemal odgryzłem sobie język - a ponieważ w sumie mam więcej szczęścia od Ciebie, byłbym bardzo zadowolony, gdybyś pozostał cały i zdrowy, nawet nie będąc w drużynie! Tak czy owak, niech Bóg Cię ma w opiece. U nas nie wydarzyło się nic szczególnego. Mama chyba polubiła jazdę samochodem. Po Twoim wyjeździe zostało nas dwoje i teraz, zamiast pisać, mam po południu zabrać na przejażdżkę ją, P. i J.B.1 Na razie tyle musi Ci wystarczyć.

Z prawdziwą miłością.

Twój Ojciec

17. Do Stanleya Unwina, prezesa wydawnictwa Allen & Unwin

[Unwin przesłał Tolkienowi list od pisarza Richarda Hughesa, który otrzymał egzemplarz Hobbita od wydawnictwa. Hughes napisał do Unwina: "Zgadzam się z Panem, że jest to jedna z najlepszych książek dla dzieci, z jaką zetknąłem się od dłuższego czasu [...]. Widzę tylko jeden problem, a mianowicie, że wielu rodziców [...] może się obawiać, iż niektóre fragmenty są zbyt przerażające, by czytać je na dobranoc". Unwin wspomniał także, że jego własny jedenastoletni syn Rayner, autor recenzji maszynopisu Hobbita, która przesądziła o wydaniu powieści (patrz Biografia, s. 257), ponownie czyta wydrukowaną już książkę. W zakończeniu Unwin ostrzegł Tolkiena, że "w przyszłym roku mnóstwo czytelników będzie domagało się od Pana czegoś więcej o hobbitach!".]

Northmoor Road 20, Oksford

15 października 1937

Szanowny Panie Unwin!

Serdecznie dziękuję za Pański uprzejmy list z 11 października, a ponadto za kopię listu Richarda Hughesa, który bardzo mnie zainteresował, jako że z tym autorem wcale się nie znamy. Recenzje w "The Times" oraz w jego dodatku "Literary Supplement" były pozytywne - jest to (niezasłużenie) pochlebne, chociaż domyślam się na podstawie pewnych cech, że obie zostały napisane przez tego samego człowieka1, którego przychylność była pewna: obaj mieliśmy niemal identyczne upodobania i lektury i od lat pozostajemy w bliskich stosunkach. Mimo wszystko w żadnym stopniu nie umniejsza to publicznych skutków recenzji. Muszę też szanować jego opinię, ponieważ jeszcze zanim obdarzył mnie swoją uwagą, uważałem go za najlepszego żyjącego krytyka, a żadna przyjaźń nie zmusiłaby go do powiedzenia czegoś, czego nie myśli: to najbardziej bezkompromisowo uczciwy człowiek, jakiego spotkałem! [...]

Żaden z recenzentów (których czytałem) - chociaż wszyscy starannie używali właściwej formy dwarf[7] - nie skomentował faktu (uświadomiłem to sobie dopiero, przeczytawszy recenzje), że cały czas używam "niewłaściwej" liczby mnogiej dwarves. Obawiam się, że to po prostu mój prywatny błąd gramatyczny, dość szokujący u filologa; będę jednak musiał go kontynuować. Może mojemu dwarf - jako że wraz z gnome2 stanowi jedynie przybliżone określenie odnoszące się do istot inaczej nazywanych i odmiennie funkcjonujących w ich własnym świecie - będzie wolno mieć specyficzną formę liczby mnogiej. Rzeczywista "historyczna" forma liczby mnogiej od dwarf (jak jak forma teeth od tooth[8]) brzmi dwarrows: to dość ładne słowo, lecz nieco zbyt archaiczne. Mimo wszystko żałuję, że nie użyłem słowa dwarrow.

Ciepło myślę o Pańskim synu. Przeczytanie niewyraźnego i gęsto zapisanego maszynopisu było rzeczą szlachetną; ponowna lektura całości po tak krótkim czasie to wspaniały komplement.

Otrzymałem jedną pocztówkę odwołującą się, jak sądzę, do recenzji w "The Times". Były na niej tylko te słowa:

sic hobbitur ad astra3.

Mimo wszystko jestem lekko zaniepokojony. Nie wiem, co jeszcze mógłbym napisać o hobbitach. Wydaje się, że pan Baggins już w pełni wyraził cechy rodzinne zarówno Tuków, jak i Bagginsów. Mam jednak aż za wiele do powiedzenia, a dużo już napisałem, o świecie, do którego wkroczył ten hobbit. Może Pan oczywiście - jeśli i kiedy Pan sobie życzy - obejrzeć z tego wszystko, co Pan zechce, i powiedzieć, co się Panu podoba. Bardzo chciałbym usłyszeć jakąś opinię, oprócz zdania pana C.S. Lewisa i moich dzieci, dowiedzieć się, czy dzieło ma jakąś wartość - samo w sobie lub jako towar nadający się do sprzedaży niezależnie od hobbitów. Jeśli jednak to prawda, że Hobbit zadomowił się na rynku i będzie popyt na więcej, zacznę myśleć i spróbuję wyciągnąć z tego materiału jakiś temat do opracowania w podobnym stylu i dla podobnego czytelnika - może nawet z udziałem hobbitów. Moja córka chciałaby coś o rodzinie Tuków. Jeden z czytelników chce więcej szczegółów o Gandalfie i Czarnoksiężniku. To jest jednak zbyt mroczne - o wiele za mroczne, jeśli pamiętać o "problemie" Richarda Hughesa. Obawiam się, że problem ten pojawia się wszędzie; choć w gruncie rzeczy uważam, że obecność (nawet jeśli tylko na obrzeżach opowieści) tego, co przerażające, nadaje temu wyimaginowanemu światu pozory rzeczywistości. Bezpieczna kraina baśni nie oddaje prawdziwie żadnego ze światów. W tej chwili cierpię, podobnie jak pan Baggins, na drobny przypadek "skołowacenia" i mam nadzieję, że nie traktuję siebie zbyt poważnie. Muszę jednak wyznać, że Pański list wzbudził we mnie iskierkę nadziei. To znaczy, zaczynam się zastanawiać, czy (może) w przyszłości powinność i pragnienie nie pójdą bardziej zbliżonymi torami. Od siedemnastu lat prawie wszystkie wakacje spędzam, egzaminując i robiąc podobne rzeczy, by zaspokoić naglące potrzeby finansowe (głównie medyczne i edukacyjne). Pisanie opowieści prozą czy wierszem odbywało się, często z poczuciem winy, kosztem czasu już zarezerwowanego na coś innego, i było przerywane oraz nieefektywne. Może teraz będę mógł robić to, czego bardzo pragnę, i nie zaniedbywać obowiązków finansowych. Może![9]

Myślę, że zainteresowanie "Oksfordu" zostało lekko rozbudzone. Ciągle jestem pytany, jak się miewa mój hobbit. Tej postawie (jak się spodziewałem) towarzyszy zaskoczenie i pewna doza litości. W moim własnym kolegium krąży chyba jakieś sześć egzemplarzy, nawet jeśli kupiono je po to, by mieć materiał do docinków. Recenzja w "The Times" przekonała kilku mych co bardziej statecznych kolegów, że mogą się przyznać do znajomości moich "fantazji" (tj. mego wybryku) bez ryzyka utraty akademickiej godności. Profesor greki bizantyjskiej4 kupił egzemplarz, "ponieważ pierwsze wydania Alicji są teraz bardzo cenne". Słyszałem, że niedawno widziano, jak Hobbita czytał profesor historii nowożytnej. Książka jest na wystawie Parkera5, ale (chyba) nigdzie indziej.

Prawdopodobnie w środę 27 paźdz[iernika] przyjadę do miasta na wykład profesora Josepha Vendryesa w Akademii. Zastanawiam się, czy byłby to odpowiedni termin na obiad, na który łaskawie zaprosił mnie Pan latem? W każdym razie mógłbym przynieść do biura Pana Błyska, aby otrzymać wyraźną informację obiecaną przez p. Furtha, co trzeba zrobić, żeby książeczka nadawała się do reprodukcji.

Z poważaniem

J.R.R. Tolkien

PS. Potwierdzam odbiór próbek "obrazków" wysłanych do Ameryki.

18. Z listu do Stanleya Unwina

23 października 1937

[19 października Unwin napisał do Tolkiena: "Sądzę, że Pańska iskierka nadziei jest uzasadniona [...]. Nieczęsto się zdarza, by autor książek dla dzieci zdobywał ugruntowaną pozycję jedną książką, ale nie mam najmniejszych wątpliwości, że w Pańskim przypadku stanie się to bardzo szybko [...]. Jest Pan jednym z rzadko spotykanych ludzi mających geniusz, a w przeciwieństwie do niektórych wydawców, słowa tego nie użyłem nawet pół tuzina razy podczas trzydziestu lat wydawania książek".]

Dziękuję za Pański podtrzymujący na duchu list. Wkrótce zacznę coś pisać i przy najbliższej okazji dostarczę to Pańskiemu chłopcu.

19. Do Stanleya Unwina

[15 listopada Tolkien zjadł w Londynie obiad z Unwinem i opowiedział mu o kilku swoich dziełach już istniejących w rękopisie: o cyklu Listów od Świętego Mikołaja, które wysyłał swoim dzieciom na każde Boże Narodzenie, począwszy od 1920 r., o różnych opowiadaniach i wierszach oraz o Silmarillionie. Po tym spotkaniu przekazał wydawnictwu Allen & Unwin Quenta Silmarillion, prozatorską wersję tej ostatniej książki, oraz długi, niedokończony poemat Opowieść o Berenie i Lúthien. Prace te zostały pokazane jednemu z recenzentów spoza wydawnictwa, Edwardowi Crankshawowi, który o poemacie wypowiedział się niepochlebnie, ale pochwalił opowieść prozą za jej "zwięzłość i dostojeństwo", chociaż nie podobały mu się "kłujące w oczy celtyckie imiona". W dalszej części recenzji napisał: "Ma w sobie coś z tego szalonego, pełnego życia piękna, które zdumiewa wszystkich Anglosasów stających w obliczu sztuki celtyckiej". Uwagi te zostały przekazane Tolkienowi.]

Northmoor Road 20, Oksford

16 grudnia 1937

Szanowny Panie Unwin!

Byłem chory i wciąż niezbyt trzymam się na nogach, poza tym gnębiły mnie inne zwykłe ludzkie kłopoty, więc czas przeciekł mi między palcami: od spotkania z Panem prawie niczego nie dokonałem. Nie został jeszcze napisany list od Świętego Mikołaja na 1937 rok [...].

Największej radości dostarczyła mi wiadomość, że Silmarillion nie został odrzucony z pogardą. Od czasu rozstania się z tymi prywatnymi, ukochanymi bzdurami bałem się i miałem zupełnie idiotyczne poczucie bolesnej straty; gdyby wydały się one Panu bzdurami, to byłbym chyba zdruzgotany. Nie mam za złe komentarza o poemacie wierszem, który mimo pewnych dobrych fragmentów ma poważne usterki, uznaję go bowiem za materiał wyjściowy. Teraz jednak będę żywił nadzieję, że pewnego dnia będę mógł wydać Silmarillion! Komentarz Pańskiego recenzenta zachwycił mnie. Przykro mi, że imiona kłuły go w oczy - osobiście uważam (i sądzę, że jestem sprawiedliwym sędzią), iż są one dobre i w dużej mierze tworzą efekt końcowy. Są spójne i konsekwentne; powstały na podstawie dwóch powiązanych ze sobą systemów językowych, mają więc wiarygodność nie w pełni osiąganą, według mnie, przez innych autorów wymyślonych imion (powiedzmy Swifta czy Dunsany'ego!). Oczywiście nie muszę mówić, że nie są one celtyckie! Podobnie jak nie są celtyckie te opowieści. Znam dzieła celtyckie (wiele w ich oryginalnych językach, irlandzkim i walijskim) i czuję do nich pewną niechęć: głównie za ich zasadniczy brak rozsądku. Mają jaskrawe barwy, lecz są jak rozbity witraż, złożony bez planu. Są rzeczywiście "szalone", jak mówi Pański recenzent - ale ja chyba nie. Mimo wszystko jestem mu wdzięczny za te słowa, a szczególnie cieszy mnie, że styl jest odpowiedni do zamierzeń i nawet góruje nad nazewnictwem.

Nie sądziłem, że cokolwiek z tego, co Panu przesłałem, spełni Pańskie wymagania. Chciałem się jednak dowiedzieć, czy ma to jakąś obiektywną, czy też nieosobistą wartość. Moim zdaniem jest zupełnie jasne, że poza tym powinna powstać nowa realizacja, czy też ciąg dalszy Hobbita. Obiecuję, że się nad tym zastanowię. Jestem jednak pewien, że zrozumie Pan, jeśli powiem, że tworzenie skomplikowanej i spójnej mitologii (oraz dwóch języków) jest zajęciem dość absorbującym, a silmarile leżą mi na sercu. Tak więc nie wiadomo, czym to się skończy. Historia pana Bagginsa zaczęła się jako komiczna opowiastka wśród konwencjonalnych i roztrzepanych krasnoludów rodem z bajek braci Grimm, a później została wciągnięta na krawędź mitologii - tak że nawet wyjrzał zza tej krawędzi straszliwy Sauron. A cóż więcej mogą zdziałać hobbici? Mogą być komiczni, lecz taka komedia jest błaha, chyba że skontrastuje się ją ze sprawami bardziej zasadniczymi. Moim jednak zdaniem prawdziwa zabawa z orkami i smokami toczyła się przed erą hobbitów. Może wybrać inną (choć podobną) linię? Czy sądzi Pan, że Tom Bombadil, duch (znikającego) krajobrazu Oksfordu i Berkshire, mógłby zostać bohaterem jakiejś opowieści? A może, tak jak podejrzewam, całkowicie zawiera się on w załączonych wierszach1? Mimo wszystko mógłbym rozszerzyć jego portret.

Które cztery kolorowe ilustracje będą wykorzystane2? Czy te pięć oryginałów zostało już zwróconych? Czy jest jakaś wolna ilustracja przedstawiająca smoka na stercie skarbów? Muszę wygłosić wykład na temat smoków (w Muzeum Historii Naturalnej!!!) i potrzebny jest obrazek, żeby zrobić z niego przezrocze3.

Czy mógłbym dostać jeszcze cztery egzemplarze Hobbita po preferencyjnej cenie na prezenty gwiazdkowe?

Życzę Panu szczęśliwej podróży - i bezpiecznego powrotu4. 14 stycznia mam wystąpić w BBC, ale to chyba będzie już po Pańskim powrocie5. Z przyjemnością znów się z Panem zobaczę.

Z poważaniem

J.R.R. Tolkien

PS. Otrzymałem kilka pytań, od dzieci i dorosłych, czy runy są prawdziwe i czy da się je odczytać. Niektóre dzieci starały się je rozszyfrować. Czy byłoby dobrym pomysłem zamieszczenie runicznego alfabetu? Musiałem go sporządzić dla kilku osób. Proszę wybaczyć niewyraźne pismo i dywagacyjny charakter listu. Czuję się na wpół żywy. JRRT

Otrzymałem późniejszą pocztą Opowieść (wierszem) oraz Silmarillion i powiązane z nim fragmenty.

20. Do C.A. Furtha z wydawnictwa Allen & Unwin

[17 grudnia Furth napisał do Tolkiena: "Z początkiem zamówień gwiazdkowych popyt na Hobbita stał się tak duży, że musieliśmy przyśpieszyć dodruk [...]. W ostatniej chwili sytuacja była tak krytyczna, że część nakładu przywieźliśmy z naszej drukarni w Woking prywatnym samochodem".]

Northmoor Road 20, Oksford

19 grudnia 1937

Szanowny Panie Furth!

Dziękuję za sprawozdanie z ostatnich wydarzeń dotyczących Hobbita. Brzmi dość ekscytująco.

Otrzymałem cztery egzemplarze nowego dodruku - na mój koszt, tak jak je zamówiłem w liście do p. Unwina. Uważam, że kolorowe ilustracje wyszły dobrze... Żałuję, że nie został włączony obrazek z orłem (mający się znaleźć po s. 118) - ale tylko dlatego, że chciałem go zobaczyć w reprodukcji. Dziwię się, że można było włączyć cztery ilustracje bez podniesienia ceny. Może tamten obrazek wykorzystają Amerykanie? Dziwni ludzie...

Napisałem pierwszy rozdział nowej opowieści o hobbitach - "Zabawa z dawna oczekiwana"1. Wesołych świąt.

Z poważaniem

J.R.R. Tolkien

PS [...]. Panu Arthurowi Ransome'owi2 nie podoba się man[10] na s. 27 (7. wers od końca). Zmienić na fellow[11] jak we wcześniejszej rewizji? Nie podoba mu się też sformułowanie more men[12] na s. 294 w. 11. Zmienić na more of us[13]? Słowo Men, pisane wielką literą, jest używane, jak sądzę, kiedy w tekście wyraźnie chodzi o "rasę ludzką"; wyrazy man, men, pisane małą literą, są czasami w sposób swobodny używane w znaczeniu "dorosły osobnik płci męskiej" oraz "ludzie". Może jednak, choć można to z punktu widzenia mitologii obronić (uzasadnia to też anglosaskie użycie!), dałoby się uniknąć poruszania mitologicznych zagadnień spoza opowieści. Panu Ransome'owi chyba nie podoba się też użycie przez Gandalfa słowa boys[14] na s. 112 (wersy 11, 13). Chociaż zgadzam się, że ten epitet był dość głupi i nie całkiem na miejscu, nie sądzę, żeby teraz można było coś z tym zrobić. Chyba że nadadzą się oaves[15]? JRRT

21. Z listu do wydawnictwa Allen & Unwin

1 lutego 1938

Chciałbym zapytać p. Unwina, czy jego syn, bardzo rzetelny krytyk, zechciałby przeczytać w maszynopisie pierwszy rozdział dalszego ciągu Hobbita? Nie jestem pewien wartości tego dzieła, ale gdyby syn p. Unwina uznał ów początek za obiecujący, mógłbym rozwinąć z niego opowieść, która się powoli krystalizuje.

22. Do C.A. Furtha z wydawnictwa Allen & Unwin

Northmoor Road 20, Oksford

4 lutego 1938

Szanowny Panie Furth!

Załączam egzemplarz rozdziału 1 "Zabawa z dawna oczekiwana" ewentualnego dalszego ciągu Hobbita [...].

Otrzymałem list od młodego czytelnika z Bostonu w Lincolnshire z erratą [do Hobbita]. Poprosiłem następnie mojego najmłodszego syna, leżącego w łóżku z powodu dolegliwości serca1, żeby znalazł następne błędy, po dwa pensy za sztukę. Zrobił to. Załączam wyniki - które po dodaniu do tych już przesłanych powinny (spodziewam się) utworzyć wyczerpującą listę. Mam też nadzieję, że kiedyś może się przydadzą.

Z poważaniem

J.R.R. Tolkien

23. Do C.A. Furtha z wydawnictwa Allen & Unwin

[Wydawnictwo ponownie rozważało możliwość wydania Pana Błyska. Patrz notka wprowadzająca do listu nr 10.]

Northmoor Road 20, Oksford

17 lutego 1938

Szanowny Panie Furth!

Pan Błysk wrócił bezpiecznie. Przykro mi, że sprawił Panu tyle kłopotów. Szkoda, że nie znalazł Pan nikogo, kto by jeszcze raz porządnie zrobił rysunki. Nie sądzę, żebym był w stanie je poprawić. W każdym razie teraz nie mam czasu - łatwiej jest w wolnych chwilach pisać opowieść, niż rysować (choć żadna z tych czynności nie jest prosta) [...].

Podobno tylko pierwszy krok wymaga wysiłku. Ja tak nie uważam. Jestem pewien, że mógłbym pisać nieskończoną liczbę "pierwszych rozdziałów". Właściwie napisałem ich dość dużo. Ciąg dalszy Hobbita stoi w miejscu, a ja mam ledwie słabe pojęcie, co ma być dalej. Obawiam się, że - nie zamierzając pisać dalszego ciągu - roztrwoniłem wszystkie moje ulubione "motywy" i postacie w pierwszym Hobbicie.

Zanim cokolwiek zrobię, poproszę Pana o radę w sprawie Pana Błyska. Nie stanie się to raczej przed letnimi wakacjami, czyli końcem mojego stypendium badawczego1.

Z poważaniem

J.R.R. Tolkien

24. Do Stanleya Unwina

[11 lutego Unwin oznajmił, że jego syn Rayner był "zachwycony pierwszym rozdziałem" nowej opowieści.]

Northmoor Road 20, Oksford

18 lutego 1938

Szanowny Panie Unwin!

Jestem ogromnie wdzięczny Pańskiemu synowi Raynerowi, a także bardzo zachęcony. Wprawdzie pisanie początkowych rozdziałów idzie mi bardzo łatwo - jednak w tej chwili opowieść nie rozwija się dalej. Niestety, mam niewiele czasu, tym bardziej że ferie świąteczne były katastrofalne. Włożyłem tyle materiału do pierwszego Hobbita (który nie miał mieć ciągu dalszego), że trudno mi znaleźć w jego świecie coś nowego.

Pan C.S. Lewis mówi, że pozwolił mu Pan dostarczyć sobie Z milczącej planety. Oczywiście czytałem tę powieść; od tego czasu przeszła ona też zupełnie inny test: czytania na głos w naszym miejscowym klubie (w którym zajmujemy się głośnym czytaniem krótszych i dłuższych utworów). Okazała się zajmującą lekturą i została wysoko oceniona. To jednak prawda, że wszyscy mamy podobny gust.

Bohater jest filologiem (w tym przypomina mnie) i nosi Pańskie nazwisko1 jedynie przez zadziwiający przypadek. Jestem pewien, że ten drugi szczegół można zmienić; nie sądzę, żeby miało to jakieś wielkie znaczenie.

Początkowo planowaliśmy, że każdy z nas napisze "thriller" poświęcony jakiejś wyprawie: podróży w przestrzeni i podróży w czasie (to mój), każdy kończący się odkryciem Mitu2. O ile jednak podróż w przestrzeni została ukończona, o tyle podróż w czasie, z powodu mojej powolności i niepewności, pozostaje tylko fragmentem, jak Pan wie3.

Z poważaniem

J.R.R. Tolkien

25. Do redaktora "Observera"

[16 stycznia 1938 r. "Observer" opublikował list podpisany "Habit", którego autor pytał, czy postacie hobbitów mógł zasugerować Tolkienowi opis Juliana Huxleya ""małych włochatych ludzi" widzianych w Afryce przez tubylców i [...] co najmniej jednego uczonego". Autor listu wspomniał też, iż "znajoma mówiła, że pamięta starą bajkę pod tytułem Hobbit w zbiorze przeczytanym około roku 1904", w której tak nazwane stworzenie "było zdecydowanie przerażające". Autor pytał, czy Tolkien zechciałby "powiedzieć nam coś więcej o nazwie i powstaniu tego intrygującego bohatera książki [...]. Zaoszczędziłoby to przyszłym pokoleniom badaczy wielu kłopotów. A przy okazji, czy kradzież smoczego pucharu przez hobbita jest oparta na epizodzie kradzieży pucharu w Beowulfie? Mam nadzieję, że tak, ponieważ jedną z zalet książki wydaje się spenserowskie harmonijne zespolenie najwspanialszych wątków licznych odmian epiki, mitologii i wiktoriańskiej literatury baśniowej". Odpowiedź Tolkiena, choć nie była przeznaczona do druku (patrz zakończenie listu nr 26), została wydrukowana w "Observerze" 20 lutego 1938 r.]

Szanowny Panie!

Nie trzeba mnie namawiać: jestem równie podatny na pochlebstwa jak smok i z przyjemnością popiszę się moją diamentową kamizelką, a nawet wyjaśnię jej pochodzenie, ponieważ Habit (bardziej ciekawski od hobbita) nie tylko wyznał, że ją podziwia, ale i zapytał, skąd ją mam. Czy nie byłoby to jednak nieuczciwe względem badaczy? Oszczędzanie im kłopotów oznacza odebranie im pretekstu do istnienia.

Jeśli jednak chodzi o główne pytanie Habita, nie ma obawy: nie pamiętam nic, co by mogło dotyczyć nazwy i kreacji tego bohatera. Mógłbym oczywiście zgadywać, ale takie domysły nie miałyby większej wagi od domysłów przyszłych badaczy, więc im zostawię tę zabawę.

Urodziłem się w Afryce i przeczytałem kilka książek o badaniu Afryki. Od około roku 1896 przeczytałem jeszcze więcej prawdziwych baśni. Zatem oba fakty wspomniane przez Habita wydawałyby się znaczące.

Czy jednak takie są? Nie pamiętam żadnych porośniętych futrem pigmejów (w książce czy w blasku księżyca) ani żadnego strasznego hobbita w druku sprzed 1904 roku. Podejrzewam, że te dwa hobbity to przypadkowe homofony i cieszę się[16], że nie są (jak się wydaje) synonimami. Twierdzę też stanowczo, że mój hobbit nie mieszkał w Afryce i nie był, poza stopami, włochaty. Nie przypominał też wcale królika. Był to zamożny, dobrze odżywiony młody kawaler. Nazwanie go "paskudnym małym królikiem"[17] było przykładem trollowego prostactwa, podobnie jak "szczurzy pomiot" świadczył o krasnoludzkiej złośliwości. Były to celowe szyderstwa z jego wzrostu i jego stóp - szyderstwa, które go głęboko oburzały. Jego stopy, choć wygodnie odziane i obute przez naturę, były równie eleganckie, co jego długie, zręczne palce.

Jeśli chodzi o resztę opowieści, to wywodzi się ona - jak sugeruje Habit - z (poprzednio przetrawionej) epiki, mitologii i baśni, jednakże nie wiktoriańskich autorów, od której to zasady głównym wyjątkiem jest George Macdonald. Beowulf znajduje się wśród moich najcenniejszych źródeł, chociaż nie myślałem o nim świadomie podczas pisania, kiedy to epizod z kradzieżą zrodził się w sposób naturalny (i nieomal nieuchronny) z poprzedzających go okoliczności. W tamtym punkcie opowieści trudno pomyśleć o jakimkolwiek innym jej poprowadzeniu.

Moja powieść nie jest świadomie oparta na żadnej książce - z wyjątkiem jednej, ale nieopublikowanej: jest to Silmarillion, historia elfów, do której są robione częste aluzje. Nie myślałem o przyszłych badaczach; a ponieważ istnieje tylko jeden maszynopis, mała jest w tej chwili szansa, że ta wzmianka okaże się użyteczna.

To są jednak zaledwie wstępne zagadnienia. Teraz, kiedy zostałem zmuszony do spojrzenia na przygody p. Bagginsa jako temat przyszłych badań, zdaję sobie sprawę, że czeka mnie wiele pracy. Jest sprawa nazewnictwa. Imiona krasnoludów oraz czarodzieja pochodzą z Eddy starszej. Imiona hobbitów z Oczywistych Źródeł właściwych temu plemieniu. Pełna lista ich zamożniejszych rodzin to: Bagginsowie, Boffinowie, Bolgerowie, Bracegirdle'owie, Brandybuckowie, Burrowesowie, Czubbowie, Grubbowie, Hornblowerowie, Proudfootowie, Bagginsowie z Sackville i Tukowie. Smok ma jako imię - czy pseudonim - formę czasu przeszłego od pierwotnego czasownika germańskiego smugan - "przeciskać się przez dziurę": kiepski żart filologiczny. Reszta imion pochodzi ze świata starożytnego oraz elfiego i nie została uwspółcześniona.

A dlaczego dwarves? Gramatyka zaleca dwarfs; filologia sugeruje, że historyczną formą byłoby dwarrows. Prawdziwa odpowiedź jest taka, że popełniłem błąd. Dwarves pasuje jednak do elves[18], a w każdym razie "elf", "gnom", "goblin", "krasnolud" to jedynie przybliżone tłumaczenia staroelfickich nazw istot niezupełnie tego samego gatunku i przeznaczenia.

Krasnoludowie to nie całkiem krasnoludki z bardziej znanych opowieści. To prawda, że otrzymali skandynawskie imiona, ale to ustępstwo redakcyjne. Zbyt wiele imion w językach odpowiadających epoce mogłoby wywołać niepokój. Język krasnoludzki był i złożony, i niemelodyjny. Unikali go nawet wcześni filologowie elficcy, a poza całkowicie prywatnymi rozmowami krasnoludowie byli zobowiązani do posługiwania się innymi językami. Język hobbitów zdumiewająco przypominał angielski, czego można się było spodziewać: mieszkali oni zaledwie na granicy Dzikich Krajów i zasadniczo nie zdawali sobie sprawy z ich istnienia. Hobbickie nazwiska rodowe są w większości równie dobrze znane i słusznie szanowane na naszej wyspie, jak w Hobbitonie i Nad Wodą.

Jest też kwestia run. Te użyte przez Kompanię Thorina zostały, dla szczególnych celów, zawarte w alfabecie składającym się z trzydziestu dwóch znaków (pełna lista na żądanie), podobnych do run ze staroangielskich inskrypcji. Między tymi dwoma rodzajami pisma niewątpliwie istnieje związek historyczny. Alfabet Feanora, powszechnie używany w owym czasie, był pochodzenia elfickiego. Pojawia się on w klątwie wyrytej na garncu ze złotem na rysunku jaskini Smauga, lecz poza tym był transkrybowany (mogę dostarczyć odpis listu pozostawionego na kominku).

* * *

A co zagadkami? Trzeba tu popracować nad źródłami i analogiami. Wcale się nie zdziwię, jeśli i hobbit, i Gollum przekonają się, że ich pretensje do autorstwa zagadek zostaną oddalone.

W końcu stawiam przed przyszłym badaczem mały problem. W dwóch różnych miejscach tworzenie opowieści zostało zawieszone na kilka lat. które to miejsca? Prawdopodobnie zostanie to odkryte, tak czy owak. I nagle przypomniałem sobie, że kiedy smok dał się uwieść pochlebstwom, hobbit pomyślał sobie: "Stary durniu!". Obawiam się, że komentarz Habita (oraz Pański) będzie brzmiał tak samo. Musi Pan jednak przyznać, że pokusa była silna.

Z poważaniem

J.R.R. Tolkien

26. Do Stanleya Unwina

[2 marca Unwin przesłał Tolkienowi fragment recenzji powieści Z milczącej planety C.S. Lewisa. Recenzent pisał: "Śmiem twierdzić, że jest całkiem prawdopodobne, iż p. Lewis napisze kiedyś wartościową powieść. Ta nie jest dość dobra". Recenzent ocenił, że istoty mieszkające na planecie Malakandra to "banialuki". Unwin poprosił Tolkiena o wyrażenie opinii na temat książki.]

Northmoor Road 20, Oksford

4 marca 1938

Szanowny Panie Unwin!

Napisałem do Pana załączony list1 jakiś czas temu; nie wysyłałem go jednak, wiedząc, że zechce Pan wysłać pracę p. Lewisa swojemu recenzentowi, i nie mając zamiaru się wtrącać, z wyjątkiem nakłonienia Pana do zainteresowania się książką. Lewis jest moim wielkim przyjacielem i bardzo dobrze się rozumiemy (o czym świadczą jego dwie recenzje Hobbita): może to być dowód zrozumienia z jego strony, ale i może też sprawiać, że widzi się rzecz w przesadnie różowych barwach. Ponieważ jednak pyta mnie Pan o zdanie, oto ono.

Czytałem opowieść w maszynopisie i byłem tak oczarowany, że nie mogłem robić niczego innego, dopóki jej nie skończyłem. Moim pierwszym zarzutem było to, że jest za krótka. Nadal jestem tego zdania, zarówno z przyczyn praktycznych, jak i artystycznych. Inne usterki, związane ze stylem narracji (Lewis ma zawsze skłonność do zgrzytliwych, sztywnych fragmentów), niekonsekwentnymi szczegółami intrygi i sprawami filologicznymi zostały poprawione zgodnie z moimi uwagami. Autor trzyma się lingwistycznych pomysłów, które do mnie nie przemawiają (Malakandra, Maleldil - w każdym razie podejrzewam, że eldile to wpływ Eldarów z Silmarillionu - czy pfifltryggi); to jednak kwestia gustu. Wszak Pańskiego recenzenta też kłuły w oczy moje imiona, wymyślone z wielką pieczołowitością. W sumie jednak wynalazki lingwistyczne i filologia są więcej niż zadowalające. Cała część dotycząca języka i poezji - fragmenty jej malakan-dryjskiego charakteru i formy - jest zrobiona bardzo dobrze i niezwykle interesująco, jest o wiele lepsza od tego, co zwykle przekazują podróżnicy po nieznanych krainach. Trudności językowe bywają zwykle pomijane lub potraktowane byle jak. Tutaj są one nie tylko prawdopodobne, ale i przemyślane.

Zaniepokoiła mnie otrzymana od Pana recenzja. Obawiam się, że moją pierwszą reakcją byłoby odparować, że komuś, kto jest w stanie użyć słowa "banialuki", taka tematyka zawsze wyda się banialukami. Trzeba jednak zachować rozsądek. Zdaję sobie oczywiście sprawę, że aby taka opowieść odniosła chociaż skromny sukces rynkowy, musi zdać egzamin już na pierwszy rzut oka, jako vera historia podróży do obcej krainy. Bardzo lubię ten gatunek i przeczytałem nawet z niejaką przyjemnością Land Under England2 (chociaż był to niedobry przykład i pod wieloma względami niesmaczny). Uważam, że powieść Z milczącej planety zdała ten egzamin bardzo dobrze. Najsłabszymi punktami takich opowieści jest zawsze początek oraz sposób przemieszczania się w czasie czy przestrzeni. Tutaj te sprawy są dobrze opracowane, jednak przygoda na Malakandrze powinna być opisana szerzej, by je zrównoważyć i uzasadnić. Temat trzech rozumnych gatunków (hnau) wymaga poświęcenia większej uwagi trzeciemu gatunkowi, pfifltryggom. Podobnie do centralnego epizodu przybycia do Eldilornu dochodzi się, pod względem artystycznym, zbyt szybko. I czy książka nie jest właściwie zbyt krótka na taką opowieść?

Powinienem jednak powiedzieć, że dla inteligentniejszego czytelnika książka niesie wiele treści filozoficznych i mitycznych, które ogromnie podnoszą jej wartość, nie umniejszając walorów "przygodowych". Okazuje się, że nie mogę się oprzeć mieszance vera historia z mythos. Są tam oczywiście pewne elementy satyryczne, nie do uniknięcia w takiej powieści podróżniczej, oraz satyryczne komentarze na temat innych, pozornie podobnych dzieł fikcji "naukowej" - na przykład odwołanie się do teorii, że wyższa inteligencja musi iść w parze z bezwzględnością. U podłoża tego leży, rzecz jasna, mit o upadku aniołów (oraz upadku człowieka na tej naszej milczącej planecie); a w najważniejszym punkcie powieści pojawia się płaskorzeźba planet z wymazanym znakiem anioła naszego świata.

Nie rozumiem, jak ktokolwiek może powiedzieć, że to jest nie do przełknięcia, chyba że: (a) uważa ten szczególny mit za "banialuki" niegodne uwagi człowieka dorosłego (nawet na planie mitycznym) lub (b) uznaje wykorzystanie go za nieuzasadnione lub może nieskuteczne. Nad tym drugim można by dyskutować - choć ja się z tym nie zgadzam - w każdym razie jednak krytyka powinna zauważyć istnienie owego mitu. Ojarsa, oczywiście, nie jest "miłym, uprzejmym, naukowym Bogiem"3, ale czymś tak głęboko odmiennym, że różnica nie została chyba zauważona, a mianowicie aniołem. Mimo to nawet jako miły, uprzejmy, naukowy Bóg wytrzymuje porównanie z rządzącymi siłami w innych opowieściach tego gatunku. Jego imię nie zostało wymyślone, lecz pochodzi z Bernardusa Silvestrisa, co, jak sądzę, jest wyjaśnione na końcu książki (nie uważam co prawda, by ten erudycyjny szczegół był ważny, ale jest on równie uprawniony, co wiedza pseudonaukowa). Na koniec mogę powiedzieć, że także określając pfifltryggi jako "robotników", Pański recenzent wykazuje się brakiem zrozumienia i daje się zwieść obecnym pojęciom, które nie mają tu zastosowania. Jednak powiedziałem już chyba za dużo. W każdym razie, gdybym natknął się na tę książkę, kupiłbym ją prawie za każdą cenę i głośno polecałbym ją jako "thriller" autorstwa (mimo wszystko, co zaskakujące) inteligentnego człowieka. Ze smutkiem jednak stwierdzam, że mój gust nie jest normalny - wiem to z prób znalezienia czegokolwiek do czytania w bibliotece publicznej. Z zajęciem przeczytałem Voyage to Arcturus4 - dzieło najbardziej z tym porównywalne, chociaż robi większe wrażenie i jest bardziej mityczne (oraz mniej racjonalne, a także mniej fabularne - nikt nie potrafiłby go przeczytać wyłącznie jako "thrillera", nie interesując się filozofią, religią i moralnością). Ciekawe, co o nim sądzi Pański recenzent? Mimo wszystko poczuję się pewniej, jeśli drugi recenzent trochę bardziej przychyli się do mojego gustu!

* * *

Ciąg dalszy Hobbita dotarł już do końca trzeciego rozdziału. Opowieści czasami wymykają się spod kontroli i ta pobiegła nieprzewidzianym torem. Pan Lewis i mój najmłodszy chłopiec czytają ją po kawałku jako powieść w odcinkach. Nie chciałbym kłopotać Pańskiego syna, chociaż zależałoby mi na jego uwagach. W każdym razie, gdyby zechciał przeczytać to w odcinkach, służę egzemplarzem. Mojemu Christopherowi i p. Lewisowi podoba się to tak bardzo, że mówią, iż jest lepsze od Hobbita; ale Rayner nie musi się z nimi zgadzać!

Otrzymałem egzemplarz wydania amerykańskiego. Nie takie złe. Cieszę się, że włączyli rysunek z orłem, ale nie mam pojęcia, dlaczego zniszczyli rysunek Rivendell, odcinając górę i wycinając szlaczek na dole. Oczywiście zostały zachowane wszystkie liczne błędy w tekście. Mam nadzieję, że pewnego dnia będzie można się ich pozbyć.

Nie wiem, czy widział Pan ten długi idiotyczny list w "The Observer" z 20 lutego i czy pomyślał Pan, że nagle zwariowałem. Moim zdaniem redaktor postąpił nieuczciwie. W styczniu pojawił się w tym tygodniku list podpisany "Habit" (z pytaniem, czy hobbit powstał pod wpływem wykładów Juliana Huxleya o pokrytych futrem afrykańskich pigmejach oraz kilkoma innymi). Wysłałem tę żartobliwą odpowiedź z ofrankowaną kopertą, by przekazano ją Habitowi, oraz krótką i dość trzeźwą odpowiedź do druku. Przez miesiąc nic się nie działo, a potem pewnego ranka zobaczyłem, że mój niewczesny żart zajmuje prawie cały dział.

Z najlepszymi życzeniami.

Szczerze oddany

J.R.R. Tolkien

27. Do Houghton Mifflin Company

[Wyjątek z listu najwyraźniej adresowanego do amerykańskiego wydawcy Tolkiena i prawdopodobnie napisanego w marcu lub kwietniu 1938 r. Wydaje się, że wydawnictwo Houghton Mifflin poprosiło Tolkiena o dostarczenie rysunków hobbitów do wykorzystania w przyszłym wydaniu Hobbita.]

Obawiam się, że jeśli potrzebują Państwo rysunków hobbitów w różnych pozach, to muszę zostawić sprawę w rękach kogoś, kto potrafi rysować. Moje własne rysunki - np. rysunek p. Bagginsa w rozdziałach VI i XII - nie są dobrymi wskazówkami. Bardzo zły rysunek z rozdziału XIX jest od nich lepszym wskaźnikiem, jeśli chodzi o ogólne wrażenie.

Wyobrażam sobie dość ludzką postać, a nie jakiegoś baśniowego królika - co, zdaje się, wyobrażają sobie niektórzy z moich brytyjskich recenzentów - o tłustym brzuchu i krótkich nogach. Okrągła, jowialna twarz; uszy tylko lekko spiczaste i "elfie"; włosy krótkie i kędzierzawe (brązowe). Stopy od kostek w dół pokryte brązowym włochatym futrem. Ubranie: zielone aksamitne spodnie, czerwona lub żółta kamizelka, brązowa lub zielona marynarka, złote (lub mosiężne) guziki, ciemnozielony płaszcz z kapturem (należący do krasnoluda).

Wzrost - ważny tylko wtedy, gdy na ilustracji są jakieś inne przedmioty - powiedzmy około trzech stóp lub trzech stóp i sześciu cali. Hobbit na rysunku ze złotym skarbem, w rozdziale XII, jest oczywiście (nie mówiąc o otyłości w niewłaściwych miejscach) o wiele za duży. Ale (co w każdym razie rozumieją moje dzieci) tak naprawdę istnieje on na oddzielnym obrazku czy "płaszczyźnie", ponieważ dla smoka jest niewidzialny.

W tekście nie ma wzmianki o tym, że otrzymał buty. A powinna być! Jakoś wypadła w trakcie różnych poprawek - miało to miejsce w Rivendell; po opuszczeniu Rivendell, w drodze do domu, Bilbo znów nie ma butów. Ponieważ jednak skórzaste podeszwy i dobrze wyszczotkowane włochate stopy są zasadniczą cechą hobbickości, naprawdę powinien pojawiać się bez butów, chyba że na specjalnych ilustracjach do jakichś wydarzeń.

28. Do Stanleya Unwina

[1 czerwca Unwin oznajmił Tolkienowi, że wydawnictwo Houghton Mifflin sprzedało już około trzech tysięcy egzemplarzy amerykańskiego wydania Hobbita. W kwietniu książka otrzymała od gazety "New York Herald Tribune" nagrodę w wysokości 250 dolarów jako najlepsza książka młodzieżowa sezonu. Tymczasem Rayner Unwin skrytykował drugi i trzeci rozdział nowej opowieści za zbyt dużo "hobbickiego gadania".]

Northmoor Road 20, Oksford

4 czerwca 1938

Szanowny Panie Unwin!

Dziękuję za pocieszające wieści. Są one rzeczywiście pocieszające, jako że mimo nieoczekiwanych darów losu jak ta amerykańska nagroda mam poważne trudności; sytuacja nie polepszy się we wrześniu, kiedy skończy mi się stypendium naukowe. Będzie to oczywiście oznaczało, że presja na ograniczenie mojego czasu poświęconego pisaniu będzie mniejsza, tylko że - o ile potrafię przewidzieć - będę musiał wrócić do kieratu egzaminów1, by związać koniec z końcem.

Obawiam się, że Pańskie listy z 29 kwietnia i 3 maja długo leżały bez odpowiedzi. Już dawno temu chciałem podziękować Raynerowi za kłopot, jaki sobie zadał, czytając wstępne rozdziały, i za jego wspaniałą krytykę. Zgadza się ona uderzająco ze zdaniem p. Lewisa, które tym samym zostało potwierdzone. Muszę się pokłonić moim dwóm głównym (i bardzo przychylnym) krytykom. Kłopot w tym, że "hobbickie gadanie" bawi mnie (i do pewnego stopnia także mojego syna Christophera) bardziej niż przygody; muszę jednak stanowczo je ukrócić. Chociaż bardzo chciałem to zrobić, od czasu zimowych ferii nie miałem okazji wrócić do pisania. Przy trzech pracach w języku średnioangielskim i staroangielskim, przygotowywanych do druku lub już w drukarni, oraz jednej w staronordyjskim, ukazującej się w serii, której jestem redaktorem, przygotowywanej w imieniu autora, który jest za granicą2, i przy studentach przyjeżdżających w lipcu z Belgii i Kanady, by pracować pod moim kierunkiem, nie widzę żadnej luki w ciągu najbliższych miesięcy! [...]

Z poważaniem

J.R.R. Tolkien

PS. Moja odpowiedź opóźniła się, ponieważ Pański list przyszedł w środku naszych miejscowych niesnasek. Być może nie zauważył Pan, że drugiego czerwca na stanowisko profesora poetyki został wybrany wielebny Adam Fox3, pokonując posiadacza tytułu szlacheckiego oraz czcigodnego lorda. Był nominowany przez Lewisa oraz przeze mnie i jakimś cudem został wybrany: to nasze pierwsze publiczne zwycięstwo nad zakorzenionymi przywilejami. Fox jest bowiem członkiem naszego literackiego klubu praktykujących poetów, którym był czytany Hobbit oraz inne dzieła (jak Milcząca planeta). Powoli zaczyna się nas nawet drukować. Jednym z dzieł Foxa jest Old King Coel, rymowana opowieść w czterech tomach (Oksford).

29. Z listu do Stanleya Unwina

[Wydawnictwo Allen & Unwin wynegocjowało publikację niemieckiego przekładu Hobbita z wydawnictwem Rütten & Loening z Poczdamu. Firma ta napisała do Tolkiena, pytając go, czy jest arisch (aryjskiego) pochodzenia.]

25 lipca 1938

Muszę powiedzieć, że załączony list od wydawnictwa Rütten & Loening jest nieco sztywny. Czy jestem narażony na tę impertynencję z powodu niemieckiego nazwiska, czy też ich idiotyczne prawo wymaga świadectwa bycia arisch od wszystkich ludzi ze wszystkich krajów?

Osobiście skłaniałbym się do odmowy dostarczenia jakiegokolwiek Bestätigung1 (chociaż tak się składa, że mogę to zrobić) i machnięcia ręką na niemiecki przekład. W każdym razie będę się stanowczo sprzeciwiał zamieszczeniu podobnej deklaracji w druku. Nie uważam (prawdopodobnego) braku domieszki żydowskiej krwi za rzecz szczególnie zaszczytną; mam też wielu żydowskich znajomych i nie chciałbym dawać powodów do sądzenia, że wyznaję tę całkowicie szkodliwą i nienaukową doktrynę rasową.

Chodzi tu głównie o Państwa: nie mogę narażać na szwank niemieckiego wydania bez Państwa zgody. Załączam więc dwa projekty możliwych odpowiedzi.

30. Do Rütten & Loening Verlag

[Jeden z dwóch projektów wspomnianych przez Tolkiena w poprzednim liście. W aktach wydawnictwa Allen & Unwin zachował się tylko ten, dlatego wydaje się bardzo prawdopodobne, że angielski wydawca wysłał do Niemiec ten drugi. Jasne jest, że w tamym liście Tolkien nie zgodził się na żadną deklarację, iż jego pochodzenie jest arisch.]

Northmoor Road 20, Oksford

25 lipca 1938

Szanowni Państwo!

Dziękuję za Państwa list [...]. Żałuję, ale nie jestem pewien, co Państwo rozumieją pod słowem arisch. Nie jestem aryjskiego pochodzenia: to znaczy indoirańskiego; o ile wiem, żaden z moich przodków nie mówił językiem hindustani, perskim, cygańskim czy jakimkolwiek pokrewnym dialektem. Jeśli jednak mam rozumieć, że pytają mnie Państwo, czy jestem pochodzenia żydowskiego, to mogę jedynie z żalem odpowiedzieć, iż najwyraźniej nie mam żadnych przodków wśród tego utalentowanego narodu. Mój prapradziad przybył do Anglii z Niemiec w osiemnastym wieku: zatem większa część mojego pochodzenia jest czysto angielska, a ja jestem angielskim poddanym - co powinno wystarczyć. Niemniej jednak przyzwyczaiłem się do traktowania mojego niemieckiego nazwiska z dumą i robiłem to przez cały okres niedawnej pożałowania godnej wojny, podczas której służyłem w angielskiej armii. Nie mogę jednak powstrzymać się od uwagi, że jeśli impertynenckie i niczemu niesłużące pytania tego rodzaju mają się stać regułą w kwestiach literackich, to niedługo niemieckie nazwisko nie będzie już źródłem dumy.

Pytanie Państwa zostało niewątpliwie podyktowane prawem Państwa kraju, lecz stawianie go poddanym innego kraju jest niestosowne, nawet jeśli miałoby ono (a tak nie jest) jakikolwiek związek z meritum mojego dzieła lub zasadnością jego wydania, decyzję co do którego Państwo najwyraźniej podjęli bez uciekania się do mojego Abstammung1.

Ufam, że odpowiedź ta Państwa zadowoli, i

pozostaję z szacunkiem

J.R.R. Tolkien

31. Do C.A. Furtha z wydawnictwa Allen & Unwin

[Wśród opowiadań, które Tolkien pokazał swojemu wydawcy w ciągu 1938 r. jako ewentualne kontynuacje Hobbita, znalazła się krótka wersja Rudego Dżila i jego psa. Wydawnictwo ją zaakceptowało, lecz uznało, że aby powstała książka o wystarczającej objętości, opowiadaniu powinny towarzyszyć inne utwory. Oczywiście zachęcało także Tolkiena do pisania kontynuacji Hobbita.]

Northmoor Road 20, Oksford

24 lipca 1938

Szanowny Panie Furth!

Hobbit powinien był zostać wydany w tym roku, a nie w zeszłym. W przyszłym roku prawdopodobnie miałbym czas i nastrój do napisania dalszego ciągu. Nawał pracy jako "stypendysty naukowego", która, jeśli to możliwe, powinna zostać zakończona we wrześniu, zajął cały mój czas, a także wyczerpał inwencję. Ciąg dalszy Hobbita znajduje się w miejscu, w którym został przerwany. Stracił moją przychylność i nie mam pojęcia, co z nim zrobić. Przede wszystkim dla pierwotnego Hobbita nigdy nie planowałem dalszego ciągu - Bilbo "czuł się szczęśliwy aż do końca swych dni, a przeżył ich jeszcze bardzo wiele": zdanie to stanowi dla mnie prawie nieprzekraczalną przeszkodę do stworzenia zadowalającego łącznika. Po drugie, prawie wszystkie "motywy", które mogę wykorzystać, zostały umieszczone w tej pierwszej książce, tak więc kontynuacja wyda się albo rozwodniona, albo zaledwie wtórna. Po trzecie, hobbici jako tacy ogromnie mnie bawią i mogę bez końca oglądać ich przy jedzeniu oraz słuchać ich niewyrafinowanych żartów; okazuje się jednak, że sprawa ma się inaczej z moimi nawet najbardziej oddanymi "fanami" (takimi jak p. Lewis i (?) Rayner Unwin). Pan Lewis mówi, że hobbici są zabawni jedynie w niehobbickich sytuacjach. I na koniec: mój umysł, jeśli chodzi o opowieści, tak naprawdę jest zajęty "czystymi" baśniami czy też mitologiami Silmarillionu, w które został wciągnięty nawet pan Baggins wbrew mojej pierwotnej woli, i nie sądzę, żebym potrafił się poza ich krąg wyrwać - chyba że Silmarillion zostanie ukończony (i być może opublikowany), co miałoby efekt wyzwalający. Jedyne, co mam spoza tej tematyki, to Rudy Dżil i Małe Królestwo (ze stolicą w Thame). W styczniu wydłużyłem to opowiadanie o około 50% i odczytałem w Lovelace Society1 zamiast referatu "na temat" baśni. Rezultat bardzo mnie zaskoczył. Głośne czytanie zajęło prawie dwa razy tyle czasu, ile zwykły referat, a słuchacze najwyraźniej nie byli znudzeni - właściwie wszyscy skręcali się ze śmiechu. Obawiam się jednak, że to znaczy, iż opowiadanie nabrało charakteru utworu satyrycznego dla dorosłych. Tak czy owak, nie napisałem koniecznych dwóch czy trzech innych opowiadań o Królestwie, które miały mu towarzyszyć!

Wygląda to jak w wypadku Pana Błyska. Jeśli Pan uważa, że warto to dziełko wydać. Jeśli Pan sobie życzy, mogę je Panu przywieźć z powotem. Nie sądzę, żebym mógł je w jakikolwiek sposób ulepszyć.

Naprawdę jest mi bardzo przykro: ze względu na siebie i Państwa chciałbym coś napisać. Wydaje się jednak, że w tym roku wrzesień nie wchodzi w rachubę. Mam nadzieję, że inspiracja i nastrój wrócą. Nie trzymają się z dala z powodu braku zabiegów o ich względy. Ostatnio jednak te zabiegi były z konieczności sporadyczne. Muzy nie lubią takiego braku entuzjazmu.

Z poważaniem

J.R.R. Tolkien

32. Do Johna Masefielda

[Masefield, ówczesny Poeta Laureat, latem 1938 i 1939 r. organizował w Oksfordzie wraz z Nevillem Coghillem imprezy pod nazwą "Letnie Rozrywki". W 1938 r. zaprosił Tolkiena, by wcielił się w Chaucera i wyrecytował z pamięci Opowieść Księdza z orszaku Przeoryszy. Przesłał Tolkienowi kilka wierszowanych linijek, którymi proponował go przedstawić.]

Northmoor Road 20, Oksford

27 lipca 1938

Szanowny Panie Masefield!

Nie mam własnego wstępu i żadnych zastrzeżeń jako aktor do wprowadzenia, które Pan przysłał. Tak czy owak, to Pan jest Mistrzem Rozrywek, a ja znajduję się pod Pańską dobrą opieką.

Prywatnie, jak jeden badacz Chaucera do drugiego, mógłbym może powiedzieć, że wersy te wydają mi się czynić aluzję do błędnego wyobrażenia, iż Chaucer był pierwszym angielskim poetą i że wszystko przed nim było głupie i barbarzyńskie. To oczywiście nie jest prawdą i być może - nawet jako sposób podkreślenia faktu, że poeta ten był obdarzony szczególnym geniuszem i w każdym okresie stworzyłby dzieła o posmaku nowości - jest dość mylące. Osobiście nie wiążę Północy ani z nocą, ani z ciemnością, a szczególnie nie w Anglii, w której długiej tysiącdwustuletniej tradycji literackiej Chaucer stoi raczej pośrodku niż na początku. Nie odnoszę też wrażenia, że jest wiosenny, lecz raczej jesienny (nawet jeśli jest to wczesna jesień) i nie królewski, lecz mieszczański. Jednak, jak mówię, są to sprawy zawodowe i obecna okazja nie jest właściwa do kruszenia o nie kopii.

Wcale nie jestem zachwycony ogólnym efektem, jaki wywrze Chaucer, a szczególnie Opowieść Księdza z orszaku Przeoryszy recytowany w hipotetycznej wymowie z XIV w. Zrobię, co w mojej mocy, i mam nadzieję, że będzie to wystarczająco zrozumiałe, by przebiło się choć trochę sensu. Osobiście uważam, że najlepsza jest zmodyfikowana wymowa współczesna (przywracająca rymy, lecz poza tym unikająca archaizmów) - taka, jaką wiele lat temu słyszałem w Pańskim wykonaniu Opowieści Mnicha.

Z poważaniem

J.R.R. Tolkien

33. Do C.A. Furtha z wydawnictwa Allen & Unwin

Northmoor Road 20, Oksford

31 lipca 1938

Szanowny Panie Furth!

Nie tyle jestem pod presją, ile w opresji (lub depresji). Nastąpiły dalsze kłopoty, o których nie będę się rozpisywał szczegółowo, a pod ciężarem których się złamałem (lub pochyliłem). Od spotkania z Panem źle się czuję - właściwie znalazłem się na skraju załamania i doktor nakazał mi odpoczynek. Przez parę tygodni nic nie robiłem - w gruncie rzeczy nie byłem w stanie nic robić. Teraz jednak zaczynam się czuć o wiele lepiej. Wyjeżdżam (jutro) na dwutygodniowe wakacje; nie planowałem ich ani mnie na nie nie stać, chociaż wymaga tego zdrowie moje i mojego najmłodszego syna [...].

Nie zapomniałem całkowicie o Rudym Dżilu: został przepisany na maszynie. Dostarczam go teraz pod Pańską rozwagę w dość zmienionej formie i tonie. Rozbawił on (to chyba właściwe słowo) wiele osób - ale tak ma być! Widzę, że nie jest na tyle długi, by być samodzielnym dziełem - przynajmniej nie jako przedsięwzięcie handlowe (jeśli w ogóle mógłby się stać czymś takim). Prawdopodobnie trzeba by więcej podobnych opowiadań. Zaplanowałem ciąg dalszy1 (chociaż nie jest on potrzebny), mam także niedokończoną pseudoceltycką, lekko satyryczną baśń, która na razie jest też zabawna, pod tytułem King of the Green Dozen2. Mógłbym ją dokończyć, jeśli Dżil wyda się Panu wart druku i jej towarzystwa.

Przez ostatnie kilka dni, po dobrodziejstwach bezczynności i świeżego powietrza oraz usankcjonowanego zaniedbywania obowiązków, znów rozpocząłem pisać ciąg dalszy Hobbita - Władcę Pierścienia. Opowieść nabrała rozmachu i wymyka się spod kontroli. Dotarła w okolice rozdziału VII i podąża ku dość nieprzewidzianym celom. Muszę powiedzieć, że, moim zdaniem, miejscami jest pod niektórymi względami o wiele lepsza od poprzedniej; nie znaczy to jednak, że uważam ją za bardziej odpowiednią czy lepiej dostosowaną do jej audytorium. Po pierwsze jest, jak moje dzieci (które mają bezpośrednie prawa do kolejnych odcinków), nieco "doroślejsza". Mogę jedynie powiedzieć, że p. Lewis (mój niezłomny poplecznik z "Timesa" i "T.L.S.") twierdzi, że jest bardziej niż zadowolony. Jeśli przez następne dwa tygodnie będzie mokro, być może zajdziemy jeszcze dalej. Nie jest to jednak opowieść do poduszki [...].

Z poważaniem

J.R.R. Tolkien

34. Do Stanleya Unwina

Northmoor Road 20, Oksford

13 października 1938

Szanowny Panie Unwin!

[...] Przez miesiąc (w czasie, który moi lekarze zalecili wykorzystać na jakieś rozrywki!) bardzo ciężko pracowałem nad dalszym ciągiem Hobbita. Dotarłem do rozdziału XI (chociaż jest on w dość nieczytelnym stanie); jestem nim teraz całkowicie pochłonięty i mam w ręku wszystkie wątki - i muszę go odłożyć na bok, nie wiem na jak długo. Nawet na ferie świąteczne padnie cień nowozelandzkich prac egzaminacyjnych, ponieważ w środku sesji zmarł mój przyjaciel Gordon1 i musiałem skończyć czytanie prac. Wciąż jednak mam nadzieję, że może uda mi się dostarczyć tekst na początku przyszłego roku.

Kiedy we wcześniejszym liście do p. Furtha powiedziałem, że ciąg dalszy "wymyka się spod kontroli", nie uważałem tego za komplement. Chciałem powiedzieć, że idzie swym własnym torem, zapomina o "dzieciach" i robi się bardziej przerażający od Hobbita. Może się okazać zupełnie nieodpowiedni. Jest bardziej "dorosły" - ale moje dzieci, które krytykują go na bieżąco, też są już doroślejsze. Mam jednak nadzieję, że sam Pan to kiedyś oceni! Mrok obecnych czasów miał na niego pewien wpływ. Chociaż nie jest to "alegoria". (Dostałem już jeden list z Ameryki z prośbą o autorytatywne wyjaśnienie alegoryczności Hobbita).

Z poważaniem

J.R.R. Tolkien

35. Do C.A. Furtha z wydawnictwa Allen & Unwin

Northmoor Road 20, Oksford

2 lutego 1939

Szanowny Panie Furth!

Pod koniec zeszłego trymestru nowa opowieść - Władca Pierścieni - dotarła do rozdziału XII (i była kilka razy przepisywana), osiągając ponad 300 stron maszynopisu wielkości tej kartki i zapisanego równie gęsto. Zakończenie opowieści, która się rozwinęła, będzie wymagało przynajmniej 200 stron. Czy mógłby Pan choćby w przybliżeniu określić najpóźniejszy termin, w którym powinien Pan otrzymać ukończony maszynopis? Pracuję gnębiony wszelakimi trudnościami, łącznie ze złym zdrowiem. Nie tknąłem pisania od początku grudnia. Wśród wielu innych prac i kłopotów, które spadły na mnie po nagłej śmierci mojego przyjaciela, profesora Erica Gordona, musiałem uporządkować nowozelandzkie egzaminy, co zajęło mi prawie całe ostatnie ferie. Potem złapałem grypę, z której dopiero wyszedłem. Czekają mnie jednak inne poważne zadania. Jestem u szczytu edukacyjnej presji finansowej, jako że mój drugi syn marzy o uniwersytecie, a najmłodszy chce iść do szkoły (po roku spędzonym pod opieką kardiologów), muszę więc prowadzić egzaminy, wygłaszać wykłady i tak dalej. Może powinien Pan pomyśleć o Panu Błysku. I co z Rudym Dżilem? Otrzymał Pan maszynopis rozszerzonej wersji we wrześniu lub październiku.

Myślę, że Władca Pierścieni jest sam w sobie o wiele lepszy od Hobbita, ale może nie okazać się odpowiednim dalszym ciągiem. Jest bardziej dorosły - ale i audytorium, dla którego był napisany Hobbit, także dorosło. Winni są młodzi i starzy czytelnicy, którzy domagali się "więcej o Czarnoksiężniku", ponieważ C. to nie dziecinna zabawa[19]. Mój najstarszy syn jest pełen entuzjazmu, ale wielką ulgę przyniosłaby mi świadomość, że zadowolony jest mój wydawca. Jeśli jest Pan zadowolony z części, która już została napisana, to nie powinno być obaw o całość. Zastanawiam się, czy nie byłoby rozsądnie przepisać na maszynie to, co już mam, i pokazać Panu? Na pewno kiedyś, bez względu na Pańskie zdanie, napiszę tę opowieść, ale gdyby nie okazała się ona tym, co widziałby Pan jako dalszy ciąg Hobbita, to nie byłoby tak rozpaczliwego pośpiechu. Pisanie Władcy Pierścieni jest mozolne, ponieważ robię to najlepiej, jak potrafię i zastanawiam się nad każdym słowem. Akcja też ma (jak sobie naiwnie wyobrażam) pewne znaczenie. W wolnych chwilach łatwiej i szybciej byłoby spisać już ułożone intrygi lżejszych historyjek z Małego Królestwa, które miałyby towarzyszyć Rudemu Dżilowi. Wolałbym jednak skończyć tę długą opowieść i nie pozwolić jej ostygnąć.

Proszę mi dać znać, co Pan o tym sądzi. Być może będę miał wolną część ferii wielkanocnych. Nie całe - będę musiał ocenić kilka prac

oraz przygotować się do ewentualnej "ogólnokrajowej potrzeby" (co zajmie mi tydzień)1. W marcu lub kwietniu muszę pojechać do Szkocji. Istnieje możliwość, że mógłbym skończyć w czerwcu. Maszynopis byłby wtedy ostateczny (żadnego przerzucania się korektami). Nie będę jednak miał ani czasu, ani energii na ilustracje. Nigdy nie potrafiłem rysować, a wydaje się, że ewentualne oznaki talentu zupełnie mnie opuściły. Mógłbym jedynie sporządzić mapę (bardzo konieczną).

Z poważaniem

J.R.R. Tolkien

36. Do C.A. Furtha z wydawnictwa Allen & Unwin

[8 lutego Furth wysłał czek z honorarium za Hobbita i powiedział Tolkienowi, że połowa czerwca jest najpóźniejszym terminem dostarczenia nowej opowieści, jeśli Allen & Unwin ma ją wydać przed Bożym Narodzeniem.]

Northmoor Road 20, Oksford

10 lutego 1939

Szanowny Panie Furth!

Bardzo dziękuję za Pański list - oraz załączony czek: to mile widziane pokrzepienie. Grypa nie dokonała u mnie wielkich spustoszeń, chociaż złapała mnie wyczerpanego egzaminami; co prawda stan mojego gardła chyba się pogarsza i nie czuję się najlepiej [...].

Przepiszę na maszynie to, co mam, i wyślę Panu; poza tym (jeśli spotka się z przychylną oceną i nie będzie wymagało dużego przepisywania) chyba zrobię specjalny wysiłek kosztem innych obowiązków, żeby skończyć przed 15 czerwca [...].

Czy Rudy Dżil w rozszerzonej wersji spotkał się z przychylną oceną? (Otrzymałem bez przeszkód swój maszynopis). Czy jest coś wart? Czy warto zastanawiać się nad kolejnymi dwoma opowiadaniami lub jakimikolwiek opowiadaniami z Małego Królestwa? Na przykład zakończeniem w tej samej formie przygód księcia Jerzego (syna gospodarza) i pulchnego chłopca Suovetauriliusa (w pospolitym języku Suet) oraz historii Bitwy pod Otmoor. Zastanawiam się, czy ta miejscowa gra rodzinna, w którą gra się w tutejszej okolicy, jest taka głupia.

Z poważaniem

J.R.R. Tolkien

37. Do Stanleya Unwina

[Wydawnictwo Allen & Unwin wydawało przekład Beowulfa Clarka Halla, poprawiony przez C.L. Wrenna. Tolkien zgodził się napisać wstęp i w drugiej połowie 1939 r. wydawnictwo kilka razy pytało go o postępy w pracy. Tolkien odpowiedział dopiero w grudniu, kiedy napisał do niego sam Stanley Unwin z pytaniem, co się dzieje.]

Northmoor Road 20, Oksford

19 grudnia 1939

Szanowny Panie Unwin!

Pański uprzejmy list, który otrzymałem dziś rano, bardzo podniósł mnie na duchu, choć wylał mi na głowę kubeł zimnej wody. Mimo kłopotów właściwie nie mam wystarczającego usprawiedliwienia na to, że nawet nie napisałem listu ani nie odpowiadałem na pytania. Po wypadku, jaki miałem tuż przed wybuchem wojny1, długo czułem się bardzo źle, co w połączeniu z niepokojem i kłopotami będącymi udziałem nas wszystkich, brakiem wakacji i faktycznym kierowaniem wydziałem na tym zdezorientowanym uniwersytecie sprawiło, że niewybaczalnie się zaniedbałem. Nie bardzo wiedziałem, jak sobie poradzić z następnym ciosem, jakim była choroba żony grożąca kryzysem przez całe lato i jesień.

Wydaje się, że najgorsze już minęło. Żona wróciła do mnie, osłabiona, lecz najwyraźniej w końcu dochodzi do zdrowia, a zagrożenie rakiem, którego początkowo się obawiano, najwyraźniej znikło. Ja sam wciąż nie zostałem powołany do wojska i teraz prawdopodobnie tak już zostanie, jako że jest tu (na razie) o wiele za dużo pracy, a ja straciłem i głównego pomocnika, i jego zastępcę.

Spróbuję obudzić zmęczony umysł i napisać odpowiedni wstęp do tłumaczenia Beowulfa - natychmiast [...].

Chciałbym teraz przejść do Hobbita i pokrewnych spraw. Właściwie nigdy nie zaprzestałem pracy nad jego kontynuacją. Osiągnęła już rozdział XVI. Obawiam się, że zbytnio się rozrasta. Wcale nie jestem pewien, czy zadowoli to samo audytorium (poza tymi czytelnikami, którzy też dorośli). Czy byłaby jakaś szansa wydania książki, gdyby udało mi się skończyć ją do wiosny? Jeśli chciałby Pan wypróbować na kimś czytanie jej w odcinkach, chętnie będę wysyłał kolejne rozdziały. Mam jednak tylko jeden czysty egzemplarz. Ponieważ intryga i plan przybrały solidniejszy kształt, musiałem się cofnąć i przerobić początkowe rozdziały, jako że nic nie jest jeszcze wystarczająco dopracowane, by przepisać to na maszynie.

Przypuszczam, że teraz niemieckie wydanie Hobbita zapewne się już nie pojawi? Było to wielkim rozczarowaniem dla mnie i mojego syna. Założyliśmy się, jak będzie wyglądało pierwsze zdanie. Mój syn jest teraz we Włoszech2, dokąd zabrał Hobbita, i czasami przysyła prośby o następne porcje dalszego ciągu, który poznaje na bieżąco i chwali. Nie mam jednak czasu, a jeśli mam, to bardzo mało, nawet jeśli kradnę go innym, ważniejszym zajęciom.

Chciałbym, by tymczasem wydał Pan biednego Rudego Dżila. Wreszcie go skończyłem, choć jest bardzo cienki. Bawi jednak tych samych ludzi, chociaż p. Furthowi wydawało się, że opowiadanie nie ma wyraźnie określonego odbiorcy. Gnije w szufladzie od czasu, kiedy podczas mojej marcowej wizyty w Cambridge bawiło dzieci H.S. Bennetta3. Trzeba przyznać, że są to inteligentne dzieci [...].

Z poważaniem

J.R.R. Tolkien

38. Do Stanleya Unwina

[Tolkien wciąż nie dostarczył wstępu do przekładu Beowulfa Clarka Halla i 27 marca wydawnictwo Allen & Unwin napisało rozpaczliwy list z pytaniem, co się dzieje ze wstępem; informowało też, że wystarczy "kilka słów". Tekst wysłany przez Tolkiena z poniższym listem został, mimo swej objętości, zamieszczony bez skrótów w wydanej książce.]

Northmoor Road 20, Oksford

30 marca 1940

Szanowny Panie Unwin!

W obliczu mojego nieznośnego i grubiańskiego zachowania przeprosiny na nic się nie zdadzą. Dawno temu uznałem więc - że jedyną możliwą odpowiedzią na Pańskie kolejne pytanie z 5 marca jest egzemplarz tekstu. Wplątałem się w większe kłopoty, niż musiałem - mimo licznych katastrof, które mnie spotkały[20] - ponieważ głupio zmarnowałem wiele pracy i czasu z powodu nieporozumienia, które mogło zostać wyjaśnione po staranniejszym przyjrzeniu się paginacji korekty.

Wiedziałem, że wystarczy "kilka słów" (chociaż nie twierdzę, iż jakiekolwiek słowa podpisane moim nazwiskiem miałyby jakąś szczególną wartość, gdyby nie mówiły czegoś wartego powiedzenia - co zajmuje miejsce). Uznałem jednak, że liczono na coś więcej. Nie potrafię odnaleźć odpowiedniego listu, a w każdym razie zdaję sobie teraz sprawę, że chodziło o wcześniejsze stadium, sprzed korekty. Mogę jedynie żałować, że nie zrobiłem czegoś wcześniej. Potrzebna jest bowiem dość pokaźna "przedmowa". Tak zwany wstęp nie istnieje, jako że to jedynie streszczenie2: nie ma tam żadnej wzmianki o problemach tłumacza czy krytyka. Początkowo odradzałem jakąkolwiek próbę uaktualnienia aparatu krytycznego starej książki - studenci mogą go znaleźć gdzie indziej. Nie spodziewałem się jednak skrócenia tekstu do 10 linijek, podczas gdy "streszczenie" (najmniej użyteczna część) zostało szczegółowo przepisane.

W takiej sytuacji długo i ciężko pracowałem nad zwięzłym (a jednak żywym) ujęciem tych uwag o tłumaczeniu, które mogłyby być zarówno przydatne studentom, jak i interesujące dla czytelnika nieposługującego się tekstem oryginalnym. Powstało jednak 17 stron mojego rękopisu (po jakieś 300 słów na stronie) - nie licząc dodatku dotyczącego metrum3, części najbardziej oryginalnej, mającej taką samą objętość!

Na takim etapie byłem na początku marca, zastanawiając się, co wyciąć, kiedy (wczoraj) dotarł do mnie Pański list z 27 marca. Wszystko to bardzo głupie. Paginacja wyraźnie wskazuje, że mój udział jest bardzo mały.

Teraz mogę jedynie przesłać to, co zrobiłem. Może zechce Pan rozważyć (po pokazaniu Wrennowi) włączenie tego do książki później, np. jeśli będzie potrzebne następne wydanie. (Po retuszu mogłaby to być przydatna broszura dla studentów. Opis metryczny, jako dość nowatorski i odnoszący się do związków stylu i metrum, mógłby się okazać atrakcyjny, jako że studenci zwykle nie mają o tym temacie pojęcia).

By zaspokoić natychmiastową potrzebę - proponuję (z żalem, z bólem serca i skruchą) fragmenty zaznaczone na czerwono (?1400 słów) lub na niebiesko (750-800?). Jeśli nie są zbyt długie.

Z poważaniem

J.R.R. Tolkien

39. Z listu do Michaela Tolkiena

[Pod koniec lata 1940 roku w domu Tolkiena zostały na krótko zakwaterowane dwie ewakuowane kobiety.]

29 września 1940

Nasze ewakuowane wyjechały dziś rano do domu, do Ashford (były z kolejarskiej rodziny). Rozegrały się sceny komiczno-żałosne. Nigdy jeszcze nie spotkałem tak prostych, bezradnych, łagodnych i nieszczęśliwych osób (matka i synowa). Po raz pierwszy znalazły się z dala od swoich mężów i stwierdziły, że wolałyby zostać wysadzone w powietrze.

40. Z listu do Michaela Tolkiena

[We wrześniu 1939 r. drugi syn Tolkiena, mający wówczas prawie dziewiętnaście lat, zgłosił się na ochotnika do wojska, lecz polecono mu spędzić rok na uniwersytecie i dopiero wtedy się zaciągnąć. Wstąpił do Kolegium Trinity w Oksfordzie i następnego lata opuścił je, by szkolić się jako artylerzysta przeciwlotniczy.]

6 października 1940

Jest mi bardzo przykro, kochany chłopcze, że Twoja kariera uniwersytecka została przecięta na dwoje. Byłoby lepiej, gdybyś był starszy i mógł ukończyć studia, zanim wezmą Cię do wojska. Wciąż jednak mam nadzieję, że będziesz mógł wrócić. I przede wszystkim, wiele się nauczysz! Chociaż w czasie pokoju być może (co naturalne i zgodne z tym celem) zbytnio się angażujemy w myślenie o wszystkim jako o przygotowaniu, szkoleniu czy też sposobieniu się - do czego? W każdej chwili liczy się to, kim jesteśmy i co robimy, a nie to, kim planujemy być i co planujemy robić. Nie mogę jednak udawać, że myśl ta dodała mi wiele otuchy w obliczu marnowania czasu i militaryzmu w wojsku. Nie chodzi tu o trudy walki. Zostałem w to wszystko rzucony właśnie wtedy, gdy miałem mnóstwo do napisania i do nauczenia się; nigdy już nie podjąłem wszystkich wątków.

41. Z listu do Michaela Tolkiena

2 stycznia 1941

Uporządkowałem zaległości w korespondencji i nareszcie udało mi się na nowo wyciągnąć moją opowieść; ale gdy tylko zacznę pisać na dobre, położy się przede mną cieniem trymestr i będę musiał myśleć o wykładach i komisjach.

42. Do Michaela Tolkiena

[Po wzięciu udziału w obronie lotnisk w bitwie o Anglię Michael odniósł obrażenia w wypadku pojazdu wojskowego podczas nocnych ćwiczeń i został wysłany do szpitala w Worcester. Jest to jeden z kilku listów, które wysłał mu tam ojciec.]

Northmoor Road 20, Oksford

12 stycznia 1941

Najdroższy Micku!

Wydaje się, że dawno już nie pisałem: byłem zajęty, a czasy są ponure. Dzień po dniu wieje paskudny wschodni wiatr, a jeśli chodzi o pogodę, to waha się między przeszywającym zimnem i szarym wilgotnym chłodem [...]. Ostatnio miałem nieco rozrywki: w zeszły wtorek, w śnieżny wieczór i ślizgawicę dr Hayard1 zabrał mnie i braci Lewisów2 do pubu w Appleton. W prezencie urodzinowym dostałem kiedyś od J.B. słoiczek tabaki. Wyciągnąłem go z kieszeni i odczytałem starą nalepkę: "Dostarczana Ich Królewskim Wysokościom królom Hanoweru i Belgii etc., księciu Cumberland i księżnej Kentu". "Czy ktoś zechce się poczęstować?" - zapytałem. Wyciągnęło się wiele szorstkich wieśniaczych dłoni. Potem nastąpiły eksplozje, od których spadały czapki! Lepiej nie mów J.B., co zrobiłem z (niewielką ilością) cennego proszku. Major Lewis - nieświadom tego, że Blackwell3 mieszka w Appleton i że miejscowi zamienili się w słuch - opowiedział zabawną historyjkę o tym, jak z Hugonem Dysonem4 odwiedzili jego księgarnię. Kiedy doszedł do miejsca, kiedy sprzedawca wrócił do Hugona i powiedział: "Przepraszam, sir, nie mamy żadnego używanego egzemplarza, ale mamy nowy (a H. odparł: "No to proszę wytrzeć nim podłogę, żeby był używany: mnie tam wszystko jedno"), odezwały się oklaski. Poza tą krótką przerwą życie jest dość nudne i nazbyt pełne komisji oraz spraw prawnych, które przez kilka nocy nie pozwalały mi iść wcześniej spać [...].

Ostrzeżenia przed nalotami są tu częste, ale (na razie) pozostają tylko ostrzeżeniami... Sądzę, że w tym roku wszystko "wybuchnie" wcześniej niż w zeszłym - jeśli pozwoli pogoda - i że w każdym zakątku wyspy będzie gorąco! Jest też zupełnie jasne, że nasz kochany stary przyjaciel ZSRR coś knuje5. To bardzo trudny wyścig z czasem [...]. Nie sądzę, żeby zwykli obywatele naprawdę wiedzieli, co się dzieje. Jednak proste rozumowanie wykazuje, że Hitler wkrótce musi zaatakować ten kraj bezpośrednio i bardzo mocno, i to przed nastaniem lata. Tymczasem "Daily Worker"6 jest bez przeszkód sprzedawany na ulicach. Po wojnie będzie się tu sporo działo, nawet jeśli wygramy z Niemcami.

Niech Bóg ma Cię w opiece, mój drogi synu. Stale się za Ciebie modlę. Pamiętaj o mnie. Czy chcesz czegoś? Mnóstwo miłości przesyła Ci

Ojciec

43. Z listu do Michaela Tolkiena

[Na temat małżeństwa i stosunków między płciami.]

6-8 marca 1941

Stosunki mężczyzny z kobietami mogą być czysto fizyczne (oczywiście w rzeczywistości to niemożliwe: mam jednak na myśli to, że mężczyzna może nie chcieć brać pod uwagę innych spraw, działając na wielką szkodę własnej oraz kobiecej duszy (i ciała)) albo "przyjacielskie", albo też on może być "kochankiem" (zbierając wszystkie swoje uczucia i siły umysłu oraz ciała w jedno złożone uczucie, potężnie zabarwione i napędzane "seksem"). To jest upadły świat. Zaburzenie instynktu płciowego jest jednym z głównych objawów upadku. Świat od wieków "schodzi na psy". Różne formy społeczne zmieniają się i każdy nowy sposób postępowania niesie inne zagrożenia, lecz "twardy duch lubieżności" chodzi po każdej ulicy i siedzi, łypiąc spod oka, w każdym domu od czasu upadku Adama. Zostawimy na boku "niemoralne" skutki. Nie pragniesz dać się w nie wciągnąć. Do odrzucenia nie masz powołania. A zatem "przyjaźń"? W tym upadłym świecie "przyjaźń", która powinna być możliwa między wszystkimi istotami ludzkimi, między mężczyzną i kobietą jest właściwie niemożliwa. Diabeł ma nieograniczoną pomysłowość, a seks jest jego ulubionym tematem. Równie zręcznie potrafi złapać człowieka poprzez szczodre motywy, romantyczne czy też czułe, jak przez podlejsze czy bardziej zwierzęce. Taką "przyjaźń" często usiłowano nawiązać: prawie zawsze zawodzi jedna lub druga strona. Może w późniejszym okresie życia, kiedy opada fala seksu, jest możliwa. Może się zdarzyć między świętymi. Zwykłym ludziom przytrafia się bardzo rzadko: dwa umysły naprawdę pokrewne sobie myślowo i duchowo mogą przypadkiem mieścić się w męskim i żeńskim ciele, a jednak pragnąć "przyjaźni" i osiągnąć ją zupełnie niezależnie od seksu. Nie można jednak na to liczyć. Partnerka lub partner zawiedzie go (lub ją) prawie na pewno, "zakochując się". Młody mężczyzna tak naprawdę jednak (z reguły) nie pragnie "przyjaźni", nawet jeśli mówi, że tak jest. Jest mnóstwo młodych mężczyzn (z reguły). On pragnie miłości: niewinnej, a jednak, być może, nieodpowiedzialnej. "Niestety! Że też miłość jest grzechem!" - jak powiada Chaucer. Zatem, jeśli jest chrześcijaninem i zdaje sobie sprawę, że istnieje coś takiego jak grzech, to chce wiedzieć, co ma na to poradzić.

W naszej zachodniej kulturze romantyczna rycerska tradycja jest wciąż silna, chociaż jako produkt chrześcijaństwa (lecz w żadnym razie nierównoznaczny z chrześcijańską etyką) przeżywa trudne czasy. Idealizuje ona "miłość" - i może to być dobre, ponieważ uwzględnia o wiele więcej niż fizyczną przyjemność i zachęca - jeśli nie do czystości, to przynajmniej do wierności, wyrzeczeń, "służby", uprzejmości, honoru i odwagi. Jej słabością jest oczywiście to, że zaczęła się jako sztuczna dworska zabawa, sposób na cieszenie się miłością dla niej samej, bez odwoływania się do małżeństwa (a faktycznie będąc z nim w sprzeczności). Jej ośrodkiem był nie Bóg, lecz wymyślone bóstwa: Miłość i Pani. Wciąż ma tendencję do robienia z Pani czegoś w rodzaju gwiazdy przewodniej lub bożyszcza (jak w dawnym powiedzeniu "jego bożyszcze" = kobieta, którą kocha), celu lub powodu szlachetnego postępowania. To oczywiście jest fałszywe, a w najlepszym wypadku - udawane. Kobieta także jest upadłą istotą ludzką z zagrożoną duszą. W połączeniu jednak i w harmonii z religią (jak to było dawniej, co owocowało pięknym oddaniem Matce Boskiej, i stanowiło w ten sposób boski sposób na uszlachetnienie naszych grubiańskich, męskich charakterów i emocji, a także na rozgrzanie i ubarwienie naszej twardej, gorzkiej religii) może to być bardzo szlachetne. Wtedy otrzymujemy to, co chyba wciąż jest uznawane, nawet przez osoby zachowujące choćby resztki wiary chrześcijańskiej, za najwyższy ideał miłości między mężczyzną i kobietą. Mimo wszystko wciąż uważam, że kryje ona w sobie niebezpieczeństwa. Nie jest całkowicie prawdziwa i nie jest idealnie "teocentryczna". Odciąga ona wzrok młodzieńców, a przynajmniej odciągała go w przeszłości, od kobiet takich, jakimi są, czyli współrozbitków w katastrofie morskiej, a nie gwiazd przewodnich. (Jednym z rezultatów obserwacji rzeczywistości jest to, że młodzieniec staje się cyniczny). Sprawia, że zapominają oni o swoich pragnieniach, potrzebach i pokusach. Wpaja przesadzone wyobrażenia o "prawdziwej miłości", będącej jak ogień z zewnątrz, nieustający zachwyt niezwiązany z wiekiem, rodzeniem dzieci i zwykłym życiem, a także z wolą i zamysłem. (Jednym z tego skutków jest to, że młodzi szukają "miłości", która zawsze będzie ich grzała w zimnym świecie bez żadnego wysiłku z ich strony, a nieuleczalni romantycy szukają jej nawet w brudzie sądów rozwodowych).

Kobiety mają w tym wszystkim niewielką rolę, choć mogą się posługiwać językiem romantycznej miłości, ponieważ jest ona tak bardzo związana z naszymi wyrażeniami. Impuls płciowy czyni kobiety (naturalnie wtedy, gdy są niezepsute i bardziej altruistyczne) bardzo współczującymi i rozumiejącymi lub szczególnie pragnącymi takimi być (albo takimi się wydawać) oraz gotowymi do dzielenia wszystkich zainteresowań - o ile są w stanie, od krawatów po religię - młodzieńca, który je pociąga. Niekoniecznie chcą oszukiwać; to czysty instynkt: instynkt służącej, towarzyszki życia, szczodrze rozgrzanej pożądaniem i młodą krwią. Dzięki temu impulsowi potrafią one w rzeczywistości często osiągnąć nadzwyczajną wnikliwość i zrozumienie, nawet spraw zwykle znajdujących się poza ich naturalnymi zainteresowaniami, ich darem jest bowiem przyjmować, być pobudzanymi, zapładnianymi (pod wieloma innymi względami oprócz fizycznego) przez mężczyznę. Wie o tym każdy nauczyciel. Jakże szybko inteligentna kobieta uczy się, chwyta jego pomysły, przyjmuje jego punkt widzenia - i jak (z rzadkimi wyjątkami) nie potrafi pójść dalej, gdy wychodzi spod jego opieki lub gdy przestaje interesować się jego osobą. Taka jest jednak naturalna droga kobiet do miłości. Zanim młoda kobieta spostrzeże się, na czym stoi (i gdy romantyczny młodzieniec, jeśli istnieje, wciąż wzdycha), może się ona "zakochać". Dla niej, niezepsutej, naturalnej młodej kobiety, oznacza to, że chce zostać matką dzieci tego młodzieńca, nawet jeśli to pragnienie w żaden sposób nie jest dla niej jasne czy wyraźne. Wtedy może się stać wiele rzeczy: jeśli sprawy potoczą się źle, mogą być one bardzo bolesne i szkodliwe. Szczególnie jeśli młodzieniec pragnął tylko tymczasowej gwiazdy przewodniej lub bożyszcza (dopóki nie podczepi się pod jaśniejsze) i jedynie cieszył się pochlebstwami współczucia przyjemnie doprawionego podnietami seksu - oczywiście wszystko to było całkowicie niewinne i jak najdalsze od "uwiedzenia".

Możesz spotkać w życiu (podobnie jak w literaturze[21]) kobiety płoche lub wręcz rozpustne - nie mówię o zalotności, sparingu przygotowującym do prawdziwej walki, lecz o kobietach zbyt głupich, by brać poważnie nawet miłość, lub tak zdeprawowanych, że cieszą je "podboje" lub nawet zadawanie bólu - lecz są to nieprawidłowości, chociaż mogą je pobudzać fałszywe nauki, złe wychowanie i pełna zepsucia moda. Choć współczesne warunki zmieniły sytuację kobiet i szczegóły tego, co uważa się za stosowność, nie zmieniły one naturalnego instynktu. Mężczyzna ma pracę, karierę (i przyjaciół), które mogą (i zwykle tak się dzieje, jeśli ma on charakter) przetrwać katastrofę "miłości". Młoda kobieta, nawet "ekonomicznie niezależna", jak teraz się mówi (zwykle oznacza to ekonomiczne podporządkowanie pracodawcy zamiast ojcu czy rodzinie), prawie od razu zaczyna myśleć o ślubnej wyprawie i marzyć o domu. Jeśli rzeczywiście się zakocha, katastrofa istotnie może się zakończyć na skałach. Tak czy inaczej, kobiety są ogólnie o wiele mniej romantyczne i bardziej praktyczne. Nie daj się zwieść faktowi, że są bardziej "sentymentalne" w słowach - swobodniej używają wyrazów takich jak "najdroższy" i tak dalej. One nie potrzebują gwiazdy przewodniej. Potrafią wyidealizować zwykłego młodego mężczyznę i zrobić z niego bohatera; naprawdę jednak nie potrzebują takich upiększeń, by zakochać się lub trwać w miłości. Jeśli mają jakieś złudzenia, to takie, że potrafią "reformować" mężczyzn. Z pełną świadomością wezmą kanalię i nawet jeśli zniknie złudzenie, że uda się im go poprawić, będą go dalej kochać. Oczywiście do związków seksualnych podchodzą bardziej realistycznie. Jeśli nie są zepsute złą współczesną modą, z zasady nie "świntuszą": nie dlatego, że są czystsze niż mężczyźni (a nie są), ale dlatego, że ich to nie bawi. Znałem takie, które to udawały, ale to były pozory. Może być to dla nich intrygujące, interesujące, zajmujące (nawet zbyt zajmujące): jest to jednak całkowicie naturalne, to poważny, oczywisty obiekt zainteresowania; gdzie tu żart?

Oczywiście wciąż muszą być ostrożniejsze w związkach seksualnych ze względu na środki antykoncepcyjne. Błędy są szkodliwe fizycznie i społecznie (oraz małżeńsko). Jednak niezepsute kobiety są instynktownie monogamiczne. Mężczyźni nie [...]. Nie ma co udawać. Mężczyźni po prostu takimi nie są, taką mają zwierzęcą naturę. Monogamia (choć od dawna jest fundamentalna dla naszych odziedziczonych pojęć) dla nas, mężczyzn, jest fragmentem "objawionej" etyki, zgodnej z wiarą, a nie ciałem. Każdy z nas mógłby zdrowo spłodzić w ciągu naszych ponad trzydziestu lat pełnej męskości kilkaset dzieci, i to czerpiąc z tego procesu przyjemność. Brigham Young (jak sądzę) był zdrowym i szczęśliwym mężczyzną. To upadły świat i między naszymi ciałami, umysłami i duszami nie ma harmonii.

Jednakże istotą upadłego świata jest to, że tego, co najlepsze, nie można osiągnąć dzięki swobodnemu zażywaniu przyjemności czy też przez tak zwaną samorealizację (jest to zwykle ładne określenie na pobłażanie samemu sobie, pobłażanie całkowicie wrogie samorealizacji innych), lecz przez wyrzeczenia, przez cierpienie. Wierność w chrześcijańskim małżeństwie pociąga za sobą wielkie umartwienie ciała. Dla chrześcijanina nie ma ucieczki. Małżeństwo może pomóc uświęcić i ukierunkować na właściwy obiekt jego pragnienia seksualne; jego łaska może mu pomóc w zmaganiach, lecz zmagania pozostają. Nie zadowoli go tak, jak regularnymi posiłkami może zostać zaspokojony głód. Spiętrzy tyle trudności przed czystością właściwą temu stanowi, ile da jej wytchnienia. Żaden mężczyzna, choćby najszczerzej kochał swoją narzeczoną i pannę młodą w młodości, nie jest jej wierny jako żonie myślą lub ciałem bez świadomego udziału woli, bez samozaparcia. Zbyt nielicznym się o tym mówi - nawet tym, którzy zostali wychowani "w Kościele". Ci spoza niego, zdaje się, rzadko o tym słyszą. Kiedy znika pozłota albo tylko lekko się ściera, myślą, że popełnili błąd i że wciąż muszą szukać prawdziwie bratniej duszy. Prawdziwa bratnia dusza nazbyt często okazuje się pierwszą pociągającą seksualnie osobą, jaka się nadarzy. Kimś, kogo mogliby poślubić z wielkim dla siebie pożytkiem, gdyby tylko... Stąd rozwód, żeby dostarczyć owego "gdyby tylko". I oczywiście z zasady mają rację: rzeczywiście popełnili błąd. Jedynie bardzo mądry mężczyzna pod koniec swego życia mógłby trafnie osądzić, którą spośród wszystkich możliwych kandydatek powinien był poślubić ku swemu największemu pożytkowi! Prawie wszystkie małżeństwa, nawet te szczęśliwe, są błędami: w tym sensie, że prawie na pewno (w doskonalszym świecie lub przy nieco większej ostrożności na tym, bardzo niedoskonałym) oboje partnerzy mogliby sobie znaleźć odpowiedniejszego towarzysza. Lecz "prawdziwa bratnia dusza" to ta, za którą się wyszło. My prawie nie dokonujemy wyboru: robi to życie i okoliczności (chociaż jeśli istnieje Bóg, muszą to być jego instrumenty lub pozory). Jest powszechnie wiadome, że szczęśliwe małżeństwa to takie, gdzie "wybór" młodej osoby był jeszcze bardziej ograniczony przez władzę rodzicielską czy rodzinną, o ile istnieje społeczna etyka zwykłej nieromantycznej odpowiedzialności i wierności małżeńskiej. Lecz nawet w krajach, gdzie romantyczna tradycja na tyle wpłynęła na układy społeczne, że ludzie uwierzyli, iż wybór partnera jest wyłącznie troską młodych, jedynie w niezwykle rzadkich szczęśliwych przypadkach łączą się ze sobą mężczyzna i kobieta, którzy naprawdę są sobie jakby przeznaczeni i zdolni do wielkiej, wspaniałej miłości. Ta możliwość wciąż nas oszałamia, chwyta za gardło: powstało na ten temat mnóstwo wierszy i opowieści, prawdopodobnie więcej niż istniało takich miłości w prawdziwym życiu (a jednak najwspanialsze z tych opowieści nie mówią o szczęśliwym małżeństwie wielkich kochanków, lecz o ich tragicznym rozdzieleniu; jakby nawet w tej sferze to, co prawdziwie wielkie i wspaniałe w tym upadłym świecie, było bardziej osiągalne poprzez zawód i cierpienie). W takiej wielkiej, nieuniknionej miłości, często miłości od pierwszego wejrzenia, doznajemy chyba wizji małżeństwa, jakim powinno ono być w nieupadłym świecie. W tym upadłym świecie naszymi jedynymi przewodnikami są rozwaga, mądrość (rzadka w młodości, zbyt późna w starości), czyste serce i wierność woli [...].

Moja własna historia jest tak wyjątkowa, tak niesłuszna i nierozważna prawie pod każdym względem, że trudno mi doradzać rozwagę. Jednak trudne przypadki tworzą złe prawo, a wyjątkowe przypadki nie zawsze są dobrymi przewodnikami dla innych. Na ile może się to przydać, podam Ci nieco faktów z mojej biografii - w tej sytuacji dotyczących głównie zagadnień wieku i finansów.

Zakochałem się w twojej matce, mając około 18 lat. Dość szczerze, jak to zostało wykazane - chociaż oczywiście wady charakteru i usposobienia często sprawiały, że spadałem poniżej ideału, od którego zaczynałem. Twoja matka była starsza ode mnie i nie była katoliczką. Było to zupełnie niefortunne z punktu widzenia mojego opiekuna1. W pewnym sensie rzeczywiście było to bardzo niefortunne i bardzo dla mnie niedobre. Takie rzeczy są ogromnie absorbujące i wyczerpują nerwowo. Byłem niezwykle bystrym chłopcem, znajdowałem się w ferworze pracy zmierzającej do uzyskania (bardzo potrzebnego) stypendium w Oksfordzie. Te połączone napięcia niemal spowodowały poważne załamanie. Zawaliłem egzaminy i chociaż (jak po wielu latach powiedział mi dyrektor mojej szkoły) powinienem zdobyć dobre stypendium, z trudem otrzymałem 60 funtów w Exeterze, co wraz ze stypendium tej samej wysokości z okazji ukończenia szkoły wystarczyło mi na przeżycie (z pomocą mojego drogiego starego opiekuna). Oczywiście, były i dobre strony, nie tak łatwo dostrzegalne dla opiekuna. Byłem bystry, ale nie pilny czy wpatrzony w jeden cel; w znacznej mierze nie powiodło mi się dlatego, że nie pracowałem (przynajmniej nad filologią klasyczną) nie z powodu zakochania, ale dlatego, że studiowałem co innego: gocki i różne inne rzeczy2. Otrzymawszy romantyczne wychowanie, traktowałem sprawy chłopięco-dziewczęce poważnie i uczyniłem z nich motor wysilonych starań. Będąc z usposobienia raczej fizycznym tchórzem, w ciągu dwóch sezonów z pogardzanego patałacha w drugiej drużynie stałem się członkiem drużyny reprezentacyjnej. I inne takie rzeczy. Pojawiły się jednak kłopoty: musiałem wybierać między nieposłuszeństwem i zasmuceniem (lub oszukaniem) opiekuna, który był mi ojcem bardziej niż większość prawdziwych ojców, lecz bez żadnych zobowiązań, a odłożeniem romansu do czasu skończenia 21 lat. Nie żałuję mojej decyzji, chociaż moja ukochana znosiła to bardzo ciężko. Nie było w tym mojej winy. Była całkowicie wolna i niezwiązana ze mną słowem i nie powinienem się skarżyć (chyba żebym stosował nierzeczywisty romantyczny kodeks), gdyby wyszła za kogoś innego. Przez prawie trzy lata nie widziałem się z moją ukochaną ani do niej nie pisałem. Było to nadzwyczaj trudne, bolesne i gorzkie, szczególnie z początku. Rezultaty nie były zbyt dobre: wróciłem do szaleństw i lenistwa i zmarnowałem sporą część pierwszego roku w kolegium. Nie sądzę jednak, żeby cokolwiek innego uzasadniło małżeństwo na podstawie chłopięcej miłości, a prawdopodobnie nic innego nie umocniłoby woli na tyle, by nadać takiemu romansowi (choćby i najprawdziwszemu przypadkowi szczerej miłości) trwałość. W noc moich 21 urodzin - 3 stycznia 1913 r. - napisałem do Twojej matki, 8 stycznia wróciłem do niej, zaręczyłem się i poinformowałem zaskoczoną rodzinę. Zakasałem rękawy i przyłożyłem się do pracy (za późno, by uratować od klęski Hon. Mods3) - a w następnym roku wybuchła wojna, kiedy jeszcze miałem przed sobą rok w kolegium. W tamtych czasach mężczyźni zaciągali się do wojska, bo inaczej otaczała ich powszechna pogarda. Była to paskudna sytuacja, szczególnie dla młodego człowieka o zbyt dużej wyobraźni i małej odwadze fizycznej. Żadnego stopnia naukowego - żadnych pieniędzy - narzeczona. Wytrzymałem potwarze i coraz wyraźniejsze aluzje krewnych, zostałem i w 1915 złożyłem pierwszy z egzaminów końcowych. Prysnąłem do armii w lipcu 1915. Sytuacja stała się nie do zniesienia i 22 marca 1916 roku ożeniłem się. W maju przepłynąłem kanał (wciąż mam wiersz, który napisałem z tej okazji!4) i udałem się na rzeź nad Sommą.

Pomyśl o swojej matce! A jednak teraz ani przez chwilę nie mam uczucia, że robiła więcej, niż można ją było prosić - co wcale nie umniejsza jej zasług. Byłem młodzieńcem o skromnym stopniu naukowym, lubiącym pisać wiersze, z kilkoma mizernymi funtami rocznego dochodu (20-405) i bez żadnych perspektyw: podporucznik z płacą 7 szylingów 6 pensów dziennie w piechocie, gdzie szanse przeżycia (jako młodszego oficera) były bardzo małe. Wyszła za mnie w roku 1916, a John urodził się w 1917 (poczęty i donoszony podczas roku głodu i wielkiej kampanii U-Bootów), mniej więcej w czasie bitwy pod Cambrai, kiedy koniec wojny wydawał się tak odległy jak teraz. Sprzedałem, co mogłem, z resztki moich nielicznych południowoafrykańskich akcji, "mojej ojcowizny", a pieniądze wydałem na prywatną klinikę.

Z mroku mojego życia, tak bardzo zawiłego, stawiam przed Tobą jedną wielką rzecz, którą trzeba kochać na ziemi: Najświętszy Sakrament [...]. Tam znajdziesz romantyzm, chwałę, honor, wierność, prawdziwą ścieżkę wszystkich swoich miłości na świecie i coś więcej: śmierć; dzięki boskiemu paradoksowi tę, która kończy życie i żąda oddania wszystkiego, a jednak dzięki smakowi (lub przedsmakowi) której można utrzymać to, czego poszukujesz w ziemskich związkach (miłość, wierność, radość) lub nadać im ten charakter rzeczywistości, wiecznej trwałości, której każdy człowiek pragnie z głębi duszy.

44. Z listu do Michaela Tolkiena

[Przodkowie Tolkiena ze strony matki, Suffieldowie, pochodzili z West Midlands i mieli szczególne związki z Worcestershire.]

18 marca 1941

Chociaż jestem Tolkienem z nazwiska, to z gustu, zdolności i wychowania jestem Suffieldem i jak żadna inna część świata, każdy zakątek tej krainy [Worcestershire] (piękny czy nędzny) jest dla mnie w jakiś nieokreślony sposób rodzinnym domem. Twoja babka, której tyle zawdzięczasz - była bowiem utalentowaną damą wielkiej urody i dowcipu, bardzo dotkniętą przez Boga smutkiem i cierpieniem, która zmarła w młodości (w wieku 34 lat) na chorobę przyśpieszoną prześladowaniem jej wiary1 - zmarła w domku listonosza w Rednal2 i została pochowana w Bromsgrove.

45. Do Michaela Tolkiena

[Michael był wtedy kadetem w Królewskim Kolegium Wojskowym w Sandhurst.]

Northmoor Road 20, Oksford

9 czerwca 1941

Mój najdroższy Michaelu!

Bardzo mnie ucieszył Twój list. Chciałem napisać dziś wcześniej, ale Mama zabrała Twój list do Birmingham, zanim miałem czas na coś więcej niż tylko rzucenie na niego okiem. Obawiam się, że okazuję się złym korespondentem; naprawdę jednak mam dość pisania. Wykłady skończyły się w czwartek i miałem nadzieję na chwilkę czasu (a) na odpoczynek i (b) zrobienie trochę porządku w ogrodzie przez rozpoczęciem "Schools"1 w czwartek (Corpus Christi). Nieustający deszcz nie pozwolił mi na pracę na dworze, a mnóstwo dodatkowych spraw udaremniło jakikolwiek odpoczynek. Współczuję urzędnikom państwowym! Ostatnio spędziłem większość czasu na szkicowaniu zasad i regulaminów2 tylko po to, by natychmiast po ich wydrukowaniu znaleźć w nich luki wszelkiego rodzaju i by spotkać się z wyklinaniem i krytyką tych, którzy nie przyłożyli ręki do tej pracy i nie chcą spróbować zrozumieć jej celów! [...]

Każdemu człowiekowi wystarczy jedna wojna. Mam nadzieję, że zostanie Ci zaoszczędzona druga. Gorycz młodości albo wieku średniego wystarcza na całe życie: obie - to za dużo. Kiedyś już przecierpiałem to, przez co teraz przechodzisz, choć w dość odmienny sposób: byłem bowiem bardzo niezaradny i niewojskowy (a jesteśmy podobni do siebie jedynie w głębokim współczuciu dla prostego żołnierza, szczególnie z rolniczych hrabstw). Nie wierzyłem wtedy, że "starzy" cierpią wiele. Teraz wiem. Mówię Ci, czuję się jak kulawy kanarek w klatce. Ciągnąć starą przedwojenną pracę - to wprost trucizna. Gdybym tylko mógł zrobić coś konkretnego! Ale jest, jak jest: jako "permanentny rezerwista" mam ręce zbyt pełne roboty, by zostać przyjętym choćby do Obrony Terytorialnej. I nie mogę nawet wyjść wieczorem, żeby pogawędzić z przyjaciółmi.

Jesteś jednak krwią z mojej krwi i nosisz moje nazwisko. To jest coś - być ojcem dobrego młodego żołnierza. Czy teraz rozumiesz, dlaczego tak mi na Tobie zależy i dlaczego wszystko, co robisz, dotyczy mnie tak blisko? Miejmy jednak obaj nadzieję i ufność. Związek między ojcem i synem nie jest jedynie związkiem przemijającego ciała: musi mieć w sobie coś z aeternitas. Jest takie miejsce, zwane "niebiosami", gdzie można dokończyć rozpoczęte tu dobro, gdzie spełniają się nienapisane opowieści i niespełnione nadzieje. Może jeszcze będziemy się razem śmiać...

Widziałeś sprawozdanie Maxwella ("kontrolera tytoniu"3) o tym, co robią hurtownicy! Powinno się ich wsadzić do paki [...]. Komercjalizm jest w głębi serca świnią. Sądzę jednak, że główną angielską wadą jest gnuśność. I właśnie gnuśności, w takim samym lub w większym stopniu niż naturalnym zaletom, zawdzięczamy nasze wyzwolenie od otwartej przemocy innych krajów. W gwałtownym współczesnym świecie gnuśność zaiste zaczyna sprawiać wrażenie cnoty. Widzieć jednak jej tyle wokół, kiedy zmagamy się z furor teutonicus, jest dość przerażające.

Ludzie w tym kraju chyba jeszcze nie zdają sobie sprawy, że mamy w Niemcach wrogów, których zalety (a są to zalety), posłuszeństwo i patriotyzm, są większe od naszych. Których odważni mężczyźni są prawie tak samo odważni jak nasi. Których przemysł jest jakieś 10 razy potężniejszy. I których - co sprawiło Boże przekleństwo - prowadzi teraz szaleniec, wir powietrzny, diabeł, tajfun, pasja; przy nim biedny stary kajzer wygląda jak staruszka robiąca na drutach.

Większość życia, od czasu gdy byłem w Twoim wieku, spędziłem na studiowaniu zagadnień germańskich (w ogólnym sensie, obejmujących sprawy angielskie i skandynawskie). W germańskim ideale tkwi o wiele więcej siły (i prawdy), niż wyobrażają sobie nieświadomi ludzie. Bardzo mnie on pociągał jako studenta (kiedy Hitler pewnie bawił się farbami i nic o nim nie słyszał), w reakcji na "klasykę". Aby wykryć prawdziwe zło, trzeba zrozumieć tkwiące w sprawach dobro. Nikt jednak nie chce, żebym "był na antenie" lub napisał postscriptum! Mimo wszystko sądzę, że lepiej niż inni wiem, co jest prawdą w tych "nordyckich" bzdurach. W każdym razie żywię w związku z tą wojną osobistą gorącą urazę - co prawdopodobnie uczyniłoby ze mnie lepszego żołnierza w wieku 49 lat, niż byłem nim w wieku 22 lat - do tego diabelnego małego ignoranta Adolfa Hitlera (bo dziwną rzeczą w demonicznej inspiracji jest to, że w żaden sposób nie zwiększa ona czysto intelektualnego kalibru człowieka: głównie wpływa na samą wolę). Niszczy, wypacza, sprowadza na manowce i skazuje na wieczne potępienie owego szlachetnego północnego ducha, stanowiącego najwyższy wkład do dziedzictwa Europy, ducha, którego zawsze kochałem i próbowałem przedstawić w jego prawdziwym blasku. Przypadkiem nigdzie nie był on szlachetniejszy niż w Anglii i nigdzie nie został wcześniej uświęcony i schrystianizowany [...].

Módl się za mnie. Bardzo tego potrzebuję. Kocham Cię.

Twój rodzony Ojciec

46. Z brudnopisu listu do R.W. Chapmana

[George S. Gordon, który zmarł na początku 1942 r., kierował wydziałem Tolkiena na Uniwersytecie w Leeds na początku lat dwudziestych. Następnie został profesorem literatury angielskiej w Oksfordzie i zwierzchnikiem Kolegium Magdalen. Ten brudnopis wydaje się napisany w odpowiedzi na prośbę Chapmana, sekretarza delegatów wydawnictwa Oxford University Press, o wspomnienia o Gordonie, które miały być włączone do nekrologu; w czasie kiedy był pisany list, było wiadomo, że Gordon jest śmiertelnie chory.]

26 listopada 1941

Nie pamiętam dat. Może Pan je zna? Zapisałem kilka wrażeń, z których Pańskie umiejętności pozwolą Panu wybrać kilka odpowiednich notek lub zwrotów. Wiążę Leeds z Gordonem, chociaż w gruncie rzeczy z sześciu spędzonych tam lat (1920-1925 i jeden rok jako pracownik dwóch uniwersytetów1) większość czasu przebywałem w towarzystwie Abercrombiego2.

Pamiętam, że (przed ostatnią wojną) odejście Gordona z Oksfordu3 wprawiło studentów tamtejszej anglistyki w niejakie przerażenie, lecz jako uparty młody filolog nie uznałem tego wydarzenia za coś ważnego. Poznałem Gordona podczas rozmowy kwalifikacyjnej w Leeds (czerwiec 1920) na stanowisko wykładowcy na anglistyce ustanowione po utonięciu Moormana4. Sądzę, że stanowisko to (nowość w Leeds) oraz wysokie wynagrodzenie (jak na ówczesne warunki5) były zasługą Gordona oraz jego dalekowzrocznej polityki. Przypuszczam, że miałem jedynie zastąpić Sisama6 (był tak uprzejmy, że wskazał mi tę szansę). Uprzejmość i wsparcie Gordona zaczęły się podczas naszego pierwszego spotkania. Wyciągnął mnie z nieumeblowanej poczekalni i zaprosił do swojego domu. Pamiętam, że w tramwaju rozmawialiśmy o Raleighu7. Jako (nadal) uparty młody filolog, nie miałem zbyt dobrego zdania o Raleighu - wcale nie był dobrym wykładowcą, ale jakiś dobry duch natchnął mnie, żebym powiedział, że ma w sobie coś "olimpijskiego". Zostało to dobrze przyjęte, chociaż miałem na myśli tylko to, że wdzięcznie tkwi na swoich wyżynach, unosząc się ponad moją krytyką.

Miałem niezwykłe szczęście. I jeśli mówię o sobie, zamiast bezpośrednio i bezosobowo o Gordonie, to dlatego, że moje podstawowe uczucia i pierwsze myśli o nim zawsze pełne są osobistej wdzięczności i dotyczą raczej przyjaciela niż osobistości akademickiej. Nie zawsze na uniwersytecie profesor zaprząta sobie głowę domowymi kłopotami nowego dwudziestoletniego asystenta, lecz G. tak robił. Sam wynalazł mi mieszkanie i podzielił się ze mną swoim prywatnym gabinetem na uniwersytecie. Nie sądzę, że moje doświadczenie było szczególne. Był mistrzem dla wszystkich. Każdy, kto pracował pod jego kierunkiem, widział (a przynajmniej podejrzewał), że zaniedbuje pewne aspekty własnej pracy; szczególnie przekonując się, że nieprzemyślane "badania" i ponure pisanie prac dyplomowych przez poważnych, lecz niedouczonych łowców stopni magisterskich, których było zbyt wielu, przyprawia go o nadmierne zmęczenie, od którego czasami uciekał. A mimo to stworzył nie jakiś nędzny wydzialik, lecz zespół. Zespół ożywiany nie tylko duchem wydziałowej solidarności, zdecydowany umieścić anglistykę na czele wydziałów humanistycznych, lecz płonący też misjonarskim zapałem [...].

Jego osobistym wkładem była doktryna niefrasobliwości: niebezpieczna może w Oksfordzie, konieczna w Yorkshire. Nikt urodzony w Yorkshire nigdy nie naraził się na ryzyko traktowania zajęć na ostatnim roku z obojętnością (nawet jeśli nie miało to długotrwałego wpływu na jego późniejszą pensję nauczyciela); poeta może i mógł "siedzieć na trójce i się śmiać", ale student z Yorkshire nie. Można go było natomiast zachęcić, i tak też się działo, do odrobiny zabawy, do wyjrzenia poza program, do potraktowania studiów jako czegoś rozleglejszego i zabawniejszego niż temat egzaminu. Gordon narzucił taki ton, a nawet dał mu wyraz w druku w broszurce, którą przygotował dla swoich studentów. Było bardzo niewiele fałszywej powagi, a i to rzadko i tylko wśród studentów.

Jeśli chodzi o mnie: fundament został już solidnie ułożony, a linie rozwoju wyznaczone. Będąc jednak stale pod jego dyskretną kontrolą, miałem wolną rękę. Rozwój frakcji średniowiecznej i językowej spotykał się z jego wszechstronną zachętą; między tymi prawie równymi działami wywiązała się przyjacielska rywalizacja. Każdy miał swoje własne seminaria, a czasami odbywały się połączone spotkania. Była to najszczęśliwsza i najbardziej zrównoważona "szkoła", jaką widziałem. Myślę, że można ją nazwać "szkołą". Gordon zastał anglistykę w Leeds jako przedmiot wydziałowy (mam wrażenie, że nie można było otrzymać stopnia naukowego tylko w jego zakresie), a zostawił ją jako szkołę studiów (w zalążku). Kiedy tam przybył, jako prywatny gabinet dzielił komórkę z glazurowanych cegieł, wyposażoną głównie w rury z gorącą wodą, z profesorem romanistyki. Asystenci może mieli gdzieś kołek na kapelusz. Kiedy opuszczał uniwersytet, mieliśmy "Dom Anglistyki", gdzie każdy pracownik cieszył się oddzielnym gabinetem (nie mówiąc już o łazience!), a studenci mieli wspólną salę: dzięki takiemu ośrodkowi rosnąca grupa studentów stała się zwartym zespołem i korzystała z niektórych dobrodziejstw (lub ich dalekich ech), kojarzonych raczej z uniwersytetem niż miejskim kolegium. Budowanie na takim fundamencie nie byłoby trudne. Wyobrażam sobie jednak, że po jego odejściu wszystko toczyło się samo i nie wpadło w ręce osoby takiego samego kalibru. W każdym razie liczba studentów zmalała i zmieniły się finanse. Oraz przełożeni. Sądzę, że sir Michael Sadler był bardzo pomocny, ale odszedł z uniwersytetu mniej więcej w tym samym czasie.

47. Do Stanleya Unwina

[4 grudnia Unwin napisał, że londyńska księgarnia Foyle'a ma wydać Hobbita w swoim Klubie Książek dla Dzieci i że to umożliwia wydawnictwu Allen & Uniwn dodruk. Było to tym bardziej potrzebne, że wcześniejszy zapas spłonął podczas nalotu na Londyn.]

Northmoor Road 20, Oksford

7 grudnia 1942

Szanowny Panie Unwin!

Dziękuję za Pański list z dwiema iskierkami nadziei. Rzeczywiście od pewnego czasu zamierzałem zapytać, czy w obecnej sytuacji próba dokończenia dalszego ciągu Hobbita ma jakikolwiek sens poza prywatną i rodzinną rozrywką? Pracuję nad nim z przerwami od 1938 roku, w wolnych chwilach, na jakie pozwala mi powiększona w trójnasób praca biurowa, w czwórnasób domowa oraz Obrona Cywilna1. Książka zbliża się do końca. Mam nadzieję, że będę miał nieco wolnego czasu podczas ferii i myślę, że mogę liczyć na ukończenie pisania na początku przyszłego roku. Mimo wszystko mam jednak obawy. Powinienem Pana ostrzec, że jest bardzo długa, miejscami bardziej niepokojąca niż Hobbit i w gruncie rzeczy wcale nie jest "młodzieżowa". Osiągnęła trzydziesty pierwszy rozdział2 i na dokończenie jej trzeba będzie jeszcze przynajmniej sześciu (mam je już naszkicowane); rozdziały z zasady są dłuższe niż w Hobbicie. Czy w obecnych warunkach można rozważać taki "epos"? Czy chciałby Pan zaczekać, aż zostanie naprawdę zakończony, czy może zechciałby Pan teraz obejrzeć znaczną jego część? Istnieje w maszynopisie (sporządzonym przez rozmaite niedoświadczone ręce) doprowadzony mniej więcej do rozdziału XXIII. Chyba nie rozczaruje się Pan jego jakością. Spotkał się z aprobatą pierwszych słuchaczy Hobbita (moich synów i p. C.S. Lewisa), którzy czytali go lub słuchali wiele razy. Jest to jednak kwestia papieru, objętości i rynku! Będą potrzebne dwie mapy.

Spłonięcie Hobbita było ciosem. Wyrzucam sobie, że nie wyraziłem Panu (jak zamierzałem) mojego współczucia w związku z ciężkimi stratami, jakie zapewne Pan poniósł, a które mnie dotknęły zaledwie w niewielkim stopniu. Czy da się coś odzyskać? [...]

Czy wziąłby Pan też pod uwagę tom zawierający trzy lub cztery krótsze "baśnie" i parę wierszy? Rudy Dżil, którego kiedyś Panu przesłałem, podobał się wielu dzieciom i dorosłym. Jeśli jest zbyt krótki, mógłbym dodać do niego kilka podobnych opowieści i dołączyć parę wierszy na podobne tematy, łącznie z Tomem Bombadilem...

Z poważaniem

J.R.R. Tolkien

48. Do C.S. Lewisa

[Lewis zachował bardzo mało listów, a z tych, które wysłał do niego Tolkien, ocalały tylko dwa. (Jeśli chodzi o ten drugi, patrz list nr 113.) "B.Z." to skrót od "Bezużyteczny Znachor", przezwiska nadanego przez Inklingów R.E. Havardowi, lekarzowi Tolkiena i Lewisa. "Ridley" to M.R. Ridley z Kolegium Balliol, który wraz z Tolkienem i Lewisem uczył kadetów na uniwersyteckich "krótkich kursach" w czasie wojny. Lewis podróżował też po Anglii z wykładami o religii chrześcijańskiej dla jednostek RAF-u.]

[Northmoor Road 20, Oksford]

20 kwietnia 1943

Mój drogi Jacku!

Z b. dużą przykrością dowiedziałem się o Twojej chorobie - i nie ma przy Tobie B.Z., który wyraziłby przypuszczenie, że to już może ostatnia! Musisz być b. niepocieszony. Zaczynam myśleć, że nasze środowe spotkania są obowiązkiem: jest tyle przeszkód i diabelskich zakusów, żeby do nich nie dopuścić.

Mam nadzieję na dobre wieści o Tobie w niedługim czasie. Nie martw się jednak. Ridley był tak zdumiony ignorancją wszystkich 22 kadetów, ujawnioną podczas jego pierwszych zajęć, że rzucił się na okazję dodatkowej godziny, szczeg[ólnie] że inaczej w następnym tygodniu w ogóle nie byłoby zajęć z "Posługiwania się a[ngielskim"]. Możesz (jeśli zechcesz) wepchnąć "Artura"1 w jakimś innym terminie, kiedy całkowicie odzyskasz siły. Indywidualne seminaria nie mają znaczenia.

Obawiam się, że usiłujesz robić za dużo. Bo nawet, jeśli tylko złapałeś grypę, to prawdop[odobnie] dlatego, że jesteś zmęczony i stałeś się łatwą ofiarą. Jako zaledwie "dyrektor" mam wielką nadzieję namówić Cię na odpuszczenie sobie podróży (jeśli to możliwe) i zajęcie się kadetami. Trochę mnie to niepokoi. Wydaje mi się, że mój samotny karabin maszynowy nie trafia do celu i potrzeba przynajmniej jeszcze jednego - na którym można by polegać - oprócz cennego Ridleya.

Jadłem dzisiaj obiad w Eskadrze Powietrznej i na krótko zachłysnąłem się chyba zbyt dobrze Ci już znaną atmosferą.

Szczerze oddany

T.2

PS. Pierwszym pytaniem Ridleya na teście była grupa słów do zdefiniowania - "stosowny", "wielebny", "przekupny", "chóralny", "świecki" i kilka innych. Żaden kadet nie dał ani jednej prawidłowej odpowiedzi.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

[3] Polski przekład opracowanego przez Tolkiena poematu Sir Gawain and the Green Knight ukazał się pod tym tytułem w tłumaczeniu Andrzeja Wichra w tomie Pan Gawen i Zielony Rycerz. Perła. Król Orfeo, Amber, Warszawa 1997 (przyp. tłum.).

[4] Unentbehrlich (niem.) - konieczny, niezbędny (przyp. tłum.).

[5] J.R.R. Tolkien, Pan Błysk, tłum. Paulina Braiter, Prószyński i S-ka, Warszawa 2008 (przyp. tłum.).

[6] Czy obecność "zagadek" w Alicji jest paralelą do echa północnych mitów w Hobbicie?

[7] dwarf (ang.) - karzeł, krasnoludek; liczbę mnogą tworzy regularnie przez dodanie końcówki s (przyp. tłum.).

[8] Teeth (ang.) - zęby, utworzona nieregularnie liczba mnoga od tooth - ząb (przyp. tłum.).

[9] Co nie znaczy, że egzaminowanie jest specjalnie dochodowe. Nawet mała sprzedaż przyniosłaby więcej. Zarobione w ten sposób 100 funtów wymaga prawie tyle samo pracy, co pełnowymiarowa powieść.

[10] man (ang.) - człowiek, mężczyzna (przyp. tłum.).

[11] fellow (ang.) - towarzysz, kolega; jegomość (przyp. tłum.).

[12] more men (ang.) - więcej ludzi, mężczyzn (przyp. tłum.).

[13] more of us (ang.) - więcej nas (przyp. tłum.).

[14] boys (ang.) - chłopcy (przyp. tłum.).

[15] oaves (ang.) - tępaki, durnie (przyp. tłum.).

[16] Niezupełnie. Jeśli to możliwe, chciałbym dowiedzieć się czegoś więcej o tym zbiorze baśni z ok. roku 1904.

[17] Obelga ta w polskich przekładach Hobbita jest tłumaczona jako "małe paskudz- two" (M. Skibniewska), "paskudny mały szczur" (P. Braiter), "wszawy zając" (A. Polkowski) (przyp. tłum.).

[18] Elves (ang.) - liczba mnoga rzeczownika elf, który odmienia się nieregularnie (przyp. tłum.).

[19] W nowej opowieści jest jednak o wielu więcej hobbitów i o wiele więcej o hobbitach. Znów pojawia się Gollum, a Gandalf wysuwa się na pierwszy plan: występują też "krasnoludowie" i choć nie ma smoka (na razie), będzie Olbrzym; pojawią się też nowe i (bardzo niepokojące) Upiory Pierścienia. Powinny tam znaleźć się rzeczy, które dla ludzi gustujących w poprzedniej mieszance będą miały podobny posmak.

[20] Być może złagodzi Pański sprawiedliwy gniew, gdy powiem, że od mojego grudniowego listu zdrowie mojej żony znacznie podupadło. Większość ostatniego trymestru spędziłem na poddaszu w hotelu, ponieważ musiałem opuścić dom z powodu awarii1. Sam byłem chory i ledwie dawałem sobie radę z pracą na uniwersytecie, która wzrosła dla mnie w trójnasób.

[21] Literatura była (aż do czasów współczesnej powieści) dziedziną głównie męską i wiele mówi się w niej o "pięknych i fałszywych". To w gruncie rzeczy oszczerstwo. Kobiety są ludźmi, a więc mogą być perfidne. Lecz w ramach rodziny ludzkiej zestawione z mężczyznami nie są z zasady czy z natury perfidniejsze od nich. Wręcz przeciwnie. Tylko że kobiety mogą się załamać, jeśli poprosi się je, by "czekały" na mężczyznę zbyt długo, kiedy młodość (tak cenna i konieczna dla przyszłej matki) szybko przemija. Właściwie nie powinno się ich prosić, by czekały.