ROZDZIAŁ 3
Marcelina schowała komórkę do kieszeni, kątem oka łowiąc spojrzenie Huberta Ksyka, który siedział w sąsiednim rzędzie ławek. Zerknęła na niego i mrugnęła porozumiewawczo. Nie odmrugnął, nie uśmiechnął się. Co za sztywniak! Pewnie chce jej okazać swoje święte oburzenie faktem, że na matematyce ośmieliła się pomyśleć o czymś innym niż równania z trzema niewiadomymi.
Kiedy Patrycja napisała w wiadomości: Czaderska ta nowa fryzura, ale kolczyków trochę żal. Idziesz do Gośki na imprezę?, Marcelina odwróciła się i zrobiła do siedzącej w ostatniej ławce koleżanki minę, która miała wyrażać: "Jeszcze nie wiem". Nie odpisała, bo nie była pewna, czy ma ochotę na powtórkę z rozrywki. Po ostatnim wyjściu wylądowała pijana na wycieraczce sąsiadki z parteru, w kurtce pokrytej wymiocinami i z okropnym uczuciem, że robi z siebie szmatę.
- Marcelina? - powiedziała nauczycielka zachęcająco.
Dziewczyna spojrzała na nią nic nierozumiejącym wzrokiem. Po chwili skierowała spojrzenie na tablicę. Widniał tam układ równań, który zapewne należało rozwiązać. Marcelina wstała i ruszyła po kredę.
- A ty dokąd się wybierasz? - zapytała matematyczka.
Klasa gruchnęła śmiechem. No tak, widocznie nie chodziło o rozwiązanie, pewnie pytała o coś zupełnie innego.
- Przepraszam, zamyśliłam się - bąknęła dziewczyna, czerwona jak burak.
- Gdybyś jeszcze zamyślała się na inny temat niż kolor paznokci albo nowe dżinsy, byłoby świetnie - skwitowała zgryźliwie nauczycielka. - Ale skoro już tu jesteś, proszę, rozwiąż to równanie.
Oczywiście Marcelina nie umiała. To znaczy właściwie umiała, radziła sobie z takimi zadaniami w domu - ale teraz, pod obstrzałem kpiących spojrzeń i złośliwych uśmieszków, nie była w stanie myśleć.
- Kto pomoże? - Padło kolejne pytanie. - Hubert? Chodź do tablicy.
Biorąc kredę z palców Marceliny, spojrzał jej głęboko w oczy. Była ciekawa, czy dostrzegł tam cały bezmiar upokorzenia, które w tej chwili odczuwała.
Dlaczego niektórzy nauczyciele są tacy wredni, pomyślała, kiedy już usiadła i zaczęła przepisywać z tablicy obliczenia, wciąż z czerwonymi ze wstydu policzkami. Dlaczego nie umieją rozmawiać z nami tak, żebyśmy nie czuli się poniżeni? Jak na przykład pani Lena. Poszłam do niej cała zarzygana i przyznałam się, że omal nie dałam się przelecieć w parku obcemu chłopakowi - a ona potrafiła mnie wysłuchać i nie moralizować; zamiast tego pokierowała rozmową jakoś tak, że sama powiedziałam sobie: nigdy więcej.
Nigdy więcej - odpisała Patrycji, kiedy tylko Hubert wrócił na miejsce, a nauczycielka odwróciła się do tablicy, by zapisać kolejne działanie. Marcelina była ciekawa, czy chłopak znów spojrzy na nią z wyrzutem, ale unikał jej wzroku.
Kiedy wychodzili na przerwę, poczuła na ramieniu dotknięcie czyjejś dłoni. Odwróciła się, przekonana, że to Patrycja.
- Potrzebujesz pomocy? Wytłumaczyć ci te równania? - zapytał cicho Hubert.
- Skądże! - prychnęła. - Przecież ja to rozumiem. Tylko akurat się zamyśliłam i kompletnie nie wiedziałam, o co jej chodzi. - Ściszyła głos, oglądając się, czy nauczycielka nie wyszła za nimi. - Czego właściwie ta baba ode mnie chciała?
- Pytała, czy potrzebujemy jeszcze jednej lekcji powtórkowej na równania, czy już przechodzimy do ciągów.
- A dlaczego akurat mnie? - sapnęła ze złością Marcelina. - Co to ja jestem, jakiś półgłówek?
- Zagadnęła o to kilka osób - wyjaśnił Hubert.
Pod pracownią chemiczną czekały na nią Patrycja i Aurelia, więc chłopak ulotnił się czym prędzej; podszedł do grupy kolegów stojących przy wejściu do sali gimnastycznej.
- O czym z nim gadałaś? - zapytała Aurelia z irytującą wyższością w głosie.
Marcelina zapomniała, że miała się do niej nie odzywać.
- Akurat z Hubertem jest o czym pogadać - odparła lekko. - Czego nie da się powiedzieć o niektórych twoich kumplach.
- Kogo masz na myśli? - obruszyła się koleżanka. - A, już rozumiem. Żal dupę ściska, że idę na studniówkę z Kamilem, tak? Mogłaś go sama zaprosić.
Patrycja roześmiała się sztucznie. Zapewne też jest zazdrosna, pomyślała Marcelina, a głośno powiedziała:
- Oczywiście, że mogłam. Różnica polega na tym, że nie chciałam, bo wolę iść z kimś, kto oprócz mięśni ma też mózg.
- O kim mówisz? - Spojrzenie koleżanek powędrowało za wzrokiem Marceliny w stronę Huberta Ksyka. - Żartujesz! - parsknęła Aurelia. - Mózg, owszem. Ale mięśnie? Gdzie ty widzisz mięśnie? Przecież to jest patyczak!
Cóż, nie można jej było odmówić racji... Hubert rzeczywiście był okropnie chudy. Albo może wydawał się taki z powodu swojego wzrostu? Był chyba najwyższy w całej szkole. Ale jest też najinteligentniejszy, powiedziała sobie w duchu Marcelina. Przynajmniej nie umrę z nudów.
- A wracając do imprezy u Gośki - odezwała się Patrycja, którą najwyraźniej irytował temat studniówki (może dlatego, że sama nie miała jeszcze partnera). - Dlaczego napisałaś, że nigdy więcej?
- Bo nie bawi mnie już upijanie się po kątach i obserwowanie, jak ktoś kogoś obmacuje. Wiecie co? Chyba wyrosłam z takich gówniarskich rozrywek.
- Teraz wolisz matmę? - rzuciła ironicznie Aurelia. - Zamiast podrywać porządne ciacho, wolisz obliczać trzy niewiadome z Ksykiem?
Marcelina spojrzała na nią z namysłem. Po raz pierwszy usłyszała, jak to naprawdę brzmi: "podrywać ciacho". Żenada.
- Z Ksykiem albo bez Ksyka - odparowała. - Ale tak, wolę rozwiązywać zadania z matmy, niż "podrywać ciacha".
- Zmieniłaś się. - Aurelia zmrużyła oczy.
- Dopiero teraz to zauważyłaś?
- Nie mam na myśli fryzury czy ciuchów.
Obie, Patrycja i Aurelia, patrzyły na nią uważnie: pierwsza z ciekawością, druga zaś z jakimś dziwnym wyrzutem.
- Ty też się zmieniłaś - odparła Marcelina. - Kiedy zakochałam się w Kamilu, robiłaś wszystko, żeby mi pomóc. Doradzałaś, jak mogłabym go poznać, w jaki sposób mam zagadać. A teraz wbijasz mi szpilę, zapraszasz go na studniówkę i jeszcze się dziwisz, że mam do ciebie żal? Tak, żebyś wiedziała, że mam żal! Jestem na ciebie wkurwiona i chyba nieprędko mi przejdzie.
- Ale nie musisz prowadzać się z chudymi szachistami, żeby... - Ripostę Aurelii przerwał dzwonek na lekcję. - Żeby zrobić mi na złość.
- Pochlebiasz sobie - zdążyła jeszcze odpowiedzieć Marcelina. - Wbrew temu, co ci się wydaje, nie poświęcam ci każdej mojej myśli. Powiem więcej: tak naprawdę mam cię w dupie.
Kiedy weszła do pracowni chemicznej i zajęła miejsce obok Karoliny, klasowej grubaski, z którą jakiś czas temu posadziła ją nauczycielka, pomyślała, że w rzeczywistości nigdy nie znała swoich przyjaciółek. Wymieniały się zdjęciami i lajkami na Facebooku, pisały do siebie bzdurne wiadomości, chichotały i plotkowały, rozmawiały o nowych ciuchach i makijażu - ale w gruncie rzeczy nie mówiły sobie niczego ważnego.
Więc czy to wielka strata, że właśnie wszystko zepsuła? Że na przerwie nie będzie miała do kogo ust otworzyć, bo Aurelia z pewnością obrazi się na śmierć i życie, a Patrycja, jako ta niemająca własnego zdania, na wszelki wypadek także przestanie się do Marceliny odzywać?
Nie, to niewielka strata, odpowiedziała sobie w duchu. Właściwie żadna. Za to sporą stratą byłoby, gdyby tamten chłopak przeleciał mnie wtedy w parku. I wielką stratą byłoby, gdybym teraz po raz kolejny miała wrócić z imprezy zarzygana i pijana, a w konsekwencji zepsuć to, co w cudowny sposób ponaprawiało się w domu.
Sąsiadka z ławki spojrzała na nią niepewnie i chrząknęła cichutko.
- O co chodzi? - zapytała szeptem Marcelina.
- Dlaczego nie robisz zadań?
- Jakich?
- Drugie i trzecie ze strony siedemdziesiątej, na ocenę. Zamiast kartkówki.
Chemiczka często stosowała taką formę sprawdzania umiejętności. Marcelina rozejrzała się w popłochu po klasie. Prawie wszyscy pochylili już głowy nad kartkami, niektórzy nerwowo przeglądali zeszyty.
- Można korzystać z notatek? - upewniła się.
Karolina pokiwała głową.
Marcelina zdążyła jeszcze uchwycić pełne troski spojrzenie Huberta. Niech lepiej pilnuje własnego nosa, pomyślała z irytacją, a potem szybko zabrała się do pracy. Na ten dzień wykorzystała już limit wpadek i upokorzeń.