Listy do Rodziców - Małgorzata Osiak

Kup ebooka

20.00 zł

-
Proszę czekać
Piątek, 24 Sierpnia 2001 00:26

No i musieliśmy wrócić...

Jakoś nie mogliśmy się wybrać na te wakacje. Ciągle martwiliśmy się o domek, bo jeszcze nigdy nie było tak, żeby zostawał pusty... Przed wyjazdem Maciek zadzwonił do rodziców i usłyszał od mamy: Dziecko, uważajcie na pieniądze, bo brzydko mi się śniło... Zestresowani wyruszyliśmy... Zanim wsiedliśmy do autobusu, który miał nas zawieźć nad morze, dostałam okres...
Mieliśmy jechać do Circeo, ale w ostatniej chwili wybraliśmy Terracinę.
Dwudziestominutowy spacerek wzdłuż plaży w poszukiwaniu campingu przerwaliśmy na moment w miejscowym barze. Na piechotę??? Aaach! Niemożliwe - żona właściciela, otyła staruszka o mało nie zemdlała - tak daleko! Dziadek był konkretniejszy - Jeszcze dziesięć minut i będzie pierwszy camping, ale mogliście iść w przeciwnym kierunku, tam są ogromne... Nie zmieniliśmy zwrotu, poszliśmy dalej. Znaleźliśmy cudownie ocieniony camping, gdzie spało nam się znakomicie. Ciszy nocnej nie zakłócił ani jeden komar. Z powodu za cienkiej karimaty, w plecy, pupska i kości biodrowe wpijało nam się trochę podłoże (mimo iż piaszczyste, jednak chyba za bardzo sprasowane), ale co tam, nie szkodzi.
Rano wyruszyliśmy do miasta po środki przeciwdziałające promieniom UV... Najwidoczniej za późno... Do dzisiaj mam dziwne, nierównomierne, swędząco-piekące, czerwone plamy na dekolcie, udach i brzuszku... Potem było morze, plaża, spacery, gwiazdy, rybacy z fosforyzującymi spławikami, ech... :)
W środę rano postanowiliśmy, że razem wchodzimy do morza, żeby było nam radośnie i miło... Jednak przepowiednia pt. "dziecko, pamiętaj..." nie dawała nam spokoju... Najpierw chcieliśmy zakopać forsę pod namiotem... Ale naprzeciwko usadowiła się jakaś wczasowiczka... Wtedy wymyśliłam, żeby wcisnąć banknoty do częściowo nadprutego śpiwora, co też uczyniłam... Następnie Maciek zaczął oglądać swój portfel i stwierdził, że jest już obleśny i trzeba by go wywalić, więc wyjął z niego dowód (zwany po włosku carta d'identita), codice fiscale, kartę do videoteki i inne papierki, dokumenty oraz banknoty i włożył je do mojego futerału, który zawsze noszę na szyi...
Przygotowaliśmy się do wyjścia na plażę, wstępując po drodze do campingowego sklepiku... I wtedy stwierdziłam, że stało się coś niesamowitego... Dostałam jakby chwilowego krwotoku... Byłam cała zakrwawiona, mimo iż dziesięć minut wcześniej wyszłam spod prysznica dokładnie zakorkowana nowiuteńkim o.b. 3 kropelkowym... Musiałam całą operację powtórzyć od początku i w drodze powrotnej wstąpiłam do namiotu, gdzie stwierdziłam, że nie nadaję się do morskich kąpieli, więc będę wspaniałym strażnikiem naszych pieniędzy, które wydobyłam ze śpiworowych czeluści i włożyłam do dyndającej mi na szyi saszetki...
Zapłaciliśmy za nocleg do soboty i pojechaliśmy do Terraciny. Na dworcu postanowiliśmy sprawdzić, jak często w soboty jeżdżą autobusy powrotne do Rzymu. Plan był beznadziejnie nielogiczny i nieczytelny... Maciek dostał jakiejś korby i gdy mówiłam mu, żeby popilnował plecaka, bo idę zrobić siusiu, nie słyszał mnie najprawdopodobniej, bo kiedy wyszłam z kibelka, dalej studiował rozkład, z którego nie dało się nic odczytać... Kilka metrów dalej stwierdził, że też chce mu się siusiu... Tam była ubikacja? - pytał z niedowierzaniem, ale wracać nie chciał. Dalej była księgarnia, gdzie zabawiliśmy chwilkę... Ja dłużej... Muszę zrobić siku - męczył Maciek - idę tu obok, do baru - powiedział. Poczekaj, już idę z tobą - próbowałam go zatrzymać, ale widocznie bardzo mu się chciało, bo zabrał mi wiszący futeralik i poszedł... Pooglądałam jeszcze kilka książek i poszłam po niego. Maćka nie było... Ciągle zabarykadowany był w barowym kibelku, do którego dobijała się jakaś obrzydliwa, stara, wielka opalona baba. Ale ohydna - pomyślałam... Maciek wyszedł i poszliśmy dalej. Na placu był kiermasz z książkami, ale już nie mogliśmy nic kupić.
Wróciliśmy pędem do baru, z relacji właściciela wynikało, że do ubikacji wchodziła tylko ta kobieta, która wyszła potem szybciutko w nieznanym kierunku. ... z moim portfelem, w którym "zabezpieczyłam" 700.000 ?. Nie został nam ani jeden lir.
Głodni, wściekli, zestresowani i nieszczęśliwi wróciliśmy na camping, gdzie właściciele oddali nam forsę za opłacony do soboty nocleg. Rano, ciągle nieszczęśliwi i wymęczeni stresem, wsiedliśmy do autobusu...
W Rzymie jest obleśnie, duszno, gorąco, lepko, nie ma morza i już nas pogryzły komary :(
P.S.
Dobrze, że paszport i permesso Maćka zostawiliśmy przezornie w campingowej recepcji...

Wstęp

Książka zawiera fragmenty wybranych listów internetowych, pisanych przeze mnie przez 12 lat z Rzymu, do moich rodziców mieszkających we Wrocławiu. Początkowa intensywność korespondencji przywodzi na myśl dzienniki, które wraz z pojawieniem się nielimitowanych rozmów telefonicznych i Skype'a, zmieniają się powoli w pamiętniki, telegramy, a potem w coś w rodzaju rzutnika do zdjęć...
"Verba volant scripta manent" mawiali starożytni i mieli całkowitą rację, bo okazuje się, że niezapisane fakty ulatują prawie bezpowrotnie. Raz opowiedziana przez telefon historia traci dla mnie na intensywności i nie mam już potrzeby jej zapisania, a szkoda, bo po przeczytaniu swoich listów, zdałam sobie sprawę, że nie zapisując, tracę przynajmniej 80% wspomnień, które spychane są z czasem w najgłębsze czeluście podświadomości, gdzie obrastają grubą warstwą niepamięci. I w tym momencie zwykłe listy nabierają naprawdę niezwykłego znaczenia, przywołując i ożywiając wspomnienia i zaświadczając o pokładach doświadczeń, które drzemią gdzieś w mej duszy, czekając jedynie na odpowiednią chwilę, aby się ujawnić. Zdaję sobie znakomicie sprawę, że zachwycanie się swoją twórczością trąci ekshibicjonizmem, ale ja właśnie dokonałam ostatniej korekty i jestem zachwycona! Może dlatego, że teleportowałam się w czasie, na nowo przeżywając intensywne momenty swojego życia, a może dlatego, że dawno nie czytałam tak mięsistych opisów, dzięki którym teleportacja stała się możliwa...
A może to świadomość powrotu do SIEBIE... Chyba jak większość młodych czułam się zawsze jakby nieśmiertelną częścią natury, którą obserwowałam z zachwytem, chłonęłam, rozumiałam? A potem zaczął się proces zanikania, być może wygenerowany przez macierzyństwo? Mój mózg przeszedł jakąś konfigurację, zresetowała mi się też pamięć, czas sprzed narodzin córeczki zredukował się w moich wspomnieniach do najistotniejszych wydarzeń. Przestałam, odczuwać, odbierać, widzieć, świat zaczął zanikać, ja również. Może to po prostu starość? Lektura moich listów w tej przystępnie zredagowanej formie stała się dla mnie cudowną terapią energetyzującą.
Dziękuję Kochany Tatusiu!