Wczesnowrześniowe przedpołudnie, jakiś poniedziałek, ciepły, ale dość niewinny.
Postać na ekranie zatańczyła, pchnięta przyciskiem "rotate". Grzegorz Wrzaskowicz przyglądał się jej uważnie i przez moment zmieniał tła, by raz jeszcze ocenić kolorystykę. Potem uruchomił animację - postać na ekranie najpierw tupnęła, wprawiając grunt w drżenie, a potem pochyliła się naprzód i plunęła ogniem.
Grzesiek uśmiechnął się lekko i pokiwał głową sam do siebie.
Upił łyk chłodnej już yerby i odsunął nieco fotel od biurka. Zbliżała się trzynasta, zwiastowana bólem pleców i ssaniem w żołądku. Przed oczami stanął mu hot dog z Żabki, a w myślach usłyszał pytanie, zadane tym samym beznamiętnym głosem, co zawsze: "Z jakim sosem?".
"Duńskim - odpowiedział sam sobie. - Choć nie, za słony. Może... Dobra, dzisiaj pierdyknę sobie tysiąc wysp i musztardę".
Na obu jego ekranach pojawił się mrok wygaszacza ekranu, jakby technologia odcinała się od fizjologicznych potrzeb żerujących na niej ludzi. Grzesiek wstał i się przeciągnął, aż spod koszulki wyjrzał mu włochaty pępek, a potem rozejrzał się po sterczących znad monitorów głowach.
- Idę do Żabki - powiedział. - Komuś coś przynieść?
Odpowiedziały mu przeczące pomruki, ledwie słyszalne na tle szumu wiatraczków komputerowych i odległego, zapomnianego gwaru odciętego przez okna miasta, codziennego soundtracku jego pracy.
- Kup mi Emenemsy - wymamrotał siedzący obok Kamil, który wpatrywał się w ekran z gadzią intensywnością. Grzesiek nie znał nikogo, kto umiałby pozostawać tak długo w absolutnym bezruchu. Gdyby nie prawa dłoń, przesuwająca myszkę w serii mikrokonwulsji, można by pomyśleć, że padł ofiarą samomumifikacji.
- Nie oddałeś mi za ostatnie.
- Potem ci bliknę.
- Serio chcesz znowu te cholerne kulki?
- No.
- Facet, zęby sobie zepsujesz.
- To się nauczę je żuć.
"I po co ja w ogóle pytałem - pomyślał Grzesiek z obrzydzeniem, wsuwając telefon do kieszeni. - Znowu będzie chrupał przy biurku".
Nie stworzono jeszcze słuchawek zdolnych wytłumić ten dźwięk, który wnikał do jego ciała przez wibracje w podłodze. Kamil zaś z właściwą sobie flegmą wrzucał sobie kolejne cukierki do ust w pięciominutowych odstępach. Jedno opakowanie wystarczało mu więc na ponad godzinę chrupania.
Grzegorz pokręcił głową i raz jeszcze spojrzał na salę, której oddawał osiem godzin każdej doby.
Dostrzegł strużki jesiennego słońca, które wdzierały się do środka między listewkami żaluzji i wyłapywały pyłki kurzu. Rzadko się zdarzało, by świat zewnętrzny przenikał do środka, a może to on tego wcześniej nie dostrzegał? Tak czy owak, złapał się na tym, że wyczuwa w tym ubogim spektaklu jakiś sygnał. Jakiś przekaz.
Bo przecież nie ostrzeżenie?
Zaśmiał się w myślach. "Świat zewnętrzny właśnie wyciągnął po mnie łapska. Chce mnie wyszarpnąć gdzieś indziej".
Nie znosił tego. Nie znosił doszukiwania się podwójnego znaczenia we wszystkim, co go otaczało. Wyssał ten dar z mlekiem matki i jak dotąd przez dwadzieścia sześć lat nie zdołał się go pozbyć.
Pogrążony w gniewnych myślach, wyszedł na korytarz i niemalże wpadł na szefa, który najwyraźniej czekał przy drzwiach.
- Gdzie idziesz? - spytał.
- Do sklepu - odparł Grzesiek. - Choć zaraz, chyba zostawiłem portfel na biurku. Kupić ci coś?
- Co? - Szef potarł czoło, jakby zaskoczony pytaniem. Grzesiek ze zdziwieniem zarejestrował, że ton jego głosu jest nieco wyższy niż zwykle. Uśmiechał się, ale mało autentycznie, wręcz niezręcznie. - Nie, nie, coś ty... Wiesz co? A wszedłbyś do nas?
"Do nas?" - powtórzył w myślach Grzegorz, ale wtem przypomniał sobie, że podczas wizyty w kibelku widział, jak do firmy wkracza dwóch nieznanych mu wcześniej facetów w garniturach.
Serce zabiło mu nieco szybciej.
*
Szef opadł na fotel i odsunął się nieco w kąt, jakby nie chciał mieć z tą chwilą nic wspólnego, ale uwaga Grześka i tak skupiła się na dwóch przybyszach. Centralne miejsce przy biurku zajmował stosunkowo młody, lecz otoczony nimbem własnej ważności człowiek, którego elegancja odzierała go z człowieczeństwa i przyprawiała Grześka o mdłości. Wydawało mu się, że kiedyś był już mu przedstawiany, ale nie mógł sobie przypomnieć ani jego nazwiska, ani tym bardziej funkcji w biznesowej mitologii. Z chorobliwą fascynacją patrzył więc na starannie ogolone policzki, spinki przy mankietach i wypielęgnowane dłonie, a w głowie przeskakiwały mu kolejne, coraz to dziwniejsze pytania: "Po co ktokolwiek się tak stroi? By pokazać swoją wyższość? Zaakcentować przynależność do wyższych sfer? Ciekawe, co się dzieje, gdy taki gość idzie do kibla i przypadkowo obsika sobie nogawkę. Przebiera się czy zadręcza tym wspomnieniem przez resztę dnia? A może on już nie sika? Zatrudnia tajską pielęgniarkę, która odprowadza jego mocz w sposób typowy dla wyższych sfer, a nieznany...".
- Panie Grzegorzu - odezwał się przybysz z innego wymiaru. - Nazywam się Remigiusz Bajski i do niedawna byłem jednym z udziałowców firmy CrumbleBee, a od stycznia tego roku jestem jej właścicielem. Z pewnością wie pan to wszystko z newslettera wysyłanego przez HR.
- Tak, oczywiście - rzekł Grzegorz, który nie miał o tym pojęcia.
"Jakżeby inaczej - dodał w myślach. - Każdy z nich drukuję, uczę się na pamięć i ozdabiam rysunkami".
Bajski nagrodził go uśmiechem, w którym uczestniczyły jedynie mięśnie policzków, po czym wziął jakąś kartkę i rzucił na nią okiem.
- Panie Grzegorzu - podjął - od pańskiego przełożonego wiem, że jest pan utalentowanym, sumiennym pracownikiem. Pańskie relacje z kolegami są prawidłowe, zaangażowanie w projekty zadowalające, a poziom umiejętności imponujący.
Kątem oka Grzesiek dostrzegł, że szef chyba odsunął się dalej. Jednocześnie odkrył, że zaczynają mu drżeć dłonie. Zacisnął je na szwach spodni.
- Pański wkład w osiągnięcia firmy jest niezaprzeczalny i z pewnością bez pana nie dociągnęlibyśmy projektu do tego miejsca.
- Miejsca - powtórzył Grzesiek ochrypłym głosem.
- Tylko dzięki pańskiemu zaangażowaniu gra może osiągnąć pierwotnie założony poziom, a może nawet go przewyższyć.
- Przewyższyć - powtórzył Grzesiek.
- Mierzymy, jak pan wie, wysoko, a szansa na to, że firma w przyszłym roku wejdzie na giełdę, staje się coraz większa.
- Większa.
Bajski znów rozciągnął usta w uśmiechu. Grzegorz przyglądał mu się z fascynacją, przekonany, że na skutek tego wysiłku popruje mu się skóra na policzkach.
- Musimy się jednakże do tego odpowiednio przygotować - podjął towarzysz Bajskiego, człowiek nieco starszy i siwiejący, którzy również zamaskował ludzkie odczucia przesadną elegancją. Byli nieco do siebie podobni. - Oznacza to optymalizację pewnych działań, co wydatnie zwiększy tempo realizacji projektu. Praktycznie każda licząca się firma na rynku korzysta z nowych technologii w szerokim zakresie i nasz dział IT niedawno rozpoczął proces wdrażania sztucznej inteligencji w niektórych działach.
- Działach - bąknął Grzesiek.
Jeszcze nie docierało do niego to, co się właściwie działo, choć byli już bardzo blisko punktu kulminacyjnego. Świadczyło o tym choćby zachowanie szefa, który jedynie siłą woli powstrzymywał się od skulenia na fotelu.
- Widzę, że temat jest panu znany. - Remigiusz uśmiechnął się niemalże serdecznie. - Doskonale. Spodziewałem się pytań czy pretensji, ba, nawet sprowadziłem, jak pan widzi, pana Tomasza z obsługującej nas kancelarii na tę okoliczność, a tymczasem pańskie przygotowanie jest podziwu godne.
- Godne.
Bajski zmrużył oczy. Jego wystudiowana, przesłodzona cierpliwość nagle pękła.
- Czy istnieje jakiś powód, dla którego powtarza pan ostatnie słowo z każdej mojej wypowiedzi?
- Wypowiedzi.
- No dobrze. - Prawnik odkaszlnął. - Mniejsza o to. Wobec powyższych faktów chcieliśmy zaproponować panu rozwiązanie umowy o pracę ze skutkiem natychmiastowym. Oczywiście przysługuje panu pełna odprawa i otrzyma pan doskonałe referencje, choć przypomnę, że nadal obowiązuje pana umowa o zachowaniu poufności. Przygotowałem dodatkowy aneks, o, tutaj poproszę o podpis.
- Podpis - wybełkotał Grzegorz.
- O właśnie, tak, podpis.
Tego, co się działo po tym, jak już złożył podpis na kilkunastu dokumentach, których i tak nie miał czasu przeczytać, Grzesiek nie zapamiętał dobrze. Zarejestrował, że przez dłuższą chwilę chodził po piętrze, wszedł do toalety, choć bez wyraźnej przyczyny, wysłuchał błagalnej tyrady spotkanego na korytarzu szefa, skwapliwie powtarzając każde ostatnie słowo, znów zajrzał do kibla, posiedział na ulubionym sedesie i wyszedł, po czym skierował się prosto do gabinetu szefa. Po obu cyborgach w garniturach pozostał tylko zapach drogich perfum.
- Czyli zostałem zwolniony, tak? - spytał na progu.
- Nooo, tak.
- Czyli mogę sobie pójść?
- Tak, możesz.
- Ale nie muszę?
- Nooo, wypada, żebyś jednak to zrobił.
- Aha. No dobra. To chyba sobie pójdę.
- Grzesiek, to wszystko nie moja wi...
Grzegorz zamknął drzwi.
Powoli, powolutku informacja o tym, że jeszcze pół godziny temu jego największym problemem było mlaskanie kolegi, a teraz właśnie został bez pracy, rozgaszczała się w jego świadomości. Zastanowił się przez chwilę i doszedł do wniosku, że do pokoju w sumie nie ma po co wracać - z mało kim zdołał zawrzeć jakąkolwiek znajomość, a większość po prostu go denerwowała. Nie, on naprawdę musiał już iść.
Był wolny. Całkowicie, absolutnie wolny.
I to coś zmieniło.
Wbił dłonie w kieszenie szortów i poszedł do windy, ale nagle zmienił zdanie. Zawrócił, przypadł do donicy z fikusem stojącej w rogu korytarza i przeciągnął ją tak, by szef nie zdołał otworzyć drzwi. Z mściwą miną poprzekrzywiał wszystkie grafiki na ścianach, wywalił zawartość kosza na śmieci na podłogę, wskoczył do toalety, gdzie załatwił parę potrzeb i nie spłukał po sobie, a potem odnalazł w Google'u CrumbleBee i wrzucił opinię o treści: "Banda chujów".
Nadal wpatrzony w telefon, wszedł do windy.
- Przykro mi z powodu tego, co się wydarzyło - usłyszał.
Grzesiek zamrugał i uniósł głowę. Zupełnie nie zwrócił uwagi, że oprócz niego w windzie stoi jeszcze ktoś - Remigiusz Bajski, wpatrujący się w niego spod lekko ściągniętych brwi.
- Nie zdarza mi się to co dzień - westchnął właściciel firmy i pokręcił głową z niedowierzaniem. - I proszę mi wierzyć, że bardzo wiele mnie ta rozmowa kosztowała.
Błysnął zegarkiem spod mankietu i naraz rozciągnął usta w szerokim uśmiechu, który u zwyczajnego człowieka oznaczałby, że właśnie sobie przypomniał, że ma do przekazania fajną wiadomość.
- Ale zaraz - klasnął w dłonie - mam do pana sprawę, panie Grzegorzu! Wyczytałem z pańskiego dossier, że jest pan pisarzem! Pisze pan bajki dla dzieci, prawda? Zaraz, niech no sobie przypomnę...
Grzesiek przyglądał się rozmówcy z oszołomieniem. Sprawiał wrażenie człowieka, który tak doskonale wrósł w korporacyjną dżunglę, że nie był już świadom istnienia książeczek dla dzieci, nie mówiąc już o tym, by zapamiętał tytuł którejś z nich.
- Muchołapka i inne historie, prawda?
Grzegorz wpatrywał się w niego z oszołomieniem.
- Opowieści - wykrztusił.
- Co? - zdziwił się uprzejmie Bajski.
- Muchołapka i inne opowieści.
- Aha. No tak. Może być - zgodził się pobłażliwie biznesmen. - Wie pan co? Tak sobie pomyślałem, że nie chcę, by żywił pan uraz do firmy. Może kupilibyśmy od pana... No, powiedzmy, pięćdziesiąt egzemplarzy? Na prezenty gwiazdkowe dla dzieci pracowników?
- Nie da rady - oświadczył Grzesiek.
Owo niesprecyzowane przeświadczenie, które ogarnęło go jeszcze chwilę temu na korytarzu, naraz powróciło ze zdwojoną siłą. Coś się działo. Coś, co miało sporo wspólnego z wolnością i wszystkim, co ona ze sobą niesie. Coś się uwalniało w jego charakterze.
- A, oczywiście. Nie jest pan przecież selfpublisherem. Dobrze, to może niech pan mnie skontaktuje z kimś z działu sprzedaży wydawnictwa. Ustalimy jakiś rabat i...
- Książeczkę chcesz? - spytał Grzegorz.
Gdyby zamiast Remigiusza Bajskiego w jadącej powoli windzie nowoczesnego biurowca stał ktoś z rodzeństwa Grześka, zapewne w mgnieniu oka rozpoznałby to nieco rozmyte spojrzenie połączone na ogół z lekkim przechyleniem głowy w prawo. Pola zapewne klasnęłaby w dłonie i rozsiadła się wygodniej, Robert zmarszczyłby brwi i natychmiast spróbował go odciągnąć, a Ewa odwróciłaby się i udała, że niczego nie widzi. Bo cały problem z Grzesiem Wrzaskowiczem polegał na tym, że silne emocje burzyły w nim świadomość istnienia norm społecznych i skłaniały do zrobienia tego, co w danej chwili uznał za stosowne. Efekt działał tylko przez chwilę, ale za to pozostawiał wiekopomne wrażenia, które zapewne do tej pory żyły we wspomnieniach jego nauczycieli, wykładowców i kolegów oraz koleżanek.
I zapewne odpowiadały za to, że żadna z tych znajomości nie przerodziła się w przyjaźń.
- Książeczkę?
- To właśnie powiedziałem - powtórzył łagodnie Bajski.
Grzesiek wydął wargi i oświadczył:
- To sobie ją, złamasie, wygeneruj!
Bajski uniósł brwi, co w biznesie zapewne było ostentacyjną reakcją na zjawiska niespotykane, a potem je zmarszczył, co oznaczało, że szuka odpowiedniej riposty. Od wyzwania wybawiła go winda, która zatrzymała się na parterze z głośnym sygnałem dźwiękowym. Drzwi się rozsunęły.
- Do widzenia więc, panie Pyskowicz - oświadczył Bajski i wyszedł, nie spoglądając nawet na Grzegorza, co również okazało się błędem.
Ten bowiem wyskoczył z windy w ślad za biznesmenem, złapał go za tył marynarki, naciągnął mu ją na głowę, nawrzeszczał do ucha, napluł na buty, wyszarpnął aktówkę, wsadził ją do kosza i wypadł z budynku. Przekonany, że ścigają go wszyscy ochroniarze z biurowca oraz kilku pospiesznie wezwanych policjantów, przeciął ruchliwą ulicę, zmuszając kilku kierowców do wściekłego trąbienia, i wskoczył do pierwszego lepszego tramwaju.
Zasapany, opadł z ulgą na siedzenie i spojrzał na wejście do wieżowca. Tramwaj właśnie ruszał, gdy pojawił się Bajski. Wyszedł na chodnik z nonszalancją człowieka, który, gdyby tylko zechciał, mógłby go przecież kupić, ale Grzesiek widział też, że przygładzał lewą dłonią marynarkę, a na twarzy nadal miał silne rumieńce.
Chyba zauważył go przez szybę. Grzesiek wywalił język i pokazał mu środkowy palec.
Dopiero wtedy zauważył, że dzwoni mu telefon.
Na ekranie wyświetliło się imię: Robert.
Robert?
Grzesiek wpatrywał się w ekran, próbując zrozumieć doniosłość tego faktu, co nie było łatwe, bo wciąż huczała w nim adrenalina po zajściu w wieżowcu. Tymczasem działo się coś wielkiego, bo rozmowy telefoniczne, które odbył ze swoim starszym bratem, można by policzyć dosłownie na palcach jednej ręki - Grzesiek sam nie lubił do nikogo dzwonić, ale jego brat wręcz nie przyjmował do wiadomości istnienia takiej opcji. Wyłączał cały dźwięk zaraz po odpakowaniu każdego nowego modelu smartfona i jakakolwiek próba skontaktowania się z nim przebiegała na jego własnych zasadach. Oznaczało to, że w wybranym przez siebie momencie wyśle wiadomość o treści: "hej?".
Tłumaczył się tym, że nie jest panem swojego czasu. Pracował jako tłumacz symultaniczny w Parlamencie Europejskim i co chwila musiał się przygotowywać do kolejnych konferencji. Przyswajał wtedy mnóstwo faktów w dwóch językach i uczył się słownictwa z tematyk, o których czasami nie miał absolutnie pojęcia. Nic więc dziwnego, że nie chciał, by ktokolwiek mu przeszkadzał, tym bardziej że umiejętność skupienia uwagi nie należała do rodzinnych talentów. Przed samymi konferencjami nierzadko zjadały go nerwy, w ich trakcie musiał być absolutnie skupiony, a po zakończeniu po prostu nie chciał, by ktokolwiek mu zawracał głowę.
"No tak - pomyślał Grzesiek. - W końcu jest tym z nas, któremu się udało".
Odebrał połączenie.
- Cześć, Grzechu! - odezwał się Robert. - Co słychać?
Tramwaj z rumorem przetoczył się przez skrzyżowanie, a potem zaczął skręcać, co chyba wiele kosztowało całą konstrukcję, bo zaczęła jęczeć i trzeszczeć.
- Nic! - odkrzyknął. - Prawie nic. Wywalili mnie z roboty!
- Co? Nie słyszę!
- Dobra, nieważne.
- Co z roboty?
- Nic już.
- Też mam urwanie głowy, ale mniejsza o to. W innej sprawie dzwonię. Grzechu, masz jakiś kontakt z ojcem?
Pytanie było tak zaskakujące, że Grzegorz przez dłuższą chwilę próbował je wepchnąć w zaistniałą rzeczywistość, jakby było elementem pochodzącym z zupełnie innej układanki. Uniósł wzrok na krajobraz miasta przesuwający się powoli za przybrudzonym oknem tramwaju: skrzyżowanie, za którym toczył się ogrodzony płotem remont, potem ogromny pomnik, którego znaczenia nigdy nie zapamiętał, za nim park opromieniony złocistym blaskiem jesiennego słońca. Skupił spojrzenie na samej szybie i swoim niewyraźnym odbiciu, które przez krótki, zupełnie surrealistyczny moment bardzo przypominało twarz ojca.
"Ponoć jesteśmy najbardziej podobni - przeszło mu przez myśl - choć nie mogłoby nas więcej dzielić".
Skrzywił się mimowolnie. Oparł głowę o szybę, przejmując drżenie tramwaju.
- Grzechu, jesteś tam? - dopytywał się Robert.
- Tak, jestem - powiedział Grzegorz ze znużeniem. - I nie, nie mam kontaktu z ojcem. Nie wiem, od jak dawna, szczerze powiedziawszy, ale powinieneś pamiętać, że jestem ostatnią osobą, którą należy o to pytać.
- Tak, wiem, ale...
- Ale co?
- No nic. Nieważne. Na razie.
- No, cześć.
Przyszło mu do głowy, że może powinien był zapytać, skąd się wzięła nagła troska Roberta, z całą pewnością wielka, skoro zadzwonił nawet do niego.
"Może coś się dzieje z tym starym cholerą" - pomyślał nieco skwaszony, a w jego sercu - jak zwykle, gdy pomyślał o ojcu - uaktywniła się osobliwa mieszanka goryczy, niechęci i wyrzutów sumienia, która potrafiła mu zatruć wiele godzin. Niemalże się ucieszył, że miał ważniejszy problem na głowie, który przytłumiał na tę chwilę wszelkie inne.
Tramwaj z szumem mknął przez most, a przez okno widać było skrzącą się złotem taflę Warty. Blask słońca rozmazywał wszelkie kontury, przez co rzeka zlewała się z niebem i Grzesiek nagle odkrył nieskończoność kryjącą się w tym widoku. Czy kiedykolwiek tak myślał o widokach nad rzeką? Przecież przejeżdżał tędy codziennie i zdarzało się, że zerkał na zewnątrz znad książki, zwłaszcza jesienią, gdy w dolinie tłoczyły się mgły. Aż do tej pory wystarczało mu jednak to, że rzeka szykowała widoki rzadkie dla miasta i pozwalające na moment o nim zapomnieć. Nigdy dotąd nie odkrył tam symboliki.
"Patrzcie państwo - pomyślał - wystarczyło, by mnie z pracy zwolnili. Nie, gdzie tam zwolnili. Zaproponowali rozwiązanie umowy. A ja się zgodziłem".
Przed oczami znów stanęło mu wspomnienie twarzy ojca, ale przepędził je nie bez trudu i zastąpił znacznie świeższym wyobrażeniem wymodelowanej gęby Bajskiego. Odruchowo zacisnął wargi i ze świstem wciągnął powietrze przez zęby.
Światło zmieniło się lekko i nim rzeka znikła z jego pola widzenia, zdążył jeszcze dostrzec wiry na powierzchni. Z ponurą miną pokiwał głową.
"Jasne. Nieskończoność to też pułapki. Wolność zaś to tor przeszkód. Ciekawe, kiedy się wypieprzę po raz pierwszy".
Tramwaj zatrzymał się na rondzie Rataje i rozwarł drzwi.
- Proszę przygotować bilety do kontroli - oświadczył groźnym tonem człowiek z połyskliwą plakietką, który zatrzymał się tuż przy siedzeniu Grześka. A ten przypomniał sobie, że jego portfel leży nadal na biurku obok jego klawiatury i stanowiska Kamila cuksochrupa.
- O, nie - stęknął Grzesiek. - Zaczęło się.