Listy do papieża Zachęta do szukania nowych dróg. Zachęta do szukania nowych dróg - Tomáš Halík

Kup ebooka

45.90 zł
36.72 zł (31,63 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Przy­pisy koń­cowe

1 Gwoli spra­wie­dli­wo­ści trzeba do­dać, że tenże pa­pież Pa­weł VI, ku prze­ra­że­niu swego oto­cze­nia, uca­ło­wał nogi pra­wo­sław­nego pa­triar­chy Ate­na­go­rasa, żeby w ten sym­bo­liczny spo­sób od­ku­pić aro­gan­cję swego daw­nego po­przed­nika, który na­kła­niał wy­słan­ni­ków pa­triar­chy Kon­stan­ty­no­pola, by ca­ło­wali mu nogi, co stało się po­wo­dem schi­zmy mię­dzy za­chod­nim a wschod­nim chrze­ści­jań­stwem.

2 Hbr 11,8.

3 Por. T. Ha­lík, Po­po­łu­dnie chrze­ści­jań­stwa, Kra­ków 2022, s. 53.

4 Por. Iz 50,5.

5 Por. 1 Krl 3,9.

6 Łk 12,49.

7 Ga 3,28.

8 Por. Ap 21,1.

9 Por. 2 Kor 3,6.

10 Por. Mt 23,25-33.

11 Por. Mk 10,34-35.

12 Nie­zmier­nie po­ży­teczne roz­róż­nie­nie mię­dzy ido­lem (boż­kiem) a ikoną, ob­ra­zem wska­zu­ją­cym na ta­jem­nicę, wpro­wa­dza fran­cu­ski fe­no­me­no­log Jean-Luc Ma­rion (por. J.-L. Ma­rion, L'idole et la di­stance. Cinq étu­des, Pa­ris 1977).

13 "Za­prawdę, za­prawdę, po­wia­dam wam: Je­śli ziarno psze­nicy, wpadł­szy w zie­mię, nie ob­umrze, zo­sta­nie samo jedno, ale je­śli ob­umrze, przy­nosi plon ob­fity" (J 12,24).

Pa­pież z kra­iny snów

Mia­łem sen. Na bal­ko­nie ba­zy­liki Świę­tego Pio­tra w Rzy­mie stał nowo wy­brany pa­pież. Wy­ja­śniał tłu­mom sens imie­nia, które so­bie ob­rał. Ra­fael zna­czy "Boży lek" albo "Bóg uzdra­wia"; z Bi­blii jest znany, a w tra­dy­cji czczony jako wierny prze­wod­nik na dro­gach.

W trak­cie mo­jego ży­cia zmie­niało się do tej pory sied­miu pa­pieży. W mo­ich snach po­stać pa­pieża (ale i pa­pie­życy) po­ja­wiała się sto­sun­kowo czę­sto; mimo to sen, któ­remu ta książka za­wdzię­cza swoje po­wsta­nie, był wy­jąt­kowy w swej na­tar­czy­wo­ści. Pa­pież Ra­fael wy­szedł bo­wiem z mego snu i stał się czę­ścią mo­jego ży­cia.

Carl Gu­stav Jung sto­so­wał me­todę "ak­tyw­nej wy­obraźni" - twór­czo ko­mu­ni­ko­wał się z po­sta­ciami ze swo­ich snów i swo­jej fan­ta­zji jak z ży­wymi ludźmi. W taki wła­śnie spo­sób za­czą­łem się ko­mu­ni­ko­wać z pa­pie­żem ze swego snu. Stop­niowo sta­wał się kimś, kim za­pewne dla Junga był jego ta­jem­ni­czy sta­rzec Fi­le­mon, pro­wa­dzący go do skarbca w głę­bi­nach pod­świa­do­mo­ści oraz bę­dący jego prze­wod­ni­kiem na dro­dze du­cho­wego doj­rze­wa­nia i in­te­gra­cji.

Zda­rza mi się, że bu­dzę się z py­ta­niem, które jest nie­jako kon­ty­nu­acją snu, a któ­rego nie po­tra­fię już so­bie przy­po­mnieć.

Cza­sami się zmu­szam, żeby wstać i za­cząć pi­sać od­po­wiedź w for­mie li­stu - li­stu do pa­pieża z mo­jego snu. Pa­pież Ra­fael stał się dla mnie nie tylko kimś za­da­ją­cym mi py­ta­nia, ale przede wszyst­kim cier­pli­wie słu­cha­ją­cym, in­spi­ru­ją­cym i po­bu­dza­ją­cym prze­wod­ni­kiem, uczest­ni­kiem chwil re­flek­sji i ma­rzeń, mo­dli­twy i me­dy­ta­cji. W li­stach przed­sta­wiam mu swoje my­śli, na­dzieje i obawy, im­pulsy i py­ta­nia; dzielę się z nim także prze­my­śle­niami z wy­kła­dów, ar­ty­ku­łów i ksią­żek. Po­zo­staję jed­nak w po­zy­cji ucznia, on uczy mnie - za­równo swo­imi py­ta­niami, które prze­syła mi w owych rzad­kich mo­men­tach na progu snu i czu­wa­nia, jak i tym, że w trak­cie pi­sa­nia do­strze­gam jego uważne słu­cha­nie. Moje my­śli doj­rze­wają w na­szym wy­ima­gi­no­wa­nym dia­logu. Nie mu­szę dzięki temu fa­ty­go­wać wa­ty­kań­skiej poczty.

***

Wiem, do kogo pi­szę w tej kra­inie snów. To pa­pież, naj­wyż­sza wła­dza na­uczy­ciel­ska w Ko­ściele ka­to­lic­kim. Nie jest to in­kwi­zy­tor, który czy­hałby na błędy w mo­ich wy­po­wie­dziach. Jest to oj­ciec du­chowy, mą­dry na­uczy­ciel, który naj­pierw stara się mnie do­brze zro­zu­mieć, a je­śli do­strzeże ogra­ni­cze­nia, braki i po­myłki w sfor­mu­ło­wa­niach, stara się z życz­liwą cier­pli­wo­ścią po­móc mi roz­sze­rzyć per­spek­tywę mo­jego spoj­rze­nia.

Pa­pież ze snu jest pa­pie­żem ze szcze­gólną mi­sją: nie jest wy­łącz­nie głową Ko­ścioła ka­to­lic­kiego, lecz du­cho­wym przy­wódcą, mi­sta­go­giem, pa­ste­rzem i sługą wszyst­kich du­chowo otwar­tych, spra­gnio­nych i po­szu­ku­ją­cych lu­dzi - czy to ze wspól­not re­li­gij­nych, czy spoza ich wi­dzial­nych gra­nic. Aby wy­peł­nić swoją mi­sję, uważ­nie słu­cha naj­róż­niej­szych lu­dzi, któ­rzy dzielą się swo­imi do­świad­cze­niami i po­bud­kami - także dla­tego od­wa­ży­łem się być jed­nym z wielu, któ­rzy się do niego zwra­cają.

We­dług obo­wią­zu­ją­cego prawa ko­ściel­nego pa­pież jest bi­sku­pem Rzymu, przede wszyst­kim jed­nak jest głową wszyst­kich ka­to­li­ków na ca­łym świe­cie; do za­rzą­dza­nia rzym­ską die­ce­zją mia­nuje swego wi­ka­riu­sza ge­ne­ral­nego. Pa­pież z mego snu ma za­pewne swego wi­ka­riu­sza ge­ne­ral­nego do za­rzą­dza­nia Ko­ścio­łem ka­to­lic­kim, ale jego po­sługa i od­po­wie­dzial­ność jest szer­sza i sięga da­leko poza gra­nice rzym­sko­ka­to­lic­kiego świata idei. Jest sługą jesz­cze szer­szej wspól­noty niż ta, którą re­pre­zen­to­wali do­tych­cza­sowi bi­skupi Rzymu. Po­strze­gam go jako "sługę sług Bo­żych", i to na­prawdę wszyst­kich, rów­nież tych, dla któ­rych Bóg po­zo­staje ano­ni­mowy i ukryty, a któ­rzy służą Mu przez to, że szu­kają prawdy i czy­nią do­bro zgod­nie ze swoim su­mie­niem.

Ci, któ­rzy prze­po­wia­dali upa­dek re­li­gii w cy­wi­li­za­cji eu­ro­atlan­tyc­kiej, i ci, któ­rzy prze­ciw­nie - ogła­szali jej trium­falny po­wrót, będą za­sko­czeni: re­li­gia nie znika, ale też nie wraca w swych daw­nych for­mach. Wciąż ist­nieje, ale nie­ustan­nie się zmie­nia. Zmie­nia się jej spo­łeczno-kul­tu­rowy kon­tekst, a wraz z nim jej formy i role spo­łeczne. A to, co po­zo­staje, jest ro­zu­miane w no­wym kon­tek­ście i in­ter­pre­to­wane w nowy spo­sób. Te same słowa zy­skują inne zna­cze­nie, te same wy­da­rze­nia są ina­czej czy­tane i poj­mo­wane.

Tra­dy­cyjne re­li­gijne środki wy­razu - słowa, ry­tu­ały, in­sty­tu­cje - sta­no­wią zbyt wą­ską prze­strzeń dla dy­na­miki ży­cia du­cho­wego na­szej epoki. Zbyt ste­reo­ty­powa, słabo zro­zu­miała i nie­do­sta­tecz­nie prze­ko­nu­jąca oferta in­sty­tu­cji re­li­gij­nych roz­mija się z rze­czy­wi­stymi aspi­ra­cjami re­li­gij­nymi, pra­gnie­niami oraz praw­dzi­wymi pro­ble­mami i po­trze­bami lu­dzi na­szego czasu. W na­szej czę­ści świata ro­śnie tym sa­mym liczba "no­nes" - tych, któ­rzy na py­ta­nia o swoją re­li­gijną przy­na­leż­ność, od­po­wia­dają: "żadna". By­łoby wiel­kim uprosz­cze­niem uzna­wa­nie hur­tem wszyst­kich, któ­rzy do żad­nej "zor­ga­ni­zo­wa­nej" re­li­gii się nie przy­znają, za do­gma­tycz­nych ate­istów czy "apa­te­istów", lu­dzi du­chowo obo­jęt­nych czy "re­li­gij­nie nie­mu­zy­kal­nych". Wielu z nich to lu­dzie szcze­rze szu­ka­jący "trans­cen­den­tal­nego" wy­miaru ży­cia, jed­nak z tym, co im ofe­rują te formy re­li­gii, z któ­rymi się ze­tknęli, nie znaj­dują wspól­nej drogi. Przy­bywa na­to­miast tych, któ­rzy uwa­żają się za "du­cho­wych, ale nie re­li­gij­nych".

W na­szej za­chod­niej kul­tu­rze ubywa lu­dzi za­równo iden­ty­fi­ku­ją­cych się w pełni z in­sty­tu­cjami re­li­gij­nymi, ich na­ucza­niem i prak­tyką, jak i do­gma­tycz­nych ate­istów. Przy­bywa "po­szu­ku­ją­cych" - i to za­równo po­mię­dzy oboma skry­sta­li­zo­wa­nymi, co­raz węż­szymi obo­zami, jak i wewnątrz obu z nich. Wielu spo­śród tych, któ­rzy uwa­żają się za ate­istów, przy­znaje się ra­czej do "te­izmu", okre­ślo­nej in­ter­pre­ta­cji wiary, ani­żeli do sa­mej wiary. Bar­dziej niż do Boga, od­no­szą się do Jego ziem­skiego per­so­nelu. Czę­sto ogra­ni­czają się do swo­ich wła­snych wy­obra­żeń o Bogu i re­li­gii. Jed­no­cze­śnie wśród osób, które są ak­tyw­nymi człon­kami Ko­ścioła, ro­śnie liczba tych, dla któ­rych wiara jest ra­czej drogą "w głąb" niż "mocną twier­dzą".

Te wła­śnie za­sad­ni­cze zmiany na dzi­siej­szej sce­nie du­cho­wej czę­sto umy­kają ba­da­niom re­li­gio­znaw­czym, sto­su­ją­cym ka­te­go­rie, za któ­rych po­mocą nie spo­sób ade­kwat­nie opi­sać dy­na­miki zmian. Od­po­wiedź na py­ta­nie, kto jest "wie­rzący", a kto "nie­wie­rzący", jest znacz­nie bar­dziej zło­żona, niż mo­głoby się na pierw­szy rzut oka wy­da­wać. Re­la­cja mię­dzy re­li­gij­no­ścią eks­pli­cytną (re­li­gij­nym prze­ko­na­niem wy­ra­ża­nym za po­śred­nic­twem słów, ry­tu­ałów i przy­na­leż­no­ści do in­sty­tu­cji re­li­gij­nych) a im­pli­cytną, eg­zy­sten­cjalną, czę­sto nie­uświa­do­mioną wiarą lub nie­wiarą (tym, co dla kon­kret­nego czło­wieka od­grywa rolę Boga, ja­kie ob­razy Boga tkwią głę­boko w jego pod­świa­do­mo­ści i mają wpływ na jego po­stę­po­wa­nie) sta­nowi wciąż mało zba­daną dzie­dzinę. Na dzi­siej­szej sce­nie du­cho­wej spo­ty­kamy się co­raz czę­ściej rów­nież z "wiarą nie­wie­rzą­cych" i "nie­wiarą wie­rzą­cych".

***

Czy ta róż­no­barwna mno­gość po­szu­ku­ją­cych po­trze­buje swo­jego pa­pieża? Czy lu­dzie ci po­trze­bują swo­jego Ko­ścioła, chrze­ści­jań­stwa i re­li­gii?

Mogę bar­dzo do­kład­nie opi­sać formy wła­dzy ko­ściel­nej, Ko­ścioła, chrze­ści­jań­stwa i re­li­gii, które tej roli od­gry­wać nie mogą, a które lu­dzie o otwar­tych umy­słach w spo­sób oczy­wi­sty i słuszny od­rzu­cili. Z nie­któ­rymi pa­to­lo­gicz­nymi i de­struk­cyj­nymi for­mami re­li­gii w dzi­siej­szym świe­cie i w swoim ka­to­lic­kim Ko­ściele dość czę­sto się spo­ty­kam. Nie­kiedy wy­daje mi się, że jest ich być może wię­cej niż tych, w któ­rych z ra­do­ścią mogę za­znać uzdra­wia­ją­cej i wy­zwa­la­ją­cej siły Ewan­ge­lii. To, co ne­ga­tywne, jest bo­wiem bar­dziej ha­ła­śliwe i wi­doczne; leży na wierz­chu i dla­tego jest ła­twiej do­stępne oczom lu­dzi, któ­rzy wy­cią­gają zbyt szyb­kie wnio­ski.

"Po­szu­ku­jący" nie szu­kają i nie po­trze­bują hie­rar­chy, pa­triar­chal­nego władcy sta­rego typu, ani urzęd­nika, me­ne­dżera, kon­tro­lera czy ide­ologa, ja­kiego zna świecka spo­łecz­ność. "Pa­pież wszyst­kich po­szu­ku­ją­cych", z któ­rym spo­tka­łem się w swoim śnie, jest oj­cem, jak wska­zuje ty­tuł "pa­pież" (papa), oj­cem du­cho­wym, acz­kol­wiek oj­cem doj­rza­łych dzieci, który w pełni re­spek­tuje ich doj­rza­łość, au­to­no­mię i wol­ność. Nie jest nie­po­trzebny; może po­ma­gać bo­gac­twem swo­ich do­świad­czeń, szer­szym spoj­rze­niem i życz­liwą mą­dro­ścią.

"Ni­kogo na ziemi nie na­zy­waj­cie oj­cem, je­den jest tylko Wasz Oj­ciec - w nie­bie", uczył Je­zus swo­ich uczniów. Pa­pież Ra­fael nie jest "na ziemi" i nie jest także Oj­cem w nie­bie - ten oj­ciec (papa) jest pa­pie­żem w kra­inie snów łą­czą­cej niebo z zie­mią, fan­ta­zję z rze­czy­wi­sto­ścią, tę­sk­notę z do­świad­cze­niem.

Nie sta­no­wił i nie sta­nowi dla mnie na­wet w naj­mniej­szym stop­niu kon­ku­ren­cji czy osła­bie­nia mo­jej czci i lo­jal­no­ści wzglę­dem urzę­du­ją­cego aku­rat bi­skupa Rzymu. Jesz­cze do nie­dawna po wielu stu­le­ciach miał Ko­ściół dwóch pa­pieży, jed­nego urzę­du­ją­cego, dru­giego w sta­nie spo­czynku. Dla­czego ja nie mógł­bym mieć rów­nież dwóch pa­pieży, jed­nego w Rzy­mie, dru­giego w wy­obraźni? Obaj mają w moim ży­ciu ja­sno okre­ślone i w ni­czym nie­kłó­cące się ze sobą kom­pe­ten­cje, a pa­pież Ra­fael z oczy­wi­stych po­wo­dów ma wię­cej czasu na roz­mowy ze mną...

***

W poj­mo­wa­niu pa­pie­stwa i jego kon­kret­nej formy do­szło w ciągu wie­ków do wielu zmian, być może naj­więk­szych ze wszyst­kich trwa­ją­cych przez dłu­gie stu­le­cia in­sty­tu­cji. Nie mu­simy na­wet się­gać aż do pa­pieży z cza­sów ka­ta­kumb czy z okresu sta­ro­żyt­nych so­bo­rów, pa­pieży z epoki śre­dnio­wie­cza, re­ne­sansu i ba­roku. W ciągu mo­jego ży­cia było jesz­cze trzech pa­pieży no­szo­nych uro­czy­ście na se­dia ge­sta­to­ria w asy­ście gwar­dii szwaj­car­skiej; wi­dzia­łem to na wła­sne oczy la­tem 1969 roku1. A jed­nak prze­ży­łem także pa­pieża umy­wa­ją­cego i ca­łu­ją­cego nogi mu­zuł­mań­skiej więź­niarce w rzym­skim za­kła­dzie kar­nym dla mło­do­cia­nych i ca­łu­ją­cego ręce Ży­dom oca­la­łym z Ho­lo­cau­stu.

Ka­to­licy XIX wieku, skraj­nie za­nie­po­ko­jeni oświe­ce­niem i jego po­li­tycz­nymi skut­kami, ma­rzyli o au­to­ry­tar­nym pa­pieżu jako nie­zmien­nym, pew­nym punk­cie opar­cia po­śród burz­li­wych fal re­wo­lu­cji i mo­der­ni­za­cyj­nych zmian. To ro­man­tyczne ma­rze­nie wy­warło wpływ na formę pa­pie­stwa i poj­mo­wa­nie wła­dzy w Ko­ściele, zwłasz­cza w okre­sie Pierw­szego So­boru Wa­ty­kań­skiego. W la­tach sześć­dzie­sią­tych XX wieku pa­pie­stwo zy­skało przy­ja­zną twarz Jana XXIII i wio­senną woń re­form Dru­giego So­boru Wa­ty­kań­skiego. U schyłku tego stu­le­cia, gdy świecka wła­dza pa­pieża była już tylko mgli­stym wspo­mnie­niem dawno mi­nio­nego świata, pa­pież Po­lak ak­tyw­nie uczest­ni­czył w glo­bal­nych prze­mia­nach po­li­tycz­nych póź­no­no­wo­cze­snego świata. Jan Pa­weł II stał się me­dialną gwiazdą pierw­szej wiel­ko­ści i naj­wy­ra­zist­szą po­sta­cią swo­jego czasu; żad­nego czło­wieka w dzie­jach nie wi­działo z bli­ska na wła­sne oczy aż tylu lu­dzi w tak wielu kra­jach świata. Wraz z za­ni­kiem po­li­tycz­nej wła­dzy pa­pieży wzrósł ich au­to­ry­tet mo­ralny - a w kon­se­kwen­cji także po­li­tyczny wpływ; me­dialna kry­tyka na­ucza­nia pa­pieża po­twier­dzała, że w zse­ku­la­ry­zo­wa­nym świe­cie nie jest obo­jętne, co mówi pa­pież.

W XXI wieku, w do­bie ra­dy­kal­nego upadku mo­ral­nego au­to­ry­tetu Ko­ścioła wsku­tek od­kry­cia nad­spo­dzie­wa­nie du­żej liczby tra­gicz­nych przy­kła­dów du­cho­wego, sek­su­al­nego i psy­cho­lo­gicz­nego wy­ko­rzy­sty­wa­nia bez­bron­nych ofiar przez przed­sta­wi­cieli kleru oraz odejść z ka­płań­stwa, w cza­sie, gdy wielu lu­dzi opusz­cza Ko­ściół, po­wstało rów­no­cześ­nie wiele fil­mów po­pu­lar­nych twór­ców za­fa­scy­no­wa­nych rolą pa­pieża. Se­riale Młody pa­pieżNowy pa­pież, filmy Ha­be­mus pa­pam czy Dwaj pa­pieże, uka­zu­jące pa­pieża jako sym­pa­tyczną, bez­kom­pro­mi­sową po­stać, zy­skały wielu wi­dzów wśród lu­dzi, któ­rzy nie na­leżą do czy­tel­ni­ków pa­pie­skich en­cy­klik lub słu­cha­czy Ra­dia Wa­ty­kań­skiego. Także dla lu­dzi obo­jęt­nych czy kry­tycz­nych wo­bec Ko­ścioła pa­pie­stwo nie stra­ciło na atrak­cyj­no­ści i nie prze­stało być przed­mio­tem za­in­te­re­so­wa­nia.

Pa­pież Fran­ci­szek stał się pa­pie­żem chyba naj­bar­dziej w dzie­jach pa­pie­stwa lu­bia­nym poza gra­ni­cami Ko­ścioła, a jed­no­cze­śnie pa­pie­żem naj­bar­dziej ata­ko­wa­nym przez nie­które kręgi ka­to­li­ków. Na po­stać pa­pieża lu­dzie, nie­za­leż­nie od wy­zna­nia, rzu­tują swoje ide­ały i swoje "wy­obra­że­nia wroga". Nie­za­leż­nie też od prze­mian hi­sto­rycz­nych, pa­pie­stwo i zmie­nia­jące się oso­bo­wo­ści na Sto­licy Pio­tro­wej po­zo­stają od stu­leci ar­che­ty­pem obec­nym w zbio­ro­wej pod­świa­do­mo­ści na­szej kul­tury.

To, że z mo­jej pod­świa­do­mo­ści za po­śred­nic­twem snu wy­ło­nił się ar­che­typ pa­pieża o no­wym imie­niu i w no­wym kształ­cie pa­pie­skiej po­sługi i za­czął żyć swoim ży­ciem w mo­jej wy­obraźni, nie jest ni­czym eg­zo­tycz­nym ani nie­zro­zu­mia­łym.

***

Pod­czas let­nich i je­sien­nych mie­sięcy 2023 roku po­sta­no­wi­łem swoim li­stom nadać formę książ­kową i udo­stęp­nić swoją ko­mu­ni­ka­cję z wy­ima­gi­no­wa­nym pa­pie­żem sze­ro­kiemu gronu czy­tel­ni­ków w róż­nych kra­jach. Było to w cza­sie, gdy w Ko­ściele ka­to­lic­kim trwały przy­go­to­wa­nia do pierw­szego z dwóch ogól­no­świa­to­wych sy­no­dów w Rzy­mie, w okre­sie wiel­kiego ocze­ki­wa­nia zmian.

W jed­nej ze swo­ich ksią­żek okre­śli­łem ten czas jako próg "po­po­łu­dnia chrze­ści­jań­stwa", czas doj­rza­ło­ści, moż­liwy po­czą­tek no­wej fazy dzie­jów, i to nie tylko w Ko­ściele ka­to­lic­kim. Je­stem prze­ko­nany, że pa­pież Fran­ci­szek swoim we­zwa­niem do od­nowy sy­no­dal­nej do­pro­wa­dził chrze­ści­jań­stwo do progu no­wego etapu dzie­jów, do progu no­wej, szer­szej, do­tąd nie­zna­nej prze­strzeni du­cho­wej. Zba­da­nie tego ob­szaru i za­miesz­ka­nie w nim bę­dzie za­da­niem Ko­ścioła, in­spi­ro­wa­nego po­sługą wielu jego na­stęp­ców. Pa­pież Fran­ci­szek nie chciał od­po­wie­dzieć na py­ta­nie, jaki jest kon­kretny cel od­nowy sy­no­dal­nej. Po­rów­nał ją do drogi, na którą Pan we­zwał ojca wiary Abra­hama - a ten "usłu­chał we­zwa­nia" i "wy­szedł, nie wie­dząc, do­kąd doj­dzie"2.

Dla każ­dej re­formy Ko­ścioła klu­czowe jest zro­zu­mie­nie i wy­peł­nie­nie słów apo­stoła Pawła: "Nie bierz­cie więc wzoru z tego świata, lecz prze­mie­niaj­cie się przez od­na­wia­nie umy­słu".

Ni­niej­sza książka jest owo­cem mo­jego głę­bo­kiego prze­ko­na­nia, że pod­sta­wo­wym wa­run­kiem au­ten­tycz­no­ści i owoc­no­ści re­formy jest od­nowa po­przez zmianę my­ślenia, po­głę­bie­nie spo­sobu my­śle­nia, od­czu­wa­nia, du­cho­wo­ści i teo­lo­gii, głę­bi­no­wego wy­miaru wiary. Tylko z ta­kiej prze­miany może się zro­dzić od­nowa ze­wnętrz­nej formy Ko­ścioła, jego struk­tur in­sty­tu­cjo­nal­nych. Tylko z ta­kiej głębi może się zro­dzić siła, która za­miast bier­nego, bez­kry­tycz­nego kon­for­mi­zmu wo­bec "świata" (współ­cze­snego spo­łe­czeń­stwa i kul­tury) lub z góry prze­gra­nych "wo­jen kul­tu­ro­wych" prze­ciwko niemu, może po­móc "ten świat" rów­nież kształ­to­wać i kul­ty­wo­wać. Przy oka­zji każ­dej re­formy na­leży py­tać, ja­kie są jej teo­lo­giczne i du­chowe źró­dła i czy znajdą się tacy, któ­rzy są zdolni je zro­zu­mieć i wpro­wa­dzić w ży­cie.

Jed­nym z klu­czo­wych te­ma­tów mo­ich roz­mów z pa­pie­żem Ra­fa­elem jest pro­blem, jak przejść od re­for­ma­cji w sen­sie wy­łącz­nie ze­wnętrz­nej zmiany form do trans­for­macji, czyli we­wnętrz­nej prze­miany "serca rze­czy". Jak w pro­ce­sie re­form nie utra­cić, lecz na nowo od­kryć i oży­wić to, co sta­nowi toż­sa­mość chrze­ści­jań­stwa, co czyni je "solą ziemi" i kwa­sem dla świe­żego chleba na dzień ju­trzej­szy?

De­cy­zję o na­pi­sa­niu tej książki pod­ją­łem w dzień Świę­tego To­ma­sza Apo­stoła, pa­trona nas wszyst­kich wąt­pią­cych i po­szu­ku­ją­cych; za­czą­łem ją pi­sać la­tem 2023 roku w gór­skiej ka­plicy ho­telu Er­le­ba­chova bo­uda w Kar­ko­no­szach, w prze­szklo­nym po­miesz­cze­niu peł­nym świa­tła, z wi­do­kiem na wszyst­kie strony, na ob­łoki i szczyty gór.

List pierw­szy

Sny jako ję­zyk Bo­żych ży­czeń

Drogi pa­pieżu Ra­fa­elu,

Twój brat pa­pież Fran­ci­szek za­chęca nas, że­by­śmy ma­rzyli. In­spi­ruje nas swoim pro­roc­kim snem o Ko­ściele jako wspól­nej dro­dze, o sy­no­dal­nej od­no­wie Ko­ścioła ka­to­lic­kiego. W tym sa­mym cza­sie ze świata snu wsze­dłeś do mo­jego ży­cia Ty i pro­wa­dzisz mnie ku jesz­cze szer­szym ho­ry­zon­tom i do jesz­cze od­le­glej­szych ce­lów.

Lu­dzie epoki ar­cha­icz­nej od­róż­niali po­dobno "małe sny", do­ty­czące wy­łącz­nie śnią­cego, od "snów po­tęż­nych", które miały zna­cze­nie dla ca­łego rodu3. Od lat zaj­muję się wiel­kimi snami i mi­tami ukry­tymi w pro­roc­kich dzie­łach li­te­rac­kich, in­spi­ru­ją­cych cały nasz ród. Na­leży do nich wstrzą­sa­jący sen Nie­tz­schego o skry­tym za­bi­ciu Boga i skut­kach tego czynu oraz ostrze­gaw­cze wi­zje senne o nie­ludz­kim spo­łe­czeń­stwie w po­wie­ściach Franza Kafki i Geo­rge'a Or­wella. Można do­mnie­my­wać, że źró­dłem in­spi­ra­cji wielu dzieł li­te­rac­kich, fil­mo­wych, pla­stycz­nych i mu­zycz­nych były nie­po­ko­jące, wie­lo­znaczne sny, czę­sto "złe sny".

Na progu XX wieku, który miał zwień­czyć zwy­cię­stwo świa­tła ro­zumu nad świa­tłem nocy, i już wcze­śniej, za­nim ów oświe­cony świat po­grą­żył się w ciem­no­ściach wo­jen świa­to­wych, je­den z naj­by­strzej­szych sy­nów oświe­ce­nia udał się do świata snów, aby roz­szy­fro­wać ich ję­zyk i od­kryć ich ta­jem­ni­czy sens - a za­ra­zem źró­dło za­ska­ku­jąco ży­wot­nej siły re­li­gii. Her­me­neu­tyczny klucz Freuda do in­ter­pre­ta­cji snów i od­kry­cie źró­deł re­li­gii tkwi w jego na­uce o sile pod­świa­do­mo­ści, o fan­ta­zji, która wy­pływa ze stłu­mio­nych pra­gnień.

Rów­nież w Bi­blii spo­ty­kamy się z wie­lo­ścią snów. Wy­da­rze­nia Sta­rego i No­wego Te­sta­mentu prze­pla­tane są snami, przez które Pan ostrze­gał i za­chę­cał swój lud. Her­me­neu­tyka pro­ro­ków tłu­ma­czą­cych sens wiel­kich snów idzie inną drogą niż Freud. Sen­sem snów pro­roc­kich w Bi­blii nie są ludz­kie, lecz Boże ży­czenia. To sam Bóg wkra­cza w głę­biny na­szej pod­świa­do­mo­ści i stam­tąd w wie­lo­znacz­nej mo­wie prze­syła nam swoje po­le­ce­nia. Pro­rok od­krywa w snach - w swo­ich snach, a także w snach in­nych lu­dzi - nie­speł­nione Boże ży­cze­nia; tłu­ma­czy we­zwa­nia, aby lu­dzie zro­zu­mieli owe ży­cze­nia i speł­nili Bożą wolę.

Pan, czy­tamy w Pi­śmie, otwiera pro­ro­kowi ucho, aby sły­szał i ro­zu­miał4. Chwali mło­dego króla Sa­lo­mona, że pra­gnie tego, co naj­nie­zbęd­niej­sze - daru ro­zum­nego serca5. Serce jest w Bi­blii miej­scem zro­zu­mie­nia tego, czego ro­zum nie ro­zu­mie, łącz­nie z mową snów. We śnie Pan za­chęca Jó­zefa, żeby nie bał się przy­jąć swo­jej żony Ma­ryi z dziec­kiem pod Jej ser­cem, a po­tem ostrzega go przed prze­śla­do­wa­niem ze strony He­roda i w końcu na­ma­wia do po­wrotu do domu.

Wiele snów wy­maga ob­ja­śnie­nia, in­ter­pre­ta­cji mo­ty­wów, które wy­nu­rzyły się ze snu czę­sto w nie­ja­snej i wie­lo­znacz­nej for­mie. Oprócz ana­li­tycz­nego po­dej­ścia psy­cho­te­ra­peuty na prze­strzeni dzie­jów ist­nieje także po­dej­ście kon­tem­pla­tywne, które otwiera moż­li­wość zro­zu­mie­nia sen­nych im­pul­sów, ich głęb­szego sensu i szer­szych po­wią­zań.

Bi­blijni pro­rocy byli przede wszyst­kim in­ter­pre­ta­to­rami Bo­żej mowy i Bo­żych ży­czeń - Bo­żych prze­ka­zów w wy­da­rze­niach hi­sto­rycz­nych oraz w snach, które cza­sami owe wy­da­rze­nia za­po­wia­dały. Wie­rzę, że także w na­szej epoce Bóg roz­bu­dza w Ko­ściele od­wagę, by py­tać, o ja­kiej for­mie chrze­ści­jań­stwa na­szych cza­sów On sam śni. Rów­nież we­zwa­nie pa­pieża Fran­ciszka do sy­no­dal­nej od­nowy Ko­ścioła uwa­żam za od­po­wiedź na je­den z wiel­kich Bo­żych snów - in­spi­ru­ją­cych pro­roc­kich snów o Ko­ściele i świe­cie przy­szło­ści.

W pon­ty­fi­ka­cie tego pa­pieża w za­dzi­wia­jący spo­sób wła­dza hie­rar­chiczna, pa­ster­ska i na­uczy­ciel­ska złą­czyła się z mi­sją pro­rocką.

Liczne im­pulsy i in­tu­icje Fran­ciszka wy­ma­gają jed­nak dal­szych prze­my­śleń. Je­stem prze­ko­nany, że do­ty­czy to także we­zwa­nia do sy­no­dal­no­ści - nie tylko Ko­ściół ka­to­licki po­wi­nien stać się "wspólną drogą" (syn ho­dos). Nie tylko Ko­ściół, ale cała ludzka ro­dzina po­trze­buje wy­ru­szyć we wspólną drogę, a chrze­ści­ja­nie na tej dro­dze nie po­winni być tymi, któ­rzy się spóź­niają i po­zo­stają w tyle, lecz tymi, któ­rzy ją przy­go­to­wują i otwie­rają.

Za­sadę sy­no­dal­no­ści, wza­jem­nego słu­cha­nia, kom­pa­ty­bil­no­ści w róż­no­rod­no­ści i wspól­nego de­cy­do­wa­nia na­leży wpro­wa­dzać także w sto­sun­kach mię­dzy na­ro­dami, kul­tu­rami i re­li­giami. Słu­cha­nie i sza­cu­nek po­winny być rów­nież skład­ni­kiem sto­sunku lu­dzi do pla­nety, którą za­miesz­kują.

Nie cho­dzi je­dy­nie o prze­mianę Ko­ścioła ka­to­lic­kiego z biu­ro­kra­tycz­nej in­sty­tu­cji mio­ta­nej skan­da­lami w ela­styczną sieć współ­pracy. Wspól­nota chrze­ści­jan po­winna stać się ogni­skiem od­wagi do bu­rze­nia wszel­kich gra­nic - tak jak uczyli Je­zus z Na­za­retu i Pa­weł z Tarsu. Obaj do­brze zda­wali so­bie sprawę z re­wo­lu­cyj­nego po­ten­cjału swo­jej na­uki, przy­szli "rzu­cić ogień na zie­mię"6 i prze­zwy­cię­żyć wszyst­kie do­tych­cza­sowe re­li­gijne, kul­tu­rowe, spo­łeczne i gen­de­rowe gra­nice - nie­za­leż­nie od tego, czy czło­wiek jest Ży­dem czy po­ga­ni­nem, wol­nym czy nie­wol­ni­kiem, męż­czy­zną czy ko­bietą. W Chry­stu­sie wszy­scy są równi, wszy­scy mają nową toż­sa­mość, są no­wym stwo­rze­niem7. Ta wła­śnie nowa spo­łecz­ność an­ty­cy­puje obie­caną prze­mianę wszyst­kiego - nowe niebo i nową zie­mię8.

Od­nowa sy­no­dalna za­kłada i obej­muje trans­for­ma­cję, sa­mo­prze­kro­cze­nie do­tych­cza­so­wej formy chrze­ści­jaństwa. W trans­for­ma­cji tej jed­nak chrze­ści­jań­stwo nie może roz­myć swo­jej toż­sa­mo­ści i stać się ja­kimś wszech­ogar­nia­ją­cym hu­ma­ni­zmem czy na­iw­nym re­li­gij­nym espe­ran­tem (które z re­guły prze­kształca się w sektę), lecz po­trze­buje od­na­wia­nia swo­jej toż­sa­mo­ści. Po­nie­waż pod­stawą chrze­ści­jań­skiej toż­sa­mo­ści jest Chry­stus oraz Jego pas­chalne wy­da­rze­nie, ozna­cza to od­kry­wa­nie na nowo Chry­stusa i ta­jem­nicy wiel­ka­noc­nej prze­miany śmierci w nowe ży­cie.

***

W pierw­szej z na­szych ima­gi­na­cyj­nych roz­mów za­da­łeś mi, pa­pieżu Ra­fa­elu, py­ta­nie o to, w czym do­strze­gam dziś pro­rocką rolę Ko­ścioła, jak można ją prak­tycz­nie peł­nić i jaki ma to zwią­zek z prze­mianą dzi­siej­szego chrze­ści­jań­stwa na tle ra­dy­kal­nych zmian na­szego świata. Swo­jej od­po­wie­dzi wła­śnie Ci udzie­li­łem.

W prze­sła­nie snów trzeba się naj­pierw uważ­nie wsłu­chi­wać. Pa­pież Fran­ci­szek za pierw­szy krok na dro­dze od­nowy sy­no­dal­nej uznał wła­śnie słu­cha­nie. Pod­czas każ­dej fazy pro­cesu sy­no­dal­nego in­te­gralną czę­ścią spo­tkań ro­bo­czych są chwile ci­chej kon­tem­pla­cji. Są to chwile wsłu­chi­wa­nia się w Du­cha, który prze­ma­wia do każ­dego z uczest­ni­ków za­równo w jego my­ślach, w świą­tyni jego serca i w su­mie­niu, jak i przez słowa in­nych osób.

Pa­pież zwo­łał dwa ogól­no­ko­ścielne sy­nody. Być może te dwa ważne spo­tka­nia nie przy­niosą owej in­sty­tu­cjo­nal­nej re­formy struk­tur ko­ściel­nych, ja­kiej wielu ocze­kuje - jedni z nie­cier­pliwą na­dzieją, inni z obawą. Te czę­ściowe re­formy są ważne, ale sta­ram się nie po­le­gać wy­łącz­nie na nich, lecz mieć stale na uwa­dze jesz­cze waż­niej­szy cel. Za główny cel re­formy sy­no­dal­nej uwa­żam zmianę poj­mo­wa­nia Ko­ścioła i jego dzia­ła­nia w świe­cie oraz spo­sobu ko­mu­ni­ka­cji Ko­ścioła ze świa­tem. Cho­dzi o zmianę stylu i me­tody, o nowy spo­sób by­cia w Ko­ściele. Jest to za­da­nie na całe dal­sze dzieje chrze­ści­jań­stwa.

Ocze­kuję rów­nież tak po­trzeb­nych zmian in­sty­tu­cjo­nal­nych w Ko­ściele. Ale mogą one na­stą­pić je­dy­nie jako pro­dukt uboczny owej no­wo­ści, któ­rej Ko­ściół za­czął się uczyć już w trak­cie przy­go­to­wań do ogól­no­ko­ściel­nego sy­nodu w Rzy­mie. To jest wła­śnie kul­tura słu­chania: wsłu­chi­wa­nie się w in­nych i zwią­zane z tym wsłu­chi­wa­nie się w Du­cha Bo­żego. Było to na­prawdę ważne, że de­baty sy­no­dalne prze­dzie­lano prze­rwami na kon­tem­pla­cję, ci­szę, w któ­rej trak­cie doj­rze­wało w uczest­ni­kach to, co po­wie­dzieli inni, i oni sami otwie­rali się we­wnętrz­nie na po­wiewy Du­cha.

Czę­sto sły­szę od ewan­ge­lic­kich przy­ja­ciół, że re­forma sy­no­dalna sta­nowi pro­blem przede wszyst­kim dla Ko­ścioła ka­to­lic­kiego, który ak­cen­tu­jąc za­sadę hie­rar­chicz­no­ści, prze­sło­nił za­sadę sy­no­dal­no­ści. A ta prze­cież była ele­men­tem wcze­snego chrze­ści­jań­stwa i w znacz­nym stop­niu za­cho­wana zo­stała we wschod­nich Ko­ścio­łach chrze­ści­jań­skich, a od po­czątku była istotna dla Ko­ścio­łów zro­dzo­nych z re­for­ma­cji. Jest to w pew­nej mie­rze prawda, zwłasz­cza w od­nie­sie­niu do struk­tury Ko­ścioła i spo­sobu po­dej­mo­wa­nia de­cy­zji.

Jed­nak do­świad­cze­nie po­łą­cze­nia me­dy­ta­cji z pro­ce­sem wspól­nego po­szu­ki­wa­nia i de­cy­do­wa­nia jest, jak są­dzę, czymś, co może być in­spi­ra­cją do po­głę­bia­nia sy­no­dal­no­ści także w Ko­ścio­łach nie­ka­to­lic­kich. Je­stem głę­boko prze­ko­nany, że owa prak­tyka wy­ci­sze­nia się i wsłu­chi­wa­nia mo­głaby przy­nieść do­bre owoce także w dzia­łal­no­ści wielu świec­kich in­sty­tu­cji przy po­dej­mo­wa­niu de­cy­zji.

***

Je­śli chcę słu­chać i ro­zu­mieć, to mu­szę naj­pierw szu­kać miej­sca, gdzie mogę usły­szeć Boży głos - w swoim wnę­trzu, w Ko­ściele, a także w wy­da­rze­niach dzie­ją­cych się w świe­cie, który nas ota­cza. Po­szu­ki­wa­nie ta­kiego miej­sca sta­nowi nie­odzowny krok na dro­dze wiary. Wielu spo­śród tych, któ­rzy twier­dzą, że Bóg wo­bec nich jest niemy, ni­gdy nie wy­szło z ha­łasu, w któ­rym nie mogą usły­szeć Jego głosu.

Bi­blia uczy nas, że Bóg zja­wia się przede wszyst­kim w swoim słowie; prze­ma­wia do nas i ocze­kuje od nas chęci słu­cha­nia, sztuki wy­ci­sze­nia się i woli zro­zu­mie­nia. Jedną z wiel­kich po­kus na dro­dze wiary jest re­du­ko­wa­nie Bo­żego słowa do słowa pi­sa­nego. Znamy przy­sło­wie "co na­pi­sane, to dane"; pi­sane słowo po­maga na­szej pa­mięci i jest uży­tecz­nym środ­kiem dys­cy­pli­no­wa­nia na­szej fan­ta­zji. Ale szu­ka­nie sensu, wy­si­łek ku głęb­szemu zro­zu­mie­niu słowa musi być nie­siony dy­na­miką Du­cha. "Li­tera za­bija, Duch oży­wia" - uczy apo­stoł Pa­weł9. Du­cha nie można ha­mo­wać lę­kli­wym i mało twór­czym przy­wią­za­niem do tego, co kie­dyś zo­stało na­pi­sane.

Boże ob­ja­wie­nie ma cha­rak­ter nie­wy­czer­pa­nej ta­jem­nicy, dla­tego za­wsze na­leży zo­sta­wiać prze­strzeń do dal­szego po­szu­ki­wa­nia i głęb­szego zro­zu­mie­nia. Na dro­dze po­szu­ki­wa­nia z pew­no­ścią po­trze­bu­jemy na­uczy­cieli, wy­kształ­co­nych in­ter­pre­ta­to­rów i mi­sta­go­gów, in­spi­ru­ją­cych i za­chę­ca­ją­cych do pój­ścia w głąb. Ale tak jak nie mo­żemy przy­wią­zy­wać się do li­tery, tak też nie mo­żemy przy­wią­zy­wać się do na­uczy­cieli, nie mo­żemy zre­zy­gno­wać z ja­kiej­kol­wiek od­po­wie­dzial­no­ści za wła­sne po­szu­ki­wa­nia, prze­ka­zu­jąc je wy­łącz­nie "urzę­dowi na­uczy­ciel­skiemu". Wsłu­chi­wa­nia się w Du­cha, który w pro­ce­sie doj­rze­wa­nia wiary stop­niowo wpro­wa­dza każ­dego wie­rzą­cego i cały Ko­ściół co­raz bli­żej peł­nej prawdy, nie można za­stą­pić po­słu­szeń­stwem wo­bec Ko­ściel­nej wła­dzy.

Przede wszyst­kim Ko­ściół ka­to­licki przez stu­le­cia ule­gał owej po­ku­sie. Słowo "wie­rzę" by­wało nie­kiedy poj­mo­wane w zna­cze­niu: "po­słusz­nie przyj­muję wszystko, co mi prze­ło­żeni ko­ścielni do wie­rze­nia przed­kła­dają". Sztuka słu­cha­nia Du­cha była za­stę­po­wana cnotą po­słu­szeń­stwa, lo­jal­no­ścią wo­bec in­sty­tu­cji. Na­wet wła­dza ko­ścielna nie ma mo­no­polu na pełne ro­zu­mie­nie Du­cha, bo i ona musi słu­chać tego, co Duch mówi także w inny spo­sób - rów­nież przez do­świad­cze­nie i prak­tykę wiary ca­łego ludu Bo­żego jako sen­sus ­fi­de­lium, a cza­sem także przez sa­motne i nie­wy­godne głosy pro­ro­ków. Przed­sta­wi­ciele wła­dzy ko­ściel­nej czę­sto nie chcą sły­szeć i trak­to­wać po­waż­nie gło­sów tych, któ­rzy już z da­leka wi­dzieli to, co się zbli­żało, a przed czym wielu za­sła­niało twarz.

Du­chowe ży­cie lu­dzi w ciągu ca­łej epoki no­wo­żyt­nej co­raz bar­dziej się in­dy­wi­du­ali­zo­wało, a te­raz wcho­dzi w prze­strzeń, która nie jest ustruk­tu­ry­zo­wana przez tra­dy­cyjne in­sty­tu­cje re­li­gijne, ich ję­zyk i ka­te­go­rie my­ślowe. Trend ten jed­nak nie­sie ze sobą liczne prze­szkody. Je­śli ży­cie du­chowe jed­no­stek odłą­cza się od Ko­ścioła jako "wspól­noty pa­mięci", gubi kon­tekst tra­dy­cji, a także wspólny ję­zyk do wy­miany do­świad­czeń; czę­sto po­tem traci kry­tyczną ko­rek­cję wo­bec do­świad­czeń in­nych. Rów­nież do ży­cia du­cho­wego od­no­szą się słowa Pana, że nie jest do­brze, aby czło­wiek był sam.

Cza­sami lu­dzie ową sa­mot­ność na dro­dze du­cho­wej - po roz­cza­ro­wa­niu wiel­kimi tra­dy­cyj­nymi Ko­ścio­łami - kom­pen­sują so­bie w ten spo­sób, że wcho­dzą do nie­tra­dy­cyj­nych ma­łych grup ofe­ru­ją­cych bli­skość, którą utra­cili w wiel­kich in­sty­tu­cjach re­li­gij­nych. Jed­nak nie­które z tych grup ofe­ru­ją­cych za­ple­cze emo­cjo­nalne i silne prze­ży­wa­nie gru­po­wej toż­sa­mo­ści mają cha­rak­ter sekty, bańki, która od­dziela swo­ich człon­ków od szer­szej spo­łecz­no­ści. Czło­wiek nie wy­mknie się z pu­łapki sa­mot­no­ści, za­mknię­cia w so­bie, wy­bie­ra­jąc za­mknię­cie in­nego typu.

***

Kry­zys za­ufa­nia do in­sty­tu­cji jest po­wszechną ce­chą na­szej cy­wi­li­za­cji i nie do­ty­czy tylko in­sty­tu­cji Ko­ścioła. Jed­nak nie­uf­ność do in­sty­tu­cji re­li­gij­nych, do "re­li­gii zor­ga­ni­zo­wa­nych" jest w na­szych cza­sach szcze­gól­nie silna. Utraty wia­ry­god­no­ści i ma­so­wego od­pływu wier­nych w wielu kra­jach do­świad­cza zwłasz­cza Ko­ściół ka­to­licki, który kładł szcze­gól­nie silny na­cisk na in­sty­tu­cjo­nalną stronę re­li­gii.

Nie­któ­rzy lu­dzie przy­pi­sują ten kry­zys nie­dawno od­kry­tym skan­da­lom w związku z sek­su­al­nym, psy­cho­lo­gicz­nym i du­cho­wym wy­ko­rzy­sty­wa­niem lu­dzi przez przed­sta­wi­cieli kleru. Wy­daje się jed­nak, że dla wielu osób skan­dale te były ra­czej ostat­nią kro­plą przed prze­la­niem się czary go­ry­czy wo­bec śro­do­wi­ska ko­ściel­nego, w któ­rym lu­dzie prze­stali czuć się u sie­bie, nie znaj­du­jąc wia­ry­god­nych i zro­zu­mia­łych od­po­wie­dzi na swoje eg­zy­sten­cjalne py­ta­nia i pra­gnie­nie za­spo­ka­ja­nia swo­ich du­cho­wych i wspól­no­to­wych po­trzeb.

Pa­pież Fran­ci­szek wcze­śnie się zo­rien­to­wał, że pa­to­lo­giczne przy­padki wy­ko­rzy­sty­wa­nia w Ko­ściele nie były spo­wo­do­wane je­dy­nie upad­kiem jed­no­stek, ale są prze­ja­wem po­waż­nej cho­roby ca­łego sys­temu. Zdia­gno­zo­wał te zja­wi­ska jako prze­jaw i sku­tek kle­ry­ka­li­zmu - w sfe­rze za­rzą­dza­nia, "świec­kiego" poj­mo­wa­nia wła­dzy du­chow­nej. Mi­sją pa­ste­rzy i na­uczy­cieli w Ko­ściele było i jest słu­żenie: słu­że­nie Bogu przez słu­że­nie wspól­no­cie wier­nych; słu­że­nie Słowu, słu­cha­nie go i ob­ja­śnia­nie we wspól­no­cie wier­nych - a tym sa­mym słu­że­nie owej wspól­no­cie; "gło­sić Ewan­ge­lię wszel­kiemu stwo­rze­niu" i przez to słu­żyć wszyst­kim. Je­śli peł­no­moc­nic­two do służby poj­muje się jako wła­dzę, która z pa­ste­rzy i na­uczy­cieli czyni nad­rzędną "wyż­szą ka­stę", wów­czas do­cho­dzi do kle­ry­ka­li­zmu, cho­roby ca­łego sys­temu Ko­ścioła.

Kle­ry­ka­lizm jako cho­roba za­kaźna po­lega na tym, że Ko­ściół za­ra­ził się "du­chem tego świata". Jest za­kaźna także dla­tego, że sze­rzy się we­wnątrz Ko­ścioła; nie tylko kler, ale i świeccy mogą ulec kle­ry­kal­nej men­tal­no­ści. Świeccy swoją bier­no­ścią i ule­gło­ścią mogą wspie­rać wład­cze za­cho­wa­nia kleru lub mogą owe za­cho­wa­nia na­śla­do­wać.

Ci, któ­rzy ule­gli kle­ry­ka­li­zmowi, lu­bią (ubio­rem, spo­so­bem za­cho­wa­nia, miesz­ka­nia, ty­tu­łami) od­róż­niać się od in­nych, od "świata", po­dob­nie jak czy­nili to ze swymi frędz­lami fa­ry­ze­usze, któ­rych Je­zus kry­ty­ko­wał10. For­mal­nie od­gra­dzają się od świata, jed­no­cze­śnie jed­nak swoją men­tal­no­ścią, du­chem pod­le­gają "temu światu", "świec­ko­ści", wład­czym po­sta­wom. Za­cho­wują się jak przed­sta­wi­ciele wła­dzy świec­kiej. Przed tym jed­nak Je­zus wy­raź­nie ostrze­gał swo­ich uczniów: nie tak bę­dzie mię­dzy wami11.

Je­zus ży­czył so­bie wspól­noty braci i sióstr, która ma jed­nego Ojca, jed­nego Mi­strza i Pana, żyje i od­dy­cha jed­nym Du­chem. Tam, gdzie na pierw­szy plan wy­suwa się rolę oj­ców Ko­ścioła i na­uczy­cieli, osła­bia się za­równo łącz­ność owej czę­ści Ko­ścioła z jego ca­ło­ścią, Bo­żym lu­dem, jak i otwar­tość owej ca­ło­ści na swo­bodny po­wiew Du­cha. Tam, gdzie war­stwa pa­ste­rzy i na­uczy­cieli zbyt­nio przy­wią­zuje się do swo­jej roli, prze­staje pro­wa­dzić in­nych ku doj­rza­ło­ści, do­ro­sło­ści i od­po­wie­dzial­no­ści. Rów­nież do Ko­ścioła od­nosi się stwier­dze­nie, że nad­mierna i nie­kon­tro­lo­wana wła­dza ulega po­ku­sie ko­rup­cji.

Do pro­roc­kiej roli Ko­ścioła na­leży do­strze­ga­nie, od­kry­wa­nie nie­ładu we wła­snych sze­re­gach, na­zy­wa­nie go po imie­niu, na­wo­ły­wa­nie do po­kuty i na­wró­ce­nia, po­dob­nie jak to było u izra­el­skich pro­ro­ków, o któ­rych czy­tamy w Bi­blii. Rola pro­rocka obej­muje kry­tykę spo­łeczną i kry­tykę prze­ja­wów de­wia­cji w Ko­ściele, ale na tym się nie wy­czer­puje.

Rolą pro­ro­ków jest także za­chę­ca­nie i po­ka­zy­wa­nie, że każdy kry­zys jest jed­no­cze­śnie szansą, oka­zją. Kry­zys wielu form i aspek­tów in­sty­tu­cjo­nal­nych struk­tur Ko­ścioła może stać się oka­zją do roz­wi­nię­cia i uka­za­nia in­nej twa­rzy Ko­ścioła, głęb­szego, we­wnętrz­nego wy­miaru jego ży­cia.

***

Ze­wnętrzne struk­tury in­sty­tu­cjo­nalne mają słu­żyć jako ochronne mury ży­cia dzie­ją­cego się we­wnątrz, w mu­rach jed­nak mu­szą być otwarte bramy słu­żące do obu­stron­nej ko­mu­ni­ka­cji. So­cjo­lo­gicz­nie rzecz uj­mu­jąc, sys­tem Ko­ścioła musi za­cho­wać zdol­ność twór­czej in­te­rak­cji z po­zo­sta­łymi sys­te­mami spo­łecz­nymi, w prze­ciw­nym ra­zie się zde­ge­ne­ruje.

Kiedy in­sty­tu­cje, które zbyt­nio od­gro­dziły się za­mknię­tymi mu­rami, upa­dają, ży­cie z nich się roz­lewa i szuka no­wych form ze­wnętrz­nych. Tak się już w dzie­jach Ko­ścioła działo kil­ku­krot­nie i tak znowu dzieje się dzi­siaj. W nie­któ­rych wy­pad­kach owe ze­wnętrzne mury upa­dły dla­tego, że były mu­rami pu­stego domu - nie­które formy Ko­ścioła były we­wnętrz­nie opróż­nione, a to, co na ze­wnątrz, było tylko ku­li­sami; ni­czym po­tiom­ki­now­skie wio­ski - uda­wały je­dy­nie ży­cie, któ­rego w nich nie było. W in­nych wy­pad­kach ży­cie we­wnętrzne pew­nych wspól­not wiary było bar­dzo dy­na­miczne i dla­tego mu­siało się z owych prze­sta­rza­łych i zbyt cia­snych struk­tur ze­wnętrz­nych wy­zwo­lić.

W każ­dym wy­padku sta­ra­nia o re­formę po­winny się za­cząć od rze­czo­wej dia­gnozy du­cho­wej ży­wot­no­ści róż­nych śro­do­wisk w Ko­ściele. Stale po­wta­rzam, że by­łoby fa­tal­nym błę­dem ogra­ni­cza­nie się wy­łącz­nie do re­formy in­sty­tu­cjo­nal­nej. Nowe wino po­trze­buje no­wych bu­kła­ków, ale ­na­wet naj­do­sko­nal­sze bu­kłaki same z sie­bie no­wego wina nie da­dzą.

Od­no­szę nie­kiedy wra­że­nie, drogi pa­pieżu Ra­fa­elu, że w na­szym Ko­ściele na­sta­wi­li­śmy się głów­nie na owe bu­kłaki, na ze­wnętrzną in­sty­tu­cjo­nalną formę Ko­ścioła, i że do­ty­czy to za­równo tra­dy­cjo­na­li­stów, jak i pro­gre­si­stów: jedni zu­ży­wają wiele ener­gii, aby utrzy­mać Ko­ściół w nie­zmie­nio­nym sta­nie, dru­dzy na to, żeby go zmie­nić. Uwa­żam, że po­zy­tywna zmiana musi się za­cząć od od­nowy tre­ści, a do­piero po­tem może dojść do od­no­wie­nia formy.

Przy­pusz­czam jed­nak, że w wy­padku Ko­ścioła nie jest ła­two od­dzie­lić formę od tre­ści. Wiele z tego, co było uwa­żane za treść, za "ją­dro" - i dla­tego było trak­to­wane jako coś nie­ty­kal­nego i nie­zmien­nego - dziś jawi się ra­czej jako forma wy­razu praw­dzi­wego ją­dra. Istota tkwi znacz­nie głę­biej. Liczne de­fi­ni­cje do­gma­tyczne, formy li­tur­giczne, ka­nony prawa ko­ściel­nego i struk­tury in­sty­tu­cjo­nalne zo­stały prze­kształ­cone w to, co po­winny wy­ra­żać. Je­śli się ab­so­lu­ty­zo­wały, sta­wały się bar­dziej boż­kami niż iko­nami, bar­dziej prze­szko­dami niż po­mocą na dro­dze ku "ją­dru rze­czy". Prze­stały peł­nić swą słu­żebną funk­cję, czyli wska­zy­wać po­nad sie­bie i poza sie­bie12.

Tym ją­drem jest samo ży­cie Boże, wle­wa­jące się w ludz­kie dzieje. Istotą Ko­ścioła jest dzia­nie się, pro­ces - kon­ty­nu­acja ta­jem­nicy wcie­le­nia, śmierci i zmar­twych­wsta­nia Chry­stusa. Je­śli my­ślimy o Ko­ściele w spo­sób teo­lo­giczny, to nie mo­żemy tych dwóch stron jego ży­cia - ży­cia Bo­żego, ta­jem­nicy obec­no­ści Chry­stusa oraz owej wi­dzial­nej, in­sty­tu­cjo­nal­nej, a w ciągu dzie­jów zmie­nia­ją­cej się formy - od sie­bie od­dzie­lać ani nie mo­żemy jed­nej za­mie­niać na drugą. Nurt ży­cia Bo­żego za­wsze prze­ra­sta po­jem­ność ludz­kich struk­tur i ludz­kiego poj­mo­wa­nia. Cho­dzi o nie­wy­czer­paną ta­jem­nicę, która stale umoż­li­wia dal­sze po­szu­ki­wa­nie i głęb­sze zro­zu­mie­nie.

Tak, rów­nież owe struk­tury są kon­se­kwen­cją wcie­le­nia, Bo­żego wej­ścia w ludzką na­turę, ludzką hi­sto­rię i ludzką wspól­notę. Struk­tury te sta­no­wią skład­nik pro­cesu wcie­le­nia, mają udział w tej ta­jem­nicy, ale jed­no­cze­śnie są po­wo­łane do uczest­nic­twa w wiel­ka­noc­nym wy­da­rze­niu śmierci i zmar­twych­wsta­nia - do pro­cesu prze­miany.

Je­śli dzie­jowa droga Ko­ścioła ma być na­śla­do­wa­niem Chry­stusa, to Ko­ściół nie może uchy­lać się od krzyża i śmierci; wiele musi w nim ob­umrzeć, aby mógł się stać świad­kiem zmar­twych­wsta­nia - a zmar­twych­wsta­nie nie jest je­dy­nie re­su­scy­ta­cją, drogą wstecz, ale prze­mianą.

Od­nowę ru­chów w Ko­ściele na­leży oce­niać we­dle tego, w ja­kim stop­niu spra­wiają one, by wszystko, co ludz­kie w Ko­ściele, było stale otwarte na zmie­nia­jącą się dy­na­mikę Bo­żej obec­no­ści. Je­zus w swo­jej zna­nej przy­po­wie­ści mówi o ziar­nie, które musi ob­umrzeć, żeby wy­dało plon13. Czyż przy­po­wieść ta nie do­ty­czy rów­nież hi­sto­rycz­nych prze­mian chrze­ści­jań­stwa?

Je­żeli tak, wów­czas to, co wielu z oba­wami ob­ser­wuje i tłu­ma­czy jako za­nik chrze­ści­jań­stwa, jest je­dy­nie nie­zbęd­nym ob­umar­ciem ziarna. Nie­kiedy mam wra­że­nie, że temu ob­umie­ra­niu ziarna po­świę­camy zbyt wiele uwagi. Być może umyka nam wtedy fakt, że wła­śnie tam, gdzie tego w ogóle nie ocze­ku­jemy, kieł­kuje wła­śnie ów "ob­fity plon".

Drogi pa­pieżu Ra­fa­elu, to są py­ta­nia, które bu­dzą mnie ze snu. Cie­szę się, że mogę Ci je za­dać.