Listy bardzo intymne. Romans w papilotach. Listy bardzo intymne - Elżbieta Narbutt, Maria Biłas-Najmrodzka

Kup ebooka

27.00 zł
22.95 zł (21,64 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Droga moja Elżbieto!

Proszę Cię, abyś - najlepiej nigdy - nie pozbywała się ludzkich słabości. Nie chodzi już o to, że gdybym ja - wiedziona Twoim przykładem - miała się pozbyć swoich, stałabym się gołym i bosym cieniem pogodnego człowieka. Wszak dobrze wiesz, że cała jestem ulepiona ze słabości.

Weźmy na przykład prysznic - jeden z najlepszych wynalazków ludzkości.

Zawsze, gdy pod nim stajesz, myślisz z zachwytem o przyrodzie, która daje wodę, o perfumeriach, które dają mydła, o wielkości duszy samego prysznica, który od ciebie niczego nie oczekuje, a daje wolność, leniwe stanie i niewyobrażalną fizyczną przyjemność. Użyjesz szamponu do włosów, żelu pod prysznic, płynu do higieny intymnej...

I stoisz.

Woda na ciebie leci, a ty - jak gdyby nigdy nic - tylko myślisz o niebieskich migdałach.

Znów użyjesz szamponu do włosów, żelu pod prysznic, płynu do higieny intymnej...

Znów woda na ciebie leci, a niebieskie migdały powiększają się do rozmiaru świeżych kokosów.

I stoisz. Jak cielę.

Użyjesz do włosów płynu do higieny intymnej, a resztę skąpiesz w szamponie.

Woda na ciebie leci, a na kokosowych palmach siedzą kolibry i mówią do siebie tak, jak nie mówią nawet wróbelki i sikorki.

Woda leci, lecz instynkt ci nakazuje wykonać jakąś pracę. A tu kolibry... kolibry... kolibry...

Znów płyn do higieny intymnej na głowę, a szampon na resztę ciała...

Instynkt.

Nagi instynkt.

Ps 1

Przeczytałam ten list przed kliknięciem wyślij i złapałam się za głowę: dlaczego sterczę i sterczę pod tym prysznicem?

Dla niebieskich migdałów?

Dla kilku kolibrów?

Dla kokosowych palm?

Może dla tego pięknego świata, który oczyszcza mnie z codziennych strachów przed zalewem złych, tragicznych informacji, przed własną bezsilnością wobec tego, co uważam za nieprawe, i w ogóle przed tym, co każdego z nas po ludzku przewraca i nie pozwala mu się podnieść?

Nagi instynkt samoobrony?

Dzięki ci, ludzkości, za wynalezienie prysznica!

Pozbyć się czegoś takiego i stać pod wodą bez przyjemności?

Pozbyć się dumania na kanapie?

W życiu!

Ps 2

Obie wiemy, że starość ma kilka uciążliwych defektów, ale ma też trochę takich radości, jakich nie masz w żadnym innym wieku; na przykład to - jak mawiała Stefania Grodzieńska - że już nic nie muszę. Nie muszę wygłaszać poglądów i nie muszę ich nie wygłaszać, nie muszę być śliczna, ani dobrze wypaść, nie muszę wypowiadać złotych myśli - ba! - w ogóle mogę z zachwytem pomilczeć. Nie muszę również nie mieć słabości i świecić przykładem. Natomiast mogę - bezgłośnie sobie chichocąc - prawdziwie współczuć tym, którzy muszą (lub też jeszcze muszą):

- mieć pogląd na każdy temat (i go wygłosić)

- mówić dużo i bez przerwy, ze strachu przed ciszą

- muszą być zawsze ubrani, jak należy

- muszą poczekać, aż zostaną w towarzystwie docenieni,

a zwłaszcza

- muszą mieć rację!

Biedacy!

Ps 3

Nie zdążyłam się pochwalić: kupiłam sobie nowe przepiękne leginsy. Są w kolorze głębokiej oliwkowej zieleni, a na nogawkach mają nieznane mi, bordowe kwiaty. Więcej kwiatów jest na lewej, bo wzór jest asymetryczny.

Jak to dobrze, że nie mam dziś czterdziestu lat i nie jestem na stanowisku, bo nie wypadałoby mi ich włożyć. Dobrze też, że nie mam pięćdziesięciu ani sześćdziesięciu, bo miałabym obawy, czy aby nie jestem na nie za stara. Co innego, gdy mam siedemdziesiąt pięć lat i "nic nie muszę". Dawno żaden ciuch nie sprawił mi takiej radości. Po prostu nie mogę nimi się nacieszyć!

Całuję Cię i przepraszam za tyle PS-ów. Chyba rozsadza mnie zachwyt nad wiekiem,M.

Droga Marysiu,

setki razy obiecywałam sobie, że powstrzymam się od jakichkolwiek krytycznych uwag pod adresem dorastających dzieci swoich znajomych. Każda taka rozmowa kończyła się bowiem stwierdzeniem strony przeciwnej, że nie mam dzieci, nie wiem więc, co mówię. To szczera prawda. Nie zaznałam uroków macierzyństwa, ale też nie zaznałam przyjemności posiadania willi z ogrodem, samochodu, bycia śpiewaczką czy malarką i wielu innych. Czy to ma znaczyć, że nie mam prawa wypowiadać się na tematy, które bezpośrednio mnie nie dotyczą? Bzdura.

Wracając do dzieci. Wpadła do mnie na kawę Kinga i w połowie wizyty rozmowa zeszła na trudy prowadzenia domu w dzisiejszych zabieganych czasach. Kinga pracuje zawodowo - podobnie jej mąż. Oboje dobrze zarabiają, ale wszystko odbywa się kosztem domu. Nieopatrznie zapytałam, czy nie powinni złożyć części obowiązków na barki dwóch studiujących córek, no i się zaczęło. Dowiedziałam się, że panny są zajęte nauką i dobrze, jeśli znajdą chwilę na sprzątanie własnych porozrzucanych ciuchów i wyprowadzenie od czasu do czasu psa na spacer.

Rozmowa skończyła się jak zawsze - nie mam dzieci i nie wiem, co mówię.

Po wyjściu Kingi zrobiłam sobie drugą kawę i zapadłam w swoją PRL-owską młodość. Też studiowałam, mieszkałam z ojcem w pokoju z kuchnią, miałam psa i ani mi przez głowę nie przeleciało, że jestem zwolniona z obowiązków domowych. Nie było Ukrainek, które by przyszły do gruntownych porządków, a nawet gdyby były - nie było pieniędzy na taką pomoc. Ja to ja, wszystkie żyłyśmy w socjalistycznym niedostatku, ale moja babcia? Była wychowanką instytutu dla szlachetnie urodzonych panien białostockiej filii Instytutu Smolnego w Petersburgu. Nie uczęszczały tam biedulki, lecz panny z zamożnych domów. Na jej maturalnym świadectwie, obok matematyki, fizyki, chemii i języków obcych są stopnie z gotowania, szycia i sprzątania. Na co im była potrzebna ta wiedza? To proste: żeby znały wartość pracy i wiedziały, czego mogą, a czego nie mogą wymagać od służby.

Tak było w zaborze rosyjskim pod koniec dziewiętnastego wieku i nijak to się ma do wychowania młodzieży w wolnej Polsce dwudziestego pierwszego wieku. Ale nie mam dzieci, nie powinnam więc się wypowiadać. Chyba, że mówię do Ciebie.

Całuję, Twoja E.

O

d dłuższego czasu Alicja myślała o zaangażowaniu się w działalność społeczną. To miałby być wolontariat. Wiedziała, co chciałaby robić, ale przeszkadzały obawy, jak sobie poradzi, zwłaszcza z organizacją grupy wolontariuszy. Nigdy przedtem nie robiła podobnych rzeczy, nie angażowała się w podobne sprawy. Z nieoczekiwaną propozycją przyszli Zuza i Łukasz, którzy postanowili poznać Alicję z kimś, kto zna na wskroś te zagadnienia. Zaprosili ją więc do siebie.

Kiedy wchodziła do mieszkania Zuzi i Łukasza, przy stole siedziały już cztery osoby: Tomasz Kwaśny z towarzyszącą mu młodszą o jakieś dziesięć lat kobietą oraz oboje gospodarze. Ona była piąta. Aha, więc to ten gość, którego miała poznać i ewentualnie skorzystać z jego pomocy, pomyślała Alicja, zaglądając z przedpokoju do jadalnego. Jak mawiała jej przyjaciółka Magda: "Z wierzchu wyglądał normalnie". Miał ze sto siedemdziesiąt osiem centymetrów wzrostu, na oko sześćdziesiąt lat, lekko siwiejące włosy i nieco rysujący się brzuch. Ale przecież nie dla urody go zaproszono.

Jeszcze zdejmowała płaszcz w przedpokoju, gdy przy stole stawiano kropkę po jakimś ważnym zdaniu o Afryce. Nie zapamiętała, czy sześćdziesięciolatek właśnie stamtąd wrócił, czy też tam właśnie się wybierał. Ostatnio nie wsłuchiwała się szczególnie w to, co ktoś opowiadał o tym, co robi. Sama nie mogła nadążyć za tym, co miała do zrobienia.

Lubiła dom Łukaszów. Rozmowy, jakie odbywały się przy ich stole, zawsze coś nowego wnosiły, człowiek czegoś ciekawego się dowiadywał. Ludzie o szerokich zainteresowaniach, wielu pasjach, którymi potrafili się dzielić. Nawet na dzisiejszym spotkaniu obowiązywał określony temat, został również wyznaczony cel, a dzięki niemu Alicja miała szansę wydobyć z ich gościa niemałą wiedzę o uruchamianiu społecznych działań i szukaniu dla nich sponsorów. Był dziennikarzem, trochę pisarzem. Alicja słuchała go uważnie, zwłaszcza że lubiła ten sposób relacjonowania spraw: bez świętego ognia w oczach, bez ekscytowania się własnymi sukcesami - konkretnie, pragmatycznie, rzeczowo. I tak właściwie się dowiedziała, co chciała wiedzieć.

Kolacja była udana.

Ten dobór elementów - dobrej kuchni i dobrego towarzystwa - stanowił zawsze mocną stronę domu Zuzy i Łukasza.

- I oczywiście wtedy należy sprawie szczególnie się przyjrzeć - kończąc kwestię, powiedział siwiejący sześćdziesięciokilkulatek...

Zaskoczyło Alicję, że Kwaśny za długo zatrzymał na niej spojrzenie. Właściwie tak długo patrzył, że była zmuszona spuścić wzrok. Ludziom patrzącym znad okularów to pewnie się zdarza, pomyślała.

Droga Marysiu,

demografowie biją na alarm, że niedługo będziemy społeczeństwem głodnych starców, bo nikt nie zarobi na nasze emerytury, a tymczasem w moim otoczeniu sypnęło dziećmi. Urodziły się trzy dziewczynki i siedmiu chłopców. Czyżby groziła nam wojna?

Ale nie o wojnie chcę dziś z Tobą porozmawiać, lecz o zmianach obyczajowych.

Połowa dzieci jest owocem związków sakramentalnych, druga połowa - partnerskich. I co? I nic. Status rodziców nie robi żadnego wrażenia. Jeszcze nie tak dawno, za czasów mojego dzieciństwa, o nieślubnych dzieciach dorośli mówili szeptem, żeby nie gorszyć podsłuchujących wnuczek czy córeczek. W domu moich dziadków o takich wstydliwych wypadkach dorośli rozmawiali po francusku. Efekt był taki, że na lekcjach francuskiego znałam wyrazy, których dziecko z dobrego domu znać nie powinno.

Naiwnością jest przecież sądzić, że sześciolatka nie połapie się, o czym mówią starsi...

Gdy trochę podrosłam, obce języki wyszły z użycia, a nieślubne potomstwo nazywało się dziećmi miłości. I znowu mętlik w mojej małej głowie. Piotruś nie ma tatusia i jest dzieckiem miłości, a ja, która mam, kim jestem? Dzieckiem wzajemnej niechęci rodziców?

Biorąc pod uwagę, że moi rodzice byli już po rozwodzie, ta wersja była wielce prawdopodobna. W dodatku babcia utrzymywała, że owoce miłości są zazwyczaj bardzo udane, tak pod względem urody, jak i inteligencji. Po takich deklaracjach babci stawałam przed lustrem i robiło mi się smutno.

Dalsze nauki dotyczące dzieci pobierałam już na podwórku pod trzepakiem. Teraz, kiedy wiem na ten temat wszystko, ogromnie cieszy fakt, że starsze pokolenie nie wyczynia już takich łamańców w kontaktach z przedszkolakami. Wszystkie dzieci są równe, a co łączy mamusię i tatusia nie powinno mieć większego znaczenia.

Smutno mi tylko, że postanowienia rodziców wynikają nie tyle z ich emocji, co są wymuszone względami ekonomicznymi. Korzystniej jest być samotną matką, bo łatwiej jest o żłobek czy przedszkole, a i pieniądze dodatkowe można od państwa wyciągnąć, niż żyć w stadle związanym węzłem małżeńskim.

Odwiedziłam z pół tuzina niemowlaków i byłam zachwycona tatusiami. Przewijają, karmią, wywożą na spacer i wszystko to robią z uśmiechem i poczuciem misji. Nie wyobrażam sobie mojego dziadka, profesora Uniwersytetu Jagiellońskiego w takiej roli! Dada, tak go nazywałam, po pięciu latach mieszkania w jednym miejscu, nie wiedział, gdzie jest w domu spiżarnia, a co dopiero mówić o opiece nad niemowlęciem.

Zainteresowanie mojego ojca ograniczało się do bujania wózkiem i to nie za długo. Gdy skończyłam półtora roku tatuś odszedł bo - jak stwierdził - nie nadawał się do rodzinnego życia.

Całuję najserdeczniej,Twoja E.

Kochana Elżbieto!

Piszesz: ...przed kilkudziesięciu laty któraś z moich ciotek mawiała... oraz że my obie, funkcjonując bez mężczyzn w licznych towarzystwach, nie potwierdzamy reguł starannie wypracowanych przez nasze ciocie, babcie, a nawet rodziców. W jaki sposób miałybyśmy je potwierdzać? Po dziesiątkach lat dawno minionych?

U progu lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku poznałam pewną młodą, bardzo ładną dziewczynę, która dość odbiegała wyglądem od swojego studenckiego otoczenia. Była - jakby to powiedzieć - trochę archaiczna. Była córką profesora politechniki i jego ukochanym, jedynym dzieckiem, bieda więc czy oszczędności nie wchodziły w rachubę. W grę natomiast wchodziła opinia jej mamy, która wymuszała na ukochanej córeczce noszenie takich fryzur oraz ubrań, w jakich było dobrze mamusi przed wojną (przypominam: w latach 1939-1945), kiedy to poznała się z tatusiem! Może więc dobrze się stało, że pewne reguły codziennych zachowań traktujemy przede wszystkim jako świadectwo odleglejszego obyczaju.

Podobnie rzecz będzie się miała z naszymi listami - jeśli w ogóle ktoś kiedyś je znajdzie. Okażą się zapisem i rejestracją aktualnej nam codzienności. Gdybym miała marzyć o tym, co chciałabym, żeby w takim zapisie naszego pokolenia mogło się znaleźć, byłby to opis tego, jacy byliśmy eleganccy. A jeszcze lepiej: jacy wytworni w relacjach między sobą. Jak pięknym językiem się posługiwaliśmy w codziennych kontaktach i jak uważaliśmy, żeby nie urazić cudzej godności.

Chyba musisz mnie puknąć w głowę, bo znów daję się ponieść fantazji.

Całuję, Marysia.

PS

To jeszcze nie koniec - dopisuję kawałek pewnej refleksji o mężczyznach:

Mężczyźni są znacznie biedniejsi od nas, jeśli chodzi o samowypełnianie się życia. Nasze uporczywe kobiece codzienne obowiązki (pranie, sprzątanie, gotowanie, dbanie o najbliższych), które często wywołują w nas bunt, okazują się całkiem zdrową esencją życia.

W latach sześćdziesiątych poprzedniego wieku pewien pan obdarzony wielkim poczuciem humoru tak mówił o podziale obowiązków w swoim domu: - Moja żona zajmuje się tymi mniejszymi sprawami: żeby w domu było co jeść, żeby był porządek, żeby dzieci były zdrowe i dobrze wychowane. Do mnie należą sprawy ważniejsze, na przykład konflikt w Zatoce Świń, skutki trzęsienia ziemi na Alasce, rewolucja kulturalna w Chinach.

Ja go świetnie rozumiem, bo rzeczywiście gdzie tam kobiecie do Zatoki Świń?

Znowu całuję,Marysia.

T

en wieczór był wprawdzie bardzo ładny, ale w Alicji wywołał nieoczekiwany niepokój. Chyba powinnam więcej spać, a mniej się śpieszyć, pomyślała. Mniej się śpieszyć na pewno.

- To robota głupiego, tak pędzić i pędzić, żeby potem nie móc cieszyć się takim wieczorem - powiedziała do siebie karcąco.

Niepokój jednak trwał. Nie lubiła tego; to utrudniało spokojne myślenie, a zwłaszcza teraz było nad czym myśleć. Projekt wolontariatu 50 PLUS wymagał nie tylko stworzenia nowych struktur, lecz także wypełnienia ich dobrze przemyślaną treścią.

W jaki sposób wciągnąć jak największą liczbę uczestników do działania?

Co zrobić, żeby cieszyli się z tego, co robią?

Do jakich placówek się przymierzyć?

I najważniejsze:

Czy to nie jest rzucanie się z motyką na słońce?

Co będzie, jeśli sobie nie poradzi?

Ilu osobom sprawi zawód?

Czy ma siłę, aby rzecz doprowadzić do końca?

A może to w ogóle nie jest do zrobienia?

Może głupio to wymyśliła?

Tak. To chyba nie może się udać. Nie może!

Lepiej pięć razy pomyśleć, niż zawieść zaufanie. Szczególnie gdy chodzi o działania społeczne. Raz kogoś zniechęcisz i drugi raz do tego nie wróci.

Teraz jednak nie zacznie.

Może w ogóle do tego się nie nadaje?

W końcu tylu jest mądrzejszych, którzy nie podjęli się tego zadania.

Tak, przemyślę to jeszcze pięć, może nawet dziesięć razy. I może jednak zrezygnuję, zastanawiała się. Powiem, że to nie jest sprawa braku odwagi, lecz poczucie odpowiedzialności.

Tak. Właśnie odpowiedzialności. Sama się zdziwiła, kiedy usłyszała swój chichot.

- A nie o własne lenistwo ci przypadkiem chodzi? Jasne! Również o to.

W środę nieoczekiwanie zadzwonił Tomasz.

- Przepraszam, że pozwoliłem sobie wziąć od Łukaszów pani numer telefonu, ale pomyślałem, że może będzie pani miała wątpliwości, czy sobie poradzi z tym projektem, czy to w ogóle może się udać, czy jednak jeszcze raz się zastanowić, czy w ogóle nie zrezygnować?

No tak, właściwie tylko brakowało tekstu o lenistwie.

- Chciałem wesprzeć i dodać otuchy - mówił kojącym tonem.

Głupia sprawa: od śmierci męża nikt nie dodawał Alicji otuchy w takich sprawach. W końcu podjęcie się tego przedsięwzięcia było wyłącznie jej wyborem. Sama chciała. Pomoc Tomasza nie była jednak tym samym, co korzystanie ze wsparcia przyjaciół, gdy już się wydawało, że Alicja nie powstanie po upadku. Słysząc go, dziwnie ciepło robiło się jej na duchu.

- Świetnie wiem - mówił łagodnie - ile człowiek ma wątpliwości, nim podejmie decyzję.

On? Wątpliwości? Niemożliwe. Niemożliwe, żeby on jakikolwiek projekt zaczynał od zera.

Może by się nie zaangażował w mój projekt - myślała Alicja - wystarczyłoby jednak, żeby mnie wsparł.

- Przed tymi - kontynuował - które zaczynałem od zera, nieraz chciało mi się uciec. Mam prośbę, czy miałaby pani chwilę, żeby wysłuchać w piątek, w radiu, rozmowy o książce z moimi reportażami? Zależy mi na pani opinii.

- Jasne, nie widzę przeszkód - powiedziała natychmiast, jednocześnie w myślach stwierdzając, że Tomasz ma dobry głos - radiowy - i miło, że znalazł czas i się zainteresował cudzą sprawą, mimo że był - jak jej się wydawało - tuż przed wylotem na dłuższy czas z kraju.