WSTĘP
Zagwizdałem po raz ostatni. I już? To koniec? Tak po prostu? Skończył
się finał Pucharu Polski, a ja kończyłem karierę sędziego. Piłkarze
Ruchu Chorzów rozemocjonowani wygraną biegali po boisku, a ja zostałem z rozproszonymi myślami w głowie.
Miałem 43 lata. Nie musiałem opuszczać sceny, przepisy pozwalały
sędziować kolejnych siedem lat. Tylko nie widziałem sensu. Dwa razy
sędziowałem w mistrzostwach świata, pojechałem na igrzyska olimpijskie.
Jako sędzia nic więcej bym nie osiągnął. Mógłbym jedynie żyć
przeszłością i odcinać kupony.
Z trybun finałowi przyglądał się Aleksander Kwaśniewski. Wtedy jeszcze
prezydenci Polski zaglądali na decydujące spotkanie krajowego pucharu.
Zresztą przed meczem pożegnał mnie z honorami. Wszedł na boisko, wręczył
kryształ - choć akurat kryształów szczerze nie znosiłem - jako pamiątkę
za wieloletnią karierę. Obok kręcili się fotoreporterzy, spiker uderzył
w doniosły ton: - Dziś ostatni mecz sędziego międzynarodowego
Listkiewicza. Dziękujemy!
Kwaśniewski klepał mnie po plecach, a ja kokietowałem: - Panie
prezydencie, nie przesadzajmy... Jaka tam kariera... Sędziowałem jak
umiałem.
Kwaśniewski nachylił się do mojego ucha. I wyszeptał tak, żeby nikt inny
nie usłyszał:
- Michał, nie pierdol.
* * *
Wziąłem sobie do serca prezydencką radę na resztę życia i w tej książce
też postaram się, żeby pozostała aktualna. Nie zabraknie momentów, w zasadzie będzie ich większość, gdy szeroko się uśmiechniecie. Bo mimo
koszmarnych przejść takie jest właśnie moje życie. Wesołe i z przygodami.
Z prezydentem FIFA Jo?o Havelangem, Kaziem Górskim i Andrzejem
Strejlauem, wtedy selekcjonerem naszej reprezentacji, pojechaliśmy na
spotkanie z Lechem Wałęsą. Prezydent narzekał na wyniki kadry i rzeczywiście miał powody, bo były dalekie od oczekiwanych.
- Za pana czasów to było! - pochwalił Górskiego.
Kazio miał już dość wspominania starych dziejów.
- Panie prezydencie, teraz czas na młodych - wskazał na Strejlaua.
- To są młodzi? - Wałęsa uważnie przyjrzał się charakterystycznej twarzy
Andrzeja i machnął zrezygnowany. - Eee, to nic z tego nie będzie.
Jako działacz oglądałem piętnaście turniejów o mistrzostwo świata w różnych kategoriach. Gdybym został nim od razu albo trzymał się pracy
dziennikarza, nie miałbym szans przeżycia tego, co zapewniło mi
sędziowanie. To dzięki niemu znalazłem się tak blisko wielkiej piłki, że
bliżej podejść się nie da. Bo co zapewnia lepszą perspektywę oglądania
finału mistrzostw świata niż bycie na boisku? No i te wspomnienia, gdy
rozwścieczeni porażką Argentyńczycy zjawiają się pod twoją szatnią. Ile
osób na świecie może powiedzieć, że w ich drzwi kopał sam Diego
Maradona?
* * *
Jako prezesa PZPN zatopiła mnie afera korupcyjna. Tam, gdzie ja
widziałem czarną owcę, grasowało już stado hien. Pomyliłem się w ocenie
skali brudnego zjawiska, nie doceniłem przebiegłości i - co tu kryć -
bezwzględności wielu osób. Moje ruchy były spóźnione, przyznaję.
Najbardziej zawiedli mnie ci, którym zaufałem i wyznaczyłem do
pilnowania porządku. Mieli kierować organizacją sędziowską, a pod moim
bokiem sami założyli organizację, która ze sportem miała niewiele
wspólnego.
Do dziś wracają pytania: jak mogłem tego nie zauważyć? Gdybym wiedział,
że kupczenie meczami odbywa się w tak ordynarny sposób, to chociażby w swoim interesie i dla chronienia własnego tyłka wyrzuciłbym tych ludzi
ze związku. Nie jestem idiotą, który trzyma pod bokiem złodzieja,
wiedząc, że mnie okrada.
Zastanawialiście się kiedyś, jak to jest być wrogiem publicznym numer
jeden w Polsce? Nie będzie lepszej okazji, by się o tym dowiedzieć. Od
czego zaczniemy? Od zdewastowanego grobu moich rodziców, który ktoś
zapaskudził obraźliwymi napisami? A może od karetki pogotowia pod domem,
kiedy żona nie wytrzymała nagonki na męża? Wróciłem do domu po programie
u Bogdana Rymanowskiego w TVN24, na który Janusz Palikot przyszedł ze
świńskim łbem i grzmiał, że Listkiewicz jako szef mafii pójdzie
siedzieć. Politycy w ogóle, o czym zdążyłem się przekonać, mogliby robić
doktorat z cynizmu. Oni nie tyle idą po trupach do celu, co po nich
biegną.
Zobaczyłem roztrzęsioną żonę, zapłakaną i z wariującym tętnem.
- Co się stało?
- Widziałam... - z trudem próbowała wyrównać oddech. - Widziałam ten
program... Jak my teraz wyjdziemy na ulicę? Jak my się ludziom pokażemy?
Nie mogła się uspokoić, więc wezwałem pomoc.
Nienawiść wybiła ponad skalę, zatruwając toksycznością codzienność moją
i bliskich. Zapłaciłem za to zdemolowanym życiem prywatnym, być może
przez to rozpadło się moje małżeństwo. Dla Doroty takie życie na dłuższą
metę okazało się nie do zniesienia.
Nienawidzili mnie, oj jak mnie nienawidzili. A ja w życiu do nikogo nie
czułem nienawiści. Mogę mieć do kogoś żal, może mi nie pasować, ale żeby
nienawidzić? Wybaczyłem nawet morderczyni mojej mamy, na co moja
ówczesna żona zareagowała: - Gdybyś miał trzeci policzek, też byś go
nadstawił.
Najbliższa rodzina, przyjaciele, znajomi - wszyscy byli przeciwko mnie.
Nie rozumieli. I wiecie co? To ja z nich wszystkich najlepiej znałem
mamę i wiem, co by zrobiła. Wybaczyła.
* * *
Powiedzieć wam, dlaczego tak bardzo cenię życie i każdy jego dzień?
Przez śmierć i cień, jaki za sobą zostawia. Towarzyszyła mi tak często,
że zdążyłem się z nią oswoić. Ze śmiercią cudzą, swoją. Jest w moim
życiu mocno widoczna, stała się jego częścią. Dodam, że nawet dość
znaczącą. Jakby kostucha uparła się, że zanim zgłosi się po Michała
Listkiewicza, to wcześniej trochę go podręczy.
Jest coś takiego nie do opisania, nie do określenia... Może to zwykły
zbieg okoliczności. Ale przypadków nagłej śmierci czy takiej, która
wzięła mnie za świadka, jest w moim życiu za dużo. W dodatku mam taki
niepisany, nazwijmy to, obowiązek. Gdy umierał ktoś z rodziny, to nie
wiem dlaczego wśród najbliższych uznawano, że to ja powinienem jeździć
zidentyfikować ciało. I tak stałem się dyżurnym poświadczającym zgony w rodzinie.
Życie składa się z chwil radości, jak i smutku. Jednych i drugich
przeżyłem w nadmiarze. O szczegółach śmierci mamy zakatowanej przez
narkomanów dość się nasłuchałem. Byłem przy śmierci Ryszarda Kuleszy,
widziałem, jak umiera Kazimierz Górski. Pierwszy odszedł ojciec. Był już
wprawdzie mocno chory, ale nic nie wskazywało na to, że to jego ostatni
dzień. Śmierć, wszędzie śmierć.
* * *
Amplituda emocji jest w tej książce wysoka. W moim życiu są mroczne
strony, które dziś, nawet pomimo upływu ponad sześćdziesięciu lat, wciąż
się nie zabliźniły. Tymi tajemnicami, które dawno temu złożyłem w skarbcu pamięci i pilnie strzegłem przed dostępem do nich kogokolwiek,
chcę się z Wami podzielić.
Mam takie chwile, że staję się wyobcowany, samotny. Dostrzega to żona,
wtedy pyta: - Dlaczego jesteś taki dziwny?
- Wiesz, jak byłem dzieckiem, ktoś chciał zrobić mi krzywdę. I to wraca.
Przez minutę nie lubię ludzi.
Ten stan zaraz mija. Za chwilę znów jestem uśmiechniętym Michałem,
rozweselającym towarzystwo kolejnymi opowieściami. Momenty, gdy
rzeczywistość wyświetla obrazy, z którymi nie jestem w stanie sobie
poradzić, są jednak ze mną na stałe. Zmienia się jedynie ich
konsystencja.
Film "Ostatnia rodzina" o mrocznych losach Beksińskich oglądałem w kinie. Ostatnia scena roztrzaskała mnie emocjonalnie. Beksiński
przyjmuje w mieszkaniu zaufanego człowieka, a ten wściekle wbija w niego
ostrze noża. Raz, drugi, trzeci... Wróciły obrazy, bo w podobny sposób
zginęła moja mama. Tak się wtedy poryczałem w kinie, że mnie, dorosłego
już faceta, żona musiała prowadzić do domu. Roztrzęsionego, zagubionego.
Nie można przygotować się na taką śmierć jak mojej mamy. Mogła wpaść pod
tramwaj, mogło przestać bić jej serce, a ona ginęła w męczarniach.
Przechodziłem przez to, gdy oglądałem jej zmasakrowane zwłoki w kostnicy, czytałem o ranach kłutych i poderżniętym gardle, słuchałem o tłuczku do mięsa, nożu czy kablu użytych do jej zgładzenia. Tego nie
można ot tak z siebie wyrzucić.
* * *
Zdarzają się dni, gdy w ciągu kilku godzin spotykają się w nich
wszystkie pory roku. Na pewno coś takiego przeżyliście albo chociaż
namiastkę takiej pogodowej anomalii. Nawet nie wiadomo, jak wyszykować
się do wyjścia z domu, gdy pogoda zmienna i co chwila kaprysi.
Dokładnie takie jest moje życie. Pomieściło cztery pory roku - gorące
lato przeplata się w nim z mroźną zimą, jesień dostojnym krokiem mija
się z wiosną. Tych doświadczeń, uniesień i niepokoju zebrało się tyle,
że starczyłoby i na trzy życiorysy, co poniekąd się zgadza, gdyż
przeżywam teraz w Gdyni szczęśliwe dni z trzecią żoną, Joasią.
I mocno wierzę, że nie będzie jak u Bohdana Łazuki. Kiedy żenił się
trzeci raz, zaprosił na ślub profesora Kazimierza Rudzkiego. Ten
grzecznie odmówił:
- Panie Bohdanie, bardzo gratuluję i dziękuję za zaproszenie. Przyjdę na
następny.
Okazji rzeczywiście nie zabrakło, bo Bohdan małżeńską przysięgę składał
jeszcze dwa razy.
Rozdział I
PAN KAZIO
Okres prezesury Kazimierza Górskiego w PZPN to był śmiech, śmiech i jeszcze raz śmiech. Do siedziby związku zaglądał dwa-trzy razy w tygodniu z gospodarską wizytą.
- No i co tam, panie Misiu, wszystko w porządku? - pytał mnie.
- W porządku.
- Niczego nie brakuje?
- Niczego.
- I dobrze. To ja będę lecieć. O 13:27 mam autobus do domu.
Rozkład jazdy znał na pamięć. Kiedyś opowiadał: - Jadę autobusem, a z tyłu siedzą starszawe panie. I jedna mówi w taki sposób, że wszyscy
słyszą: "Patrzcie ludzie, Górski jedzie. Znowu się nachlał i mu prawo
jazdy zabrali".
A Kazio nigdy nie miał prawa jazdy.
* * *
Znajomość z Górskim to jedno z moich największych zwycięstw. Jako
dziennikarz nie miałem z nim kontaktu. On był słynnym trenerem
przywożącym medale z wielkich imprez otoczonym przez dziennikarską
śmietankę, ja przyglądałem się temu z daleka.
Poznałem go dość późno, gdy był wiceprezesem PZPN. Po śmierci mojego
ojca w 1989 roku nasza relacja zaczęła przypominać ojcowsko-synowską.
Nie mówił do mnie inaczej niż "panie Misiu". Ja dostałem przywilej
zwracania się do niego po imieniu. Byłem jednym z nielicznych, którzy
mogli wejść do skromnego mieszkania Kazia i zostać przyjętym bez
zapowiedzi.
* * *
Gdziekolwiek się nie zjawiał, umiał dostosować się do oczekiwań, poziomu
i nastrojów towarzystwa. Myślałem, że tego nie kontroluje, ale nic
bardziej mylnego. On to robił celowo, by rozluźnić atmosferę i przekonać
do siebie ludzi.
Pod tym względem nie różnił się od Seppa Blattera, prezydenta FIFA -
wyszukane maniery, kultura nie na pokaz, tylko naturalna. Od razu było
widać, że rodzice zadbali o wychowanie Kazia.
Człowiekiem był prostolinijnym. Studia na wrocławskiej Akademii
Wychowania Fizycznego skończył w wieku 59 lat. Opowiadano mi, jak to
wyglądało. Studiował eksternistycznie, a do Wrocławia zaglądał kilka
razy w roku. Na uczelni prosili: - Panie Kazimierzu, niech pan opowie
parę kawałów.
I tak to wyglądało. Ale jemu tytuł magistra należał się bez niczego.
* * *
Poprzednikiem Górskiego na stanowisku prezesa PZPN był Jurek Domański.
Dziennikarz, obecnie redaktor naczelny tygodnika "Przegląd". Rządy
zaczął jako 38-latek i dał się poznać jako wizjoner. Tylko to nie do
końca sprawdzało się w skomplikowanych piłkarskich realiach. Jurek nie
zdawał sobie sprawy, że czasem trzeba iść na kompromis, wspomóc się
dyplomacją. Wszystkiego nie uda się przepchnąć siłą.
Wymyślił reformę ekstraklasy i zależało mu na zmniejszeniu liczby
drużyn. Dostał kontrę od klubów. Prezesi zaprotestowali, a Jurek
podszedł do tego ambicjonalnie. Zrezygnował z funkcji prezesa i w PZPN
zapanowało bezkrólewie. Był rok 1991.
Wtedy wymyśliliśmy, że najlepszym kandydatem na nowego władcę będzie pan
Kazimierz, osoba bez skazy, której nikt nie zaatakuje. Nie ukrywam, że
przyłożyłem do tego rękę, bo razem z innymi przekonywaliśmy go do
startu. Pomyliliśmy się jedynie z tym, że nikt nie będzie go atakował.
* * *
W Polsce po przemianach ustrojowych do klubów weszli biznesmeni w lakierkach i białych skarpetkach z łańcuchami na szyi. Działali już w ekstraklasie, a teraz szykowali się do przejęcia władzy w PZPN.
Przewodził im Maciej Kapelczak, przedsiębiorca, który nie wiadomo skąd
pojawił się w Śląsku Wrocław. Musieliśmy bronić związku, bo istniało
poważne niebezpieczeństwo, że znajdzie się w niepowołanych rękach. To
byli ludzie, za którymi w kolejnych latach wysyłano listy gończe,
kończyli w kryminale lub postrzeleni, a prowadzone przez nich kluby
popadały w zapomnienie.
Przed wyborami czekała nas dyskusja w warszawskim Teatrze Buffo. Gorąco
zrobiło się podczas wystąpienia Kapelczaka, gdy wypalił w kierunku pana
Kazia: - Panie Górski, pana czas już minął. Pan się zestarzał, czas na
emeryturę. PZPN musi iść do przodu.
Zapadła krępująca cisza. Ta początkowa konsternacja zaraz zamieniła się
w oburzenie. Byliśmy wściekli. - Wypierdalaj! - wyrwało się komuś. Inny
zaproponował, żeby Kapelczaka wyprowadzić z sali siłą. Najwięcej spokoju
zachował Górski. Niewzruszony wstał i przemówił: - Proszę pana, może pan
sobie mówić, co chce. Pan nie jest w stanie mnie obrazić.
Dostał owację. Po kilku latach pan Kazimierz zdradził mi, że Kapelczak
wysłał mu do domu kwiaty z przeprosinami.
* * *
Pomysł z Kaziem jako prezesem PZPN okazał się genialny w swojej
prostocie, bo było jasne, że pokona każdego. Ocaliliśmy związek, a Kaziu
ze swojej roli wywiązał się doskonale. Jedyną jego słabością była
zbytnia ufność i łatwowierność. Wykorzystał to Marian Dziurowicz.
Teoretycznie był wiceprezesem, ale w rzeczywistości to on rządził
związkiem. Rano, przed zarządem, zabierał pana Kazia na kawkę i omawiali
przebieg zebrania. A później wszystko toczyło się po myśli Dziurowicza.
Dochodziło do różnych paradoksów. Kazio jako prezes prowadził obrady
zarządu. Zamykał spotkanie: - Dziękuję, kończę już.
Wtedy ożywił się Dziurowicz. Nachylił się do Kazia, szepcząc mu coś do
ucha. - A tak, tak... - kiwnął głową Kazio. I zaraz zwrócił się do nas. -
Został jeszcze jeden punkt, sprawy różne. Dotacja dla GKS Katowice...
* * *
Za kadencji Kazia wiceprezesów zrobiło się w PZPN od groma. Bodaj
siedmiu. Ja byłem wiceprezesem ds. międzynarodowych, z kolei za
szkolenie odpowiadał Jerzy Lechowski, wcześniejszy redaktor naczelny
"Piłki Nożnej". Uważał, że się na tym zna i co mu zrobisz?
Nie mam pojęcia z jakiego powodu, ale Lechowski za mną nie przepadał.
Może dlatego, że był zagorzałym legionistą, a ja polonistą. W każdym
razie sympatii nie było. Lechowski zorganizował w związku grupę, by mnie
utrącić. Zamierzali to zrobić w białych rękawiczkach. Żeby odsunąć
podejrzenia, zaproponowali zmniejszenie liczby wiceprezesów do czterech.
Ścinanie głów zamierzali zacząć - co za przypadek - od tego
odpowiedzialnego za sprawy międzynarodowe.
Zaczęła się dyskusja. Od początku było widać, że zmierza w niekorzystnym
dla mnie kierunku. Lechowski dobrze się przygotował. Zebrał stronników i zepchnął mnie do narożnika. Wszystko wydawało się przesądzone, gdy na
koniec głos zabrał Kazio: - Panowie, żeście pogadali, to ja chciałem
tylko podsumować. Wiceprezesów jest tylu, ilu potrzeba. Głosowania nie
będzie. Dziękuję.
Jak trzeba, potrafił być zdecydowany.
* * *
Najmilej wspominam nasze wyjazdy. Moja wiceprezesura polegała głównie na
zajmowaniu się panem Kaziem i wożeniem go po kraju na spotkania. Byłem
jego kierowcą, czasem kamerdynerem.
Z nieznanych mi powodów co roku jeździł na klubową wigilię do Ełku i spotykał się z miejscowymi działaczami. Podejmowali go tam z honorami.
Kiedyś i ja załapałem się na taki wyjazd. Dotarliśmy na miejsce,
usadzili nas przy wigilijnym stole. Kazio rozgląda się po sali: -
Panowie, tutaj rok temu był taki wiceprezes z siwym wąsem. Nie widzę go
teraz.
Cisza. W końcu odezwał się ktoś z sali: - Panie Kaziu, on miesiąc temu
zmarł.
Kaziu podrapał się po głowie: - Zmarł? Patrz pan, a rok temu jeszcze
żył.
Innym razem jesteśmy na naradzie. Na sali dwieście osób, a my z Kaziem
spieszymy się na kolejne spotkanie. Nachyliłem się do niego i konspiracyjnym szeptem zaproponowałem wyjście po angielsku. Nie minęło
kilka minut, a on stuka łyżeczką w szklankę. Na sali zapanowała cisza.
Kazio się podnosi, przemawia do zebranych:
- Bardzo przepraszam, ale my się spieszymy i wychodzimy po angielsku.
* * *
Podróże samochodem z nim wykluczały mandat. Do tego na wyjazdy ubierał
się prześmiesznie. Zakładał spodnie dresowe z igrzysk w Montrealu, a na
górę - koszulę, krawat i marynarkę. Gdy zbliżaliśmy się na miejsce,
przebierał się w spodnie garniturowe.
Czy wyjeżdżał na dzień czy na tydzień, zabierał tę samą saszetkę na
pasku. Trzymał tam rzeczy potrzebne do higieny. Do podróży zawsze był
gotowy. Zestaw obowiązkowy pana Kazia: saszetka, spodnie dresowe,
koszula i marynarka.
Jedziemy, zatrzymuje nas policja. Mocniejsze hamowanie, Kazio się
obudził. Podchodzi policjant, nachyla się do szyby od strony kierowcy.
Tym razem prowadził Tadzio Obliński, nasz związkowy szofer.
- Panie kier... - nie zdążył dokończyć, gdy zobaczył trenera. - O rany,
pan Górski!
Kaziu przywitał się tym swoim lwowskim zaśpiewem: - No witam pana.
- Panie trenerze, podpisałby się pan dla syna?
Na takie okazje woziliśmy w bagażniku koszulki i piłki z autografami
Kazia. Policjant dostał prezent dla syna, chwilę jeszcze pogadał i wraca
do kierowcy: - Panie kierowco, a dla pana będzie mandat. Jechał pan 100
na godzinę, a ograniczenie jest do 60.
Wtrącił się Kaziu: - A to bardzo ciekawe, co pan mówi, bo ja tutaj cały
czas siedzę i niczego nie zauważyłem.
Pozwolił nam spokojnie odjechać.
* * *
Dzięki Kaziowi poznałem kulisy funkcjonowania reprezentacji Polski z 1974 roku, trzeciej drużyny świata. Jej mecze oglądałem z zachwytem, a później od architekta mogłem dowiedzieć się, jak to wyglądało od środka.
Kazio lubił o tym opowiadać. - Wiedziałem o zawodnikach wszystko od
strony rodzinnej: że komuś choruje dziecko, jednego żona nie pracuje, a drugi ma kobitkę na boku.
Taka wiedza pomagała mu w zarządzaniu drużyną. Raz przypadkowo spotkał
żonę Grześka Laty. Zapytał ją, co słychać, a Dzidzia się poskarżyła: -
No, Grzesiu ostatnio późno wraca. Raz odezwał się nieładnie, szarpnął
mnie przy ludziach.
Na najbliższym zgrupowaniu reprezentacji Górski zaprosił Latę na
rozmowę: - Grzesiu, dowiedziałem się, że nieładnie zachowujesz się wobec
Dzidzi. Masz do wyboru: kwiaty i do niej z przeprosinami na kolanach
albo nie zagrasz.
* * *
Adam Musiał, który na mistrzostwach świata w Niemczech podpadł Górskiemu
i został odsunięty na jeden mecz, przyznawał, że Kazio uratował mu
karierę. - Bez niego poszedłbym w tango - przekonywał.
Kazio miał czuja. Przed meczem reprezentacji z Niemcami przyszedł do
niego Andrzej Strejlau, jego asystent. - Gorgoń zgłosił niedyspozycję.
Boli go żołądek, biega do toalety.
Po latach Kazio opowiadał: - Wiedziałem, że Gorgoń boi się, że ci Niemcy
go ośmieszą. Powiedziałem Andrzejowi: "Gówno mnie to obchodzi. Gorgoń
gra".
I zagrał. Był najlepszy na boisku.
* * *
Dziś widzę trenerów wypuszczających drony, stawiających tyle pachołków i czapeczek, że boisko przypomina lotnisko. Oczywiście trzeba iść z duchem
czasu, ale przede wszystkim pamiętać, że piłka nożna to dość prosta gra.
Kazio to zrozumiał. Przede wszystkim z wyczuciem dobrał współpracowników
i udało mu się połączyć ogień z wodą. Między Andrzejem Strejlauem i Jackiem Gmochem od początku była kosa, za to Kaziu ich wzajemną niechęć
rozgrywał kapitalnie. Na rozmowę zapraszał Strejlaua:
- Andrzejku, zobacz, bo Jacuś tak widzi skład. Co o tym sądzisz?
Na Andrzeja działało to jak płachta na byka: - Nie, to bez sensu.
Powinniśmy zrobić tak... Za godzinę na spotkanie z selekcjonerem
przychodził Gmoch.
- Jacuś, chciałem z tobą pogadać, bo Andrzej widzi to inaczej.
- Coooo? Ten narkoman?! - denerwował się Gmoch.
Kaziu słuchał jednego i drugiego, wyciągał wnioski i robił swoje. A narkoman wziął się od uzależnienia Andrzeja od futbolu.
* * *
Z prezesem Górskim i selekcjonerem Strejlauem wracaliśmy z Nowego Jorku
z losowania eliminacji mistrzostw świata. W Londynie mieliśmy
przesiadkę. Czekała nas trzygodzinna przerwa. Cholernie byliśmy znużeni
podróżą i to położyło Andrzeja. W lotniskowej kawiarni oparł głowę o rękę i zasnął przy stoliku. Wyglądał, jakby nie tyle zmęczyła go podróż,
co nadmiar procentów przyjętych podczas lotu. Tylko jedno w tej
opowieści się nie zgadzało. Andrzej to zatwardziały abstynent
alkoholowy.
Kazio, jak to on, wyczuł okazję do zrobienia psikusa: - Już my mu
pokażemy, jaki on niepijący.
Z sąsiednich stolików znieśliśmy butelki po szampanie i szklanki z niedopitym piwem, ustawiliśmy obok drzemiącego Andrzeja i cyk! Zdjęcie.
Kazio często się nim posługiwał, gdy chciał czegoś od Andrzeja.
- Andrzejku, ty ze mną za dużo nie dyskutuj. Popatrz na to zdjęcie, jak
ja to twojej Marysi pokażę...
* * *
Kazio uwielbiał chodzić na grzyby. Jeździliśmy pod Mikołajki, gdzie
leśniczówkę miał Alojzy Jarguz. Zaszywaliśmy się tam na trzy dni - rano
szliśmy do lasu na grzyby, a wieczorami te marynowane służyły nam do
zakąszania wódki.
Górski, jeśli chodzi o alkohol, nie pił dużo. Najbardziej lubił koniak.
Jak czuł, że wychylił o jeden kieliszek za dużo, to prosił: - Panie
Misiu, pan zorganizuje jakiś porterek.
Porter sam w sobie jest bardzo mocny, a w połączeniu z koniakiem dla
każdego normalnego człowieka oznacza koniec imprezy. Tylko organizm pana
Kazia reagował odwrotnie. Wypity wlewał w siebie portera i zaraz ożywał.
- Znowu czuję się świeżutko. Kontynuujemy - zacierał ręce.
* * *
Na Mazurach poszliśmy na spacer. W pewnym momencie Kazio zatrzymuje się
w lesie.
- Panie Misiu, tu gdzieś mecz grają.
- Jaki mecz? W lesie?
- Przecież słyszę. Idziemy tam!
Przeszliśmy ze dwa kilometry. Z jakiejś polany ktoś zrobił boisko i rzeczywiście odbywał się tam mecz. Okazało się to spotkaniem B klasy. Do
dziś pamiętam, że jedna z drużyn nazywała się Darz Bór Dobry Lasek.
Miejscowi gdy zobaczyli Górskiego wychodzącego z lasu, zaraz przerwali
granie. Zrobiło się zamieszanie. Kazio to wyczuł, a był figlarzem. Rzekł
z poważną miną: - Panowie, bo mnie tu przysłał kolega Strejlau (Andrzej
był wtedy selekcjonerem). Szuka młodych napastników i ja chcę się
przyjrzeć.
Zebrani oniemieli, a Kaziowi jeszcze było mało: - Przyjechałem z panem
Misiem. On z kolei szuka sędziów międzynarodowych.
Momentalnie wzrok wszystkich przeniósł się na sędziego. A był to pan,
tak dobrze licząc, z trzydziestokilogramowym nadbagażem.
- Wy sobie nie przeszkadzajcie i grajcie dalej, a my będziemy obserwować
- zdecydował Kazio. Żeby było nam wygodnie, to z najbliższej chałupy
przyniesiono dwa fotele.
Gospodarze powtarzali: - Dla nas do końca życia to będzie największa
chwila w futbolu.
Wieść o wyjątkowym gościu szybko się rozniosła. Rowerem przyjechał jakiś
facet w berecie. Po twarzy od razu było widać, że za nim ciężka noc: -
Panie Kaziu, mogę pana dotknąć? - wychrypiał.
- A dotykaj pan.
I ten z największą czułością musnął go kilka razy po ręce.
* * *
Piłkarskie środowisko zaniedbało Górskiego. Po jego śmierci powtarzałem,
że powinno mieć wyrzuty sumienia za zepchnięcie go na margines.
Największą hańbą jest to - do siebie też mogę to odnieść - że żył w tak
skromnych warunkach. Państwo Górscy z dwojgiem dzieci zajmowali ciasne
mieszkanie, choć on akurat nie przykładał do tego wagi. Ludzie, którzy
dzięki niemu porobili kariery sportowe i majątkowe, uważali, że jeżeli
na urodziny podrzucą mu butelkę koniaku albo powiedzą o Trenerze
Tysiąclecia w prasie, to już wystarczy.
Wspominał o tym jego syn Darek: "Zrobiło się to trochę niesmaczne. To
było, nazwijmy, niedopatrzenie... Wydaje mi się, że tata poczuł się
odrzucony, niepotrzebny, szczególnie w momencie, kiedy dopadła go
choroba. Dopóki prezesował PZPN, to jeszcze wszystko było OK. Panie
trenerze, panie Kazimierzu, a nagle później odstawka: Siema! Cześć!
Fajnie było. Masz taką emeryturę, jaką masz i się bujaj - mówiąc
potocznie".
* * *
Gdy przed kamerami wytknąłem piłkarskiej rodzinie odrzucenie Górskiego i brak zainteresowania nim, odezwał się Zdzisiek Kręcina: - Michał, nie
bądź taki skromniś, bo ty akurat nie zapomniałeś.
Na mój wniosek otrzymał sporą jak na tamten czas emeryturę: trzy tysiące
złotych. Ostatnie pół roku leczono pana Kazia na koszt związku, a jego
syna zatrudniliśmy w PZPN. Blattera namówiłem na uhonorowanie Górskiego
FIFA Order of Merit, najwyższym odznaczeniem, które trafiło do wąskiego
grona szkoleniowców: Franza Beckenbauera czy Mário Zagallo.
* * *
Górski pod koniec życia był już wykorzystywany instrumentalnie. Mam
pretensje do wielu osób. To przykre, że później, gdy jego zdrowie
zaczęło się psuć, nagle spod ziemi wyrośli obcy dla niego ludzie: -
Wychowaliśmy się w kulcie Górskiego. Dziadek to w nas zaszczepił -
zdobywali jego zaufanie i zaczęli wozić Kazia po odpustach. Z drugiej
strony to było dla niego lepsze niż siedzenie w domu.
Krzysiek Dmoszyński wymyślił, żeby imieniem Kazimierza Górskiego nazwać
stadion w Płocku. Dlaczego akurat w Płocku, z którym Kazio nie miał nic
wspólnego? Nie wiem. Trudno mieć pretensje akurat do Krzyśka. Był
prezesem klubu i starał się działać z myślą o nim. No i w Płocku
przynajmniej jest pamiątkowa tablica z płaskorzeźbą trenera. Na Legii
straszyło zaśniedziałe krzesełko, podobnie jak na Polonii.
* * *
W 2012 roku Sejm przez aklamację, czyli za zgodą wszystkich posłów, co
wydaje się wręcz niewiarygodne, przegłosował uchwałę o nadaniu
Stadionowi Narodowemu w Warszawie imienia Kazimierza Górskiego. I co?
Nastała cisza. O rosnącym opóźnieniu informowano ministrów sportu:
Joannę Muchę czy Witolda Bańkę, ale odpowiedź była jedna: - Sponsor
zapłacił za to, że chce być sam w nazwie.
Dziwiłem się, bo jeżeli byłby Stadion PGE imienia Kazimierza Górskiego,
to przecież wzrosłaby jego ranga, bo to nie jest żadna kontrowersyjna
postać. Dziewięć lat czekaliśmy, żeby wprowadzić to w życie. Przy
stadionie stoi pomnik pana Kazia, postawiony dzięki uporowi posła Marka
Matuszewskiego i prezesa Fundacji Kazimierza Górskiego Janusza Jesionka.
Jestem dumny, że zasiadam w niej jako wiceprezes, a towarzystwo mam
lepsze niż kiedykolwiek w PZPN czy FIFA: Kwaśniewski, Zaorski,
Ćmikiewicz, Garlicki, Strejlau, Tomaszewski, Kraska, Kosmala,
Bobkiewicz, Lubaszenko.
* * *
Widzę, jak Węgrzy traktują Ferenca Puskása. Był ich najwybitniejszym
piłkarzem, to więcej niż trener, ale gdybym miał porównać status obu w swoich ojczyznach, to ten Górskiego i Puskása jest podobny. Na Węgrzech
jest stadion jego imienia, akademia Puskása, sprzedaje się koszulki z lat pięćdziesiątych i piłki z tamtych czasów. Część dochodu przeznacza
się na jego rodzinę. Kult Puskása jest mocno podtrzymywany.
W Polsce mamy za to tendencję do orania pamięci. Brakuje autorytetów,
które ponieślibyśmy na sztandarach, a przecież mogliby tam trafić Feliks
Stamm, Kazimierz Górski czy Hubert Wagner. Zresztą nie mówię tylko o sporcie, ale i kulturze, filmie czy gospodarce.
Widziałem lądowanie samolotu z piłkarzami Manchesteru United. Czekali na
nich dziennikarze, operatorzy wycelowali kamery. I kto wyszedł pierwszy?
Nie David Beckham, Ryan Giggs czy Paul Scholes, ale Bobby Charlton -
legenda klubu.
U nas gdy Antek Szymanowski zapytał kiedyś w Wiśle o karnet dla siebie,
to usłyszał, żeby sobie kupił. Podobną odpowiedź w Legii dostał jako
selekcjoner Paweł Janas. - Chciałbym karnet, żeby oglądać zawodników -
poprosił w klubie.
- PZPN dostaje od nas dziesięć, niech dadzą panu jeden.
- Ale chodzi o to, że ja w Legii byłem zawodnikiem i trenerem. I to z sukcesami. I właśnie z Legii chciałbym ten karnet dostać.
Nie dostał.
* * *
W chwili śmierci pana Kazia przekonałem się, jak ludzie potrafią być
paskudni i żerować na jego rozpoznawalności. Kilku piłkarzy przypominało
sobie o swoim mistrzu, gdy już jedną nogą był na tamtym świecie. Spośród
nich najbliżej pana Kazia trzymał się Leszek Ćmikiewicz, on opiekował
się nim do końca. Też byłem u niego w szpitalu codziennie. Czułem, jakby
umierał mój ojciec.
Z zamiarem odwiedzin przyjechał też jeden z zawodników. Usłyszał od
pielęgniarki: - Pan Kazimierz teraz śpi. Może jak się obudzi. Trzeba
poczekać.
Posiedział godzinę czy półtorej i odpuścił, bo gdzieś się spieszył. Po
śmierci Kazia czytałem wspominki tego piłkarza: - Trzymałem umierającego
trenera za rękę.
Słabe.