3
Miv
W następny poniedziałek, jak co dzień przed szkołą, poszłam po Sharon.
Drogę do jej domu znałam tak dobrze jak strony moich książek o Słynnej Piątce. Zapięłam kurtkę po samą szyję, aby osłonić się przed nieprzyjemnym, zimnym deszczem, i szłam tak szybko, jak tylko mogłam. W zeszłym semestrze, kiedy uczyliśmy się o pierwszej wojnie światowej, zafascynowała mnie wizja mężczyzn żyjących w okopach. Domy szeregowe na ulicy, przy której mieszkałam, przywodziły mi na myśl rzędy zmęczonych bitwą, szarych żołnierzy z moich podręczników, rannych i obandażowanych po latach walk i zaniedbań. Mijałam kolejne identyczne ulice, aż w końcu ustąpiły miejsca bardziej rozległej zielonej części miasta, w której mieszkała Sharon.
Nie było sensu, żebym po nią przychodziła. Do szkoły szło się drogą, którą właśnie pokonałam, więc musiałam zawrócić, ale lubiłam chodzić do Sharon. Podobała mi się spokojna, schludna ulica i obietnica czegoś, czego nie dawał mi mój własny dom. Różnica nie polegała jedynie na wielkości budynków czy odstępach między nimi. Chodziło o drobiazgi. Obfite aksamitne kotary zamiast prześwitujących zasłon kiepskiego gatunku. O nazwę domu na tabliczce zamiast zwykłego numeru na drzwiach. O świeżo pomalowane, podwójnie szklone okna zamiast łuszczących się drewnianych ram z pojedynczą szybą. O spokój i ciszę na ulicy Sharon, przerywane jedynie odgłosami deszczu, nawoływaniem ptaków i sporadycznie przejeżdżającymi samochodami zamiast nieustającego hałasu dzieci bawiących się na mojej ulicy, szczekania psów i monotonnego uderzania piłki o mokrą ścianę.
Sharon czekała na mnie na końcu swojej ulicy, w kapturze na głowie, ukrywając swoje blond loki. Ruszyłyśmy razem lekkim krokiem. Jeśli ja byłam chłopczycą George ze Słynnej Piątki, to Sharon była słodką Anne. Tworzyły mnie proste linie - jak u figurek z patyków, które rysowałam w szkole: krótkie, proste, mysiobrązowe włosy, prosty nos i wyprostowane ciało. Sharon tworzyły krągłości i fale: kręcone blond kosmyki, nos okrągły jak guziczek i różowe sukienki w groszki. Nawet jej litery wyglądały jak bańki. Zawsze byłam pewna, że dla postronnych stanowimy dziwny duet. Podjęłyśmy rozmowę z poprzedniego dnia niemal w połowie zdania, jakbyśmy nigdy jej nie przerwały.
*
Ludzie, których spotykałyśmy po drodze do szkoły, byli jak mijane budynki: przewidywalni i niezmienni. O ósmej piętnaście recytowałyśmy jednym głosem "Dzień dobry!" pani Pearson, która wyprowadzała na spacer swojego szczekliwego jacka russella. Wiedziałyśmy, że później przywitamy się i zatrzymamy na pogawędkę ze sprzedawcą ze sklepu na rogu, ponieważ o tej porze układał na zewnątrz dzienniki na stojaku z prasą. Nazywał nas "Straszną Dwójką", a my się śmiałyśmy, jakbyśmy słyszały to po raz pierwszy.
Chwilę przed tym, zanim tam dotarłyśmy, Sharon dała mi mocnego kuksańca w żebra i mruknęła: "Uważaj!". Skierowałam wzrok tam, gdzie ona, i zobaczyłam kolejną znajomą osobę, jedyną, z którą nie witałyśmy się po drodze. Skądś wiedziałyśmy, że ma na imię Brian, ale nie mówiłyśmy tak o nim - dla nas był po prostu "mężczyzną w kombinezonie".
Zdawał się młody, miał około dwudziestu lat i ani razu nie nawiązał z nami kontaktu wzrokowego. Ciągle chodził w granatowym kombinezonie umazanym smarem, który miał również na twarzy, i w wełnianej żółtej czapce z pomponem - jej zaskakująca wesołość kłóciła się z całym wyglądem. W ręce zawsze trzymał plastikową torbę z wystającym z niej papierem.
Nigdy nie wiedziałyśmy, czy tym razem się pojawi, czy też nie, ale na jego widok natychmiast przechodziłyśmy na drugą stronę ulicy. Wynikało to z tego, że Sharon podejrzewała, że śmierdzi, chociaż nigdy nie zbliżyłyśmy się do niego na tyle, by się przekonać, czy to prawda. Z początku uważałyśmy go za nieszkodliwego, ale ostatnio nasza odraza wobec jego niechlujstwa przerodziła się w coś bardziej niepokojącego. Przyspieszyłyśmy kroku, gdy mijałyśmy go po przeciwnej stronie drogi, a Sharon chwyciła mnie za rękę i pociągnęła, żeby jak najszybciej dotrzeć do sklepiku na rogu, w bezpieczne miejsce.
Miałyśmy przed sobą jeszcze trochę czasu, zanim dorośli uznają, że Rozpruwacz stanowi dla nas zagrożenie. Seryjny morderca zabijał młode kobiety, a nas puszczano do szkoły same. Zdawało się, że te dwa fakty nie mają ze sobą nic wspólnego. Ale choć odpowiedzialni za nas dorośli się o nas nie martwili, my, od czasu morderstwa Josephine Whitaker, żyłyśmy w nieustannym poczuciu, że wisi nad nami cień Rozpruwacza. Zaczęłyśmy uważniej przyglądać się mijanym mężczyznom. Lustrowałyśmy ich twarze, zamiast rzucać typowe dla Yorkshire "Dobry". Uśmiechy, które kiedyś wydawały się przyjazne, teraz brałyśmy za pożądliwe spojrzenia, których intencje rozumiałyśmy jedynie mgliście, ale wiedziałyśmy, że nie są dobre.
Za sklepem puszczałyśmy się skrótami, które prowadziły nas przez gęste świerkowe zarośla i rozległe pola, gdzie można było zapomnieć, że pochodzimy z ponurego przemysłowego miasta, i wyobrażać sobie, że jesteśmy poszukiwaczkami przygód spacerującymi po okolicy. Znakiem, że wracamy do cywilizacji, była duża fabryka otoczona ogrodzeniem z drutu kolczastego, z wysoko umieszczonymi oknami, przez które nie można było zajrzeć do środka. Zawsze się wzdrygałam, gdy ją mijałyśmy, z nieprzyjemnym uczuciem przypominając sobie jedną z najwcześniejszych "przygód", w jakie nas wciągnęłam.
Rok wcześniej, dzięki zestawowi do zabawy w szpiega, który dostałam na Boże Narodzenie, i pierwszemu obejrzanemu przeze mnie filmowi o Jamesie Bondzie - Goldfinger - zrozumiałam, że ta fabryka jest w rzeczywistości przykrywką dla rosyjskich szpiegów. Poruszyłam ten temat z Sharon, która szczęśliwie przyznała mi rację, jak w przypadku wszystkich moich wcześniejszych pomysłów. Pewnego dnia zaproponowałam, żebyśmy spróbowały się wspiąć na ogrodzenie i przedostać do środka.
Sharon przewróciła oczami i po prostu zapukała do drzwi, a mężczyźnie, który nam otworzył, powiedziała, że koniecznie musimy skorzystać z toalety. Wtedy po raz pierwszy miałam okazję zobaczyć jej pomysłowość pod presją, zrobiła na mnie wrażenie. Mężczyzna wskazał nam drogę do toalety, instruując, żebyśmy poszły tam i z powrotem, ale oczywiście obrałyśmy inny kierunek, żeby się przekonać, czy znajdziemy coś interesującego na poparcie mojej teorii o szpiegostwie. Skończyło się na tym, że zajrzałyśmy za drzwi małego gabinetu, w którym mężczyzna w brązowym garniturze siedział przy zniszczonym brązowym biurku i palił papierosa wśród ścian zbrązowiałych przez lata od tytoniowego dymu.
- Co tu robicie? - zapytał łagodnie, jakby widok dwóch jedenastoletnich dziewczynek w progu gabinetu był czymś powszednim.
- Eee... Szłyśmy do toalety, widocznie... - zaczęła Sharon.
- Co tu się odbywa? - zapytałam surowym tonem. Nie nauczyłam się jeszcze ukrywać swojej ciekawości.
Mężczyzna uśmiechnął się do mnie zza biurka, gasząc papierosa w ogromnej brązowej popielnicy, w której piętrzyła się góra pozgniatanych pomarańczowo-białych petów.
- Tworzymy różne rzeczy. Z metalu. Blachy. - Wskazał na znak nad swoją głową. "Blacharnia Schofields", głosił napis.
Pośpiesznie się wycofałyśmy. Nie spotkałyśmy żadnych Rosjan, a jedynie Kennetha Pearsona, który mieszkał na mojej ulicy i powiedział nam "Dobry", gdy go mijałyśmy. Ta eskapada nie przyniosła takiego rezultatu, jakiego oczekiwałam.
Od tamtej pory codziennie przechodziłyśmy obok budynku szybkim krokiem, bo nie chciałam sobie przypominać tamtej historii.
Kiedy skręcałyśmy w ulicę prowadzącą do szkoły, drogę zwykle wskazywało nam graffiti na ścianach zabitej deskami przędzalni - słowa "S...ny do domu" wypisane literami wysokimi na trzydzieści centymetrów. Tamtego dnia zasłaniał je ogromny biały plakat. Zatrzymałam się i wpatrywałam w niego. Zaczynał się od słów "Policja West Yorkshire" i zajmował prawie całą górną połowę budynku. Pod nagłówkiem widniał napis, zapisany pogrubionymi czarnymi literami.
POMÓŻ NAM POWSTRZYMAĆ ROZPRUWACZA PRZED KOLEJNĄ ZBRODNIĄ
Miałam wrażenie, że apel jest skierowany do mnie.
Sharon przeszła jeszcze kilka kroków, wciąż mówiąc, zanim zauważyła, że zostałam w tyle. Dopiero wtedy się zatrzymała.
- Co się stało? - zapytała.
- Myślisz, że go znamy? - zastanawiałam się. - Myślisz, że widujemy go codziennie i nie mamy pojęcia, że to on?
Sharon wpatrywała się we mnie, marszcząc nos, jakby odrzucała tę możliwość.
- Nie chcę o tym myśleć - powiedziała. - Chodź, bo się spóźnimy.
Ale ja nie mogłam przestać o tym myśleć, a codziennie oglądane wezwanie z plakatu sprawiło, że zaczęłam rozglądać się za mordercą wszędzie, wśród wszystkich ludzi, z którymi miałam do czynienia.
*
Wkrótce potem pojechaliśmy na szkolną wycieczkę do Knaresborough w hrabstwie North Yorkshire, niedaleko Harrogate. Ciocia Jean nazwała to miasto "dystyngowanym Yorkshire". Tę nazwę wycedziła z taką samą pogardą, jaką zwykle rezerwowała dla słowa "Południe", ale kiedy wstałam tego ranka, czekały na mnie spakowany prowiant i szczegółowe instrukcje dotyczące wszystkiego, co powinnam ze sobą zabrać. Kolejna lista. Pełne zawijasów, schludne pismo - z podwójnie podkreślonym "Nie zapomnij!" u góry wyblakłej żółtej kartki wyrwanej z notatnika ciotki - sprawiło, że się uśmiechnęłam.
Gdy wsiadaliśmy do pomarańczowego autokaru naznaczonego rdzą, wszyscy ustąpili pierwszeństwa Neilowi Callaghanowi i Reece'owi Carltonowi. To oni rozpoczęli "pościg Rozpruwacza" i byli znani z wdawania się w bójki. Widziano ich nawet palących papierosy. Od razu było wiadomo, że zajmą miejsca z tyłu. Reece, wysoki, postawny chłopak o lodowatych niebieskich oczach, posłał Sharon buziaka, gdy nas mijał. Sharon się skrzywiła i przewróciła oczami, ale pod jej piegami dało się zauważyć lekki różowy rumieniec. Mimo to wciąż wyglądała ładnie.
Nie mogłam sobie przypomnieć, kiedy to się zaczęło - że chłopcy zachowują się inaczej wobec Sharon - ale zorientowałam się, że w przeciwieństwie do mnie przyciąga ich uwagę. Udawałam, że patrzę z góry na chłopaków, a czasem mężczyzn, którzy gapili się na Sharon lub się przed nią popisywali. Ale czasami robiło mi się przykro na myśl, że jestem dla nich niewidzialna.
- Zabieraj się - rozkazał Reece spokojnemu chłopcu o imieniu Ishtiaq, który zamierzał wsiąść do autokaru.
Ishtiaq się odsunął, nie odzywając się słowem. Sharon i ja wsiadłyśmy jako następne, krzywiąc się od gryzącego zapachu stęchłego tytoniu i wybielacza. Zajęłyśmy swoje miejsca na środku autokaru. Na przodzie mieli usiąść spokojniejsi uczniowie, między innymi Ishtiaq, pod opieką naszych nauczycieli pana Ware'a i panny Stacey.
Po drodze siedziałam cicho, wyglądałam przez okno i z całych sił skupiałam się na tym, żeby nie dostać mdłości. Stephen Crowther, który siedział z przodu, zwymiotował już do wiadra ku obrzydzeniu wszystkich siedzących wokół niego. Choć w głębi duszy nienawidziłam tego, że chłopcy z naszej klasy mnie nie zauważali, wiedziałam, że tego rodzaju uwagi nie potrzebuję.
Sharon paplała podekscytowana z dziewczynami siedzącymi za naszymi fotelami, a w autokarze zrobiło się głośniej, gdy Neil i Reece zaczęli na żarty okładać się pięściami, a inni skandowali rymowankę popularną od czasu wyborów. Rysowało się figurkę na kartce trzymanej w powietrzu w jednej ręce do rytmu słów:
Oto Margaret Thatcher
Podrzuć ją i złap
Fiku-miku fiku-miku
Margaret Thatcher jest tu.
Skandowanie kończyło się triumfalnym uniesieniem drugiej ręki. Margaret Thatcher zostawała zgnieciona i unicestwiona.
Kiedy wrzawa dotarła na przód autokaru, pan Ware wychylił głowę zza swojego fotela i zapadła cisza. Patrzył na nas - świdrował ciemnymi oczami każdą osobę, jak się zdawało, i czekał przez kilka chwil na wypadek, gdybyśmy mieli wątpliwości co do jego absolutnej władzy. W końcu spojrzał na leżącą przed nim kartkę.
- No dobrze - odezwał się. - Matka Shipton urodziła się w tysiąc czterysta osiemdziesiątym ósmym roku i była znana jako prorokini z Knaresborough. Ktoś wie, co oznacza to słowo?
- Nie, proszę pana - odpowiedzieliśmy chórem, wszyscy z wyjątkiem Stephena Crowthera, który wciąż trzymał głowę w wiadrze.
- To znaczy, że umiała przewidywać przyszłość. Mieszkała w jaskini, którą zobaczymy, a całe miasteczko uważało ją za dziwaczkę, trochę tak jak my ciebie, Crowther - dodał, spoglądając z góry na biednego Stephena. - Jej "petryfikujące źródełko" jest podobno zaczarowane, a niektórzy twierdzą, że jeśli wrzuci się do niego miedziaka, spełni się pomyślane życzenie. - Przewrócenie oczami i pokręcenie głową zdradziło nam, co pan Ware sądzi o tej legendzie.
Spodobała mi się historia o Matce Shipton i jej jaskini.
W Knaresborough było ciepło i słonecznie, zupełnie inaczej niż przy ciemnym i zimnym źródle oraz w jaskini przepełnionej zapachem stęchlizny i wilgocią. Powolne, rytmiczne kapanie z sufitu niosło się echem po całym jej wnętrzu, a skamieniałe zabawki, buty, kapelusze i rondelki wiszące u wejścia kojarzyły się z mrocznymi bajkami. Pomyślałam, że petryfikacja to dobre słowo na określenie tego, co wisiało przed naszymi oczami.
- Dobrze. Cisza. Słuchajcie - odezwała się panna Stacey. - Przygotujcie miedziaki i zastanówcie się nad swoim życzeniem. Uważajcie. Wymyślcie coś takiego, żeby sobie nie zaszkodzić, jeśli się spełni. I najważniejsze: pamiętajcie, że nie możecie nikomu o tym życzeniu powiedzieć, bo się nie spełni.
Stojąc przed źródełkiem, rozważałam kilka możliwości. Spojrzałam na Sharon, krzywiącą piegowatą twarz z powodu nieprzyjemnej woni wilgoci. Brałam pod uwagę życzenie długich blond włosów, takich jak jej; wstydziłam się swojej krótkiej brązowej czupryny. Zastanawiałam się też, czy nie poprosić o cofnięcie się w czasie do tych dni, zanim mama się zmieniła. Wiedziałam jednak, że źródełko nie może być aż tak magiczne. Myślałam również o prośbie, żebym nie musiała się przeprowadzać na Południe i opuszczać Sharon.
W końcu jednak wypowiedziałam życzenie, które miało wpłynąć na życie wszystkich, których znałam - i którego później mocno pożałowałam.
Wrzucając monetę do studni, życzyłam sobie, żebym to ja złapała Rozpruwacza z Yorkshire.
*
Sharon i ja nie zaprzyjaźniłybyśmy się, gdyby nie jej mama Ruby. Pewnej niedzieli w kościele podeszła do mnie i do taty. To było niedługo po tym, kiedy mama się zmieniła, więc nie chodziła już do kościoła, ale tata nadal to robił. Wciąż wierzył. Albo przynajmniej przychodził posłuchać, jak śpiewam w chórze w każdą niedzielę. Była to jedna z moich ulubionych rzeczy, ponieważ przypominała mi o mamie. Śpiew sprawiał, że czułam się blisko niej. Mniej więcej rok później tata też przestał przychodzić. Ciocia Jean nigdy nie chodziła do kościoła. "Dobroczynność zaczyna się w domu", mawiała.
Skończyło się poranne nabożeństwo, podczas którego pastor pomodlił się za duszę Jean Jordan, ostatniej ofiary Rozpruwacza, tej, o której mówiono w wiadomościach. Nikt nie wydawał się zaniepokojony. Rozpruwacz był bardzo daleko od naszego miasteczka. Grasował w dużych miastach, a o jego ofiarach szeptano z litością. Sprawa nie dotyczyła ludzi takich jak my. Byliśmy bezpieczni w naszym kościele, osłaniani swoją prawością.
Staliśmy przy wejściu, a ja wpatrywałam się w nagrobki przede mną, rozpadające się i porośnięte mchem. Zastanawiałam się, czy to do takich miejsc trafiały zamordowane kobiety. Czy otrzymywały wstęp na przykościelny cmentarz, skoro mówiono o nich szeptem. Podniosłam wzrok, żeby zadać to pytanie tacie, ale był pogrążony w cichej rozmowie z Ruby, więc czekałam. W końcu zwrócili na mnie uwagę, a Ruby pochyliła się i spojrzała mi prosto w twarz, roztaczając mgiełkę perfum Charlie. Zamrugałam, a ona się uśmiechnęła i powiedziała:
- Może wpadłabyś kiedyś do nas na podwieczorek? Mama i tata mieliby chwilę wytchnienia?
Nie bardzo wiedziałam, co było we mnie tak męczącego, że wymagało wytchnienia, ale Ruby wyglądała jak Purdey z The New Avengers, z blond włosami okalającymi uśmiechniętą twarz, a mnie ciągnęło do niej i do jej słodkiego uśmiechu. Właściwie lgnęli do niej wszyscy, nawet mój tata.
- Chętnie, pani Parker - zgodziłam się, nie próbując ukryć entuzjazmu w głosie.
Kiedy po raz pierwszy odwiedziłam Parkerów, szłam przez podjazd bardzo niepewnie. Desperacko chciałam chwycić tatę za rękę, ale miałam dziesięć lat i wiedziałam, że jestem na to za duża. Dom Sharon był wysoki i wolnostojący, a jego szerokie otwierane pionowo okna w nieskazitelnie białych ramach pozwalały zobaczyć porządek i wygodę. Ruby otworzyła drzwi, a ja ujrzałam za nią Sharon, jej wystające zza matki jedno niebieskie oko, duże jak z kreskówki, i kręcone blond włosy jak połowa złocistej aureoli. Oczywiście kojarzyłam Sharon, chodziłyśmy przecież do tej samej szkoły. Ale mnie przypominała postać z bajki - księżniczkę lub wróżkę - a ja nie pasowałam na bohaterkę tego typu historii. W końcu wyłoniła się w całości - wyskoczyła zza swojej mamy i wyciągnęła do mnie rękę. Spojrzałam na nią zdezorientowana, chwyciła więc moją dłoń i zaciągnęła mnie do swojego pokoju, żeby mi pokazać tapetę z Holly Hobbie i lalkę przedstawiającą bohaterkę. Zostawiliśmy tatę i Ruby gawędzących na progu. Nawet się nie pożegnałam.
Sharon miała więcej maskotek i lalek niż ja w całym moim życiu, zajmowały całą długość jej łóżka. Czułam się tak, jakbym miała za plecami tęczowych strażników. Siedziałam nieruchomo na małym stołku przy toaletce i nie chciałam wykonywać żadnych ruchów, które mogłyby mnie wpędzić w kłopoty lub sprawić, że zostanę wyproszona. Choć byłam speszona, pragnęłam tam być tak rozpaczliwie, że czułam fizyczny ból. Policzki miałam rozpalone, nie tylko z powodu nieożywionych spojrzeń zabawek, lecz także od nieznanego ciepła z kaloryfera.
Siedziałam w milczeniu. Czekałam. Zdążyłam się już przekonać, jak wiele ludziom zdarza się zdradzić, kiedy człowiek się nie odzywa. Po chwili się dowiedziałam, że Sharon lubi świnki morskie, a jej ukochaną zabawką jest Holly Hobbie, nazwana, moim zdaniem nieco bez polotu, Holly.
- Niewiele mówisz, prawda? - zagadnęła Sharon z głową przechyloną na bok, jakbym była zagadką, której nie może rozwikłać.
- Tylko słucham - odparłam.
Gdy Ruby zawołała nas na herbatę, Sharon nadal nic o mnie nie wiedziała, ale ja czułam, że rozmarzam pod wpływem jej nieustającego ciepła i rozmowy. Po zjedzeniu paluszków rybnych i frytek z groszkiem - nawet jedzenie u Sharon było bardziej kolorowe niż szarości i brązy u mnie w domu - wstałam od stołu.
- Gdzie ty idziesz? Jeszcze pudding - powiedziała Sharon.
Od dnia, w którym zmieniła się mama, wszystko, co można było uznać za smakołyk, szybko zniknęło z naszego życia, a ja zapomniałam o puddingach. Ruby postawiła przed nami talerzyki z roladą z dżemem i miseczki z budyniem, a mnie przy każdym kęsie się zdawało, że unoszę się nad krzesłem. Gdy nuciłam sobie z rozkoszy, zauważyłam, że Ruby i Sharon wlepiają we mnie wzrok, a czułość na twarzy Ruby miała w sobie coś z bólu.
Z czasem te spojrzenia zaczęłam dostrzegać także u matek innych dzieci.
Tuż przed tym, jak przyszedł po mnie tata, Ruby zawinęła kawałek ciasta w ręcznik kuchenny, jakbym wychodziła z przyjęcia urodzinowego.
- Proszę. Zjesz sobie na deser innego wieczoru - powiedziała i pocałowała mnie w czoło. Powtarzała ten rytuał w każdy czwartek, kiedy szłam do nich na herbatę, aż do momentu, gdy wszystko się wydarzyło.
Więc, jak widać, Sharon właściwie nie miała wyjścia - musiała zostać moją przyjaciółką. Była jednak miła, więc to zrobiła, a z czasem jakoś się dopasowałyśmy, aż nasze różnice przestały być zauważalne. Nasza przyjaźń przypominała huśtawkę - ja miałam pomysły, a Sharon je realizowała. Zapewniałyśmy sobie nawzajem równowagę. Nie wyobrażałam sobie życia bez niej.
Dlatego nie mogłam pozwolić na to, żebyśmy wyjechali z Yorkshire.
*
Odkąd pomyślałam życzenie, Rozpruwacz zaczął nawiedzać mnie również we śnie. Dręczył mnie nawracający koszmar, w którym mężczyzna bez twarzy pakował mnie na tył swojej brudnej, białej furgonetki. Skądś wiedziałam, że chce mnie wywieźć, i waliłam do drzwi, gdy odjeżdżał, ale mimo moich wysiłków nie powstawał żaden dźwięk. Wiedziałam, że nikt mnie nie usłyszy.
Na jawie łapczywie chłonęłam wiadomości. Czego nie dostrzega policja? Jak można go znaleźć? W "Yorkshire Chronicle" jeden z policjantów zajmujących się sprawą mówił w wywiadzie o "złożoności śledztwa oraz potrzebie dokładności i metodyki". Chociaż nie bardzo rozumiałam znaczenia większości tych słów, uczepiłam się ich. Przywodziły na myśl ciocię Jean i jej listy oraz wysiłki, by w naszym życiu zaprowadzić porządek.
Zrodził się zalążek pomysłu.
Zastanawiałam się, czy mogę powiedzieć o wszystkim Sharon. Pamiętałam ostrzeżenie panny Stacey, że życzenie się nie spełni, jeśli komuś się je zdradzi. Wiedziałam jednak, że jeśli mam znaleźć Rozpruwacza, będę potrzebować pomocy. W końcu doszłam do wniosku, że to bezpieczne posunięcie, bo powiedzenie Sharon różniło się od powiedzenia komukolwiek innemu - było jak dzielenie się tajemnicami z samą sobą. Poruszyłam więc ten temat przy kolejnych odwiedzinach u Parkerów.
Byłyśmy w sypialni Sharon, ja leżałam na łóżku i przeglądałam stary numer czasopisma "Blue Jeans". Tapetę z Holly Hobbie niedawno zastąpiła winylowa beżowa z plakatami Blondie, a zamiast maskotek pojawiły się błyszczyki, o które Sharon prosiła, odkąd skończyła dwanaście lat. Ucieszył mnie widok lalki Holly Hobbie na poduszce. Sharon siedziała przy toaletce i robiła miny do swojego odbicia z blond lokami zebranymi w wysoki kucyk jak u dziewczyny z okładki.
- Mam pewien pomysł - oznajmiłam. - Chodzi o coś ważnego - dodałam, żeby podkreślić, że to co innego niż wcześniejsze wymysły; fabryka z rosyjskimi szpiegami była pierwszym, ale nie ostatnim.
Udawałyśmy na przykład czarownice i rzucałyśmy zaklęcia na ludzi, których nie lubiłyśmy, a później przez krótki czas wierzyłyśmy, że jeden z naszych nauczycieli jest tak naprawdę robotem. Czasami - ostatnio coraz częściej - martwiłam się, że Sharon przestanie mi towarzyszyć w tych moich wymysłach. Tym razem spojrzała na mnie w lustrze, zmarszczyła brwi i podniosła pojemnik ze sprejem do ciała Impulse i się nim spryskała, a jego słodki zapach okazał się tak przytłaczający, że zaczęłam się krztusić.
- Nie będę znowu udawać, że jestem kosmitką - zaprotestowała.
Zarumieniłam się, zanosząc od kaszlu. Zapomniałam, co się stało po tym, jak po raz pierwszy obejrzałyśmy Gwiezdne wojny.
- Nic z tych rzeczy - uspokoiłam ją. - Chodzi o Rozpruwacza. Gdybyśmy tak postanowiły, że go znajdziemy?
- Co ty znowu wymyśliłaś? - przeraziła się. - Jakim cudem my miałybyśmy złapać Rozpruwacza z Yorkshire, skoro nie udało się to policji?
Westchnęłam. Kwestionowanie moich pomysłów stało się nowym, niepożądanym elementem naszej przyjaźni. Ale jej uwaga była słuszna. Jak miałybyśmy go złapać? Potrzebowałyśmy planu, należało zebrać wskazówki i je uporządkować.
Przypomniały mi się słowa policjanta na temat metodyki, a później pomyślałam o cioci Jean i jej notatniku i zaświtał mi w głowie pomysł. Wiedziałam, co musimy zrobić.
- Sporządzimy listę - zarządziłam. - Listę ludzi i rzeczy, które wydają nam się podejrzane. A potem... A potem przeprowadzimy dochodzenie.
- A właściwie dlaczego miałybyśmy to robić?
- No, jeśli go złapiemy, może dostaniemy nagrodę, którą oferuje policja. Wyobraź sobie, co mogłybyśmy sobie kupić! Książki, błyszczyki i słodycze, wszystko, co nam się zamarzy.
Odbicie Sharon uśmiechało się do mnie.
- Ale nawet gdybyśmy jej nie dostały, pomyśl o wszystkich prostytutkach, które byśmy uratowały. - Choć żadna z nas nie wiedziała, kim są prostytutki, pomyślałam, że idea ratowania innych spodoba się Sharon, która była najmilszą osobą, jaką znałam. - I wszyscy by się dowiedzieli, kim ja, to znaczy, kim my jesteśmy - dodałam.
Koniec z niewidzialnością. Koniec z litościwymi spojrzeniami innych matek.
- Hmmm - mruknęła. - Zastanowię się.
*
Gdy szłyśmy do szkoły następnego dnia, wisiała nad nami moja sugestia dotycząca Rozpruwacza. Próbowałam rozmawiać o czymś innym, pozwolić Sharon poruszyć dowolny temat, ale on, jak zawsze, był wszędzie - od ulotek przyklejonych do latarni po nagłówki na stoisku przed sklepem na rogu. Nie zdołałybyśmy uciec przed Rozpruwaczem, nawet gdybyśmy chciały. Coraz bardziej zaczynało mi zależeć na tym, żeby spróbować go złapać.
Przy szkolnej bramie, kierowane jednakowym odruchem, zatrzymałyśmy się na chwilę i stałyśmy ramię w ramię, obserwując, jak na dziedzińcu przed nami toczy się zabawa w "pościg Rozpruwacza". Reece Carlton w skupieniu długimi krokami przemierzał betonową posadzkę. Wzrok miał utkwiony w biednej dziewczynie, którą ścigał.
Reece'a poznałam w podstawówce. Był znacznie mniejszy niż inni chłopcy, ale wydawał się starszy, policzki miał zapadnięte, a jego niebieskie oczy wyglądały, jakby widziały rzeczy, o których reszta z nas nie miała pojęcia. Był nieśmiały - codziennie wtulał się w mamę, gdy go podwoziła, a potem siadał na końcu sali i kulił się aż do powrotu do domu. Pierwsi w naszej klasie nauczyliśmy się czytać i dlatego otrzymaliśmy specjalne przywileje - mogliśmy siedzieć i czytać książki bez nadzoru. Byłam z tego bardzo dumna, bo w tamtych czasach bycie mądrym jeszcze się liczyło. Często siedzieliśmy razem w zgodnym milczeniu. Teraz po tamtym chłopcu nie został ślad. Chłopak, którego miałam przed sobą, w niczym go nie przypominał.
Dziewczyna uciekająca przed nim potknęła się o własne nogi. Przerażona szybko się podniosła i pobiegła dalej. Czułam, jak serce łomocze mi w piersi na widok jej strachu, choć była to tylko zabawa. Zastanawiałam się, czego doświadczały kobiety ścigane przez prawdziwego Rozpruwacza. Wzdrygnęłam się i poczułam dłoń Sharon na ramieniu.
- Dobra - odezwała się. - Zróbmy to. Spróbujmy go złapać.
Przytaknęłam i szybko weszłam za bramę. Wmieszałam się w tłum, żeby nie mogła dostrzec uśmiechu rozjaśniającego moją twarz.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki