Lista podejrzanych spraw - Jennie Godfrey

Kup ebooka

47.90 zł
38.80 zł (39,08 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Miv

Ła­two by­łoby stwier­dzić, że wszystko za­po­cząt­ko­wały mor­der­stwa, ale tak na­prawdę za­częło się od tego, że Mar­ga­ret That­cher zo­stała pre­mie­rem.

- Ko­biety nie na­dają się do rzą­dze­nia kra­jem. Nie są do tego stwo­rzone - orze­kła cio­cia Jean w dniu ogło­sze­nia wy­ni­ków wy­bo­rów. - Jakby z ostat­nimi u wła­dzy nie dość było pro­ble­mów. To po­czą­tek końca York­shire i za­raz ci po­wiem dla­czego.

Krzą­tała się po na­szej ma­łej kuchni i ener­gicz­nie wy­cie­rała po­wierzch­nie, które ja już wcze­śniej prze­tar­łam. Sie­dzia­łam przy stole w brą­zowo-po­ma­rań­czo­wym szkol­nym mun­durku, łu­ska­łam gro­szek do dursz­laka na wy­szczer­bio­nym żół­tym bla­cie z la­mi­natu i wkła­da­łam so­bie zia­renka do buzi, jak tylko cio­cia nie pa­trzyła. Chcia­łam za­uwa­żyć, że cio­cia Jean, po­dob­nie jak Mar­ga­ret That­cher, jest ko­bietą, ale ona nie zno­siła, kiedy jej się prze­ry­wało. By­ły­śmy tylko we dwie, nie można więc było uciec od jej prze­my­śleń, a miała ich wiele. Tak wiele, że za­częła je wy­li­czać.

- Po pierw­sze. - Jej sprę­ży­ste siwe loki pod­ska­ki­wały, gdy krę­ciła głową. - Wy­star­czy spoj­rzeć na jej twarz, od razu wi­dać, co się dzieje z ko­bietą u wła­dzy: staje się nie­czuła. Od razu wia­domo, że jest bez serca, prawda? - Wzięła z ocie­ka­cza drew­nianą łyżkę i dla wzmoc­nie­nia efektu mach­nęła nią w moją stronę.

- Hmm - mruk­nę­łam.

Przez chwilę roz­wa­ża­łam, czy po pro­stu od czasu do czasu nie po­ta­ki­wać, a ukrad­kiem czy­tać książkę, która le­żała otwarta z ro­giem wsu­nię­tym pod dursz­lak, żeby się nie za­my­kała. Ale choć cio­cia Jean nie miała zbyt do­brego słu­chu, to po­zo­stałe jej zmy­sły były jak brzy­twa i moją nie­uwagę wy­czu­łaby jak pies my­śliw­ski zwie­rzynę.

- Po dru­gie. Zdą­żyła już od­jąć od ust mleko bied­nym dzie­ciom i za­brać po­sady ciężko pra­cu­ją­cym męż­czy­znom.

Wie­dzia­łam, że przy­naj­mniej część tych za­rzu­tów jest prawdą. Po­wie­dzonko "That­cher, zło­dziejka mleka" na­dal krą­żyło po na­szej szkole, wiele lat po tym, jak wy­co­fała małe bu­telki obrzy­dli­wego let­niego mleka, które mu­sie­li­śmy co­dzien­nie pić.

- Po trze­cie. Co rusz te cho­lerne mor­der­stwa. Z tego sły­nie te­raz York­shire. Z mar­twych dziew­czyn.

Odło­żyła drew­nianą łyżkę i otwo­rzyła drzwi na­szej sta­rej lo­dówki, za­rdze­wia­łej na ro­gach, a one za­pro­te­sto­wały skrzy­pie­niem. Na­tych­miast cmok­nęła na wi­dok pustki, wy­cią­gnęła znisz­czony ko­ło­no­tat­nik, który wszę­dzie ze sobą no­siła, wy­jęła rów­nie wy­słu­żony ołó­wek przy­cze­piony do okładki i po­śli­niła ry­sik.

- Ma­sło, mleko, ser.

Wi­dzia­łam, jak wy­po­wiada war­gami słowa ka­li­gra­fo­wane pi­smem, z któ­rego była tak dumna. Cio­cia Jean lu­biła po­rząd­ko­wać ży­ciowy ba­ła­gan i za­pro­wa­dzać ład. Cza­sami za­sta­na­wia­łam się, czy wła­śnie to pró­bo­wała zro­bić w na­szej ro­dzi­nie. Skoń­czyła swoją li­stę, za­mknęła lo­dówkę i na mnie spoj­rzała.

- No, nie tylko z mar­twych dziew­czyn. Jesz­cze z ta­kich ko­biet.

Kor­ciło mnie, żeby za­py­tać, ja­kie ma na my­śli i czy są one ta­kie same jak Mar­ga­ret That­cher. Za­wsze in­try­go­wały mnie ko­biety, któ­rych cio­cia Jean nie po­chwa­lała - było ich wiele - ale z do­świad­cze­nia wie­dzia­łam, że nie li­czy na ża­den ko­men­tarz i ża­den nie byłby mile wi­dziany. Po­sta­no­wi­łam mil­czeć i po pro­stu usia­dłam wy­god­niej na krze­śle, a cio­cia Jean wró­ciła do wy­da­wa­nia swo­ich opi­nii. O mor­der­stwa, o któ­rych wspo­mniała, py­tać nie mu­sia­łam. Wszy­scy w York­shire wie­dzieli, że gra­suje u nas upiór, uzbro­jony w mło­tek i pa­ła­jący nie­na­wi­ścią do ko­biet.

*

O Roz­pru­wa­czu z York­shire po raz pierw­szy usły­sza­łam dwa lata wcze­śniej, kiedy mia­łam pra­wie dzie­sięć lat. Ja, mama, tata i cio­cia Jean sie­dzie­li­śmy w na­szym sa­lo­nie. To było nie­długo po tym, jak cio­cia u nas za­miesz­kała. Pró­bo­wa­łam się do­sto­so­wać do obec­no­ści no­wej osoby w domu, bo tego ode mnie wy­ma­gano. Nie­ustan­nie sta­ra­łam się być cich­sza i mniej wi­doczna, ale mimo naj­lep­szych in­ten­cji moja oso­bo­wość i tak da­wała o so­bie znać w naj­mniej od­po­wied­nim mo­men­cie.

Na ekra­nie ma­łego czarno-bia­łego te­le­wi­zora wci­śnię­tego na półkę le­ciały wie­czorne wia­do­mo­ści. Mama, tata i cio­cia Jean sie­dzieli na ka­na­pie i wpa­try­wali się w nie, jakby słu­chali ka­za­nia w ko­ściele. Mia­łam mo­kre włosy po co­ty­go­dnio­wym my­ciu, więc mo­głam usiąść na fo­telu zwy­kle za­re­zer­wo­wa­nym dla mamy, kiedy była na dole. Stał obok ko­minka ga­zo­wego wy­peł­nio­nego mocno roz­ża­rzo­nymi po­la­nami i ogrze­wał moją twarz, gdy się do niego od­wró­ci­łam. W po­zo­sta­łej czę­ści po­koju było tak zimno, że można było zo­ba­czyć wła­sny od­dech. Wpa­try­wa­łam się w brą­zowe, po­ma­rań­czowe i musz­tar­dowe za­wi­jasy na na­szej wy­kła­dzi­nie - wy­glą­dały jak wzory ry­so­wane spi­ro­gra­fem, który do­sta­łam na Boże Na­ro­dze­nie - aż na­gle się zo­rien­to­wa­łam, że w po­koju coś się zmie­niło, jakby na­gle za­bra­kło w nim tlenu. Zda­wało się, że wszy­scy za­czerp­nęli po­wie­trza i wstrzy­my­wali od­dech, jak cza­sem ro­bi­li­śmy w szkole - aż do mo­mentu, gdy twa­rze pło­nęły nam czer­wie­nią, a po­tem pod­da­wa­li­śmy się, za­sa­pani i ro­ze­śmiani.

Pod­nio­słam wzrok i zo­ba­czy­łam po­li­cjanta z po­ważną miną, ob­wie­szo­nego pań­stwo­wymi od­zna­cze­niami, który wła­śnie po­ja­wił się na ekra­nie. Tata uważ­nie przy­glą­dał się ma­mie, jakby spraw­dzał, czy żyje. Naj­wy­raź­niej nie do­pa­trzył się ni­czego dziw­nego, bo od­wró­cił się do cioci Jean, uno­sząc i opusz­cza­jąc brwi, na co za­wsze re­ago­wa­łam chi­cho­tem. Ale te­raz nie było w tym nic za­baw­nego. Nie mia­łam po­ję­cia, co się zmie­niło.

Dziś mogę po­twier­dzić, że dwu­dzie­sto­let­nia Jean Jor­dan jest szó­stą ofiarą Roz­pru­wa­cza z York­shire. Zgi­nęła w bru­talny spo­sób. Mor­derca za­dał jej cios w głowę tę­pym na­rzę­dziem, a na­stęp­nie wie­lo­krot­nie ją ra­nił. Ofiara rów­nież była pro­sty­tutką...

Wy­pro­sto­wa­łam się - tego słowa jesz­cze nie sły­sza­łam. Tata za­kasz­lał, za­głu­sza­jąc dźwięk te­le­wi­zora. Cio­cia Jean wstała, żeby prze­łą­czyć ka­nał, ale ja zdą­ży­łam za­py­tać:

- Co to jest pro­sty­tutka?

Tata i cio­cia Jean znów na sie­bie spoj­rzeli. Tata po­ru­szył się w fo­telu, a cio­cia Jean za­marła. Mama na­dal wpa­try­wała się bez­na­mięt­nie w ekran i je­dy­nie prze­lotny prze­błysk świa­do­mo­ści świad­czył o tym, że wi­działa wia­do­mo­ści, jed­nak sku­pie­nie w jej oczach zni­kło tak szybko, jak się po­ja­wiło. Nikt na mnie nie spoj­rzał.

- To ktoś, kto po­maga po­li­cji - rzu­cił w końcu tata.

- Chcesz hor­licksa[1] przed snem? - za­py­tała cio­cia Jean su­ro­wym to­nem i wy­szła z po­koju, da­jąc mi znak, że­bym po­szła za nią.

Kiedy wró­ci­łam, w te­le­wi­zji le­ciało coś zu­peł­nie in­nego. Mia­łam wra­że­nie, że wcze­śniej­sza roz­mowa ni­gdy się nie od­była.

Od tam­tego dnia Roz­pru­wacz błą­kał się po pe­ry­fe­riach mo­jej świa­do­mo­ści. W szkole po­lo­wa­nie na ca­łusa za­stą­piła za­bawa znacz­nie gor­sza - "po­ścig Roz­pru­wa­cza" - chłopcy z mo­jej klasy za­pi­nali wia­trówki tylko pod szyją i kiedy bie­gli, lek­kie kurtki ło­po­tały jak skrzy­dła dra­pież­nych pta­ków. Uga­niali się po dzie­dzińcu za naj­ład­niej­szymi dziew­czy­nami - mię­dzy in­nymi za moją przy­ja­ciółką Sha­ron - a one z krzy­kiem ucie­kały. Ale ofia­rami mor­dercy nie in­te­re­so­wa­łam się zbyt­nio do czasu, gdy kilka ty­go­dni przed wy­bo­rami za­bito dzie­więt­na­sto­let­nią pra­cow­nicę to­wa­rzy­stwa bu­dow­la­nego z Ha­li­faxu - Jo­se­phine Whi­ta­ker.

Tata zo­sta­wił ga­zetę na ku­chen­nym stole i po­szedł do pubu, a ja chcia­łam ją sprząt­nąć. Cio­cia Jean nie zno­siła ba­ła­ganu. Naj­sil­niej utkwiły mi w pa­mięci zdję­cia z pierw­szej strony: uśmiech­nięta twarz Jo­se­phine z sze­roko otwar­tymi oczami, oko­lona gę­stymi, ciem­nymi wło­sami, obok fo­to­gra­fii jej czę­ściowo za­kry­tego ciała w miej­sco­wym parku, gdzie zo­stała dwa­dzie­ścia je­den razy dźgnięta śru­bo­krę­tem.

Jej śmierć do­tknęła mnie tak, jak­bym tę ko­bietę znała. Być może z po­wodu wieku - była na tyle młoda, że w te­le­wi­zji mó­wiono o niej "dziew­czyna", i jed­no­cze­śnie nie­wiele star­sza ode mnie. Być może ze względu na spo­sób, w jaki ją opi­sano, sło­wami ta­kimi jak "nie­winna" i "szla­chetna". Nie za­li­czała się do ta­kich ko­biet, jak na­zy­wała je cio­cia Jean. Wpa­try­wa­łam się w te zdję­cia, to w jedno, to w dru­gie, a serce ło­mo­tało mi tak mocno, że jego dud­nie­nie czu­łam w uszach.

*

W dniu wy­bo­rów tata wró­cił do domu po po­rze pod­wie­czorku, a ja sie­dzia­łam przy ku­chen­nym stole i skrę­ca­jąc się z głodu, cze­ka­łam, aż umyje ręce i do nas do­łą­czy. Do kuchni wpadł zna­jomy piż­mowy za­pach potu i pa­sty do czysz­cze­nia. Tata usiadł obok mnie przy stole i zmierz­wił mi włosy, co było jed­nym z nie­licz­nych prze­ja­wów czu­ło­ści.

- Pra­wie go­towe, Au­stin. - Cio­cia Jean kiw­nęła głową i po­sta­wiła przed nim ku­bek go­rą­cej her­baty, a ja po­ru­szy­łam się nie­cier­pli­wie na krze­śle. - Prze­stań, Miv - upo­mniała mnie cio­cia. - Wier­cisz się, jak­byś miała owsiki.

Za­mar­łam na­tych­miast, zwie­si­łam głowę i przy­gry­złam mocno wargę. Mama cią­gle tak do mnie mó­wiła. Ale za­wsze ro­biła to z uśmie­chem.

- Jak ci się nu­dzi, mo­żesz za­nieść to na górę. - Cio­cia Jean wrę­czyła mi tacę z mi­ską gę­stej zupy.

Kiedy po­czu­łam za­pach po­mi­do­rów, za­częło mi bur­czeć w brzu­chu jesz­cze bar­dziej. Od­wró­ci­łam się i zaj­rza­łam do du­żego po­koju. Zo­rien­to­wa­łam się, że zde­ze­lo­wany fo­tel jest pu­sty. Wi­docz­nie mama miała kiep­ski dzień.

We­szłam po na­szych wą­skich scho­dach, ze wzro­kiem utkwio­nym w mi­sce na tacy, sta­wia­jąc stopy z prze­sadną ostroż­no­ścią, żeby nie roz­lać ani kro­pli. Na gó­rze po­ło­ży­łam tacę przed za­mknię­tymi drzwiami sy­pialni, za­pu­ka­łam ci­cho i wy­tę­ży­łam słuch, wy­cze­ku­jąc ja­kie­go­kol­wiek od­głosu, ale od­po­wie­działa mi tylko ci­sza. Ze­szłam na pal­cach, a gdy po­sta­wi­łam stopę na naj­niż­szym stop­niu, usły­sza­łam nie­mal bez­gło­śny jęk otwie­ra­nych drzwi i ode­tchnę­łam z ulgą. Przy­naj­mniej ja­dła. A więc dzień nie był cał­kiem zły.

Kiedy wró­ci­łam do kuchni, cio­cia Jean zdą­żyła zdjąć far­tuch i miała na so­bie swój co­dzienny swe­ter - po­ce­ro­wany na łok­ciach i za­pięty pod szyję. Je­śli nie li­czyć jej opi­nii, cio­cia Jean była bar­dzo sche­ma­tyczna - raz w ty­go­dniu ukła­dała swoje sprę­ży­ste loki pod klo­szem su­szarki u fry­zjera, a na no­gach no­siła grube, cie­li­ste raj­stopy za­kry­wa­jące naj­mniej­szy frag­ment skóry. Te­raz kro­iła dużą za­pie­kankę i na­kła­dała ją na ta­le­rze. Tata po­chła­niał naj­now­sze wia­do­mo­ści na te­mat kry­kieta w ga­ze­cie "York­shire Chro­nicle", którą za­mknął, gdy sta­nęło przed nim je­dze­nie. W końcu sie­dzie­li­śmy we troje nie­mal ło­kieć przy łok­ciu przy okrą­głym stole i je­dli­śmy.

Za­nim przy­je­chała cio­cia Jean, ko­la­cje spo­ży­wa­li­śmy na ta­cach na ka­na­pie przy włą­czo­nym te­le­wi­zo­rze i było przy tym miej­sce na ha­łas i śmie­chy. Na­wet pod­czas straj­ków, które kilka lat wcze­śniej na parę dni po­zba­wiły nas prądu i ogrze­wa­nia, mama za­mie­niła wszystko w za­bawę. Uda­wała, że je­ste­śmy na bi­waku, je­dli­śmy przy świe­cach, w weł­nia­nych czap­kach i śpie­wa­li­śmy pio­senki, ja­kie śpiewa się przy ogni­sku. Na­wet je­śli mu­sie­li­śmy jeść po ciemku, ży­cie było wtedy pełne lek­ko­ści - nie tej po­nu­rej sza­ro­ści, która nas okryła, gdy mama za­mil­kła, a jej miej­sce za­jęła cio­cia Jean.

Cio­cia od­kaszl­nęła i spra­wiła, że zro­biło się dużo cia­śniej, bo obok ta­le­rza po­ło­żyła no­tat­nik i go otwo­rzyła. Do­pi­sała jesz­cze kilka uwag, sta­ran­nie je nu­me­ru­jąc, na te­mat tego, dla­czego Mar­ga­ret That­cher była "złem dla kraju, a w szcze­gól­no­ści dla York­shire". Słowa za­pi­sane na kartce brzmiały do­kład­nie tak jak te, które wy­po­wia­dała.

Tata w mil­cze­niu jadł za­pie­kankę z ka­wał­kami wo­ło­winy i ne­rek, ze wzro­kiem utkwio­nym w po­tra­wie na ta­le­rzu. Nie da­wał po so­bie po­znać, że słu­cha, gdy po­wta­rzała te same kwe­stie, które wy­re­cy­to­wała mi wcze­śniej, i do­dała kilka no­wych - o tym, że "ko­biety za­bie­rają się za rze­czy prze­kra­cza­jące ich moż­li­wo­ści" oraz że York­shire "scho­dzi na psy" przez coś, co na­zywa się "imi­gra­cją".

Wes­tchnęła, a jej sztywne loki drgnęły.

- Nie wiem, Au­stin. Cza­sami my­ślę, że mo­gli­by­śmy dać so­bie spo­kój i prze­nieść się na Po­łu­dnie.

Za­mar­łam z wi­del­cem w po­ło­wie drogi do ust. Mó­wiła po­waż­nie? W na­szej ro­dzi­nie Po­łu­dnie ozna­czało los gor­szy niż śmierć. "Sie­dzi w nas York­shire", ma­wiała cio­cia Jean. "We krwi mamy wrzo­so­wi­ska i przę­dzal­nie".

Odło­ży­łam na ta­lerz kęs za­pie­kanki, zwi­sa­jący z końca wi­delca, bo stra­ci­łam ape­tyt. Tata pod­niósł głowę. Za­nim zdą­ży­łam się za­sta­no­wić, z mo­ich ust wy­pły­nęły słowa:

- Nie mo­żemy się wy­pro­wa­dzić.

Ich gło­śność za­sko­czyła na­wet mnie. Tata i cio­cia od­wró­cili się w moją stronę.

- Coś ta­kiego! - Tata wy­glą­dał na wy­raź­nie roz­ba­wio­nego.

Na twa­rzy cioci Jean nie było jed­nak ani tro­chę we­so­ło­ści.

- Zro­bisz, co ci każą. - Wska­zała na mój ta­lerz, jakby chciała po­wie­dzieć: "To do­ty­czy też ko­la­cji".

- Ale WSZYSTKO jest tu­taj. - Mia­łam na my­śli moją naj­lep­szą i je­dyną przy­ja­ciółkę Sha­ron. Czu­łam, że gar­dło mam co­raz bar­dziej ści­śnięte i bez­sku­tecz­nie pró­bo­wa­łam prze­łknąć ślinę. Płacz był jedną z wielu rze­czy, któ­rych cio­cia Jean nie po­chwa­lała.

Tata odło­żył nóż i wi­de­lec i po raz pierw­szy prze­niósł wzrok z za­pie­kanki na cio­cię Jean. Ze stosu na środku stołu wziął kromkę chleba grubo po­sma­ro­waną ma­słem i sta­ran­nie wy­tarł nią resztki sosu z ta­le­rza.

- Tak, może masz ra­cję - ode­zwał się po chwili na­my­słu. - Nowy po­czą­tek mógłby nam wszyst­kim wyjść na do­bre. Po­win­ni­śmy to prze­my­śleć. - Zer­k­nął w kie­runku su­fitu i słu­chał od­głosu kro­ków stą­pa­ją­cych po­woli po drew­nia­nej pod­ło­dze.

Ja też spoj­rza­łam w górę. Kiedy się od­wró­ci­łam, cio­cia Jean ob­ser­wo­wała nas oboje. Do­strze­głam w jej oczach emo­cje, któ­rych nie po­tra­fi­łam na­zwać. Po­zbyła się ich rów­nie szybko jak brud­nych ta­le­rzy.

Wtedy zro­zu­mia­łam, że sy­tu­acja jest po­ważna.

*

Tej nocy le­ża­łam w łóżku, a księ­życ za­glą­da­jący przez szparę w za­sło­nach oświe­tlał mil­czące cie­nie biurka, pó­łek z książ­kami i cięż­kiej sta­rej szafy z orze­cha. Oczy dawno wy­bla­kłych, zbyt dzie­cin­nych już dla mnie po­staci Wom­bel­ków na ta­pe­cie wy­glą­dały, jakby mnie ob­ser­wo­wały. Te zna­jome kształty spra­wiły, że znów po­czu­łam ucisk w gar­dle.

Chwy­ci­łam się kra­wę­dzi łóżka i kur­czowo trzy­ma­łam sztywny, szorstki koc, czu­jąc na­ra­sta­jący ból głowy i su­peł w żo­łądku na myśl o wy­jeź­dzie z York­shire. Przy­po­mniało mi się na­sze ostat­nie wyj­ście na ob­chody dnia Guya Faw­kesa w na­szym mie­ście. Mama uznała, że je­stem wy­star­cza­jąco do­ro­sła, by po­jeź­dzić na ka­ru­zeli, a ja czu­łam się tak, jak­bym zwi­sała z kra­wę­dzi świata, gdy jeź­dzi­li­śmy w kółko. Przed krzy­kiem prze­ra­że­nia po­wstrzy­my­wał mnie je­dy­nie mocny uścisk dłoni mamy. Wciąż pa­mię­ta­łam im­bi­rowy pier­ni­kowy za­pach jej skóry. Wie­dzia­łam, że to się już nie po­wtó­rzy. Ostat­nie dwa lata na­uczyły mnie, jak bar­dzo lu­dzie mogą się zmie­nić. Skoro nie mo­głam li­czyć na lu­dzi, to po­trze­bo­wa­łam przy­naj­mniej nie­zmien­nych miejsc i oko­licz­no­ści. Nie mo­gli­śmy się wy­pro­wa­dzić.

Zwró­ci­łam się do je­dy­nej rze­czy, na którą za­wsze mo­głam li­czyć. Ni­gdy nie znaj­do­wa­łam po­cie­sze­nia w lal­kach czy plu­szo­wych ma­skot­kach, więc za­miast po któ­rąś z nich się­gnę­łam po sfa­ty­go­waną książkę Enid Bly­ton, którą mama ku­piła mi na pchlim targu. Le­żała na szczy­cie stosu przy łóżku. Okładka zwi­jała się ze sta­ro­ści, a kartki od­cze­piły się od grzbietu. Była to jedna z opo­wie­ści o Słyn­nej Piątce. Ofi­cjal­nie by­łam na nie za duża, ale książki te były dla mnie jak sta­rzy przy­ja­ciele. Uwiel­bia­łam, kiedy każda przy­goda koń­czyła się tro­ską cioci Fanny i mnó­stwem ka­na­pek, które przy­go­to­wy­wała dla bo­ha­te­rów.

Czy­ta­nie zna­jo­mych słów zaj­mo­wało mnie, gdy cze­ka­łam na inną co­dzienną po­cie­chę. Co wie­czór od dnia, w któ­rym mama za­mil­kła, tata przy­cho­dził do mo­jego po­koju, żeby po­wie­dzieć mi do­bra­noc. Był mar­nym za­stępcą mamy, która śpie­wała mi do snu, głasz­cząc mnie przy tym po gło­wie. To ni­gdy nie były idio­tyczne dzie­cinne pio­senki, tylko me­lo­dyjne, smutne utwory Be­atle­sów czy The Car­pen­ters, na­bie­ra­jące uroku dzięki jej dźwięcz­nemu gło­sowi. Tylko wtedy mo­głam po­być z tatą sama, dla­tego ten czas stał się cen­nym ry­tu­ałem, po któ­rym tata scho­dził na dół i oglą­dał te­le­wi­zję z cio­cią Jean lub "wy­ska­ki­wał na szyb­kie piwko", co zda­rzało się co­raz czę­ściej. Gdy wyj­rzał zza drzwi, odło­ży­łam książkę, go­towa do ataku.

- Na­prawdę za­mie­rzamy się prze­pro­wa­dzić? - za­py­ta­łam.

Wszedł, usiadł na brzegu łóżka i za­czął się ba­wić nitką wy­sta­jącą z wy­dzier­ga­nego koca, który mnie przy­kry­wał.

- A to na­prawdę by­łoby ta­kie straszne? - za­py­tał z uśmie­chem na twa­rzy. Ski­nie­niem głowy wska­zał otwartą książkę o Słyn­nej Piątce, le­żącą na mo­ich ko­la­nach. - My­śla­łem, że lu­bisz przy­gody.

Za­sko­czona pod­nio­słam wzrok. To był cios po­ni­żej pasa - wy­ko­rzy­sta­nie ksią­żek prze­ciwko mnie.

- A co z kry­kie­tem? - po­wie­dzia­łam. - Nie można ki­bi­co­wać York­shire Cric­ket Club, je­śli się nie jest w York­shire.

Kry­kiet był je­dy­nym wspól­nym ję­zy­kiem, jaki mie­li­śmy z tatą. Dzięki jego ob­se­sji na punk­cie tej dys­cy­pliny spor­to­wej skom­pli­ko­wane za­sady i słow­nic­two gry były wy­ryte w mo­jej gło­wie jak li­tery w skale na plaży. W ro­dzi­nie krą­żyła aneg­dota, że mama i tata o mały włos nie mie­liby dzieci, po­nie­waż mo­głoby to utrud­nić mu po­dró­żo­wa­nie, żeby oglą­dać grę York­shire. Osta­tecz­nie jed­nak to nie ja sta­nę­łam temu na prze­szko­dzie. Wie­dzia­łam, że nieco na­cią­gam fakty, bo za­sada mó­wiła tylko o tym, że żeby grać w dru­ży­nie, trzeba uro­dzić się w York­shire, ale nic to nie dało. Tata spoj­rzał na ze­ga­rek, jakby piwo cze­kało na niego o okre­ślo­nej go­dzi­nie.

- York­shire nie jest już ta­kie jak daw­niej - mruk­nął, wsta­jąc do wyj­ścia.

Po­czu­łam, że ka­ru­zele we mnie znów za­czy­nają się krę­cić.

- Z po­wodu mor­derstw?

- Po czę­ści - przy­znał, gdy pod­szedł do drzwi mo­jej sy­pialni. - Ale się nie martw. - Uśmiech­nął się nie­wy­raź­nie, zga­sił główne świa­tło i ostroż­nie za­mknął drzwi.

Wy­cią­gnę­łam spod łóżka la­tarkę, włą­czy­łam ją i wró­ci­łam do czy­ta­nia. Już po kilku stro­nach mój umysł i ciało się uspo­ko­iły, a słowa prze­pro­wa­dziły hip­nozę. Wie­dzia­łam, że moja ulu­biona bo­ha­terka Geo­r­gina - znana jako Geo­rge ze względu na swój chło­pięcy wy­gląd i coś, co na­zywa się "bra­wurą" - nie ba­łaby się ani prze­pro­wadzki, ani na­wet Roz­pru­wa­cza z York­shire. Pew­nie we­zwa­łaby resztę Piątki, żeby spró­bo­wać go zła­pać.

A gdyby ktoś go zła­pał? - za­sta­na­wia­łam się, za­nim po­grą­ży­łam się we śnie. Gdyby mor­der­stwa ustały? I mo­gli­by­śmy zo­stać? Wtedy ni­gdy nie mu­sia­ła­bym opusz­czać Sha­ron i by­ły­by­śmy przy­ja­ciół­kami na za­wsze.

2

Au­stin

Au­stin za­mknął za sobą fron­towe drzwi, przy­sta­nął na chwilę i wes­tchnął. Po­woli wy­pro­sto­wał zgar­bione ra­miona i po­chy­lone ciało, ni­czym gór­nik wy­do­sta­jący się spod ziemi. Jego dom stał się miej­scem prze­peł­nio­nym po­trze­bami: cią­głych py­tań, próśb o za­pew­nia­nie cze­goś, ko­niecz­no­ści na­pra­wia­nia. Ale je­dy­nej rze­czy, którą na­prawdę chciał na­pra­wić, na­pra­wić nie mógł. Na ze­wnątrz po­czuł, że znów może od­dy­chać. Szedł do końca ulicy, wy­li­cza­jąc "ene, due, like, fake" w rytm swo­ich kro­ków na po­pę­ka­nych sza­rych pły­tach chod­ni­ko­wych, za­sta­na­wia­jąc się, do­kąd pójść tego wie­czoru. Gdy do­tarł do skrzy­żo­wa­nia, do­szedł do wnio­sku, że naj­bli­żej jest Red Lion i że naj­praw­do­po­dob­niej bę­dzie w nim sto­sun­kowo spo­koj­nie o tak wcze­snej po­rze, choć był piąt­kowy wie­czór. Więk­szość lu­dzi uda­wała się do pu­bów w mie­ście za­raz po pracy i nie prze­miesz­czała się ni­g­dzie in­dziej albo ro­biła to dużo póź­niej. Naj­waż­niej­sze było dla niego to, żeby nie mu­siał ni­czego ro­bić z wy­jąt­kiem za­pła­ce­nia za piwo.

Gdy do­tarł do pubu, po­cią­gnął cięż­kie czarne drzwi. Na dwo­rze było jesz­cze ja­sno, słońce do­piero za­czy­nało za­cho­dzić, ale ciem­no­czer­wone dy­wany i wel­we­towe bor­dowe ta­pety nada­wały wnę­trzu wie­czorną at­mos­ferę. Miał ra­cję, przy­pusz­cza­jąc, że bę­dzie spo­koj­nie. Stali by­walcy oczy­wi­ście już sie­dzieli na brą­zo­wych stoł­kach przy brą­zo­wym drew­nia­nym ba­rze, ich ciała w brą­zo­wych ubra­niach po­chy­lały się nad brą­zo­wym pi­wem, oto­czone chmurą dymu.

Au­stin za­mó­wił piwo i wska­zał na stos ga­zet obok jed­nego z go­ści.

- Tak, mo­żesz wziąć - po­wie­dział męż­czy­zna, nie pa­trząc na niego ani nie wyj­mu­jąc z ust pa­pie­rosa, za­nim się ode­zwał.

Au­stin prze­ko­pał się przez stertę, szu­ka­jąc lo­kal­nej ga­zety i wia­do­mo­ści o kry­kie­cie. W ga­ze­tach kra­jo­wych za­wsze było pełno bzdur, a wie­dział, że tego dnia bę­dzie ich jesz­cze wię­cej. Przy­naj­mniej na pierw­szych stro­nach nie po­ja­wił się Roz­pru­wacz. Na­główki miały inny wy­dźwięk - triumfu i opty­mi­zmu, któ­rego Au­stin nie po­dzie­lał. Prze­rzu­cał ko­lejne ga­zety, a każda z nich była li­stem mi­ło­snym do no­wej pre­mier: "Mag­gie idzie na ca­łość", "Mag­gie się udało", "Mo­żesz po­móc Pani Pre­mier spra­wić, by Bry­ta­nia znów była na­prawdę Wielka".

- To­pisz smutki, Au­stin? - za­cze­pił go Pa­trick, ni­ski, krępy bar­man, który po­sta­wił przed nim szklankę. - Te­raz, kiedy rzą­dzi nami ko­bieta, cze­kają nas praw­dziwe kło­poty, co? - do­dał, jakby ten fakt był ra­czej za­bawny, a nie dru­zgo­cący.

Au­stin, po­dob­nie jak jego sio­stra, nie da­rzył sym­pa­tią That­cher, a na pod­sta­wie jej wcze­śniej­szych po­czy­nań mógł je­dy­nie prze­wi­dy­wać dal­szy upa­dek miesz­kań­ców York­shire pod jej rzą­dami. Wy­pił łyk piwa, żeby unik­nąć od­po­wie­dzi, ale Pat prze­szedł do te­matu jesz­cze mniej przy­jem­nego.

- Co sły­chać w domu? - za­py­tał ści­szo­nym gło­sem, by nie usły­szeli go stali by­walcy.

- Wiesz, jak jest - od­parł Au­stin w rów­nie la­ko­niczny spo­sób, ja­kiego od niego ocze­ki­wano.

Za­nim Pat zdą­żył po­wie­dzieć co­kol­wiek wię­cej, Au­stin za­brał piwo oraz miej­scową ga­zetę i prze­niósł się do naj­cich­szego za­kątka w pu­bie - chy­bo­czą­cego się drew­nia­nego sto­lika do gry w karty z jed­nym krze­słem. Pró­bo­wał za­po­mnieć o wszyst­kim i sku­pić się na lek­tu­rze, ale za­sta­na­wiał się, co Ma­rian - ta dawna Ma­rian - my­śla­łaby o That­cher w roli pre­miera. Wy­obra­żał ją so­bie, jak wy­gła­sza pło­mienną mowę na te­mat praw ro­bot­ni­ków, z po­licz­kami za­ró­żo­wio­nymi z prze­ję­cia. Nie mógłby się dłu­żej po­wstrzy­my­wać i wy­cią­gnąłby rękę, by ją po­ca­ło­wać, a ona chi­cho­ta­łaby i mu się wy­ry­wała. "Au­stin, pró­buję być po­ważna". Wes­tchnął, a po­wie­trze uszło z jego płuc po­woli ni­czym z prze­bi­tej opony.

Nie było sensu wy­obra­żać so­bie ta­kich rze­czy, ale za­wo­alo­wane py­ta­nie Pa­tricka spra­wiło, że nie mógł nie my­śleć o domu. Jak miał się czuć obok mil­czą­cej żony, nie­zno­szą­cej sprze­ciwu sio­stry i, co naj­bar­dziej bo­le­sne, nie­let­niej, za­nie­dba­nej córki? Uwol­nił się od co­raz bar­dziej ści­ska­ją­cego za gar­dło po­czu­cia winy, po­pi­ja­jąc je pi­wem. Ro­zej­rzał się po pu­bie, szu­ka­jąc roz­rywki, i jego wzrok padł na je­dy­nego go­ścia, je­śli nie li­czyć męż­czyzn przy ba­rze, któ­rzy byli ra­czej czę­ścią wy­po­sa­że­nia niż fak­tycz­nymi klien­tami. Męż­czy­zna sie­dział po­chy­lony nad swoim ku­flem w prze­ciw­le­głym rogu, jakby on i Au­stin byli pod­pór­kami do ksią­żek. Pod­niósł głowę, być może wy­czu­wa­jąc na so­bie spoj­rze­nie. Au­stin na­tych­miast od­wró­cił wzrok, bo w gru­bym męż­czyź­nie o lo­do­wa­tych oczach roz­po­znał Ke­vina Carl­tona. Na tego czło­wieka się nie pa­trzyło. Au­stin sta­rał się pil­no­wać wła­snego nosa i uni­kał zbyt­niego in­te­re­so­wa­nia się ży­ciem in­nych lu­dzi, ale miesz­ka­nie pod jed­nym da­chem z sio­strą ozna­czało, że nie mógł uciec od plo­tek, które w tak ma­łym mie­ście krą­żyły za­wsze. Zda­niem Jean Ke­vin za­da­wał się z "po­dej­rza­nymi ty­pami" i miał "całą gro­madkę chłop­ców", któ­rzy - co do jed­nego - zejdą "na złą drogę"; co prawda jego sio­stra wielu lu­dzi uwa­żała za po­dej­rza­nych, ale sam wi­dział, jak Ke­vin za­ata­ko­wał ko­goś ki­jem do sno­okera za to, że przy­glą­dał mu się zbyt długo, i wie­dział, że od ilo­ści wy­pi­tego piwa za­leży to, czy Carl­ton uzna kon­takt wzro­kowy za agre­sję. Na szczę­ście było chyba na tyle wcze­śnie, że przy­pad­kowe po­tknię­cie uszło Au­sti­nowi na su­cho.

- Jak się masz, Au­stin!

Pod­niósł wzrok i zo­ba­czył Gary'ego An­drewsa, który wła­śnie się zja­wił. Au­stin za­czął skła­dać ga­zetę i do­pi­jać piwo.

- Jak leci, Gary - wy­mam­ro­tał Au­stin. Gdy spoj­rzał na Pata, obaj jed­no­cze­śnie prze­wró­cili oczami.

Zro­bił się lekki gwar, bo Gary wi­tał wszyst­kich w pu­bie po ko­lei, kle­piąc sta­łych by­wal­ców po ple­cach, jed­nego po dru­gim. Po­dą­żał za nim jego mały od­dział, ki­wa­jąc gło­wami i śmie­jąc się z każ­dego jego słowa. Au­stin ni­gdy nie ro­zu­miał, dla­czego Gary ma tak wielu wiel­bi­cieli wśród mło­dych męż­czyzn. Ro­zu­miał, dla­czego chi­cho­tały przy nim dziew­czyny - nie można było mu ode­brać tego, że jest przy­stoj­nym chło­pa­kiem - ale zda­niem Au­stina jego zu­chwałe, przy­ja­ciel­skie za­cho­wa­nie "swo­jaka" było je­dy­nie grą. Po­dej­rze­wał, że Pat czuje to samo.

- Przy­nieść ci jesz­cze jedno? - Pat ski­nął na pu­stą szklankę Au­stina, wy­raź­nie od­wle­ka­jąc mo­ment po­dej­ścia do Gary'ego i jego ko­le­gów.

Au­stin spoj­rzał na ze­gar. Jego żona była już pew­nie w łóżku, córka praw­do­po­dob­nie z no­sem w książce, a Jean krzą­tała się po du­żym po­koju, w któ­rym brat urzą­dził dla niej pro­wi­zo­ryczną sy­pial­nię. Te­ren był czy­sty. Ale on nie był jesz­cze go­towy na po­wrót do domu.

3

Miv

W na­stępny po­nie­dzia­łek, jak co dzień przed szkołą, po­szłam po Sha­ron.

Drogę do jej domu zna­łam tak do­brze jak strony mo­ich ksią­żek o Słyn­nej Piątce. Za­pię­łam kurtkę po samą szyję, aby osło­nić się przed nie­przy­jem­nym, zim­nym desz­czem, i szłam tak szybko, jak tylko mo­głam. W ze­szłym se­me­strze, kiedy uczy­li­śmy się o pierw­szej woj­nie świa­to­wej, za­fa­scy­no­wała mnie wi­zja męż­czyzn ży­ją­cych w oko­pach. Domy sze­re­gowe na ulicy, przy któ­rej miesz­ka­łam, przy­wo­dziły mi na myśl rzędy zmę­czo­nych bi­twą, sza­rych żoł­nie­rzy z mo­ich pod­ręcz­ni­ków, ran­nych i oban­da­żo­wa­nych po la­tach walk i za­nie­dbań. Mi­ja­łam ko­lejne iden­tyczne ulice, aż w końcu ustą­piły miej­sca bar­dziej roz­le­głej zie­lo­nej czę­ści mia­sta, w któ­rej miesz­kała Sha­ron.

Nie było sensu, że­bym po nią przy­cho­dziła. Do szkoły szło się drogą, którą wła­śnie po­ko­na­łam, więc mu­sia­łam za­wró­cić, ale lu­bi­łam cho­dzić do Sha­ron. Po­do­bała mi się spo­kojna, schludna ulica i obiet­nica cze­goś, czego nie da­wał mi mój wła­sny dom. Róż­nica nie po­le­gała je­dy­nie na wiel­ko­ści bu­dyn­ków czy od­stę­pach mię­dzy nimi. Cho­dziło o dro­bia­zgi. Ob­fite ak­sa­mitne ko­tary za­miast prze­świ­tu­ją­cych za­słon kiep­skiego ga­tunku. O na­zwę domu na ta­bliczce za­miast zwy­kłego nu­meru na drzwiach. O świeżo po­ma­lo­wane, po­dwój­nie szklone okna za­miast łusz­czą­cych się drew­nia­nych ram z po­je­dyn­czą szybą. O spo­kój i ci­szę na ulicy Sha­ron, prze­ry­wane je­dy­nie od­gło­sami desz­czu, na­wo­ły­wa­niem pta­ków i spo­ra­dycz­nie prze­jeż­dża­ją­cymi sa­mo­cho­dami za­miast nie­usta­ją­cego ha­łasu dzieci ba­wią­cych się na mo­jej ulicy, szcze­ka­nia psów i mo­no­ton­nego ude­rza­nia piłki o mo­krą ścianę.

Sha­ron cze­kała na mnie na końcu swo­jej ulicy, w kap­tu­rze na gło­wie, ukry­wa­jąc swoje blond loki. Ru­szy­ły­śmy ra­zem lek­kim kro­kiem. Je­śli ja by­łam chłop­czycą Geo­rge ze Słyn­nej Piątki, to Sha­ron była słodką Anne. Two­rzyły mnie pro­ste li­nie - jak u fi­gu­rek z pa­ty­ków, które ry­so­wa­łam w szkole: krót­kie, pro­ste, my­sio­brą­zowe włosy, pro­sty nos i wy­pro­sto­wane ciało. Sha­ron two­rzyły krą­gło­ści i fale: krę­cone blond ko­smyki, nos okrą­gły jak gu­zi­czek i ró­żowe su­kienki w groszki. Na­wet jej li­tery wy­glą­dały jak bańki. Za­wsze by­łam pewna, że dla po­stron­nych sta­no­wimy dziwny duet. Pod­ję­ły­śmy roz­mowę z po­przed­niego dnia nie­mal w po­ło­wie zda­nia, jak­by­śmy ni­gdy jej nie prze­rwały.

*

Lu­dzie, któ­rych spo­ty­ka­ły­śmy po dro­dze do szkoły, byli jak mi­jane bu­dynki: prze­wi­dy­walni i nie­zmienni. O ósmej pięt­na­ście re­cy­to­wa­ły­śmy jed­nym gło­sem "Dzień do­bry!" pani Pe­ar­son, która wy­pro­wa­dzała na spa­cer swo­jego szcze­kli­wego jacka rus­sella. Wie­dzia­ły­śmy, że póź­niej przy­wi­tamy się i za­trzy­mamy na po­ga­wędkę ze sprze­dawcą ze sklepu na rogu, po­nie­waż o tej po­rze ukła­dał na ze­wnątrz dzien­niki na sto­jaku z prasą. Na­zy­wał nas "Straszną Dwójką", a my się śmia­ły­śmy, jak­by­śmy sły­szały to po raz pierw­szy.

Chwilę przed tym, za­nim tam do­tar­ły­śmy, Sha­ron dała mi moc­nego kuk­sańca w że­bra i mruk­nęła: "Uwa­żaj!". Skie­ro­wa­łam wzrok tam, gdzie ona, i zo­ba­czy­łam ko­lejną zna­jomą osobę, je­dyną, z którą nie wi­ta­ły­śmy się po dro­dze. Skądś wie­dzia­ły­śmy, że ma na imię Brian, ale nie mó­wi­ły­śmy tak o nim - dla nas był po pro­stu "męż­czy­zną w kom­bi­ne­zo­nie".

Zda­wał się młody, miał około dwu­dzie­stu lat i ani razu nie na­wią­zał z nami kon­taktu wzro­ko­wego. Cią­gle cho­dził w gra­na­to­wym kom­bi­ne­zo­nie uma­za­nym sma­rem, który miał rów­nież na twa­rzy, i w weł­nia­nej żół­tej czapce z pom­po­nem - jej za­ska­ku­jąca we­so­łość kłó­ciła się z ca­łym wy­glą­dem. W ręce za­wsze trzy­mał pla­sti­kową torbę z wy­sta­ją­cym z niej pa­pie­rem.

Ni­gdy nie wie­dzia­ły­śmy, czy tym ra­zem się po­jawi, czy też nie, ale na jego wi­dok na­tych­miast prze­cho­dzi­ły­śmy na drugą stronę ulicy. Wy­ni­kało to z tego, że Sha­ron po­dej­rze­wała, że śmier­dzi, cho­ciaż ni­gdy nie zbli­ży­ły­śmy się do niego na tyle, by się prze­ko­nać, czy to prawda. Z po­czątku uwa­ża­ły­śmy go za nie­szko­dli­wego, ale ostat­nio na­sza od­raza wo­bec jego nie­chluj­stwa prze­ro­dziła się w coś bar­dziej nie­po­ko­ją­cego. Przy­spie­szy­ły­śmy kroku, gdy mi­ja­ły­śmy go po prze­ciw­nej stro­nie drogi, a Sha­ron chwy­ciła mnie za rękę i po­cią­gnęła, żeby jak naj­szyb­ciej do­trzeć do skle­piku na rogu, w bez­pieczne miej­sce.

Mia­ły­śmy przed sobą jesz­cze tro­chę czasu, za­nim do­ro­śli uznają, że Roz­pru­wacz sta­nowi dla nas za­gro­że­nie. Se­ryjny mor­derca za­bi­jał młode ko­biety, a nas pusz­czano do szkoły same. Zda­wało się, że te dwa fakty nie mają ze sobą nic wspól­nego. Ale choć od­po­wie­dzialni za nas do­ro­śli się o nas nie mar­twili, my, od czasu mor­der­stwa Jo­se­phine Whi­ta­ker, ży­ły­śmy w nie­ustan­nym po­czu­ciu, że wisi nad nami cień Roz­pru­wa­cza. Za­czę­ły­śmy uważ­niej przy­glą­dać się mi­ja­nym męż­czy­znom. Lu­stro­wa­ły­śmy ich twa­rze, za­miast rzu­cać ty­powe dla York­shire "Do­bry". Uśmie­chy, które kie­dyś wy­da­wały się przy­ja­zne, te­raz bra­ły­śmy za po­żą­dliwe spoj­rze­nia, któ­rych in­ten­cje ro­zu­mia­ły­śmy je­dy­nie mgli­ście, ale wie­dzia­ły­śmy, że nie są do­bre.

Za skle­pem pusz­cza­ły­śmy się skró­tami, które pro­wa­dziły nas przez gę­ste świer­kowe za­ro­śla i roz­le­głe pola, gdzie można było za­po­mnieć, że po­cho­dzimy z po­nu­rego prze­my­sło­wego mia­sta, i wy­obra­żać so­bie, że je­ste­śmy po­szu­ki­wacz­kami przy­gód spa­ce­ru­ją­cymi po oko­licy. Zna­kiem, że wra­camy do cy­wi­li­za­cji, była duża fa­bryka oto­czona ogro­dze­niem z drutu kol­cza­stego, z wy­soko umiesz­czo­nymi oknami, przez które nie można było zaj­rzeć do środka. Za­wsze się wzdry­ga­łam, gdy ją mi­ja­ły­śmy, z nie­przy­jem­nym uczu­ciem przy­po­mi­na­jąc so­bie jedną z naj­wcze­śniej­szych "przy­gód", w ja­kie nas wcią­gnę­łam.

Rok wcze­śniej, dzięki ze­sta­wowi do za­bawy w szpiega, który do­sta­łam na Boże Na­ro­dze­nie, i pierw­szemu obej­rza­nemu przeze mnie fil­mowi o Ja­me­sie Bon­dzie - Gold­fin­ger - zro­zu­mia­łam, że ta fa­bryka jest w rze­czy­wi­sto­ści przy­krywką dla ro­syj­skich szpie­gów. Po­ru­szy­łam ten te­mat z Sha­ron, która szczę­śli­wie przy­znała mi ra­cję, jak w przy­padku wszyst­kich mo­ich wcze­śniej­szych po­my­słów. Pew­nego dnia za­pro­po­no­wa­łam, że­by­śmy spró­bo­wały się wspiąć na ogro­dze­nie i prze­do­stać do środka.

Sha­ron prze­wró­ciła oczami i po pro­stu za­pu­kała do drzwi, a męż­czyź­nie, który nam otwo­rzył, po­wie­działa, że ko­niecz­nie mu­simy sko­rzy­stać z to­a­lety. Wtedy po raz pierw­szy mia­łam oka­zję zo­ba­czyć jej po­my­sło­wość pod pre­sją, zro­biła na mnie wra­że­nie. Męż­czy­zna wska­zał nam drogę do to­a­lety, in­stru­ując, że­by­śmy po­szły tam i z po­wro­tem, ale oczy­wi­ście ob­ra­ły­śmy inny kie­ru­nek, żeby się prze­ko­nać, czy znaj­dziemy coś in­te­re­su­ją­cego na po­par­cie mo­jej teo­rii o szpie­go­stwie. Skoń­czyło się na tym, że zaj­rza­ły­śmy za drzwi ma­łego ga­bi­netu, w któ­rym męż­czy­zna w brą­zo­wym gar­ni­tu­rze sie­dział przy znisz­czo­nym brą­zo­wym biurku i pa­lił pa­pie­rosa wśród ścian zbrą­zo­wia­łych przez lata od ty­to­nio­wego dymu.

- Co tu ro­bi­cie? - za­py­tał ła­god­nie, jakby wi­dok dwóch je­de­na­sto­let­nich dziew­czy­nek w progu ga­bi­netu był czymś po­wsze­dnim.

- Eee... Szły­śmy do to­a­lety, wi­docz­nie... - za­częła Sha­ron.

- Co tu się od­bywa? - za­py­ta­łam su­ro­wym to­nem. Nie na­uczy­łam się jesz­cze ukry­wać swo­jej cie­ka­wo­ści.

Męż­czy­zna uśmiech­nął się do mnie zza biurka, ga­sząc pa­pie­rosa w ogrom­nej brą­zo­wej po­piel­nicy, w któ­rej pię­trzyła się góra po­zgnia­ta­nych po­ma­rań­czowo-bia­łych pe­tów.

- Two­rzymy różne rze­czy. Z me­talu. Bla­chy. - Wska­zał na znak nad swoją głową. "Bla­char­nia Scho­fields", gło­sił na­pis.

Po­śpiesz­nie się wy­co­fa­ły­śmy. Nie spo­tka­ły­śmy żad­nych Ro­sjan, a je­dy­nie Ken­ne­tha Pe­ar­sona, który miesz­kał na mo­jej ulicy i po­wie­dział nam "Do­bry", gdy go mi­ja­ły­śmy. Ta eska­pada nie przy­nio­sła ta­kiego re­zul­tatu, ja­kiego ocze­ki­wa­łam.

Od tam­tej pory co­dzien­nie prze­cho­dzi­ły­śmy obok bu­dynku szyb­kim kro­kiem, bo nie chcia­łam so­bie przy­po­mi­nać tam­tej hi­sto­rii.

Kiedy skrę­ca­ły­śmy w ulicę pro­wa­dzącą do szkoły, drogę zwy­kle wska­zy­wało nam graf­fiti na ścia­nach za­bi­tej de­skami przę­dzalni - słowa "S...ny do domu" wy­pi­sane li­te­rami wy­so­kimi na trzy­dzie­ści cen­ty­me­trów. Tam­tego dnia za­sła­niał je ogromny biały pla­kat. Za­trzy­ma­łam się i wpa­try­wa­łam w niego. Za­czy­nał się od słów "Po­li­cja West York­shire" i zaj­mo­wał pra­wie całą górną po­łowę bu­dynku. Pod na­głów­kiem wid­niał na­pis, za­pi­sany po­gru­bio­nymi czar­nymi li­te­rami.

PO­MÓŻ NAM PO­WSTRZY­MAĆ ROZ­PRU­WA­CZA PRZED KO­LEJNĄ ZBROD­NIĄ

Mia­łam wra­że­nie, że apel jest skie­ro­wany do mnie.

Sha­ron prze­szła jesz­cze kilka kro­ków, wciąż mó­wiąc, za­nim za­uwa­żyła, że zo­sta­łam w tyle. Do­piero wtedy się za­trzy­mała.

- Co się stało? - za­py­tała.

- My­ślisz, że go znamy? - za­sta­na­wia­łam się. - My­ślisz, że wi­du­jemy go co­dzien­nie i nie mamy po­ję­cia, że to on?

Sha­ron wpa­try­wała się we mnie, marsz­cząc nos, jakby od­rzu­cała tę moż­li­wość.

- Nie chcę o tym my­śleć - po­wie­działa. - Chodź, bo się spóź­nimy.

Ale ja nie mo­głam prze­stać o tym my­śleć, a co­dzien­nie oglą­dane we­zwa­nie z pla­katu spra­wiło, że za­czę­łam roz­glą­dać się za mor­dercą wszę­dzie, wśród wszyst­kich lu­dzi, z któ­rymi mia­łam do czy­nie­nia.

*

Wkrótce po­tem po­je­cha­li­śmy na szkolną wy­cieczkę do Kna­res­bo­ro­ugh w hrab­stwie North York­shire, nie­da­leko Har­ro­gate. Cio­cia Jean na­zwała to mia­sto "dys­tyn­go­wa­nym York­shire". Tę na­zwę wy­ce­dziła z taką samą po­gardą, jaką zwy­kle re­zer­wo­wała dla słowa "Po­łu­dnie", ale kiedy wsta­łam tego ranka, cze­kały na mnie spa­ko­wany pro­wiant i szcze­gó­łowe in­struk­cje do­ty­czące wszyst­kiego, co po­win­nam ze sobą za­brać. Ko­lejna li­sta. Pełne za­wi­ja­sów, schludne pi­smo - z po­dwój­nie pod­kre­ślo­nym "Nie za­po­mnij!" u góry wy­bla­kłej żół­tej kartki wy­rwa­nej z no­tat­nika ciotki - spra­wiło, że się uśmiech­nę­łam.

Gdy wsia­da­li­śmy do po­ma­rań­czo­wego au­to­karu na­zna­czo­nego rdzą, wszy­scy ustą­pili pierw­szeń­stwa Ne­ilowi Cal­la­gha­nowi i Re­ece'owi Carl­to­nowi. To oni roz­po­częli "po­ścig Roz­pru­wa­cza" i byli znani z wda­wa­nia się w bójki. Wi­dziano ich na­wet pa­lą­cych pa­pie­rosy. Od razu było wia­domo, że zajmą miej­sca z tyłu. Re­ece, wy­soki, po­stawny chło­pak o lo­do­wa­tych nie­bie­skich oczach, po­słał Sha­ron bu­ziaka, gdy nas mi­jał. Sha­ron się skrzy­wiła i prze­wró­ciła oczami, ale pod jej pie­gami dało się za­uwa­żyć lekki ró­żowy ru­mie­niec. Mimo to wciąż wy­glą­dała ład­nie.

Nie mo­głam so­bie przy­po­mnieć, kiedy to się za­częło - że chłopcy za­cho­wują się ina­czej wo­bec Sha­ron - ale zo­rien­to­wa­łam się, że w prze­ci­wień­stwie do mnie przy­ciąga ich uwagę. Uda­wa­łam, że pa­trzę z góry na chło­pa­ków, a cza­sem męż­czyzn, któ­rzy ga­pili się na Sha­ron lub się przed nią po­pi­sy­wali. Ale cza­sami ro­biło mi się przy­kro na myśl, że je­stem dla nich nie­wi­dzialna.

- Za­bie­raj się - roz­ka­zał Re­ece spo­koj­nemu chłopcu o imie­niu Ish­tiaq, który za­mie­rzał wsiąść do au­to­karu.

Ish­tiaq się od­su­nął, nie od­zy­wa­jąc się sło­wem. Sha­ron i ja wsia­dły­śmy jako na­stępne, krzy­wiąc się od gry­zą­cego za­pa­chu stę­chłego ty­to­niu i wy­bie­la­cza. Za­ję­ły­śmy swoje miej­sca na środku au­to­karu. Na przo­dzie mieli usiąść spo­koj­niejsi ucznio­wie, mię­dzy in­nymi Ish­tiaq, pod opieką na­szych na­uczy­cieli pana Ware'a i panny Sta­cey.

Po dro­dze sie­dzia­łam ci­cho, wy­glą­da­łam przez okno i z ca­łych sił sku­pia­łam się na tym, żeby nie do­stać mdło­ści. Ste­phen Crow­ther, który sie­dział z przodu, zwy­mio­to­wał już do wia­dra ku obrzy­dze­niu wszyst­kich sie­dzą­cych wo­kół niego. Choć w głębi du­szy nie­na­wi­dzi­łam tego, że chłopcy z na­szej klasy mnie nie za­uwa­żali, wie­dzia­łam, że tego ro­dzaju uwagi nie po­trze­buję.

Sha­ron pa­plała pod­eks­cy­to­wana z dziew­czy­nami sie­dzą­cymi za na­szymi fo­te­lami, a w au­to­ka­rze zro­biło się gło­śniej, gdy Neil i Re­ece za­częli na żarty okła­dać się pię­ściami, a inni skan­do­wali ry­mo­wankę po­pu­larną od czasu wy­bo­rów. Ry­so­wało się fi­gurkę na kartce trzy­ma­nej w po­wie­trzu w jed­nej ręce do rytmu słów:

Oto Mar­ga­ret That­cher

Pod­rzuć ją i złap

Fiku-miku fiku-miku

Mar­ga­ret That­cher jest tu.

Skan­do­wa­nie koń­czyło się trium­fal­nym unie­sie­niem dru­giej ręki. Mar­ga­ret That­cher zo­sta­wała zgnie­ciona i uni­ce­stwiona.

Kiedy wrzawa do­tarła na przód au­to­karu, pan Ware wy­chy­lił głowę zza swo­jego fo­tela i za­pa­dła ci­sza. Pa­trzył na nas - świ­dro­wał ciem­nymi oczami każdą osobę, jak się zda­wało, i cze­kał przez kilka chwil na wy­pa­dek, gdy­by­śmy mieli wąt­pli­wo­ści co do jego ab­so­lut­nej wła­dzy. W końcu spoj­rzał na le­żącą przed nim kartkę.

- No do­brze - ode­zwał się. - Matka Ship­ton uro­dziła się w ty­siąc czte­ry­sta osiem­dzie­sią­tym ósmym roku i była znana jako pro­ro­kini z Kna­res­bo­ro­ugh. Ktoś wie, co ozna­cza to słowo?

- Nie, pro­szę pana - od­po­wie­dzie­li­śmy chó­rem, wszy­scy z wy­jąt­kiem Ste­phena Crow­thera, który wciąż trzy­mał głowę w wia­drze.

- To zna­czy, że umiała prze­wi­dy­wać przy­szłość. Miesz­kała w ja­skini, którą zo­ba­czymy, a całe mia­steczko uwa­żało ją za dzi­waczkę, tro­chę tak jak my cie­bie, Crow­ther - do­dał, spo­glą­da­jąc z góry na bied­nego Ste­phena. - Jej "pe­try­fi­ku­jące źró­dełko" jest po­dobno za­cza­ro­wane, a nie­któ­rzy twier­dzą, że je­śli wrzuci się do niego mie­dziaka, spełni się po­my­ślane ży­cze­nie. - Prze­wró­ce­nie oczami i po­krę­ce­nie głową zdra­dziło nam, co pan Ware są­dzi o tej le­gen­dzie.

Spodo­bała mi się hi­sto­ria o Matce Ship­ton i jej ja­skini.

W Kna­res­bo­ro­ugh było cie­pło i sło­necz­nie, zu­peł­nie ina­czej niż przy ciem­nym i zim­nym źró­dle oraz w ja­skini prze­peł­nio­nej za­pa­chem stę­chli­zny i wil­go­cią. Po­wolne, ryt­miczne ka­pa­nie z su­fitu nio­sło się echem po ca­łym jej wnę­trzu, a ska­mie­niałe za­bawki, buty, ka­pe­lu­sze i ron­delki wi­szące u wej­ścia ko­ja­rzyły się z mrocz­nymi baj­kami. Po­my­śla­łam, że pe­try­fi­ka­cja to do­bre słowo na okre­śle­nie tego, co wi­siało przed na­szymi oczami.

- Do­brze. Ci­sza. Słu­chaj­cie - ode­zwała się panna Sta­cey. - Przy­go­tuj­cie mie­dziaki i za­sta­nów­cie się nad swoim ży­cze­niem. Uwa­żaj­cie. Wy­my­śl­cie coś ta­kiego, żeby so­bie nie za­szko­dzić, je­śli się spełni. I naj­waż­niej­sze: pa­mię­taj­cie, że nie mo­że­cie ni­komu o tym ży­cze­niu po­wie­dzieć, bo się nie spełni.

Sto­jąc przed źró­deł­kiem, roz­wa­ża­łam kilka moż­li­wo­ści. Spoj­rza­łam na Sha­ron, krzy­wiącą pie­go­watą twarz z po­wodu nie­przy­jem­nej woni wil­goci. Bra­łam pod uwagę ży­cze­nie dłu­gich blond wło­sów, ta­kich jak jej; wsty­dzi­łam się swo­jej krót­kiej brą­zo­wej czu­pryny. Za­sta­na­wia­łam się też, czy nie po­pro­sić o cof­nię­cie się w cza­sie do tych dni, za­nim mama się zmie­niła. Wie­dzia­łam jed­nak, że źró­dełko nie może być aż tak ma­giczne. My­śla­łam rów­nież o proś­bie, że­bym nie mu­siała się prze­pro­wa­dzać na Po­łu­dnie i opusz­czać Sha­ron.

W końcu jed­nak wy­po­wie­dzia­łam ży­cze­nie, które miało wpły­nąć na ży­cie wszyst­kich, któ­rych zna­łam - i któ­rego póź­niej mocno po­ża­ło­wa­łam.

Wrzu­ca­jąc mo­netę do studni, ży­czy­łam so­bie, że­bym to ja zła­pała Roz­pru­wa­cza z York­shire.

*

Sha­ron i ja nie za­przy­jaź­ni­ły­by­śmy się, gdyby nie jej mama Ruby. Pew­nej nie­dzieli w ko­ściele po­de­szła do mnie i do taty. To było nie­długo po tym, kiedy mama się zmie­niła, więc nie cho­dziła już do ko­ścioła, ale tata na­dal to ro­bił. Wciąż wie­rzył. Albo przy­naj­mniej przy­cho­dził po­słu­chać, jak śpie­wam w chó­rze w każdą nie­dzielę. Była to jedna z mo­ich ulu­bio­nych rze­czy, po­nie­waż przy­po­mi­nała mi o ma­mie. Śpiew spra­wiał, że czu­łam się bli­sko niej. Mniej wię­cej rok póź­niej tata też prze­stał przy­cho­dzić. Cio­cia Jean ni­gdy nie cho­dziła do ko­ścioła. "Do­bro­czyn­ność za­czyna się w domu", ma­wiała.

Skoń­czyło się po­ranne na­bo­żeń­stwo, pod­czas któ­rego pa­stor po­mo­dlił się za du­szę Jean Jor­dan, ostat­niej ofiary Roz­pru­wa­cza, tej, o któ­rej mó­wiono w wia­do­mo­ściach. Nikt nie wy­da­wał się za­nie­po­ko­jony. Roz­pru­wacz był bar­dzo da­leko od na­szego mia­steczka. Gra­so­wał w du­żych mia­stach, a o jego ofia­rach szep­tano z li­to­ścią. Sprawa nie do­ty­czyła lu­dzi ta­kich jak my. By­li­śmy bez­pieczni w na­szym ko­ściele, osła­niani swoją pra­wo­ścią.

Sta­li­śmy przy wej­ściu, a ja wpa­try­wa­łam się w na­grobki przede mną, roz­pa­da­jące się i po­ro­śnięte mchem. Za­sta­na­wia­łam się, czy to do ta­kich miejsc tra­fiały za­mor­do­wane ko­biety. Czy otrzy­my­wały wstęp na przy­ko­ścielny cmen­tarz, skoro mó­wiono o nich szep­tem. Pod­nio­słam wzrok, żeby za­dać to py­ta­nie ta­cie, ale był po­grą­żony w ci­chej roz­mo­wie z Ruby, więc cze­ka­łam. W końcu zwró­cili na mnie uwagę, a Ruby po­chy­liła się i spoj­rzała mi pro­sto w twarz, roz­ta­cza­jąc mgiełkę per­fum Char­lie. Za­mru­ga­łam, a ona się uśmiech­nęła i po­wie­działa:

- Może wpa­dła­byś kie­dyś do nas na pod­wie­czo­rek? Mama i tata mie­liby chwilę wy­tchnie­nia?

Nie bar­dzo wie­dzia­łam, co było we mnie tak mę­czą­cego, że wy­ma­gało wy­tchnie­nia, ale Ruby wy­glą­dała jak Pur­dey z The New Aven­gers, z blond wło­sami oka­la­ją­cymi uśmiech­niętą twarz, a mnie cią­gnęło do niej i do jej słod­kiego uśmie­chu. Wła­ści­wie lgnęli do niej wszy­scy, na­wet mój tata.

- Chęt­nie, pani Par­ker - zgo­dzi­łam się, nie pró­bu­jąc ukryć en­tu­zja­zmu w gło­sie.

Kiedy po raz pierw­szy od­wie­dzi­łam Par­ke­rów, szłam przez pod­jazd bar­dzo nie­pew­nie. De­spe­racko chcia­łam chwy­cić tatę za rękę, ale mia­łam dzie­sięć lat i wie­dzia­łam, że je­stem na to za duża. Dom Sha­ron był wy­soki i wol­no­sto­jący, a jego sze­ro­kie otwie­rane pio­nowo okna w nie­ska­zi­tel­nie bia­łych ra­mach po­zwa­lały zo­ba­czyć po­rzą­dek i wy­godę. Ruby otwo­rzyła drzwi, a ja uj­rza­łam za nią Sha­ron, jej wy­sta­jące zza matki jedno nie­bie­skie oko, duże jak z kre­skówki, i krę­cone blond włosy jak po­łowa zło­ci­stej au­re­oli. Oczy­wi­ście ko­ja­rzy­łam Sha­ron, cho­dzi­ły­śmy prze­cież do tej sa­mej szkoły. Ale mnie przy­po­mi­nała po­stać z bajki - księż­niczkę lub wróżkę - a ja nie pa­so­wa­łam na bo­ha­terkę tego typu hi­sto­rii. W końcu wy­ło­niła się w ca­ło­ści - wy­sko­czyła zza swo­jej mamy i wy­cią­gnęła do mnie rękę. Spoj­rza­łam na nią zdez­o­rien­to­wana, chwy­ciła więc moją dłoń i za­cią­gnęła mnie do swo­jego po­koju, żeby mi po­ka­zać ta­petę z Holly Hob­bie i lalkę przed­sta­wia­jącą bo­ha­terkę. Zo­sta­wi­li­śmy tatę i Ruby ga­wę­dzą­cych na progu. Na­wet się nie po­że­gna­łam.

Sha­ron miała wię­cej ma­sko­tek i la­lek niż ja w ca­łym moim ży­ciu, zaj­mo­wały całą dłu­gość jej łóżka. Czu­łam się tak, jak­bym miała za ple­cami tę­czo­wych straż­ni­ków. Sie­dzia­łam nie­ru­chomo na ma­łym stołku przy to­a­letce i nie chcia­łam wy­ko­ny­wać żad­nych ru­chów, które mo­głyby mnie wpę­dzić w kło­poty lub spra­wić, że zo­stanę wy­pro­szona. Choć by­łam spe­szona, pra­gnę­łam tam być tak roz­pacz­li­wie, że czu­łam fi­zyczny ból. Po­liczki mia­łam roz­pa­lone, nie tylko z po­wodu nie­oży­wio­nych spoj­rzeń za­ba­wek, lecz także od nie­zna­nego cie­pła z ka­lo­ry­fera.

Sie­dzia­łam w mil­cze­niu. Cze­ka­łam. Zdą­ży­łam się już prze­ko­nać, jak wiele lu­dziom zda­rza się zdra­dzić, kiedy czło­wiek się nie od­zywa. Po chwili się do­wie­dzia­łam, że Sha­ron lubi świnki mor­skie, a jej uko­chaną za­bawką jest Holly Hob­bie, na­zwana, moim zda­niem nieco bez po­lotu, Holly.

- Nie­wiele mó­wisz, prawda? - za­gad­nęła Sha­ron z głową prze­chy­loną na bok, jak­bym była za­gadką, któ­rej nie może roz­wi­kłać.

- Tylko słu­cham - od­par­łam.

Gdy Ruby za­wo­łała nas na her­batę, Sha­ron na­dal nic o mnie nie wie­działa, ale ja czu­łam, że roz­ma­rzam pod wpły­wem jej nie­usta­ją­cego cie­pła i roz­mowy. Po zje­dze­niu pa­lusz­ków ryb­nych i fry­tek z grosz­kiem - na­wet je­dze­nie u Sha­ron było bar­dziej ko­lo­rowe niż sza­ro­ści i brązy u mnie w domu - wsta­łam od stołu.

- Gdzie ty idziesz? Jesz­cze pud­ding - po­wie­działa Sha­ron.

Od dnia, w któ­rym zmie­niła się mama, wszystko, co można było uznać za sma­ko­łyk, szybko znik­nęło z na­szego ży­cia, a ja za­po­mnia­łam o pud­din­gach. Ruby po­sta­wiła przed nami ta­le­rzyki z ro­ladą z dże­mem i mi­seczki z bu­dy­niem, a mnie przy każ­dym kę­sie się zda­wało, że uno­szę się nad krze­słem. Gdy nu­ci­łam so­bie z roz­ko­szy, za­uwa­ży­łam, że Ruby i Sha­ron wle­piają we mnie wzrok, a czu­łość na twa­rzy Ruby miała w so­bie coś z bólu.

Z cza­sem te spoj­rze­nia za­czę­łam do­strze­gać także u ma­tek in­nych dzieci.

Tuż przed tym, jak przy­szedł po mnie tata, Ruby za­wi­nęła ka­wa­łek cia­sta w ręcz­nik ku­chenny, jak­bym wy­cho­dziła z przy­ję­cia uro­dzi­no­wego.

- Pro­szę. Zjesz so­bie na de­ser in­nego wie­czoru - po­wie­działa i po­ca­ło­wała mnie w czoło. Po­wta­rzała ten ry­tuał w każdy czwar­tek, kiedy szłam do nich na her­batę, aż do mo­mentu, gdy wszystko się wy­da­rzyło.

Więc, jak wi­dać, Sha­ron wła­ści­wie nie miała wyj­ścia - mu­siała zo­stać moją przy­ja­ciółką. Była jed­nak miła, więc to zro­biła, a z cza­sem ja­koś się do­pa­so­wa­ły­śmy, aż na­sze róż­nice prze­stały być za­uwa­żalne. Na­sza przy­jaźń przy­po­mi­nała huś­tawkę - ja mia­łam po­my­sły, a Sha­ron je re­ali­zo­wała. Za­pew­nia­ły­śmy so­bie na­wza­jem rów­no­wagę. Nie wy­obra­ża­łam so­bie ży­cia bez niej.

Dla­tego nie mo­głam po­zwo­lić na to, że­by­śmy wy­je­chali z York­shire.

*

Od­kąd po­my­śla­łam ży­cze­nie, Roz­pru­wacz za­czął na­wie­dzać mnie rów­nież we śnie. Drę­czył mnie na­wra­ca­jący kosz­mar, w któ­rym męż­czy­zna bez twa­rzy pa­ko­wał mnie na tył swo­jej brud­nej, bia­łej fur­go­netki. Skądś wie­dzia­łam, że chce mnie wy­wieźć, i wa­li­łam do drzwi, gdy od­jeż­dżał, ale mimo mo­ich wy­sił­ków nie po­wsta­wał ża­den dźwięk. Wie­dzia­łam, że nikt mnie nie usły­szy.

Na ja­wie łap­czy­wie chło­nę­łam wia­do­mo­ści. Czego nie do­strzega po­li­cja? Jak można go zna­leźć? W "York­shire Chro­nicle" je­den z po­li­cjan­tów zaj­mu­ją­cych się sprawą mó­wił w wy­wia­dzie o "zło­żo­no­ści śledz­twa oraz po­trze­bie do­kład­no­ści i me­to­dyki". Cho­ciaż nie bar­dzo ro­zu­mia­łam zna­cze­nia więk­szo­ści tych słów, ucze­pi­łam się ich. Przy­wo­dziły na myśl cio­cię Jean i jej li­sty oraz wy­siłki, by w na­szym ży­ciu za­pro­wa­dzić po­rzą­dek.

Zro­dził się za­lą­żek po­my­słu.

Za­sta­na­wia­łam się, czy mogę po­wie­dzieć o wszyst­kim Sha­ron. Pa­mię­ta­łam ostrze­że­nie panny Sta­cey, że ży­cze­nie się nie spełni, je­śli ko­muś się je zdra­dzi. Wie­dzia­łam jed­nak, że je­śli mam zna­leźć Roz­pru­wa­cza, będę po­trze­bo­wać po­mocy. W końcu do­szłam do wnio­sku, że to bez­pieczne po­su­nię­cie, bo po­wie­dze­nie Sha­ron róż­niło się od po­wie­dze­nia ko­mu­kol­wiek in­nemu - było jak dzie­le­nie się ta­jem­ni­cami z samą sobą. Po­ru­szy­łam więc ten te­mat przy ko­lej­nych od­wie­dzi­nach u Par­ke­rów.

By­ły­śmy w sy­pialni Sha­ron, ja le­ża­łam na łóżku i prze­glą­da­łam stary nu­mer cza­so­pi­sma "Blue Je­ans". Ta­petę z Holly Hob­bie nie­dawno za­stą­piła wi­ny­lowa be­żowa z pla­ka­tami Blon­die, a za­miast ma­sko­tek po­ja­wiły się błysz­czyki, o które Sha­ron pro­siła, od­kąd skoń­czyła dwa­na­ście lat. Ucie­szył mnie wi­dok lalki Holly Hob­bie na po­duszce. Sha­ron sie­działa przy to­a­letce i ro­biła miny do swo­jego od­bi­cia z blond lo­kami ze­bra­nymi w wy­soki ku­cyk jak u dziew­czyny z okładki.

- Mam pe­wien po­mysł - oznaj­mi­łam. - Cho­dzi o coś waż­nego - do­da­łam, żeby pod­kre­ślić, że to co in­nego niż wcze­śniej­sze wy­my­sły; fa­bryka z ro­syj­skimi szpie­gami była pierw­szym, ale nie ostat­nim.

Uda­wa­ły­śmy na przy­kład cza­row­nice i rzu­ca­ły­śmy za­klę­cia na lu­dzi, któ­rych nie lu­bi­ły­śmy, a póź­niej przez krótki czas wie­rzy­ły­śmy, że je­den z na­szych na­uczy­cieli jest tak na­prawdę ro­bo­tem. Cza­sami - ostat­nio co­raz czę­ściej - mar­twi­łam się, że Sha­ron prze­sta­nie mi to­wa­rzy­szyć w tych mo­ich wy­my­słach. Tym ra­zem spoj­rzała na mnie w lu­strze, zmarsz­czyła brwi i pod­nio­sła po­jem­nik ze spre­jem do ciała Im­pulse i się nim spry­skała, a jego słodki za­pach oka­zał się tak przy­tła­cza­jący, że za­czę­łam się krztu­sić.

- Nie będę znowu uda­wać, że je­stem ko­smitką - za­pro­te­sto­wała.

Za­ru­mie­ni­łam się, za­no­sząc od kaszlu. Za­po­mnia­łam, co się stało po tym, jak po raz pierw­szy obej­rza­ły­śmy Gwiezdne wojny.

- Nic z tych rze­czy - uspo­ko­iłam ją. - Cho­dzi o Roz­pru­wa­cza. Gdy­by­śmy tak po­sta­no­wiły, że go znaj­dziemy?

- Co ty znowu wy­my­śli­łaś? - prze­ra­ziła się. - Ja­kim cu­dem my mia­ły­by­śmy zła­pać Roz­pru­wa­cza z York­shire, skoro nie udało się to po­li­cji?

Wes­tchnę­łam. Kwe­stio­no­wa­nie mo­ich po­my­słów stało się no­wym, nie­po­żą­da­nym ele­men­tem na­szej przy­jaźni. Ale jej uwaga była słuszna. Jak mia­ły­by­śmy go zła­pać? Po­trze­bo­wa­ły­śmy planu, na­le­żało ze­brać wska­zówki i je upo­rząd­ko­wać.

Przy­po­mniały mi się słowa po­li­cjanta na te­mat me­to­dyki, a póź­niej po­my­śla­łam o cioci Jean i jej no­tat­niku i za­świ­tał mi w gło­wie po­mysł. Wie­dzia­łam, co mu­simy zro­bić.

- Spo­rzą­dzimy li­stę - za­rzą­dzi­łam. - Li­stę lu­dzi i rze­czy, które wy­dają nam się po­dej­rzane. A po­tem... A po­tem prze­pro­wa­dzimy do­cho­dze­nie.

- A wła­ści­wie dla­czego mia­ły­by­śmy to ro­bić?

- No, je­śli go zła­piemy, może do­sta­niemy na­grodę, którą ofe­ruje po­li­cja. Wy­obraź so­bie, co mo­gły­by­śmy so­bie ku­pić! Książki, błysz­czyki i sło­dy­cze, wszystko, co nam się za­ma­rzy.

Od­bi­cie Sha­ron uśmie­chało się do mnie.

- Ale na­wet gdy­by­śmy jej nie do­stały, po­myśl o wszyst­kich pro­sty­tut­kach, które by­śmy ura­to­wały. - Choć żadna z nas nie wie­działa, kim są pro­sty­tutki, po­my­śla­łam, że idea ra­to­wa­nia in­nych spodoba się Sha­ron, która była naj­mil­szą osobą, jaką zna­łam. - I wszy­scy by się do­wie­dzieli, kim ja, to zna­czy, kim my je­ste­śmy - do­da­łam.

Ko­niec z nie­wi­dzial­no­ścią. Ko­niec z li­to­ści­wymi spoj­rze­niami in­nych ma­tek.

- Hmmm - mruk­nęła. - Za­sta­no­wię się.

*

Gdy szły­śmy do szkoły na­stęp­nego dnia, wi­siała nad nami moja su­ge­stia do­ty­cząca Roz­pru­wa­cza. Pró­bo­wa­łam roz­ma­wiać o czymś in­nym, po­zwo­lić Sha­ron po­ru­szyć do­wolny te­mat, ale on, jak za­wsze, był wszę­dzie - od ulo­tek przy­kle­jo­nych do la­tarni po na­główki na sto­isku przed skle­pem na rogu. Nie zdo­ła­ły­by­śmy uciec przed Roz­pru­wa­czem, na­wet gdy­by­śmy chciały. Co­raz bar­dziej za­czy­nało mi za­le­żeć na tym, żeby spró­bo­wać go zła­pać.

Przy szkol­nej bra­mie, kie­ro­wane jed­na­ko­wym od­ru­chem, za­trzy­ma­ły­śmy się na chwilę i sta­ły­śmy ra­mię w ra­mię, ob­ser­wu­jąc, jak na dzie­dzińcu przed nami to­czy się za­bawa w "po­ścig Roz­pru­wa­cza". Re­ece Carl­ton w sku­pie­niu dłu­gimi kro­kami prze­mie­rzał be­to­nową po­sadzkę. Wzrok miał utkwiony w bied­nej dziew­czy­nie, którą ści­gał.

Re­ece'a po­zna­łam w pod­sta­wówce. Był znacz­nie mniej­szy niż inni chłopcy, ale wy­da­wał się star­szy, po­liczki miał za­pad­nięte, a jego nie­bie­skie oczy wy­glą­dały, jakby wi­działy rze­czy, o któ­rych reszta z nas nie miała po­ję­cia. Był nie­śmiały - co­dzien­nie wtu­lał się w mamę, gdy go pod­wo­ziła, a po­tem sia­dał na końcu sali i ku­lił się aż do po­wrotu do domu. Pierwsi w na­szej kla­sie na­uczy­li­śmy się czy­tać i dla­tego otrzy­ma­li­śmy spe­cjalne przy­wi­leje - mo­gli­śmy sie­dzieć i czy­tać książki bez nad­zoru. By­łam z tego bar­dzo dumna, bo w tam­tych cza­sach by­cie mą­drym jesz­cze się li­czyło. Czę­sto sie­dzie­li­śmy ra­zem w zgod­nym mil­cze­niu. Te­raz po tam­tym chłopcu nie zo­stał ślad. Chło­pak, któ­rego mia­łam przed sobą, w ni­czym go nie przy­po­mi­nał.

Dziew­czyna ucie­ka­jąca przed nim po­tknęła się o wła­sne nogi. Prze­ra­żona szybko się pod­nio­sła i po­bie­gła da­lej. Czu­łam, jak serce ło­mo­cze mi w piersi na wi­dok jej stra­chu, choć była to tylko za­bawa. Za­sta­na­wia­łam się, czego do­świad­czały ko­biety ści­gane przez praw­dzi­wego Roz­pru­wa­cza. Wzdry­gnę­łam się i po­czu­łam dłoń Sha­ron na ra­mie­niu.

- Do­bra - ode­zwała się. - Zróbmy to. Spró­bujmy go zła­pać.

Przy­tak­nę­łam i szybko we­szłam za bramę. Wmie­sza­łam się w tłum, żeby nie mo­gła do­strzec uśmie­chu roz­ja­śnia­ją­cego moją twarz.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki