Lista niegrzecznych życzeń - Natalia Czerwień, K.E. December, Ewelina Dobosz, Anna Langner, Gosia Lisińska, Katarzyna Mak, AT. Michalak

-
Proszę czekać

W świątecznym potrzasku

Natalia Czerwień

My, Polacy, jesteśmy wybredni, myślę, kiedy zdyszana, ubłocona i cholernie spóźniona zbliżam się do studia fotograficznego. Co roku domagamy się białych świąt i co roku, kiedy nagle spadnie trochę śniegu, złorzeczymy na czym świat stoi, bo nawet niewielka warstewka białego puchu potrafi sparaliżować system komunikacyjny w całym mieście. Chciałoby się powiedzieć: "Sorry, taki mamy klimat", ale to marne pocieszenie w sytuacji, gdy spóźniony autobus to tylko jedno z całego pasma nieszczęść, które spotkały mnie tego ranka.

Zaczęło się do bólu sztampowo - budzikiem, który nie zadzwonił. Byłam przekonana, że poprzedniego wieczoru podłączyłam telefon do ładowania, ale okazało się, że kabel nie tkwił w gniazdku, a bateria w smartfonie osiągnęła poziom równy okrąg­łemu zeru. Tymczasem ja, niczego nieświadoma, spałam sobie słodko do ósmej trzydzieści. Nie było szans, abym dotarła w piętnaście minut do studia mieszczącego się po drugiej stronie miasta. Chyba że wykształciłabym zdolność teleportacji. Niestety w tej kwestii nie pomogłoby nawet życzenie skierowane do Świętego Mikołaja.

Tempo, w jakim wypadłam z łóżka, włożyłam na siebie cokolwiek i wybiegłam z domu, można by porównać z prędkością światła, choć oczywiście nie obyło się bez problemów. Jedna z soczewek kontaktowych z ostatniej pary, jaką miałam, spadła na brudną podłogę w łazience i do niczego już się nie nadawała. Nie miałam innego wyjścia, jak zatknąć na nos okulary, bo przy wadzie wzroku sięgającej ponad pięciu dioptrii poruszanie się bez wspomagania groziło katastrofą. Chociaż ta i tak mnie nie ominęła.

Powinnam była wiedzieć, że jasny płaszcz i zamszowe botki w starciu z pośniegową breją z góry znajdą się na przegranej pozycji. Niestety musiałam przekonać się o tym na własnej skórze - najpierw zostałam ochlapana przez buksujący w zaspie samochód, a potem przemoczyłam buty, przedzierając się przez szarą ciapę na chodnikach. I tak oto nie dość, że jestem obryzgana błotem, to jeszcze zaraz odmarzną mi palce u stóp.

Doprawdy cudowny poranek.

Wchodzę do studia z nadzieją, że reszta ekipy też utknęła w korkach i będę mieć czas na przebranie się, rozgrzanie, naładowanie telefonu i złapanie oddechu, zanim rozpocznie się sesja. To ostatnie zdecydowanie mi się przyda, bo po tych wszystkich przygodach czuję się lekko rozedrgana, a czeka mnie dziś jeszcze jedna ciężka przeprawa - spotkanie z najbardziej konfliktowym fotografem, jakiego dane mi było poznać. Jestem pewna, że nawet bożonarodzeniowa atmosfera nie będzie w stanie udobruchać wiecznie naburmuszonego Fabiana.

Tuż za progiem uderza mnie zwyczajowy w tym miejscu harmider podkręcony świątecznymi akcentami. Przy recepcji stoi wielka wystrojona w złoto i czerwień żywa choinka, na wszystkich drzwiach wiszą sporych rozmiarów stroiki, a dosłownie każda wolna powierzchnia została wypełniona jakąś ozdobą - gwiazdami, aniołami, dzwonkami, mikołajami, różnokolorowymi migającymi lampkami. Jakby tego było mało, w powietrzu unosi się zapachowa mieszanka pierników, goździków, igliwia i mandarynek, a z głośnika na cały regulator dudni składanka świątecznych hitów. Obecnie można do wtóru z George'em Michaelem nucić nieśmiertelne Last Christmas.

Trudno nie nabawić się od tego migreny. Zwłaszcza jeśli w tym roku kompletnie nie czuje się magii świąt.

- Milena! - słyszę swoje imię, więc obracam się w kierunku, z którego dochodzi dźwięk. - Co się stało? Od godziny próbuję się do ciebie dodzwonić! Wszyscy już czekają.

Czyli z chwili odpoczynku nici.

- Padł mi telefon - mówię, kiedy Wika, asystentka fotografa odpowiedzialna za tę sesję, chwyta mnie za ramię i ciągnie w kierunku garderoby. - Poza tym chyba wszyscy zauważyli, że za oknem jest śnieżny armagedon?

- A jednak wszyscy zdołali dotrzeć z co najwyżej kilkunastominutowym poślizgiem - odgryza się. - Fabian wpadnie w szał, jeśli zaraz nie stawisz się na planie.

Szybko zdejmuję płaszcz, bo wygląda na to, że nie mam chwili do stracenia. Fabian jest naprawdę humorzasty i trudny we współpracy. Sesje z jego udziałem trwają wieczność, każdy kadr powtarzamy kilkanaście razy, bo wciąż coś mu nie pasuje. Istna udręka. Zresztą jak cała ta robota. Gdybym tylko miała wybór, już dawno bym ją rzuciła. Ale nie mam, więc muszę zacisnąć zęby i realizować nawet najbardziej absurdalne pomysły, na jakie wpadnie fotograf. A trzeba przyznać, że wyobraźnia lubi go ponosić. Uznaje się za artystę dużego kalibru, mimo że zwykle zajmuje się nieszczególnie ambitnymi, komercyjnymi projektami.

- Jak ty w ogóle wyglądasz? - Wika obrzuca krytycznym spojrzeniem moje brudne buty i okulary, które oczywiście zaparowały w wyniku zmiany temperatury po wejściu do budynku. - Zresztą nieważne. Włóż to migiem.

Ledwo wchodzimy do garderoby, asystentka bez ostrzeżenia rzuca we mnie strojem. Udaje mi się złapać go w ostatnim momencie, zanim wylądowałby na podłodze. Gdy go rozkładam, nie jestem w stanie stłumić jęku.

- Serio? Co to ma być? - Wskazuję na kawałek tiulu połączony z mocno wydekoltowanym gorsetem. Nawet przy najszczerszych chęciach trudno to nazwać sukienką. - Nie pisałam się na świąteczną sesję porno.

- A ja nie pisałam się na uspokajanie doprowadzonego do granic cierpliwości Fabiana, więc z łaski swojej nie wybrzydzaj, tylko wskakuj w kreację elfa, zalicz szybką wizytę u makijażystki i zacznijmy wreszcie te cholerne zdjęcia!

Oczy Wiki ciskają gromy, więc odpuszczam dalsze protesty i postanawiam po prostu wykonać jej polecenie. Kiedy asystentka zostawia mnie samą w garderobie, najpierw szybko podłączam telefon do kontaktu - zanim wybiegłam z domu jak burza, udało mi się wrzucić do torebki ładowarkę - po czym zaczynam się przebierać.

Bardzo szybko staje się jasne, że nie będę się czuć w tym stroju komfortowo. Gorset jest ewidentnie za mały - ściska mi piersi tak, że zaraz chyba wyskoczą na wierzch. Tyle dobrze, że całość przytrzymują szerokie ramiączka. Za to zielona tiulowa spódnica ledwo zakrywa mi tyłek, zwłaszcza gdy zakładam niebotycznie wysokie czerwone szpilki, które, jak szybko się orientuję, stanowią element stylizacji. Te też z trudem wciskam na stopy po tym, jak najpierw naciągam na nogi zakolanówki w zielono-czerwone paski. Całość wieńczy opaska z malutką szpiczastą czapeczką zakończoną dzwoneczkiem.

Rzeczywiście wyglądam jak elf. Ale nie taki, który pomaga Mikołajowi rozdawać grzecznym dzieciom prezenty w centrach handlowych - raczej taki, który sam jest prezentem dla jakiegoś niegrzecznego amatora cielesnych uciech.

Staram się o tym nie myśleć, tylko skupić na zadaniu, które mam do wykonania. Sesje świąteczne zwykle odbywają się w listopadzie czy nawet październiku, ale zleceniodawca dzisiejszej najwyraźniej się zagapił, skoro poprosił o nią zaledwie dwa tygodnie przed świętami. Nie zamierzam jednak narzekać - skąpy strój to niewielka cena w porównaniu z dodatkową kasą, którą dostanę za tę fuchę.

- Milena!

Nie chcę wystawiać cierpliwości Fabiana i całej ekipy na próbę dłużej, niż to konieczne, więc szybko wpycham do przydzielonej mi szafki swoje rzeczy, w tym etui, do którego chowam okulary. Nie mogę ich zgubić, dlatego wolę, aby na czas sesji spoczywały bezpiecznie w mojej torebce. W studiu jakoś sobie bez nich poradzę, na ulicy zdecydowanie nie.

Słyszę kolejne ponaglenia, więc czym prędzej wybiegam na korytarz z nadzieją, że makijażystka szybko wykona swoją robotę, a może w międzyczasie fryzjerka ujarzmi też moje długie brązowe włosy, które spuszyły się pod wpływem śniegu. Udaje mi się jednak zrobić najwyżej trzy kroki, gdy nagle na kogoś wpadam. Sekundę później czuję, jak po odsłoniętym biuście cieknie mi coś mokrego i lepkiego. Spuszczam wzrok, aby ocenić szkody - i ze zgrozą stwierdzam, że smoothie, koktajl proteinowy czy czymkolwiek jest ta brązowa papka wylądowało nie tylko na dekolcie, ale rozprysnęło się też na gorsecie i spódnicy.

Ten dzień chyba nie może być gorszy.

- Ojej, przepraszam... - duka kobieta, którą ledwo słyszę przez zapewnienia Mariah Carey, że wszystko, czego pragnie na święta, to jej ukochany. - Mam nadzieję, że...

- Gdzie ona jest?! - Poirytowany głos Fabiana bez problemu przekrzykuje diwę. - Nie mam całego cholernego dnia! To jest karygodny brak poszanowania dla mojej pracy!

Krzyki fotografa z każdym słowem przybierają na sile, co znaczy, że on sam musi zmierzać w moją stronę. Nagle ogarnia mnie panika. Jeśli Fabian zobaczy mnie w takim stanie, żaden świąteczny cud nie uratuje mnie przed jego gniewem.

Ignoruję kobietę, która oferuje mi paczkę chusteczek higienicznych. Jej pełne skruchy spojrzenie w niczym mi nie pomoże. Sama muszę opanować sytuację, zanim ta jeszcze bardziej się skomplikuje. Robię w tył zwrot i gnam w stronę łazienki z nadzieją, że uda mi się sprać plamę i wysuszyć mokry strój suszarką do rąk.

Przyspieszam bieg, choć w szpilkach to zadanie nie należy do najłatwiejszych. Jestem jednak zdeterminowana, żeby nie powiedzieć: zdesperowana. Muszę, po prostu muszę uratować kostium, sesję, cały dzisiejszy dzień i nadchodzące Boże Narodzenie.

Biorę ostry zakręt, przemierzam pędem pusty korytarz i dopadam do uchylonych drzwi toalety. Otwieram je szerzej, wbiegam do środka i zatrzaskuję je za sobą z hukiem. W tej samej sekundzie rozlega się męski głos:

- Nie zamykaj!

Za późno. Zamek domyka się z głośnym kliknięciem, a ja dopiero wtedy orientuję się, że coś poszło nie tak. Jasna cholera. To nie łazienka.

Rozglądam się dookoła. Rzędy regałów i piętrzących się na nich kartonów sugerują, że znajduję się w magazynie - czy raczej składziku, bo pomieszczenie jest niewielkie i słabo oświetlone. Uczucie klaustrofobii potęguje stojący przy jednym z regałów wysoki, postawny mężczyzna.

- No i co zrobiłaś? - syczy wściekle. - Te drzwi się zacinają i nie można ich otworzyć od środka! A ty właśnie je zatrzasnęłaś!

Nie widzę wyraźnie jego twarzy, ale po tonie głosu nietrudno się domyślić, że znów wpakowałam się w kłopoty. Błagam, niech ten koszmarny dzień wreszcie się skończy.

Facet odstawia na półkę trzymany w rękach karton, po czym rusza w moją stronę. Ja wciąż stoję przy drzwiach jak sparaliżowana, boję się nawet odezwać. Oddycham głęboko, próbując wyrównać przyspieszony po biegu oddech. Spokój. Tylko spokój nas uratuje.

- Odsuń się - warczy on, stając krok ode mnie. - Może uda mi się je jakoś otworzyć.

Teraz, gdy mam go na wyciągnięcie ręki, mogę mu się lepiej przyjrzeć. Przystojny szatyn mniej więcej w moim wieku. Przydługawe, kręcące się na końcach włosy, piwne oczy, wyraźnie zarysowana szczęka, lekki zarost. Ma na sobie zwykły szary T-shirt i dżinsy. Niby nic nadzwyczajnego, a jednak obiektywnie muszę przyznać, że jest na czym oko zawiesić.

Nagle serce zaczyna mi bić szybciej, bo orientuję się, że znam tego mężczyznę. Nie mam jednak pojęcia, kim jest ani jak się nazywa. Okoliczności, w których się poznaliśmy, były dalekie od przyjaznych. I to z mojej winy.

Szybko odwracam wzrok w nadziei, że on mnie nie rozpozna. Jest na to spora szansa, bo nie poświęca mi ani odrobiny uwagi. Skupia się w pełni na drzwiach, do których wciąż blokuję mu dostęp. Aby uniknąć niepotrzebnych przepychanek - fizycznych czy słownych - mam zamiar zrobić kilka kroków w przód i tym samym dać mu pole manewru. Coś jednak zatrzymuje mnie w miejscu.

Przenoszę wzrok na drzwi i z niedowierzaniem odkrywam, że znaczna część mojej skąpej tiulowej spódnicy została przez nie przytrzaśnięta.

- Nie no... to jakiś żart.

A ja się głupio łudziłam, że wyczerpałam już limit niefortunnych zdarzeń na ten dzień.

- Jeśli nawet, to nieśmieszny - burczy szatyn, przyglądając mi się krytycznie, podczas gdy ja próbuję uwolnić materiał tak, aby go nie podrzeć. - Wątpię, żeby to coś dało.

Szczerze mówiąc, sama nie wierzę w powodzenie tej operacji. Nie śmiem jednak mocniej szarpać, bo nie chcę uszkodzić sukienki. Chociaż czy to ma jakiekolwiek znaczenie? Jeśli utknę tu na dłuższy czas - na co niestety się zanosi - nie będę miała możliwości sprania tej paskudnej plamy, więc strój i tak pójdzie na straty.

Mimo to wolałabym jak najszybciej się stąd wydostać. Najlepiej zanim mój towarzysz przypomni sobie, kim jestem, Fabian wpadnie w szał, a ja stracę pracę, której tak bardzo potrzebuję.

- Musimy wezwać pomoc - oznajmiam, zakładając ręce na piersi.

Zdecydowanie to nie był dobry pomysł, bo teraz jestem jeszcze bardziej upaprana paskudną mazią.

- Masz telefon? - pyta mężczyzna z westchnieniem.

- Nie. Został w garderobie, ładuje się.

- Cholera. Ja swój zostawiłem w biurze.

- A nie wystarczy po prostu zawołać? Na pewno ktoś nas usłyszy. Albo zobaczy ten wystający kawałek materiału. - Wskazuję na spódnicę.

- To rzadko uczęszczany korytarz. Znajdują się tu tylko toalety i ten składzik. Poza tym marne szanse, że uda nam się przekrzyczeć te puszczone na cały regulator świąteczne szlagiery.

Dopiero teraz się orientuję, że nawet tutaj słychać rozbrzmiewającą w całym studiu bożonarodzeniową składankę. Właśnie zaczyna się jedna z moich ulubionych piosenek - Santa Claus Is Coming to Town. Co najdziwniejsze, słychać ją tak wyraźnie, jakby dobiegała nie tylko z korytarza, ale również z głośnika znajdującego się w tym pomieszczeniu.

- A materiał? - W głosie mężczyzny nie da się nie wyczuć kpiny. - Nawet jeśli ktoś go zauważy, pewnie uzna, że to część świątecznego wystroju.

Niestety może mieć rację. Studio jest tak bogato przystrojone, że kawałek zielonego tiulu pewnie nikogo nie zaalarmuje. Nawet tutaj, w zwykłym składziku, regały są obwieszone anielskimi włosami w różnych kolorach. Kogoś naprawdę poniosła fantazja. Albo raczej świąteczna obsesja.

- Czego tu ty w ogóle szukałaś, co? - Facet posyła mi krytyczne spojrzenie. - To pomieszczenie dostępne tylko dla personelu.

- Szukałam łazienki - wyjaśniam spokojnie.

- Jest drzwi obok. Oznaczona wielkim kółkiem, które naprawdę trudno przegapić.

Znów nie kryje złośliwości, przez co czuję się jak skarcone dziecko. Zwykle staram się być miła dla ludzi, ale nie mogę dłużej tłumić narastającej we mnie od rana frustracji. Wyżywanie się na tym kolesiu to naprawdę zły pomysł, ale na tę chwilę nic innego mi nie pozostało.

- Tak się składa, że w tym okresie każde drzwi są oznaczone wielkim iglastym kółkiem, więc wybacz, że nie udało mi się wybrać właściwych - odpowiadam równie zgryźliwie. - Poza tym mam kiepski dzień, okej? Zaspałam, przez tę koszmarną pogodę spóźnił mi się autobus, zostałam ochlapana pośniegowym błotem, przemoczyłam buty, ktoś wylał na mnie ohydną paćkę, przytrzasnęłam drzwiami strój na sesję, a na dodatek ledwo widzę to, co znajduje się metr ode mnie, bo przepadła mi ostatnia para soczewek kontaktowych, więc z łaski swojej mógłbyś mnie już nie dobijać.

Facet jest najwyraźniej zaskoczony moim nagłym wybuchem, bo przygląda mi się z konsternacją. W pewnym momencie na jego twarzy pojawia się przebłysk olśnienia, a ja już wiem, że mam przechlapane.

- Ej, ja cię kojarzę. - Celuje we mnie palcem. - To ty wjechałaś we mnie na parkingu w zeszłym miesiącu! Nic dziwnego, że nie zauważyłaś mojego auta, skoro jesteś ślepa jak kret! Kto ci w ogóle dał prawo jazdy?!

Nie wypieram się tego, że kiedy kilka tygodni temu tata pożyczył mi na jeden dzień swojego Forda, spowodowałam lekką stłuczkę. Rzadko prowadzę samochód i zawsze niezwykle mnie to stresuje, ale nie ze względu na wadę wzroku. I też nie ona była przyczyną tamtej kolizji, bo miałam wtedy soczewki. Po prostu zbyt gwałtownie wyjechałam z miejsca parkingowego, nie upewniwszy się wcześniej, czy nikt nie nadjeżdża.

Miałam to nieszczęście, że poszkodowanym okazał się wyjątkowo przewrażliwiony na punkcie swojego samochodu palant. Już wtedy zwyzywał mnie od ślepych idiotek, choć rysa na jego Audi A4 zdawała się ledwo widoczna. Moja wina była niezaprzeczalna, więc wiedziałam, że jeśli wezwiemy policję, dostanę wysoki mandat, który poważnie nadszarpnąłby nasz rodzinny budżet. Dlatego ubłagałam właściciela Audika, aby nie zgłaszał zdarzenia. Po kilkunastu minutach moich lamentów z wielką łaską przyjął kilka stów na pokrycie szkód. Ich utrata też była bolesna, ale nie tak jak ewentualny mandat. Wygląda jednak na to, że mimo wszystko gość wciąż chowa urazę.

- A kto tobie dał prawo mnie obrażać? - fukam z oburzeniem. - Może i nie jestem wybitnym kierowcą, ale to nie znaczy, że możesz mnie z tego powodu wyzywać. Zresztą zaraz Wigilia, więc i ty mógłbyś przemówić ludzkim głosem.

Biorę głęboki wdech, aby się uspokoić. Ostatnie miesiące były dla mnie wyjątkowo trudne emocjonalnie, dlatego każda taka nerwowa interakcja wiele mnie kosztuje. Na szczęście facet dostrzega, że jestem na skraju załamania, bo wyraz jego twarzy łagodnieje.

- Dobra, spróbujmy się stąd wydostać - proponuje spokojniej, porzucając temat moich kompetencji jako kierowcy. - Żeby cokolwiek zdziałać, musisz się odsunąć od drzwi. To z kolei oznacza, że jednak trzeba będzie wyrwać kawałek spódnicy. Albo uciąć. Gdzieś tu powinny być nożyczki.

- O nie, nie! Nie będziemy niczego ucinać! - protestuję. - Muszę oddać strój w nienaruszonym stanie! Inaczej potrącą mi za niego z pensji!

Facet posyła mi spojrzenie pełne politowania.

- Myślę, że i tak to zrobią. Jeśli nie pozbędziesz się tego w ciągu kilku najbliższych minut - wskazuje na plamę - kreacja będzie do wyrzucenia. A żeby to sprać, najpierw musimy się stąd wydostać. I tu wracamy do punktu pierwszego: musisz odsunąć się od drzwi. Tak czy siak, kiecka idzie na straty.

Jęczę z rezygnacją, bo muszę przyznać mu rację. Każdy scenariusz kończy się tragicznie dla stroju elfa i nic nie mogę na to poradzić.

- Naprawdę nie mamy innych opcji? - pytam żałośnie.

- Możesz spróbować ściągnąć spódnicę bez wyszarpywania jej z drzwi, ale nie wiem, czy jesteś na tyle zdesperowana, aby paradować przede mną w samej bieliźnie.

Posyła mi kpiarski uśmieszek, jakby ta wizja mu się podobała. Cóż, mnie nie podoba się wcale.

- To nie spódnica, tylko sukienka - prostuję z nutą oburzenia dla jego ignorancji. - I nie ma szans, abym ją zdjęła.

Gdyby to rzeczywiście była spódnica, może jeszcze bym się skusiła. Najadłabym się trochę wstydu, ale przynajmniej ciuch dałoby się odratować. W zaistniałej sytuacji nie miałam jednak innego wyjścia, jak zostać z kawałkiem tiulu na tyłku i czekać, aż wisząca mi nad głową gilotyna spadnie na mnie z hukiem, kiedy tylko opuszczę to pomieszczenie.

- Dobra, spróbuj ją wyszarpać - zarządzam po chwili. - Tylko delikatnie. Tak, żeby zniszczenia były jak najmniejsze.

Grożę mu palcem, na co on zaśmiewa się pod nosem. Nie komentuje jednak, tylko skupia się na tiulu, jakby oceniał, czy operacja, którą zamierza przeprowadzić, ma jakiekolwiek szanse powodzenia.

- No dobra. - Bierze wdech i chwyta za cienki materiał.

- Tylko ostrożnie - powtarzam, patrząc mu na ręce.

- Chcesz stąd wyjść czy nie? - pyta opryskliwie, prostując się i puszczając tkaninę.

- Chcę stąd wyjść i zachować strój w jak najlepszym stanie.

- Jedno wyklucza drugie, więc szybka decyzja. Nie mam czasu na fochy rozkapryszonej modelki.

Po tym komentarzu moja frustracja wskakuje na kolejny poziom. Najbardziej na świecie nie znoszę brukselki, za ciasnych dżinsów i ludzi oceniających mnie po pozorach.

- Wypraszam sobie - obruszam się. - Nie jestem rozkapryszona ani nie stroję fochów! Próbuję jedynie zminimalizować ryzyko tego, że stracę tę robotę. Naprawdę jej potrzebuję.

Gdybym tylko mogła, już dawno zrezygnowałabym z wątpliwej przyjemności bycia fotomodelką. Niestety kiepska sytuacja finansowa mojej rodziny sprawia, że wciąż trzymam się pracy, której zaczynam szczerze nie znosić. Desperacko potrzebujemy pieniędzy, zwłaszcza teraz, tuż przed świętami, a dzisiejsza sesja miała być opłacona ekstra. Cóż, w tej sytuacji mogę chyba tylko pomarzyć o dodatkowej forsie.

- Yhm, tak samo jak potrzebujesz designerskich ciuchów, ekskluzywnych kosmetyków i dodatków z najwyższej półki - kpi facet, siłując się z tiulem. - Masa takich jak ty przewija się przez to studio. Pustych paniusi, dla których modeling jest jedynym celem w życiu, bo nie potrafią robić nic innego poza tym, że dobrze wyglądają. Tak się tym przejmują, że zamiast założyć okropne, oczywiście w ich mniemaniu, okulary na nos, wolą rozbijać cudze samochody albo szukać toalety na oślep i trafiać nie tam, gdzie trzeba.

Nie no! Teraz to już przegiął! Za jakie grzechy muszę tu tkwić i wysłuchiwać tych obelg, które nie mają nic wspólnego z rzeczywistością? Ja nie oceniam ludzi po wykonywanym zawodzie, jakikolwiek by on był. Sprowadzanie mnie do poziomu nadętych lasek strzelających sobie selfie co pięć minut jest co najmniej krzywdzące.

- Posłuchaj, koleś. - Przyjmuję bojową postawę. - Nie życzę sobie takich uwag, jasne? Nie mam problemu z noszeniem okularów, ale na czas sesji zostawiłam je w garderobie. A w trakcie stłuczki miałam soczewki. I przede wszystkim: nie jestem jak reszta modelek, które rzekomo tak świetnie znasz. Nie znoszę się stroić, pindrzyć przed lustrem, nakładać na twarz tony tapety, układać każdego pojedynczego włosa ani biegać w dziesięciocentymetrowych szpilkach. To, że zarabiam, pozując przed obiektywem, nie znaczy, że jestem płytką panienką, która robi scenę o złamany paznokieć. Nikt cię nie nauczył, że nie ocenia się ludzi po pozorach? A tak poza tym to... Aaaaa!

Pochłonięta buńczuczną przemową, nie orientuję się, kiedy mój towarzysz z impetem szarpie za tiul. Trzask rozdzieranego materiału miesza się z moim wrzaskiem. Sam wrzask natomiast jest wynikiem nie tyle potargania sukienki, ile faktu, że w wyniku użytej przez faceta siły tracę równowagę w tych cholernych szpilkach i jak długa padam na podłogę. W akcie totalnej rozpaczy i bezsilności kładę się na plecach i zakrywam twarz rękami.

Czas najwyższy złożyć broń. To oficjalnie najbardziej pechowy dzień mojego życia.

- Ups.

Odsuwam dłonie od twarzy i dostrzegam, że mężczyzna z lekką konsternacją wpatruje się w spory fragment tiulu, który został mu w ręce. Nie chcę nawet wiedzieć, ile z tej sukienki, już wcześniej zbyt kusej, zostało na mnie. Obawiam się, że niewiele - a spojrzenie mojego towarzysza boleśnie mnie w tym przeświadczeniu utwierdza.

- A więc i tak masz okazję podziwiać moją bieliznę, prawda? - pytam kompletnie zrezygnowana, wpatrując się w sufit. Naprawdę już mi wszystko jedno.

- W rzeczy samej - potwierdza wesoło. - Ładne granatowe koronkowe figi.

Uf, dobrze wiedzieć, że w tej porannej gonitwie znalazłam czas na wyszukanie przyzwoitych majtek. Spaliłabym się ze wstydu, gdybym w pośpiechu wciągnęła na siebie któreś z tych bawełnianych gaciorów z infantylnym nadrukiem. A mam ich sporo, bo zwykle przedkładam wygodę ponad seksapil. Dzisiaj jednak jestem wdzięczna losowi chociaż za tę jedną rzecz. Mimo że to nikłe pocieszenie w całej tej katastrofie.

- Tak w ogóle niezłe wdzianko. - Szatyn lustruje mnie wzrokiem i uśmiecha się filuternie. - Zawsze uważałem, że w elfach jest coś seksownego. No i proszę bardzo, mam tu sobie jednego na wyłączność. Czyżby mój tegoroczny prezent gwiazdkowy przybył z wyprzedzeniem?

Unoszę głowę, podpieram się na łokciach i posyłam mu krytyczne spojrzenie. Serio wystarczy pokazać kawałek nagiego ciała, żeby facet przestał widzieć w tobie nadętą paniusię, która znalazła prawo jazdy w paczce chipsów, a zaczął postrzegać cię jak obiekt seksualnego zainteresowania? Co się dzieje z ludźmi?

- Zapomnij - syczę. - Moim zdaniem zasługujesz co najwyżej na rózgę. Z chęcią dopilnuję, aby twój list z życzeniami nie trafił do Świętego Mikołaja.

Facet zaczyna się śmiać, jakbym powiedziała coś wyjątkowo zabawnego. Cóż, ja postrzegam tę sytuację raczej jak dramat niż komedię.

- No dobra, zadziorny elfie, skoro już zapoznałem się z twoją bielizną, to może zdradzisz mi swoje imię. Tak się składa, że nie mam w zwyczaju oglądać półnagich anonimowych dziewczyn.

Mówi to takim tonem, jakby bardzo często miewał okazję "oglądać półnagie dziewczyny". To tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że powinnam trzymać się od niego z daleka. Choć w tej chwili nie jest to możliwe, bo wciąż tkwimy w cholernym potrzasku i nie zapowiada się na to, abyśmy szybko się z niego wykaraskali.

Dlatego też postanawiam schować dumę do kieszeni i spróbować choć na chwilę ocieplić nasze stosunki.

- Milena - odpowiadam, podnosząc się do siadu.

- Łukasz - oznajmia z uśmiechem, po czym podaje mi rękę.

Waham się przez moment, ale ostatecznie korzystam z zaoferowanej pomocy i zaraz znów stoję na nogach - twarzą w twarz z Łukaszem. Przez dłuższą chwilę wpatrujemy się w siebie w ciszy zakłócanej jedynie melodyjnymi dźwiękami Let It Snow!. Dzięki szpilkom, które wciąż mam na stopach, jesteśmy niemal równego wzrostu, co pozwala nam patrzeć sobie prosto w oczy. W jego piwnych tęczówkach dostrzegam błysk pewności siebie, ale także wesołe iskierki rozbawienia. Za to łobuzerski uśmiech dodaje łagodności jego surowej twarzy. Zdecydowanie może się podobać kobietom. W innych okolicznościach pewnie i ja zawiesiłabym na nim spojrzenie. Jest w nim coś hipnotyzującego. I to na tyle, że na moment zupełnie zapominam o wszystkich nieszczęściach, które mnie dziś spotkały.

- Zgubiłaś coś. - To on pierwszy przerywa milczenie i kontakt wzrokowy.

- Większość dolnej części stroju? - Śmieję się nerwowo, czując, jak na policzkach wykwitają mi rumieńce.

- Też. Ale miałem na myśli to. - Wskazuje na coś za mną.

Obracam się w tamtą stronę i dostrzegam leżącą na podłodze opaskę. W całym tym zamieszaniu nie zorientowałam się nawet, że spadła mi z głowy.

- A tak, najważniejszy element elfiego stroju. - Podnoszę ozdobę, a przyczepiony do czapeczki dzwoneczek pobrzękuje cicho. - Bez niego wyglądam jak zwykła, tania striptizerka.

- Oj tam, zaraz tania. - Łukasz macha lekceważąco ręką. - Tiulu może zabrakło, ale za to było cię stać na porządne skarpety.

Parskam śmiechem, bo zostało mi już tylko to albo płacz. A że nie mam zwyczaju publicznie zalewać się łzami, muszę to wszystko obrócić w żart. Mój towarzysz najwyraźniej obrał podobną taktykę.

- Tak, zdecydowanie wolę świecić gołym tyłkiem niż łydkami - stwierdzam z powagą. - Zresztą może powinnam zacząć ćwiczyć taniec na rurze, bo coś czuję, że po dzisiejszym dniu będę musiała szukać nowej pracy.

Moja mina musi się prezentować naprawdę żałośnie, bo spojrzenie Łukasza nagle łagodnieje. Mało tego - dostrzegam w nim odrobinę współczucia.

- Sorry za tę sukienkę. Nie sądziłem, że drzwi tak mocno trzymają. - Podaje mi fragment materiału, który został mu w ręce. Przez chwilę mam nadzieję, że może uda mi się nim owinąć, ale okazuje się zbyt mały, aby nadawał się do czegokolwiek. - Nie ma jednak co rozpaczać, tylko trzeba nas stąd wydostać.

Kiwam głową na zgodę. Nie mam klaustrofobii, ale niewielka przestrzeń w połączeniu z nadmiarem emocji sprawia, że zaczyna mi się robić duszno. Dlatego, choć wiem, że na zewnątrz czeka mnie konfrontacja z Fabianem i resztą ekipy, bardzo chętnie opuszczę to pomieszczenie.

- Mogę jakoś pomóc? - pytam, kiedy Łukasz znów podchodzi do drzwi.

- Lepiej nie. - Posyła mi lekki uśmiech. - Wolę nie ryzykować, że jeszcze coś pójdzie nie tak, a ewidentnie przyciągasz pecha.

W odpowiedzi przewracam oczami, ale nie mam zamiaru się kłócić. Może rzeczywiście lepiej, abym trzymała się od tych drzwi z daleka, bo czegokolwiek się dzisiaj tykam, kończy się mniejszym lub większym kataklizmem. Dlatego też dla bezpieczeństwa - swojego i otoczenia - siadam na podłodze i opieram się o jeden z regałów. Próbuję tak ułożyć resztki dolnej części sukienki, aby zasłoniły mi jak największą powierzchnię ud. Zastanawiam się przez chwilę, czy nie zdjąć zakolanówek i nie stworzyć z nich prowizorycznej spódnicy, ale ostatecznie rezygnuję z tego pomysłu. Znając moje szczęście, wyszłoby z tego więcej szkód niż pożytku.

Łukasz przez chwilę szuka czegoś w kartonach, po czym zaczyna majstrować przy drzwiach. Walczy następne kilka minut, ale bez efektu. Krótkowzroczność nie pozwala mi dokładnie przyjrzeć się wyrazowi jego twarzy, ale sfrustrowane sapnięcia, które z siebie wydaje, mówią same za siebie. Wygląda na to, że wydostanie się z tego składziku naprawdę będzie kłopotliwe. Jedyna nadzieja w tym, że ktoś zauważył nasze zniknięcie i zaczął nas szukać.

Nie chcę przeszkadzać, więc postanawiam się nie odzywać. Zresztą o czym mielibyśmy rozmawiać? Ewidentnie nie darzymy się sympatią, więc zdecydowanie lepiej zachować milczenie, niż powiedzieć coś niewłaściwego.

Niestety jestem typem osoby, który siedząc bezczynnie, szybko zaczyna się nudzić. Poza opaską, którą obracam w ręce, nie mam w zasięgu wzroku niczego, czemu mogłabym poświęcić uwagę. Mimowolnie zaczynam więc się wiercić i nucić pod nosem dobiegające z wbudowanego w ścianę nad wejściem głośnika Merry Christmas Everyone.

- Może po prostu ściągnij z regałów te frędzle i się nimi okryj - proponuje niespodziewanie Łukasz, nie odrywając wzroku od drzwi.

- Co? - pytam kompletnie zaskoczona, ale szybko orientuję się, o co może mu chodzić. - Czyżby nagle przeszkadzała ci moja nagość? Rozpraszam cię?

Uśmiecham się zaczepnie, ale on tego nie widzi, bo wciąż nie patrzy w moją stronę.

- To nie nagość mnie rozprasza, tylko twoje wiercenie się - oznajmia rzeczowo. - Które, jak przypuszczam, wynika z faktu, że to tobie przeszkadza brak sporej części garderoby, więc próbujesz znaleźć jak najdogodniejszą pozycję. Stąd moja sugestia, abyś owinęła się tym włochatym łańcuchem. - Obraca się lekko i wskazuje na anielskie włosy. - Nic innego pod ręką nie mamy.

Pomysł wydaje się niegłupi, ale postanawiam go nie realizować. Z jakiegoś powodu mam ochotę podroczyć się z tym facetem. Może to mój sposób na odreagowanie ciężkiego dnia. Albo nawet całego ciężkiego roku.

- Dzięki, ale nie skorzystam - oznajmiam buńczucznie. - Nie chcę niweczyć pracy kogoś, kto włożył tyle serca w przyozdobienie zwykłego składziku.

- Myślę, że Monika zrozumiałaby powagę sytuacji i nie miała ci tego za złe. Jej bożonarodzeniowy szał nie zna granic, więc na pewno zostało jej jeszcze trochę ozdób po wystrojeniu całego studia, łącznie z tym kantorkiem i łazienką. - Kręci głową z politowaniem.

Mogłam się domyślić, że to sekretarka jest odpowiedzialna za ten iście świąteczny klimat. Monika w każdej kwestii kieruje się zasadą: "Im więcej, tym lepiej".

- Niech ozdoby zostaną na swoim miejscu. Miałam być sexy elfem, a nie choinką. Choć żadna z tych ról mi się nie uśmiecha. - Ostatnie zdanie mruczę pod nosem, ale Łukasz i tak je wyłapuje.

- A co to, nie lubimy Gwiazdki? - Zerka na mnie ukradkiem.

- Ogólnie lubimy, ale w tym roku nie czuję magii świąt - przyznaję szczerze. - Za bardzo mnie wszystko przytłacza.

Nie wyjaśniam, co kryje się pod pojęciem "wszystko", bo to zbyt osobiste sprawy, aby wyjawiać je obcemu facetowi. Zresztą nie lubię się żalić. Zwykle duszę w sobie negatywne emocje, ponieważ nie chcę dokładać rodzinie zmartwień. Ktoś z nas musi być oparciem dla pozostałych - i tym razem padło na mnie.

- Witaj w klubie. - Łukasz posyła mi porozumiewawczy uśmiech. - Najchętniej przespałbym najbliższe dwa tygodnie i obudził się dwudziestego siódmego. Rzygam już tą całą świąteczną otoczką, a wolne mam dopiero od Wigilii.

- A czym właściwie się zajmujesz? - Znajduję pretekst, aby zmienić temat. - Jesteś nowym fotografem? - Nie dodaję, że być może mijaliśmy się w studiu dziesiątki razy, ale przez mój brak pamięci do twarzy mogłam go nie zapamiętać.

Na szczęście nie wydaje się urażony moją ignorancją.

- Jestem grafikiem i pracuję tu od kilku lat. Nic jednak dziwnego, że na siebie nie wpadliśmy, bo w trakcie sesji zwykle zamykam się w swoim biurze. Lubię pracować w spokoju, a zdjęcia to zawsze mnóstwo hałasu i zamieszania.

- I nie wyściubiasz nosa na korytarz, żeby podrywać modelki? - rzucam zaczepnie, bardziej dla żartu niż na serio.

Jego odpowiedź brzmi jednak zaskakująco poważnie:

- Nie, bo większość z nich jest związana ze studiem na stałe. A ja wolę unikać spotkań z wściekłą i namolną laską, do której nie zadzwoniłem, chociaż obiecałem, że to zrobię.

- To po co obiecujesz, skoro potem nie dzwonisz? - pytam ze szczerym zainteresowaniem. - Oszczędziłbyś sobie kłopotów, a dziewczynom rozczarowania.

- A więc jesteś jedną z tych. - Wzdycha z rezygnacją.

- To znaczy których?

- Tych, które odmawiają sobie rozrywki, czekając na księcia na białym koniu.

Prycham z oburzeniem, choć jest w tym stwierdzeniu ziarnko prawdy. Moje życie uczuciowe nie należy do bogatych, ale nie dlatego, że czekam na ideał, który nie istnieje. Po prostu mam sporo rzeczy na głowie i nie chcę tracić czasu na relacje, które i tak nie miałyby szansy przerodzić się w coś poważniejszego. Mocno stąpam po ziemi i znajomości zawierane wyłącznie dla chwilowej rozrywki zupełnie mnie nie interesują. Wolę być samotna, niż karmić się złudną bliskością drugiego człowieka.

- Jest różnica między niepoprawnym romantyzmem a niewchodzeniem do łóżka ledwo poznanym facetom, którzy nie mają zamiaru zadzwonić, chociaż biorą twój numer telefonu - zauważam.

- Wiesz, jest na to prosta rada. - Robi teatralną pauzę. - Nie dawaj facetowi swojego numeru. Wtedy oszczędzisz sobie rozczarowania, a jemu wyrzutów sumienia. I wszyscy zadowoleni.

- Najwyraźniej mamy inną deficjencję zadowolenia.

- Czyżby? - Łukasz przestaje siłować się z drzwiami i obraca się w moją stronę z figlarnym uśmiechem. - Myślę, że gdybyś tylko dała mi szansę, udowodniłbym ci, że wspólnie możemy osiągnąć pełne zadowolenie.

Wydźwięk tej propozycji jest jednoznaczny - i nie wiem, jak ją interpretować. Potraktować jak komplement czy raczej poczuć się urażona? Skoro chciałby się ze mną przespać, musi widzieć we mnie atrakcyjną kobietę. Jeśli jednak myśli, że skuszę się na jednorazowy numerek, to znaczy, że zlekceważył moje słowa i traktuje mnie jak łatwą laskę. I w dodatku jest przy tym bezczelnie pewny siebie. Najgorszy typ, jaki tylko mógł mi się przytrafić. Trzeba szybko sprowadzić go na ziemię.

- Jeśli to twoje świąteczne życzenie, to przykro mi, ale ja go nie spełnię. Znajdź sobie innego chętnego elfa - odpowiadam hardo. - Choć to chyba nie będzie łatwe, bo sam przed chwilą twierdziłeś, że nie spotykasz się z modelkami, które pracują w studiu.

- Ty za to twierdziłaś, że nie jesteś taka jak wszystkie modelki.

A więc jednak coś do niego dotarło. Mimo to mam wrażenie, że niewłaściwie zinterpretował moje słowa. To nie tak, że mam się za lepszą od innych fotomodelek. Po prostu ja nigdy nie marzyłam o tym zawodzie, więc nie rozumiem ekscytacji towarzyszącej większości dziewczyn, z którymi przyszło mi współpracować. One czują się przed obiektywem jak ryby w wodzie, ja - jak słoń w składzie porcelany. A mimo to zarabiam, wdzięcząc się do aparatu. Bo dzięki temu mogę wspierać bliskich. Ale czy to cokolwiek zmienia?

- A może właśnie jestem - stwierdzam cicho i spuszczam głowę.

Wracam wspomnieniami do najważniejszych wydarzeń kończącego się właśnie roku i czuję, jak pod powiekami zbierają mi się łzy. Frustracji, bezsilności, zmęczenia. To był naprawdę trudny okres. Fizycznie i emocjonalnie. Powoli idziemy ku lepszemu, ale przed nami wciąż jeszcze długa i kręta droga. I póki nie wyjdziemy na prostą, muszę trzymać się w garści i jak taran przeć do przodu bez względu na przeciwności.

- Hej, tylko mi tu nie płacz. - Spanikowany Łukasz kuca obok mnie. - To naprawdę kiepski pomysł, bo jestem beznadziejny w pocieszaniu i nie mam przy sobie chusteczek.

Wygląda na szczerze przejętego, co trochę mnie rozczula, ale przede wszystkim rozbawia. Jeśli chciał poprawić mi humor, to mu się udało.

- Mamy za to podarty tiul. - Podnoszę kawałek materiału. - Myślę, że będzie w sam raz na otarcie łez, bo do niczego innego już się nie nadaje.

Przypomnienie o podartej sukience okazuje się niezbyt fortunnym posunięciem, bo chwilę później wzrok Łukasza pada na moje odsłonięte uda. Nie powinno mnie to zawstydzać - w końcu pozowałam już kilka razy w strojach kąpielowych, więc niejeden obcy mężczyzna miał okazję oglądać mnie niemal nagą. W spojrzeniu Łukasza jest jednak coś tak intensywnego, że natychmiast robi mi się nieznośnie gorąco, w żołądku czuję lekki ścisk, a między nogami przyjemne mrowienie. Próbuję ignorować te sygnały, ale nie jest to łatwe, kiedy przystojny facet, z którym utknęłaś w małej, zamkniętej przestrzeni, patrzy na ciebie tak, jakby miał ochotę zdjąć z ciebie tę resztkę fatałaszków, którą wciąż masz na sobie.

- A ja myślę, że nie ma co płakać nad tą podartą spódnicą. Szczerze mówiąc, zielony to nie twój kolor. W granacie znacznie bardziej ci do twarzy. - Wskazuje na koronkowe figi. - Spytałbym, czy nie masz stanika do kompletu, ale coś mi się wydaje, że nie zdołałabyś upchnąć go pod tym ciasnym gorsetem.

Cholera. Tak się skupiłam na brakującym tiulu, że kompletnie zapomniałam o wyeksponowanych piersiach. Szybko sprawdzam, czy przypadkiem nie wymknęły się z gorsetu, ale na szczęście wciąż są na swoim miejscu. Choć niestety nadal lepkie od zaschniętego napoju.

Mam zamiar odpowiedzieć coś kąśliwego, ale gdy widzę roześmianą twarz Łukasza, dociera do mnie, że tym komentarzem próbował jedynie odwrócić moją uwagę i rozluźnić atmosferę. Muszę przyznać, że jest w tym niezły.

- Już nie bądź taki czaruś - odpowiadam półżartem, półserio. - Nawet jakbym miała, to bym ci nie pokazała. Naciesz oczy niekompletnym strojem seksownego elfa, bo na więcej nie masz co liczyć.

- A mogę liczyć na mniej?

Przysuwa się bliżej i pociąga fragment tiulu wciąż przymocowany do sukienki. Ten rwie się bez oporu i jeszcze bardziej odsłania moje uda oraz bieliznę. W pierwszym odruchu chcę odtrącić jego rękę i oskarżyć go o naruszenie przestrzeni osobistej, ale ku własnemu zaskoczeniu przyłapuję się na tym, że nawet mi się to podoba. Dlatego postanawiam zagrać w jego grę i trochę się podroczyć.

- Niech pomyślę. - Przykładam do ust palec wskazujący. - Jeśli nas stąd wydostaniesz, rozważę jakąś nagrodę.

Posyłam mu zalotne spojrzenie, choć nie jestem pewna, czy flirtowanie z tym facetem to dobry pomysł. Przecież tak naprawdę nie mam zamiaru niczego mu oferować. Ani w ramach nagrody, ani świątecznego prezentu. Mam nadzieję, że on też traktuje całą tę rozmowę jak żart i że kiedy już stąd wyjdziemy, nie zrobi się między nami niezręcznie.

- Jeśli tak stawiasz sprawę, to niestety mam złą wiadomość. - Łukasz robi smutną minę. - Nie jestem w stanie nic zdziałać w kwestii drzwi. Musimy czekać na pomoc z zewnątrz.

Szczerze, w tej chwili już mi wszystko jedno. Strój doszczętnie zniszczony, sesja prawdopodobnie przepadła razem z dodatkową kasą. Jestem w czarnej dupie i nawet śpiewający właśnie Andy Williams nie przekona mnie, że zbliża się najpiękniejszy czas w roku.

Jeszcze rok temu uwielbiałam okres przygotowywań do Bożego Narodzenia. Strojenie choinki, pieczenie pierników, podśpiewywanie świątecznych piosenek. Nawet nerwowe wyprawy na zakupy w poszukiwaniu idealnych prezentów i wigilijny kuchenny harmider miały swój urok. Kochałam ten czas spędzony w rodzinnym gronie pełen spokoju, wspólnego świętowania i miłości. Tym razem też usiądziemy wszyscy przy jednym stole, ale zabraknie tej beztroski, która zawsze nam towarzyszyła. Będzie wisiał nad nami cień mijającego roku rzutujący na najbliższą przyszłość. Chciałabym móc choć na chwilę odłożyć wszystkie troski na bok i po prostu cieszyć się świątecznym klimatem. Gdyby tylko to było takie proste.

- Dobra, elfiku, skoro utknęliśmy tu na nie wiadomo ile, to może opowiesz mi, jak trafiłaś do świata modelingu. - Łukasz siada na podłodze obok mnie. Musi zgiąć nogi, bo wyprostowane nie zmieściłyby się między regałami. - I dlaczego się tym zajmujesz, skoro ewidentnie nie daje ci to satysfakcji.

Początkowo chcę zbyć temat, bo do tej pory unikałam odpowiedzi na podobne pytania. Choć nie padały one często, bo póki dobrze wykonywałam swoją pracę, nikogo nie obchodziło, jak trafiłam na plan zdjęciowy. Łukasz wydaje się jednak szczerze zainteresowany. Może jeśli mu się zwierzę, będzie mi odrobinę lżej na sercu.

- Moja przygoda z modelingiem zaczęła się zupełnie przypadkowo - zaczynam. - Nigdy nie marzyłam o takiej pracy, w przeciwieństwie do mojej kumpeli z liceum. Dominika może pochwalić się naprawdę nieprzeciętną urodą, a do tego była tak zdeterminowana, że pod koniec szkoły średniej udało się jej wkręcić do agencji i szybko została rozchwytywaną modelką. Po szkole kontakt nam się urwał, ale jakieś półtora roku temu wpadłyśmy na siebie nieopodal studia. Rozmawiałyśmy chwilę, kiedy Dominika dostała telefon, że odwołano jej sesję, bo jedna z modelek się rozchorowała. Wtedy wpadła na szalony pomysł, żebym zastąpiła tamtą dziewczynę. Widziałam, że bardzo jej zależy na tym zleceniu, więc dałam się zaciągnąć do studia, choć byłam pewna, że już na dzień dobry zostanę odprawiona z kwitkiem. Okazało się jednak inaczej. To był naprawdę ważny i pilny projekt, a że wizualnie pasowałam do charakteru sesji, przymknęli oko na mój brak doświadczenia. Próbowałam protestować, ale kiedy usłyszałam, ile mi zapłacą... no cóż, uległam pokusie. Bawiłam się całkiem nieźle, ale potraktowałam to jak jednorazową przygodę, do której nie miałam zamiaru wracać. Życie jednak pokrzyżowało mi plany. Potrzebowałam na szybko sporej kasy, więc poprosiłam Dominikę, żeby spróbowała wciągnąć mnie do agencji. Udało się i od tamtej pory przyjmuję tyle zleceń, ile tylko się da. Nie sądziłam, że to taka harówka, lecz nie mogę się teraz wycofać. Ciężko byłoby mi znaleźć równie korzystne finansowo zajęcie.

Nigdy nie uważałam się za materialistkę, ale sytuacja życiowa zmusiła mnie do przyjęcia posady dalekiej od moich marzeń. Nie chcę narzekać - sama podjęłam taką decyzję, nikt mnie do niej nie zmuszał. Wiem jednak, że gdybym zrezygnowała, zjadłyby mnie wyrzuty sumienia. W rodzinie należy się wspierać. Zwłaszcza wtedy, gdy spotyka nas coś tragicznego.

Dlatego od niemal roku zaciskam zęby, odkładając na dalszy plan marzenia o otwarciu własnej pracowni architektury krajobrazu. Odkąd pamiętam, uwielbiałam kontakt z naturą, a rośliny były moją pasją. W trakcie studiów dorabiałam nawet w pobliskim sklepie ogrodniczym, ale na razie musiałam schować dyplom do szuflady. Nie tracę nadziei, że prędzej czy później wrócę do tego, co kocham. Mama często powtarza, że co się odwlecze, to nie uciecze. Trzymam się tej myśli bardzo mocno.

- Na co ci tak nagle potrzebna forsa? - dopytuje Łukasz. - Musisz spłacić byłego? A nie, czekaj, zapomniałem, że nie angażujesz się w związki bez przyszłości, więc pewnie nie masz żadnego byłego.

- Dla twojej wiadomości: mam byłego chłopaka. A nawet dwóch - wyznaję, na co Łukasz gwiżdże w kpiarskim geście uznania. - Ale oni nie mają z tym nic wspólnego. Chodzi o mojego młodszego brata.

Sama nie wiem, po co mu o tym mówię. Przecież tak naprawdę go to nie obchodzi, a ja nie mam w zwyczaju dzielić się z obcymi swoimi dramatami. Nie chcę uchodzić za męczennicę, która żali się, jak to ma w życiu pod górkę.

- A co z nim? - Łukasz nie odpuszcza tematu. - Ćpa, pije, kradnie? Naraził się mafii i teraz spłacasz jego dług wraz z odsetkami?

Do tej pory znosiłam to, że ten facet wszystko obraca w żart, ale tym razem nie zamierzam tego tolerować. To, co spotkało Krystiana, wciąż jest dla mnie zbyt bolesne, abym pozwalała traktować to lekceważąco. I chyba właśnie dlatego decyduję się opowiedzieć w skrócie tę historię.

- Nie. Miał wypadek w zeszłe święta - odpowiadam z pełną powagą. - Został potrącony przez nietrzeźwego kierowcę. Od tamtej pory jeździ na wózku inwalidzkim. Ma szansę na powrót do sprawności, ale rehabilitacja jest bardzo kosztowna. Mama jest nauczycielką w podstawówce, a tata motorniczym. Nie zarabiają kokosów. Kasa z modelingu pozwala mi pokryć znaczną część rachunków.

Spoglądam na Łukasza i widzę, że robi mu się głupio. Na jego twarzy malują się skrucha i współczucie. Pewnie nie tego się spodziewał po dziewczynie awanturującej się o kawałek tiulu. Prawda jest jednak taka, że jeśli stracę tę pracę, może to kosztować mojego brata szansę na powrót do dawnego życia.

- Mimo że od wypadku minął blisko rok, wciąż nie umiem przejść nad tym do porządku dziennego - wyznaję ku własnemu zaskoczeniu, bo przecież wcale nie miałam zamiaru się zwierzać. Czuję jednak nagłą potrzebę, aby wyrzucić z siebie to, co leży mi na sercu, dlatego mówię dalej: - Krystiana zawsze rozpierała energia, wszędzie było go pełno, uwielbiał uprawiać sport. Chciał związać przyszłość z piłką ręczną, którą trenował od małego. Miał zadatki na obiecującego zawodnika. I nagle wszystkie jego plany zostały przekreślone przez jednego nieodpowiedzialnego człowieka, który po świątecznym pijaństwie postanowił wsiąść za kierownicę. Nie obchodziło go, że przez niego życie radosnego osiemnastolatka legło w gruzach. Krystian stara się nie tracić pogody ducha, ale wszyscy widzimy, jak ciężko mu się pogodzić z zaistniałą sytuacją. Dlatego tak bardzo chcę mu dać choćby cień nadziei na to, że nie wszystko jeszcze stracone.

Uśmiecham się smutno, choć tak naprawdę chce mi się płakać. Zawsze miałam świadomość, że życie potrafi być okrutne i niesprawiedliwe, ale nigdy nie sądziłam, że jego ciemna strona tak boleśnie dotknie bliską mi osobę.

- Przykro mi. - Słowa Łukasza brzmią szczerze. - To dlatego nie czujesz magii świąt?

Kiwam głową. Gdyby do wypadku doszło w jakikolwiek inny dzień, może mimo wszystko potrafilibyśmy się cieszyć nadchodzącym Bożym Narodzeniem. Ten czas jednak chyba już zawsze będzie nam przypominał o bolesnych wydarzeniach. Do wypadku doszło rano pierwszego dnia świąt, więc razem z rodzicami spędziłam w szpitalu niemal całą Gwiazdkę, czekając na informacje, jak rozległe są obrażenia, czy Krystian będzie w stanie chodzić, czy w ogóle przeżyje.

Pamiętam, że świąteczny wystrój szpitala, choć skromny, tak bardzo kontrastował z tym, co działo się w naszych głowach. Radość, ciepło i poczucie bezpieczeństwa zostały wyparte przez strach, rozpacz, złość i bezsilność. I w tym roku czuję to samo, kiedy widzę te wszystkie choinki i ozdoby, gdy słyszę świąteczne piosenki. Nie chcę wracać do tamtych czarnych myśli, ale to silniejsze ode mnie.

Czuję się jak w potrzasku. Z jednej strony mamy co świętować - niewiele brakowało, a spędzalibyśmy nadchodzące Boże Narodzenie tylko we trójkę. Z drugiej jednak wiem, że coś zmieniło się bezpowrotnie. I że prawdopodobnie nie wrócimy już do tego, co było.

- Myślę, że święta już nigdy nie będą takie jak kiedyś - wyznaję ze smutkiem. - Nawet jeśli Krystian wróci do sprawności, zawsze będziemy mieć gdzieś z tyłu głowy tamto Boże Narodzenie, które niemal nam go odebrało. A jemu odebrało wymarzoną przyszłość.

- Chyba nie tylko jemu - stwierdza Łukasz. - Cokolwiek chciałaś robić w życiu, na pewno nie był to modeling. Sytuacja zmusiła cię jednak do tego, aby poświęcić swoje marzenia i wesprzeć rodzinę.

- Nigdy nie postrzegałam tego w kategorii poświęcenia. Tak po prostu należało postąpić. Zresztą każdy uśmiech Krystiana, który rozświetla jego twarz, kiedy tylko udaje mu się zrobić kolejny krok w procesie rehabilitacji, wynagradza z nawiązką wszelkie niedogodności. A to o wiele cenniejsze niż moje własne ambicje.

Naprawdę tak uważam. Owszem, musiałam nieco przewartościować swoje życie, ale to nic w porównaniu z tym, przez co przechodzi mój brat. To jego zdrowie jest teraz najważniejsze. Wszystko inne schodzi na dalszy plan.

- To, co robisz, jest naprawdę godne podziwu. Nie wszystkie rodziny wspierają się bezwarunkowo. Niektórzy rodzice traktują swoje dzieci jak karty przetargowe. Nawet wtedy, gdy te dzieci są już dorosłe.

Gorzka nuta w jego głosie sugeruje, że zna temat z autopsji. Sama pochodzę z pełnej, kochającej się rodziny, więc tego typu problemy nigdy mnie nie dotyczyły. Ze smutkiem przyglądałam się jednak kolegom ze szkoły, których rozwiedzeni rodzice nie potrafili dojść do porozumienia.

- Twoi tak właśnie cię traktują? - pytam łagodnie.

- Już lata temu nauczyłem się, jak sobie z tym radzić, aby nie zwariować, ale w okresie przedświątecznym potrafią przejść samych siebie. A w tym roku jest gorzej niż kiedykolwiek. Ojciec chce, żebym odwiedził go w Szczecinie, gdzie wije sobie gniazdko z nową partnerką. Jeszcze jej nie poznałem, a jego zdaniem to idealna okazja, aby to zmienić. Matka za to miesiąc temu rozstała się z drugim mężem i kiepsko to znosi, więc oczekuje, że całe święta będę ją pocieszał. Od tygodnia oboje zalewają mnie telefonami i wiadomościami. Żadne nie chce odpuścić. To dlatego zostawiłem komórkę w biurze. Chciałem choć na chwilę od nich odpocząć.

Nigdy nie byłam w podobnej sytuacji, ale mogę sobie wyobrazić, w jak trudnym położeniu jest Łukasz. Zapewne kocha oboje rodziców i żadnego nie chce zawieść, ale niełatwo znaleźć złoty środek, gdy w pierwszej kolejności próbujesz dbać o dobro innych, a nie swoje.

- Wiesz - ciągnie - jako dzieciak zawsze z utęsknieniem wyczekiwałem świąt. Ubierania choinki, wypatrywania pierwszej gwiazdki, otwierania prezentów. Nawet jeśli między starymi się nie układało, na te kilka dni potrafili zapomnieć o nieporozumieniach i udawać, że jesteśmy szczęśliwą rodziną. Może i nie było to szczere, ale przynajmniej nie musiałem się martwić, że któreś z nich poczuje się urażone. Mam wrażenie, że im są starsi, tym bardziej dziecinnieją.

Chciałabym mieć dla niego dobrą radę, ale nie przychodzi mi do głowy nic poza jedną propozycją, która bardziej przypomina ucieczkę od problemu niż jego rozwiązanie.

- Może w takim razie powinieneś ich olać i wyjechać gdzieś na święta - proponuję półżartem, półserio. - Na pewno złapiesz jeszcze jakąś ofertę last minute.

- Ten pomysł wykorzystała już moja młodsza siostra. Leci z narzeczonym na Majorkę. Zresztą to bardzo tchórzliwe zagranie, a ja lubię wyzwania.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej