Rozdział pierwszy
Orzechowa klatka schodowa ma złą akustykę. Głosy dochodzące z jadalni są
zniekształcone, niewyraźne, natrętne. Trzęsącymi się rękami zamykam za
sobą drzwi. Świat wokół mnie cichnie. Opieram głowę o framugę i głęboko
wciągam powietrze. Pokój ciągle ma jej zapach - perfum Eau d'Hadrien i mydła z koziego mleka. Metalowe łóżko trzeszczy, kiedy się na nie
wdrapuję. Ten dźwięk dodaje mi otuchy, jak pobrzękiwanie dzwoneczków w ogrodzie, który do niej należał, i łagodny ton głosu, kiedy mówiła, że
mnie kocha. Przychodziłam do tego łóżka, kiedy dzieliła je z moim ojcem,
żeby powiedzieć, że brzuch mnie boli, albo poskarżyć się na straszydła,
które schowały się pod moim łóżeczkiem. Za każdym razem Mama brała mnie
pod kołdrę, mocno przytulała, głaskała i szeptała do ucha:
- Poczekaj tylko. Zaraz będzie lepiej. - I rzeczywiście, stawał się cud.
Otwierałam oczy i był już ranek, a przez koronkowe firanki sączyło się
ciepłozłote światło.
Zrzucam nowe, czarne czółenka i z ulgą masuję stopy. Przesuwam się do
tyłu i opieram o żółte poduszki w turecki wzór. Zatrzymam sobie to
łóżko. Nieważne, kto będzie się go domagał, jest moje i koniec. Ale tego
stylowego domu będzie mi brakowało.
- Jest niezachwiany, zupełnie jak babcia - mówiła o nim Mama. Jednak dla
mnie żaden dom ani osoba nie zasługiwały na to określenie lepiej niż
córka babci, moja Mama, Elizabeth Bohlinger.
Nagle coś przychodzi mi do głowy. Mrugam, żeby spłynęły łzy, i schodzę z łóżka. Gdzieś tu ją schowała. Jestem pewna. Ale gdzie dokładnie?
Otwieram drzwi garderoby. Po omacku błądzę dłońmi po designerskich
sukniach i kostiumach. Natrafiam na szereg jedwabnych bluzek, które
rozstępują się jak teatralne kotary. Jest. Ułożona w pudełku po butach,
jak w gniazdku, butelka kruga, która spędziła w tej garderobie ostatnie
cztery miesiące. Kiedy już ją trzymam, ogarnia mnie poczucie winy. Ten
szampan należy do Mamy, nie do mnie. Wydała masę pieniędzy na tę
ekskluzywną butelkę, kiedy wracałyśmy z pierwszej wizyty u lekarza.
Natychmiast po powrocie do domu ukryła ją, żeby się nie zawieruszyła
wśród innych butelek na dole. Dla Mamy to był symbol nadziei. Po
szczęśliwie zakończonej kuracji miałyśmy otworzyć tego wyjątkowego
szampana i wypić toast za dalsze cudowne życie.
Przesuwam palcem po srebrnej folii i zagryzam wargę. Nie mogę go wypić.
Był przeznaczony na świętowanie, a nie dla pogrążonej w żałobie córki,
która nie miała nawet tyle siły, żeby do końca wysiedzieć na stypie.
Coś przykuwa moją uwagę. Między pudełkiem, gdzie znalazłam szampana, a parą zamszowych mokasynów tkwi cienka, czerwona książeczka, dziennik,
jak sądzę, przewiązana żółtą wstążką. Skórzana okładka jest podniszczona
i spękana. Na bileciku w kształcie serca, takim, jaki zwykle dołącza się
do prezentu, Mama napisała: Dla Brett. Poczekaj z otwarciem, aż
poczujesz się silniejsza. Dzisiaj otwórz tylko szampana i wypij za nas.
Byłyśmy takim wspaniałym duetem. Kocham Cię, Mama.
Wodzę palcem po literkach. Ktoś tak piękny powinien mieć ładniejsze
pismo. W gardle mnie piecze. Niezależnie od swojej wiary w szczęśliwe
zakończenie, Mama wiedziała, że przyjdzie dzień, w którym będę
potrzebowała ratunku. Zostawiła mi szampana na dzisiaj i kawałeczek
własnego życia, swoje myśli i marzenia - na jutro.
Tylko że ja nie mogę czekać do jutra. Wpatruję się w dziennik. Strasznie
potrzebuję jej słów. W tej chwili. Tylko jeden rzut oka. Kiedy jednak
rozwiązuję żółtą wstążkę, przed oczami staje mi postać Mamy. Kręcąc
głową, gani moją niecierpliwość. Jeszcze raz patrzę na bilecik. Chciała,
żebym poczekała, aż będę silniejsza. Jestem rozdarta między jej a moją
wolą. W końcu odkładam dziennik.
- Dla ciebie - szepczę i dotykam ustami okładki - zaczekam.
Nieoczekiwanie w ciszy słyszę swój szloch. Zasłaniam usta, żeby go
powstrzymać, ale jest już za późno. Zwijam się w kłębek, czuję żebra pod
palcami. Całe ciało boli mnie z tęsknoty. Jak ja sobie poradzę bez niej
na tym świecie? Tak bardzo jestem jej córką.
Chwytam szampana. Trzymając butelkę między kolanami, zwalniam korek,
który przelatuje przez cały pokój i ląduje na nocnym stoliku, obok
buteleczki Kytrilu. Miał ją uchronić przed wymiotami. Przysuwam się do
stolika, wysypuję garść trójkątnych tabletek i od razu sobie
przypominam, jak zaczęłam je podawać Mamie. Była wtedy po pierwszej
chemii i udawała przede mną, że to nic takiego.
- Naprawdę czuję się nieźle. Czasami przy menstruacji bywało gorzej.
Jednak w nocy wymioty nadeszły jak tsunami. Połknęła jedną tabletkę, a potem poprosiła o następną. Leżałam przy niej, aż farmaceutyki
przyniosły ulgę i zdołała zasnąć. Tuliłam ją i głaskałam. Robiłam to
tak, jak ona mnie nauczyła. Potem, w przypływie desperacji, zamknęłam
oczy i błagałam Boga, żeby uratował moją Matkę.
Nie wysłuchał mnie.
Przesypuję tabletki do plastikowej buteleczki. Nie zamykam wieczka i umieszczam buteleczkę na skraju stolika, żeby łatwo mogła dosięgnąć. Ale
nie... Mama odeszła. Nie połknie już żadnej tabletki. Muszę się napić.
- Twoje zdrowie, Mamo - szepczę. Głos mi się załamuje. - Byłam taka
dumna, że jestem twoją córką. Na pewno o tym wiedziałaś.
Po jakimś czasie pokój zaczyna wirować, a ból na szczęście ustępuje.
Odstawiam butelkę na podłogę i naciągam na siebie puchową kołdrę.
Chłodna pościel pachnie leciutko lawendą. Trochę dziwne, że tak tu leżę,
a piętro niżej kłębi się tłum obcych ludzi. Wsuwam się głębiej pod
kołdrę. Podaruję sobie jeszcze chwilę ciszy, zanim wrócę na dół. Tylko
minutkę.
Głośne stukanie wyrywa mnie z otępienia. Siadam. Dopiero po chwili
uświadamiam sobie, gdzie jestem... Cholera, stypa! Zsuwam się z łóżka i w drodze do drzwi potykam o butelkę.
- Au! Kurczę!
- Wszystko w porządku, Brett? - pyta, stojąc w drzwiach, moja
szwagierka, Catherine. Po czym wzdycha i nie czekając, aż odpowiem,
wchodzi do pokoju. Natychmiast kuca obok wilgotnego dywanu i podnosi
butelkę.
- Boże! Wylałaś tu Closs du Mesnil rocznik 1995?
- Najpierw trochę wypiłam.
Siadam obok Catherine i wycieram orientalny dywan rąbkiem sukni.
- Jezu, Brett, ta butelka kosztowała ponad siedemset dolarów.
- Mhm.
Mozolnie wstaję i patrzę na zegarek.
- Która teraz jest?
Catherine wygładza czarną lnianą sukienkę.
- Już prawie druga. Właśnie podajemy lunch - odpowiada i zakłada mi
włosy za ucho.
Chociaż jestem od niej dużo wyższa, często wywołuje we mnie wrażenie,
jakbym była jej niesfornym dzieckiem. Nie zdziwiłoby mnie, gdyby
pośliniła palec, żeby przyklepać mi włosy nad czołem.
- Bardzo mizernie wyglądasz, Brett - mówi i poprawia mi perełki pod
szyją. - Twoja mama by powiedziała, że niezależnie od żałoby, musisz o siebie dbać.
Nieprawda. Mama by powiedziała, że wyglądam ślicznie nawet z rozmazanym
makijażem. Pochwaliłaby, że moje naturalne kędziorki tak się puszą pod
wpływem wilgoci, zamiast krytykować zwariowany kołtun, który w ten
sposób powstaje, a moje zapuchnięte oczy określiłaby słowem -
uduchowione albo poetyckie.
Czuję, jak łzy napływają mi do oczu, i odwracam się. Kto będzie mi
dodawał pewności siebie teraz, kiedy Mama odeszła? Schylam się, żeby
podnieść butelkę, ale podłoga zaczyna falować i wirować. Boże! Jestem na
pokładzie łódki w czasie cyklonu. Łapię się ramy łóżka jak liny
ratunkowej i czekam, aż wichry ucichną.
Catherine przechyla głowę, dotyka idealnie pomalowanym paznokciem dolnej
wargi i przygląda mi się.
- Kochanie, a może zostaniesz na górze? Przyniosę ci talerz.
Mam tu zostać? Co za pomysł. W końcu to stypa mojej Matki. Muszę zejść.
Tylko że pokój tańczy, a ja nie mogę znaleźć butów. Kręcę się w kółko.
Czego to ja szukam? Drepczę boso w kierunku drzwi i nagle sobie
przypominam.
- A tak, buty. No, pokażcie się, buty.
Opadam na kolana i zaglądam pod łóżko. Catherine bierze mnie pod łokieć
i stawia na nogi.
- Brett, przestań. Jesteś pijana. Położę cię do łóżka. Prześpisz to.
- Nie! - Wyrywam się z jej uścisku. - Nie mogę tego przegapić!
- Ależ możesz. Twoja matka nie chciałaby, żebyś...
- No, tu są. - Podnoszę swoje nowe czółenka i z trudem wpycham w nie
stopy. Jezu, chyba mi urosły o dwa numery przez tę godzinę.
Idę korytarzem najprościej, jak potrafię, z palcami w butach, a piętami
na zewnątrz. Rozpostarłam ramiona, żeby utrzymać równowagę. Odbijam się
jak kula bilardowa raz od jednej ściany, raz od drugiej. Słyszę za sobą
Catherine. Mówi stanowczo, chociaż cicho, trochę jakby przez zaciśnięte
zęby:
- Brett, natychmiast przestań!
Myli się, sądząc, że odpuszczę stypę. Muszę oddać hołd mojej Matce.
Pięknej, kochającej Matce...
Jestem już na klatce schodowej, a cały czas staram się wsunąć stopy w buty. Są małe, jakby je zrobiono dla Barbie. W połowie schodów noga
wykręca mi się w kostce.
- Aj!
Cały ten tłum gości, wszyscy, którzy przyszli, żeby ostatni raz okazać
szacunek mojej Matce, odwracają głowy i patrzą na mnie. Widzę, jak
przerażone kobiety podnoszą ręce i zakrywają usta, a panowie rzucają
się, żeby mnie podtrzymać. Ląduję na środku hallu w podkasanej czarnej
sukience i bez jednego buta.
Budzi mnie brzęk talerzy. Wycieram strużkę śliny z kącika ust i siadam
prosto. Mrugam kilka razy i rozglądam się. Jestem u Mamy. To dobrze.
Będzie miała dla mnie aspirynę. Światła w salonie są częściowo wygaszone
i kręcą się tu jacyś ludzie. Wkładają talerze i kieliszki do brązowych,
plastikowych pudeł. Co tu się dzieje? Nagle jakbym dostała kijem
baseballowym. Gardło mi się zaciska i zasłaniam usta. Cały ból, rozpacz
i smutek znowu na mnie spływają.
Mówiono mi, że długa walka z rakiem jest gorsza niż krótka, ale nie mam
pewności, czy to się sprawdza w przypadku tych, którzy zostają. Śmierć
Mamy nastąpiła tak szybko po diagnozie, że wydaje mi się to zupełnie
nierealne, jak sen, z którego zaraz z westchnieniem ulgi się obudzę.
Zamiast tego często zaraz po przebudzeniu nie pamiętam o tej tragedii i potem muszę przechodzić przez uświadamianie sobie i przeżywanie
wszystkiego od nowa, znów i znów, jak Bill Murray w Dniu Świstaka. Czy
kiedykolwiek się przyzwyczaję, że w moim życiu już nie ma tej jedynej
osoby, która kochała mnie bezwarunkowo? Czy przyjdzie dzień, kiedy będę
myślała o Mamie bez uczucia, że serce mi pęka?
Kiedy masuję bolące skronie, pod powiekami pojawiają mi się obrazki z mojego upokarzającego upadku ze schodów. Chyba się zapadnę pod ziemię.
- Hej, śpiąca panienko! - Shelley, moja druga szwagierka, podchodzi do
mnie, trzymając w ramionach trzymiesięczną Emmę.
- O Boże! - jęczę i chowam twarz w dłoniach. - Ale ze mnie idiotka.
- Czemu? Uważasz, że jesteś jedynym człowiekiem na świecie, któremu
zdarzyło się urżnąć? Jak tam twoja kostka?
Podnoszę z nogi torebkę z lodem, który prawie całkiem się rozpuścił, i robię kilka kółek stopą.
- Nic mi nie będzie. - Kręcę głową. - Wydobrzeję szybciej niż moje ego.
Jak mogłam zrobić coś takiego Mamie? - Odkładam torebkę z lodowatą wodą
na podłogę i zbieram się z sofy. - W skali od jednego do dziesięciu jak
źle wypadłam?
Shelley mnie poklepuje.
- Powiedziałam wszystkim, że jesteś wyczerpana. Kupili to. Nie brzmiało
to nieprawdopodobnie, bo wyglądasz, jakbyś od tygodni nie spała -
odpowiada i spogląda na zegarek. - Słuchaj, Jay i ja musimy już uciekać.
Zrobiło się po siódmej.
W hallu widzę Jaya, jak pochylony nad trzyletnim Trevorem upycha jego
rączkę do rękawa jasnożółtego przeciwdeszczowego płaszczyka, w którym
chłopiec wygląda jak miniaturowy strażak. Błękitne oczka spoglądają na
mnie i maluch krzyczy:
- Ciocia Błett!
Rozpływam się. Mam cichą nadzieję, że mój bratanek nigdy nie nauczy się
wymawiać poprawnie "r". Podchodzę do niego i przegarniam mu włoski.
- Jak się pan miewa?
Jay zapina metalowy zatrzask pod szyją synka i się prostuje. Gdyby nie
wyraźne kurze łapki, Jay wyglądałby raczej na dwadzieścia sześć lat, a nie na trzydzieści sześć, które mu już stuknęło. Przygarnia mnie
ramieniem.
- Dobrze się spało?
- Przepraszam - mówię i strząsam grudkę tuszu spod oka.
Jay cmoka mnie w czoło.
- Spoko. Wszyscy rozumiemy, że najcięższe to jest dla ciebie.
Ma na myśli to, że ze wszystkich dzieci Bohlingerów tylko ja jeszcze
pozostaję singielką i nie mam własnej rodziny. I najbardziej z rodzeństwa byłam zależna od Mamy. Brat lituje się nade mną.
- Wszyscy za nią tęsknimy - mówię i cofam się.
- Ale ty jesteś jej córką - mówi mój najstarszy brat, Joad, który
właśnie wychodzi zza zakrętu korytarza. Jego wielka postać prawie ginie
pod niemal całym kwietnikiem. W odróżnieniu od Jaya, który starannie
zaczesuje na bok rzednące włosy, Joad goli głowę całkowicie, na jajo, co
w połączeniu z okularami w przezroczystych oprawkach przydaje mu stylu
trochę wielkomiejskiego, a trochę pretensjonalnego. Teraz Joad się
obraca i cmoka mnie w policzek. - Byłyście bardzo ze sobą związane. Jay
i ja nie dalibyśmy rady bez ciebie. Szczególnie w ostatnim czasie.
To prawda. Kiedy minionej wiosny zdiagnozowano u Mamy raka jajnika,
postanowiłam, że razem przez to przejdziemy. To ja opiekowałam się nią
po operacji, siedziałam przy niej podczas chemioterapii i nalegałam,
żeby zwrócić się do drugiego, a potem trzeciego specjalisty. I kiedy
wszyscy eksperci potwierdzili, że rokowania są jak najgorsze, to ja
byłam przy niej w dniu, w którym zdecydowała się przerwać tę ohydną
kurację.
Jay ściska mi rękę. Niebieskie oczy ma pełne łez.
- Wiesz, że jesteśmy z tobą, siostrzyczko, prawda?
Kiwam głową i wyjmuję paczkę chusteczek higienicznych z kieszeni. Smutną
ciszę przerywa głos Shelley, która wchodzi do hallu, niosąc fotelik
samochodowy Emmy, i mówi do Jaya:
- Kochanie, zabierzesz to drzewko szczęścia, które przysłali moi
rodzice? - Po czym spogląda na mnie i na Joada i dodaje: - Wy go nie
chcecie, prawda?
Joad wymownie wskazuje głową przeogromny kwietnik, który trzyma, jakby
można go było nie zauważyć.
- Już mam.
A ja dorzucam:
- Weź, oczywiście.
Trochę jestem zdziwiona, że ludzie mogą przywiązywać wagę do drzewka,
kiedy Mama dopiero co umarła.
Moi bracia z rodzinami wychodzą w jesienną noc. Oddalają się od
kamiennego domu, a ja stoję i przytrzymuję skrzydło drzwi, tak jak
robiła to Mama. Ostatnia wychodzi Catherine. Poprawia apaszkę od Hermesa
przy kołnierzu zamszowego płaszcza.
- Do jutra - mówi i odciska mi na policzku różową szminkę.
Wzdycham. Jakby nie dość było rozpatrywania, komu przypadnie które
drzewko, jutro o dziesiątej trzydzieści wszystkie aktywa Matki zostaną
rozdzielone pomiędzy jej dzieci. Nastąpi coś w rodzaju uroczystości
wręczenia nagród Bohlinger. Za kilka godzin zostanę prezesem Bohlinger
Cosmetics i szefową Catherine. Nie mam pewności, czy którejkolwiek z tych funkcji jestem w stanie sprostać.
Z kokonu wietrznej nocy wykluwa się bezchmurny, błękitny poranek. Uznaję
to za dobry omen. Z tylnego siedzenia lincolna patrzę na brzeg jeziora
Michigan i jeszcze raz myślę, co im powiem. Och! Jestem zaszczycona. To
wielkie wyróżnienie. Nigdy nie zastąpię Matki, ale zrobię wszystko, żeby
firma nadal się rozwijała.
Czuję tępy ból głowy i znów przeklinam fakt, że wypiłam tego cholernego
szampana. Co ja sobie myślałam? Czuję się podle - i to nie tylko
fizycznie. Jak mogłam to zrobić Mamie? Czy można się spodziewać, że po
tym wszystkim moje rodzeństwo będzie mnie traktowało poważnie? Wyjmuję
puderniczkę z torebki i pudruję nos i policzki. Dzisiaj muszę wyglądać
na osobę opanowaną i kompetentną, bo taki powinien być dyrektor
generalny. Bracia powinni sobie uświadomić, że poradzę sobie z zarządzaniem firmą, nawet jeżeli zdarzyło mi się nie zapanować nad
plączącymi się po alkoholu nogami. Ciekawe, czy będą dumni ze swojej
małej siostrzyczki, która w wieku trzydziestu czterech lat awansuje z kierownika działu marketingu na dyrektora wielkiej firmy? Niezależnie od
wczorajszych wypadków, myślę, że tak. Każdy z nich ma swoją pracę i poza
tym, że posiadają udziały firmy, nie mają za wiele do czynienia z rodzinnym biznesem. A Shelley jest logopedą i pełnoetatową mamą.
Zupełnie jej nie obchodzi, kto poprowadzi firmę teściowej.
Jeśli kogoś się obawiam, to Catherine. Moja szwagierka ukończyła
prestiżową Wharton School of Business i reprezentowała Stany Zjednoczone
w pływaniu synchronicznym na olimpiadzie w 1992 roku. Ma wystarczająco
dużo rozumu, uporu i ducha współzawodnictwa, żeby poprowadzić trzy firmy
naraz. Przez ostatnie dwanaście lat była wicedyrektorem i prawą ręką
Mamy. Bez Catherine Bohlinger Cosmetics pozostałaby małym, dobrze
prosperującym lokalnym producentem. Kiedy weszła na pokład, zdołała
przekonać Mamę, żeby rozwinąć markę. Na początku 2002 roku Catherine
dostała cynk, że Oprah Winfrey pracuje nad nowym programem pod tytułem
Rzeczy, które uwielbiam. Przez dwadzieścia jeden tygodni wysyłała do
Harpo Studios przepięknie opakowane paczuszki zawierające naturalne
mydła i balsamy Bohlinger oraz zdjęcia i artykuły poświęcone naszej
przyjaznej środowisku, ekologicznej firmie. Pakowała właśnie dwudziestą
drugą paczuszkę, kiedy zadzwonili. Oprah wybrała do programu organiczną
maseczkę Bohlinger z czarnej herbaty i pestek winogron.
Po emisji programu nastąpiło coś na miarę eksplozji. Nagle każde spa i każdy dom handlowy chciały mieć w ofercie linię kosmetyków Bohlinger. W ciągu sześciu miesięcy produkcja wzrosła czterokrotnie. Trzy wiodące
spółki zaoferowały niewiarygodne sumy w zamian za sprzedaż marki, ale
Catherine wyperswadowała to Matce. Otworzyła za to sklepy w Nowym Jorku,
Los Angeles, Dallas i Miami, a po kolejnych dwóch latach wprowadziła
markę na rynki zagraniczne. I chociaż lubię sobie wyobrażać, że moja
działalność marketingowa także przyczyniła się do tego sukcesu, to
jednak jestem pewna, że gdyby nie Catherine Humphries-Bohlinger, nasza
firma nie stałaby się przedsiębiorstwem obracającym milionami dolarów.
Nie można zaprzeczyć, że Catherine jest w tym ulu królową, a ja,
kierując działem marketingu, jedną z lojalnych pszczół robotnic.
Tymczasem za kilka minut role mają się odwrócić i to ja stanę się
szefową Catherine, co mnie przeraża jak cholera.
W czerwcu Mama, poddawana kolejnym etapom terapii, rzadko bywała w firmie. Catherine wezwała mnie wtedy do swojego gabinetu.
- Brett, koniecznie musisz się nauczyć zasad, na jakich funkcjonujemy -
powiedziała, opierając splecione dłonie na blacie biurka z wiśniowego
drewna. - Niezależnie od tego, jak bardzo wszyscy tego nie chcemy,
niedługo nasze życie bardzo się odmieni, a ty musisz być szczególnie
dobrze przygotowana do swojej nowej roli.
Przewidywała, że Mama umrze! Jak mogła w ogóle brać coś takiego pod
uwagę?! Jednak Catherine jest po prostu realistką. Staram się wyciszyć.
- Oczywiście z chwilą odejścia twojej matki wszystkie jej udziały
przejdą na ciebie. Jesteś w końcu jej jedyną córką, a także jedynym
dzieckiem zatrudnionym w firmie. I współpracujesz z nią dłużej niż
ktokolwiek inny.
Czuję, jak rośnie mi klucha w gardle. Mama zawsze żartowała, że zaczęłam
pracować w firmie już w pieluchach. Ładowała mnie do nosidełka i razem
rozwoziłyśmy mydła i balsamy do lokalnych sklepów i na targowiska.
- Będziesz miała większość udziałów - ciągnęła Catherine - a to oznacza,
że zostaniesz prezesem zarządu.
Coś w jej chłodnym, wyważonym tonie wywołuje we mnie myśl, że ma do mnie
żal. Ale czy można mieć jej to za złe? Ta kobieta jest naprawdę
błyskotliwa, a ja po prostu przypadkiem urodziłam się jako córka
Elizabeth.
- Pomogę ci się do tego przygotować - kontynuowała Catherine, stukając w klawiaturę notebooka - chociaż oczywiście nie twierdzę, że to konieczne.
Myślisz, że możemy zacząć od jutra? Powiedzmy o ósmej. - To nie było
pytanie, tylko polecenie.
Codziennie rano siadałam na krześle obok Catherine i słuchałam o zawiłościach transakcji międzynarodowych, taks celnych i prowadzenia
firmy. Pani wiceprezes wysłała mnie na tygodniowe seminarium z zakresu
zarządzania do Harvard Business School, abym zapoznała się z najnowszymi
trendami w tej dziedzinie, i zapisała mnie na cykl szkoleń online
dotyczących różnorodnych zagadnień, począwszy od tworzenia budżetu, a skończywszy na relacjach z pracownikami. Czasem mnie to wszystko
przytłaczało, ale nigdy nie pomyślałam, żeby się wycofać. Będę z dumą
nosiła koronę, która należała do Mamy. Mam tylko nadzieję, że moja
szwagierka nie będzie mi miała za złe, że od czasu do czasu poproszę ją
o wypolerowanie moich insygniów.
Kierowca Mamy podwozi mnie pod numer 200 na Randolph Street. Patrzę w górę na zbudowaną z granitu i stali sylwetkę Chicago's Aon Center. Biura
w takim miejscu są pewnie obłędnie drogie. No, oczywiście, prawnik Mamy
nie jest byle kim. Wjeżdżam na trzydzieste drugie piętro. Dokładnie o dziesiątej trzydzieści Claire, atrakcyjna rudowłosa asystentka,
wprowadza mnie do gabinetu pana Midara, gdzie moi bracia z żonami
zebrali się już wokół prostokątnego mahoniowego stołu.
- Czy napije się pani kawy, panno Bohlinger, a może herbaty albo wody?
- Nie, dziękuję.
Wybieram krzesło obok Shelley i rozglądam się. Biuro pana Midara jest
zgrabnym połączeniem tradycji i nowoczesności. Proste wnętrze z marmuru
i szkła zmiękczają orientalne dywany i kilka wyrafinowanych antyków.
Całość tchnie luksusem.
- Ładnie tu - odzywam się.
- Prawda. To Stone. Uwielbiam go.
- Tyle tu granitu, że można by otworzyć kamieniołom.
Catherine chichocze, jakbym ją rozbawiła.
- Edward Durell Stone. To jego projekt.
- Aha.
Czy jest coś, czego ta kobieta nie wie? Inteligencja Catherine nie
działa na mnie dobrze. Czuję się przy niej ignorantką. Poza tym jest
bardzo silna, więc sama wydaję się sobie słabeuszem. I jest niezwykle
kompetentna, więc jestem tu niepotrzebna, jak bielizna modelująca na
Victorii Beckham. Uwielbiam Catherine, ale jej perfekcjonizm mnie
przeraża, co wynika zarówno z mojego braku pewności siebie, jak i z jej
arogancji. Mama kiedyś powiedziała, że mam tyle samo inteligencji, co
Catherine, ale tylko niewielką część jej pewności siebie, i dodała: "I dzięki Bogu". To był jedyny przypadek, kiedy Mama wyraziła się
krytycznie o Katarzynie Wielkiej, ale ten maleńki incydent spowodował,
że poczułam się dużo lepiej.
Tymczasem Catherine kontynuuje, jakby mnie to interesowało:
- Inwestorem był Standard Oil Company. Jeżeli się nie mylę, ukończyli
budowę w siedemdziesiątym trzecim roku.
Jay odsuwa się na krześle, tak że znajduje się poza zasięgiem jej
wzroku, i przeciągle ziewa, ale Joad wydaje się całkowicie pochłonięty
tym, co mówi żona.
- Tak, kochanie - potwierdza. - I jest to trzeci co do wielkości budynek
w Chicago. - Spogląda na Catherine, szukając aprobaty. Chociaż mój
najstarszy brat jest jednym z najwyżej cenionych architektów młodego
pokolenia, mam nieodparte wrażenie, że pozostaje nieco zastraszony przez
kobietę, którą poślubił. - Wyższe są już tylko Trump Tower i Willis
Tower.
A Catherine, zwracając się właściwie do mnie, dopowiada:
- Willis to dawniejsza Sears Tower.
- Sears? Jak ten dom handlowy? A na co im taki wielki budynek?!
Tym razem Catherine patrzy, jakby nie wiedziała, czy mówię poważnie, czy
żartuję, a Jay z drugiego końca stołu uśmiecha się do mnie szeroko.
- Ten budynek ma osiemdziesiąt cztery kondygnacje - ciągnie Catherine.
Nasze dywagacje na temat architektury przerywa pospieszne wejście
wysokiego, lekko potarganego i zadyszanego mężczyzny. Ma około
czterdziestki. Przeczesuje włosy palcami i poprawia krawat.
- Witam państwa - pozdrawia nas w drodze do stołu. - Nazywam się Brad
Midar, przepraszam, że musieli państwo na mnie czekać.
Mężczyzna okrąża stół i podaje rękę każdemu z nas, a my się
przedstawiamy. Kiedy się uśmiecha, widać, że ma lekko krzywe zęby, co
przydaje mu sympatycznego, trochę chłopięcego wdzięku. Ciekawa jestem,
czy moje rodzeństwo myśli to samo, co ja. Czemu Mama zaangażowała tego
młodego i zupełnie obcego człowieka, a nie pana Goldblatta, który od lat
był adwokatem rodziny?
- Wracam ze spotkania na drugim końcu miasta - wyjaśnia Midar. - Nie
sądziłem, że to mi zajmie tyle czasu.
Kładzie na blacie plik dokumentów. Spoglądam na Catherine, która ma
przygotowany notes i pióro. Kulę się. Czemu nie pomyślałam, żeby robić
notatki? Jak, do diabła, chcę prowadzić całą wielką firmę, skoro nawet
nie pamiętam o notatniku?
Pan Midar chrząka.
- Pozwólcie państwo, że na wstępie powiem, jak bardzo mi przykro z powodu straty, jaką ponieśliście. Bardzo lubiłem Elizabeth. Spotkaliśmy
się niedawno, dopiero w maju, zaraz po diagnozie, ale mam wrażenie,
jakbym ją znał całe lata. Nie mogłem przyjść na stypę, ale byłem na
pogrzebie. Odprowadziłem ją nie jako prawnik, lecz jako przyjaciel.
Z miejsca polubiłam tego zapracowanego człowieka, który znalazł czas,
żeby przyjść na pogrzeb mojej Matki - kobiety, którą znał zaledwie
szesnaście tygodni. Nasuwa mi się myśl o moim prawniku - i chłopaku -
Andrew, który znał Mamę przez cztery lata, ale nie zdołał zmienić
rozkładu dnia na tyle, żeby uczestniczyć w stypie. Staram się stłumić
ból. W końcu Andrew prowadzi teraz ważną sprawę. I wyrwał się na
pogrzeb.
- Jestem zaszczycony, że Elizabeth Bohlinger wybrała mnie na wykonawcę
testamentu - ciągnie Midar. - Możemy zaczynać?
Po upływie godziny dobroczynność Mamy jest nam już lepiej znana, a Jay i Joad Bohlinger mają dość pieniędzy, żeby do końca swoich dni żyć
rozrzutnie. Jak Mamie udało się zgromadzić taką fortunę?
- Brett Bohlinger otrzyma swoją część spadku w późniejszym terminie. -
Midar zdejmuje okulary do czytania i spogląda na mnie. - W tym miejscu
jest odnośnik. Przeczytam wyjaśnienie później.
- Okej - mówię i drapię się po głowie. Dlaczego Mama nie chciała, żebym
dostała spadek już dzisiaj? Może wyjaśnienie jest w tym małym, czerwonym
dzienniku, który mi zostawiła. Ale nagle spływa na mnie olśnienie.
Dostaję całą firmę, która obecnie jest warta miliony. Bóg jeden wie, jak
sobie z tym poradzę. Czuję w skroniach tępy ból.
- Teraz przechodzimy do sprawy domu. - Prawnik znowu zakłada okulary i odnajduje właściwe miejsce w dokumencie. - "Nieruchomość przy North
Astor Street pod numerem sto trzynastym ma
przez dwanaście miesięcy pozostać nienaruszona. W tym czasie ani
budynek, ani jakikolwiek element wyposażenia nie ma być sprzedany ani
wynajęty. Moje dzieci mają prawo zamieszkiwać w domu nie dłużej niż
przez trzydzieści kolejnych dni i mogą używać wyposażenia dla swoich
potrzeb".
- Poważnie? - odzywa się Joad. - Mamy własne domy. Nie ma potrzeby,
żebyśmy korzystali z tego.
Czuję, że twarz mi czerwienieje. Zaczynam oglądać paznokcie.
Najwyraźniej mój brat sądzi, że jestem współwłaścicielką loftu, w którym
mieszkam z Andrew. Jednak mimo że zamieszkaliśmy w nim razem trzy lata
temu, zaraz po tym, jak Andrew go kupił, i zainwestowałam w urządzanie
więcej pieniędzy niż on, nie mam tytułu własności. Z prawnego punktu
widzenia loft nie należy do mnie. A z mojego punktu widzenia tak jest
dobrze. Pieniądze nigdy nie miały dla mnie takiego znaczenia jak dla
Andrew.
- Bracie - odzywa się Jay pojednawczo - Taka jest wola Mamy. Musimy ją
uszanować.
Joad kręci głową.
- Ależ to nonsens. Dwanaście miesięcy niebotycznych podatków, nie mówiąc
o kosztach utrzymania tego muzeum.
Kręcę głową. Joad odziedziczył charakter po naszym ojcu. Jest stanowczy,
pragmatyczny i nie bawi się w sentymenty. Ta jego beznamiętność jest
czasem przydatna. Na przykład w czasie przygotowań do pogrzebu. Ale
dzisiaj takie zachowanie jest niegodne. Gdyby pozwolić działać Joadowi,
jeszcze dzisiaj przed zachodem słońca postawiłby na podjeździe przed
domem Mamy tabliczkę NA SPRZEDAŻ i kontener na śmieci. Będzie inaczej.
Dała nam dosyć czasu, żebyśmy mogli przejrzeć jej rzeczy i stopniowo się
z nimi pożegnać. Dla Andrew te przedmioty są nazbyt staroświeckie, ale
możliwe, że chociaż jeden z moich braci zechce zatrzymać wiele cennych
drobiazgów.
W tym samym roku, w którym wyjechałam do Northwestern, Mama kupiła
zrujnowaną kamienicę od komornika. Ojciec bardzo ją za to krytykował,
mówiąc, że bierze sobie na głowę taki problem. Tyle że wtedy był już jej
eks-mężem. Mama mogła sama podejmować decyzje. Dostrzegła coś magicznego
w spękanych sklepieniach i śmierdzących dywanach. Pochłonęło to całe
lata wytężonej pracy i wyrzeczeń, ale w końcu upór i cierpliwość Mamy
zwyciężyły. Dzisiaj dziewiętnastowieczny budynek, usytuowany w najbardziej pożądanej okolicy miasta, Gold Coast, jest perełką. Mama,
która była córką prostego hutnika, żartowała, że jest jak Louise
Jefferson. Szkoda, że mój ojciec nie żył dosyć długo, żeby zobaczyć, jak
spektakularną metamorfozę przeszedł ten dom i ta kobieta, której, jak
sądzę, nigdy nie doceniał.
- Jest pan pewien, że Matka była w pełni władz umysłowych, kiedy
tworzyła testament? - pytanie Joada przerywa moje rozmyślania.
W szerokim uśmiechu prawnika dostrzegam jakiś podtekst.
- O, umysłowo była w znakomitej kondycji, zapewniam pana. Powiem więcej:
nigdy nie widziałem, żeby ktoś tak świetnie wszystko sobie zaplanował.
- Kontynuujmy - odzywa się Catherine, która zawsze pozostaje przede
wszystkim menedżerem. - Ze sprawą domu uporamy się we właściwym czasie.
Pan Midar chrząka.
- Wobec tego przejdźmy do sprawy Bohlinger Cosmetics.
Głowa mi pęka. Czuję na sobie spojrzenie czterech par oczu. Pamięć
podsuwa mi wczorajszą scenę i czuję, jak narasta we mnie panika. Jaki
dyrektor generalny upija się na stypie własnej matki? Nie zasługuję na
to stanowisko. Jednak jest już za późno. Staram się nadać twarzy jak
najbardziej obojętny wyraz, zupełnie jak aktorka nominowana do nagrody
Akademii. Catherine siedzi z piórem w ręce, gotowa zapisywać istotne
szczegóły.
- "Wszystkie moje udziały w Bohlinger Cosmetics oraz stanowisko
dyrektora generalnego przekazuję mojej...
Zachowuj się naturalnie. Nie patrz na Catherine.
- ...synowej, Catherine Humphries-Bohlinger".
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki