Lista marzeń - Lori Nelson-Spielman

Kup ebooka

44.99 zł
34.94 zł (35,09 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział pierwszy

Orze­chowa klatka scho­dowa ma złą aku­stykę. Głosy docho­dzące z jadalni są znie­kształ­cone, nie­wy­raźne, natrętne. Trzę­są­cymi się rękami zamy­kam za sobą drzwi. Świat wokół mnie cich­nie. Opie­ram głowę o fra­mugę i głę­boko wcią­gam powie­trze. Pokój cią­gle ma jej zapach - per­fum Eau d'Hadrien i mydła z koziego mleka. Meta­lowe łóżko trzesz­czy, kiedy się na nie wdra­puję. Ten dźwięk dodaje mi otu­chy, jak pobrzę­ki­wa­nie dzwo­necz­ków w ogro­dzie, który do niej nale­żał, i łagodny ton głosu, kiedy mówiła, że mnie kocha. Przy­cho­dzi­łam do tego łóżka, kiedy dzie­liła je z moim ojcem, żeby powie­dzieć, że brzuch mnie boli, albo poskar­żyć się na stra­szy­dła, które scho­wały się pod moim łóżecz­kiem. Za każ­dym razem Mama brała mnie pod koł­drę, mocno przy­tu­lała, gła­skała i szep­tała do ucha:

- Pocze­kaj tylko. Zaraz będzie lepiej. - I rze­czy­wi­ście, sta­wał się cud. Otwie­ra­łam oczy i był już ranek, a przez koron­kowe firanki sączyło się cie­pło­złote świa­tło.

Zrzu­cam nowe, czarne czó­łenka i z ulgą masuję stopy. Prze­su­wam się do tyłu i opie­ram o żółte poduszki w turecki wzór. Zatrzy­mam sobie to łóżko. Nie­ważne, kto będzie się go doma­gał, jest moje i koniec. Ale tego sty­lo­wego domu będzie mi bra­ko­wało.

- Jest nie­za­chwiany, zupeł­nie jak bab­cia - mówiła o nim Mama. Jed­nak dla mnie żaden dom ani osoba nie zasłu­gi­wały na to okre­śle­nie lepiej niż córka babci, moja Mama, Eli­za­beth Boh­lin­ger.

Nagle coś przy­cho­dzi mi do głowy. Mru­gam, żeby spły­nęły łzy, i scho­dzę z łóżka. Gdzieś tu ją scho­wała. Jestem pewna. Ale gdzie dokład­nie? Otwie­ram drzwi gar­de­roby. Po omacku błą­dzę dłońmi po desi­gner­skich suk­niach i kostiu­mach. Natra­fiam na sze­reg jedwab­nych blu­zek, które roz­stę­pują się jak teatralne kotary. Jest. Uło­żona w pudełku po butach, jak w gniazdku, butelka kruga, która spę­dziła w tej gar­de­ro­bie ostat­nie cztery mie­siące. Kiedy już ją trzy­mam, ogar­nia mnie poczu­cie winy. Ten szam­pan należy do Mamy, nie do mnie. Wydała masę pie­nię­dzy na tę eks­klu­zywną butelkę, kiedy wra­ca­ły­śmy z pierw­szej wizyty u leka­rza. Natych­miast po powro­cie do domu ukryła ją, żeby się nie zawie­ru­szyła wśród innych bute­lek na dole. Dla Mamy to był sym­bol nadziei. Po szczę­śli­wie zakoń­czo­nej kura­cji mia­ły­śmy otwo­rzyć tego wyjąt­ko­wego szam­pana i wypić toast za dal­sze cudowne życie.

Prze­su­wam pal­cem po srebr­nej folii i zagry­zam wargę. Nie mogę go wypić. Był prze­zna­czony na świę­to­wa­nie, a nie dla pogrą­żo­nej w żało­bie córki, która nie miała nawet tyle siły, żeby do końca wysie­dzieć na sty­pie.

Coś przy­kuwa moją uwagę. Mię­dzy pudeł­kiem, gdzie zna­la­złam szam­pana, a parą zamszo­wych moka­sy­nów tkwi cienka, czer­wona ksią­żeczka, dzien­nik, jak sądzę, prze­wią­zana żółtą wstążką. Skó­rzana okładka jest pod­nisz­czona i spę­kana. Na bile­ciku w kształ­cie serca, takim, jaki zwy­kle dołą­cza się do pre­zentu, Mama napi­sała: Dla Brett. Pocze­kaj z otwar­ciem, aż poczu­jesz się sil­niej­sza. Dzi­siaj otwórz tylko szam­pana i wypij za nas. Były­śmy takim wspa­nia­łym duetem. Kocham Cię, Mama.

Wodzę pal­cem po liter­kach. Ktoś tak piękny powi­nien mieć ład­niej­sze pismo. W gar­dle mnie pie­cze. Nie­za­leż­nie od swo­jej wiary w szczę­śliwe zakoń­cze­nie, Mama wie­działa, że przyj­dzie dzień, w któ­rym będę potrze­bo­wała ratunku. Zosta­wiła mi szam­pana na dzi­siaj i kawa­łe­czek wła­snego życia, swoje myśli i marze­nia - na jutro.

Tylko że ja nie mogę cze­kać do jutra. Wpa­truję się w dzien­nik. Strasz­nie potrze­buję jej słów. W tej chwili. Tylko jeden rzut oka. Kiedy jed­nak roz­wią­zuję żółtą wstążkę, przed oczami staje mi postać Mamy. Krę­cąc głową, gani moją nie­cier­pli­wość. Jesz­cze raz patrzę na bile­cik. Chciała, żebym pocze­kała, aż będę sil­niej­sza. Jestem roz­darta mię­dzy jej a moją wolą. W końcu odkła­dam dzien­nik.

- Dla cie­bie - szep­czę i doty­kam ustami okładki - zacze­kam.

Nie­ocze­ki­wa­nie w ciszy sły­szę swój szloch. Zasła­niam usta, żeby go powstrzy­mać, ale jest już za późno. Zwi­jam się w kłę­bek, czuję żebra pod pal­cami. Całe ciało boli mnie z tęsk­noty. Jak ja sobie pora­dzę bez niej na tym świe­cie? Tak bar­dzo jestem jej córką.

Chwy­tam szam­pana. Trzy­ma­jąc butelkę mię­dzy kola­nami, zwal­niam korek, który prze­la­tuje przez cały pokój i ląduje na noc­nym sto­liku, obok bute­leczki Kytrilu. Miał ją uchro­nić przed wymio­tami. Przy­su­wam się do sto­lika, wysy­puję garść trój­kąt­nych table­tek i od razu sobie przy­po­mi­nam, jak zaczę­łam je poda­wać Mamie. Była wtedy po pierw­szej che­mii i uda­wała przede mną, że to nic takiego.

- Naprawdę czuję się nie­źle. Cza­sami przy men­stru­acji bywało gorzej.

Jed­nak w nocy wymioty nade­szły jak tsu­nami. Połknęła jedną tabletkę, a potem popro­siła o następną. Leża­łam przy niej, aż far­ma­ceu­tyki przy­nio­sły ulgę i zdo­łała zasnąć. Tuli­łam ją i gła­ska­łam. Robi­łam to tak, jak ona mnie nauczyła. Potem, w przy­pły­wie despe­ra­cji, zamknę­łam oczy i bła­ga­łam Boga, żeby ura­to­wał moją Matkę.

Nie wysłu­chał mnie.

Prze­sy­puję tabletki do pla­sti­ko­wej bute­leczki. Nie zamy­kam wieczka i umiesz­czam bute­leczkę na skraju sto­lika, żeby łatwo mogła dosię­gnąć. Ale nie... Mama ode­szła. Nie połknie już żad­nej tabletki. Muszę się napić.

- Twoje zdro­wie, Mamo - szep­czę. Głos mi się zała­muje. - Byłam taka dumna, że jestem twoją córką. Na pewno o tym wie­dzia­łaś.

Po jakimś cza­sie pokój zaczyna wiro­wać, a ból na szczę­ście ustę­puje. Odsta­wiam butelkę na pod­łogę i nacią­gam na sie­bie puchową koł­drę. Chłodna pościel pach­nie leciutko lawendą. Tro­chę dziwne, że tak tu leżę, a pię­tro niżej kłębi się tłum obcych ludzi. Wsu­wam się głę­biej pod koł­drę. Poda­ruję sobie jesz­cze chwilę ciszy, zanim wrócę na dół. Tylko minutkę.

Gło­śne stu­ka­nie wyrywa mnie z otę­pie­nia. Sia­dam. Dopiero po chwili uświa­da­miam sobie, gdzie jestem... Cho­lera, stypa! Zsu­wam się z łóżka i w dro­dze do drzwi poty­kam o butelkę.

- Au! Kur­czę!

- Wszystko w porządku, Brett? - pyta, sto­jąc w drzwiach, moja szwa­gierka, Cathe­rine. Po czym wzdy­cha i nie cze­ka­jąc, aż odpo­wiem, wcho­dzi do pokoju. Natych­miast kuca obok wil­got­nego dywanu i pod­nosi butelkę.

- Boże! Wyla­łaś tu Closs du Mesnil rocz­nik 1995?

- Naj­pierw tro­chę wypi­łam.

Sia­dam obok Cathe­rine i wycie­ram orien­talny dywan rąb­kiem sukni.

- Jezu, Brett, ta butelka kosz­to­wała ponad sie­dem­set dola­rów.

- Mhm.

Mozol­nie wstaję i patrzę na zega­rek.

- Która teraz jest?

Cathe­rine wygła­dza czarną lnianą sukienkę.

- Już pra­wie druga. Wła­śnie poda­jemy lunch - odpo­wiada i zakłada mi włosy za ucho.

Cho­ciaż jestem od niej dużo wyż­sza, czę­sto wywo­łuje we mnie wra­że­nie, jak­bym była jej nie­sfor­nym dziec­kiem. Nie zdzi­wi­łoby mnie, gdyby pośli­niła palec, żeby przy­kle­pać mi włosy nad czo­łem.

- Bar­dzo mizer­nie wyglą­dasz, Brett - mówi i popra­wia mi perełki pod szyją. - Twoja mama by powie­działa, że nie­za­leż­nie od żałoby, musisz o sie­bie dbać.

Nie­prawda. Mama by powie­działa, że wyglą­dam ślicz­nie nawet z roz­ma­za­nym maki­ja­żem. Pochwa­li­łaby, że moje natu­ralne kędziorki tak się puszą pod wpły­wem wil­goci, zamiast kry­ty­ko­wać zwa­rio­wany koł­tun, który w ten spo­sób powstaje, a moje zapuch­nięte oczy okre­śli­łaby sło­wem - udu­cho­wione albo poetyc­kie.

Czuję, jak łzy napły­wają mi do oczu, i odwra­cam się. Kto będzie mi doda­wał pew­no­ści sie­bie teraz, kiedy Mama ode­szła? Schy­lam się, żeby pod­nieść butelkę, ale pod­łoga zaczyna falo­wać i wiro­wać. Boże! Jestem na pokła­dzie łódki w cza­sie cyklonu. Łapię się ramy łóżka jak liny ratun­ko­wej i cze­kam, aż wichry ucichną.

Cathe­rine prze­chyla głowę, dotyka ide­al­nie poma­lo­wa­nym paznok­ciem dol­nej wargi i przy­gląda mi się.

- Kocha­nie, a może zosta­niesz na górze? Przy­niosę ci talerz.

Mam tu zostać? Co za pomysł. W końcu to stypa mojej Matki. Muszę zejść. Tylko że pokój tań­czy, a ja nie mogę zna­leźć butów. Kręcę się w kółko. Czego to ja szu­kam? Drep­czę boso w kie­runku drzwi i nagle sobie przy­po­mi­nam.

- A tak, buty. No, pokaż­cie się, buty.

Opa­dam na kolana i zaglą­dam pod łóżko. Cathe­rine bie­rze mnie pod łokieć i sta­wia na nogi.

- Brett, prze­stań. Jesteś pijana. Położę cię do łóżka. Prze­śpisz to.

- Nie! - Wyry­wam się z jej uści­sku. - Nie mogę tego prze­ga­pić!

- Ależ możesz. Twoja matka nie chcia­łaby, żebyś...

- No, tu są. - Pod­no­szę swoje nowe czó­łenka i z tru­dem wpy­cham w nie stopy. Jezu, chyba mi uro­sły o dwa numery przez tę godzinę.

Idę kory­ta­rzem naj­pro­ściej, jak potra­fię, z pal­cami w butach, a pię­tami na zewnątrz. Roz­po­star­łam ramiona, żeby utrzy­mać rów­no­wagę. Odbi­jam się jak kula bilar­dowa raz od jed­nej ściany, raz od dru­giej. Sły­szę za sobą Cathe­rine. Mówi sta­now­czo, cho­ciaż cicho, tro­chę jakby przez zaci­śnięte zęby:

- Brett, natych­miast prze­stań!

Myli się, sądząc, że odpusz­czę stypę. Muszę oddać hołd mojej Matce. Pięk­nej, kocha­ją­cej Matce...

Jestem już na klatce scho­do­wej, a cały czas sta­ram się wsu­nąć stopy w buty. Są małe, jakby je zro­biono dla Bar­bie. W poło­wie scho­dów noga wykręca mi się w kostce.

- Aj!

Cały ten tłum gości, wszy­scy, któ­rzy przy­szli, żeby ostatni raz oka­zać sza­cu­nek mojej Matce, odwra­cają głowy i patrzą na mnie. Widzę, jak prze­ra­żone kobiety pod­no­szą ręce i zakry­wają usta, a pano­wie rzu­cają się, żeby mnie pod­trzy­mać. Ląduję na środku hallu w pod­ka­sa­nej czar­nej sukience i bez jed­nego buta.

Budzi mnie brzęk tale­rzy. Wycie­ram strużkę śliny z kącika ust i sia­dam pro­sto. Mru­gam kilka razy i roz­glą­dam się. Jestem u Mamy. To dobrze. Będzie miała dla mnie aspi­rynę. Świa­tła w salo­nie są czę­ściowo wyga­szone i kręcą się tu jacyś ludzie. Wkła­dają tale­rze i kie­liszki do brą­zo­wych, pla­sti­ko­wych pudeł. Co tu się dzieje? Nagle jak­bym dostała kijem base­bal­lo­wym. Gar­dło mi się zaci­ska i zasła­niam usta. Cały ból, roz­pacz i smu­tek znowu na mnie spły­wają.

Mówiono mi, że długa walka z rakiem jest gor­sza niż krótka, ale nie mam pew­no­ści, czy to się spraw­dza w przy­padku tych, któ­rzy zostają. Śmierć Mamy nastą­piła tak szybko po dia­gno­zie, że wydaje mi się to zupeł­nie nie­re­alne, jak sen, z któ­rego zaraz z wes­tchnie­niem ulgi się obu­dzę. Zamiast tego czę­sto zaraz po prze­bu­dze­niu nie pamię­tam o tej tra­ge­dii i potem muszę prze­cho­dzić przez uświa­da­mia­nie sobie i prze­ży­wa­nie wszyst­kiego od nowa, znów i znów, jak Bill Mur­ray w Dniu Świ­staka. Czy kie­dy­kol­wiek się przy­zwy­czaję, że w moim życiu już nie ma tej jedy­nej osoby, która kochała mnie bez­wa­run­kowo? Czy przyj­dzie dzień, kiedy będę myślała o Mamie bez uczu­cia, że serce mi pęka?

Kiedy masuję bolące skro­nie, pod powie­kami poja­wiają mi się obrazki z mojego upo­ka­rza­ją­cego upadku ze scho­dów. Chyba się zapadnę pod zie­mię.

- Hej, śpiąca panienko! - Shel­ley, moja druga szwa­gierka, pod­cho­dzi do mnie, trzy­ma­jąc w ramio­nach trzy­mie­sięczną Emmę.

- O Boże! - jęczę i cho­wam twarz w dło­niach. - Ale ze mnie idiotka.

- Czemu? Uwa­żasz, że jesteś jedy­nym czło­wie­kiem na świe­cie, któ­remu zda­rzyło się urżnąć? Jak tam twoja kostka?

Pod­no­szę z nogi torebkę z lodem, który pra­wie cał­kiem się roz­pu­ścił, i robię kilka kółek stopą.

- Nic mi nie będzie. - Kręcę głową. - Wydo­brzeję szyb­ciej niż moje ego. Jak mogłam zro­bić coś takiego Mamie? - Odkła­dam torebkę z lodo­watą wodą na pod­łogę i zbie­ram się z sofy. - W skali od jed­nego do dzie­się­ciu jak źle wypa­dłam?

Shel­ley mnie pokle­puje.

- Powie­dzia­łam wszyst­kim, że jesteś wyczer­pana. Kupili to. Nie brzmiało to nie­praw­do­po­dob­nie, bo wyglą­dasz, jak­byś od tygo­dni nie spała - odpo­wiada i spo­gląda na zega­rek. - Słu­chaj, Jay i ja musimy już ucie­kać. Zro­biło się po siód­mej.

W hallu widzę Jaya, jak pochy­lony nad trzy­let­nim Tre­vo­rem upy­cha jego rączkę do rękawa jasno­żół­tego prze­ciw­desz­czo­wego płasz­czyka, w któ­rym chło­piec wygląda jak minia­tu­rowy stra­żak. Błę­kitne oczka spo­glą­dają na mnie i maluch krzy­czy:

- Cio­cia Błett!

Roz­pły­wam się. Mam cichą nadzieję, że mój bra­ta­nek ni­gdy nie nauczy się wyma­wiać popraw­nie "r". Pod­cho­dzę do niego i prze­gar­niam mu wło­ski.

- Jak się pan miewa?

Jay zapina meta­lowy zatrzask pod szyją synka i się pro­stuje. Gdyby nie wyraźne kurze łapki, Jay wyglą­dałby raczej na dwa­dzie­ścia sześć lat, a nie na trzy­dzie­ści sześć, które mu już stuk­nęło. Przy­gar­nia mnie ramie­niem.

- Dobrze się spało?

- Prze­pra­szam - mówię i strzą­sam grudkę tuszu spod oka.

Jay cmoka mnie w czoło.

- Spoko. Wszy­scy rozu­miemy, że naj­cięż­sze to jest dla cie­bie.

Ma na myśli to, że ze wszyst­kich dzieci Boh­lin­ge­rów tylko ja jesz­cze pozo­staję sin­gielką i nie mam wła­snej rodziny. I naj­bar­dziej z rodzeń­stwa byłam zależna od Mamy. Brat lituje się nade mną.

- Wszy­scy za nią tęsk­nimy - mówię i cofam się.

- Ale ty jesteś jej córką - mówi mój naj­star­szy brat, Joad, który wła­śnie wycho­dzi zza zakrętu kory­ta­rza. Jego wielka postać pra­wie ginie pod nie­mal całym kwiet­ni­kiem. W odróż­nie­niu od Jaya, który sta­ran­nie zacze­suje na bok rzed­nące włosy, Joad goli głowę cał­ko­wi­cie, na jajo, co w połą­cze­niu z oku­la­rami w prze­zro­czy­stych opraw­kach przy­daje mu stylu tro­chę wiel­ko­miej­skiego, a tro­chę pre­ten­sjo­nal­nego. Teraz Joad się obraca i cmoka mnie w poli­czek. - Były­ście bar­dzo ze sobą zwią­zane. Jay i ja nie dali­by­śmy rady bez cie­bie. Szcze­gól­nie w ostat­nim cza­sie.

To prawda. Kiedy minio­nej wio­sny zdia­gno­zo­wano u Mamy raka jaj­nika, posta­no­wi­łam, że razem przez to przej­dziemy. To ja opie­ko­wa­łam się nią po ope­ra­cji, sie­dzia­łam przy niej pod­czas che­mio­te­ra­pii i nale­ga­łam, żeby zwró­cić się do dru­giego, a potem trze­ciego spe­cja­li­sty. I kiedy wszy­scy eks­perci potwier­dzili, że roko­wa­nia są jak naj­gor­sze, to ja byłam przy niej w dniu, w któ­rym zde­cy­do­wała się prze­rwać tę ohydną kura­cję.

Jay ści­ska mi rękę. Nie­bie­skie oczy ma pełne łez.

- Wiesz, że jeste­śmy z tobą, sio­strzyczko, prawda?

Kiwam głową i wyj­muję paczkę chu­s­te­czek higie­nicz­nych z kie­szeni. Smutną ciszę prze­rywa głos Shel­ley, która wcho­dzi do hallu, nio­sąc fote­lik samo­cho­dowy Emmy, i mówi do Jaya:

- Kocha­nie, zabie­rzesz to drzewko szczę­ścia, które przy­słali moi rodzice? - Po czym spo­gląda na mnie i na Joada i dodaje: - Wy go nie chce­cie, prawda?

Joad wymow­nie wska­zuje głową prze­ogromny kwiet­nik, który trzyma, jakby można go było nie zauwa­żyć.

- Już mam.

A ja dorzu­cam:

- Weź, oczy­wi­ście.

Tro­chę jestem zdzi­wiona, że ludzie mogą przy­wią­zy­wać wagę do drzewka, kiedy Mama dopiero co umarła.

Moi bra­cia z rodzi­nami wycho­dzą w jesienną noc. Odda­lają się od kamien­nego domu, a ja stoję i przy­trzy­muję skrzy­dło drzwi, tak jak robiła to Mama. Ostat­nia wycho­dzi Cathe­rine. Popra­wia apaszkę od Her­mesa przy koł­nie­rzu zamszo­wego płasz­cza.

- Do jutra - mówi i odci­ska mi na policzku różową szminkę.

Wzdy­cham. Jakby nie dość było roz­pa­try­wa­nia, komu przy­pad­nie które drzewko, jutro o dzie­sią­tej trzy­dzie­ści wszyst­kie aktywa Matki zostaną roz­dzie­lone pomię­dzy jej dzieci. Nastąpi coś w rodzaju uro­czy­sto­ści wrę­cze­nia nagród Boh­lin­ger. Za kilka godzin zostanę pre­ze­sem Boh­lin­ger Cosme­tics i sze­fową Cathe­rine. Nie mam pew­no­ści, czy któ­rej­kol­wiek z tych funk­cji jestem w sta­nie spro­stać.

Z kokonu wietrz­nej nocy wykluwa się bez­chmurny, błę­kitny pora­nek. Uznaję to za dobry omen. Z tyl­nego sie­dze­nia lin­colna patrzę na brzeg jeziora Michi­gan i jesz­cze raz myślę, co im powiem. Och! Jestem zaszczy­cona. To wiel­kie wyróż­nie­nie. Ni­gdy nie zastą­pię Matki, ale zro­bię wszystko, żeby firma na­dal się roz­wi­jała.

Czuję tępy ból głowy i znów prze­kli­nam fakt, że wypi­łam tego cho­ler­nego szam­pana. Co ja sobie myśla­łam? Czuję się podle - i to nie tylko fizycz­nie. Jak mogłam to zro­bić Mamie? Czy można się spo­dzie­wać, że po tym wszyst­kim moje rodzeń­stwo będzie mnie trak­to­wało poważ­nie? Wyj­muję puder­niczkę z torebki i pudruję nos i policzki. Dzi­siaj muszę wyglą­dać na osobę opa­no­waną i kom­pe­tentną, bo taki powi­nien być dyrek­tor gene­ralny. Bra­cia powinni sobie uświa­do­mić, że pora­dzę sobie z zarzą­dza­niem firmą, nawet jeżeli zda­rzyło mi się nie zapa­no­wać nad plą­czą­cymi się po alko­holu nogami. Cie­kawe, czy będą dumni ze swo­jej małej sio­strzyczki, która w wieku trzy­dzie­stu czte­rech lat awan­suje z kie­row­nika działu mar­ke­tingu na dyrek­tora wiel­kiej firmy? Nie­za­leż­nie od wczo­raj­szych wypad­ków, myślę, że tak. Każdy z nich ma swoją pracę i poza tym, że posia­dają udziały firmy, nie mają za wiele do czy­nie­nia z rodzin­nym biz­ne­sem. A Shel­ley jest logo­pedą i peł­no­eta­tową mamą. Zupeł­nie jej nie obcho­dzi, kto popro­wa­dzi firmę teścio­wej.

Jeśli kogoś się oba­wiam, to Cathe­rine. Moja szwa­gierka ukoń­czyła pre­sti­żową Whar­ton School of Busi­ness i repre­zen­to­wała Stany Zjed­no­czone w pły­wa­niu syn­chro­nicz­nym na olim­pia­dzie w 1992 roku. Ma wystar­cza­jąco dużo rozumu, uporu i ducha współ­za­wod­nic­twa, żeby popro­wa­dzić trzy firmy naraz. Przez ostat­nie dwa­na­ście lat była wice­dy­rek­to­rem i prawą ręką Mamy. Bez Cathe­rine Boh­lin­ger Cosme­tics pozo­sta­łaby małym, dobrze pro­spe­ru­ją­cym lokal­nym pro­du­cen­tem. Kiedy weszła na pokład, zdo­łała prze­ko­nać Mamę, żeby roz­wi­nąć markę. Na początku 2002 roku Cathe­rine dostała cynk, że Oprah Win­frey pra­cuje nad nowym pro­gra­mem pod tytu­łem Rze­czy, które uwiel­biam. Przez dwa­dzie­ścia jeden tygo­dni wysy­łała do Harpo Stu­dios prze­pięk­nie opa­ko­wane paczuszki zawie­ra­jące natu­ralne mydła i bal­samy Boh­lin­ger oraz zdję­cia i arty­kuły poświę­cone naszej przy­ja­znej śro­do­wi­sku, eko­lo­gicz­nej fir­mie. Pako­wała wła­śnie dwu­dzie­stą drugą paczuszkę, kiedy zadzwo­nili. Oprah wybrała do pro­gramu orga­niczną maseczkę Boh­lin­ger z czar­nej her­baty i pestek wino­gron.

Po emi­sji pro­gramu nastą­piło coś na miarę eks­plo­zji. Nagle każde spa i każdy dom han­dlowy chciały mieć w ofer­cie linię kosme­ty­ków Boh­lin­ger. W ciągu sze­ściu mie­sięcy pro­duk­cja wzro­sła czte­ro­krot­nie. Trzy wio­dące spółki zaofe­ro­wały nie­wia­ry­godne sumy w zamian za sprze­daż marki, ale Cathe­rine wyper­swa­do­wała to Matce. Otwo­rzyła za to sklepy w Nowym Jorku, Los Ange­les, Dal­las i Miami, a po kolej­nych dwóch latach wpro­wa­dziła markę na rynki zagra­niczne. I cho­ciaż lubię sobie wyobra­żać, że moja dzia­łal­ność mar­ke­tin­gowa także przy­czy­niła się do tego suk­cesu, to jed­nak jestem pewna, że gdyby nie Cathe­rine Hum­ph­ries-Boh­lin­ger, nasza firma nie sta­łaby się przed­się­bior­stwem obra­ca­ją­cym milio­nami dola­rów.

Nie można zaprze­czyć, że Cathe­rine jest w tym ulu kró­lową, a ja, kie­ru­jąc dzia­łem mar­ke­tingu, jedną z lojal­nych psz­czół robot­nic. Tym­cza­sem za kilka minut role mają się odwró­cić i to ja stanę się sze­fową Cathe­rine, co mnie prze­raża jak cho­lera.

W czerwcu Mama, pod­da­wana kolej­nym eta­pom tera­pii, rzadko bywała w fir­mie. Cathe­rine wezwała mnie wtedy do swo­jego gabi­netu.

- Brett, koniecz­nie musisz się nauczyć zasad, na jakich funk­cjo­nu­jemy - powie­działa, opie­ra­jąc sple­cione dło­nie na bla­cie biurka z wiśnio­wego drewna. - Nie­za­leż­nie od tego, jak bar­dzo wszy­scy tego nie chcemy, nie­długo nasze życie bar­dzo się odmieni, a ty musisz być szcze­gól­nie dobrze przy­go­to­wana do swo­jej nowej roli.

Prze­wi­dy­wała, że Mama umrze! Jak mogła w ogóle brać coś takiego pod uwagę?! Jed­nak Cathe­rine jest po pro­stu realistką. Sta­ram się wyci­szyć.

- Oczy­wi­ście z chwilą odej­ścia two­jej matki wszyst­kie jej udziały przejdą na cie­bie. Jesteś w końcu jej jedyną córką, a także jedy­nym dziec­kiem zatrud­nio­nym w fir­mie. I współ­pra­cu­jesz z nią dłu­żej niż kto­kol­wiek inny.

Czuję, jak rośnie mi klu­cha w gar­dle. Mama zawsze żar­to­wała, że zaczę­łam pra­co­wać w fir­mie już w pie­lu­chach. Łado­wała mnie do nosi­dełka i razem roz­wo­zi­ły­śmy mydła i bal­samy do lokal­nych skle­pów i na tar­go­wi­ska.

- Będziesz miała więk­szość udzia­łów - cią­gnęła Cathe­rine - a to ozna­cza, że zosta­niesz pre­ze­sem zarządu.

Coś w jej chłod­nym, wywa­żo­nym tonie wywo­łuje we mnie myśl, że ma do mnie żal. Ale czy można mieć jej to za złe? Ta kobieta jest naprawdę bły­sko­tliwa, a ja po pro­stu przy­pad­kiem uro­dzi­łam się jako córka Eli­za­beth.

- Pomogę ci się do tego przy­go­to­wać - kon­ty­nu­owała Cathe­rine, stu­ka­jąc w kla­wia­turę note­bo­oka - cho­ciaż oczy­wi­ście nie twier­dzę, że to konieczne. Myślisz, że możemy zacząć od jutra? Powiedzmy o ósmej. - To nie było pyta­nie, tylko pole­ce­nie.

Codzien­nie rano sia­da­łam na krze­śle obok Cathe­rine i słu­cha­łam o zawi­ło­ściach trans­ak­cji mię­dzy­na­ro­do­wych, taks cel­nych i pro­wa­dze­nia firmy. Pani wice­pre­zes wysłała mnie na tygo­dniowe semi­na­rium z zakresu zarzą­dza­nia do Harvard Busi­ness School, abym zapo­znała się z naj­now­szymi tren­dami w tej dzie­dzi­nie, i zapi­sała mnie na cykl szko­leń online doty­czą­cych róż­no­rod­nych zagad­nień, począw­szy od two­rze­nia budżetu, a skoń­czyw­szy na rela­cjach z pra­cow­ni­kami. Cza­sem mnie to wszystko przy­tła­czało, ale ni­gdy nie pomy­śla­łam, żeby się wyco­fać. Będę z dumą nosiła koronę, która nale­żała do Mamy. Mam tylko nadzieję, że moja szwa­gierka nie będzie mi miała za złe, że od czasu do czasu popro­szę ją o wypo­le­ro­wa­nie moich insy­gniów.

Kie­rowca Mamy pod­wozi mnie pod numer 200 na Ran­dolph Street. Patrzę w górę na zbu­do­waną z gra­nitu i stali syl­wetkę Chi­cago's Aon Cen­ter. Biura w takim miej­scu są pew­nie obłęd­nie dro­gie. No, oczy­wi­ście, praw­nik Mamy nie jest byle kim. Wjeż­dżam na trzy­dzie­ste dru­gie pię­tro. Dokład­nie o dzie­sią­tej trzy­dzie­ści Cla­ire, atrak­cyjna rudo­włosa asy­stentka, wpro­wa­dza mnie do gabi­netu pana Midara, gdzie moi bra­cia z żonami zebrali się już wokół pro­sto­kąt­nego maho­nio­wego stołu.

- Czy napije się pani kawy, panno Boh­lin­ger, a może her­baty albo wody?

- Nie, dzię­kuję.

Wybie­ram krze­sło obok Shel­ley i roz­glą­dam się. Biuro pana Midara jest zgrab­nym połą­cze­niem tra­dy­cji i nowo­cze­sno­ści. Pro­ste wnę­trze z mar­muru i szkła zmięk­czają orien­talne dywany i kilka wyra­fi­no­wa­nych anty­ków. Całość tchnie luk­su­sem.

- Ład­nie tu - odzy­wam się.

- Prawda. To Stone. Uwiel­biam go.

- Tyle tu gra­nitu, że można by otwo­rzyć kamie­nio­łom.

Cathe­rine chi­cho­cze, jak­bym ją roz­ba­wiła.

- Edward Durell Stone. To jego pro­jekt.

- Aha.

Czy jest coś, czego ta kobieta nie wie? Inte­li­gen­cja Cathe­rine nie działa na mnie dobrze. Czuję się przy niej igno­rantką. Poza tym jest bar­dzo silna, więc sama wydaję się sobie sła­be­uszem. I jest nie­zwy­kle kom­pe­tentna, więc jestem tu nie­po­trzebna, jak bie­li­zna mode­lu­jąca na Vic­to­rii Bec­kham. Uwiel­biam Cathe­rine, ale jej per­fek­cjo­nizm mnie prze­raża, co wynika zarówno z mojego braku pew­no­ści sie­bie, jak i z jej aro­gan­cji. Mama kie­dyś powie­działa, że mam tyle samo inte­li­gen­cji, co Cathe­rine, ale tylko nie­wielką część jej pew­no­ści sie­bie, i dodała: "I dzięki Bogu". To był jedyny przy­pa­dek, kiedy Mama wyra­ziła się kry­tycz­nie o Kata­rzy­nie Wiel­kiej, ale ten maleńki incy­dent spo­wo­do­wał, że poczu­łam się dużo lepiej.

Tym­cza­sem Cathe­rine kon­ty­nu­uje, jakby mnie to inte­re­so­wało:

- Inwe­sto­rem był Stan­dard Oil Com­pany. Jeżeli się nie mylę, ukoń­czyli budowę w sie­dem­dzie­sią­tym trze­cim roku.

Jay odsuwa się na krze­śle, tak że znaj­duje się poza zasię­giem jej wzroku, i prze­cią­gle ziewa, ale Joad wydaje się cał­ko­wi­cie pochło­nięty tym, co mówi żona.

- Tak, kocha­nie - potwier­dza. - I jest to trzeci co do wiel­ko­ści budy­nek w Chi­cago. - Spo­gląda na Cathe­rine, szu­ka­jąc apro­baty. Cho­ciaż mój naj­star­szy brat jest jed­nym z naj­wy­żej cenio­nych archi­tek­tów mło­dego poko­le­nia, mam nie­od­parte wra­że­nie, że pozo­staje nieco zastra­szony przez kobietę, którą poślu­bił. - Wyż­sze są już tylko Trump Tower i Wil­lis Tower.

A Cathe­rine, zwra­ca­jąc się wła­ści­wie do mnie, dopo­wiada:

- Wil­lis to daw­niej­sza Sears Tower.

- Sears? Jak ten dom han­dlowy? A na co im taki wielki budy­nek?!

Tym razem Cathe­rine patrzy, jakby nie wie­działa, czy mówię poważ­nie, czy żar­tuję, a Jay z dru­giego końca stołu uśmie­cha się do mnie sze­roko.

- Ten budy­nek ma osiem­dzie­siąt cztery kon­dy­gna­cje - cią­gnie Cathe­rine.

Nasze dywa­ga­cje na temat archi­tek­tury prze­rywa pospieszne wej­ście wyso­kiego, lekko potar­ga­nego i zady­sza­nego męż­czy­zny. Ma około czter­dziestki. Prze­cze­suje włosy pal­cami i popra­wia kra­wat.

- Witam pań­stwa - pozdra­wia nas w dro­dze do stołu. - Nazy­wam się Brad Midar, prze­pra­szam, że musieli pań­stwo na mnie cze­kać.

Męż­czy­zna okrąża stół i podaje rękę każ­demu z nas, a my się przed­sta­wiamy. Kiedy się uśmie­cha, widać, że ma lekko krzywe zęby, co przy­daje mu sym­pa­tycz­nego, tro­chę chło­pię­cego wdzięku. Cie­kawa jestem, czy moje rodzeń­stwo myśli to samo, co ja. Czemu Mama zaan­ga­żo­wała tego mło­dego i zupeł­nie obcego czło­wieka, a nie pana Gold­blatta, który od lat był adwo­ka­tem rodziny?

- Wra­cam ze spo­tka­nia na dru­gim końcu mia­sta - wyja­śnia Midar. - Nie sądzi­łem, że to mi zaj­mie tyle czasu.

Kła­dzie na bla­cie plik doku­men­tów. Spo­glą­dam na Cathe­rine, która ma przy­go­to­wany notes i pióro. Kulę się. Czemu nie pomy­śla­łam, żeby robić notatki? Jak, do dia­bła, chcę pro­wa­dzić całą wielką firmę, skoro nawet nie pamię­tam o notat­niku?

Pan Midar chrząka.

- Pozwól­cie pań­stwo, że na wstę­pie powiem, jak bar­dzo mi przy­kro z powodu straty, jaką ponie­śli­ście. Bar­dzo lubi­łem Eli­za­beth. Spo­tka­li­śmy się nie­dawno, dopiero w maju, zaraz po dia­gno­zie, ale mam wra­że­nie, jak­bym ją znał całe lata. Nie mogłem przyjść na stypę, ale byłem na pogrze­bie. Odpro­wa­dzi­łem ją nie jako praw­nik, lecz jako przy­ja­ciel.

Z miej­sca polu­bi­łam tego zapra­co­wa­nego czło­wieka, który zna­lazł czas, żeby przyjść na pogrzeb mojej Matki - kobiety, którą znał zale­d­wie szes­na­ście tygo­dni. Nasuwa mi się myśl o moim praw­niku - i chło­paku - Andrew, który znał Mamę przez cztery lata, ale nie zdo­łał zmie­nić roz­kładu dnia na tyle, żeby uczest­ni­czyć w sty­pie. Sta­ram się stłu­mić ból. W końcu Andrew pro­wa­dzi teraz ważną sprawę. I wyrwał się na pogrzeb.

- Jestem zaszczy­cony, że Eli­za­beth Boh­lin­ger wybrała mnie na wyko­nawcę testa­mentu - cią­gnie Midar. - Możemy zaczy­nać?

Po upły­wie godziny dobro­czyn­ność Mamy jest nam już lepiej znana, a Jay i Joad Boh­lin­ger mają dość pie­nię­dzy, żeby do końca swo­ich dni żyć roz­rzut­nie. Jak Mamie udało się zgro­ma­dzić taką for­tunę?

- Brett Boh­lin­ger otrzyma swoją część spadku w póź­niej­szym ter­mi­nie. - Midar zdej­muje oku­lary do czy­ta­nia i spo­gląda na mnie. - W tym miej­scu jest odno­śnik. Prze­czy­tam wyja­śnie­nie póź­niej.

- Okej - mówię i dra­pię się po gło­wie. Dla­czego Mama nie chciała, żebym dostała spa­dek już dzi­siaj? Może wyja­śnie­nie jest w tym małym, czer­wo­nym dzien­niku, który mi zosta­wiła. Ale nagle spływa na mnie olśnie­nie. Dostaję całą firmę, która obec­nie jest warta miliony. Bóg jeden wie, jak sobie z tym pora­dzę. Czuję w skro­niach tępy ból.

- Teraz prze­cho­dzimy do sprawy domu. - Praw­nik znowu zakłada oku­lary i odnaj­duje wła­ściwe miej­sce w doku­men­cie. - "Nie­ru­cho­mość przy North Astor Street pod nume­rem sto trzy­na­stym ma przez dwa­na­ście mie­sięcy pozo­stać nie­na­ru­szona. W tym cza­sie ani budy­nek, ani jaki­kol­wiek ele­ment wypo­sa­że­nia nie ma być sprze­dany ani wyna­jęty. Moje dzieci mają prawo zamiesz­ki­wać w domu nie dłu­żej niż przez trzy­dzie­ści kolej­nych dni i mogą uży­wać wypo­sa­że­nia dla swo­ich potrzeb".

- Poważ­nie? - odzywa się Joad. - Mamy wła­sne domy. Nie ma potrzeby, żeby­śmy korzy­stali z tego.

Czuję, że twarz mi czer­wie­nieje. Zaczy­nam oglą­dać paznok­cie. Naj­wy­raź­niej mój brat sądzi, że jestem współ­wła­ści­cielką loftu, w któ­rym miesz­kam z Andrew. Jed­nak mimo że zamiesz­ka­li­śmy w nim razem trzy lata temu, zaraz po tym, jak Andrew go kupił, i zain­we­sto­wa­łam w urzą­dza­nie wię­cej pie­nię­dzy niż on, nie mam tytułu wła­sno­ści. Z praw­nego punktu widze­nia loft nie należy do mnie. A z mojego punktu widze­nia tak jest dobrze. Pie­nią­dze ni­gdy nie miały dla mnie takiego zna­cze­nia jak dla Andrew.

- Bra­cie - odzywa się Jay pojed­naw­czo - Taka jest wola Mamy. Musimy ją usza­no­wać.

Joad kręci głową.

- Ależ to non­sens. Dwa­na­ście mie­sięcy nie­bo­tycz­nych podat­ków, nie mówiąc o kosz­tach utrzy­ma­nia tego muzeum.

Kręcę głową. Joad odzie­dzi­czył cha­rak­ter po naszym ojcu. Jest sta­now­czy, prag­ma­tyczny i nie bawi się w sen­ty­menty. Ta jego bez­na­mięt­ność jest cza­sem przy­datna. Na przy­kład w cza­sie przy­go­to­wań do pogrzebu. Ale dzi­siaj takie zacho­wa­nie jest nie­godne. Gdyby pozwo­lić dzia­łać Joadowi, jesz­cze dzi­siaj przed zacho­dem słońca posta­wiłby na pod­jeź­dzie przed domem Mamy tabliczkę NA SPRZE­DAŻ i kon­te­ner na śmieci. Będzie ina­czej. Dała nam dosyć czasu, żeby­śmy mogli przej­rzeć jej rze­czy i stop­niowo się z nimi poże­gnać. Dla Andrew te przed­mioty są nazbyt sta­ro­świec­kie, ale moż­liwe, że cho­ciaż jeden z moich braci zechce zatrzy­mać wiele cen­nych dro­bia­zgów.

W tym samym roku, w któ­rym wyje­cha­łam do Nor­th­we­stern, Mama kupiła zruj­no­waną kamie­nicę od komor­nika. Ojciec bar­dzo ją za to kry­ty­ko­wał, mówiąc, że bie­rze sobie na głowę taki pro­blem. Tyle że wtedy był już jej eks-mężem. Mama mogła sama podej­mo­wać decy­zje. Dostrze­gła coś magicz­nego w spę­ka­nych skle­pie­niach i śmier­dzą­cych dywa­nach. Pochło­nęło to całe lata wytę­żo­nej pracy i wyrze­czeń, ale w końcu upór i cier­pli­wość Mamy zwy­cię­żyły. Dzi­siaj dzie­więt­na­sto­wieczny budy­nek, usy­tu­owany w naj­bar­dziej pożą­da­nej oko­licy mia­sta, Gold Coast, jest perełką. Mama, która była córką pro­stego hut­nika, żar­to­wała, że jest jak Louise Jef­fer­son. Szkoda, że mój ojciec nie żył dosyć długo, żeby zoba­czyć, jak spek­ta­ku­larną meta­mor­fozę prze­szedł ten dom i ta kobieta, któ­rej, jak sądzę, ni­gdy nie doce­niał.

- Jest pan pewien, że Matka była w pełni władz umy­sło­wych, kiedy two­rzyła testa­ment? - pyta­nie Joada prze­rywa moje roz­my­śla­nia.

W sze­ro­kim uśmie­chu praw­nika dostrze­gam jakiś pod­tekst.

- O, umy­słowo była w zna­ko­mi­tej kon­dy­cji, zapew­niam pana. Powiem wię­cej: ni­gdy nie widzia­łem, żeby ktoś tak świet­nie wszystko sobie zapla­no­wał.

- Kon­ty­nu­ujmy - odzywa się Cathe­rine, która zawsze pozo­staje przede wszyst­kim mene­dże­rem. - Ze sprawą domu upo­ramy się we wła­ści­wym cza­sie.

Pan Midar chrząka.

- Wobec tego przejdźmy do sprawy Boh­lin­ger Cosme­tics.

Głowa mi pęka. Czuję na sobie spoj­rze­nie czte­rech par oczu. Pamięć pod­suwa mi wczo­raj­szą scenę i czuję, jak nara­sta we mnie panika. Jaki dyrek­tor gene­ralny upija się na sty­pie wła­snej matki? Nie zasłu­guję na to sta­no­wi­sko. Jed­nak jest już za późno. Sta­ram się nadać twa­rzy jak naj­bar­dziej obo­jętny wyraz, zupeł­nie jak aktorka nomi­no­wana do nagrody Aka­de­mii. Cathe­rine sie­dzi z pió­rem w ręce, gotowa zapi­sy­wać istotne szcze­góły.

- "Wszyst­kie moje udziały w Boh­lin­ger Cosme­tics oraz sta­no­wi­sko dyrek­tora gene­ral­nego prze­ka­zuję mojej...

Zacho­wuj się natu­ral­nie. Nie patrz na Cathe­rine.

- ...syno­wej, Cathe­rine Hum­ph­ries-Boh­lin­ger".

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki