Prolog
"Potrzebuję bohatera!"
I need a hero - Bonny Tayler
Jacksonville, bar na przedmieściach, wiosna rok 1989
Wstałem przecierając mokrą od potu twarz. Miał czelność nadal się uśmiechać, mimo ogromnej ilości ciosów. Maxim podniósł się wycierając zakrwawione czoło rękawem. Śmiał się niewzruszony, co tylko jeszcze bardziej potęgowało moją wściekłość.
- Zamknąć się!
Krzyk dochodził od strony drzwi wejściowych. Właśnie miałem zamiar zadać łysolowi kolejny cios.
Odsunąłem się od Wasiliewa gromiąc go wzrokiem. Bob i Paul zdążyli się pozbierać. Jeden miał rozcięte czoło i podbite oko. Drugi wyszedł z tego odrobinę lepiej. Poprawiał właśnie podartą klubową kurtkę. Jeśli trener zobaczy nas w tym stanie, to za karę zawiesi nas w następnym meczu.
- Co tu się kurwa dzieje?
Silny europejski akcent nieprzyjemnie kuł w uszy. Wysoki, na oko czterdziestoletni, ciemnowłosy mężczyzna stał w wejściu, a za nim kotłowało się kilku kolejnych łysych palantów. Nie wyglądał na zadowolonego całym zajściem. Blizna zaczynająca się na szyi, a kończąca na jego czole przykuła moją uwagę.
Rozejrzałem się po zdemolowanym lokalu. Barman zdążył schować się na zapleczu, nim kilka butelek zdążyło rozbić olbrzymie lustro za ladą. Kelnerka niepewnie wyjrzała zza drzwi toalety. Na jej ślicznej twarzyczce malowało się uczucie ulgi. Stoliki i krzesełka leżały porozrzucane po całej podłodze, a pod stopami chrzęściło potłuczone szkło.
- To oni zaczęli szefie.
- Trzech jankesów dało radę waszej bandzie? Za co ja wam płacę, pieprzone nieroby...
- To blondyn. On zrobił największe zamieszanie! - wskazał na mnie najmniej poturbowany ze wszystkich.
- Nie trzech tylko jeden? I co głąby? Mam być z tego dumny?
Obity mężczyzna ucichł unikając spojrzenia szefa. Ciężko mi było określić, czy nowo przybyły człowiek jest wściekły, czy próbuje się nie roześmiać. Jednym skinieniem głowy kazał wszystkim wyjść.
- Ty zostajesz. - skierował palec w moją stronę.
Zacisnąłem pięści. Czułem lepką krew spływającą po mojej szyi. Zastanawiałem się, co mam zrobić. Nie chcę, aby kumple ryzykowali swoje kariery przez moje wybryki. Przecież stanęli tylko w mojej obronie.
- Idźcie. Załatwię to.
Skinąłem głową do reszty. Zniknęli za drzwiami równie szybko, co ludzie podejrzanego Europejczyka. Stawiam, że jest to Polak albo Rosjanin.
Dłonią przywołał barmana. Ten w ciągu chwili podniósł jeden ze stołów, a następnie dosunął do niego dwa całe krzesełka. Mężczyzna kazał mi usiąść naprzeciwko niego. Nie uszło mojej uwadze, że pod marynarką rysował się zarys broni. Specjalnie poprawił przy mnie nakrycie, abym przypadkiem nie spróbował uciec.
Nie protestowałem, bo wiedziałem, że i tak jestem w czarnej dupie. Olbrzym nie odezwał się ani słowem wyglądając na mocno zamyślonego.
Po kolejnej, pełnej ciszy minucie podeszła kelnerka. Poniekąd, to przez nią wybuchło całe zamieszanie. Postawiła między nami butelkę wódki oraz dwa spore kieliszki. Patrzyła na mnie przez ten cały czas swoimi ogromnymi, przestraszonymi oczami.
- Jestem Siergiej Bogdanow - w końcu mężczyzna odezwał się - i lubię wiedzieć z kim mam zamiar się napić.
- Robert Walker, atakujący drużyny Miami Dolphins - szybko odpowiedziałem.
- Zauważyłem - spojrzał wymownie na moją bluzę - jesteś zatem synem tego znanego Walkera... Przypływały do mnie jego statki.
Miałem już pewność, że mam do czynienia z rodowitym Rosjaninem. Ojciec potajemnie współpracował z kilkoma portami z ZSRR przed jego rozpadem. Bogdanow szybko rozgryzł moje pochodzenie. W każdym razie, nadal nie wiedziałem, czego mogę się po nim spodziewać.
Czarnowłosy mężczyzna wziął kieliszek w dłonie i zaczął dokładnie oglądać jego zawartość. Wychylił się. Jednym łykiem przełknął cały przezroczysty płyn. Poszedłem jego śladem. Zmusiłem się do połknięcia gorzkiej cieczy pozostając niewzruszonym.
- Robercie, powiedz mi, na czym zależy ci najbardziej?
- Na karierze sportowej - odpowiedziałem bez namysłu.
- I na czym jeszcze?
Musiałem się chwilę zastanowić.
- Na mojej narzeczonej. Na rodzinie, którą mam zamiar kiedyś z nią założyć.
- Kochasz ją?
- Tak.
- Ach, miłość... - kiwnął głową nalewając kolejną porcję alkoholu. - Co zamierzasz zapewnić swojej kobiecie?
Rozmowa zaczęła iść w niebezpiecznym kierunku, co przestało mi się podobać. Ponownie musiałem pomyśleć nad odpowiedzią. W tym czasie, czujne oko Rosjanina uważnie prześwietlało moją sylwetkę. Po karku ściekał zimny pot, gdy słyszałem, jak barman z kelnerką zamiatali podłogi ze szkła.
- Zamierzam zapewnić jej pewną, bezpieczną przyszłość....
- Dobra odpowiedź... Bezpieczeństwo... Wypijmy za nie...
Kolejny kieliszek wszedł gładko. Po chwili ogarnęły mnie mdłości. Stres powoli przejmował władzę nad moim ciałem. Rosjanin nalał po kolejnej porcji.
- Koniec tej ckliwej gadki. Dostałem już to, co chciałem wiedzieć - przeszły mnie ciarki, lecz mimo to zachowałem kamienną twarz - pewnie już to zdążyłeś zauważyć... Jestem właścicielem tego przybytku, ale również i innych w stanie.
- Tak. Na pierwszy rzut oka widać, kto rządzi w tym lokalu.
Po twarzy mężczyzny przebiegł nikły cień uśmiechu.
- Moją pierwszą myślą było posłanie ciebie i twoich kumpli do piachu - stukał palcami o blat stolika, co powoli wytrącało mnie z równowagi - jednak mam też pewien dar. Dar do znajdywania talentów, które mogą mi się w przyszłości przydać.
- Miło to słyszeć.
Próbowałem grać w jego grę.
- Wspominałeś, że chcesz zapewnić swojej kobiecie bezpieczeństwo. Mam zatem dla ciebie pewną propozycję, oczywiście nie do odrzucenia.
- Zamieniam się w słuch.
Boże, wdepnąłem w ogromne gówno.
- Zaimponowałeś mi. Sprałeś na kwaśne jabłko trzech najlepszych ludzi, jakich mam. To spory wyczyn. Widzę cię obok mnie, jako potencjalnego partnera biznesowego. Ty masz przed sobą szczyt kariery, a ja kontakty oraz władzę w miejscach, o których ci się nie śniło. Jesteś również jedynym spadkobiercą imperium transportowego. Przedstawię cię kilku wpływowym ludziom, a gdy ganianie za piłką ci się znudzi, znajdziesz się u mego boku.
- Rozumiem, że nie mam innego wyjścia?
Rosjanin rozejrzał się po zdemolowanym barze, po czym skierował na mnie ciężkie spojrzenie zwiastujące niebezpieczeństwo.
- Nikt nie ma prawa mi odmówić, gdyż grozi to poważnymi konsekwencjami. Lokal to małe piwo. Poznęcałbym się nad wami przez jakiś czas. Zapłacilibyście za szkody i byłoby po wszystkim. Jestem ogromnym fanem footballu amerykańskiego. Kibicuję wam, od kiedy przybyłem do tego pięknego stanu. Jednak oprócz budynku ucierpiało coś jeszcze.
Nie spieszył się zbytnio z odpowiedzią. W głowie kalkulowałem wszystkie za i przeciw przedstawionego układu. Trafiłem na gangstera. Odmowa w tym przypadku grozi utratą głowy.
- Ucierpiała duma moich ludzi, a przy tym i moja. Zatem, albo wzmocnisz swoją osobą moje szeregi, albo bezpieczeństwo twojej kobiety, na którym tak bardzo ci zależy, pęknie jak bańka mydlana.
Musiałem się chwilę zastanowić. Ten człowiek mówił śmiertelnie poważnie. Jeśli wejdę w ten nieprzyjemny biznes, to w przyszłości mogę mieć ogromne kłopoty. Z drugiej strony, współpraca może nieść za sobą parasol ochronny. Praca dla tego człowieka prócz negatywnych stron, zapewni mi bezpieczeństwo. Niech stracę.
- Zgadzam się. Jak to u was mówią? Na zdrowie!
Opróżniłem kieliszek nie czekając na mężczyznę.
2
"Życie jest jak pudełko czekoladek - nigdy nie wiesz,
co ci się trafi."
Winston Groom, Forrest Gump
Obudziłam się rano bez negatywnych skutków kaca. Uwielbiam nasze spokojne, babskie spotkania. W przeciwieństwie do klubowych wypadów, rano czuję się znakomicie.
Przeciągnęłam się leniwie jednocześnie rozglądając się po moim niewielkim i przytulnie urządzonym pokoju. Wyciszyłam budzik i ruszyłam w stronę szafy, z której ciuchy się już wylewały na podłogę. Zastanawiając się nad dzisiejszą stylizacją obiecałam sobie ponownie, że co najmniej połowę ubrań oddam albo wyrzucę.
Na dzisiaj wybrałam czarne jeansy oraz granatowy, bardzo ciepły sweter. Mama stwierdziła, że ten kolor idealnie pasuje do mojej jasnej cery i szarych oczu. Nie kłócę się z nią o takie rzeczy, bo zwykle miewa rację.
Pod budynkiem uczelni czekała na mnie Ava z kubkiem parującej, karmelowej kawy. Podziękowałam delektując się gorzkim smakiem gorącego napoju. Przemierzając korytarze zdawkowo odpowiadałam przyjaciółce na pytania dotyczące dzisiejszych zajęć.
Sala zapełniła się w ciągu piętnastu minut. Znajomi zajmowali po kolei ławki, a po auli niosły się luźne rozmowy przerywane co jakiś czas, wybuchem śmiechu. Profesor, jak zwykle, spóźnił się kolejny kwadrans. Poprawiał co chwila swoje okulary czytając listę obecności. W końcu zajęcia się rozpoczęły. Ava ziewała co jakiś czas ukrywając twarz za podręcznikiem.
Przerwa obiadowa przyszła wyjątkowo szybko. Stołówka w weekendy jest krócej otwarta. Musiałyśmy się pospieszyć z obiadem.
- Błagam, niech ta pogoda w końcu się ogarnie - jęczała przyjaciółka grzebiąc widelcem w swojej zapiekance.
Po tonie głosu Avy domyśliłam się, że jest już zmęczona zimą oraz nudnymi zajęciami. Zatopiłam widelec w sałatce odpowiadając jej.
- Jeszcze z miesiąc i będziemy mogły spędzać przerwy na dziedzińcu, a nie w tej brzydkiej stołówce. Jest tu trochę przygnębiająco i przypominają mi się czasy liceum.
- Masz rację. Posiłki przygotowywane przez panią Turner do dziś nawiedzają mnie w koszmarach - zaśmiała się.
- Tęsknię za zielenią i świętym spokojem.
- Będę koczować specjalnie na ławki przy boisku. Niedługo zaczną się treningi biegaczy i futbolistów.
- Skąd wiedziałam, że nie chodzi ci o wiosnę, kwitnące drzewa i świeże powietrze?
- Mogłabyś przystopować z tym romantyzmem? - prawie wylała sok z butelki. - W przeciwieństwie do ciebie interesują mnie inne, równie piękne widoki.
Zapatrzyła się na wysokiego mężczyznę mijającego nasz stolik.
- Mogłabyś się ogarnąć chociaż na czas obiadu? Oglądaj sobie, kogo chcesz, ale nie w czasie, gdy mamy chwilę dla siebie. W klubie sobie odbijesz dzisiejsze zajęcia.
Utkwiłam swój wzrok w notatkach, aby powtórzyć informacje przed testem. Ava zaczęła się zachwycać nad kolejnym ciachem, lecz zdążyłam uspokoić ją, zanim się na dobre rozkręciła.
Tak, jak profesor zapowiadał, na sam koniec zajęć przygotował test zaliczeniowy. Jako wzorowa studentka napisałam go najszybciej z całej grupy. Pierwsza oddałam kartę z odpowiedziami i wyszłam z sali, aby przewietrzyć się na dziedzińcu. Stwierdziłam, że zaczekam na Avę na parkingu. Zrobił się istny zamęt. Akurat inna grupa również skończyła zajęcia. Korytarz zapełnił się ludźmi w kilka sekund.
Przyspieszyłam krok szczelniej owijając się ciepłym, popielatym płaszczem. Przeciskając się pomiędzy młodszymi studentami dotarłam w końcu do swojego samochodu. Pogoda dziś mnie rozpieszczała. Wczorajszy śnieg stopniał całkowicie, a słoneczko zachęca do popołudniowego spaceru. Może nawet skuszę się na krótkie bieganie?
Akurat szukałam kluczyków w torbie, gdy poczułam na szyi nieprzyjemne ciarki. Dzieje się tak często, jak ktoś się na mnie bezczelnie gapi lub mam dziwne wrażenie, że zaraz wpadnę w kłopoty.
Rozejrzałam się czujnie wokoło. Oprócz mnie, po parkingu krążyło kilka grupek studentów powoli opuszczając teren uczelni. Delikatny wiatr trącał nagimi gałęziami drzew. Szczelniej owinęłam się puchatym, różowym szalikiem.
Nagle dostrzegłam go. Musiałam parę razy mrugnąć, bo nie dowierzałam własnym oczom. To niemożliwe. Jeszcze wczoraj widziałam jego sylwetkę w telewizji na wielkim meczu w Miami. Co on tu, do cholery robi?
Po drugiej stronie ulicy stał Ethan, lub ktoś identycznie do niego podobny. Mężczyzna opierał się o czarny, sportowy samochód. Pojazd wyglądał na bardzo drogi, zdecydowanie był poza moim zasięgiem. Zwracał nim na siebie uwagę młodzieży.
Przetarłam oczy. To musiał być on. Spoglądał w stronę sąsiedniego budynku. Nie zauważył jeszcze, że się mu przyglądam. Był akurat zajęty rozmową telefoniczną. Poruszał się identycznie, jak zapamiętałam. Chociaż, może umysł płata sobie ze mnie figle?
Mężczyzna miał dłuższe, niż zapamiętałam, jasne włosy, delikatnie opaloną skórę oraz gładką, świeżo ogoloną twarz. Na dobrze zbudowane ciało zarzucił niedbale ciemną kurtkę. Gdybym bliżej podeszła, na pewno ujrzałabym te same, zielone oczy, które lata temu towarzyszyły mi na każdym kroku.
Przesadzasz - pomyślałam. Na pewno pomyliłam obcego człowieka ze starym znajomym. Ava niepotrzebnie zaczęła wczoraj ten drażliwy temat. Przez jej głupie gadanie wkręciłam sobie natrętne myśli o człowieku, który opuścił mnie lata temu.
W końcu znalazłam te nieszczęsne kluczyki do samochodu. Zagapiłam się i nacisnęłam na pilocie nie ten guzik, co trzeba. Samochód zaczął niespodziewanie strasznie głośno wyć. Spanikowana uciszyłam go bardzo szybko, lecz zdążyłam zwrócić na siebie uwagę kilku osób, w tym znajomego mężczyzny.
Kątem oka dostrzegłam, jak opuścił dłoń, w której trzymał telefon. Zrobił krok od swojego pojazdu uważnie mi się przyglądając. Może sama sobie to wmówiłam? Ta chwila dłużyła się w nieskończoność.
"To nie mógł być Ethan. To niemożliwe. To nie jest prawda." - w kółko powtarzałam.
Na całe szczęście usłyszałam za sobą głos przyjaciółki. Odwróciłam się za szybko, niż bym chciała, a kobieta niespodziewanie rzuciła się w moje ramiona. W tym momencie ledwo stałam na nogach. Moje autko pomogło mi utrzymać pion.
- Zdałam, zdałam! No może nie tak dobrze, jak ty, ale zdałam.
Trzymała w dłoniach dwie kartki papieru. Podała mi poprawiony test nadal prowadząc radosny monolog. Przeglądnęłam moje wypociny. Nie było tak źle. Zrobiłam tylko jeden błąd na czterdzieści pytań.
- Facet poprawiał testy na bieżąco. Zaczekałam chwilę, aby dowiedzieć się, czy zaliczyłam. Odebrałam również twój wynik. Jej, mamy jeden przedmiot już z głowy - podniosła w geście zwycięstwa obie ręce - to, co? Idziemy wieczorem to uczcić?
- A my przypadkiem nie ustaliłyśmy już wcześniej tego wyjścia? - odpowiedziałam beznamiętnie.
Skakała wokół mnie jak wariatka, gdy przeglądałam swój test już trzeci raz. Szukałam w nim nieistniejących błędów lub jeszcze nie wiadomo czego. Próbowałam wyrzucić z głowy Ethana.
- A ty nie cieszysz się? Największego nudziarza mamy już z głowy. Bardzo dobrze, że było z nim tak mało spotkań.
- Cieszę się. Bardzo. Tylko...
- Żadne tylko... Najlepiej z całej grupy go napisałaś. Nie ma co się nad tym dłużej zastanawiać. Dzwonisz po Kevina, ubierasz najseksowniejszą sukienkę, jaką masz i wieczorem widzimy się w naszym klubie.
Cały czas gwałtownie gestykulowała. Nie mogła nacieszyć się z naszego sukcesu oraz z tego, że w końcu się wyrwie na kolejny podryw.
Pożegnała się szybko i tanecznym krokiem ruszyła w stronę swojego vana. Usiadłam za kierownicą oddychając głęboko. Sprawdziłam, czy mam ze sobą wszystkie rzeczy. Mając zamiar wyjechać z parkingu spojrzałam w stronę, gdzie wcześniej stał mężczyzna.
Po Ethanie i sportowym samochodzie nie było już śladu. Widocznie pomyliłam przypadkowego kolesia z człowiekiem, którego nie chcę już nigdy więcej widzieć żywo na oczy. Niestety zmuszona jestem czasem oglądać jego twarz w tv, tak jak wczoraj. Do tego przywykłam.
Odetchnęłam głęboko. Uświadomiłam sobie, że nie byłam przygotowana na spotkanie z mężczyzną twarzą w twarz. Już dawno temu obiecałam sobie jedno i będę się starać z całych sił nie złamać tej przysięgi. Będę się z dala trzymać od Ethana oraz jego rodziny.
Nigdy więcej nie dam się zranić przez tego człowieka.
4
"Istniejemy póki ktoś o nas pamięta."
Carlos Ruiz Zafón, Cień wiatru
Lake City, willa państwa Walkerów, teraz
Ten dzień mógł się zdecydowanie lepiej zacząć.
- Tak, tak panie doktorze - nie rozumiałem nic z tego medycznego bełkotu - skoro to będzie dla niej najlepsze.
Kurwa, dlaczego poprzednia terapia nie zadziałała?
- Dobrze, czyli na ten moment zostaje w ośrodku na dwa miesiące z możliwością przedłużenia pobytu?
W tym domu nic się nie zmieniło od dziesięciu lat. Nawet mój pokój zastałem w takim stanie, jakim go zostawiłem lata temu. Plecak leżał pod biurkiem, zeszyty stały poukładane na szafce, a na pucharach zdobytych w zawodach sportowych nie było ani grama kurzu.
Chodziłem po korytarzach pokrytych drogimi dywanami z telefonem przy uchu odwiedzając kolejne pokoje. Nie byłem w stanie się od niego odkleić od samego rana. Poczułem wibracje przy udzie.
Słuchając słów lekarza zerknąłem na wyświetlacz służbowego telefonu. Kurwa, tylko nie teraz. Wiem, że szef nie lubi nieodebranych połączeń, ale teraz naprawdę muszę coś ważnego załatwić.
- Oczywiście. Czek dostarczę do kliniki w przeciągu tygodnia. Nie, nie ma powodów do obaw o brata. Na ten moment zostaje w mieście do czerwca, a może nawet dłużej. Będę się nim w tym czasie zajmował. Niestety, ojciec nie jest w stanie na razie wrócić. Wie pan, służbowe sprawy.
Troy jest prawie dorosły, da sobie radę. Nie dość, że ojciec ciągle zatrudnia gospodynię to brat ma swojego opiekuna przydzielonego od Bogdanowa, więc jest podwójnie pilnowany.
Echo moich kroków odbijało się od kolorowych ścian wypełnionych mrocznymi obrazami. Mama kolekcjonowała je od bardzo dawna. Znienawidziłem ten dom głownie przez ojca. Jego praca całkowicie wypełniła moje życie swoją trucizną. Zbrzydził mi to piękne miejsce na dobre.
- Tak. Dokumenty również podpiszę w przyszłym tygodniu. To wszystko? Dobrze. To do zobaczenia.
Odetchnąłem głęboko chowając prywatny telefon do kieszeni luźnej marynarki. Teraz pora na drugą, chyba zdecydowanie łatwiejszą rozmowę. Powinienem się już dawno przyzwyczaić do podwójnego życia.
- Walker - wiedziałem, że tym razem nie chodziło o listę.
- Słyszałem, że od razu skorzystałeś z okazji i wróciłeś do Lake City - wszędzie poznam ten chłodny rosyjski akcent.
- Nic się przed tobą nie ukryje, prawda Wasin?
Jacob Wasin, prawa ręka Siergieja Bogdanowa - jest to człowiek o twarzy lisa z diabelnie paskudnym charakterem. Na oko może być z dziesięć lat ode mnie starszy, a ma większe doświadczenie w zabijaniu, niż ja razem z ojcem razem wzięci. Gdyby mógł, to na pewno sprzedałby własną matkę, byleby ciągle pozostać nieuchwytnym.
- Da - Jacob nie cierpiał zbędnych gadek - ciesz się wolnym, ile możesz. Praca ci nie ucieknie.
- Dobrze cię znam. Doskonale wiem, że nigdy nie dzwonisz bez powodu.
- Cóż. Spostrzegawczy jesteś młody. Szef kazał ci pogratulować ostatniego zadania. Bardzo dobrze się spisaliście. W nagrodę da ci trochę odpocząć od pracy. Lecz skoro odwiedziłeś stare śmieci, to masz przy okazji jeszcze jedną sprawę do załatwienia w jego imieniu.
- Szczegóły.
- Dostaniesz je w przeciągu godziny. To nic skomplikowanego. Nie popsujemy ci wiosennych wakacji - zaśmiał się głębokim głosem - do usłyszenia.
Rozłączył się zanim zdążyłem mu siarczyście odpowiedzieć. Nie cierpię swojego życia. Przeczesałem palcami włosy zastanawiając się, czego ode mnie chce jeszcze Siergiej. Specjalnie pozamykałem wcześniej sprawy w Atlancie, aby mieć więcej czasu na rozwiązanie rodzinnych problemów. Nie potrzebuje teraz kolejnych powodów do zmartwień, jakbym sam nie miał ich za dużo.
Parę dni temu matka ponownie trafiła do szpitala z powodu przepicia. Na szczęście Roy był wtedy na dyżurze i sprawa nie rozeszła się dalej. Już przed oczami miałem nagłówki gazet: "Znana projektantka upiła się na śmierć". Muszę ponownie wysłać ją na odwyk, jednocześnie zostając tymczasowym opiekunem Troya.
Całe szczęście pobyt matki pokrywa się z moją przerwą między sezonami. Trener poszedł mi na rękę, zwalniając z wiosennych treningów.
Zgodnie ze słowami Jacoba, szczegółowe informacje otrzymałem jeszcze przed południem. Z wiadomości dowiedziałem się o kolejnym celu Bogdanowa. Mam przypomnieć pewnej osobie o spłacie olbrzymiego długu.
Głośno westchnąłem. Co się stało z jego łysymi łepkami od brudnej roboty? Siergiej nie wykorzystuje mnie do straszenia byle płotek. W ciągu kolejnych piętnastu minut pod drzwiami zjawił się kurier z paczką z prywatnego magazynu Rosjanina.
Jadąc w umówione miejsce ponownie zadzwonił prywatny telefon. W głowie układałem plan zadania. Kurwa, czy ci ludzie dadzą mi w końcu spokój?
- Walker - burknąłem do słuchawki.
- Ethan? Kto ci tak na odcisk nadepnął? Brachu, tak szybko odjechałeś, że nie zdążyłem się pożegnać.
- Nie gniewaj się Louis. Mam kilka ważnych spraw do załatwienia w rodzinnych stronach.
Mój najlepszy przyjaciel z drużyny się za mną stęsknił.
- Żałuj. Słońce, plaża, panienki, litry alkoholu. Od kiedy trener odpuścił, zabawa trwa na całego.
Skręciłem w boczną uliczkę, aby zaparkować wóz. Znalazłem miejsce naprzeciw miejskiej uczelni, przed docelowym miejscem zamieszkania celu. Sądząc po ilości samochodów dziś muszą się odbywać jakieś zajęcia. Kto mądry męczy się nauką w weekendy?
- Fajnie.
Nie miałem ochoty na kontynuowanie tej rozmowy teraz, lecz do głowy wpadł mi świetny pomysł.
- Bracie, co powiesz, żebym ogarnął drużynę i zorganizował tajną imprezę w Lake City z okazji rozpoczęcia nowego sezonu? Bez dziennikarzy i wścibskich oczu trenera?
- Koleś, ty tak na serio? Pewnie, że w to wchodzę. A laski będą?
- Oczywiście, że będą - zarezerwuję dla nas najlepszy lokal Siergieja w ramach małej zemsty Jacobowi - tylko wiesz, ogarnij chłopaków tak, aby informacja nigdzie dalej nie wypłynęła, dobra?
Wyszedłem z samochodu sprawdzając, czy broń jest na swoim miejscu. Zerknąłem na zegarek. Według planu dnia dłużnika, mam jeszcze dziesięć minut do wejścia. Oparłem się o swojego mustanga omawiając szczegóły tajnej imprezy z najlepszym kumplem.
- Tylko szybko określ datę. Treningi, zaczną się za dwa miesiące panie kapitanie.
- Myślę, że do miesiąca wszystko ogarniemy. Niech chłopaki spędzą trochę czasu z rodzinami - sam również chcę nadrobić trochę czasu z bratem.
Zdawkowo odpowiadałem na grad pytań Louisa. Moją uwagę odwrócił na chwilę alarm samochodowy. Z ciekawości spojrzałem, z której strony dochodził nieprzyjemny dźwięk. Dostrzegłem młodą kobietę męczącą się z zamkiem szarego focusa. Na pierwszy rzut oka stwierdziłem, że nawet jest ładna. Zastanowiłem się. Chyba ją mogę znać. Dopiero po chwili dotarło do mnie, dlaczego tak intensywnie gapi się w moim kierunku.
- Wiesz co Louis. Mam coś ważnego do załatwienia. Muszę kończyć.
Opuściłem rękę chowając telefon do kieszeni kurtki. Ten dzień, nie mógł stać się jeszcze gorszy. Podświadomie coś mi mówiło, że to będzie olbrzymi błąd. Powrót do rodzinnego miasta nie mógł się gorzej skończyć.
Ta chwila dłużyła się w nieskończoność, przez którą wróciły wszystkie emocje i wspomnienia z nastoletnich lat. Czułem, że tracę kontrolę nad umysłem. Powietrze pomiędzy nami naelektryzowało się. Nie potrafiłem odwrócić wzroku od jej ciała.
Victoria nie zmieniła się wcale. Mimo rozjaśnionych włosów i dziesięciu lat więcej, ciągle olśniewała, lecz teraz w inny sposób. Dziecięca sylwetka całkowicie zniknęła. Stała się bardziej pociągająca. Jej przenikliwe oczy spoglądały z niedowierzaniem w moim kierunku, a na twarzy malował się szok i zdziwienie.
Nie bez powodu urwałem z nią całkowicie kontakt. Liczyłem, że zdąży o mnie zapomnieć i ułożyć sobie spokojne życie. Nie spodziewałem się natomiast, że dziewczyna zdecyduje się zostać w tym okrutnym i zniszczonym mieście. Zawsze miała daleko idące, ambitne plany wyrwania się z tej dziury.
Dopiero, gdy jakaś koleżanka zaczepiła Victorię zmusiłem się do ewakuacji. Szybko wsiadłem do samochodu uważając, aby nie ruszyć zbyt gwałtownie. Serce waliło w klatce jak oszalałe. Mam nadzieję, że tamta kobieta dostatecznie zwróciła sobą uwagę Victorii.
Nie powinienem teraz rezygnować. Mogę być obserwowany przez Wasina lub jego ludzi. Spojrzałem szybko w telefon na szczegóły misji od Bogdanowa. Mam jeszcze dziesięć godzin na dorwanie drania. Zakończę zadanie pod osłoną nocy. Najpierw, musze ochłonąć, ponownie zapomnieć.
8
"Strach tnie głębiej niż miecze."
George R.R. Martin, Gra o tron
Jacksonville, bar studencki na kampusie, lato rok 1989
Nerwowo rozglądałem się po lokalu. Roy jeszcze się nie zjawił. Nie mogę tak długo na niego czekać. Lekko zdenerwowany spojrzałem na zegarek. Dochodzi ósma wieczorem. O dziesiątej czeka mnie kolejna akcja z szefem. Nie mogę się na nią spóźnić.
Śliczna, rudowłosa kelnerka przyniosła mi kolejną szklankę coli. Muszę zachować trzeźwy umysł podczas transportu. Siergiej nie lubi, jak jego ludzie zachowują się nieprofesjonalnie. A ona, nawet niczego sobie. Widocznie wpadłem jej w oko.
Moje myśli co chwila przerywał dźwięk dzwonka przy drzwiach. Do baru weszło kilku studentów. Nerwowo podrapałem się po karku poprawiając granatową czapkę z daszkiem. Jestem dość rozpoznawalną osobą, więc muszę bardzo uważać w miejscach tego typu. Fani są zdolni dosłownie do wszystkiego.
Dla pewności i bezpieczeństwa wybrałem studencki lokal znajdujący się w pobliżu uniwersytetu. Mój stolik znajdował się w najdalszej części sali oraz jest częściowo osłonięty barem. Dodatkowo, stąd widzę wszystkie osoby wchodzące i opuszczające ten przybytek. Mam nadzieję, że nikt mnie nie śledził.
Bar jest on poza zainteresowaniem szefa oraz jego piesków. Przychodzą tu wyłącznie biedni studenci napić się taniego piwa i pograć w bilard. Dla pewności, sprawdziłem, że jego ludzie będą dziś zajęci. Zauważyłem również, że pracująca tu kobieta pasuje do aktualnej listy. Opiekun dał mi wolną rękę i transport. Jeden telefon i wrócę do bazy z nowym towarem.
W końcu dojrzałem Roya. Na szczęście przyszedł sam, tak jak go prosiłem. Poprawił oprawki swoich okularów rozglądając się po sali wypełnionej młodymi ludźmi. Wstałem i pomachałem mu. Usiadł naprzeciwko mnie rozpinając bluzę z logiem bractwa studenckiego. Poprawił szybko rozczochrane włosy.
- Cześć Rob! Fajnie cię widzieć brachu.
- Ciszej Roy. Jestem tu trochę nielegalnie. Nie chcę niepotrzebnego zamieszania - obejrzałem się wokół.
- Dobra, to gadaj. Podobno masz jakąś sprawę.
Schyliłem się zmniejszając dystans pomiędzy nami. Nie zdążyłem nic powiedzieć, bo wróciła kelnerka, aby spisać zamówienie przyjaciela. Po chwili odeszła, a ja odprowadziłem ją wzrokiem do samego baru.
- Jesteś coś nie w sosie. Co się dzieje?
Roy musiał pojrzeć panikę w moich oczach. Tylko on jest w stanie odczytać emocje z mojej twarzy.
- Muszę się jakoś wykręcić z pewnej... sprawy - zacząłem temat niepewny odpowiedzi przyjaciela.
- Sam zaciążyła? Masz zrobić testy na doping? Potrzebujesz czegoś mocniejszego? - zaczął wymieniać szeptem.
- Nie, nie, nie... - przerwałem - chodzi... o pewien biznes, w który się bardzo głupio wkręciłem.
Szare oczy mojego kumpla pociemniały. Chciał coś powiedzieć, lecz przerwała mu dziewczyna niosąc tacę z jego zamówionym piwem. Kiwnął jej głową w podziękowaniu, a ona zawiesiła wzrok na mnie i poszła do kolejnego stolika.
- Jakiego rodzaju... jest to biznes? - zapytał.
- Niebezpieczny - upiłem łyk coli - muszę z niego jakoś wyrwać. Nawet, jeśli to oznacza definitywny koniec mojej kariery.
- Jesteś przecież prawie na szczycie. Dopiero co zostałeś mianowany kapitanem Miami Dolphins. Przecież nie zaprzepaścisz tak wielkiej szansy!
- Ciszej Roy. To, w co się wplątałem... Jest bardzo, bardzo niebezpieczne. Jeden zły ruch i mogę zginąć. W najlepszej opcji zgniję za kratami. A jeśli z nich wyjdę, to i tak strzelą mi w głowę przy najbliższej możliwej okazji.
- W coś ty się wpakował?
Wyciągnąłem z kieszeni skórzanej kurtki świstek papieru. Był to fragment ostatniej listy otrzymanej od Bogdanowa, który udało mi się wyratować przed spaleniem. Ostrożnie przesunąłem kawałek kartki w stronę przyjaciela. Niepewnie rozwinął ją i spojrzał na jej zawartość.
- To jest napisane cyrylicą - skomentował.
- Grażdanką. Jest to fragment mojego zadania.
- Od kiedy znasz rosyjski?
- Od pewnego czasu. Musiałem przejść kurs przyspieszony. Mój szef nie lubi posługiwać się językiem angielskim.
- W coś ty się wpakował? - wyprostował się na krześle z szeroko otwartymi oczami.
Delikatnie odsunąłem fragment kurtki pokazując fragment gnata, z którym mam obowiązek teraz się nie rozstawać. Konkurencja nie przepada zbytnio za moim szefem.
- W pewien biznes. Zajmuję się handlem pięknych towarów. - Ukradkiem spojrzałem na rudowłosą kelnerkę, a przyjaciel odwrócił się w jej kierunku. Mrugnęła do Roya zalotnie.
- Chodzi o kobiety? Jak? Ale jak? - nie mógł dojść do słowa.
- Znalazłem się w nieodpowiednim miejscu, o nieodpowiedniej porze oraz zrobiłem nieodpowiednie zamieszanie. Mogli mnie zabić, ale... - przewałem, bo ktoś przeszedł obok naszego stolika. - Dostałem propozycję nie do odrzucenia.
- I tak cud, że nie znaleźli cię martwego gdzieś na plaży.
- Uratowało mnie jeszcze to, że jestem dość rozpoznawalną twarzą, wokół której się kręci sporo dziewczyn. Traktują mnie jak wabik, a następnie łapią w siatkę i znajdują... pracę w odległych zakątkach globu.
Nie wiedziałem, jak to wszystko ująć.
- Ile w tym siedzisz?
- Pół roku - odpowiedziałem szybko.
- Czego zatem chcesz ode mnie?
- Chciałbym zniknąć. Upozorować własną śmierć. A ty mi w tym pomożesz.
- Robert, ale ja jestem dopiero rezydentem.
- Ale masz dostęp do szpitala. Ja mam pieniądze. Zrobicie mi jakąś nieistotną operację, a ja nie obudzę się po narkozie. Następnie zorganizuję dokumenty, transport i wyjadę gdzieś daleko. Niedługo później dołączy do mnie Samanta, aby nie wzbudzać podejrzeń.
- To będzie bardzo trudne. Nie wiem, czy...
- Ulituj się nade mną... Nie mogę spać przez wyrzuty sumienia. Nie tylko zajmuję się towarem... Odwiedzam też... dłużników mojego szefa. Jestem jak... egzekutor. Nie chcę narażać Samy. Widzę, jak przez to cierpi. Ja... Nie chciałem tego wszystkiego... Nie tak... Miało to wyglądać.
- Dobrze... Coś wymyślę. Musisz mi dać trochę więcej czasu.
- Oczywiście. Dostaniesz tyle, ile potrzebujesz. Wszystko musi pójść zgodnie z planem. Będę się z tobą kontaktował w sprawie szczegółów.
- Robercie... Wiesz co robisz? - upił łyk piwa.
- Nie mam innego wyjścia. Albo ja, albo ona.
Wskazałem na kelnerkę, która znów zaczęła się blisko nas kręcić. Podeszła i zabrała pusty kufel Roya. Chwilę razem pożartowali. Następnie zagadałem ją umawiając się z nią na wyjście po pracy.
Tego wieczoru skreślę kolejną pozycję z listy.
10
"Niestety, człowiek najbardziej nienawidzi kogoś,
na kim mu kiedyś zależało."
Cassandra Clare, Miasto szkła
Lake City, dom Lewisów, wakacje dziewięć lat wcześniej
Dziś mija rok, od kiedy Ethan wyjechał. Czemu o nim znowu dzisiaj myślę? Ava pewnie strzeliłaby mnie gazetą w głowę, gdybym się jej przyznała. Niestety, pomaga dzisiaj do późna dziadkowi w księgarni, więc nici z popołudniowego wypadu do galerii handlowej.
Z myśli wyrwał mnie dźwięk telefonu.
- Tak mamo? - szybko odebrałam aparat.
- Cześć skarbie, mam prośbę.
Obróciłam się na łóżku ściszając telewizor.
- O co chodzi?
- Dzwoniła Samanta z prośbą. Jestem jeszcze na zajęciach i chwilę mi to zajmie, więc pomyślałam, że może ty dasz radę.
- Ale z czym dam radę?
- Popilnować Troya przez godzinkę albo dwie. Jedna z dziewczynek się pochorowała w przedszkolu, więc pani Walker musi jechać z nimi do lekarza. Bierze nianię, bo nie ma innego kierowcy i przez to nie ma z kim zostawić chłopca. Troy bardzo cię lubi. Nie powinnaś mieć z nim problemów.
Na myśl o posiadłości Walkerów przeszły mnie ciarki. Z drugiej strony, pana Roberta, jego dziwnych współpracowników oraz Ethana nie było tam.
- Co ja będę z tego mieć? - zapytałam, licząc na jakiś zysk.
- Dołożę ci coś do kieszonkowego na przyszły miesiąc. Tylko proszę, pośpiesz się.
- Dobrze mamo - odparłam po chwili.
- Moja dziewczyna. Zobaczymy się na kolacji. Pa.
Po kilku minutach byłam na podjeździe willi rodziców Ethana. Postawiłam rower przy wejściu, a następnie zadzwoniłam do drzwi. Otwarła mi gosposia zbierająca się do wyjścia.
- O dzięki Bogu, jesteś Victorio. Pani Samanta czeka w salonie.
- Dobrze, dziękuję za informację.
Weszłam na hol słysząc krzyk jednej z dziewczynek. Niania trzymała jedną z bliźniaczek na rękach. Natomiast pani Walker starała się ubrać drugą dziewczynkę jednocześnie trzymając telefon przy uchu. Troy siedział na kanapie oglądając bajkę. Nie zwracał najmniejszej uwagi na siostry i panujące wokół zamieszanie.
- Vicky, dobrze że jesteś - Samanta schowała telefon do kieszeni - przepraszam za zamieszanie, ale widzisz jak to wygląda.
- Nic nie szkodzi. Pomogę pani.
- Dobrze, więc tak - zastanowiła się chwilę - Troy zjadł podwieczorek i jest ubrany na spacer. Rowerek czeka tu w przedpokoju. Nie będzie nas może z dwie godziny.
- Vicky! Hurra! - siedmiolatek zeskoczył z kanapy.
- Troy zachowuj się grzecznie, bo inaczej Vicky nie będzie chciała więcej iść na spacer z niegrzecznym chłopcem.
- Dobrze mamo - uspokoił się spoglądając na mnie swoimi wielkimi, zielonymi oczami.
- To dla was na lody.
Kobieta wcisnęła mi do ręki banknot pięćdziesięciodolarowy.
- Dla ciebie reszta za fatygę.
- Ale to za dużo!
- W sam raz - przerwała mi - Nina, pakuj Alex do samochodu, zaraz przyjdę.
Pani Walker ponownie zadzwonił telefon.
- No w końcu raczyłeś oddzwonić? - odebrała.
Wzięłam chłopca za rękę i wyszłam na hol w poszukiwaniu jego butów. Chciałam już stąd wyjść. Zauważyłam zdenerwowanie pani Walker. Nie chciałam wchodzić jej w drogę. Ma wybuchowy temperament. Dziennikarze często go wykorzystywali w niemiły sposób ukazując kobietę, jako choleryczkę.
Troy nie chciał mojej pomocy. Sam otworzył szafkę, wyciągnął z niej swoje trampki oraz usiadł na podłodze aby je ubrać. W między czasie, niania wróciła po drugą bliźniaczkę, aby wsadzić ją do samochodu. Chciałam pomóc chłopcu, ale się uparł, że sam zawiąże adidasy. Nauczył się to robić w szkole.
W tle słyszałam, jak pani Walker kłóci się z mężem nie szczędząc przy tym przekleństw.
- Tak cię interesuje rodzina? Pamiętasz? Zostawiłeś tu trójkę dzieci i mnie samą z nimi! - krzyczała - nie obchodzą mnie twoje interesy. Ledwo tutaj sama wytrzymuję.
- Szybciej Troy! - szepnęłam do chłopca, aby mały nie słyszał niemiłych słów.
- Ja sam! Ja sam! - uparł się, jak na złość.
- Mam w dupie to, że przygotowujesz Ethana do tych interesów! To przez nie musieliście uciekać! Czuję, że tracę przez to najstarszego syna. A co, jeśli nie okaże się tak silny, jak ty? Co jeśli przesiąknie tym wszystkim? Myślałeś o tym? Ja co noc o tym myślę! A jak twój szef będzie chciał kolejne dzieci w to mieszać?
Nie chciałam się wtrącać w sprawy rodzinne chłopca, ale ciekawość była silniejsza. Dlaczego musieli uciekać? Czy uciekli przed panią Samantą? W co się wkręcił Ethan z ojcem? Pewnie w słaby kontrakt albo coś takiego.
- Pocałuj Siergieja w dupę. Nie chcę ochrony Wasina ani innego byczka. Nie chcę ich ochrony, tylko ciebie. Zostawiłeś mnie samą z problemami oraz z całym biznesem na głowie. Teraz się małe pochorowały, a ja nawet nie miałam z kim zostawić Troya!
Usłyszałam dźwięk klaksonu auta dochodzący z podwórka. Niania czekała z dziewczynkami na ich mamę. Chłopiec w końcu uporał się z bucikami. Chwycił dzielnie swój niebieski rower i wyprowadził go na podjazd. Wyszłam za nim skołowana całą tą sytuacją.
Pani Walker chwilę po nas zamknęła drzwi wejściowe na klucz. Schowała telefon do kieszeni. Jej twarz nie wyrażała żadnej emocji. Ledwo zmusiła się do uśmiechu, gdy podeszła do synka.
- Pamiętaj, bądź grzeczny - następnie zwróciła się do mnie - weź go do spacerze do siebie, Vicky. Jak będziemy wracać to go odbiorę. Pa kochanie.
Pocałowała synka w policzek. Wsiadła do samochodu machając nam. Po chwili zniknęły w oddali, a ja zostałam sama z małym chłopcem. Stwierdziłam, że ostatni raz tu przychodzę. Coś dziwnego się tu stało. Zachowanie pani Samanty tylko mnie w tym utwierdziło.
Spojrzałam na chłopca. Nie będę się więcej mieszała w problemy tej dziwnej rodziny.
- To co mały? Najpierw rundka po parku, a następnie piłka u mnie w ogrodzie?
- A pójdziemy na lody? - zapytał cicho.
- Możemy iść dwa razy, jeśli tylko chcesz.
- Hura!