List - Pan Iks

-
Proszę czekać

 

 

Zastanawiam się, jakich słów mam użyć, żeby się z tobą przywitać. Wiesz, że nie byłem dobry z języka polskiego, a pisanie listu lub pocztówki przychodzi mi z wielkim trudem.

Nie wiem, czym jest to spowodowane, że za każdym razem (często mi się to w ostatnim czasie zdarzało), kiedy zabieram się do pisania listu lub kartki, pocę się, denerwuję, że coś złego napiszę, strzelę jakąś gafę lub co gorsza zrobię błędy ortograficzne. Tak, wiem, nie powinienem tak bardzo się przejmować. Pewnie dałbyś mi przykład pierwszego lepszego bezdomnego lub kogoś, kto boryka się w tej metropolii z kłopotami finansowymi lub ze śmiercią bliskiej osoby, a potem opowiedziałbyś mi o kłopotach choćby Czarnego Lądu. Połowa społeczności, ba, nawet nie połowa, lecz większość Polaków mieszkających w Polsce by mnie wyśmiała, że się przejmuję śmiesznym listem, a mam inne problemy.

Mimo dokuczającego mi czasami zimna i fetoru, bardziej przejmuje się napisaniem tego listu niż innymi problemami. Chyba zauważyłeś po pierwszych zdaniach, że moje pisanie jest niestaranne?

Piszę na starym trzeszczącym biurku. Gdybym tego mebla nie wzmocnił małymi gwoździami, zwłaszcza krawędzi (górna płyta była oderwana na pół), i nie podłożył pod lewą nogę tektury, bardzo trudno byłoby mi pisać. Wydaje mi się, że te biurko jest zrobione z drewna modrzewiowego, pewności nie mam, ale pamiętam podobne, które kiedyś miałem. Zapytałem o to naszego obecnego staruszka.

– Ojcze, z jakiego drewna jest zrobione to biurko?

– Z modrzewia – usłyszałem krótko z jego ust.

Pomimo że po prawej stronie nie ma szuflad, jedynie środkowa dobrze funkcjonuje, a co się tyczy pozostałych trzech po lewej, to się zacinają. W nich trzymam kilka drobiazgów. Widać po tym meblu, że jest stare, nie będę oszacowywał, ile może mieć lat. Gdyby potrafiło mówić, to by z pewnością opowiedziało pasjonującą historię o sobie.

Od początku, w jakim lesie zostało ścięte, kim byli pierwsi ludzie, którzy swoimi rękami za pomocą maszyn wygładzili i pocięli na odpowiednie kawałki drewno. Kim były kolejne osoby, które zręcznością rzeźbiarza stworzyli ten mebel, w jakim sklepie był, jak długo czekał i kto go kupił, aż po smutną historię jak trafił na śmieci niepotrzebny, czemu nie trafił na rozpałkę... Widocznie miał jeszcze mi służyć.

Jest odrapany w wielu miejscach przez kota. Brązowa farba schodzi, lakier dawno przestał chronić przed autodestrukcją. Jedynie, co mi się tu nie podoba, to popisany blat czarnym długopisem i flamastrem, trudno mi odczytać napisy. Najbardziej jest widoczna swastyka. Sądzę, że korzystał z tego biurka chłopak, a nie dziewczyna.

Pomimo że ten mebel służył komuś długo, to i mnie jeszcze posłuży nim, obróci się w perzynę. Nie wiem, czy wspomniałem, że pisze przy słabym świetle. Lampkę nocną, która tu stoi, znalazłem razem z tym biurkiem, kilka ulic od mojego obecnego miejsca zamieszkania.

Możesz mi uwierzyć lub nie, nie pamiętam, jak się pisze list, nie pamiętam również, kiedy ostatni list napisałem. Pamiętam tylko, że rok temu wysłałem do rodziców kartkę, kilka słów, jak się czują, i pozdrowienia, to wszystko. A list? Myślę, że to było w czasach studenckich.

Nie chcę odwalić fuszerki, jak choćby czasami miało to miejsce na budowie. Nie mogę sobie na to pozwolić, nie mogę, czy to rozumiesz? To ma być taka dokładna praca, jak namalowanie obrazu, każde pociągnięcie pędzla, dobór koloru musi być przemyślany. Zapewne każdy malarz, nim przystąpi do pracy, to widzi, co chce namalować, ma przed oczami szkic i w czasie pracy swój plan lekko modyfikuje, aby powstało jak najlepsze dzieło. Tym razem nie chcę napisać byle jakiego listu, pragnę, żeby ten oto list był napisany w sposób płynny, przejrzysty, zrozumiały i co najważniejsze czytelny i bez błędów, i dlatego na tym trzeszczącym ze starości biurku leżą dwa słowniki: ortograficzny i poprawnej polszczyzny. Będę się starał pisać powoli, oczywiście starannie. Gdy będę miał jakieś wątpliwości, zajrzę do słownika ortograficznego lub tego drugiego.

Na pewno ani dziś, ani jutro tego listu nie skończę, bo to będzie list nie taki zwyczajny. Będzie zawierał niezwykłą treść, wiele napisanych kartek i specyfikę, o jakim zdarzeniu piszę.

Mogę zdradzić, że to wydarzenie zmieni raz na zawsze moje dotychczasowe życie. Jeżeli pojawią się jakieś błędy (a na pewno się pojawią) ortograficzne lub inne podobne, wybacz, postaram się pisać bez błędów ortograficznych, interpunkcyjnych i innych tego typu.

Czuję się w pewnym sensie jak malarz, który widzi swój obraz, ze szczegółami, rozkoszuje się nim w głowie i chciałby dzielić się nim z innymi. Czy każdy malarz artysta długo myśli nad stworzeniem swojego dzieła, a może jest to impuls albo ktoś go (lub ją) zainspirował?

Zanim wziąłem się do napisania tego listu, przeanalizowałem swojego życie i odpowiedziałem na wiele trudnych pytań. Co najważniejsze, musiałem z siebie wydobyć chęci, wiarę i radość z pisania, żeby ten list mnie nie męczył. Chciałem wręcz delektować się nim jak tortem... Czy mi się udało?

Początek mam już za sobą, teraz trzeba się przywitać.

 

Witaj, Marku,

co u ciebie słychać? Jak się miewają twoje urocze dzieci? A co słychać u twojej uroczej małżonki, opiekuje się waszymi pociechami, a może ciągle na pół etatu wykonuje swój zawód? Powiedz, czy nadal się na mnie gniewa, przeklina moje imię, a może mi wybaczyła? A zdrowie wam dopisuje, zwłaszcza tobie? Przeczytałem w "Gazecie Wyborczej", że miałeś wypadek samochodowy, pijany kierowca przejechał na czerwonym świetle, uderzając w przód twojego auta. Napisano: "Kierowca mercedesa doznał jedynie złamania kciuka. Najprawdopodobniej sekundę później (a nie jak to miało miejsce przed) na środku skrzyżowania doszłoby do czołowego zderzenia pojazdów, co wynika z ustaleń policji, a pan Marek mógłby zginać na miejscu". Czy po tym wydarzeniu udało ci się od razu podnieść, a może miałeś lekki kryzys?

A w pracy odnosisz same sukcesy? Ty pewnie byś powiedział, zwłaszcza po tym wypadku, tak: "Życie jest piękne, a chwilami brutalne".

Tak, zgadzam się. Nie tylko ty o tym się przekonałeś, ja i miliony ludzi, od Alaski po Chiny, skończywszy na dzikich terenach, gdzie ludzie też żyją.

Pewnie się zastanawiasz, co mnie skłoniło do napisania tego oto listu. Jak wspomniałem na wstępie, to mój pierwszy list od bardzo, bardzo dawna. Mam kilka powodów. Jakich? Pozwól, że wyjaśnię ci powoli, dokładnie i zrozumiale.

Przyznam, że miałem ten list napisać o wiele wcześniej. Zwlekałem, towarzyszyło mi zniechęcenie, nie miałem ani samozaparcia, ani pomysłu – w mojej głowie panowała pustka. Wiedz, że zanim przystąpiłem do ponownego pisania tego listu, próbowałem napisać go kilka dni wcześniej, aczkolwiek czegoś mi brakowało: motywacji, pozytywnego myślenia, a może większej wiary niż do tej pory miałem? Wszystkie moje dotychczasowe próby spełzły na niczym. Widać to, gdy się spojrzy na podłogę, zgniecione kartki leżą obok kosza (fioletowe wiaderko, a na nim nałożona reklamówka z Biedronki), walają się po brudnej podłodze, niektóre są pogryzione przez myszy. Śpię w tym ciemnym, słabo oświetlonym, zagrzybionym i nieprzyjemnie pachnącym pomieszczeniu, dokładnie mówiąc, na dwóch płytach grubości jednego centymetra leży materac i stary śpiwór, który mi dałeś pięć lat temu.

Zastanawiam się głęboko na tym listem, drogi Marku.

Jak porównasz mój początek, czy tak kiepsko, a może pozytywnie?

– Hm. Jak tornado, nie raczej jak wysoka fala, która pędzi w kierunku lądu i gdy widzą, to drżą ze strachu na jej widok, a im bliżej lądu, tym fala traci swoją potęgę – tak kilka dni temu coś takiego cicho sam do siebie powiedziałem, w moim przypadku tak było.

– Eureka! – Sam do siebie ni to głośno, ni to cicho powiedziałem i dodałem z wiarą: – Mam świetny pomysł na napisanie listu. – Tak mi się wtedy wydawało.

Zabrałem się do pisania z takim zapałem jak nigdy wcześniej. Naładowany pozytywną energią i wierząc, że to jest to, pisałem jak zahipnotyzowany, bez wytchnienia, bez przerwy na przekąskę lub kawę, nie czułem ani zmęczenia, ani bólu w lewej ręce, aż po jakimś czasie nastąpił kryzys. Z czasem wiara opadała, jak temperatura w pomieszczeniu, które zimą jest nieogrzewane.

Zacząłem mieć wątpliwości, zadawałem sobie różne pytania, jakie? Czy to jest to? Czy chcę napisać szczery list? Czy to ma sens? Dlaczego to robię itp.? To jest głupie?

Wiem jedno, gdybym nie zaprzątał swojej głowy chorymi bezsensownymi pytaniami, które mnie doprowadziły do zguby, pewnie bym teraz był w innym punkcie pisania.

Zniechęcałem się, czytając te zapiski z kilku listów, a w każdym napisałem po kilka kancelaryjnych kartek.

W każdym są zdania, które można wybrać, napisane piękną polszczyzną, z tych zdań tak jak z puzzli można ułożyć początek listu, teraz te zgniecione kartki walają się po brudnej drewnianej podłodze. Zanim przystąpiłem do ponownego i sądzę ostatecznego pisania, podniosłem kilka kartek zgniecionych w kulkę leżących tuż obok mnie, wystarczy się schylić. Niedbale rzucałem białe zapisane kartki w sposób koszykarski. Pomimo że kosz stoi koło ściany, zaledwie dwa metry od biurka, to rzadko trafiałem i pewnie stąd wynika to, że większość kartek powinna być w wiadrze, a nie na podłodze. A najdziwniejsze w tym jest, że te, które nie wpadły do kosza, wracały, jakby chciały przemówić: "Przydamy ci się, nie wyrzucaj nas".

Traktuję to jako świetną zabawę, przewertowałem pogniecione kartki i wybieram najlepsze zdania, żeby mieć początek listu. Zaznaczyłem je ołówkiem, a nieliczne, które mi się przydadzą w pierwszej kolejności, podkreśliłem żółtym mazakiem, resztę muszę napisać sam i być bardzo ostrożny. W tym liście może znaleźć się dużo przekleństw. Wiem, że tego nie cierpisz, każdemu zwracasz uwagę, gdy ktoś przeklina w twoim towarzystwie. Nie mam pewności, czy w tym liście nie użyję tych paskudnych słów, przez ciebie nietolerowanych, obiecać nie mogę, one są we mnie na dnie. Czekają, żebym je uwolnił, otworzył drzwi, czekają cierpliwie, żeby wpadł gniew lub co gorsza zaczął biadolić na swój los. Czekają, żeby mój dobry stan zmienił się na kiepski jak pogoda, rano świeci słońce, a wieczorem już na niebie wiszą złowrogie chmury. Jestem pewien, że łatwością wyjdą, nie napotkają ani jednej przeszkody. Przynajmniej spróbuję nie używać zbyt często wulgaryzmów. Nie miej do mnie pretensji ani nie wpadaj w szał, jeżeli ich czasem użyję. Według mnie te wulgarne słowa wyrażają gniew i złość. Czasami tobie też zdarzyło się przekląć. Czy nie czułeś, że te słowa wydobywają najgorszą energię i pomagają? Wyrzucając to, co najgorsze, czy czasem nie czułeś się lepiej? Pamiętam twoje pytania, kiedy byliśmy początkującymi studentami.

– Dlaczego ludzie przeklinają? Skąd się wzięły przekleństwa? Kto je wymyślił? Czy musimy przeklinać, czy nie można innych słów dobrać?

A ja ci odpowiedziałem ze śmiechem:

– Marku, zbyt filozofujesz. – A następne zdanie dodawałem całkiem poważnie: – Warto nad tym się zastanowić.

Mam do ciebie pytanie. Czy już znalazłaś odpowiedzi na te nurtujące pytania? Chyba zauważyłeś, że w każdym języku istnieją przekleństwa. Sądzę, że te wulgaryzmy były nieodłącznym elementem człowieka od powstania tak jak kobieta. Bardzo trudno jednoznacznie odpowiedzieć na te i inne ważne pytania.

Od początku lat dziecięcych interesowało mnie życie. Wiadomo, gdy się jest dzieckiem, wydają się one głupie, a może wręcz śmieszne, a przecież to był początek poszukiwań odpowiedzi na nurtujące pytania. Wraz z dorastaniem i nabywaniem mądrości stawiane pytania są głęboko przemyślane zawierające esencje zrozumienia. I z każdym rokiem dorastania odnajdujemy odpowiedzi na nurtujące pytania. Do tej pory nie znalazłem odpowiedzi, a czy ty znalazłeś? Na takie pytania, jak te: Po co żyjemy? Dlaczego jeżeli Bóg istnieje (mam wątpliwości), stworzył ludzi? Jakie ma wobec nas plany? Dlaczego potrzebujemy kobiet i odwrotnie? A cierpienie, cały tragizm drugiej wojny światowej... Gdyby Bóg istniał, dlaczego temu nie zapobiegł?

Gazowanie niewinnych ludzi, dzieci, kobiet, mężczyzn, holokaust na ogromną skalę, czym te istoty były zawiniły? Jaki grzech popełniły, że zginęły w haniebny sposób? Te skur... hitlerowcy, skąd się biorą tacy podli ludzie. Jakieś kobiety rodzą potwory, które są nawet we współczesnym świecie. Pomimo że w Europie jest spokojnie, ale to, co się dzieje w Afryce, to włosy jeżą się mi na głowię i tracę wiarę, że Bóg istnieje.

Słyszałeś o konflikcie miedzy Etiopią a Erytreą. Różne źródła podają, że zginęło od trzystu do czterystu tysięcy ludzi, a w wojnie domowej na tle etnicznym w Ruandzie zginęło około miliona. Ci współcześni naziści mordowali kobiety, dzieci, bawili się, głośno się śmiejąc.

Do dziś mam w głowie zachowane obrazy, a zwłaszcza obraz gówniarza – mógł mieć ze dwanaście lat. Wyrwał z rąk matki niemowlę i rzucił do ognia.

A co się dzieje obecnie w Azji i pozostałych częściach świata? To bolączka tego świata, że ludzie nie potrafią żyć w pokoju, ciągle musimy wojować, wydaje mi się, że bez wojny lub potyczek między sobą nie potrafimy żyć, to jest nasz chleb i woda. Jeżeli tego pragnienia nie zaspokoimy, to umrzemy. A ty jak uważasz?

Od roku 1914 do obecnych czasów zamiast ludzie popularyzować idee pokoju, idą ku upadkowi, który doprowadzi do całkowitego unicestwienia populacji ludzkiej. W Biblii jest coś na temat Armagedonu. Czy stanie się to samo, co za czasów Noego?

Od niepamiętnych czasów rodziły, rodzą i będą się rodzić potwory, czyja jest to winna, jeżeli nie nasza? Nie zrozum mnie źle, wychowanie dzieci, krzewienie dobra, pokazywanie wzorców nie gwiazd filmowych, sportowych, ale wzorców ludzi prostych, niekoniecznie pobożnych, to mogą być rodzice, dziadkowie, obcy ludzie. To od nas samych zależy, jak za młodu ukształtujemy człowieka. Obracamy się w społeczności pod wieloma względami bogatej w religie, wychowanie, krzewienie idei i innych aspektów społecznych. Według mnie bez względu na to, z jakiej religii się wywodzimy, bez względu na narodowość i kolor skóry, podstawowym czynnikiem, zadaniem numer jeden jest (powinno być) krzewienie od początku narodzin dziecka idei pokoju. Pod tym względem każdy powinien być zgodny, a nie jest.

Nie pamiętam, kto mi powiedział te oto słowa, a może gdzieś je przeczytałem, mniejsza o to: "Człowiek rządzi człowiekiem ku jego szkodzie". Zadaję sobie podstawowe pytanie: "Jeżeli tak dalej będziemy postępować, to czy ludzka rasa przetrwa?". Nie wierzę, że ludzie przeżyją, jeżeli ciągle będziemy się mordować. Ile od 1914 do 2000 roku zginęło ludzi z rąk innych? Sto milionów, więcej, mniej? Jeżeli pierwsza wojna światowa pochłonęła 10 milionów ludzi, a druga wojna światowa 55 milinów, a może nawet więcej, to uwypukla tragizm.

A ile ludzi zginęło od śmierci Jezusa Chrystusa do roku 1914? Dlaczego Bóg dopuścił i dopuszcza do ludobójstwa na przeogromną skalę? Znasz mnie, bracie, już o tym wspomniałem, powątpiewam w istnienie Boga. Jeśliby istniał, nie dopuściłby do holokaustu.

Czym zawinili Żydzi, Cyganie lub inne nacje mniejszościowe? Każdy z nas ma na sumieniu grzechy, ale czy to znaczy, że mamy zginąć w brutalny sposób, a nie śmiercią naturalną?

Jeżeli Bóg wybawił Izrael z rąk Egipcjan, nie mógł wybawić, a najlepiej zgładzić takich ludzi jak: Hitler, Stalin, Mussolini. Saddam Husajn, Bush i wielu innych? Zdmuchnąć ich niczym płomień świecy. Głęboko się zastanawiam, na czym nasz byt polega: na wzajemnym mordowaniu, wyzysku, bogaceniu się kosztem słabszych, a potem, co dalej – żyć wiecznie nie będziemy. Przecież nie na tym polega życie. A według ciebie, na czym ono polega, jakbyś to zinterpretował? Hm, ja w prosty sposób. "Życie polega według mnie na cieszeniu się drobiazgami, podziwianiu pięknej przyrody, słuchaniu ptasiego śpiewu, cieszeniu się, że mamy dom, kochaną rodzinę, że nie głodujemy i mamy się w co ubrać, cieszmy się tym, co natura daje, dzieleniu się i radowaniu, że możemy coś komuś dać, jak choćby zerwane w ogrodzie jabłko, gruszka lub inny owoc. Podnoszeniu wibracji przez medytację, aby stać się miłością życia i wykorzenić negatywną energię, która od początku poczęcia jest nam przekazywana, by na koniec naszej drogi wrócić do źródła życia – stając się miłością, a zarazem jednością. Powinniśmy się cieszyć, że możemy spędzać czas z ukochaną osobą, grać z przyjaciółmi w różne gry zespołowe, pójść na koncert lub do nocnego klub, napić się piwa i pogadać, tak jak ja się cieszę, że niedługo dam ci ten list.

Każdy człowiek powinien szanować drugiego bez względu na wyznanie, kolor skóry, upodobania do płci lub narodowość. Nasze zachowanie jest gorsze niż zachowanie zwierząt, potrafię zrozumieć zwierzęcy kodeks, który mówi: "Zabijamy w obronie, zabijamy dla pożywienia", a nie tak jak my dla pieniędzy, władzy, przyjemności, zazdrości – nienawiści, to jest okrutne, ale prawdziwe i bardzo bolesne. W życiu dużo przeszedłem pomimo młodego wieku. Nienawidzę mordowania, mimo że sam byłem wielokrotnie bliski zamordowania człowieka, ale tego nie zrobiłem.

Wiem, że byłem (i wciąż jestem) opętany przez demony, ale czy to znaczy, że mam kogoś zabić dla zysku czy choćby że nie kibicuję mojej ukochanej drużynie, mam zabić pierwszego napotkanego żebraka, aby ulżyć za nieradzenie sobie w życiu, bo ona jest temu winna nie ja? Dlaczego tego nie zrobiłem, pomimo że byłem tego haniebnego czynu bardzo bliski?

Tak, to bardzo dobrze, że nikogo nie zamordowałem, przynajmniej w tym jestem czysty.

I mogę każdemu spojrzeć w oczy i to powiedzieć.

Pamiętam bardzo dobrze wydarzenie, kiedy pierwszy raz byłem bliski zamordowania człowieka. To było w siódmej klasie, jeżeli dobrze pamiętam – wtedy się poznaliśmy. Na jakieś podrzędnej dyskotece, gdy byłem po maryśce jakiś gówniarz – wyglądał na starszego – uderzył w twarz dziewczynę, tak że z jej ust poleciła stróżka krwi, od razu wkroczyłem do akcji. Tańczyłem koło niej z brunetką, która była na fazie. Nim pomyślałem, co ja robię, uderzyłem tego gagatka pięścią w twarz. Był zaskoczony tym prawym sierpowym, a kto by nie był?

Powalony na drewnianą podłogę, skoczyłem na niego, przez chwilę szamotaliśmy się, aż wreszcie udało mi się usiąść na nim i zacząłem okładać go pięściami.

– Co będziesz, skurwysynie, bił dziewczynę! – Powiedziałem to zdanie z nienawiścią.

Widownia utworzyła koło i zaczęła obserwować, dopingować, a ja robiłem swoje, okładam go pięściami.

Ktoś podszedł do mnie od tyłu, ty zaś nogą z półobrotu rozbiłeś w jego ręce butelkę po piwie i grozisz palcem, a następnie odciągasz mnie od tego chłopaka, którego o mało nie skatowałem. Z tą dziewczyną od razu wyszliśmy. Zanim przyjechało pogotowie, byliśmy już w tramwaju. Nigdy nie uderzyłem dziewczyny bez względu, w jakim byłem stanie: trzeźwy, piany czy na haju, zawsze potrafiłem się powstrzymać lub stanąć po słabszej stronie.

Tu warto przytoczyć pewien incydent, który wydarzy się trzy, może cztery lata temu. Idę nocą jedną z warszawskich ulic (nazwy nie pamiętam, głośno było o tym w TV,) pamiętam za to dobrze, że to było w dzielnicy Praga Południe. Lepią się do mnie tanie prostytutki jak pszczoły do miodu, ja już jestem po sporej dawce haszyszu. Rudej wkładam rękę między nogi, chwilę później dotykam jej dużych piersi, pyta, czy mam ochotę bzyknąć ją niedrogo. Już chcę odpowiedzieć twierdząco, gdy słyszę krzyk.

– Pomocy, pomocy! – Dobiega z którejś z trzech wąskich uliczek, auta tłumią kolejne nawoływanie.

Zastanowiłem się: "Chyba mam halucynacje, a może sprawdzę". Pomimo że mam ochotę na seks, odstawiam dziwkę, nasłuchuję, idę, chciałem zaspokoić ciekawość?

Pomimo że jestem zamroczony przez alkohol i narkotyki, wyostrzam swoje zmysły, jak tylko potrafię, słyszę wyraziście – nie to nie halucynacja.

– Pomocy! Po...moocc... – Włączyła się czerwona lampka w mojej głowie. Nagle stan zamroczenia zniknął, przez krótką chwilę poczułem się rześko, świeży, wypełniony pozytywną energią.

Szybko odnajduje tę małą w słabo oświetlonej uliczce, raczej w ślepym zaułku. To pierwsza wąska uliczka, na którą natrafiłem. Tylne drzwi zamknięte, prowadzące do restauracji, a może do domu publicznego, nie wiem. Niedaleko stoi czarny kontener, a na samej górze nieliczne okna.

Ściany podrapane i popisane grafikami, nie wiem, co tam widnieje, ten zaułek upiornie wygląda, szczególnie.

Prawdopodobnie, gdyby ten chłopak krzyczał nie z pierwszej, lecz drugiej, trzeciej wąskiej uliczki, tobym go w ogóle nie usłyszał, a tak między tą ślepą uliczką a stojącymi prostytutkami dzieliło mnie dziesięć, może więcej metrów. Trudno mi jednoznacznie podać dokładną odległość, jednym słowem było blisko i to prawdopodobnie uratowało tego chłopaka. Co widzę? Trzech młodych typków, po posturze rozpoznaje, że są młodzi, mają góra dwadzieścia lat.

Jest jeszcze jeden pod ścianą, później dostrzegam, że ma limo pod czołem, i złamany na przodzie ząb – "chyba to ten krzyczał pomocy" – pomyślałem, zakleszczony przez tych typków cały się trzęsie, wrzasnąłem.

– Co jest kurwa! – Wystraszeni obracają się, ubrani markowe ciuchy i buty. Wyglądają w tych fioletowych dresach Pumy jak bliźniacy, ale różnią się, budową ciała i fryzurą.

Ten po lewej pyta pogardliwie:

– Co chcesz oberwać? – Krótka pauza, spojrzał na swoich ziomków i dodał: – Zmywaj się, gnojku, już! Poszedł kundel do budy!

Ze stoickim spokojem odpowiadam:

– Do kogo te słowa, koleś?

Drugi na to odpowiada, przez zaciskane zęby i grozi mi pięścią.

– Wypierdalaj? Chcesz wpierdol?

Patrzę na nich, zachowując zimną krew, nie daję po sobie poznać, że się boję. Przez chwilę mi się wydaje, że to jest szkolna zabawa. Podeszli, stanęli dwa metry ode mnie i wszyscy jednocześnie wyjmują scyzoryki. Śmieją się głośno, jednocześnie patrzą na siebie, a ten ogolony na łyso i naładowany sterydami mówi pewnie:

– No to ściągaj to ubranko, wyskakuj z kapuchy i wszystkiego, co masz, bo inaczej cienko będzie z tobą.

Nie odpowiadam, patrzą na mnie jak stado wygłodniałych wilków i za chwilę na swoją ofiarę z całym impetem się rzucą – przez głowę przeleciał mi taki scenariusz. Zapadła na moment cisza, słychać jedynie warkot auta i gdzieś w dali przytłumiony odgłos syren ambulansu, po krótkiej chwili ten sam młody chłopaczek dodaje.

– My nie żartujemy koleś – słyszę pewność w jego głosie i szyderczy śmiech.

"Jacy chojracy, są pewni siebie, trzeba dać im nauczkę" – ta myśl długo siedzi w moje głowie.

– Tacy jesteście cwani? – rzucam obojętnie, a oni w śmiech, po chwili z lekkim uśmiechem dodaję.

– Pozwólcie, że przedstawię wam mojego kolegę, który w ciągu kilku sekund was powali!

Badają mnie wzrokiem, czy nie blefuję, już nie ma na ich twarzach głupiego uśmieszku, teraz widać lekki strach, niepewność. Wyjąłem zza pasa z tylnej prawej strony pistolet WIST 94 z lufą skierowaną do dołu, abym miał łatwy dostęp do chwycenia rękojeści.

– Nie potrafię ci wyjaśnić, dlaczego tego dnia wziąłem broń. Dostałem ją za drobną pomoc. – Bez skrupułów do tych typków strzeliłem, nie żeby ich zabić, wycelowałem w kolana, trzy krótkie odgłosy: "bum, bum, bum". W tym samym momencie niedaleko mnie usłyszałem podobny odgłos i zderzenie. Nie wiedziałem, co się stało, później po tym incydencie przeszedłem koło poloneza, w którym nie dość, że pękła opona, to przygrzmocił w białego prawie nowiusieńkiego mercedesa na niemieckich blachach. Wszyscy trzej padli na asfalt.

– Zgłupiałeś, skurwysynu! – wrzasnął ten z lewej.

– My żartowaliśmy? – dodał ten z prawej.

A ja z rozbrajającą szczerością powiedziałem:

– A ja nie.

Przenoszę wzrok na tego typka, który jest pod ścianą i przygląda się temu przedstawieniu. Widzę, że nie może opanować drgawek, ręce mu latają jakby pracował młotem pneumatycznym.

– Ty tam, chodź, co stoisz pod ścianą! – Słyszę stek wyzwisk pod moim adresem od tych typków leżących i zwijających się z bólach. Chudzielec podszedł do mnie, a ja z całą powagą powiedziałem: – Tylko bez żadnej ściemy, bo tobie też się oberwie. Co ci te śmiecie zabrali?

– Mi, mi, pa, pa, nie? – Chwila ciszy, stara się opanować jąkanie, nerwy i nieoczekiwanie wyrzuca z siebie jedno wyraźnie wypowiedziane słowo:

– Kasę!

– Coś jeszcze, tylko kasę, telefon, karty bankowe, zegarek. Na co czekasz, co jest twoje, to zabieraj i nie dyskutuj, zrozumiano?

– Tak, rozumem, dzięki, proszę pana. – Bardzo cicho, aczkolwiek wyraziście to powiedział.

Te typki szamocą się z tym chudzielcem, nie pozwalają sobie odebrać tego, co mu zabrali. Ponownie wyjmuję kaburę, którą przed chwilą schowałem, i z wściekłością mówię:

– Nie radzę, tym razem nie spudłuję!

Dają za wygraną, a rudzielec odzyskuje skradzione przedmioty i chce uciec.

– A ty, dokąd?

– Ja, ja do, do domu, proszę pana – odpowiada zdezorientowany.

– Jeszcze nie skończyłem, pomożesz mi ściągnąć z nich ubrania.

Podchodzę do jednego z nich, tego, który ma długie włosy, przystawiam pistolet do skroni, a rudzielec pomaga ścigać z napastników ubrania, zostają w majtkach i skarpetkach. Jeden z tych typków krzyczy z nienawiścią. Gdyby miał możliwość, pewnie teraz by mnie kropnął.

– Pożałujesz tego, chuju, pożałujesz!

Mają szczęście, że jest czerwiec, a nie zima, noc jest duszna, nie grozi im hipotermia.

Podchodzę do tego, który ciągle mnie wyzywa, ma wygląd włoski. Przystawiam mu pukawkę do skroni, chwilę się delektuję tym i mówię.

– Kto jest chujem? No kto, cwelu, pożegnaj się życiem.

W jego oczach widzę przerażenie, a w moich jest czysta nienawiść, nienawiść demona, nad którą nie mogę zapanować, a może nie chcę. Pragnę krwi, pragnę ich skamlenia, płaczu, pragnę zemsty za to, co dziś usłyszałem.

– Litości nie będzie – szepczę. Otwieram mu usta, wkładam lufę, patrzę, delektuję się jego bólem, strachem.

Jego kumpel krzyczy:

– Stary nie rób tego, na litość boską! Jesteś pojebany, nie panujesz nad sobą!

– Ano jestem – odparłem krótko i po chwili dodałem: – Adios, amigo. – W tym momencie nacisnąłem spust. Pik – zabrakło naboi. Wyjmuję z kieszeni magazynek, wkładam do pistoletu, podnoszę się i mówię: – Macie szczęście, wielkie szczęście, następnym razem nie będziecie mieli.

Zabraliśmy im ciuchy, które potem wrzuciliśmy do kosza. I nagle ten rudzielec się przedstawia:

– Jestem Hubert, a pan, proszę pana?

Nie odpowiedziałem. Tamtego wieczoru oni, ja i ten Hubert – wszyscy mieliśmy szczęście. Ja, ponieważ nikogo nie zabiłem, a byłem naprawdę bardzo bliski, oni ponieważ na mnie trafili, a nie na typowego mafiosa, mogłem ich zabić, ale ich jedynie postrzeliłem, i ten, którego chciałem, zabić miał niebywałe szczęście, że zabrakło w magazynku naboi. Gdyby nie pusty magazynek, to chyba nikt by mnie nie powstrzymał? Wpadłem w furię.

Tego dnia sumienie się odezwało, wieczorem na pół przytomny wróciłem do swojego mieszkania i przed snem podziękowałem Bogu.

Potem, pomimo że wielokrotnie byłem pod szatańskim wpływem, tamtego wieczoru obiecałem sobie, że nikogo nie zabiję, bez względu na cenę. Było blisko, żebym przelał niewinną krew. Nieprawdaż, śmiesznie to brzmi, jeżeli te typki chciały go obrabować i spuścić mu manto.

Wiele razy mi się zdarzało, ale udawało mi się w ostatniej chwili powstrzymać od morderstwa, zawsze budziła się we mnie iskra współczucia, i to prawie w ostatniej chwili. Wiedz, że to nie było łatwa walka, jeżeli się jest pod wpływem alkoholu, narkotyku, towarzystwa. Czy masz pojęcie lub wyobrażenie, jaka to była walka? Trzeba było przeogromnego wysiłku – powinni mnie powstrzymać ci, którzy patrzyli na tych biedaków, których miałem zakatrupić. Nic, patrzyli obojętnie na tego, który dostał się w moje ręce. Wiem, że czuli przede mną respekt, a niektórzy krzyczeli: "Zabij, zabij tego drania!"

Tego typu teksty wychodziły z ust moich kolegów i nie tylko wzniecali ogień, zamiast go ugasić, to bardzo rzadko słyszałem teksty typu: "Opamiętaj się, człowieku, nie rób tego!"

Gdyby ktoś mnie zakuł w kajdany, to byłoby mi łatwo walczyć z mordobiciem. Nic nie pokazywałem, za każdym razem miałem kamienny wyraz twarzy, ale oczy iskrzyły od nienawiści, a gdzieś na dnie przechodziłem piekło. Odzywała się moja dobra strona, która nie pozwoliła zabić. Zamykałem oczy i próbowałem zabić, powoli naciskając spust, brakowało postawienia kropki nad i, brakowało tego ostatecznego ruchu. Dobrze, że tego paskudnego czynu nie zrobiłem. Czy byłeś w takiej sytuacji lub podobnej? Raczej nie, ty masz życie usłanie różami, powiesz coś w stylu: "Nie jest tak, jak myślisz".

Tak, to prawda, ale porównując moje życie do twojego, w twoim od początku poczęcia masz stabilnie, radośnie, spokojnie i masz szczęście, że kłopoty cię nie szukają. Tak, zgadza się, niektórych mogłem uniknąć, a niektórych nie.

Z czego to wynika, z podejmowanych błędnie decyzji? Drogi przyjacielu, marzyłem, żeby moje życie wyglądało na szczęśliwe. Co mam na myśli? Pozwolisz, że posłużę się twoim przykładem.

Masz żonę, dwoje wspaniałych dzieci, dom, auto i chyba lubisz swoją pracę. O takim życiu marzyłem. Tak, wiem, co mi powiesz:

– Życie bez kłopotów nie istnieje.

– Czy będzie istnieć kiedykolwiek takie życie?

Każdy z nas ma jakieś kłopoty. Ludzie borykają się z ubóstwem, z problemami finansowym i zdrowotnymi itp. Dlaczego o tym wspominam?

Kiedyś, mieszkając z twoimi rodzicami, patrzyłem z punktu widzenia człowieka dobrze sytuowanego na ludzi, którzy są w gorszej sytuacji. Co czują? Jak sobie radzą? Czy kogoś obwiniają? Wierzą? Na te pytanie znam odpowiedź, bo sam jestem obecnie w takiej sytuacji.

Nigdy o takim życiu nie marzyłem, chyba nikt z nas nie marzył (nie marzy), żeby być w takiej lub podobnej sytuacji, w jakiej się znalazłem. Obecnie walczę z różnymi problemami życia, o których wspomnę w liście, więc czytaj uważnie, a dowiesz się wszystkiego.

Miałem dosyć wykorzystywania ciebie, dawałeś mi kasę, wiedziałeś, na co ją przeznaczam.

Długo mieszkałem w twoim domu. Nie zdawałem sobie sprawy, jak mogłem ci zaszkodzić, w ten deszczowy dzień nie poszedłem, jak zwykle, się uchlać. Nie wiem, czy twoja żona wiedziała. Wątpię, nie mówiła wówczas tak głośno, raczej szeptem. Obudził mnie jej krzyk, jeszcze nie wytrzeźwiałem, doczołgałem się do schodów, na zegarku z kukułką wybiła piąta po południu,

Tego dnia wcześnie wróciłeś z pracy, co mnie zdziwiło.

– Marku, słuchaj mnie, mam już dosyć twojego brata!

– Marta, muszę mu pomóc – odrzekłeś łagodnie.

– Nic nie musisz! Dzień w dzień przychodzi pijany, a czasem naćpany. Dłużej tego nie będę tolerowała – powiedziała z nutą nienawiści.

– Marta...

– Nie, ten szmaciarz niszczy nasze życie. Nie słyszysz, co sąsiedzi o nas mówią, nie widzisz, jak na nas patrzą? Mam już tego dosyć!

– Zrozum, to tylko ludzie, mój brat jest chory. – Łagodnym bez emocji tonem odpowiadałeś.

– No to, kurwa, bierz go za szmaty i jazda na odwyk!

– Tego nie zrobię, dopóki on sam się nie zgodzi.

– Twój brat wykorzystuje twoją dobroć, czy nie widzisz tego?!

– Przestań mnie pouczać! – krzyknąłeś.

– Albo ja, albo on, wybór należy do ciebie. – To zdanie powiedziała bardzo łagodnie.

Długo dyskutowaliście. O dziwo, po tej krótkiej burzy potrafiliście zapanować nad emocjami i nie doszło na szczęście do dalszej kłótni. Tego dnia oprzytomniałem, obudziłem się na krótko z długiego snu, zacząłem płakać jak niemowlę. A wewnątrz rozwalało mnie, jakby ktoś mnie dźgał ostrym narzędziem. Wierz mi, nie chciałem i nie miałem zamiaru zniszczyć twojego pięknego życia. Podjąłem decyzję, że jutro po cichu się ulotnię z twojego mieszkania. Tak zrobiłem. Pomimo że mi tu było super, wolałem wrócić do swojej cuchnącej nory, niż zniszczyć ci życie. Napisałem jedno zdanie bez wyjaśnień: "Dzięki za wszystko, wracam do swej nory". Dziwisz się, Marku? Jesteś moim bratem, nie mogłem zniszczyć tobie życia. Sam wiesz, że to nie jest do końca prawda. Powiesz:

– To prawda, ale mimo to trzeba sobie pomagać.

Ty to widziałeś, ale nie zmuszałeś mnie do niczego, twoja żona widziała, jak szedłem na dół, niczym trafiony torpedą statek, bez wiary staczałem się na dno, pomimo że mieliście dobre chęci, ale nie można nikogo zmuszać. Jesteśmy wolni, więc sami decydujemy o swoim życiu. Nie bądźmy natarczywi, jeżeli ktoś odmawia pomocy, trzeba go zostawić w spokoju. Pozwólmy mu utonąć, osiąść na dnie, pozwolić mu odpocząć raz na zawsze. Wydaje mi się, że jedyną takiego człowieka boleścią jest to, że wyrządzi być może ogromną krzywdę do końca życia swoim bliskim (jeżeli ich ma).

Nie powinieneś w tamtej niebezpiecznej dzielnicy być i mnie szukać. To była głupota. Przynajmniej powinieneś się przebrać, a nie chodzić w fioletowym garniturze, w czarnym płaszczu i to tego bez parasolki. Zwracałeś na siebie uwagę. Co by było, gdyby na ciebie napadnięto? Oczywiście stanąłbym w twojej obronie, ale przy czterech, sześciu zbirach mogłoby to się źle skończyć dla nas obu. Nie powinieneś przyjeżdżać mercedesem, ale maluchem, którego czasami używasz. Miałeś szczęście, że nikt go nie ukradł, każdego dnia giną tu auta. Nie patrząc na deszcz, wyszedłeś z auta i szukałeś mnie w ciemnych uliczkach, opuszczonych domach, a zewsząd czaiło się niebezpieczeństwo. O dziwo, deszcz i przenikające zimno wypłoszyło z ulic bandziorów, którzy po domach, spelunach się ukryli, a ty jakby nigdy nic wypytywałeś przypadkowych przechodniów, kilku bezdomnych ukrytych w niezamieszkanych domach – nadających się jedynie do rozbiórki – wszedłeś na podwórze, szukałeś po klatkach schodowych. Minęła godzina, już druga wybija, gdy usłyszałem w barze, że jakiś ważniak się kręci po ich dzielnicy i kogoś szuka. Szybko wyszedłem, zostawiając napoczęte piwo. Gdy po kwadransie znalazłem cię, to byłeś już koło auta, chwilę jeszcze kręciłeś się, zajrzałeś do trzech wąskich uliczek, po czym przemoczony i pewnie zmarznięty do szpiku kości odjechałeś. Byłeś tam dwukrotnie w ciągu tygodnia i dwukrotnie rzęsiście padało. Tak, widziałem cię, śledziłem, bo się bałem o twoje bezpieczeństwo. Za pierwszym razem nie widziałeś mnie – jak już wspomniałem przed chwilą – zaś drugim razem przypadek sprawił, że natrafiłem na ciebie. W drodze do swojego auta, spiesząc się, potraciłeś mnie na pasach ruchu, nawet nie zerknąłeś, żadna reakcja, rozpoznałem cię od razu, podobnie ubrany, tym razem z parasolką. Zbigniew, brodaty mężczyzna lat czterdzieści jeden, niemający dwóch zębów na przodzie powiedział ci:

– Tu jakiś czas taki facet mieszkał, inaczej ubrany niż na tej fotografii, ale z wyglądu ten sam. Ponoć teraz mieszka na Bemowie.

Pojechałeś tam, szukałeś mnie tam, czy czegoś się dowiedziałeś? Dałeś Zbigniewowi dychę. Jeszcze tego październikowego wieczoru wyniosłem się z tej Pragi Północ. Szedłem ulicami tej dzielnicy, nie wiem dokąd, przed siebie – chyba w kierunku dzielnicy Targówek, a deszcz nie ustawał, wręcz się wzmógł. Mało powiedziane, że padało, chmura się oberwała, na niebie co rusz błyskały pioruny, co chwila można było usłyszeć grzmoty podobne do wybuchających bomb. Można rzec, że nadszedł sąd Boży nad stolicą Polski. Byłem przemoczony, głodny, kaszlałem (od tygodnia mnie męczyła grypa) i marzyłem o śnie, a ostatniej nocy niewiele spałem, tak mnie dusiło i do tego chłód przeszywał mnie na wylot. Nie wiem, jaką drogę przebyłem, gdy nogi zaczęły mi odmawiać posłuszeństwa. Dlaczego się nigdzie nie schowałem, dlaczego pod wpływem impulsu od razu uciekłem z tej dzielnicy, gdy ciebie po raz drugi ujrzałem, całkowicie siebie tego wieczoru nie rozumiałem. Strach?

Po około dwóch godzinach nie miałem siły iść dalej, znalazłem kanapę leżącą na śmietniku oraz folię, którą się przykryłem. Deszcz zelżał, już nie padało obficie, raczej krople deszczu przypominały łzy, wydawało mi się, że są bardzo delikatne, ciepłe.

Wiesz, o czym marzyłem? Nigdy się nie obudzić lub obudzić się w czystej pościeli.

Przez nieokreślony czas kaszlałem, wydawało mi się, że głowa za chwilę eksploduje, coraz bardziej czułem, że opuszczają mnie wszystkie siły, że spotka mnie upragniona śmierć. Ostatnią myślą, którą miałem, nim się pogrążyłem w otchłani niewiedzy, to myśl o tobie, mamie i ojcu.

Co było rano? Niewiele pamiętam, jak przez mgłę. Jacyś ludzie ubrani w białe fartuchy, odgłos syren, światła, jakbym był na dyskotece.

Ktoś krzyczy:

– Szybko kroplówka... a koc gdzie?

Ktoś pyta:

– Kim on jest?

Ostatnie słowa były, gdy już jechałem, otworzyłem z ledwością oczy. Wyglądało, że to mi sprawia duży ból, a nie przyjemność, spojrzałem na lekarza i pielęgniarkę. Zanim zamknąłem oczy, usłyszałem przerażający krzyk: "Tracimy go!".

Dostałem jeszcze jedną szansę, szansę od kogo, Boga? Szansę, której nie potrafiłem wykorzystać, mogłem i powinienem wyjść z tego bagna, spróbować rozpocząć nowy etap. Często w filmach słyszałem: "Rozpocząłem nowe życie". Ja powtarzałem to sobie co dzień kilka razy.

– Rozpocząłem nowy etap życia. Zauważ, że nie można rozpocząć nowego życia, trzeba się na nowo narodzić, a to jest niemożliwe. Możliwe jest rozpoczęcie nowego etapu życia. Uwierzyłem z czasem, że będzie to etap lepszy, niż ten, który prowadziłem do tej pory. Po kilku miesiącach okazało się, jak bardzo się myliłem. Zabrakło mi determinacji, żeby odrzucić alkohol i narkotyki (mam na myśli maryśkę i haszysz) oraz odłączenia się od grupy ludzi, którzy wywierali na mnie zły wpływ. Wspomniałem o byłym studenciku – Hubercie, tamtego wieczoru jak mi później się zwierzył: "Chciałem się zabawić z prostytutką".

To on mi uratował życie. Jest chirurgiem, w mojej ocenie, bardzo dobrym. Niczego nie olewa, słucha uważnie każdego, a jeżeli nie ma czasu, to prosi, żeby ta osoba poczekała tyle lub tyle, nikomu gdy tam leżałem nie powiedział coś w stylu: "Jutro pogadamy" lub "To mało ważne". Zawsze do wszystkiego podchodzi poważnie, nawet to błahych problemów, a z pacjentami obchodzi się, jakby byli klejnotami. Szybko przyswaja sobie nauki, potrafi precyzyjnie podać diagnozę i umiejętnie zarządzać personelem.

Od dnia spotkania niewiele się zmienił. To on próbował mnie wyciągnąć z tego bagna. To on wlał w moje serce nadzieję. Dzięki niemu przez długich sześć miesięcy walczyłem z alkoholizmem i narkomanią. Lekka przesada, mmm?

To on mi załatwił pracę jako pomocnik na budowie. Sam chciałem zwalczyć te nałogi, mieć różne terapie z lekarzami zajmującymi się uzależnieniami, prywatne zajęcia terapeutyczne, zajęcia dla anonimowych alkoholików i ćpunów. Nie wiem, skąd się wzięła we mnie taka silna determinacja, z dnia na dzień się zrodziła z niczego i co ważne zacząłem wierzyć. Uczęszczałem też do kościoła i zacząłem modlić się do Boga. Wydawało mi się, że wybrnę z tego bagna. Moja pewność tak wysoko urosła, że straciłem czujność, a przecież to był początek walki z nałogami, a nie koniec.

Przez dwa długie miesiące, od kiedy podjąłem zawziętą walkę z tym nałogiem, czułem się silniejszy, ale były takie dni jak te, gdy zamykałem oczy, wyobrażałem sobie zapach maryśki, haszyszu, smak różnego alkoholu od tanich nalewek po whisky. Ryczałem z bólu, chciałem uciec z domu, odszukać swoich kumpli, wyjść do baru, napić się z nimi wódeczki i pogadać o starych dobrych czasach. Gdy byłem bliski wyjścia, wziąłem kajdanki (tak, te same, które otrzymałem od niej) i przyczepiałem się do łóżka, a kluczyk rzucałem na podłogę. Szamotałem się na tapczanie tak długo, aż nie opadłem ze zmęczenia. Przeważnie rano Hubert zdejmował mi kajdanki. Musiał wysłuchiwać wyzwisk, kiedy byłem bliski upadku, nie dziwił się, że rzucałem przedmiotami. Gdy mi przechodziło, to go przepraszałem, skomlałem jak pies.

– Dobrze cię rozumiem, nic nie musisz mówić – powtarzał.

Mówił to tonem przyjaznym, nie słyszałem w jego głosie gniewu.

– Daj mi jakieś proszki, żeby uśmierzyć głód – prosiłem.

On z powagą i ostrożnością powtarzał, żeby mnie nie zranić.

– Żadne leki ci nie pomogą, musisz przejść przez to piekło, które sam sobie zgotowałeś. Jeśli ty nie dasz rady pokonać tego świństwa, to nikt za ciebie tego nie zrobi.

Mam dość na dziś, pisałem kilka godzin z krótkimi przerwami. Nic mi w tym momencie nie przychodzi do głowy, żadna konkretna myśl, a nie chciałbym już na wstępie strzelić gafy.

Jestem zmęczony, ziewam, zaraz położę się na starym cuchnącym materacu i przykryję się śpiworem oraz kocami, które dostałem. Teraz muszę coś zjeść, chleb z masłem, a może to będzie dżem, wypiję gorzką wstrętną herbatę. Jestem pełen podziwu dla samego siebie, że już tyle napisałem. Tak, wiem, to początek drogi. Udało mi się zapomnieć o doskwierającej samotności i o sytuacji, w jakiej się obecnie znajduję. Piszę to bez grama fałszu. Pisanie mnie odprężyło i dodało otuchy. Te wydarzenia, o których wspomniałem, bolą mnie, a co będzie później, kiedy będę musiał opisać jeszcze gorsze wydarzenia? Boję się nie bólu powrotu do tamtych tragicznych dni. Ten ból raz jest silniejszy, kolejnym razem słabszy. Nie potrafię porównać go, może jest podobny do straty kogoś bliskiego, w tej chwili takie porównanie przychodzi mi do głowy.

Warto, żebym opisał swoje życie od początku, by wyjaśnić, z jakiego powodu piszę ten oto list. Co mnie skłoniło czy cokolwiek mnie skłoniło, a może to moje widzimisię? Zapewniam, że nie piszę z błahego powodu, dla zabawy ani odprężenia. Jestem pewien, że ten powód cię zaskoczy, zawsze potrafiłeś być wyrozumiały, bądź i tym razem, uszanuj moją decyzję, której już nie zmienię. Użyję w tym momencie metafor:

Jutro, pojutrze, popojutrze wszystko się wyjaśni. Jak rzeźbiarz, który w drewnie widzi to, co chce wyrzeźbić, a z czasem się wyłania arcydzieło. Moim arcydziełem będzie ten oto list. Kiedy go skończę, trudno mi powiedzieć, liczę, że będzie to jak najszybciej.

Uff – mogę powiedzieć że początek mi się udał.

– Droga jeszcze daleka – powiesz zapewne.

Tak, z tym stwierdzeniem się zgadzam, przypomina mi to bieg maratończyka, który bez kłopotów przebiegł początek dystansu, a ma do przebycia jeszcze trzy czwarte trasy. Nie jestem pewien, czy skończę ten oto list. Jestem miotany niczym fala na wszystkie strony. Warto? To jest głupota? Nie uda mi się? Poniosę kolejną porażkę? Z trudnościami, jakimi się borykam, nie pozwalają mi normalnie funkcjonować, staram się normalnie egzystować, ale czasem to za mało.

Początek dnia miałem kiepski, wieczór jest spokojny. Dziś zasnę z poczuciem lekkiego zadowolenia. Mam nadzieję, że jutro zacznę opisywać swoje życie od początku, ale nie obiecuję. Nie obiecuję też, że będę co dzień pisał ten oto list. Spróbuję, pragnę go skończyć jak najszybciej, w jak najkrótszym czasie, bo nie mam w planach pisać go w nieskończoność.

Sen, nie każdy potrafi doceniać sen. Dla mnie to klejnot przeogromnej wartości, człowiek odpoczywa, niczego nieświadomy. Gdy śpimy i śnimy o (nie mam tu na myśli głupkowatych snów), osoby, które znamy, oraz miejsca, w których byliśmy, te sny czy są baśniowe, czy rzeczywiste, dla mnie są bardzo drogocenne. Człowiekowi, gdy jest nieświadomy, że śni, wydaje się że to czasem dzieje się naprawdę, tak jak to miało miejsce dzisiejszej nocy u mnie.

Tak, śniłeś się mi. Pamiętasz to jezioro z drewnianym nabrzeżem i żeglujące żaglówki, skutery wodne i małe łódki? Przez trzy lata z rzędu jeździliśmy z twoimi rodzicami do twoich dziadków – nie pamiętam miejscowości, ale to było gdzieś w okolicach Trójmiasta. Nazwa jeziora pochodziła od miasta, a może odwrotnie, to jezioro zaczynało się na literę T. Gdybym miał mapę, tobym sobie przypominał, wiesz, o jakie jezioro chodzi, bo ja na obecną chwilę sobie nie przypomnę.

Na tym drewnianym wybrzeżu lubiliśmy brać rozbieg i skakać do wody, przy tym robiąc jakieś głupie miny, do tego wymachiwaliśmy rękami i nogami. Próbowaliśmy zaimponować dziewczynom. Jakie tam był sztuki, jedna cudowniejsza od drugiej, blondynki, brunetki, szatynki. Każdy facet się ślinił do tych kociaków. Niektóre wyglądały na kobiety, a były jeszcze nastolatkami. Pamiętam zabawną sytuację. Ty pływałeś z dziewczynami, wyszedłem z wody, wycieram się ręcznikiem i przypadkowo natknąłem się na jednego anioła. Nie wiedziałem, co powiedzieć, zatkało mnie, nagle impulsywnie wypaliłem:

– James, mam na imię James Bond, a tam stoi moja fura. – Pokazałem palcem.

Obejrzała się i popatrzyła na bmw, a potem na mnie z niedowierzaniem i zapytała:

– Naprawdę? – Uświadomiłem sobie, że palnąłem gafę. Czułem się zażenowany, pragnąłem oddalić się od tej dziewczyny jak najszybciej. Widać było po mnie, że płonąłem ze wstydu, a ta chwila milczenia, która trwała zaledwie dwie minuty, mnie się wydawało, że trwa godzinę, z jej ust usłyszałem to, czego się nie spodziewałem: – A ja Katie Holmes.

To była wakacyjna przelotna miłość, moja pierwsza i niestety nieudana

Wracając do snu, oprócz tych skoków do wody śnili mi się nasi rodzice, którzy lubili przy pięknej wieczorowej pogodzie robić pyszne szaszłyki. Pamiętam jakieś przyjęcie, nieznane twarze i nas – nie mogliśmy się odnaleźć w tym towarzystwie. Poszliśmy nad jezioro, wsiedliśmy do starej łódki. Była bezchmurna gorąca noc, patrzyliśmy na siebie, ty zaniepokojony, że nic nie mówię, zapytałeś:

– Coś cię trapi?

– Tak – odpowiedziałem.

– Powiesz czy chcesz to zachować dla siebie?

– Śmierć. – Z trudem rzuciłem.

– Śmierć, wyjaśnij mi, bracie, nie każ, żebym prosił.

Wziąłeś moją silną dłoń, a drugą położyłeś na szyi i z wiarą wyraźnie powiedziałeś:

– Zawsze na mnie możesz polegać, nigdy cię nie zawiodę ani tym bardziej nie zdradzę naszych tajemnic.

A ja na to przyciszonym głosem odpowiedziałem:

– Dzięki, bracie, zawsze potrafisz mnie podnieść na duchu. Nie wiem, skąd brałeś energię, nawet kiedy zdarzały się przykre wydarzenia.

– Pamiętasz? W tamte wakacje pod koniec wyjazdu tak nieszczęśliwie spadłeś z roweru, popisując się przed dziewczynami, że złamałeś rękę.

– Zawsze marzyłem o takim opatrunku, złamię drugą rękę i ty będziesz się mną opiekował. Co ty na to? Bo ja na to jak na lato.

Zawsze podkreślam, miałeś (i ciągle masz) tę pozytywną energię, choć czasami ją na moment traciłeś.

Gdy płynęliśmy, nagle znikąd pojawiła się mgła. Tak nas zaskoczyła, że byliśmy zdezorientowani, co mamy robić. Przed wpłynięciem powiedziałem:

– Choroba wróci.

Czy każdy sen tak boli, jak ten dzisiejszy? Leżę na zgrzybiałym od spodu materacu, z oczu płyną mi łzy. W głowie przelatują setki pozytywnych obrazów i marzę, żeby wrócić do tych wspaniałych czasów. Wiem, że to marzenie jest nierzeczywiste. Przekonałem się już nieraz, że sen ma niezwykłą siłę oddziaływania na ludzką psychikę. Dobry sen może pokrzepić: spotkanie z dziewczyną, wrócić do malowniczego miejsca, gdzie się kiedyś było, a teraz się tęskni i wiele podobnych obrazów. Gdy śnimy, wydaje się nam, że to się dzieje naprawdę, a gdy się budzimy, okazuje się, że to tylko sen. Mój sen był pozytywny, dopóki nie uświadomiłem sobie, że to tylko sen. Gdy się obudziłem, pojawiła się rozpacz, gniew, że to tylko sen, że muszę podołać codziennym problemom. Czułem się, jakby ktoś coś mi obiecał i nie dotrzymał słowa.

W tej chwili tak się nie czuję, pogodziłem się z teraźniejszością, która jest brutalna. Popijam czarną gorzką kawę, a wcześniej zjadłem zupkę chińską. Zrobiłem sobie kilkuminutową przerwę, obok na czystej kartce leżą dwie kromki posmarowane masłem, a na nich gruby plasterek pomidora na wypadek, gdybym nagle zgłodniał.

Nim wstałem, godzinę leżąc, myślałem wyłącznie o tobie. Zastanawiam się, co robisz, gdy ja tu gniję – to właściwe słowo, bo to nie jest życie, raczej wegetacja. Pracujesz nad kolejnym scenariuszem, a może jesteś na castingu dla młodych utalentowanych osób. Sądzę, że o tej porze raczej jesteś w studiu filmowym.

Poświęcałeś się swojej pracy, zawsze lubiłeś być pierwszy i prawie zawsze wychodziłeś ostatni. Czasem zaniedbywałeś rodzinę, ale potrafiłeś im to wynagrodzić: brać nieoczekiwanie wolne w dniu ważniejszym od poprzedniego, potrafiłeś bez skrupułów poświęcić weekend całkowicie swojej rodzinie, nie zważając na gniew szefostwa, w drugim zaś pracować bez wytchnienia, żeby nadrobić stracony czas. Jakaś część mnie każe, żebym poszedł do ciebie i żebrał o pomoc.

"Daj mi szansę, błagam pomóż mi, jesteś moją jedyną deską ratunku".

Takie i inne myśli przelatują przez moją głowę. Widzę ciebie siedzącego tu, na starym krześle tak realistycznie, że wydaje mi się, że z tobą rozmawiam. Dziwne? Odbija mi? Tak, nie przeczę, sam do siebie gadam. Chciałbym, żebyś tu był, bracie, ale druga część mojego serca tego sobie nie życzy. Są dwa powody. Pierwszy to taki, żebyś nie patrzył na skończonego wyniszczonego młodego człowieka przez narkotyki i alkohol. Moja twarz zapijaczona, ręce pokaleczone, a włosy nie takie krótkie, bo sięgają ramion. Wyglądam obecnie jak bezdomny, a nie jak człowiek, który miał wspaniałych rodziców. Pomyśleć, że kiedyś nazywałem ich "mendami społecznymi" i brzydziłem się ich. Pomimo że jestem wciąż młody, to wyglądam na o wiele starszego, czuję też, że przybyło mi z dziesięć lat.

Drugi powód to taki, że nie chcę cię wykorzystywać, być na twoim utrzymaniu, ta forsa dobrze wiesz, na co szła. Nie potrafię cię w nieskończoność doić, już dawno przekroczyłem granicę.

Też nie potrafię wyjaśnić bardzo ważnej kwestii dotyczącej mnie, a czy ty potrafisz wyjaśnić mi to? Pomimo że jestem potworem, pomimo że obracałem się w złym towarzystwie i wykorzystałem mnóstwo ludzi, to nie jestem nieczuły na cierpienia, gdzieś na dnie była we mnie jakaś część dobrego człowieka. Dlaczego nie mogłem zabić z zimną krwią, dlaczego nie okradłem brata ani ludzi ciężko pracujących, tylko potężne firmy. Nie potrafiłem, nie potrafię okraść staruszki lub chłopaka dzwoniącego na ulicy. Widziałem w biały dzień takie sceny w Katowicach, jakiś gnojek bez skrupułów wyrwał torebkę starszej kobiecie, a inny, też gówniarz, na stacji PKP znienacka dwa razy walnął młodego turystę, który wyjął telefon, a co zrobiła policja? NIC! Nikt nic nie widział. To błahe sprawy, policja ma na głowie ważniejsze sprawy, niż łapać drobnych młodych złodziei, narkomanów. Dodam, że byłem świadkiem łapówek. Przeważnie byli to komendanci – to grząski teren i trzeba mieć na ten temat wiedzę, życzę sobie, żeby to kiedyś się zmieniło i nie było skorumpowanych gliniarzy. (Pisząc to, wiem, że jest przynajmniej połowa prawych policjantów, ale przeważnie są tłamszeni przez swoich złych kolegów – komendantów).

Na powierzchni nic nie widać, w gazetach, na bilbordach widniało kiedyś hasło zachęcające do służby: "Policjant zawsze stoi na straży prawa i chroni pokrzywdzonych. Jeżeli czujesz, że chcesz innym pomagać, to pomóż sobie, bądź jednym z nas". A jeżeli wejdzie się dalej, głębiej, to pozna się szarą brutalną rzeczywistość. Posiadam niewielką wiedzę na ten temat, ale ci, którzy widzą bardzo dużo, nie powiedzą, bo mają finansowe korzyści lub są zastraszani na różne sposoby. To tak jak w Neapolu, gdzie mafia ma w rękach prawie całą policję, ale sądzę, że takie porównanie jest chyba nie na miejscu.

Gdybym stwierdził lub przyznał się, że zawsze miałem szczęście, nigdy nie zostałem przyłapany na gorącym uczynku, toby było wielkie kłamstwo. Stwierdzę tak: "Raz miałem pecha, drugim razem zaś bardzo dużo szczęścia, jak choćby w tym przypadku. Funkcjonariusze prawa powinni mnie złapać wiele razy. Choćby kilka lat temu pamiętnej jesieni. Ja i kilku moich kolegów – drobnych złodziejaszków – planowaliśmy okraść sklep elektroniczny. Podjechaliśmy od tyłu białym volkswagenem dostawczym oblepionym nalepkami reklamującymi usługi elektroniczne. Od samego rana padał deszcz. Zanim po północy przyjechaliśmy pod prywatny sklep, który mieścił się na Żoliborzu, wypiliśmy po dwa piwa za powodzenie akcji. Później włożyliśmy kominiarki.

– Poczekajcie, idę się wyszczać – powiedziałem.

– Teraz, nie mogłeś wcześniej? – rzucił jeden kumpel, drugi powiedział z gniewem, trzeci z przekąsem rzucił: – Szczaj w gacie!

– Następnym razem włóż pampersa.

– Nie wiesz, jak jest po piwach, chce się non stop – rzuciłem obojętnie.

– OK, my wkraczamy, ty dołączysz – powiedział bardzo poważnie Kapusta.

Schowałem się za dwoma dużymi kontenerami na śmiecie, poświęciłem się czynności fizjologicznej z wielką przyjemnością. Gdy chciałem już wyjść, dostrzegłem światła jakiegoś auta.

"O tej porze przyjechał właściciel?", pomyślałem i wyczekiwałem dalszego przebiegu wydarzeń.

Nagle usłyszałem strzały w powietrze i krzyki:

– Stójcie, policja! Stójcie, bo strzelam!

Któryś z moich kumpli krzyknął:

– Kurwa, skąd oni się tu wzięli!

Kolejne strzały, zmieniam swoją pozycję na bardziej widoczną, innymi słowy wychyliłem głowę i uklęknąłem w kałuży. Dostrzegam dwóch moich kolegów uciekających, a pozostałych dwóch rannych, chyba w nogi, policja prowadziła do radiowozu. Widząc, że policjanci przeszukują teren, gdy weszli po schodach i zniknęli za drzwiami, ja w tym czasie wszedłem do kontenera na śmieci, na szczęście były tam same kartony. Policjanci węszyli godzinę. Gdy zajrzeli do mojego kontenera, pomyślałem: "O Boże, już po mnie". Nie zauważyli mnie, ponieważ leżałem na samym dnie. Byłem wręcz pewny, że za chwilę założą mi kajdany, gdyż kilka kartonów złożonych podnieśli, a moje serce w tym momencie waliło, oddech wstrzymałem. Odetchnąłem, gdy zamknęli kontener. Nad ranem wydostałem się ze śmietnika i zmęczony wróciłem do swojej kryjówki.

Tylko raz i zaledwie rok siedziałem więzieniu za handel narkotykami. Jest święta zasada "Diler nie bierze, jedynie sprzedaje". Ta zasada nie dotyczyła mnie. Wiedziałem, że jeżeli oszukam podwładnych, wyczują, że coś nie gra, a oni połamią mi gnaty, a być może dostanę kulkę w łeb.

Czasem sprzedawałem, żeby mieć więcej siana lub gdy byłem spłukany. Czasami miałem przy sobie duży wybór towaru, czasami miałem jedynie maryśkę, ecstasy, ale tego parszywego słonecznego dnia, nie wiem, co mnie podkusiło, jaki szatan – byłem na lekkim haju. Gdy przechodziłem koło jakieś znanej uczelni na Mokotowie, chyba filmowej – studencik mnie zaczepił, dostał cynk, że sprzedaję, wymienił dwa znane mi pseudonimy, milczę. Błagał, prosił, udaję, że nie wiem, o czym mówi, ale on swoje, wyjął plik bankomatów stuzłotowych, powiedział, że zapłaci podwójnie, moje oczy się zaświeciły, połakomiłem się.

"Trafił się jakiś nadziany kretyn", pomyślałem głupkowato.

Moim błędem było również to, że nie zachowałem zbytniej ostrożności, po kolejnych naleganiach się zgodziłem. Klient to klient, czy to dobrze ubrany, czy kiepsko, liczyła się kasa, a on był w stanie zapłacić podwójną cenę i to mnie zgubiło: chciwość. Ślinka mi leciała, jakbym widział nagą piękną kobietę. Wymachiwał przed moimi oczami plikiem bankomatów, czułem zapach aż w głowie mi się zakręciło. Powinien też zważać na wypowiedziane słowa i być uważnym słuchaczem, tego również nie zrobiłem. Pyta, co mam na sprzedaż, odpowiadam z humorkiem: w jednej ręce pokazuję amfetaminę, w drugiej kokainę.

– A jeżeli powiem, że jestem gliną. – Wesoło się zaśmiał.

– Wciskasz mi kit? – W podobnym tonie powiedziałem.

Nim się obejrzałem, w ułamku sekundy zakuł mnie i pokazał odznakę, szczęka mi odpadła, w taki sposób mnie złapano. Groziło mi sześć lat, wyszedłem po kilku dniach na wolność. W jaki sposób uniknąłem siedzenia? Nadarzy się okazja, aby rozszerzyć ten wątek. Ale zdradzę ci, że i tak nie uciekłem przed odpowiedzialnością, prawo dosięgło mnie, i to przypadkiem.

Siedząc trzy dni w tymczasowym areszcie, miałem zamiar pójść na współpracę z policją. To również się odwlekło w czasie. Przyznaję, jestem kapusiem i z tym się nie kryję. Teraz mi wszystko jedno, czy mnie ktoś zabije, czy zginę pod kołami samochodu, ale trzy lata temu jeszcze pragnąłem żyć, a dziś nie mam tej woli, co miałem kiedyś – pragnienia życia.

Wydałem sporo ludzi z Warszawy, Katowic i kilku nawet z Trójmiasta. Pomimo że byłem pionkiem, wydaje mi się, że szanownym pionkiem.

– Skąd ty tyle wiesz? Nie wydaje mi się, że jesteś jakimś pionkiem, raczej większą rybą – powiedział jeden z młodych funkcjonariuszy z CBŚ, którzy mnie przesłuchiwali.

CBŚ osiągnęło wielki sukces, wyłapując płotki, dzięki nim średnie i nieliczne niebezpieczne rekiny. Ponoć niektórzy mieli powiązania z mafią sycylijską, ale to są jedynie pogłoski. Wiem na pewno, że jakaś część narkotyków pochodziła właśnie z Włoch.

Drugim krokiem było podporządkowanie się poleceniom CBŚ. Nie mogłem kłamać. Nieważne o co mnie wypytywali, to jeszcze musiałem słuchać każdego polecenia.

– Słuchaj nas, bo od tego zależy twoje życie – powiedział funkcjonariusz CBŚ.

Trzecim krokiem było więzienie dla ćpunów. Mogłem również wybrać wolność pod zmienionym nazwiskiem i imieniem, ale zdecydowałem się na więzienie, to była moja ostatnia szansa, aby wrócić do normalnego życia.

Zależy mi, żeby opisać swoje życie od początku, a nie urywkowo. Zależy mi, żebyś zrozumiał moje pieprzone życie i powody, które skłaniają mnie do napisania tego oto listu. Chciałbym napisać o najważniejszych wydarzeniach mojego życia, chciałbym to zrobić jak najszybciej. Zachowałbym się niewłaściwie wobec ciebie, drogi bracie, gdybym teraz zaprzestał pisania, nie wyjaśniając powodów. Jestem ci winien wyjaśnienie, bo ty, pomimo że stałem się czarną owcą w rodzinie, nie przestałeś we mnie wierzyć.

– Każdy zasługuje na kolejną szansę, nikogo nie można skreślać – Tak mnie czasami pocieszałeś.

Dziękuję. Jestem skreślony nie przez ciebie, nie przez rodziców, tylko przez samego siebie. Z dobrych źródeł wiem, że w wolnych chwilach szukałeś mnie w Katowicach i w stolicy. Przez trzy miesiące byłem na liście zaginionych osób. Przypadek sprawił, że policjanci mnie zatrzymali, jak przechodziłem na czerwonym świetle. Byłem w łachmanach, a oni poprosili o dowód osobisty, jeżeli taki posiadam. Wyjąłem z kieszeni poniszczony dowód, po czym zawieźli mnie na komisariat i tam na komputerze mnie zidentyfikowali jako osobę zaginioną.

– Gdzie pan mieszka? – zapytał ten starszy.

– Na ulicy – odpowiedziałem obojętnie.

– Czy wie pan, że jest pan na liście osób zaginionych?

Nie odpowiedziałem, tylko patrzyłem na tych dwóch gliniarzy z niedowierzaniem.

"Kit mi wciskają", pomyślałem.

– Ma pan rodzinę? – zapytał ten w okularach.

– Jedynie brata – odpowiedziałem niechętnie.

Pierwszy patrzy w komputer i czyta dane, imię, nazwisko, adres, a ten drugi pyta bez emocji.

– Dlaczego nie chce pan, żeby panu brat pomógł?

– A co to go obchodzi – podniosłem głos i kontynuowałem z nutką nienawiścią. – To moje życie, nie jego, nikogo nie potrzebuję, sam sobie daję radę.

– Proszę się uspokoić, oto kawa i pączki. Proszę o wyjaśnienie, z jakiego powodu nie chce pan się spotkać z bratem, bo musimy napisać w raporcie, że taka a tak osoba została odnaleziona, ale z takich a takich powodów nie życzy sobie powiadomienia najbliższych.

Zmierzyli mnie wzrokiem, a ja lakonicznie wyjaśniłem, w jakich jesteśmy agresywnych stosunkach, im to wystarczyło. Kilka dni przed Bożymi Narodzeniem ponownie mnie szukałeś, w Krakowie i we Wrocławiu, nie wiem, po co traciłeś swój cenny czas. Tak, wiem, byłeś w interesach, one były priorytetem, a szukanie mnie było dodatkiem.

Chyba nie możesz zapomnieć o jednym długu i wydaje ci się, że nigdy go nie spłacisz. Bez względu na to, co zrobisz dla mnie, ciągle będzie ci się wydawać, że to jednak niewiele, a jesteś w stanie zrobić więcej. Ten dług już dawno spłaciłeś, nic nie jesteś mi winien.

O tamtym wydarzeniu dawno zapomniałem. Podziękuj Bogu, że pomógł, posługując się moją osobą do uratowania twoich – naszych – rodziców. Ty tego dnia byłeś chyba na jakiejś olimpiadzie z języka polskiego w Łodzi, a może to było miasto Bydgoszcz? Wracałem z koleżankami i z kolegą z Pragi, przyjemnie się jechało po czeskich drogach, prawie bez żadnych długich postojów i korków, które spotkały nas przed granicą czesko-polską. Już po polskiej stronie pogoda zmieniła się nie do poznania, czerń, jakby była noc i nagle w ułamku sekundy lunął deszcz, widoczność zmalała do kilku metrów. Na drodze krajowej numer osiem przed Kłodzkiem zderzyły się dwa auta (czeska biała škoda z polskim żółtym volkswagenem), deszcz nie padał tak rzęsiście jak w Kudowie-Zdroju. Ruch odbywał się wahadłowo, staliśmy około kwadransa w korku, zaraz za Kłodzkiem wyprzedził nas srebrny mercedes. Nawet nie spojrzałem na rejestrację, która powinna coś mi mówić. Aleks wspomniał, że marzy mu się takie auto, którym teraz jechali starsi ludzie, ze śmiechem rzuciłem:

– A to jest złe?

Między Kłodzkiem a Bardem jest bardzo niebezpieczny odcinek. (Według mnie jest to jedno z najniebezpieczniejszych miejsc w Polsce). Jadąc z górki, trzeba pokonać krótki, półowalny zakręt, a po przeciwnej stronie jest odwrotnie, a do tego po tej stronie jest wzniesienie, które tworzy ten odcinek drogi jeszcze bardziej niebezpiecznym. Na początku po obu stronach miast są znaki ostrzegawcze "Niebezpieczny zjazd", "Stromy podjazd", "Zwężanie jezdni prawostronne, lewostronne", "Niebezpieczny zakręt w prawo, w lewo" i wiele podobnych znaków informujących o innych niebezpieczeństwach, ale jednego znaku nie zauważyłem – znaku ostrzegającego o częstych wypadkach. Dziwne, bardzo dziwne, z informacji, których w późniejszym czasie się dowiedziałem na temat tego odcinka, to mnie przeraziło. Nigdy tam nie było żadnego znaku ostrzegawczego o częstych kolizjach ani czarnego punktu. Nie ma tygodnia, żeby nie było tam wypadku. (Piszę tak, ponieważ uważam, że nic się tam do tej pory nie zmieniło). Kilka lat temu w "Teleexpresie" pokazywali wypadek, w którym uczestniczył samochód ciężarowy. Kierowca z niewyjaśnionej przyczyn skręcił w prawo i pojazd spadł na toru tuż przed tunelem. "Trzy minuty dzieliły od tragedii. Gdyby pociąg relacji Międzylesie–Wrocław przyjechał punktualnie, to najprawdopodobniej doszłoby do ofiar śmiertelnych, a tak pociąg wypełniony po brzegi podróżnymi zatrzymał się tuż przed tunelem". Jakoś tak to ujął dziennikarz.

Dla mnie jest również nieporozumieniem, wielkim nieporozumieniem, że są dwa pasy, które kończą się w połowie drogi. Ta trasa z Kudowy-Zdroju aż do Wrocławia powinna mieć dwa pasy po obu stronach, a nie urywkowo. To międzynarodowa trasa, a nie jakaś podrzędna droga. Co dzień jeżdżą nią auta ciężarowe z Niemiec, Czech, Włoch, Austrii, widziałem też rejestracje portugalskie, greckie. Dla mnie to nie do pomyślenia, żeby odcinek drogi międzynarodowej numer osiem nie miał dwóch równorzędnych pasów po obu stronach, ale to wyłącznie moje zdanie.

Tego pechowo-szczęśliwego dnia jechali nasi rodzice, srebrny mercedes, a przed nim dwa osobowe auta, z przeciwnej strony zaś wlekły się ciężarówki, a na drugim pasie z dużą prędkością jechało czarne bmw. Na zakręcie siła odśrodkowa spowodowała, że to auto wyleciało ze swojego pasa i z bardzo dużą siłą uderzyło w srebrnego mercedesa, drugie auto fiat 126 p nieznacznie zahaczyło. Nie wiem, z jaką prędkością jechał kierowca 120 km/h, 130 km/h, a może jeszcze szybciej, trudno jednoznacznie określić. Pisk opon, krzyki słyszane od strony auta, które miało warszawską rejestrację, jazgot, silny odgłos zderzonych aut, brzęk zbitych szyb, odgłos podobny do pękania kry, a nie szyby, z przodu pojazdów wydobywała się para, a wraz z nią długie syczenie. Nikt nie reagował, każdy patrzył, co za chwilę się wydarzy. Kilku osób zadzwoniło na policję. Wszyscy patrzyli na to, jakby byli w hipnozie, słychać trąbienie, wiadomości lecą z ust do ust, nieliczni pasażerowie, kierowcy po obu stronach zmierzali w kierunku wypadku. Wbite w siebie dwa auta, czarne bmw na blachach wrocławskich stoi koło betonowego rowu – głębokości nie większej niż pół metra, przednie koło od strony kierowcy wisi w powietrzu, widocznie obydwaj kierowcy wykonali gwałtowne skręty i obrócili się o trzysta sześćdziesiąt stopni. Kierowca mercedesa, jeżeli by był przytomny i był w stanie wyjść, to tylko od strony pasażera.

Jakakolwiek szansa na uratowanie tego kierowcy była tylko tą drogą, gdyby dał radę wyjść od swojej strony przez zbitą szybę, to bmw by się przechyliło jeszcze bardziej, być może spadłoby do rowu. Jest to tylko moja hipoteza.

Wszędzie walają się odrobiny szkła, silniki dymią, czuć benzynę, oprócz tego inne substancje łatwo palne. Nie zastanawiając się długo, wyskoczyłem z audi, wziąłem scyzoryk i podbiegam do zakleszczonych aut. Na szczęście w mercedesie zadziałały poduszki powietrzne, kierowca bmw w podkoszulku z napisem "Cała Polska w cieniu Śląska" leży z głową przechyloną na lewą stronę, z ust płynie stróżka krwi, twarz ma makabrycznie poharataną szkłem, tętnicę szyjną przeciętą, jest martwy – to moja diagnoza na pierwszy rzut oka. Gdyby miał w swoim aucie poduszki powietrzne, to być może by żył. Przebiłem poduszki powietrzne, usłyszałem syk, zauważyłem, że kobieta krwawi. "Coś mam z nogą", mamrocze. "Moja noga, moja noga". Ręce ma pokaleczone szkłem, na szczęście żadnych poważnych obrażeń. Bez większego problemu ją wyciągnąłem na bezpieczną odległość.

– Czy ją znam, kogoś mi przypomina? – mówię sam do siebie.

Przez rozczochrane włosy całe we krwi nie potrafię tego stwierdzić. Idę po kierowcę, już słyszę syreny pogotowia ratunkowego, policji i straży pożarnej. Dokładnie w tym momencie patrzę na młodego kierowcę bmw, to trwa zaledwie kilka sekund, nim wzrok przenoszę na drugiego kierowcę, silnego brodatego mężczyznę – to, co widzę jego nodze, powoduje, że na moment zastygam. Bierze mnie obrzydzenie, paraliżuje mnie, tracę pewność, wiarę na moment, pada z moich ust pod moim adresem wiązanka wyzwisk. Mężczyzna prawdopodobnie ma złamaną prawą rękę, oprócz tego poniżej kolana ma lekko ku lewej stronie wykrzywioną nogę, a w niej wbity pręt.

– Czy ten pręt wbił się w kość strzałkową, a może jedynie w mięśnie? – zapytałem szeptem sam siebie.

Staram się go wyciągnąć, chwyciłem go za tułów, krzyczy z bólu, przeklina, na mojej twarzy rozpacz. Z bmw wydobywają się iskry, po chwili pojawił się na masce niewielki ogień, który z każdą upływającą sekundą się rozprzestrzenia, moje serce bije coraz mocniej.

"Nie dam rady", myślę, a po chwili besztam samego siebie. "Nie mogę pozwolić na takie myśli, uda się, uda!"

Schyliłem się ku pedałom, szybka analiza sytuacji, biorę lewą ręką pręt, a prawą lewą nogę poszkodowanego, obaj wrzeszczymy – staram się pchać pręt ku pedałom, a nogę w przeciwległym kierunku. Poszkodowany mdleje z bólu przy końcu wyciągania ostrego przedmiotu, który nie wbił się aż tak głęboko. Już w fazie wyciągania poszkodowanego straż mi pomagała, dwóch ratowników medycznych biegnie w naszym kierunku. Bardecka ochotnicza straż pożarna w porę ugasiła pożar czarnego bmw. Starszy strażak powiedział mi:

– Minuta, a może dwie dzieliły od wybuchu pojazdów, każda sekunda była na wagę ludzkiego życia.

Dwie karetki pojechały na sygnale zawieźć osoby poszkodowane, zostałem dłużej na miejscu wypadku. Tak jak przypuszczałem, kierowca czarnego bmw zginął na miejscu. Złożyłem zeznanie, gdy opatrywał mnie lekarz. Jak już wspomniałem, drobne skaleczenia i oparzenia, nic poważniejszego. Dopiero w momencie, gdy lekarz mnie opatrywał, zastanowiłem się: "Czy znam tę kobietę, a tego brodatego mężczyznę?". Na zakończenie dostałem zastrzyk na uspokojenie. Jestem roztrzęsiony i oszołomiony, widać to po twarzy, mowie, ruchach. Nie wiedziałem, kogo uratowałem, nie miałem pojęcia, że to są nasi rodzice. Nie wiedziałem, kim jest ten facet, nie miałem czasu mu się dokładnie przyjrzeć, szok, paraliż umysłowy. Kolejna myśl "To są moi sąsiedzi", nie przypuszczałem, że mogą to być twoi, znaczy nasi rodzice.

Czy tak miało być? Dlaczego ja, a nie kto inny ich uratował? Zbieg okoliczności? Chyba tak, ponieważ wczoraj po południu planowaliśmy wyjazd z Pragi pod wieczór, a nie z samego rana.

Co by się wydarzyło, gdyby u mnie nie zadziałał impuls, a jedynie patrzy tak jak to robili kierowcy i pasażerowie – stali odrętwiali, bez żadnej reakcji.

Myślałem, żeby tym osobom pomóc, nie myślałem o sobie. Zdałem sobie sprawę, że jeżeli nikt nie wkroczy do akcji, to ci ludzie zginą. Straż, policja, pogotowie przyjechało po kilku minutach. Każda sekunda się liczyła, była na wagę życia i śmierci, te pięć minut mogło, ale nie musiało zadecydować o życiu tych ludzi. Zachowałem się tak, jak mnie nauczyli rodzice. Nie uczyli mnie, żebym pomagał z narażeniem swojego życia, ale w miarę możliwości, a nie jak to miało miejsce tego popołudniowego, dość chłodnego, czerwcowego dnia. To była odwaga zmieszana z głupotą, inaczej tego nie mogę nazwać.

Starszy strażak do mnie podszedł, gdy siedziałem w ambulansie i dochodziłem do siebie.

– To pan uratował tamtych ludzi? – zapytał, jakby nie dowierzał.

– Tak.

– Nie każdy na pana miejscu tak by zrobił, szacunek – rzucił strażak.

– Sobieraj!

Gdy podawałem rękę, usłyszałem, jak go zawołali.

– Już idę! – odkrzyknął.

W głowie powtarzałem to zdanie przez jakiś czas. Nikt mi nie ruszył z pomocą, nikt z tych ludzi, którzy gapili się, jakby oglądali dobry film, w porę pomogła mi straż. Nikt, i to mnie bolało. Ci ludzie stali jakby zahipnotyzowani i patrzyli, nikt nie zapytał. Żadnej reakcji oprócz kilku wykonanych telefonów po pogotowie. Zdałem sobie sprawę dopiero po otrzymanym zastrzyku. "Coraz mniej jest ludzi, którzy pomagają innym, nie zważając na własne życie". W tamtym okresie zaliczałem się do grona tych właśnie ludzi.

Nie musiałem jechać do szpitala, ale pojechałem tam, by zaspokoić ciekawość.

"Czy na pewno znam to starsze małżeństwo?" Serce mi podpowiadało twierdząco, głowa zaś mówiła, że tych ludzi znam z telewizji. Ta niepewność mnie zabijała, przechodziłem katorgę – wyolbrzymiam?

Nie od razu podjąłem decyzję, czy mam jechać do szpitala Świętego Antoniego w Ząbkowicach Śląskich. Czegoś się bałem, do dziś nie wiem, co to było, czy to skutek traumy, gdy spostrzegłem, że czarne auto staje powoli w płomieniach. Przez ułamek sekundy widziałem wybuch i śmierć trzech osób. Pomogły mi koleżanki, jedząc pizzę w Bardzie. Ciałem byłem obecny, a umysłem błądziłem w przestworzach. Pierwsza najprawdziwsza blondynka powiedziała:

– Słuchaj, pojedziemy do szpitala, zobaczysz, czy tych ludzi znasz. Jeżeli tak, to chwilę pogadasz, a jeżeli nie, to się przedstawisz i się pożegnasz.

Druga, żując starannie pizzę wegetariańską, powiedziała coś takiego:

– Musisz zaspokoić swoją ciekawość, potem będziesz tego żałował, a zresztą jeżeli będziesz miał taką minę przygnębiającą, to wolę jechać pociągiem do stolicy. – Ta nieprawdziwa blondynka starała się to ostatnie zdanie powiedzieć z humorem.

– Jedziemy! – padło stanowcze z moich ust słowo.

Dopiero w szpitalu w Ząbkowicach Śląskich dowiedziałem się, kim są te osoby, a oni dowiedzieli się, kto ich uratował. Przeżyliśmy niemały szok, mogę porównać to do wygranej miliona w totolotka, człowiek patrzy i nie wierzy, że coś takiego mu się przytrafiło.

– To niemożliwe, to mi się nigdy nie zdarzyło – mówi. – Nie mam tyle szczęścia.

A jednak to się działo naprawdę i ta wygrana cudzego życia bardziej mnie ucieszyła niż trafienie miliona w totolotka.

We czwórkę weszliśmy to szpitala pewni siebie.

– Przepraszam, gdzie leży starsze małżeństwo, które dziś za Bardem uległo wypadkowi? – zapytałem w recepcji.

– A kim jesteście? – powiedziała gruba pielęgniarka.

– Jeżeli jest możliwe, chciałbym się z nim spotkać.

– Kim jest, z rodziny, krewnym?

– No nie – odparłem niepewnie.

– No to jutro przyjdź, dziś nie ma wizyt.

– Ależ, siostro, nie wie pani z kim rozmawia – wyrzucił siebie jak z karabinu młody mężczyzna.

– A nawet jeżeli byś był prezydentem, to i tak bym nie pozwoliła na wizytę.

– Siostro! – powiedział głośno Aleks.

Machnąłem ręką i łagodnie do niego powiedziałem:

– Daj spokój, ma zły humor.

W istocie tak było. Jej wypowiedzi brzmiały tak, jakbym jej wyrządził krzywdę. Ani tej pani nie wyzwałem, ani nie uderzyłem w policzek, panowałem nad sobą i nic nietaktownego nie powiedziałem, ale w dziewczynach krew się burzyła. Chwilę potem Magda szepnęła mi do ucha.

– Na twoim miejscu bym ją zrugała.

Z opuszczoną głową powoli opuszczałem szpital, Magda mnie wzięła pod ramię. Aleks z Moniką poszli przodem. W tym momencie schodząc ze schodów, uderzyłem ramieniem lekarza. W pierwszej chwili oburzony powiedział:

– Uważaj, chłopcze, jak idziesz.

Odwróciłem się, spojrzałem, obojętnie powiedziałem:

– Przepraszam.

– Poczekaj, to ty jesteś tym bohaterem, którego dziś opatrywałem? – zapytał brodaty doktor.

– Jaki tam bohater – odparłem lekceważąco.

– Co tu robisz?

– Chciałem zobaczyć się z tymi, których uratowałem. – Po krótkiej pauzie dodałem: – Ciekawość mnie zżera. Wydaje mi się, że gdzieś widziałem tych ludzi.

W tym momencie zszedł dwa stopnie niżej. Stojąc na równi, przesunęliśmy się na bok, co chwilę ludzie wchodzi i wychodzili, a my staliśmy na środku. Moja znajoma nie puściła mnie, przybliżyli się pozostali.

– Pytałeś w recepcji?

– Tak, ale ta gruba siostra ma zły humor.

– Nie dziw się, kilka dni temu mąż jej umarł. Jeżeli chcesz się z nimi zobaczyć, to chodź, ale proszę, nie rozmawiaj z nimi długo.

– Dobrze, panie doktorze.

Przedstawiłem swoich znajomych i w kilku zdaniach opowiedziałem, skąd wracamy.

Pierwszy wszedł do pokoju pan doktor Malinowski.

– Czy państwo czują się na siłach, żeby porozmawiać z pewnym młodzieńcem, który nie zważając na swoje życie, starał się ratować cudze? – Coś takiego lub podobnego powiedział. To zdanie zabrzmiało, jakby czytał naukowy magazyn.

Otworzyły się na oścież drzwi, weszliśmy, moja mina momentalnie rzedła. Na naszych twarzach rysowało się niedowierzanie, jakby moi prawdziwi rodzice zmartwychwstali. Nie wiedziałem, co powiedzieć, dziewczyny wyszeptały moje imię, kolejną części zdania nie słyszałem, tak bardzo byłem poruszony tym, co ujrzałem, a najbardziej Aleks. Gdy spostrzegł krzyż (wiszący nad łóżkiem mamy), przeżegnał się i powiedział:

– Cud.

– Wy się znacie? – zapytał grubym głosem doktor.

Nie potrafiłem nic z siebie wykrztusić, a nasi rodzice tym bardziej. Dopiero Monika odgadła moje myśli i cieniutkim ciepłym głosem wyjaśniała:

– To są jego rodzice.

Na twarzy doktora w tym momencie też pojawiło się niedowierzanie, a nasi rodzice potwierdzili to po wypowiedzeniu tych czterech słów.

– Mamo, tato.

– Synu – powiedzieli jednocześnie.

– W takim razie możecie rozmawiać, jak długo chcecie. – Po tych słowach doktor wyszedł, zamykając za sobą drzwi.

Mieliśmy w oczach łzy, radosne łzy – nie od razu się pojawiły, po jakimś czasie, gdy uzmysłowiłem sobie, kim oni są dla mnie, nie zwykłymi ludźmi, nie sąsiadami ani przyjaciółmi. W głowie powtarzałem jedno ważne zdanie, to ono miało mnie utwierdzić, że nie śnię. "Uratowałem swoich rodziców, uratowałem swoich rodziców". Gdy wszedłem do sali, w której leżeli – pozwolili im razem leżeć koło siebie w pokoju, w którym stały cztery łóżka, dwa z nich były puste. Oprócz krzyża i lustra nic nie wisiało, po prawej stronie znajdowały się mała umywalka, małe szare mydło i dwa małe białe ręczniki. Ta sala nie miała białego koloru, nie wyglądała jak białe płatki śniegu, raczej kolor lekko szary.

Patrzę na nich ze współczuciem, na mamę, która ma obwiązaną bandażem głowę (później się dowiedziałem, że założyli jej powyżej powieki cztery szwy), nadgarstki obandażowane, prawą nogę w gipsie. Zanim się pojawiliśmy, twarz miała bardzo mizerną, a w czasie rozmowy wypogodniała, nawet potrafiła zażartować. Co się tyczy ojca, nie ma twarzy ani głowy poharatanej szkłem, żadnych oparzeń, żadnych drobnych skaleczeń, jedynie prawą rękę w gipsie, a nogę nie miał, jak na początku przypuszczałem, w gipsie, jedynie obandażowaną, która leżała na poduszce. Dzień później ten sam lekarz, który mnie tu zaprowadził, powiedział mi, że ojciec miał drobną operację w celu oczyszczenia rany. Jakimś sposobem w mięśniu poniżej kolana zostały kilkumilimetrowy cieniutki drucik i drobiny szkła.

Wyglądali oboje na bardzo zmęczonych i na starszych niż przed wypadkiem.

– Synu, to ty, to ty nas uratowałeś? – zapytała zmęczonym głosem kobieta.

– Nie – odpowiedziałem wesoło.

– A kto? – odezwał się męski głos.

– Bóg.

Podszedłem do nich, żeby ich uściskać, wycałować. Tego dnia długo nie rozmawialiśmy, wszyscy byliśmy za bardzo zmęczeni w tym jakże szczęśliwym – pechowym dniu.

Takie wydarzenie prowadzi do głębokiej refleksji, przemyśleń, które wiodą do różnych teorii filozoficznych. Często myślałem (myślę) o tym wypadku i nie potrafiłem racjonalnie sobie wytłumaczyć, a chciałbym, wierz mi, bardzo chciałbym. Dlaczego ja, a nie kto inny? Dlaczego oni, a nie obcy ludzie? To wyglądało tak, jakby było z góry zaplanowane. Gdyby nas nie wyprzedzili w Boguszynie, toby nie oni ulegli wypadkowi. W tamtym momencie Aleks zwrócił uwagę:

– Patrzcie na tego kierowcę mercedesa, kretyn wyprzedził nas na ciągłym pasie.

– Aleks, nie mam nic przeciwko temu, jeżeli nic z naprzeciwka nie jedzie – powiedziałem.

Jak już wspomniałem, nie zwróciłem uwagi na rejestracje, na kierowcę czy na samo auto. Auto jak auto, ale ten pojazd należał do naszych rodziców. Tak samo nasza czwórka mogła uczestniczyć w wypadku, każdy, powtarzam, każdy, a trafiło to na naszych rodziców, zbieg okoliczności?

Wszystko się zgrało co do sekundy, moje przybycie, szybko nadeszła pomoc, ugaszenie pożaru. Jak już napisałem, gdyby bardecka straż ochotnicza nie ugasiła w porę pożaru, to oba samochody osobowe najprawdopodobniej by wybuchły. Do dziś snuję różne teorie, teorie fikcyjne, bo nie rozumiem, a chciałbym zrozumieć to zsynchronizowane wydarzenie. Po powrocie do stolicy nazwałem ten wypadek cudem koło Dębowiny.

Czy ktoś potrafi racjonalnie mi odpowiedzieć?

Nie rozumiem, dlaczego mnie nie znienawidziłeś, spłaciłeś dług wdzięczności bardzo dawno temu i twoi rodzice też. Masz swoje życie, po co masz moją osobą zaprzątać swoją główkę?

Musisz o mnie, bracie, raz na zawsze zapomnieć, w pewnym sensie jestem martwy.

Daj spokój, nie pocieszaj mnie, przegrałem swoje życie, życie, które doprowadziło mnie na dno, a powinno mnie wynieść na szczyt. Miałem wybór, dzięki twoim rodzicom studiowałem oraz pracowałem prawie trzy miesiące na budowie w Anglii.

Osiem dni po wypadku bez namysłu wyjechałem. Bardzo mi na tym wyjeździe zależało, kurs funta był wysoki. Nasi rodzice byli w o wiele lepszym stanie, a ich i twoja gwarancja, że poradzicie sobie beze mnie, pozwoliła z czystym sumieniem i prawie bez obaw pojechać do Londynu. Nie powinienem wracać, powinienem zostać. To, co miało się wydarzyć rok później – konsekwencje zbieram do dzisiaj. Zapoczątkowałem to jeszcze na pierwszym roku studiów, nieświadomy widma życiowej porażki. To by się nie wydarzyło, gdybym został w Anglii przynajmniej pół roku.

Było ciężko na budowie po dziewięć godzin w dni robocze, ale przynajmniej weekend był wolny. Nauczyłem się sporo, gospodarowania pieniędzmi, języka, gotowania, a oprócz samodzielności poruszania się po metropolii, to nie to samo co Warszawa, Kraków. Pewien Anglik, który od początku tu mieszka powiedział mi, że Londyn zajmuje powierzchnię w przybliżeniu tysiąca kilometrów kwadratowych, a wmieście mieszka ponad siedem milionów ludzi i ciągle przybywa.

– Czasem się tu gubię, a co dopiero turyści – powiedział mi później.

Na początku Londyn mnie przeraził, wręcz przytłoczył, zwłaszcza w godzinach szczytu tłok metrze, w autobusie na niespotykaną skalę panujący ścisk. Jakby ktoś nas wepchał do puszki, zwłaszcza w metrze, nie dość że panowała duchota, to nie było czym oddychać, słaba wentylacja na niewiele się zdawała. W autobusie pod tym względem jest znacznie lepiej, ponieważ są otwarte okna, ale pod jednym względem autobus jest gorszy: częstsze postoje i do tego korki – czasem stało się sześć minut, czasem kwadrans, a niekiedy dłużej. W metrze jedynym plus to szybkie poruszanie się. Dotyczy to także DLR – miejskiej kolei londyńskiej. Dwa tygodnie mi zajęło przystosowanie się do tego Babilonu. Gdybym został i zrezygnował ze studiów, zrobił przerwę roczną, to mój los inaczej by się potoczył, nie stoczyłbym się na dno, nie trafiłbym do kicia, nie kradł, nie ćpał. Sądzę, że bym był porządnym obywatelem. Nie dość że byłem stanowczy, to również nie chciałem zawieść rodziców.

Na ziemi angielskiej wprowadziłem rygor zero papierosów. W Londynie spotkałem wielu Polaków, którzy wpadli w nałóg, czasem przychodzili pijani lub naćpani do pracy, a niektórzy lądowali na bruku.

Przyczyną takiego stanu jest tęsknota za krajem i rodziną, a do tego nie każdy potrafi znaleźć się w nowym otoczeniu. To moja opina wynikającą jedynie z nielicznych odbytych rozmów z naszymi rodakami. W pracy miałem zasadę "Nie pić w pracy".

Po pracy czemu nie, odmawiałem, zapraszali mnie. Oczywiście chcąc się zintegrować, szedłem z chłopakami, przeważnie w piątki na piwo. Bardzo dziwacznie to wyglądało, oni popili piwko, a ja sok. Był za bardzo widoczny kontrast, pomimo że mówiliśmy tym samym językiem, to fakt, że nie piłem piwa, nie cementował koleżeństwa.

Nie rozumieli, że chcę jak najwięcej pieniędzy zaoszczędzić, by je przeznaczyć na studia. Jeden głupi Polaczek, który skończył jedynie podstawówkę, powiedział:

– Po co się tym martwisz, twoi starzy dadzą ci kasę, a teraz pij.

W kwestii picia alkoholu byłem w pewnym sensie dziwolągiem. Nowe zjawisko, z którym nierzadko się spotykają nawet Anglicy. Któregoś piątkowego wieczoru dołączyła do nas grupa zagorzałych kibiców angielskich. Tematem numer jeden była piłka nożna.

– A ty czemu nie pijesz? – zapytał mnie głosem już podpitym około trzydziestki brodaty Anglik.

– Abstynencja – odpowiedziałem.

– Polak, który nie pije, to nie Polak!

To nieliczne wymienione przypadki, w których moje niepicie napojów wyskokowych burzyło harmonię, pod tym względem nie pasowałem, bo nie miałem żadnego nałogu, świętości.

– Dla mnie świętością jest wstać o szóstej rano, spokojnie zapalić papierosa i kwadrans tym jednym papierosem się delektować. – To zdanie powiedział stary Polak zajmujący się zbrojeniem.

Dla mnie świętością było oszczędzanie i dlatego na początku pobytu w Londynie dużo odmawiałem, ciągle myślałem o studiach, a im bliżej było powrotu, na więcej sobie pozwalałem.

Poznałem na budowie młodego Anglika, który był furmanem, nie miał dwudziestu trzech lat. Któregoś dnia zaprosił mnie na weekend do swojego domu. Poznałem tam jego siostrę Nicki oraz jej koleżankę Relikę Tesco, nie Esko. Ta niska, mierząca zaledwie metr sześćdziesiąt dziewczyna o jasnych włosach i opalonej twarzy, a do tego zgrabna, przede wszystkim jej uśmiech mnie zauroczył – niczym wschód słońca na plaży, zaś Nicki posiadała inną urodę. Urzekła mnie pięknym głosem, a gdy opowiadała o krajach, kulturach i kulinariach, potrafiła odpowiednim doborem słów zainteresować każdego słuchacza. Potrafiła mówić w kilku językach. W obu się zakochałem, nie od razu, powoli, krok po kroku.

Nie wiem, co we mnie widziały kobiety, byłem przystojny, wesoły, a może kulturalny? Naprawdę nie wiem, czy to ważne? Nigdy nie uważałem się za macho, raczej za szarego obywatela ziemi.

Powoli do obu kobiet się przybliżałem, jedną kochałem za urodę, drugą za duszę. Relika, pomimo że się wychowała w Tallinie, mówiła wiejskim bezbarwnym językiem. Nawet gdy opowiadała coś bardzo interesującego, to mnie nużyło, ale uroda przebijała niejedną Polkę. Z kolei Nicki to przeciwieństwo. Uroda typowo angielska, a jak mówiła, to mnie zatykało. Potrafiła wymyśloną historię ciekawie opowiedzieć o zwykłej półce na ciuch lub na buty. A gdy opowiadała o podróżach, to człowiekowi wydawało, że podróżuje wraz z nią.

Pod koniec września skończyłem pracę na budowie. Chciałem te ostatnie osiem dni przeznaczyć na atrakcje londyńskie. Byłem usatysfakcjonowany zaoszczędzoną kasą, a pewną sumę chciałem roztrwonić nawet na pierdoły. Planowałem pójść na London Eye, do muzeum Madame Tussaud, na HMS Belfast lub podobne atrakcje, jak się okazało, na żadne nie poszedłem. Jedyną i ostatnią atrakcją było pójście do kina z dziewczynami.

Bardzo nalegały, żebym z nimi pojechał, zmienił miasto. Nicki miała tam dwa dni seminarium na temat wolontariatu, planowała otworzyć w Londynie biuro dla wolontariuszy. To było jej marzenie, chciała robić to, co kocha, a nie to czego, nie lubi, a nie lubiła pracować w banku. Wolała być niezależna, wiedziała, jak wysoko podniosła poprzeczkę.

– Nawet gdybym miała małe korzyści finansowe, to będę miała bardzo duże korzyści duchowe – powiedziała coś takiego, gdy zapytałem.

– Jak sobie poradzisz, jeżeli ten interes nie okaże się dochodowy?

Nie potrafiła mi udzielić rzetelnej odpowiedzi, wiedziała jedno: musi spróbować, bo inaczej będzie żałowała. Obie tam, gdzie się wybieraliśmy, miały dużo znajomych, przeważnie to byli wolontariusze i kilka osób należących do tej organizacji, którzy byli odpowiedzialni za swoich podopiecznych. Nazywali ich mentorami, którzy pomagali nieodpłatnie lub za niewielką opłatą wolontariuszom.

Relika była jedną z tych wolontariuszek, która pomagała właśnie Nicki. Stwierdzenie, że ma dwa domy w Anglii, jest jak na miejscu, raz mieszkała w półmilionowym mieście położonym w hrabstwie West Yorkshire, a raz w Londynie, była nie łączniczką, raczej asystentką. Pomimo różnicy wieku (wynosiła aż siedem lat, cztery miesiące i cztery dni – tak obliczyła Nicki) dobrze się uzupełniały. Ta współpraca przyniosła obopólne korzyści nie finansowe, lecz przyjaźń, zażyłość, z późniejszych otrzymanych wiadomości z poczty elektronicznej dowiedziałem się, że połączyła ich więź rodzina, Estonka wyszła za mąż za brata Nicki, a Nicki za jej brata.

Pojechaliśmy rozentuzjazmowani do Bradford – bodajże to było we wtorek, wreszcie zmienię miasto, szczerze wyznam, zbrzydł mi Londyn, zwłaszcza ciasnota, a tam, gdzie pojechaliśmy, to inny wymiar czasu, pomimo że prawie wszystko wyglądało tak samo, ale nie było takiego przeludnienia, tłoku, pospiechu. Nie czułem się tam, jadąc komunikacją miejską, jak w klatce, przy każdym ruchu (zwłaszcza gdy się stało w metrze) kogoś zawadzałem, a gdy chciało się wyjść to trzeba było podnieść głos i grzecznie przeprosić, tyle ciał zakleszczonych. Czasami było czuć odór, wyziewy z ust, a co dopiero gdy ktoś puścił bąka. Widziałem raz w metrze starszego mężczyznę, który zemdlał z powodu duchoty, jak już wspomniałem słaba wentylacja nie działała tak, jak powinna, a niektórzy ludzie byli oburzeni (w tym ja,) gdy już nie było miejsca, a ludzie ciągłe się pchali. Tu, w tym mieście to był raj, autobusy nie były zatłoczone i oczywiście DLR.

Nie ma sensu porównywać londyńskiego transportu publicznego do innych miast angielskich czy choćby nawet europejskich. Transport jest świetny, ale bolączką Londynu jest przeludnienie. Do tego półmilionowego miasta pojechaliśmy po części w interesach, a po części się zabawić. Wiedziałem, że dziewczyny coś na weekend planują, jakąś zabawę, ale nim to nastąpiło, przez dwa dni tych aniołów prawie nie widziałem. Rano, gdy wstawałem, one wychodziły, a wieczorem, gdy kładłem się spać, one dopiero wracały. Pomimo tego nie zaprzestałem flirtowania z nimi. Nie zapomnę, jak w miejskiej bibliotece przez ubranie zrobiłem masaż Estonce, potem poszliśmy do dużego bloku mającego dziesięć pięter, na ostatnim piętrze mieszkali wolontariusze. Nieraz było tak, że rozmawialiśmy w kilku językach, gwar, wesołość, czasem trzeba było przekrzykiwać, a pół godziny lub godzinę później cisza, można było usłyszeć słaby warkot aut, poruszające się wskazówki zegara, deszcz i wiejący wiatr. Tym razem na dworze panował półmrok, pomimo dżdżu zanosiło się na poważną ulewę. W pokoju gościnnym paliła się świeczka, na stoliku leżała napoczęta bombonierka, w radiu cicho śpiewał Bob Marley. Tak siedząc na kanapie, Relika zapytała:

– Masz coś dla mnie?

Znieruchomiałem i po chwili odpowiedziałem:

– Tak, pani.

Dałem jej czekoladki, miałem ochotę na seks, zaczęliśmy się tulić, pierwsze pocałunki, usiadła na moich kolanach, chwilę patrzyliśmy sobie głęboko w oczy i znów tym razem namiętnie, pełne ognia pocałunki. Czułem, że powoli mnie ogarnia ekstaza, już chcieliśmy się rozbierać, gdy nagle zaczęli się zjawiać wolontariusze.

Dlaczego o tym wspominam? Bo to mnie boli do dziś, ten ból przeszywa mnie na wskroś, chce mi się ryczeć, nienawidzę siebie, kurwa! Nienawidzę!

– Za co – zapytasz?

Ta Estonka i Angielka to były dziwne miłości, najdziwniejsze miłości, które mnie spotkały. Byłem rozerwany na trzy części: pierwsza to kochałem Estonkę, druga Angielkę, a trzeci to powrót do kraju, kochałem swoją ojczyznę.

Jak by się moje życie potoczyło, gdybym wybrał Relikę lub Nicki?

A tak pozostał mi ból, żałuję, że się bałem podjąć poważną decyzję i nie wybrałem jednej z nich. One mi zrobiły pożegnalną imprezę w mieszkaniu wolontariuszy. Poznałem mnóstwo ludzi z Anglii, Francji, Austrii, Hiszpanii, Danii i innych krajów. Nigdy nie byłem na takiej imprezie, jak się odbyła w Bradford.

Kultura mieszała się z językami, kolorem skóry, z religią, z jedzeniem, różne zwyczaje, nawet picie alkoholu różni się od danego kraju, tak jak witanie się. Oto mała ciekawostka:

Czy wiesz, że w Czechach słowo "frajer" znaczy chłopak, a u nas jest ono obraźliwe. A słowo "sukat" (czyta się "szukać") oznacza "pieprzyć się", a w naszym kraju to słowo nie jest obraźliwe.

Podczas pobytu tam zasmakowałem różnorodności i dzięki temu otworzyłem się bardziej na świat. Tego wieczoru pozwoliłem sobie na alkohol, pierwszy raz od bardzo długiego czasu, i świetnie się bawiłem. Tego samego wieczoru wyznałem dziewczynom, że obie kocham. Szczerze powiedziałem, co cenię u nich, a co mnie się u nich nie podoba. Bardzo to doceniły te słowa wypowiedziana na trzeźwo:

– Gdyby nie to, że nie chce zawieść swoich rodziców, i gdybym wiedział, że mnie poprą, tobym z wami się ożenił i tu w Anglii się osiedlił.

Roześmiały się i przyrzekliśmy sobie, że będziemy przyjaciółmi. Dzięki nim biła ode mnie pozytywna energia nawet po długim czasie mieszkania w Polsce. Ta energia nie zanikła od razu, jej zasoby wyczerpały się rok później. Nie musiałem wracać do tej przeklętej szarej rzeczywistości, mogłem być kimś, założyć firmę, mieć wspaniałą żonę, dzieci – być naprawdę szczęśliwy. Nie znamy przyszłości, szkoda. Nie dość, że byłem niezdecydowany, to bałem się, że zostając w Anglii, zawiodę rodziców. Tyle im zawdzięczam, a miałem ich zdradzić, być fałszywy, mówię tak, a robię inaczej? Niedopuszczalne, niedorzeczne, żebym tak postąpił, a zresztą widziałem swoją najbliższą przyszłość w pozytywnych kolorach. Popełniłem błąd, błędem był powrót do Polski. Powinienem zostać na dłużej, może gdybym został, to by się to nie wydarzyło? Gdy widzę przed oczami te dziewczyny, odechciewa mi się żyć, dlaczego nie wybrałem Reliki lub Nicki?

– Złote dusze towarzystwa.

Czy ktoś z ludzi potrafi umiejętnie podejmować decyzje, żeby potem ich nie żałować? Czy ktoś potrafi żyć ze świadomością, gdyby potrafił przewidzieć, że podjął złą decyzję, to by podjął właściwą, właściwą to znaczy jaką? Czy ta decyzja podjęta byłaby właściwa, a może błędna?

– Filozofujesz. – Ktoś powie.

Ty mnie tego nauczyłeś, bracie. Nie wiem, jakich słów użyć, żeby opisać nieugaszony ból, który we mnie płonie, i każda część mojego ciała jest poraniona, a nie musiało tak być, powinienem żyć tak jak ty, bracie, nie aż taki bogaty, żeby na wszystko starczało, a nie ledwie wiązać koniec z końcem.

A przechodzę piekło, które niedługo się skończy. Wreszcie odpocznę od życia i już niczego nie będę żałował, za bardzo życie mnie doświadczyło, pewnie nie tylko mnie. Ono jest takie skomplikowane, nie znalazłem do tej pory recepty na życie, czy w ogóle istnieje? Zanim wezmę się do opisywania swojego życia od początku – tym razem na serio, to się zdrzemnę. Niech ręka i mózg odpoczną. Pomimo że straciłem ochotę do pisania tego listu, dokończę, żeby osiągnąć sukces. Dla mnie to będzie sukcesem, a dla innych nie. Muszę odpocząć, przemyśleć to, co napisałem, od jakich słów rozpocząć. Mam w głowie pustkę, nic konkretnego oprócz głupot mi nie przychodzi do głowy.