List do ojca. Dociekanie psa - Franz Kafka

Kup ebooka

29.90 zł
25.71 zł (29,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

List do ojca

Najdroższy Ojcze,

Niedawno zapytałeś mnie, dlaczego twierdzę, że się Ciebie boję. Jak zwykle nie wiedziałem, co Ci odpowiedzieć, po części właśnie z powodu strachu, jaki przed Tobą odczuwam, a po części dlatego, że uzasadnienie tego strachu wymaga zbyt wielu szczegółów, bym mógł je w mowie w miarę spójnie przedstawić. A jeśli spróbuję tutaj odpowiedzieć Ci na piśmie, to i tak będzie to bardzo niekompletne, ponieważ również w piśmie odczuwam strach i jego konsekwencje wobec Ciebie, a także dlatego, że ogrom tematu znacznie przekracza możliwości mojej pamięci i rozumu.

Dla Ciebie sprawa zawsze wydawała się bardzo prosta, przynajmniej na tyle, na ile mówiłeś o tym przede mną i - bez wyjątku - przed wieloma innymi. Wydawało Ci się to mniej więcej tak: przez całe życie ciężko pracowałeś, poświęciłeś wszystko dla swoich dzieci, a przede wszystkim dla mnie, w rezultacie żyłem "w luksusie", miałem całkowitą swobodę uczenia się tego, czego chciałem, nie miałem powodu do zmartwień, nie troszczyłem się o jedzenie; Nie oczekiwałeś za to wdzięczności, znasz przecież "wdzięczność dzieci", ale przynajmniej jakiegoś wyrazu życzliwości, znaku współczucia; zamiast tego od zawsze zamykałem się w moim pokoju, wśród książek, szalonych przyjaciół, zwariowanych pomysłów; szczerze mówiąc, nigdy z Tobą nie rozmawiałem, nie przychodziłem do Ciebie do świątyni, nigdy Cię nie odwiedziłem we Franciszkowych Łaźniach, poza tym nigdy nie czułem więzi rodzinnej, nie zajmowałem się sklepem i Twoimi innymi sprawami, zostawiłem fabrykę, a potem Cię opuściłem, wspierałem Ottlę w jej uparciu i podczas gdy dla Ciebie nie kiwnę palcem (nie przyniosę Ci nawet biletu do teatru), zaś dla przyjaciół zrobię wszystko.

Jeśli podsumujesz swój osąd o mnie, okaże się, że wprawdzie nie zarzucasz mi niczego wręcz nieprzyzwoitego lub złego (z wyjątkiem może mojego ostatniego zamiaru zawarcia małżeństwa), ale zarzucasz mi chłód, obcość, niewdzięczność. I to zarzucasz mi tak, jakby to była moja wina, jakbym mógł jakoś zmienić bieg wydarzeń, podczas gdy Ty nie masz w tym najmniejszej winy, chyba że tej, że byłeś dla mnie zbyt dobry.

Uważam, że Twoje typowe wyjaśnienie jest słuszne tylko w tym zakresie, że ja również wierzę, iż nie ponosisz żadnej winy za nasze oddalenie się od siebie. Ale ja również jestem całkowicie niewinny. Gdybym mógł skłonić Cię do uznania tego, wówczas możliwe byłoby - nie nowe życie, na to oboje jesteśmy o wiele za starzy, ale jednak pewnego rodzaju pokój, nie ustanie, ale złagodzenie Twoich nieustannych wyrzutów.

Co dziwne, masz pewne przeczucie o tym, co chcę powiedzieć. Na przykład niedawno powiedziałeś mi: "Zawsze cię lubiłem, nawet jeśli na zewnątrz nie byłem dla ciebie taki, jak zwykle bywają inni ojcowie, właśnie dlatego, że nie potrafię udawać tak jak inni". Cóż, Ojcze, nigdy w ogóle nie wątpiłem w Twoją dobroć wobec mnie, ale uważam tę uwagę za nieprawdziwą. Nie potrafisz udawać, to prawda, ale twierdzenie tylko z tego powodu, że inni ojcowie udają, jest albo zwykłą, niepodlegającą dyskusji upartością, albo - i moim zdaniem tak właśnie jest - ukrytym wyrazem tego, że między nami coś jest nie tak i że przyczyniłeś się do tego, choć nie z własnej winy. Jeśli naprawdę tak uważasz, to jesteśmy zgodni.

Oczywiście nie twierdzę, że to, kim jestem, zawdzięczam wyłącznie Twojemu wpływowi. Byłoby to wielką przesadą (a ja mam skłonność do takich przesad). Bardzo możliwe, że nawet gdybym dorastał całkowicie wolny od Twojego wpływu, i tak nie stałbym się człowiekiem bliskim Twojemu sercu. Prawdopodobnie stałbym się jednak człowiekiem słabym, lękliwym, niezdecydowanym, niespokojnym, ani Robertem Kafką, ani Karlem Hermannem, ale jednak zupełnie innym niż kim naprawdę jestem, i świetnie byśmy się dogadywali. Byłbym szczęśliwy, mając Cię jako przyjaciela, szefa, wujka, dziadka, a nawet (choć już z pewną niechęcią) jako teścia. Tylko jako ojciec byłeś dla mnie zbyt silny, zwłaszcza że moi bracia zmarli w młodym wieku, a siostry pojawiły się dopiero dużo później, więc musiałem sam znosić ten pierwszy cios, a na to byłem o wiele za słaby.

Porównaj nas obu: ja, mówiąc w skrócie, jestem Löwym z pewnym kafkowskim zacięciem, który jednak nie jest napędzany kafkowską wolą życia, biznesu i podboju, ale löwowskim bodźcem, który działa w sposób bardziej skryty, nieśmiały, w innym kierunku i często w ogóle zawodzi. Ty natomiast jesteś prawdziwym Kafką pod względem siły, zdrowia, apetytu, mocy głosu, elokwencji, samozadowolenia, poczucia wyższości nad światem, wytrwałości, przytomności umysłu, znajomości ludzkiej natury, pewnej wielkoduszności, oczywiście wraz ze wszystkimi wadami i słabościami towarzyszącymi tym zaletom, w które wpędza Cię twój temperament, a czasem gwałtowność. Być może nie jesteś całkowicie Kafką w Twoim ogólnym światopoglądzie, o ile mogę porównać Cię z wujkiem Filipem, Ludwikiem i Henrykiem. To dziwne, sam nie do końca to rozumiem. Wszyscy oni byli przecież radośniejsi, bardziej rześcy, swobodniejsi, beztroscy, mniej surowi niż Ty. (W tym zresztą wiele od Ciebie odziedziczyłem i zbyt dobrze zarządzałem tym dziedzictwem, nie mając jednak w swojej naturze niezbędnych przeciwwag, jakie Ty posiadasz). Z drugiej jednak strony, Ty również przeszedłeś w tym względzie różne przemiany, byłeś może radośniejszy, zanim nie przytłoczyły i nie rozczarowały Cię Twoje dzieci, zwłaszcza ja, (gdy przychodzili obcy, byłeś przecież inny), a może teraz znów stałeś się radośniejszy, ponieważ wnuki i zięć ponownie dają Ci nieco tego ciepła, którego dzieci, z wyjątkiem być może Valli, nie były w stanie Ci dać.

W każdym razie byliśmy tak różni i w tej różnicy tak niebezpieczni dla siebie nawzajem, że gdyby ktoś chciał z góry przewidzieć, jak ja, powoli rozwijające się dziecko, i Ty, dorosły mężczyzna, będziemy się do siebie odnosić, można by było założyć, że po prostu mnie zmiażdżysz, że nic ze mnie nie zostanie. Tak się jednak nie stało, życia nie da się przewidzieć, ale być może stało się coś gorszego. Proszę Cię jednak nieustannie, abyś nie zapominał, że nigdy, nawet w najmniejszym stopniu, nie wierzę w Twoją winę. Wpływałeś na mnie tak, jak musiałeś, ale przestań uważać za szczególną złośliwość z mojej strony to, że uległem temu wpływowi.

Byłem bojaźliwym dzieckiem; mimo to byłem z pewnością uparty, jak to dzieci; z pewnością matka mnie rozpieszczała, ale nie mogę uwierzyć, że byłem szczególnie trudny do pokierowania, nie mogę uwierzyć, że jedno miłe słowo, ciche wzięcie za rękę, dobre spojrzenie nie mogłyby wymusić na mnie wszystkiego, czego by się chciało. W gruncie rzeczy jesteś przecież dobrym i łagodnym człowiekiem (to, co nastąpi, nie będzie temu zaprzeczać, mówię przecież tylko o pozorach, w których (tak jak oddziaływałeś na dziecko), ale nie każde dziecko ma wystarczającą wytrwałość i nieustraszoność, by szukać tak długo, aż dotrze do dobra. Możesz traktować dziecko tylko tak, jak sam byłeś traktowany - z siłą, hałasem i gwałtownością - i w tym przypadku wydawało Ci się to bardzo odpowiednie, ponieważ chciałeś wychować mnie na energicznego, silnego i odważnego chłopca.

Oczywiście nie potrafię dziś bezpośrednio opisać Twoich metod wychowawczych z wczesnych lat, ale mogę je sobie mniej więcej wyobrazić, wyciągając wnioski z późniejszych lat i z Twojego postępowania wobec Feliksa. Sytuację pogarsza fakt, że byłeś wtedy młodszy,a przez to pełen energii, dzikiej, naturalnej i bardziej beztroski niż dzisiaj, a ponadto byłeś całkowicie pochłonięty pracą, rzadko kiedy mogłeś się ze mną spotkać w ciągu dnia i dlatego wywarłeś na mnie tym głębsze wrażenie, które prawie nigdy nie osłabło z przyzwyczajenia.

Od razu przypomina mi się tylko jedna sytuacja z wczesnego dzieciństwa. Być może też ją pamiętasz. Pewnej nocy ciągle płakałem, prosząc o wodę - na pewno nie z pragnienia, ale prawdopodobnie po części ze złośliwości, a po części dla zabawy. Gdy kilka ostrych gróźb nie pomogło, wyciągnąłeś mnie z łóżka, zaniosłeś na balkon i zostawiłeś tam samego tylko w koszuli na chwilę za zamkniętymi drzwiami. Nie chcę powiedzieć, że to było niewłaściwe, być może wtedy naprawdę nie dało się inaczej zapewnić spokoju nocnego, ale chcę w ten sposób scharakteryzować Twoje metody wychowawcze i ich wpływ na mnie.

Byłem potem wprawdzie bardziej posłuszny, ale poniosłem z tego powodu wewnętrzną krzywdę. To, co dla mnie było oczywiste - bezsensowne proszenie o wodę - oraz to, co było niezwykle przerażające - bycie wyniesionym na balkon - nigdy nie mogłem z natury rzeczy połączyć ich we właściwy sposób. Jeszcze po latach dręczyła mnie myśl, że ten potężny mężczyzna, mój ojciec, ostateczna instancja, mógł niemal bez powodu przyjść i wynieść mnie w nocy z łóżka na balkon, a więc nic dla niego nie znczyłem.

To był tylko początek, ale to często ogarniające mnie poczucie bezwartościowości (które pod pewnymi względami jest jednak szlachetne i owocne) wynika w dużej mierze z Twojego wpływu. Potrzebowałem odrobiny otuchy, odrobiny życzliwości, odrobiny otwartości na wybór mojej drogi, zamiast tego zmieniłeś mi ją - oczywiście w dobrej wierze, bym poszedł inną drogą. Ale ja się do tego nie nadawałem. Chwaliłeś mnie, gdy dobrze salutowałem i maszerowałem, ale nie byłem materiałem na przyszłego żołnierza, albo dodawałeś mi otuchy, gdy potrafiłem solidnie zjeść, a nawet popić piwem, albo gdy potrafiłem naśladować niezrozumiałe piosenki lub powtarzać za Tobą Twoje ulubione powiedzonka, ale nic z tego nie miało związku z moją przyszłością. I znamienne jest, że nawet dzisiaj zachęcasz mnie do czegoś tylko wtedy, gdy sam jesteś poruszony, gdy chodzi o Twoje poczucie własnej wartości, które ja ranię (na przykład poprzez mój zamiar zawarcia małżeństwa) lub które jest ranione we mnie (gdy na przykład Peppo mnie wyzywa). Wtedy zostaję pocieszony, przypomina mi się o mojej wartości, wskazuje mi się na partie, do których miałabym prawo, a Peppo zostaje całkowicie potępiony. Ale pomijając fakt, że w moim obecnym wieku jestem już prawie niezdolny do pocieszania, co by mi to pomogło, skoro pojawia się ono tylko wtedy, gdy nie chodzi przede wszystkim o mnie.

Wtedy i potem potrzebowałbym otuchy. Byłem już przygnębiony samą swoją fizycznością. Pamiętam na przykład, jak często rozbieraliśmy się razem w szatni. Ja chudy, słaby, szczupły,

Ty silny, wysoki, barczysty. Już w szatni czułem się żałośnie, i to nie tylko przed Tobą, ale przed całym światem, bo byłeś dla mnie miarą wszystkich rzeczy. Kiedy jednak wychodziliśmy z kabiny przed ludzi, ja trzymając Cię za rękę, mały szkielet, niepewny, boso na deskach, w strachu przed wodą, niezdolny do naśladowania Twoich ruchów pływackich, które z dobrych intencji, ale w rzeczywistości ku mojemu głębokiemu wstydowi, nieustannie mi pokazywałeś, wtedy byłem bardzo zrozpaczony, a wszystkie moje złe doświadczenia we wszystkich dziedzinach wspaniale się w takich chwilach zazębiały. Najlepiej czułem się jeszcze wtedy, gdy czasami rozbierałeś się pierwszy, a ja mogłem pozostać sam w kabinie i odkładać wstyd publicznego wystąpienia tak długo, aż w końcu przychodziłeś i wypędzałeś mnie z kabiny. Byłem Ci wdzięczny za to, że zdawałeś się nie dostrzegać mojej mizerii, a także byłem dumny z ciała mojego Ojca. Nawiasem mówiąc, ta różnica między nami istnieje podobnie do dziś.

Odpowiadała temu również Twoja intelektualna dominacja. Sam, wyłącznie własnymi siłami, wspiąłeś się tak wysoko, że w konsekwencji miałeś bezgraniczne zaufanie do własnej opinii. Dla mnie jako dziecka nie było to nawet tak olśniewające, jak później dla dorastającego młodego człowieka. W swoim fotelu rządziłeś światem. Twoja opinia była słuszna, każda inna była szalona, przesadzona, zwariowana, nienormalna. A przecież Twoja pewność siebie była tak wielka, że nie musiałeś nawet być konsekwentny, a mimo to zawsze miałeś rację. Zdarzało się też, że w jakiejś sprawie nie miałeś żadnego zdania, a w konsekwencji wszystkie opinie, w ogóle możliwe w tej sprawie, musiały być bez wyjątku błędne. Potrafiłeś na przykład wyzywać Czechów, potem Niemców, potem Żydów, i to nie tylko wybiórczo, ale pod każdym względem, aż w końcu nie pozostał już nikt oprócz Ciebie. Stałeś się dla mnie zagadką, jaką mają wszyscy tyrani, których racja opiera się na ich osobie, a nie na rozumie. Przynajmniej tak mi się wydawało.

Cóż, w stosunku do mnie faktycznie niezwykle często miałeś rację, w rozmowie było to oczywiste, bo do rozmowy prawie nie dochodziło, ale także w rzeczywistości. Jednak nie było to nic szczególnie niezrozumiałego: we wszystkich moich przemyśleniach znajdowałem się pod Twoją silną presją, również w tych, które nie pokrywały się z Twoimi, a zwłaszcza w tych.Wszystkie te myśli, które wydawały się niezależne od Ciebie, od samego początku obciążone były Twoim krytycznym osądem; zniesienie tego aż do całkowitego i trwałego zrealizowania myśli było niemal niemożliwe. Nie mówię tu o jakichś wzniosłych myślach, lecz o każdym drobnym przedsięwzięciu z dzieciństwa. Wystarczyło tylko cieszyć się z jakiejś rzeczy, być nią całkowicie pochłoniętym, wrócić do domu i o tym opowiedzieć, a odpowiedzią było ironiczne westchnienie, potrząśnięcie głową, stuknięcie palcem w stół: "Widziałem już coś ładniejszego" albo "Nie opowiadaj mi o swoich zmartwieniach" albo "Nie mam do tego głowy" albo "Kup sobie coś!" albo "Wielka mi rzecz!"

Oczywiście nie można było oczekiwać od Ciebie entuzjazmu dla każdej dziecięcej drobiazgowości, skoro żyłeś w troskach i udrękach. Nie o to chodziło.Chodziło raczej o to, że zawsze i z zasady musiałeś sprawiać dziecku takie rozczarowania z powodu swojej przeciwnej natury, ponadto, że ta sprzeczność przez nagromadzeniem się materiałów nieustannie się wzmacniała, tak że w końcu ujawniała się nawet z przyzwyczajenia, gdy raz podzielałeś moje zdanie, oraz że w końcu te rozczarowania dziecka nie były rozczarowaniami zwykłego życia, ponieważ chodziło przecież o Ciebie jako osobę decydującą o wszystkim, uderzały w samo sedno. Odwaga, determinacja, pewność siebie, radość z tego czy tamtego nie trwały do końca, jeśli byłeś przeciwny lub nawet jeśli można było przewidzieć Twój sprzeciw; a można było się tego spodziewać w przypadku prawie wszystkiego, co robiłem.

Dotyczyło to zarówno myśli, jak i ludzi. Wystarczyło, że interesowałem się kimś choćby odrobinę - co zresztą, ze względu na moją naturę, nie zdarzało się zbyt często - a Ty, bez żadnego względu na moje uczucia i bez szacunku dla mojego osądu, rzucałeś się na mnie z obelgami, oszczerstwami i poniżaniem. Niewinne dzieciaki, jak na przykład żydowski aktor Löwy, musieli za to płacić. Nie znając go, poniżałeś go w okropny sposób, o którym już zapomniałem, porównywałeś go do robactwa, i jak to często bywało w przypadku ludzi, których kochałem, automatycznie miałeś pod ręką przysłowia o psach i pchłach.

Dalsza część w wersji pełnej