Lisica z bagien - Dora Rosłońska

Kup ebooka

31.50 zł
26.15 zł (22,05 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Sier­pień 2019

Sier­pień 2019

Mgła była tak gęsta, że widział tylko czubki swo­ich butów. Obser­wo­wał ją - białą, cichą zjawę, gdy opla­tała się bez­sze­lest­nie wokół jego kolan, drzew i tata­raku na bagnach. Tomasz lubił ją mimo wszystko, jak całe Czer­wone Bagno i Grzędy. Gęsta smuga, niczym biały Wilk, towa­rzy­szyła mu czę­sto w leśnych wędrów­kach o świ­cie. Zmó­wiona z ciemną nocą, która opusz­czała wartę, zakry­wała przed nim to, co naj­cen­niej­sze i naj­bar­dziej tajem­ni­cze - wzgó­rek na mokra­dłach, gdzie spo­ty­kają się jele­nie, a wilki i lisy wycho­dzą na żer.

Dzi­siaj nie będzie zdjęć. Wie­dział to, scho­dząc z wes­tchnie­niem poko­na­nego z Wil­czej Góry.

Nie chciało mu się wra­cać do leśni­czówki. Posta­no­wił zakraść się na polanę, gdzie wilki przy­pro­wa­dzały młode na inte­rak­tywne tre­ningi.

Swoim zwy­cza­jem ukrył się w gęstwi­nie krza­ków i cze­kał nie­ru­chomo na leśnych miesz­kań­ców.

Dopiero czwarta. Jest szansa, że jesz­cze nie wró­ciły do nory - pomy­ślał.

Sie­dząc za trzema brzo­zami, przy­su­nął lor­netkę do oczu.

- Już poja­wiają się wrzosy - wes­tchnął z żalem nad upły­wa­ją­cym latem.

Zda­wało mu się, że widzi jakieś poru­sze­nie przy pobli­skich dębach. Cof­nął nogę, by uzy­skać lep­szą sta­bil­ność. Nadep­nął na coś dużego, obłego. To coś było twarde w środku, a mięk­kie i śli­skie na obrze­żach. Zaj­rzał pod but i znie­ru­cho­miał. Lor­netka wypa­dła mu z rąk.

Kobieca blada ręka leżała bez­wład­nie pod brzozą. Tomasz podą­żył wzro­kiem wzdłuż wiot­kiego ramie­nia za resztą ciała, które opa­dło sku­lone pod dziw­nym kątem bli­sko dębu. Głowa i ramiona uło­żone swo­bod­nie na mchu, ale bio­dra były dziw­nie unie­sione, podob­nie jak jedna noga. Kobieta była naga, a jej ciało zimne. Ale oddy­chała. Męż­czy­zna odwró­cił się w panice, zamarł w pół kroku. Ucie­kać? Gło­śne bicie serca bęb­niło w jego skro­niach i piersi, oddech zro­bił się płytki. Jak poskła­dać myśli po tym, co zoba­czył? Jak zare­ago­wać? Przy­zwo­itość kazała mu zostać i spro­stać tej sytu­acji. Panika pona­glała, by biec w stronę wydm i zapo­mnieć o kosz­ma­rze.

- Spo­kój - powie­dział do sie­bie jak do psa.

Popra­wił mimo­cho­dem przy­długą, czarną grzywkę spa­da­jącą na zro­szone potem czoło.

- Spo­kój! - powtó­rzył gło­śniej, tym razem zrów­no­wa­żo­nym już gło­sem.

Jego sko­śne, błę­kitne oczy lustro­wały tajem­ni­czą postać. Ukuc­nął nad cia­łem.

Ważne, że oddy­cha - pomy­ślał, sta­ra­jąc się zna­leźć dobre strony sytu­acji.

Ode­tchnął głę­boko kilka razy, by dodać sobie odwagi. Trzę­są­cymi się dłońmi zaczął cucić kobietę. Deli­katne klep­nię­cie w poli­czek, potem jesz­cze jedno i kolejne, ale to nic nie dawało. Ujął w dło­nie smu­kłą twarz kobiety. Błoto, zadra­pa­nia na policzku i strużka krwi na spierzch­nię­tych war­gach nie były w sta­nie zatrzeć jej urody. Deli­katne, szla­chetne rysy, może nieco surowe przez zamknięte oczy i wychu­dzone policzki, doda­wały postaci uroku.

Tomek obej­rzał ciało, szu­ka­jąc ran i śla­dów ewen­tu­al­nej zbrodni. Kobieta była piękna i zgrabna, z deli­kat­nymi kro­pecz­kami pie­gów na ramio­nach, dekol­cie i policz­kach. Pre­ra­fa­elicka bla­dość na tle zie­lo­nych mchów i fio­le­to­wych wrzo­sów. Dłu­gie, rude włosy splą­tane i wymie­szane z bło­tem i liśćmi wyglą­dały na mocne i zdrowe. Tomasz powę­dro­wał dło­nią wzdłuż jej nóg, które dziw­nie ukła­dały się przy drze­wie. No tak, zła­pała się w linę kłu­sow­nika. Dru­ciany sznur z meta­lo­wymi wypust­kami wpi­jał się krwawo w lewą łydkę jak cier­niowa korona. Zaschła, brudna czer­wień kon­tra­sto­wała z ala­ba­strową skórą. Tomasz wyjął nóż zza paska i z tru­dem odciął drut od pnia. Pułapka była już stara, więc drut puścił po kil­ka­krot­nym wygi­na­niu go w tę i we w tę.

Kobieta leżała na mchu, na­dal nie­przy­tomna. Pod­czas odci­na­nia liny od drzewa wydała jedy­nie cichy jęk, jakby słodko śniła. Tomasz był mokry od emo­cji i wysiłku. Zdjął kurtkę moro i otu­lił nią kobietę, nawet ten manewr jej nie zbu­dził. Kolejna próba przy­wró­ce­nia jej przy­tom­no­ści też nic nie dała. Tomasz wziął nie­zna­jomą na ręce i posta­no­wił zanieść do samo­chodu. Pach­niała lasem i inten­syw­nym zapa­chem zwie­rzę­cia, jakby wyta­rzała się w lisiej jamie. Tomek znał ten zapach. Wie­lo­krot­nie miał do czy­nie­nia z lisami, gdy tro­pił ich lego­wi­ska lub rato­wał z Jere­mim po wypad­kach. Zwłasz­cza latem młode lisy pła­ciły za swoją bez­tro­skę. Odsta­wione od piersi matki uwiel­biały polo­wać przy Car­skiej Dro­dze, sta­jąc się ofia­rami aut.

Szedł w pośpie­chu sze­ro­kim szla­kiem. Droga była zasy­pana wydmo­wym pia­skiem, z któ­rego prze­piół biały wysta­wiał główki drob­nych kwia­tów. Tomasz dzię­ko­wał sobie w duchu, że wziął dziś do pusz­czy auto i zapar­ko­wał przy szlaku. Musiał wyglą­dać wyjąt­kowo mrocz­nie z czarną czu­pryną i trzy­dnio­wym zaro­stem. Był nie­sa­mo­wi­cie wysoki, w ogrom­nych kalo­szach wyła­niał się z mgły, dysząc gło­śno i trzy­ma­jąc na rękach nie­przy­tomną kobietę otu­loną jedy­nie jego kurtką. Jej zakrwa­wiona noga dyn­dała przy każ­dym kroku. Oby tylko żaden z tury­stów nie posta­no­wił o świ­cie tro­pić wil­ków.

- Nie tym razem. Pro­szę - wes­tchnął cicho.

Tomasz Kule­sza był szczu­płym męż­czy­zną o moc­nych ramio­nach, wyćwi­czo­nych życiem w pry­mi­tyw­nej leśni­czówce, gdzie palono drew­nem, a wszyst­kie prace kon­ser­wa­tor­skie spa­dały na niego. Cię­żar kobiety nie sta­no­wił więc dla niego pro­blemu. Jed­nak z nad­miaru emo­cji nie potra­fił zła­pać tchu, a w gło­wie znowu zalę­gła się panika: co ma z nią zro­bić? Zawieźć do szpi­tala czy do sie­bie? Jakby w odpo­wie­dzi na jego wąt­pli­wo­ści kobieta ock­nęła się. Widząc, że ktoś nie­sie ją na rękach, zaczęła się wyry­wać. Tomasz posta­wił ją na ziemi, uni­ka­jąc w ten spo­sób cio­sów. Kobieta zawyła z bólu, usi­łu­jąc sta­nąć na ran­nej nodze.

- Spo­koj­nie, zna­la­złem panią w lesie - mówił Tomasz powoli i wyraź­nie. Brudne od błota i krwi ręce trzy­mał unie­sione na znak, że ma czy­ste zamiary. - Jest pani ranna. Trzeba jechać do szpi­tala. Chcę pomóc.

Kobieta usi­ło­wała sta­nąć samo­dziel­nie, lecz na próżno. Usia­dła na tra­wie i zawi­nęła się szczel­niej kurtką leśnika. Obej­rzała bolącą nogę, a jej orze­chowe, ogromne oczy z roz­sze­rzo­nymi źre­ni­cami były nie do końca przy­tomne.

- Jasna cho­lera! - zaklęła.

Nie­uf­nie spoj­rzała na Toma­sza.

- Nie chcę do szpi­tala. Potrze­buję tylko wody utle­nio­nej i ban­daża. Albo wódki. Pro­szę, nie do szpi­tala... - W jej oczach była trwoga i jakiś wstyd.

Co ona ukrywa? - zasta­na­wiał się Tomasz, ale kiw­nął na potwier­dze­nie głową i zapro­sił do samo­chodu.

Ponie­waż kobieta dygo­tała, Tomasz włą­czył ogrze­wa­nie fotela. Utkwił wzrok przed sie­bie, by nie onie­śmie­lać pasa­żerki.

- Czy ktoś zro­bił pani krzywdę? - zapy­tał cicho, chcąc zagaić roz­mowę. - Nie wiem, jak się postę­puje w takich sytu­acjach. Poli­cja, lekarz sądowy? Ale jest już pani bez­pieczna, będzie dobrze.

Kobieta nie odpo­wie­działa, wciąż krę­ciło jej się w gło­wie. Mrok nocy jesz­cze jej nie opu­ścił, a świt dopiero zazna­czył powrót do rze­czy­wi­sto­ści. Była otu­ma­niona. Wie­działa, że potrze­buje jesz­cze czasu - kilku godzin, może dnia, by dojść do sie­bie. Dobrze znała ten stan. Wes­tchnęła i potarła ener­gicz­nie policzki, chcąc zdjąć z sie­bie zasłonę, wytrzą­snąć resztki czaru z głowy i wzroku. Wie­działa, że musi się sku­pić, ale to takie męczące. Jesz­cze nie­wy­ko­nalne. Co chwila zasy­piała ze zmę­cze­nia, po czym budziła się gwał­tow­nie. Gdy otwie­rała oczy, widziała pro­fil kie­rowcy, który się roz­ma­zy­wał, a następ­nie zni­kał w ciem­no­ści.

- Szpi­tal, poli­cja... - dotarły do niej słowa.

- Zabierz mnie do sie­bie - szep­nęła i ponow­nie stra­ciła przy­tom­ność.

Sta­rał się cho­dzić jak naj­ci­szej. Miesz­ka­jąc samot­nie, nie zwra­cał uwagi na trzesz­czącą pod­łogę sta­rej leśni­czówki. Nawet podo­bało mu się, kiedy czuł, jak dom reaguje na jego ruchy. Przez lata wpa­so­wali się w sie­bie nawza­jem i two­rzyli przy­ja­ciel­ski zwią­zek. On napra­wiał dach i butwie­jące okna, a dom odwdzię­czał się cie­płem i kocim mru­cze­niem, kiedy wiatr witał się z pusz­czą mroź­nym odde­chem.

Pod­czas obec­no­ści gościa, który odsy­piał jakieś leśne kosz­mary, skrzy­pie­nie pod­łogi sta­wało się nie­zno­śne. Dla­tego, chcąc nie chcąc, Tomek sie­dział cier­pli­wie przy sofie, sta­ra­jąc się wymy­ślić, jak odka­zić paskudną ranę na nodze nie­zna­jo­mej. Pies Draco, paster­ski bor­der col­lie, waro­wał przy nim, wpa­tru­jąc się to w Tomka, to w kobietę. Rzadko mieli gości, tym bar­dziej pach­ną­cych lasem i dziką zwie­rzyną.

Kobieta wciąż głę­boko spała.

Albo zja­rała się do nie­przy­tom­no­ści, albo ktoś naszpry­co­wał ją czymś, chcąc skrzyw­dzić - zasta­na­wiał się leśni­czy.

Obie­cał nie wzy­wać pomocy, ale sam nie był w sta­nie wyjąć z nogi drutu i zszyć rany. Poza tym ktoś musiał ją zba­dać. Tak naprawdę nie chciał być z nią sam na sam, gdy się obu­dzi.

Napi­sał do Jere­miego lako­niczny ese­mes: "Przy­jedź natych­miast z torbą lekar­ską, pełna dys­kre­cja, potem wyja­śnię". Jeremi, wie­lo­letni przy­ja­ciel Toma­sza i miej­scowy wete­ry­narz, zja­wił się w ciągu pół godziny. Widać było, że wia­do­mość od leśnika wycią­gnęła go z łóżka. Miał potar­gane włosy i nie­do­pięte guziki koszuli.

Wcho­dząc do ciem­nego holu leśni­czówki, wpa­try­wał się czuj­nie w twarz Tomka. Znał go od stu­diów i czy­tał w nim jak w otwar­tej księ­dze. Tym razem zakło­po­ta­nie w oczach przy­ja­ciela nie dawało żad­nych odpo­wie­dzi. Tomek zatrzy­mał go w przed­sionku i zaczął szep­tem:

- To kobieta. Zna­la­złem ją w lesie nagą, z dru­tem wbi­tym w nogę. Ale ona nie chce do szpi­tala. Bła­gała mnie, żeby tam nie jechać, a potem zemdlała. Budzi się i znowu zasy­pia. Jakby naćpana.

- Stary - zaczął Jeremi, zaglą­da­jąc ukrad­kiem do salonu - żeby to się kry­mi­na­łem nie skoń­czyło.

Pod­szedł do sofy, na któ­rej pod kocem leżała nie­zna­joma.

- Mogłem wziąć Agatę. Baba to baba - szep­nął Jeremi i wło­żył biały far­tuch. Potem sku­pił się na bada­niu.

Zaj­rzał w źre­nice, zba­dał puls, posłu­chał serca. Kobieta ock­nęła się, spoj­rzała na Jere­miego, mru­żąc oczy.

- Dzień dobry, Jeremi Dąbrow­ski, przy­ja­ciel Tomka, wete­ry­narz. Jeste­śmy w leśni­czówce w Grzę­dach. Nikt oprócz mnie nie wie, że pani tu jest. Pełna dys­kre­cja, jak pani pro­siła. Opa­trzę ranę i zba­dam panią. Mogę?

Aksa­mitny głos Jere­miego podzia­łał na nią uspo­ka­ja­jąco. Kiw­nęła tylko głową i zamknęła oczy. Spra­wiała wra­że­nie, jakby pod­dała się temu, co ma się wyda­rzyć. Albo była zbyt słaba, albo instynk­tow­nie czuła, że jest już bez­pieczna.

Jeremi zro­bił zastrzyk prze­ciw­tęż­cowy i prze­ciw­bó­lowy, a potem zabrał się do wyj­mo­wa­nia drutu z rany. Kobieta przy­gry­zała w tym cza­sie swoją dłoń, nie chcąc krzy­czeć. Gdy Jeremi szył i opa­try­wał ranę, nie­zna­joma znowu zapa­dła w głę­boką drzemkę. Dłu­go­trwały stres opusz­czał jej ciało.

Po skoń­czo­nym zabiegu męż­czyźni wyszli do kuchni. Jeremi zde­zyn­fe­ko­wał ręce i narzę­dzia wete­ry­na­ryjne. Tomasz nalał mu her­baty mali­no­wej z rumem do szklanki o gru­bym dnie.

Przy­ja­ciel spo­glą­dał na Toma­sza w ciszy.

- Co teraz? - zapy­tał.

- Jak to co?

- Co zamie­rzasz?

Tomasz prze­cze­sał dło­nią włosy. Wło­żył ręce do kie­szeni bojó­wek, zamy­ślony zaczął się koły­sać na pię­tach.

- Niech ode­śpi, potem sama zde­cy­duje. Nic mi do tego.

- Ale to może być wariatka.

- Ćpunka?

- Nic na to nie wska­zuje. Raczej total­nie wyczer­pana. Gdzie ją zna­la­złeś?

- Za Wil­czą Górą w brzo­zo­wym lasku, na skraju lasu.

- Która była?

- Po czwar­tej.

- Musiała tam spę­dzić całą noc, ma wyzię­bione ciało. Nie zna­la­złeś tam jej ubra­nia?

- Nic nie widzia­łem. Ledwo myśla­łem logicz­nie.

Jeremi uśmiech­nął się szel­mow­sko.

- No, nie dzi­wię się, ciało eks­tra klasa. Ładną nie­spo­dziankę zgo­to­wał ci las.

- Daj spo­kój, baby nie dla mnie - żach­nął się leśni­czy, szu­ka­jąc na bla­cie paczki papie­ro­sów. - Zwłasz­cza takie gania­jące na golasa nocą po lesie. Rusałka, kurde, się zna­la­zła.

Jeremi podra­pał się po łopatce i na­dal uśmie­chał do przy­ja­ciela.

- Nie mów, że ci się nie podoba. Umo­ru­sana, ale ciałko i twarz piękne.

- Kło­po­tów nie szu­kam - odpo­wie­dział Tomek, naci­ska­jąc zawór zapal­niczki.

Otwo­rzyła oczy i zoba­czyła nad sobą sufit. Zupeł­nie inny od tego, pod któ­rym zawsze się budziła. Jej był drew­niany, zabej­co­wany na biało, z pięk­nym bia­łym klo­szem, który roz­ja­śniał mlecz­nym świa­tłem prze­strzeń pokoju. A ten był biały, beto­nowy, ze zga­szoną drew­nianą lampką w góral­skim stylu. Za oknem roz­po­ście­rały się ogromne drzewa igla­ste.

Jaki jest dzień, jak długo tu jestem? - pyta­nia prze­my­kały jej przez głowę. Poczuła lęk i przy­pływ adre­na­liny, które nie pozwa­lały jej swo­bod­nie oddy­chać.

Wero­nika pod­parła się na łok­ciach. Zaj­rzała ostroż­nie pod koc, któ­rym ktoś ją przy­krył. Miała na sobie męską koszulkę z podo­bi­zną wilka i nic wię­cej, nie licząc ban­daża na łydce. Poru­szyła nogą i zasy­czała z bólu. Nie­do­brze. Rana nie pozwoli jej wymknąć się nie­po­strze­że­nie. Cze­kała ją więc roz­mowa z gospo­da­rzem. We wspo­mnie­niach odszu­kała pro­fil kie­rowcy, który wywiózł ją z lasu. Długi, pro­sty nos, sko­śne oczy, ciemny zarost na męskiej, choć deli­kat­nej szczęce. Opa­dła na poduszkę i pró­bo­wała przy­po­mnieć sobie ostat­nie wyda­rze­nia. Samo­chód tere­nowy, głos tego faceta, a potem jakiś zastrzyk od wete­ry­na­rza. Wete­ry­na­rza? Boże, czemu to ją spo­tyka? Po chwili tylko poki­wała głową bez­rad­nie.

- Dokład­nie wiesz dla­czego - powie­działa do sie­bie, wes­tchnęła ciężko nad swoim losem i nad tym, jak kon­cer­towo prze­kre­śliła swoje życie.

Za oknem było jasno, słońce już dawno zaczęło wędrówkę po nie­bo­skło­nie. Zarzu­ciła na sie­bie koc i wstała z łóżka. Kule­jąc, doszła do stołu na środku pokoju.

Stół był okrą­gły, z masyw­nymi nogami, pew­nie dębowy. Może sta­no­wił cen­trum rodzin­nych spo­tkań, peł­nych gwaru i śmie­chów oraz pobrzę­ki­wa­nia sztuć­ców i misek z domową zupą. Ale w tej chwili widziała na nim jedy­nie kilka ksią­żek, jakieś mapy i brudny kubek po kawie. Zawo­dowy instynkt kazał jej zer­k­nąć na tytuły na grzbie­tach. Zawsze tak robiła, gdzie­kol­wiek się zna­la­zła. Akan Pawła Goź­liń­skiego, kry­mi­nały Zyg­munta Miło­szew­skiego, bio­gra­fia Paga­ni­niego otwarta na 34. stro­nie. Z ulgą stwier­dziła, że gospo­darz lubi dobrą lite­ra­turę, co pod­no­siło jego ogólną ocenę. Ale czy gusty lite­rac­kie świad­czą o czło­wieku i jego wewnętrz­nych demo­nach? Czy jeśli ktoś czyta Kinga, to biega z nożem wokół domu lub prze­trzy­muje ulu­bio­nego pisa­rza w piw­nicy? Czy ona, czy­ta­jąc Jane Austen, jest sta­teczną panienką z dobrego domu? Bar­dziej pasuje do niej dziew­czyna z bagien z Gdzie śpie­wają raki lub mroczna histo­ria Sta­rej Sła­bo­nio­wej, pełna uro­ków i cza­rów. Uśmiech­nęła się gorzko do swo­ich myśli. Prze­cze­sała dłońmi dłu­gie włosy, wyj­mu­jąc z nich resztki liści.

Każdy jej ruch wpra­wiał pod­łogę w kon­cert skrzy­pień. Jeśli chcia­łaby stąd po cichu uciec, pod­łoga zde­cy­do­wa­nie popsu­łaby jej szyki. Tak jak się spo­dzie­wała, skrzy­pie­nie przy­wo­łało gospo­da­rza. Poja­wił się w drzwiach w ciem­nej koszulce i zabru­dzo­nych bojów­kach. Jego czarne, pro­ste włosy lśniły, grzywka opa­dała na czoło i kącik pra­wego oka. Pró­bo­wał się uśmiech­nąć, ale widać było, że nie ma w tym wprawy.

- Hej, jestem Tomek. Masz ochotę na śnia­da­nie? Pew­nie zgłod­nia­łaś - męż­czy­zna pró­bo­wał mówić swo­bod­nie, ale jego zanie­po­ko­jone, błę­kitne spoj­rze­nie zdra­dzało praw­dziwy nastrój.

Do stołu pod­biegł czarno-biały pies umasz­czony jak indiań­ski koń. Mer­da­jąc ogo­nem, doma­gał się piesz­czot. Wpy­chał podłużny pysk bez­czel­nie pod jej dło­nie, dobre psie oczy wpa­try­wały się w nią z ocze­ki­wa­niem. Roz­czu­lił ją. Schy­liła się ku niemu i poca­ło­wała w czoło. Na­dal nie odpo­wia­dała męż­czyź­nie, tylko patrzyła na niego nie­pew­nie, nie wie­dząc, czego się spo­dzie­wać.

Tomek popra­wił nie­śmiało przy­dłu­gie włosy i zła­pał dłońmi opar­cie pobli­skiego krze­sła, by dodać sobie odwagi.

- Słu­chaj, wycią­gną­łem cię z lasu nie­przy­tomną. Nie chcia­łaś jechać do szpi­tala. Popro­si­łaś o schro­nie­nie u mnie - zaczął, jakby tłu­ma­czył się ze zbrodni. - Jeśli chcesz, zawiozę cię teraz, gdzie potrze­bu­jesz, jest dzie­siąta rano. Spa­łaś ponad dobę.

- Jezu, prze­pra­szam - powie­działa zawsty­dzona.

- Jesteś w sta­nie dojść do kuchni czy tutaj przy­nieść jedze­nie? - zapy­tał Tomek, nie chcąc wpra­wiać jej w zakło­po­ta­nie. - A może naj­pierw prysz­nic? Tylko uwa­żaj na nogę, rana może krwa­wić pod wpły­wem wody.

- Dojdę sama, daj mi chwilę. I jakieś ubra­nie - szep­nęła.

Męż­czy­zna wypro­sto­wał się i zaczął ner­wowo roz­glą­dać się po pokoju.

- Eee, jasne. Wczo­raj zna­la­złem tylko koszulkę, chyba wszystko będzie na cie­bie za duże. - Mimo­wol­nie spoj­rzał na jej dłu­gie, smu­kłe nogi. - Może szla­frok? Od razu możesz wziąć prysz­nic.

Kobieta ski­nęła głową.

Tomasz poka­zał jej, gdzie jest łazienka. Cho­ciaż kulała, nie odwa­żył się zapro­po­no­wać pomocy. Scho­wał się w kuchni, uda­jąc, że jest zajęty. Tłukł naczy­niami, by zagłu­szyć dźwięki prysz­nica. Nie chciał sobie wyobra­żać, jak zdej­muje zabru­dzoną koszulkę i cze­sze włosy. Jak spo­gląda w lustro, oce­nia obra­że­nia i zadra­pa­nia na nagim ciele. Bez skutku.

Dobra, naj­pierw kawa - przy­wo­łał się do porządku.

Kiedy ostatni raz gościł tu kobietę? Monika ode­szła wiele lat temu. Po niej zda­rzyły się może dwie przy­godne turystki, zbyt zepsute, by zostać na dłu­żej.

Przy­go­to­wał świeżą kawę w kawiarce i wczo­raj­szy kawa­łek chałki. Ugo­to­wał jajka na twardo i pokroił świeże pomi­dory z ogródka.

Na progu kuchni usły­szał jej głos:

- Mam na imię Wero­nika. Pięk­nie pach­nie. Zjem i zni­kam.

- Jasne, choć nie wiem, czy noga pozwoli ci na jakie­kol­wiek spa­cery - stwier­dził. - Mogę cię odwieźć, gdzie chcesz.

- Nie, nie - spe­szyła się kobieta - wystar­czy coś prze­ciw­bó­lo­wego i sobie pójdę. Nie wygląda to źle.

Stała boso w jego sza­rym szla­froku. Woda z wło­sów spły­wała na kap­tur. Usia­dła z wes­tchnie­niem, kła­dąc zaban­da­żo­waną nogę deli­kat­nie na krze­śle. Tomek zauwa­żył, że zmie­niła opa­tru­nek, korzy­sta­jąc z łazien­ko­wej apteczki.

- Popro­si­łem Jere­miego, żeby przy­szedł dziś obej­rzeć ranę. Ale warto, by zoba­czył to lekarz, nie wete­ry­narz.

- Jest w porządku.

- Wiesz, to był bar­dzo stary drut, mógł być zardze­wiały - kon­ty­nu­ował Tomek.

- To, że zna­la­złeś mnie w lesie, nie zna­czy, że awan­so­wa­łeś na mojego ryce­rza i masz prawo orga­ni­zo­wać mi życie - odpa­ro­wała Wero­nika, a na jej policzki wystą­piły rumieńce. - Czasy bez­wol­nych księż­ni­czek dawno minęły, więc odstaw miecz i bia­łego rumaka do stajni.

Zapa­dła nie­zręczna cisza, gdy Tomek napeł­niał ich kubki kawą. Wero­nika dolała sobie mleka i chwy­ciła kawa­łek chałki.

- Gdzie mnie zna­la­złeś? - zapy­tała, chcąc prze­rwać mil­cze­nie.

- Bli­sko Wil­czej Góry.

- A gdzie jeste­śmy?

- Grzędy, leśni­czówka - Tomek odpo­wia­dał zdaw­kowo, by unik­nąć kolej­nego wybu­chu "księż­niczki". Taka, kurde, wdzięcz­ność za dobę czu­wa­nia przy łóżku. Niech spada i da spo­kój.

Tomek poło­żył na stole para­ce­ta­mol. Kobieta tylko kiw­nęła głową. Przyj­rzała się nie­uf­nie tabletce, ale wzięła ją do ust i popiła kawą. Wyglą­dała jak zwie­rzyna, która udaje spo­kojną, ale oczy roz­glą­dają się, szu­ka­jąc oka­zji do ucieczki.

Tomek nie wie­dział, o czym z nią roz­ma­wiać. Nie nale­żał do męż­czyzn, któ­remu gadka z kobietą spra­wiała przy­jem­ność. Te wszyst­kie sub­tel­no­ści, meta­fory, tematy zwią­zane z pięk­nem i duszą... Wolał szczerą, szorstką roz­mowę z face­tami. Kon­krety. A kon­kre­tem było to, że jej obec­ność dzia­łała na niego para­li­żu­jąco. Tajem­nica jej nagiej obec­no­ści w lesie bar­dzo go intry­go­wała, ale nie był w sta­nie o to zapy­tać. Tym bar­dziej teraz, kiedy wyraź­nie posta­wiła gra­nice wtrą­ca­nia nosa w jej sprawy.

- Masz może tele­fon? - zapy­tała. - Muszę wysłać ese­mes.

Tomasz bez słowa podał jej komórkę.

Na zewnątrz usły­szeli har­mi­der. Po chwili ktoś zaczął walić w drzwi. Tomek zerwał się na równe nogi. Kobieta została przy stole, nie chcąc się ruszać.

- Tomek, Tomek, zobacz, co mamy! - dobie­gał dzie­cięcy głos.

W progu stało troje dzieci, dzie­się­cio-, może dwu­na­sto­latki. Dziew­czynka, która widocz­nie przy­jaź­niła się z leśni­czym, wypchnęła na przód chłopca o zie­lo­nych oczach, trzy­ma­ją­cego w rękach mło­dego lisa. Widać było, że zwie­rzę jest w złym sta­nie. Poło­żyli je w psim kojcu przy piecu. Draco szcze­kał zaafe­ro­wany. Tomek uci­szył go i zamknął na weran­dzie, by nie stra­szyć dzi­kiego zwie­rzęcia. Spo­koj­nie obej­rzał czwo­ro­noż­nego pacjenta. Zaj­rzał do pyska i oczu. Lisek ledwo oddy­chał, miał trud­no­ści z prze­ły­ka­niem.

- Dzwo­nię po Jere­miego - powie­dział Tomek i wziął od kobiety swój tele­fon. Nie­stety, wete­ry­narz nie odbie­rał. Męż­czy­zna przy­niósł mło­demu lisowi wody, ale ten nawet na nią nie spoj­rzał, podob­nie na ugo­to­wane na twardo jajko.

Wero­nika przy­glą­dała się sce­nie w mil­cze­niu. Pode­szła do kojca.

- Zrób­cie mi miej­sce. Chyba wiem, co mu dolega - stwier­dziła poważ­nym gło­sem.

Dzieci i Tomasz odsu­nęli się o krok, ale kobieta spoj­rzała na nich w taki spo­sób, że w mig zro­zu­mieli, że mają wyjść z kuchni, a naj­le­piej z domu.

Tomasz wypro­wa­dził dzie­ciaki na dwór. Sam wró­cił po chwili i sta­nął na progu kuchni, obser­wu­jąc nie­zna­jomą. Kobieta tuliła zwie­rzę, masu­jąc jego prze­łyk. Miała przy tym zamknięte oczy. Nagle spoj­rzała na Tomka, wyczu­wa­jąc jego obec­ność. W jej oczach było coś dziw­nego, czego nie widział wcze­śniej u ludzi. Prze­mknęła przez nie jakaś dzi­kość, zwie­rzęcość w spo­so­bie patrze­nia, ukła­da­nia głowy. Dostał gęsiej skórki. Poczuł się jak intruz.

- Chwyć jego pysk i roz­dziaw deli­kat­nie, ale sze­roko - roz­ka­zała. - Ma zablo­ko­wany prze­łyk.

- Może pocze­kamy na Jere­miego?

- Jesz­cze chwila i się udławi - powie­działa Wero­nika ostro.

Tomasz chwy­cił pasz­czę lisa i otwo­rzył ją na tyle, na ile pozwo­liło zwie­rzę. Lis nie wyry­wał się, pod­da­wał zabie­gowi, jakby rozu­miał powagę sytu­acji.

Wero­nika wło­żyła smu­kłe palce do gar­dła lisa.

- Cho­lera, głę­boko sie­dzi i śli­skie jest. Masz może jakiś chwy­tak?

- Kom­bi­nerki? - zapro­po­no­wał Tomasz.

- Spró­bujmy.

Leśnik przy­niósł torbę z narzę­dziami i wyjął z niej meta­lowe kom­bi­nerki o czer­wo­nych rącz­kach. Wero­nika pró­bo­wała chwy­cić nimi to, co blo­ko­wało prze­łyk lisa. Po kilku pró­bach udało jej się zła­pać coś, co wyglą­dało na sznu­rek. Wyj­mo­wała go powoli, obser­wu­jąc reak­cję zwie­rzę­cia. Zro­lo­wany, poma­rań­czowy kawa­łek mate­riału wynu­rzał się z lisiej gar­dzieli. Zwie­rzę char­czało, zwra­ca­jąc przy tym nie tylko sznu­rek, ale całe upo­lo­wane śnia­da­nie. Łap­czy­wie poły­kało powie­trze. Sznu­rek oka­zał się siatką, w którą pakuje się wędlinę. Miała nawet meta­lową sprzączkę na końcu.

Wero­nika poło­żyła sznu­rek i kom­bi­nerki obok sie­bie i zaczęła gła­skać lisa, który par­skał i kichał. W jego zacho­wa­niu wyczu­wało się ulgę. Oddy­chał już swo­bod­nie.

- Widocz­nie ludzie wyrzu­cili to do lasu, a lis, czu­jąc zapach mięsa, zjadł pla­stik - oce­niła kobieta, cału­jąc ura­to­wane zwie­rzę po uszach.

Lis wes­tchnął z ulgą i obli­zał wąsy.

- Jest zdrów. Po wymio­tach można mu dać nieco wody. Jajko z chę­cią zje, ale nie dawaj za dużo, jeśli nie chcesz go mieć za współ­lo­ka­tora - dodała Wera i po raz pierw­szy uśmiech­nęła się do Tomka.

Udana akcja ratun­kowa odprę­żyła ją, a w oczach poja­wiła się radość. Męż­czy­zna spoj­rzał na nią cie­pło, pokle­pał bra­ter­sko po ramie­niu.

Słońce musiało wyjść zza chmury, bo pokój momen­tal­nie wypeł­nił się zło­tym bla­skiem. Pro­mie­nie prze­nik­nęły przez okna, rzu­ca­jąc kolory na ściany leśni­czówki. Wero­nika poczuła w pod­brzu­szu cie­pło, za któ­rym tęsk­niła od lat. Nie był to dobrze jej znany skurcz stra­chu. Poczuła zaufa­nie i radość. Tomek patrzył na kobietę z dzie­cię­cym wręcz podzi­wem. Zaim­po­no­wała mu. Wcze­śniej­szy dystans gdzieś znik­nął, poja­wiła się mię­dzy nimi otwar­tość. Cie­pło, któ­rego nie doświad­czali od dawna.

- Widzę, że Jeremi będzie miał kon­ku­ren­cję - zażar­to­wał Tomek.

- Nie jestem wete­ry­na­rzem - odpo­wie­działa Wera.

- To może zakli­naczką lisów? - mruk­nął Tomasz, pusz­cza­jąc oko. - Skąd wie­dzia­łaś o sznurku w prze­łyku?

Wero­nika momen­tal­nie zga­sła i wró­ciła do zdy­stan­so­wa­nej postawy. Zamknęła otwarte na oścież wrota duszy, chro­niąc swoją naj­więk­szą tajem­nicę.

- Po pro­stu zga­dłam. Prze­stań ana­li­zo­wać - szep­nęła, ponow­nie two­rząc mię­dzy nimi prze­paść.

Tomasz poczuł się jak mały chło­piec stro­fo­wany przez matkę. Dla­czego w takich momen­tach potra­fił tylko przy­zwa­la­jąco mil­czeć? Gdzie ripo­sty, tak celne, by dopiec? Ni­gdy tego nie potra­fił. Znowu zro­biło mu się ciężko na duszy.

Lis pową­chał jego palce, szu­ka­jąc kolej­nego jajka na twardo. Tomek pogła­skał zwie­rzę, wziął je na ręce i wypu­ścił do lasu. Dzieci towa­rzy­szyły mu, wypy­tu­jąc o szcze­góły akcji ratun­ko­wej. Tomek wró­cił z nimi do domu, kazał umyć ręce i poczę­sto­wał cze­ko­la­do­wymi cukier­kami w nagrodę za ura­to­wa­nie lisa. Dzie­ciaki zado­wo­lone pobie­gły do wsi.

- Tobie też się należy. - Męż­czy­zna poło­żył cukie­rek przy kubku z kawą Wero­niki. - Idę do pracy. Gdy­byś cze­goś potrze­bo­wała, jestem na podwórku.

Tomasz zosta­wił ranną księż­niczkę w leśni­czówce. Nie był w sta­nie prze­by­wać z nią dłu­żej. Dziw­nie na niego dzia­łała. Kru­chość i jed­no­cze­śnie har­dość dziew­czyny poru­szały w nim wraż­liwą strunę. Chciał jej pomóc, cokol­wiek to zna­czyło. Z dru­giej strony jej odpy­cha­jące odpo­wie­dzi sta­wiały go na bacz­ność i budziły zako­pane głę­boko poczu­cie krzywdy. Czuł się nie­pew­nie, miał przy niej nie­zgrabne ruchy, a w gło­wie chaos. Odwle­kał moment powrotu do chaty, by tylko nie prze­by­wać z nią we wspól­nej prze­strzeni.

Kiedy przy­szedł na obiad, zauwa­żył na krze­śle równo zło­żony szla­frok. W domu pano­wała cisza. Wero­nika znik­nęła. Tomek prze­szu­kał powoli kuch­nię i szu­flady, spraw­dza­jąc, czy może coś znik­nęło. Port­fel nie­ru­szony leżał w szu­fla­dzie biurka, klu­czyki od auta na swoim miej­scu. Znik­nęła jego jedyna biała koszula od gar­ni­turu i ogromne wodery.

Musiała wyglą­dać zja­wi­skowo, wycho­dząc w tych ciu­chach - uśmiech­nął się do swo­ich myśli.

Otwo­rzył lodówkę i zaczął odgrze­wać lasa­gne.

Zdej­mo­wała deli­kat­nie ban­daż, bojąc się tego, co pod nim zoba­czy. Z zadra­pań sączyło się coś żół­tego, ale ni­gdzie nie było śla­dów opu­chli­zny. Para­ce­ta­mol prze­stał dzia­łać, a rana nie­przy­jem­nie pul­so­wała.

- Maść z liści czar­nego bzu zała­twi sprawę - szep­nęła do nogi i pogła­skała ją czule.

Kil­ku­go­dzinny marsz na prze­łaj przez pusz­czę, po bagni­skach i wydmach, nad­we­rę­żył nogę. Mimo zmę­cze­nia, Wero­nika była zado­wo­lona. Ura­to­wała lisa i udało jej się bez pro­ble­mów czmych­nąć leśni­czemu. Im mniej o niej wie, tym lepiej.

Usia­dła w fotelu ze sło­icz­kiem zie­lon­ka­wej maści. Wokół roz­prze­strze­niała się słodka, mio­dowa woń lekar­stwa. Biała koszula leśnika przy­jem­nie doty­kała jej ciała. Nakła­da­jąc maść na ranę, ana­li­zo­wała wyda­rze­nia dzi­siej­szego poranka.

Przed odej­ściem zlu­stro­wała prze­strzeń leśni­czówki. Ude­rzył ją brak śla­dów zaba­wek i dzie­cię­cych ubrań, brak kobie­cych kosme­ty­ków w łazience i zapa­chu per­fum. Męż­czy­zna z pew­no­ścią mieszka sam. Zebrał w swoim domu wyłącz­nie prak­tyczne rze­czy - mocne, drew­niane meble, dobry sprzęt audio i dużo ksią­żek. Nie było dzba­nusz­ków i kwia­tów w wazo­nie, kolo­ro­wych, zwiew­nych tka­nin. Typowo męska suro­wość wystroju. Wero­nika przy­znała, że wszystko urzą­dzono z klasą. Bra­ko­wało też nie­chluj­stwa, z któ­rym zwy­kle koja­rzyła samot­nych face­tów.

Długo szu­kała jego ubrań. Musiała prze­cież zało­żyć coś na sie­bie przed ucieczką. Na dole, tuż przy scho­dach, zauwa­żyła wej­ście do kolej­nego pokoju. Był zamknięty, a duży, mosiężny klucz tkwił w zamku drzwi. Otwo­rzyły się po naci­śnię­ciu sta­ro­mod­nej klamki. Jej oczom uka­zał się gabi­net, w któ­rym Wera odkryła pasję gospo­da­rza. Przy oknie stało ogromne biurko ze sprzę­tem foto­gra­ficz­nym i dużym moni­to­rem kom­pu­tera. Na ścia­nach wisiały nie­sa­mo­wite foto­gra­fie zwie­rząt: łosi, saren, sza­ra­ków i lisów. Naj­więk­sze było zdję­cie watahy mło­dych wil­ków idą­cych po ścieżce. Grupa nic­po­niów o gru­bych łapach i klap­nię­tych jesz­cze uszach. Pod­gry­zały sobie wza­jem­nie boki, ale szły dziar­sko, two­rząc rado­sną kom­pa­nię. Kobieta uśmiech­nęła się do zdję­cia. Wzru­szyło ją.

Ma dobre oko - pomy­ślała o foto­gra­fie.

Piękne obrazy natury zatrzy­mały ją na chwilę. Zapo­mniała, w jakim celu tu węszy. Zdję­cia zdra­dzały wraż­li­wość Tomka i jego miłość do natury. Każde z foto­gra­fo­wa­nych zwie­rząt ujęte było w spo­sób, który uka­zy­wał jego cha­rak­ter. Sza­rak oglą­dał się za sie­bie sku­lony i gotowy do skoku. Lis patrzył w sku­pie­niu na glebę, nasłu­chu­jąc na sztorc posta­wio­nymi uszami. Wero­nika uznała, że foto­gra­fie mogłyby z suk­ce­sem zilu­stro­wać bajkę dla dzieci. Miały w sobie magię, histo­rię. Patrząc na lisa, wyobra­żała sobie jego przy­gody, sza­rak z kolei zdra­dzał cechy cha­rak­teru, z któ­rych z pew­no­ścią nie byłby dumny, gdyby mógł je prze­ana­li­zo­wać.

Za drzwiami zauwa­żyła obszerną szafę. Tego szu­kała. Wycią­gnęła z niej koszulę, która zakry­wała jej ciało do połowy uda. Mate­riał pach­niał palo­nym drze­wem i męskim pły­nem pod prysz­nic. Podo­bała jej się nutka ostrego, orien­tal­nego zapa­chu. Ze spodni od gar­ni­turu wycią­gnęła skó­rzany pasek, któ­rym obwią­zała się, robiąc z koszuli sukienkę.

Usztyw­niła ranną nogę trzema skar­pe­tami z dol­nej szu­flady i poszła w stronę drzwi wyj­ścio­wych. Gdy na wie­szaku zauwa­żyła wodery, uśmiech­nęła się szel­mow­sko. Miała wszystko, by znik­nąć i już wię­cej nie poka­zać się w tym miej­scu. Potem wyśle leśni­kowi paczkę z poży­czo­nymi ubra­niami. Prze­cież nie była zło­dziejką!

Grzędy od Kopyt­kowa dzie­liło zale­d­wie osiem, może dzie­więć kilo­me­trów w linii pro­stej. Mię­dzy nimi roz­le­wały się bagni­ska i rosły olbrzy­mie drzewa naj­więk­szego w Pol­sce parku naro­do­wego, po szla­kach wędro­wali tury­ści. Ale Wero­nika wie­działa, jak poru­szać się po pod­mo­kłym lesie z dala od głów­nych tras. Znała w lesie każde drzewo i lisią jamę, dziu­ple sów i bar­łogi dzi­ków. W bia­łej, za dużej koszuli Tomka i olbrzy­mich wode­rach mimo wszystko prze­miesz­czała się bar­dzo spraw­nie.

Kiedy wyszła na otwarte bagni­ska, poczuła się jak w domu. Wyso­kie trzciny kryły ją niczym zaufani przy­ja­ciele. Zna­jome bul­go­ta­nie błota pod nogami brzmiało jak wyrzut: gdzie znik­nę­łaś na tak długo?

Widok jej małej chatki na skraju Kopyt­kowa dodał dziew­czy­nie sił. Od razu poczuła się lepiej i już na piasz­czy­stej ścieżce zrzu­ciła za duże wodery.

Znowu była w swo­jej skó­rze. Z ulgą witała kolejne spo­kojne tygo­dnie życia. Do czasu ponow­nego czaru, który od lat nie­zmien­nie wymie­rzał jej pokutę.

Spod doniczki z lawendą wyjęła klucz i weszła do chaty. Izba z kuch­nią prze­dzie­lona bia­łym kaflo­wym pie­cem, sień z wygod­nym, sze­ro­kim łóż­kiem i dawna komora, prze­ro­biona na pro­stą łazienkę, wpra­wiły ją we wzru­sze­nie. Naresz­cie w domu. Uwiel­biała tu być. W swoim azylu na skraju bagnisk czuła się naj­bez­piecz­niej.

Wła­śnie ten dom ochro­nił Wero­nikę w naj­trud­niej­szym momen­cie, kiedy sześć lat temu wszy­scy się od niej odwró­cili. Choć spo­nie­wie­rany przez czas, ofia­ro­wał jej cie­pło i wyro­zu­miałą ciszę. Nie zada­wał pytań, nie odrzu­cał jak reszta świata. Przy­jął z otwar­tymi drzwiami. Wero­nika była mu wierna od dnia, w któ­rym musiała wypro­wa­dzić się od babki i znik­nąć z aka­de­mika w Bia­łym­stoku. Wtedy z dnia na dzień została bez dachu nad głową prze­ra­żona tym, z czym musiała się zmie­rzyć.

Od tam­tego momentu chata wyna­jęta za gro­sze od pana Władka trzy­mała się nie­źle i jak stara, ale zahar­to­wana łódź pły­nęła z Wero­niką przez życie.

Izba i kuch­nia z bia­łym pie­cem sta­no­wiły cen­trum jej kró­le­stwa. Pobie­lona na biało drew­niana pod­łoga dźwi­gała nie­wiele mebli, które Wero­nika upo­lo­wała za gro­sze na inter­ne­to­wych gieł­dach sta­roci. Kwa­dra­towy stół, trzy krze­sła, fotel i prze­pastną, welu­rową sofę w kolo­rze głę­bo­kiego gra­natu. Po kątach cho­wały się koszyki, które skry­wały sło­iki z dże­mami i butelki z nalew­kami oraz wią­zanki czosn­ków, ziół i worki orze­chów. Zabej­co­wane na błę­kitno drew­niane ściany wpro­wa­dzały nowo­cze­sność do tra­dy­cyj­nej, wiej­skiej cha­łupy. Na para­pe­tach stały szare, kamienne donice z lawendą i gera­nium.

Za oknem poja­wił się rudy kot. Kobieta umyła ręce z maści i wpu­ściła go do domu, wita­jąc wylew­nie. Mau­rycy wsko­czył jej na kolana, stę­sk­niony piesz­czot. Nie było jej prze­cież kilka dni, a wizyta u Toma­sza prze­dłu­żyła jesz­cze jej nie­obec­ność. Na szczę­ście Mau­rycy był leśnym kotem, który w każ­dej chwili potra­fił sam zadbać o sie­bie.

- Dzielny kotek. - Wero­nika wtu­liła twarz w jego futro. - Pasu­jemy do sie­bie. Nie­za­leżni, nikogo nie potrze­bu­jemy, oprócz sie­bie nawza­jem.

Jej miękki, o wyso­kich bokach fotel w kratę ofia­ro­wy­wał namiastkę cie­płych, sil­nych ramion. Dawni wła­ści­ciele byli tak bar­dzo zde­spe­ro­wani, by się pozbyć mebla, że sami przy­wieźli go do jej domu na skraju pusz­czy. Wyma­gał tylko porząd­nego pra­nia i zaszy­cia dziury w jed­nym z oparć. Od kiedy fotel wpro­wa­dził się do chatki, Wero­nika spę­dzała w nim wszyst­kie wie­czory, pod­ku­la­jąc nogi i obser­wu­jąc świat przez nisko osa­dzone w ścia­nie okno. Widziała z niego uko­chane bagni­ska, gdzie o świ­cie urzę­do­wały żura­wie i białe cza­ple. Nikt nie przy­pusz­czałby nawet, że ta nie­po­zorna chatka może być tak pięk­nie urzą­dzona i że chroni zbiega przed magią.

Mimo póź­nego popo­łu­dnia było jesz­cze cie­pło, owady leni­wie szem­rały w tra­wie. Moski­tiery w oknach bro­niły wstępu krwio­żer­czym intru­zom. Wero­nika ode­tchnęła z ulgą. Delek­to­wała się sma­kiem cie­płego naparu z melisy i mru­cze­niem Mau­ry­cego na kola­nach. Maść z czar­nego bzu przy­nio­sła ulgę nodze. Kobieta odpo­czy­wała, wra­ca­jąc do ulu­bio­nego rytmu i zapo­mi­na­jąc o leśnym kosz­ma­rze. Rozej­rzała się z zado­wo­le­niem po wnę­trzu swo­jego azylu. Z prze­ką­sem zasta­na­wiała się, jakich słów uży­łaby matka, gdyby zoba­czyła, gdzie mieszka jej córka. Wie­działa, że ni­gdy się tu nie spo­tkają.

Wero­nika, gru­dzień 2007

Wero­nika, gru­dzień 2007

Wspo­mnie­nia

Stało się to w Boże Naro­dze­nie. Latem skoń­czy­łam osiem­na­ście lat. Wciąż miesz­ka­łam u babki w Moń­kach na Pod­la­siu, ale od dawna robi­łam wszystko, by stam­tąd uciec. Sezo­nowe prace na polu, pomoc babce w sprze­daży nale­wek i opieka nad dziećmi sąsiadki dawały mi upra­gnione fun­du­sze. Zbie­ra­łam je w puszce po her­ba­cie, by kie­dyś kupić za nie wol­ność. Ale przede wszyst­kim pra­gnę­łam stu­dio­wać, wyje­chać do mia­sta i zacząć wszystko od nowa. Wie­dza i dobre stop­nie miały mi w tym pomóc. Dom rodzinny był dla mnie wię­zie­niem umy­słu i duszy, tru­ją­cym blusz­czem tra­dy­cji i zaka­zów.

Matka była sze­fową biblio­teki, ale więk­szość miesz­kań­ców wsi koja­rzyła ją z inną insty­tu­cją - Kościo­łem. Codzien­nie drep­tała na msze, kółka różań­cowe, roraty, czu­wa­nia, by wie­czo­rem wra­cać do domu i znowu modlić się żar­li­wie, trzy­ma­jąc w dło­niach kora­liki różańca z poświę­co­nego drzewa róża­nego. Choć jej poboż­ność nawet ksiądz wychwa­lał z ambony, w domu jej świę­tość przy­bie­rała zgoła inną postać. Była surową matką, która z miną cier­pięt­nicy spo­glą­dała na innych z góry. Niczym matka prze­ło­żona śre­dnio­wiecz­nego zakonu. Swo­jej poboż­no­ści nie ska­lała chwilą zabawy ze mną czy choćby przy­tu­le­niem przed snem. Odkąd pamię­tam, zawsze jej zawa­dza­łam. Moje sprawy, bóle, smutki, suk­cesy w szkole były nie­istotne. Naj­waż­niej­sze to modli­twa i dys­cy­plina. Życie docze­sne miało być smutne i szare. Taka nie­istotna pocze­kal­nia przed rajem.

Ojca nie zna­łam. Matka trzy­mała przede mną w tajem­nicy powód jego znik­nię­cia. Zasły­sza­łam jedy­nie w skle­pie, że cza­row­ni­com lepiej dzie­ciaka nie robić, bo wszystko szlag trafi. Wycho­wy­wana przez kobiety, matkę Zofię i babkę Ele­onorę, z tru­dem wyobra­ża­łam sobie męskie buty lub głos męż­czy­zny w naszej cha­cie. Ener­gia męska była dla mnie tak odle­gła jak mat­czyny Bóg scho­wany gdzieś na ołta­rzu w czer­wo­nej lampce taber­na­ku­lum. Ani podejść, ani się przy­tu­lić. Niema obec­ność owiana tajem­nicą.

Babka była znaną w regio­nie zie­larką. Pro­du­ko­wała pach­nące nalewki, maści, tek­stury na ludz­kie bolączki ciała, duszy i serca. Nie­któ­rzy z sza­cun­kiem zwra­cali się do niej per Szep­tu­cha bądź Stara. Praca babki była ceniona w oko­licy, co przy­no­siło jej spore dochody.

Czę­sto asy­sto­wa­łam jej w pracy z zio­łami: przy zbie­ra­niu, susze­niu, potem roz­cie­ra­niu. Były to jedne z lep­szych chwil mojego dzie­ciń­stwa, ponie­waż babka mnie zauwa­żała i chwa­liła za zna­jo­mość ziół i za to, jak ucie­ram je w kamien­nym moź­dzie­rzu. Czę­sto mówiła do roślin dziwne słowa, szep­tała zaklę­cia, z czego śmia­łam się w duchu, ale nie poka­zy­wa­łam tego po sobie.

Żyłam pomię­dzy dwoma świa­tami: surową wiarą kato­licką matki i cie­płą, swoj­ską magią babki. W oba światy nie wie­rzy­łam. Ze świata matki wybra­łam książki, które jako córka sze­fo­wej biblio­teki mia­łam na wycią­gnię­cie ręki. Po szkole, zwłasz­cza zimą, gdy sza­rzało już za dnia, szłam do biblio­teki i sie­dzia­łam tam aż do zamknię­cia, zagu­biona gdzieś mię­dzy rega­łami, ze sto­sem ksią­żek przy nogach. Sado­wi­łam się w ulu­bio­nym miej­scu, przy naj­le­piej dzia­ła­ją­cym kalo­ry­fe­rze i prze­glą­da­łam księgi opa­tu­lone w szary papier. To w nich była praw­dziwa magia. Inne światy, podróże i cie­kawi, odważni boha­te­ro­wie. Zna­la­złam w nich miłość oka­zy­waną dzie­ciom i męż­czyzn kocha­ją­cych kobiety tak mocno, że gotowi byli popły­nąć dla nich na koniec świata. Były w nich kobiety cie­płe i mądre, które dzie­liły się spo­strze­że­niami o życiu, mówiły o emo­cjach i uczu­ciach. Książki dawały mi przy­ja­ciół i azyl przed suro­wym wzro­kiem matki. Zni­ka­łam za okład­kami powie­ści, co zresztą odpo­wia­dało każ­dej z nas.

Ze świata babki wzię­łam naturę i zna­jo­mość ziół. Uwiel­bia­łam cho­dzić po bagni­skach lub lesie i zbie­rać lekar­stwa: mniszka, jagody, cha­bry, przy­tu­lię czy tymia­nek albo bylicę z wro­ty­czem. Susząc zioła na czy­stych płót­nach, bawi­łam się w naukowca bota­nika, który zbiera wyjąt­kowe okazy z dżun­gli. Gdy w moź­dzie­rzu ście­ra­łam na mia­zgę kolo­rowe płatki lub nasiona, wyobra­ża­łam sobie, że jestem alche­mi­kiem, który two­rzy lekar­stwo. W sumie to była prawda, wie­rzy­łam w moc i lecz­ni­cze wła­ści­wo­ści ziół. Zna­łam ich dzia­ła­nie. Przy każ­dym prze­zię­bie­niu, bólu zęba czy brzu­cha dzie­liły się swoją mocą w postaci nale­wek, syro­pów czy cia­ste­czek zro­bio­nych przez bab­cię. Ale magia? Modli­twy do moź­dzie­rza, splu­wa­nie za lewe ramię i two­rze­nie koła na ziemi? Trak­to­wa­łam to jak teatrzyk, który babka gra przed pacjen­tami. Ileż to razy prze­stra­szona kobieta przy­no­siła dziecko, by "prze­ło­żyć je przez spód­nicę", co miało ode­gnać od maleń­stwa złe uroki. Ileż razy babka przy fra­mu­dze odci­nała koł­tun nie­sfor­nemu synowi sąsiadki. Ileż razy prze­le­wała wosk psz­czeli nad głową pacjenta, by potem czy­tać z niego przy­czynę cho­roby. Ludzie jej wie­rzyli i dzięki tej wie­rze zdro­wieli, a teatrzyk przy­no­sił nie­złe dochody.

Być może pozba­wiona mat­czy­nego cie­pła i ojcow­skiej opieki stra­ci­łam wiarę w magię tego świata? Poże­gna­łam dzie­cięcą naiw­ność, dziew­częcą wraż­li­wość, by zaopie­ko­wać się sama sobą? Ale nie narze­ka­łam. Zie­mia, bagni­ska i las dawały mi obfi­tość przy­gód dla ciała. Książki z biblio­teki matki kar­miły umysł. O duszy nie myśla­łam. Do czasu. Zmie­niło się to, gdy skoń­czy­łam czter­na­ście lat, ale o tym potem.

O ile babka sza­no­wała moje wybory i nie­na­chal­nie uczyła zio­ło­lecz­nic­twa, o tyle matka tre­so­wała mnie na pobożne dzie­cię, pomimo mojego wyraź­nego sprze­ciwu. W wieku sied­miu lat stra­ci­łam wszelką nadzieję, że jakimś cudem mnie poko­cha. Nabra­łam pew­no­ści, że chce mnie zamknąć w tej samej celi szla­chet­nego cier­pie­nia, w któ­rej sama tkwiła od lat. W wię­zie­niu bez­na­dziei i nie­chęci do zmiany cze­go­kol­wiek, choć jest tak ciężko.

Kiedy w nie­dzielę szy­ko­wała się na mszę, sku­tecz­nie zni­ka­łam z domu i prze­cze­ki­wa­łam dzień w lesie, bawiąc się na mokra­dłach. Nie zno­si­łam cho­dzić z nią do kościoła, w któ­rym matka sia­dała w pierw­szej ławce i naj­gło­śniej zawo­dziła reli­gijne pie­śni. Im byłam star­sza, tym bar­dziej się tego wsty­dzi­łam. Wola­łam już wyprawy z babką do cer­kwi i zapa­la­nie cie­niut­kich jak sło­neczny pro­mień świe­czek.

W Boże Naro­dze­nie 2007 roku posta­no­wi­łam otwar­cie skoń­czyć z reli­gijną prze­mocą. Pomo­gli mi w tym Edith Piaf i Szo­gun.

Mia­ły­śmy wtedy trzy izby. Jedna z nich, połą­czona z kuch­nią, słu­żyła nam za salon i jadal­nię. To tam, pochy­lona nad sto­łem, uczy­łam się fran­cu­skiego, by dostać się na roma­ni­stykę w Bia­łym­stoku. Stu­dia były moim upra­gnio­nym oknem na świat, prze­pustką do życia poza ramami wyzna­czo­nymi przez kobiety mojego rodu. W gło­wie dud­niły mi śpiewne słowa Piaf:

Non, rien de rien,

Non, je ne regrette rien1.

Cho­ciaż była Wigi­lia, nie czu­łam świą­tecz­nego nastroju. Żadna z nas nie potra­fiła go stwo­rzyć i choć na jeden wie­czór pozbyć się żalu i pre­ten­sji. Babka z matką przez lata zbu­do­wały mię­dzy sobą nie­znisz­czalny mur nie­zro­zu­mie­nia. Na każdy temat miały inne spoj­rze­nie: reli­gia, moje wycho­wa­nie, kolor obrusu. Zasta­na­wia­łam się, czy zawsze tak było mię­dzy nimi. Jakie­kol­wiek pyta­nia o prze­szłość, zwłasz­cza o mojego ojca, koń­czyły się kwa­śnymi komen­ta­rzami, bym nie wści­biała nosa w nie swoje sprawy.

Dla­tego święta wyglą­dały, jak wyglą­dały. Bab­cia mie­szała na piecu nalewki o róż­nych zapa­chach, w tym roku był to uspo­ka­ja­jący wyciąg na winie z głogu, melisy, szy­szek chmielu, kwia­to­sta­nów lawendy i rumianku.

Matka szy­ko­wała się, jak zwy­kle, do kościoła.

- Już byś dała spo­kój z tą magią z dżemu - prych­nęła do babki, wcho­dząc do izby i wska­zu­jąc równo usta­wione na stole nalewki z ziela hyzopu, miody z mniszka lekar­skiego czy maść z liści bzu na goje­nie ran. - Przez nią szczę­ścia nie ma. Odrzuca tylko ludzi od nas.

- Jak się z magii źle korzy­sta, to potem wycho­dzi szczę­ście przez okno - odrze­kła babka i splu­nęła przez lewe ramię. - Zarób w biblio­tece tyle co ja, to prze­stanę machać cho­chlą i sprze­da­wać ludziom elik­siry.

Matka dotknięta naj­moc­niej­szym z argu­men­tów babki, wymow­nie chwy­ciła modli­tew­nik.

- Szy­kuj się, Wera, Pasterka zaraz - roz­ka­zała i cze­kała, aż potul­nie włożę kozaki i płaszcz.

Po moim tru­pie - powie­dzia­łam do sie­bie. Sie­dząc nad książką o Edith Piaf, posta­no­wi­łam, że tak samo jak gwiazda pary­skiej ulicy nie poża­łuję swo­jego życia i o nie zawal­czę. Wła­śnie teraz.

Mia­łam dość wyzna­cza­nia mi ścieżki, którą nie chcia­łam iść. Mat­czyne plany zro­bie­nia ze mnie poboż­nej nie­wia­sty dzia­łały na mnie aler­gicz­nie. Z kolei bab­cia uwa­żała, że zastą­pię ją w pro­duk­cji zio­ło­wych lekarstw i wrócę kie­dyś do wio­ski, co było sprzeczne z moimi marze­nimi. Tra­dy­cja i koniec. Ja mia­łam ją gdzieś.

Marzyło mi się mia­sto, gdzieś za gra­nicą, gdzie będę cho­dzić na wyso­kich obca­sach i pić wino w restau­ra­cjach.

- Nie idę - odpo­wie­dzia­łam matce spo­koj­nie, pod­no­sząc wzrok znad książki.

- Jak to nie idziesz?! Pasterka raz w roku, Bóg się naro­dził. - Matka sta­nęła obu­rzona w progu.

- Wolę obej­rzeć Szo­guna - zde­cy­do­wa­łam i zamknę­łam gło­śno słow­nik Laro­usse'a.

Z gra­cją prze­nio­słam się na kanapę i włą­czy­łam tele­wi­zor, nie zaszczy­ca­jąc matki ani jed­nym spoj­rze­niem. Cham­ber­lain popra­wiał wła­śnie samu­raj­ski miecz.

W cha­łu­pie zapa­dła cisza. Nawet bab­cia prze­stała szu­rać cho­chlą w garnku. Po chwili drzwi trza­snęły i w izbie zosta­łam tylko ja i bab­cia Ele­onora trzę­sąca się ze śmie­chu. Spoj­rzała na ekran tele­wi­zora, który dostała za ura­to­wa­nie soł­tysa od zapa­le­nia śle­dziony, i usia­dła przy mnie zado­wo­lona.

- Też obej­rzę - skwi­to­wała prze­łom w rodzi­nie.

Już ni­gdy wię­cej nie poszłam do kościoła, a latem dosta­łam się na upra­gnione stu­dia. Z uwagi na niski rodzinny budżet (dochody babki nie były przed­sta­wiane skar­bowi pań­stwa) dosta­łam łóżko w bia­ło­stoc­kim aka­de­miku. Świę­to­wa­łam te wie­ści na bagni­skach Ławki, leżąc na mostku wśród trzcin i śmie­jąc się do chmur. Edith Piaf i Szo­gun stali się patro­nami mojego uwol­nie­nia od zgorzk­nia­łej matki uza­leż­nio­nej od mszy i babki zamknię­tej w utra­co­nym już, prze­brzmia­łym świe­cie pod­la­skiego folk­loru. Moja radość nie trwała jed­nak długo. Z wła­snej woli i głu­poty sama znie­wo­li­łam się rodową klą­twą, w którą nie wie­rzy­łam.

Sier­pień 2019

Sier­pień 2019

Leśni­czy wszedł bez puka­nia. Od progu pach­niało bigo­sem na żubrówce. Brzuch Tomka oży­wił się, wyda­jąc rado­sne, gło­śne bur­cze­nie. Zna­lazł Jere­miego przy piecu, z któ­rego jego żona Agata wyj­mo­wała wła­śnie pie­czo­nego indyka.

- Kto tu dziś koń­czy czter­dzie­ści lat? - zapy­tał dono­śnym gło­sem leśni­czy i uśmiech­nął się szcze­rze do przy­ja­ciół.

Tomasz kochał tych dwoje. Gdyby nie oni, zapiłby się pew­nie na śmierć albo poszedłby pro­sto na Czer­wone Bagno, by przy­jęło jego zroz­pa­czoną duszę. W naj­gor­szym okre­sie jego życia ta dwójka wal­czyła o niego moc­niej niż on sam.

Posta­wił na stole Kop­nię­cie Łosia, naj­przed­niej­szy bim­ber z oko­lic. W dru­giej ręce trzy­mał spore, kwa­dra­towe zawi­niątko.

- Niech ci się szczę­ści - powie­dział, wrę­cza­jąc Jere­miemu pre­zent. - W Kier­mu­sach zna­la­złem.

Jeremi, postawny chłop o sze­ro­kich ple­cach, zdarł z zain­te­re­so­wa­niem papier z zawi­niątka. Z posta­rza­nego kawałka drewna patrzyła na niego Matka Boska oflan­ko­wana przez dwa szare wilki. Kre­ska była nowo­cze­sna i pro­sta, jed­nak postaci, kształt obrazu i este­tyka wzo­ro­wane na sta­ro­cer­kiew­nej tra­dy­cji ikon.

Jeremi zanie­mó­wił i klep­nął przy­ja­ciela w ramię.

- No nie­ziem­skie! Z wil­kami jesz­cze nie mia­łem - doce­nił i posta­wił ikonę na stole.

Był kolek­cjo­ne­rem obra­zów z przed­sta­wie­niami świę­tych oto­czo­nych przez zwie­rzęta. Jako wete­ry­narz gor­li­wie agi­to­wał za lep­szym trak­to­wa­niem braci mniej­szych.

Agata posta­wiła na stole paru­jącą jesz­cze babkę ziem­nia­czaną. Tomasz poca­ło­wał kobietę w roz­grzany od pieca poli­czek i zasiadł do stołu.

Żona wete­ry­na­rza miała czarne, krę­cone włosy zwi­nięte w nie­dbały kok. Piękny, obfity biust pod­kre­ślała gor­se­to­wymi sta­ni­kami, dla­tego męż­czyźni zwy­kle mieli pro­blem, by patrzeć jej w oczy. Syl­wetką przy­po­mi­nała Kate Win­slet z boskimi bio­drami i mięk­kim cia­łem. Jed­nak praw­dzi­wym przy­mio­tem był cha­rak­ter Agaty. Tomasz ni­gdy nie widział jej zde­ner­wo­wa­nej czy nabur­mu­szo­nej. Lekko zachryp­nię­tym gło­sem usta­wiała wszyst­kich wokół, zwłasz­cza pacjen­tów swo­jej babci - szep­tu­chy. Na co dzień była sze­fową powia­to­wej poczty, a jej żarty roz­ta­piały naj­więk­sze kon­flikty w przy­dłu­gich kolej­kach do okienka.

Agata była dosko­nałą gospo­dy­nią, któ­rej dania nie tylko sma­ko­wały, ale też wyglą­dały zna­ko­mi­cie. Pokro­joną w pla­stry babkę ziem­nia­czaną podała w ogrom­nej misie z czar­nej gliny, cha­rak­te­ry­stycz­nej dla bie­brzań­skich ziem. Potrawa posy­pana świeżą szał­wią i czosn­kiem niedź­wie­dzim wodziła za nos sma­ko­wi­tym aro­ma­tem boczku i dzi­kich ziół zerwa­nych w lesie. Ciemne naczy­nia od lokal­nych garn­ca­rzy pre­zen­to­wały się na lazu­ro­wym obru­sie jak eks­po­naty z "Kuk­buka". Agata dopiesz­czała swoje gniazdko, które godziło uroki Pod­la­sia z cie­płym, skan­dy­naw­skim mini­ma­li­zmem. Na bie­lo­nej pod­ło­dze uwo­dziły kolo­rami chod­niczki ple­cione przez tutej­sze baby. Prze­strzeń dzie­liły z nowo­cze­sną, sze­roką sofą w kolo­rze fio­letu.

- Jak lis, o któ­rym mi pisa­łeś? Dałeś radę? - zaczął roz­mowę Jeremi. - Prze­pra­szam, klacz w Moń­kach miała trudny poród. Sie­dzia­łem tam do świtu. Tele­fon został w aucie. Źre­bak zdrów, ale pra­wie wykoń­czył matkę. Bałem się, że wycią­gnie kopyta.

- Wero­nika pora­dziła sobie z nim w pięć minut - powie­dział Tomasz, nakła­da­jąc na talerz pysz­no­ści. - Kom­bi­ner­kami wyjęła mu z gar­dła pla­sti­kową siatkę od wędliny. Gdyby nie ona, byłoby po lisie.

- Wero­nika? - zapy­tała zacie­ka­wiona Agata i spoj­rzała na twarz Tomka, szu­ka­jąc rumieńca lub roz­ma­rzo­nego wzroku.

Jej przy­ja­ciel rzadko wyma­wiał kobiece imiona. Od kiedy ode­szła od niego żona, Agata sta­rała się wypeł­nić pustkę obok leśni­czego na wiele spo­so­bów. Randki w ciemno, "przy­pad­kowe" kole­żanki u niej w domu, gdy Tomasz przy­cho­dził na obiad, samotne turystki szu­ka­jące noc­legu w Grzę­dach. Nic jed­nak nie dzia­łało. Tomasz, uprze­dzony do kobiet, zaszył się w pusz­czy. Praca leśni­czego była ide­alna, by już do końca żyć samot­nie i nie dotknąć kobie­cych piersi.

Jeremi i Tomasz spoj­rzeli po sobie. Wero­nika była ich sekre­tem, tak jak kobieta pro­siła. Ale prze­cież znik­nęła, więc nie było powodu, by nara­żać się Aga­cie.

- Tomasz zna­lazł na bagni­skach ranną kobietę - wyja­śnił Jeremi z kęsem indyka w ustach. Celowo nie wspo­mi­nał o nago­ści Wery. - Zawiózł ją do sie­bie, ja ją opa­trzy­łem. Pro­siła, by nikomu nie mówić o jej wypadku. Przy oka­zji ura­to­wała lisa, któ­rego dzie­ciaki pod­rzu­ciły wtedy Tom­kowi.

- Może dla­tego tam się zna­la­zła - szep­nęła Agata. - Żeby ura­to­wać tego bie­daka.

Spoj­rzała wymow­nie na leśni­czego.

- Mówisz o lisie czy o mnie? - burk­nął Tomek.

- Sam mi to powiedz. - Agata szel­mow­sko spoj­rzała w oczy przy­ja­ciela.

Jako jedyna kobieta na świe­cie miała klucz do serca Tomka. Zdo­była go, mając pięć lat. Sie­działa nad rzeką, nikt nie miał wtedy dla niej czasu. Na dru­gim brzegu Bie­brzy kil­ku­letni Tomek z nudów pusz­czał kaczki na wodzie. Od tam­tego dnia prze­mie­rzali łąki już wspól­nie, żywiąc się jabł­kami ukra­dzio­nymi z sadu. Agata była przy Tomku, gdy zako­chany w Monice uwie­rzył, że świat należy do niego. Była też, gdy zała­many do gra­nic wytrzy­ma­ło­ści roz­trza­ski­wał szopę sie­kierą albo wył w kącie z bez­sil­no­ści.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki