Sierpień 2019
Sierpień 2019
Mgła była tak gęsta, że widział tylko czubki swoich butów. Obserwował ją
- białą, cichą zjawę, gdy oplatała się bezszelestnie wokół jego kolan,
drzew i tataraku na bagnach. Tomasz lubił ją mimo wszystko, jak całe
Czerwone Bagno i Grzędy. Gęsta smuga, niczym biały Wilk, towarzyszyła mu
często w leśnych wędrówkach o świcie. Zmówiona z ciemną nocą, która
opuszczała wartę, zakrywała przed nim to, co najcenniejsze i najbardziej
tajemnicze - wzgórek na mokradłach, gdzie spotykają się jelenie, a wilki
i lisy wychodzą na żer.
Dzisiaj nie będzie zdjęć. Wiedział to, schodząc z westchnieniem
pokonanego z Wilczej Góry.
Nie chciało mu się wracać do leśniczówki. Postanowił zakraść się na
polanę, gdzie wilki przyprowadzały młode na interaktywne treningi.
Swoim zwyczajem ukrył się w gęstwinie krzaków i czekał nieruchomo na
leśnych mieszkańców.
Dopiero czwarta. Jest szansa, że jeszcze nie wróciły do nory - pomyślał.
Siedząc za trzema brzozami, przysunął lornetkę do oczu.
- Już pojawiają się wrzosy - westchnął z żalem nad upływającym latem.
Zdawało mu się, że widzi jakieś poruszenie przy pobliskich dębach.
Cofnął nogę, by uzyskać lepszą stabilność. Nadepnął na coś dużego,
obłego. To coś było twarde w środku, a miękkie i śliskie na obrzeżach.
Zajrzał pod but i znieruchomiał. Lornetka wypadła mu z rąk.
Kobieca blada ręka leżała bezwładnie pod brzozą. Tomasz podążył wzrokiem
wzdłuż wiotkiego ramienia za resztą ciała, które opadło skulone pod
dziwnym kątem blisko dębu. Głowa i ramiona ułożone swobodnie na mchu,
ale biodra były dziwnie uniesione, podobnie jak jedna noga. Kobieta była
naga, a jej ciało zimne. Ale oddychała. Mężczyzna odwrócił się w panice,
zamarł w pół kroku. Uciekać? Głośne bicie serca bębniło w jego skroniach
i piersi, oddech zrobił się płytki. Jak poskładać myśli po tym, co
zobaczył? Jak zareagować? Przyzwoitość kazała mu zostać i sprostać tej
sytuacji. Panika ponaglała, by biec w stronę wydm i zapomnieć o koszmarze.
- Spokój - powiedział do siebie jak do psa.
Poprawił mimochodem przydługą, czarną grzywkę spadającą na zroszone
potem czoło.
- Spokój! - powtórzył głośniej, tym razem zrównoważonym już głosem.
Jego skośne, błękitne oczy lustrowały tajemniczą postać. Ukucnął nad
ciałem.
Ważne, że oddycha - pomyślał, starając się znaleźć dobre strony
sytuacji.
Odetchnął głęboko kilka razy, by dodać sobie odwagi. Trzęsącymi się
dłońmi zaczął cucić kobietę. Delikatne klepnięcie w policzek, potem
jeszcze jedno i kolejne, ale to nic nie dawało. Ujął w dłonie smukłą
twarz kobiety. Błoto, zadrapania na policzku i strużka krwi na
spierzchniętych wargach nie były w stanie zatrzeć jej urody. Delikatne,
szlachetne rysy, może nieco surowe przez zamknięte oczy i wychudzone
policzki, dodawały postaci uroku.
Tomek obejrzał ciało, szukając ran i śladów ewentualnej zbrodni. Kobieta
była piękna i zgrabna, z delikatnymi kropeczkami piegów na ramionach,
dekolcie i policzkach. Prerafaelicka bladość na tle zielonych mchów i fioletowych wrzosów. Długie, rude włosy splątane i wymieszane z błotem i liśćmi wyglądały na mocne i zdrowe. Tomasz powędrował dłonią wzdłuż jej
nóg, które dziwnie układały się przy drzewie. No tak, złapała się w linę
kłusownika. Druciany sznur z metalowymi wypustkami wpijał się krwawo w lewą łydkę jak cierniowa korona. Zaschła, brudna czerwień kontrastowała
z alabastrową skórą. Tomasz wyjął nóż zza paska i z trudem odciął drut
od pnia. Pułapka była już stara, więc drut puścił po kilkakrotnym
wyginaniu go w tę i we w tę.
Kobieta leżała na mchu, nadal nieprzytomna. Podczas odcinania liny od
drzewa wydała jedynie cichy jęk, jakby słodko śniła. Tomasz był mokry od
emocji i wysiłku. Zdjął kurtkę moro i otulił nią kobietę, nawet ten
manewr jej nie zbudził. Kolejna próba przywrócenia jej przytomności też
nic nie dała. Tomasz wziął nieznajomą na ręce i postanowił zanieść do
samochodu. Pachniała lasem i intensywnym zapachem zwierzęcia, jakby
wytarzała się w lisiej jamie. Tomek znał ten zapach. Wielokrotnie miał
do czynienia z lisami, gdy tropił ich legowiska lub ratował z Jeremim po
wypadkach. Zwłaszcza latem młode lisy płaciły za swoją beztroskę.
Odstawione od piersi matki uwielbiały polować przy Carskiej Drodze,
stając się ofiarami aut.
Szedł w pośpiechu szerokim szlakiem. Droga była zasypana wydmowym
piaskiem, z którego przepiół biały wystawiał główki drobnych kwiatów.
Tomasz dziękował sobie w duchu, że wziął dziś do puszczy auto i zaparkował przy szlaku. Musiał wyglądać wyjątkowo mrocznie z czarną
czupryną i trzydniowym zarostem. Był niesamowicie wysoki, w ogromnych
kaloszach wyłaniał się z mgły, dysząc głośno i trzymając na rękach
nieprzytomną kobietę otuloną jedynie jego kurtką. Jej zakrwawiona noga
dyndała przy każdym kroku. Oby tylko żaden z turystów nie postanowił o świcie tropić wilków.
- Nie tym razem. Proszę - westchnął cicho.
Tomasz Kulesza był szczupłym mężczyzną o mocnych ramionach, wyćwiczonych
życiem w prymitywnej leśniczówce, gdzie palono drewnem, a wszystkie
prace konserwatorskie spadały na niego. Ciężar kobiety nie stanowił więc
dla niego problemu. Jednak z nadmiaru emocji nie potrafił złapać tchu, a w głowie znowu zalęgła się panika: co ma z nią zrobić? Zawieźć do
szpitala czy do siebie? Jakby w odpowiedzi na jego wątpliwości kobieta
ocknęła się. Widząc, że ktoś niesie ją na rękach, zaczęła się wyrywać.
Tomasz postawił ją na ziemi, unikając w ten sposób ciosów. Kobieta
zawyła z bólu, usiłując stanąć na rannej nodze.
- Spokojnie, znalazłem panią w lesie - mówił Tomasz powoli i wyraźnie.
Brudne od błota i krwi ręce trzymał uniesione na znak, że ma czyste
zamiary. - Jest pani ranna. Trzeba jechać do szpitala. Chcę pomóc.
Kobieta usiłowała stanąć samodzielnie, lecz na próżno. Usiadła na trawie
i zawinęła się szczelniej kurtką leśnika. Obejrzała bolącą nogę, a jej
orzechowe, ogromne oczy z rozszerzonymi źrenicami były nie do końca
przytomne.
- Jasna cholera! - zaklęła.
Nieufnie spojrzała na Tomasza.
- Nie chcę do szpitala. Potrzebuję tylko wody utlenionej i bandaża. Albo
wódki. Proszę, nie do szpitala... - W jej oczach była trwoga i jakiś
wstyd.
Co ona ukrywa? - zastanawiał się Tomasz, ale kiwnął na potwierdzenie
głową i zaprosił do samochodu.
Ponieważ kobieta dygotała, Tomasz włączył ogrzewanie fotela. Utkwił
wzrok przed siebie, by nie onieśmielać pasażerki.
- Czy ktoś zrobił pani krzywdę? - zapytał cicho, chcąc zagaić rozmowę. -
Nie wiem, jak się postępuje w takich sytuacjach. Policja, lekarz sądowy?
Ale jest już pani bezpieczna, będzie dobrze.
Kobieta nie odpowiedziała, wciąż kręciło jej się w głowie. Mrok nocy
jeszcze jej nie opuścił, a świt dopiero zaznaczył powrót do
rzeczywistości. Była otumaniona. Wiedziała, że potrzebuje jeszcze czasu
- kilku godzin, może dnia, by dojść do siebie. Dobrze znała ten stan.
Westchnęła i potarła energicznie policzki, chcąc zdjąć z siebie zasłonę,
wytrząsnąć resztki czaru z głowy i wzroku. Wiedziała, że musi się
skupić, ale to takie męczące. Jeszcze niewykonalne. Co chwila zasypiała
ze zmęczenia, po czym budziła się gwałtownie. Gdy otwierała oczy,
widziała profil kierowcy, który się rozmazywał, a następnie znikał w ciemności.
- Szpital, policja... - dotarły do niej słowa.
- Zabierz mnie do siebie - szepnęła i ponownie straciła przytomność.
Starał się chodzić jak najciszej. Mieszkając samotnie, nie zwracał uwagi
na trzeszczącą podłogę starej leśniczówki. Nawet podobało mu się, kiedy
czuł, jak dom reaguje na jego ruchy. Przez lata wpasowali się w siebie
nawzajem i tworzyli przyjacielski związek. On naprawiał dach i butwiejące okna, a dom odwdzięczał się ciepłem i kocim mruczeniem, kiedy
wiatr witał się z puszczą mroźnym oddechem.
Podczas obecności gościa, który odsypiał jakieś leśne koszmary,
skrzypienie podłogi stawało się nieznośne. Dlatego, chcąc nie chcąc,
Tomek siedział cierpliwie przy sofie, starając się wymyślić, jak odkazić
paskudną ranę na nodze nieznajomej. Pies Draco, pasterski border collie,
warował przy nim, wpatrując się to w Tomka, to w kobietę. Rzadko mieli
gości, tym bardziej pachnących lasem i dziką zwierzyną.
Kobieta wciąż głęboko spała.
Albo zjarała się do nieprzytomności, albo ktoś naszprycował ją czymś,
chcąc skrzywdzić - zastanawiał się leśniczy.
Obiecał nie wzywać pomocy, ale sam nie był w stanie wyjąć z nogi drutu i zszyć rany. Poza tym ktoś musiał ją zbadać. Tak naprawdę nie chciał być
z nią sam na sam, gdy się obudzi.
Napisał do Jeremiego lakoniczny esemes: "Przyjedź natychmiast z torbą
lekarską, pełna dyskrecja, potem wyjaśnię". Jeremi, wieloletni
przyjaciel Tomasza i miejscowy weterynarz, zjawił się w ciągu pół
godziny. Widać było, że wiadomość od leśnika wyciągnęła go z łóżka. Miał
potargane włosy i niedopięte guziki koszuli.
Wchodząc do ciemnego holu leśniczówki, wpatrywał się czujnie w twarz
Tomka. Znał go od studiów i czytał w nim jak w otwartej księdze. Tym
razem zakłopotanie w oczach przyjaciela nie dawało żadnych odpowiedzi.
Tomek zatrzymał go w przedsionku i zaczął szeptem:
- To kobieta. Znalazłem ją w lesie nagą, z drutem wbitym w nogę. Ale ona
nie chce do szpitala. Błagała mnie, żeby tam nie jechać, a potem
zemdlała. Budzi się i znowu zasypia. Jakby naćpana.
- Stary - zaczął Jeremi, zaglądając ukradkiem do salonu - żeby to się
kryminałem nie skończyło.
Podszedł do sofy, na której pod kocem leżała nieznajoma.
- Mogłem wziąć Agatę. Baba to baba - szepnął Jeremi i włożył biały
fartuch. Potem skupił się na badaniu.
Zajrzał w źrenice, zbadał puls, posłuchał serca. Kobieta ocknęła się,
spojrzała na Jeremiego, mrużąc oczy.
- Dzień dobry, Jeremi Dąbrowski, przyjaciel Tomka, weterynarz. Jesteśmy
w leśniczówce w Grzędach. Nikt oprócz mnie nie wie, że pani tu jest.
Pełna dyskrecja, jak pani prosiła. Opatrzę ranę i zbadam panią. Mogę?
Aksamitny głos Jeremiego podziałał na nią uspokajająco. Kiwnęła tylko
głową i zamknęła oczy. Sprawiała wrażenie, jakby poddała się temu, co ma
się wydarzyć. Albo była zbyt słaba, albo instynktownie czuła, że jest
już bezpieczna.
Jeremi zrobił zastrzyk przeciwtężcowy i przeciwbólowy, a potem zabrał
się do wyjmowania drutu z rany. Kobieta przygryzała w tym czasie swoją
dłoń, nie chcąc krzyczeć. Gdy Jeremi szył i opatrywał ranę, nieznajoma
znowu zapadła w głęboką drzemkę. Długotrwały stres opuszczał jej ciało.
Po skończonym zabiegu mężczyźni wyszli do kuchni. Jeremi zdezynfekował
ręce i narzędzia weterynaryjne. Tomasz nalał mu herbaty malinowej z rumem do szklanki o grubym dnie.
Przyjaciel spoglądał na Tomasza w ciszy.
- Co teraz? - zapytał.
- Jak to co?
- Co zamierzasz?
Tomasz przeczesał dłonią włosy. Włożył ręce do kieszeni bojówek,
zamyślony zaczął się kołysać na piętach.
- Niech odeśpi, potem sama zdecyduje. Nic mi do tego.
- Ale to może być wariatka.
- Ćpunka?
- Nic na to nie wskazuje. Raczej totalnie wyczerpana. Gdzie ją
znalazłeś?
- Za Wilczą Górą w brzozowym lasku, na skraju lasu.
- Która była?
- Po czwartej.
- Musiała tam spędzić całą noc, ma wyziębione ciało. Nie znalazłeś tam
jej ubrania?
- Nic nie widziałem. Ledwo myślałem logicznie.
Jeremi uśmiechnął się szelmowsko.
- No, nie dziwię się, ciało ekstra klasa. Ładną niespodziankę zgotował
ci las.
- Daj spokój, baby nie dla mnie - żachnął się leśniczy, szukając na
blacie paczki papierosów. - Zwłaszcza takie ganiające na golasa nocą po
lesie. Rusałka, kurde, się znalazła.
Jeremi podrapał się po łopatce i nadal uśmiechał do przyjaciela.
- Nie mów, że ci się nie podoba. Umorusana, ale ciałko i twarz piękne.
- Kłopotów nie szukam - odpowiedział Tomek, naciskając zawór
zapalniczki.
Otworzyła oczy i zobaczyła nad sobą sufit. Zupełnie inny od tego, pod
którym zawsze się budziła. Jej był drewniany, zabejcowany na biało, z pięknym białym kloszem, który rozjaśniał mlecznym światłem przestrzeń
pokoju. A ten był biały, betonowy, ze zgaszoną drewnianą lampką w góralskim stylu. Za oknem rozpościerały się ogromne drzewa iglaste.
Jaki jest dzień, jak długo tu jestem? - pytania przemykały jej przez
głowę. Poczuła lęk i przypływ adrenaliny, które nie pozwalały jej
swobodnie oddychać.
Weronika podparła się na łokciach. Zajrzała ostrożnie pod koc, którym
ktoś ją przykrył. Miała na sobie męską koszulkę z podobizną wilka i nic
więcej, nie licząc bandaża na łydce. Poruszyła nogą i zasyczała z bólu.
Niedobrze. Rana nie pozwoli jej wymknąć się niepostrzeżenie. Czekała ją
więc rozmowa z gospodarzem. We wspomnieniach odszukała profil kierowcy,
który wywiózł ją z lasu. Długi, prosty nos, skośne oczy, ciemny zarost
na męskiej, choć delikatnej szczęce. Opadła na poduszkę i próbowała
przypomnieć sobie ostatnie wydarzenia. Samochód terenowy, głos tego
faceta, a potem jakiś zastrzyk od weterynarza. Weterynarza? Boże, czemu
to ją spotyka? Po chwili tylko pokiwała głową bezradnie.
- Dokładnie wiesz dlaczego - powiedziała do siebie, westchnęła ciężko
nad swoim losem i nad tym, jak koncertowo przekreśliła swoje życie.
Za oknem było jasno, słońce już dawno zaczęło wędrówkę po nieboskłonie.
Zarzuciła na siebie koc i wstała z łóżka. Kulejąc, doszła do stołu na
środku pokoju.
Stół był okrągły, z masywnymi nogami, pewnie dębowy. Może stanowił
centrum rodzinnych spotkań, pełnych gwaru i śmiechów oraz pobrzękiwania
sztućców i misek z domową zupą. Ale w tej chwili widziała na nim jedynie
kilka książek, jakieś mapy i brudny kubek po kawie. Zawodowy instynkt
kazał jej zerknąć na tytuły na grzbietach. Zawsze tak robiła,
gdziekolwiek się znalazła. Akan Pawła Goźlińskiego, kryminały Zygmunta
Miłoszewskiego, biografia Paganiniego otwarta na 34. stronie. Z ulgą
stwierdziła, że gospodarz lubi dobrą literaturę, co podnosiło jego
ogólną ocenę. Ale czy gusty literackie świadczą o człowieku i jego
wewnętrznych demonach? Czy jeśli ktoś czyta Kinga, to biega z nożem
wokół domu lub przetrzymuje ulubionego pisarza w piwnicy? Czy ona,
czytając Jane Austen, jest stateczną panienką z dobrego domu? Bardziej
pasuje do niej dziewczyna z bagien z Gdzie śpiewają raki lub mroczna
historia Starej Słaboniowej, pełna uroków i czarów. Uśmiechnęła się
gorzko do swoich myśli. Przeczesała dłońmi długie włosy, wyjmując z nich
resztki liści.
Każdy jej ruch wprawiał podłogę w koncert skrzypień. Jeśli chciałaby
stąd po cichu uciec, podłoga zdecydowanie popsułaby jej szyki. Tak jak
się spodziewała, skrzypienie przywołało gospodarza. Pojawił się w drzwiach w ciemnej koszulce i zabrudzonych bojówkach. Jego czarne,
proste włosy lśniły, grzywka opadała na czoło i kącik prawego oka.
Próbował się uśmiechnąć, ale widać było, że nie ma w tym wprawy.
- Hej, jestem Tomek. Masz ochotę na śniadanie? Pewnie zgłodniałaś -
mężczyzna próbował mówić swobodnie, ale jego zaniepokojone, błękitne
spojrzenie zdradzało prawdziwy nastrój.
Do stołu podbiegł czarno-biały pies umaszczony jak indiański koń.
Merdając ogonem, domagał się pieszczot. Wpychał podłużny pysk bezczelnie
pod jej dłonie, dobre psie oczy wpatrywały się w nią z oczekiwaniem.
Rozczulił ją. Schyliła się ku niemu i pocałowała w czoło. Nadal nie
odpowiadała mężczyźnie, tylko patrzyła na niego niepewnie, nie wiedząc,
czego się spodziewać.
Tomek poprawił nieśmiało przydługie włosy i złapał dłońmi oparcie
pobliskiego krzesła, by dodać sobie odwagi.
- Słuchaj, wyciągnąłem cię z lasu nieprzytomną. Nie chciałaś jechać do
szpitala. Poprosiłaś o schronienie u mnie - zaczął, jakby tłumaczył się
ze zbrodni. - Jeśli chcesz, zawiozę cię teraz, gdzie potrzebujesz, jest
dziesiąta rano. Spałaś ponad dobę.
- Jezu, przepraszam - powiedziała zawstydzona.
- Jesteś w stanie dojść do kuchni czy tutaj przynieść jedzenie? -
zapytał Tomek, nie chcąc wprawiać jej w zakłopotanie. - A może najpierw
prysznic? Tylko uważaj na nogę, rana może krwawić pod wpływem wody.
- Dojdę sama, daj mi chwilę. I jakieś ubranie - szepnęła.
Mężczyzna wyprostował się i zaczął nerwowo rozglądać się po pokoju.
- Eee, jasne. Wczoraj znalazłem tylko koszulkę, chyba wszystko będzie na
ciebie za duże. - Mimowolnie spojrzał na jej długie, smukłe nogi. - Może
szlafrok? Od razu możesz wziąć prysznic.
Kobieta skinęła głową.
Tomasz pokazał jej, gdzie jest łazienka. Chociaż kulała, nie odważył się
zaproponować pomocy. Schował się w kuchni, udając, że jest zajęty. Tłukł
naczyniami, by zagłuszyć dźwięki prysznica. Nie chciał sobie wyobrażać,
jak zdejmuje zabrudzoną koszulkę i czesze włosy. Jak spogląda w lustro,
ocenia obrażenia i zadrapania na nagim ciele. Bez skutku.
Dobra, najpierw kawa - przywołał się do porządku.
Kiedy ostatni raz gościł tu kobietę? Monika odeszła wiele lat temu. Po
niej zdarzyły się może dwie przygodne turystki, zbyt zepsute, by zostać
na dłużej.
Przygotował świeżą kawę w kawiarce i wczorajszy kawałek chałki. Ugotował
jajka na twardo i pokroił świeże pomidory z ogródka.
Na progu kuchni usłyszał jej głos:
- Mam na imię Weronika. Pięknie pachnie. Zjem i znikam.
- Jasne, choć nie wiem, czy noga pozwoli ci na jakiekolwiek spacery -
stwierdził. - Mogę cię odwieźć, gdzie chcesz.
- Nie, nie - speszyła się kobieta - wystarczy coś przeciwbólowego i sobie pójdę. Nie wygląda to źle.
Stała boso w jego szarym szlafroku. Woda z włosów spływała na kaptur.
Usiadła z westchnieniem, kładąc zabandażowaną nogę delikatnie na
krześle. Tomek zauważył, że zmieniła opatrunek, korzystając z łazienkowej apteczki.
- Poprosiłem Jeremiego, żeby przyszedł dziś obejrzeć ranę. Ale warto, by
zobaczył to lekarz, nie weterynarz.
- Jest w porządku.
- Wiesz, to był bardzo stary drut, mógł być zardzewiały - kontynuował
Tomek.
- To, że znalazłeś mnie w lesie, nie znaczy, że awansowałeś na mojego
rycerza i masz prawo organizować mi życie - odparowała Weronika, a na
jej policzki wystąpiły rumieńce. - Czasy bezwolnych księżniczek dawno
minęły, więc odstaw miecz i białego rumaka do stajni.
Zapadła niezręczna cisza, gdy Tomek napełniał ich kubki kawą. Weronika
dolała sobie mleka i chwyciła kawałek chałki.
- Gdzie mnie znalazłeś? - zapytała, chcąc przerwać milczenie.
- Blisko Wilczej Góry.
- A gdzie jesteśmy?
- Grzędy, leśniczówka - Tomek odpowiadał zdawkowo, by uniknąć kolejnego
wybuchu "księżniczki". Taka, kurde, wdzięczność za dobę czuwania przy
łóżku. Niech spada i da spokój.
Tomek położył na stole paracetamol. Kobieta tylko kiwnęła głową.
Przyjrzała się nieufnie tabletce, ale wzięła ją do ust i popiła kawą.
Wyglądała jak zwierzyna, która udaje spokojną, ale oczy rozglądają się,
szukając okazji do ucieczki.
Tomek nie wiedział, o czym z nią rozmawiać. Nie należał do mężczyzn,
któremu gadka z kobietą sprawiała przyjemność. Te wszystkie subtelności,
metafory, tematy związane z pięknem i duszą... Wolał szczerą, szorstką
rozmowę z facetami. Konkrety. A konkretem było to, że jej obecność
działała na niego paraliżująco. Tajemnica jej nagiej obecności w lesie
bardzo go intrygowała, ale nie był w stanie o to zapytać. Tym bardziej
teraz, kiedy wyraźnie postawiła granice wtrącania nosa w jej sprawy.
- Masz może telefon? - zapytała. - Muszę wysłać esemes.
Tomasz bez słowa podał jej komórkę.
Na zewnątrz usłyszeli harmider. Po chwili ktoś zaczął walić w drzwi.
Tomek zerwał się na równe nogi. Kobieta została przy stole, nie chcąc
się ruszać.
- Tomek, Tomek, zobacz, co mamy! - dobiegał dziecięcy głos.
W progu stało troje dzieci, dziesięcio-, może dwunastolatki.
Dziewczynka, która widocznie przyjaźniła się z leśniczym, wypchnęła na
przód chłopca o zielonych oczach, trzymającego w rękach młodego lisa.
Widać było, że zwierzę jest w złym stanie. Położyli je w psim kojcu przy
piecu. Draco szczekał zaaferowany. Tomek uciszył go i zamknął na
werandzie, by nie straszyć dzikiego zwierzęcia. Spokojnie obejrzał
czworonożnego pacjenta. Zajrzał do pyska i oczu. Lisek ledwo oddychał,
miał trudności z przełykaniem.
- Dzwonię po Jeremiego - powiedział Tomek i wziął od kobiety swój
telefon. Niestety, weterynarz nie odbierał. Mężczyzna przyniósł młodemu
lisowi wody, ale ten nawet na nią nie spojrzał, podobnie na ugotowane na
twardo jajko.
Weronika przyglądała się scenie w milczeniu. Podeszła do kojca.
- Zróbcie mi miejsce. Chyba wiem, co mu dolega - stwierdziła poważnym
głosem.
Dzieci i Tomasz odsunęli się o krok, ale kobieta spojrzała na nich w taki sposób, że w mig zrozumieli, że mają wyjść z kuchni, a najlepiej z domu.
Tomasz wyprowadził dzieciaki na dwór. Sam wrócił po chwili i stanął na
progu kuchni, obserwując nieznajomą. Kobieta tuliła zwierzę, masując
jego przełyk. Miała przy tym zamknięte oczy. Nagle spojrzała na Tomka,
wyczuwając jego obecność. W jej oczach było coś dziwnego, czego nie
widział wcześniej u ludzi. Przemknęła przez nie jakaś dzikość,
zwierzęcość w sposobie patrzenia, układania głowy. Dostał gęsiej skórki.
Poczuł się jak intruz.
- Chwyć jego pysk i rozdziaw delikatnie, ale szeroko - rozkazała. - Ma
zablokowany przełyk.
- Może poczekamy na Jeremiego?
- Jeszcze chwila i się udławi - powiedziała Weronika ostro.
Tomasz chwycił paszczę lisa i otworzył ją na tyle, na ile pozwoliło
zwierzę. Lis nie wyrywał się, poddawał zabiegowi, jakby rozumiał powagę
sytuacji.
Weronika włożyła smukłe palce do gardła lisa.
- Cholera, głęboko siedzi i śliskie jest. Masz może jakiś chwytak?
- Kombinerki? - zaproponował Tomasz.
- Spróbujmy.
Leśnik przyniósł torbę z narzędziami i wyjął z niej metalowe kombinerki
o czerwonych rączkach. Weronika próbowała chwycić nimi to, co blokowało
przełyk lisa. Po kilku próbach udało jej się złapać coś, co wyglądało na
sznurek. Wyjmowała go powoli, obserwując reakcję zwierzęcia. Zrolowany,
pomarańczowy kawałek materiału wynurzał się z lisiej gardzieli. Zwierzę
charczało, zwracając przy tym nie tylko sznurek, ale całe upolowane
śniadanie. Łapczywie połykało powietrze. Sznurek okazał się siatką, w którą pakuje się wędlinę. Miała nawet metalową sprzączkę na końcu.
Weronika położyła sznurek i kombinerki obok siebie i zaczęła głaskać
lisa, który parskał i kichał. W jego zachowaniu wyczuwało się ulgę.
Oddychał już swobodnie.
- Widocznie ludzie wyrzucili to do lasu, a lis, czując zapach mięsa,
zjadł plastik - oceniła kobieta, całując uratowane zwierzę po uszach.
Lis westchnął z ulgą i oblizał wąsy.
- Jest zdrów. Po wymiotach można mu dać nieco wody. Jajko z chęcią zje,
ale nie dawaj za dużo, jeśli nie chcesz go mieć za współlokatora -
dodała Wera i po raz pierwszy uśmiechnęła się do Tomka.
Udana akcja ratunkowa odprężyła ją, a w oczach pojawiła się radość.
Mężczyzna spojrzał na nią ciepło, poklepał bratersko po ramieniu.
Słońce musiało wyjść zza chmury, bo pokój momentalnie wypełnił się
złotym blaskiem. Promienie przeniknęły przez okna, rzucając kolory na
ściany leśniczówki. Weronika poczuła w podbrzuszu ciepło, za którym
tęskniła od lat. Nie był to dobrze jej znany skurcz strachu. Poczuła
zaufanie i radość. Tomek patrzył na kobietę z dziecięcym wręcz podziwem.
Zaimponowała mu. Wcześniejszy dystans gdzieś zniknął, pojawiła się
między nimi otwartość. Ciepło, którego nie doświadczali od dawna.
- Widzę, że Jeremi będzie miał konkurencję - zażartował Tomek.
- Nie jestem weterynarzem - odpowiedziała Wera.
- To może zaklinaczką lisów? - mruknął Tomasz, puszczając oko. - Skąd
wiedziałaś o sznurku w przełyku?
Weronika momentalnie zgasła i wróciła do zdystansowanej postawy.
Zamknęła otwarte na oścież wrota duszy, chroniąc swoją największą
tajemnicę.
- Po prostu zgadłam. Przestań analizować - szepnęła, ponownie tworząc
między nimi przepaść.
Tomasz poczuł się jak mały chłopiec strofowany przez matkę. Dlaczego w takich momentach potrafił tylko przyzwalająco milczeć? Gdzie riposty,
tak celne, by dopiec? Nigdy tego nie potrafił. Znowu zrobiło mu się
ciężko na duszy.
Lis powąchał jego palce, szukając kolejnego jajka na twardo. Tomek
pogłaskał zwierzę, wziął je na ręce i wypuścił do lasu. Dzieci
towarzyszyły mu, wypytując o szczegóły akcji ratunkowej. Tomek wrócił z nimi do domu, kazał umyć ręce i poczęstował czekoladowymi cukierkami w nagrodę za uratowanie lisa. Dzieciaki zadowolone pobiegły do wsi.
- Tobie też się należy. - Mężczyzna położył cukierek przy kubku z kawą
Weroniki. - Idę do pracy. Gdybyś czegoś potrzebowała, jestem na
podwórku.
Tomasz zostawił ranną księżniczkę w leśniczówce. Nie był w stanie
przebywać z nią dłużej. Dziwnie na niego działała. Kruchość i jednocześnie hardość dziewczyny poruszały w nim wrażliwą strunę. Chciał
jej pomóc, cokolwiek to znaczyło. Z drugiej strony jej odpychające
odpowiedzi stawiały go na baczność i budziły zakopane głęboko poczucie
krzywdy. Czuł się niepewnie, miał przy niej niezgrabne ruchy, a w głowie
chaos. Odwlekał moment powrotu do chaty, by tylko nie przebywać z nią we
wspólnej przestrzeni.
Kiedy przyszedł na obiad, zauważył na krześle równo złożony szlafrok. W domu panowała cisza. Weronika zniknęła. Tomek przeszukał powoli kuchnię
i szuflady, sprawdzając, czy może coś zniknęło. Portfel nieruszony leżał
w szufladzie biurka, kluczyki od auta na swoim miejscu. Zniknęła jego
jedyna biała koszula od garnituru i ogromne wodery.
Musiała wyglądać zjawiskowo, wychodząc w tych ciuchach - uśmiechnął się
do swoich myśli.
Otworzył lodówkę i zaczął odgrzewać lasagne.
Zdejmowała delikatnie bandaż, bojąc się tego, co pod nim zobaczy. Z zadrapań sączyło się coś żółtego, ale nigdzie nie było śladów
opuchlizny. Paracetamol przestał działać, a rana nieprzyjemnie
pulsowała.
- Maść z liści czarnego bzu załatwi sprawę - szepnęła do nogi i pogłaskała ją czule.
Kilkugodzinny marsz na przełaj przez puszczę, po bagniskach i wydmach,
nadwerężył nogę. Mimo zmęczenia, Weronika była zadowolona. Uratowała
lisa i udało jej się bez problemów czmychnąć leśniczemu. Im mniej o niej
wie, tym lepiej.
Usiadła w fotelu ze słoiczkiem zielonkawej maści. Wokół
rozprzestrzeniała się słodka, miodowa woń lekarstwa. Biała koszula
leśnika przyjemnie dotykała jej ciała. Nakładając maść na ranę,
analizowała wydarzenia dzisiejszego poranka.
Przed odejściem zlustrowała przestrzeń leśniczówki. Uderzył ją brak
śladów zabawek i dziecięcych ubrań, brak kobiecych kosmetyków w łazience
i zapachu perfum. Mężczyzna z pewnością mieszka sam. Zebrał w swoim domu
wyłącznie praktyczne rzeczy - mocne, drewniane meble, dobry sprzęt audio
i dużo książek. Nie było dzbanuszków i kwiatów w wazonie, kolorowych,
zwiewnych tkanin. Typowo męska surowość wystroju. Weronika przyznała, że
wszystko urządzono z klasą. Brakowało też niechlujstwa, z którym zwykle
kojarzyła samotnych facetów.
Długo szukała jego ubrań. Musiała przecież założyć coś na siebie przed
ucieczką. Na dole, tuż przy schodach, zauważyła wejście do kolejnego
pokoju. Był zamknięty, a duży, mosiężny klucz tkwił w zamku drzwi.
Otworzyły się po naciśnięciu staromodnej klamki. Jej oczom ukazał się
gabinet, w którym Wera odkryła pasję gospodarza. Przy oknie stało
ogromne biurko ze sprzętem fotograficznym i dużym monitorem komputera.
Na ścianach wisiały niesamowite fotografie zwierząt: łosi, saren,
szaraków i lisów. Największe było zdjęcie watahy młodych wilków idących
po ścieżce. Grupa nicponiów o grubych łapach i klapniętych jeszcze
uszach. Podgryzały sobie wzajemnie boki, ale szły dziarsko, tworząc
radosną kompanię. Kobieta uśmiechnęła się do zdjęcia. Wzruszyło ją.
Ma dobre oko - pomyślała o fotografie.
Piękne obrazy natury zatrzymały ją na chwilę. Zapomniała, w jakim celu
tu węszy. Zdjęcia zdradzały wrażliwość Tomka i jego miłość do natury.
Każde z fotografowanych zwierząt ujęte było w sposób, który ukazywał
jego charakter. Szarak oglądał się za siebie skulony i gotowy do skoku.
Lis patrzył w skupieniu na glebę, nasłuchując na sztorc postawionymi
uszami. Weronika uznała, że fotografie mogłyby z sukcesem zilustrować
bajkę dla dzieci. Miały w sobie magię, historię. Patrząc na lisa,
wyobrażała sobie jego przygody, szarak z kolei zdradzał cechy
charakteru, z których z pewnością nie byłby dumny, gdyby mógł je
przeanalizować.
Za drzwiami zauważyła obszerną szafę. Tego szukała. Wyciągnęła z niej
koszulę, która zakrywała jej ciało do połowy uda. Materiał pachniał
palonym drzewem i męskim płynem pod prysznic. Podobała jej się nutka
ostrego, orientalnego zapachu. Ze spodni od garnituru wyciągnęła
skórzany pasek, którym obwiązała się, robiąc z koszuli sukienkę.
Usztywniła ranną nogę trzema skarpetami z dolnej szuflady i poszła w stronę drzwi wyjściowych. Gdy na wieszaku zauważyła wodery, uśmiechnęła
się szelmowsko. Miała wszystko, by zniknąć i już więcej nie pokazać się
w tym miejscu. Potem wyśle leśnikowi paczkę z pożyczonymi ubraniami.
Przecież nie była złodziejką!
Grzędy od Kopytkowa dzieliło zaledwie osiem, może dziewięć kilometrów w linii prostej. Między nimi rozlewały się bagniska i rosły olbrzymie
drzewa największego w Polsce parku narodowego, po szlakach wędrowali
turyści. Ale Weronika wiedziała, jak poruszać się po podmokłym lesie z dala od głównych tras. Znała w lesie każde drzewo i lisią jamę, dziuple
sów i barłogi dzików. W białej, za dużej koszuli Tomka i olbrzymich
woderach mimo wszystko przemieszczała się bardzo sprawnie.
Kiedy wyszła na otwarte bagniska, poczuła się jak w domu. Wysokie
trzciny kryły ją niczym zaufani przyjaciele. Znajome bulgotanie błota
pod nogami brzmiało jak wyrzut: gdzie zniknęłaś na tak długo?
Widok jej małej chatki na skraju Kopytkowa dodał dziewczynie sił. Od
razu poczuła się lepiej i już na piaszczystej ścieżce zrzuciła za duże
wodery.
Znowu była w swojej skórze. Z ulgą witała kolejne spokojne tygodnie
życia. Do czasu ponownego czaru, który od lat niezmiennie wymierzał jej
pokutę.
Spod doniczki z lawendą wyjęła klucz i weszła do chaty. Izba z kuchnią
przedzielona białym kaflowym piecem, sień z wygodnym, szerokim łóżkiem i dawna komora, przerobiona na prostą łazienkę, wprawiły ją we wzruszenie.
Nareszcie w domu. Uwielbiała tu być. W swoim azylu na skraju bagnisk
czuła się najbezpieczniej.
Właśnie ten dom ochronił Weronikę w najtrudniejszym momencie, kiedy
sześć lat temu wszyscy się od niej odwrócili. Choć sponiewierany przez
czas, ofiarował jej ciepło i wyrozumiałą ciszę. Nie zadawał pytań, nie
odrzucał jak reszta świata. Przyjął z otwartymi drzwiami. Weronika była
mu wierna od dnia, w którym musiała wyprowadzić się od babki i zniknąć z akademika w Białymstoku. Wtedy z dnia na dzień została bez dachu nad
głową przerażona tym, z czym musiała się zmierzyć.
Od tamtego momentu chata wynajęta za grosze od pana Władka trzymała się
nieźle i jak stara, ale zahartowana łódź płynęła z Weroniką przez życie.
Izba i kuchnia z białym piecem stanowiły centrum jej królestwa.
Pobielona na biało drewniana podłoga dźwigała niewiele mebli, które
Weronika upolowała za grosze na internetowych giełdach staroci.
Kwadratowy stół, trzy krzesła, fotel i przepastną, welurową sofę w kolorze głębokiego granatu. Po kątach chowały się koszyki, które
skrywały słoiki z dżemami i butelki z nalewkami oraz wiązanki czosnków,
ziół i worki orzechów. Zabejcowane na błękitno drewniane ściany
wprowadzały nowoczesność do tradycyjnej, wiejskiej chałupy. Na
parapetach stały szare, kamienne donice z lawendą i geranium.
Za oknem pojawił się rudy kot. Kobieta umyła ręce z maści i wpuściła go
do domu, witając wylewnie. Maurycy wskoczył jej na kolana, stęskniony
pieszczot. Nie było jej przecież kilka dni, a wizyta u Tomasza
przedłużyła jeszcze jej nieobecność. Na szczęście Maurycy był leśnym
kotem, który w każdej chwili potrafił sam zadbać o siebie.
- Dzielny kotek. - Weronika wtuliła twarz w jego futro. - Pasujemy do
siebie. Niezależni, nikogo nie potrzebujemy, oprócz siebie nawzajem.
Jej miękki, o wysokich bokach fotel w kratę ofiarowywał namiastkę
ciepłych, silnych ramion. Dawni właściciele byli tak bardzo
zdesperowani, by się pozbyć mebla, że sami przywieźli go do jej domu na
skraju puszczy. Wymagał tylko porządnego prania i zaszycia dziury w jednym z oparć. Od kiedy fotel wprowadził się do chatki, Weronika
spędzała w nim wszystkie wieczory, podkulając nogi i obserwując świat
przez nisko osadzone w ścianie okno. Widziała z niego ukochane bagniska,
gdzie o świcie urzędowały żurawie i białe czaple. Nikt nie
przypuszczałby nawet, że ta niepozorna chatka może być tak pięknie
urządzona i że chroni zbiega przed magią.
Mimo późnego popołudnia było jeszcze ciepło, owady leniwie szemrały w trawie. Moskitiery w oknach broniły wstępu krwiożerczym intruzom.
Weronika odetchnęła z ulgą. Delektowała się smakiem ciepłego naparu z melisy i mruczeniem Maurycego na kolanach. Maść z czarnego bzu
przyniosła ulgę nodze. Kobieta odpoczywała, wracając do ulubionego rytmu
i zapominając o leśnym koszmarze. Rozejrzała się z zadowoleniem po
wnętrzu swojego azylu. Z przekąsem zastanawiała się, jakich słów użyłaby
matka, gdyby zobaczyła, gdzie mieszka jej córka. Wiedziała, że nigdy się
tu nie spotkają.
Weronika, grudzień 2007
Weronika, grudzień 2007
Wspomnienia
Stało się to w Boże Narodzenie. Latem skończyłam osiemnaście lat. Wciąż
mieszkałam u babki w Mońkach na Podlasiu, ale od dawna robiłam wszystko,
by stamtąd uciec. Sezonowe prace na polu, pomoc babce w sprzedaży
nalewek i opieka nad dziećmi sąsiadki dawały mi upragnione fundusze.
Zbierałam je w puszce po herbacie, by kiedyś kupić za nie wolność. Ale
przede wszystkim pragnęłam studiować, wyjechać do miasta i zacząć
wszystko od nowa. Wiedza i dobre stopnie miały mi w tym pomóc. Dom
rodzinny był dla mnie więzieniem umysłu i duszy, trującym bluszczem
tradycji i zakazów.
Matka była szefową biblioteki, ale większość mieszkańców wsi kojarzyła
ją z inną instytucją - Kościołem. Codziennie dreptała na msze, kółka
różańcowe, roraty, czuwania, by wieczorem wracać do domu i znowu modlić
się żarliwie, trzymając w dłoniach koraliki różańca z poświęconego
drzewa różanego. Choć jej pobożność nawet ksiądz wychwalał z ambony, w domu jej świętość przybierała zgoła inną postać. Była surową matką,
która z miną cierpiętnicy spoglądała na innych z góry. Niczym matka
przełożona średniowiecznego zakonu. Swojej pobożności nie skalała chwilą
zabawy ze mną czy choćby przytuleniem przed snem. Odkąd pamiętam, zawsze
jej zawadzałam. Moje sprawy, bóle, smutki, sukcesy w szkole były
nieistotne. Najważniejsze to modlitwa i dyscyplina. Życie doczesne miało
być smutne i szare. Taka nieistotna poczekalnia przed rajem.
Ojca nie znałam. Matka trzymała przede mną w tajemnicy powód jego
zniknięcia. Zasłyszałam jedynie w sklepie, że czarownicom lepiej
dzieciaka nie robić, bo wszystko szlag trafi. Wychowywana przez kobiety,
matkę Zofię i babkę Eleonorę, z trudem wyobrażałam sobie męskie buty lub
głos mężczyzny w naszej chacie. Energia męska była dla mnie tak odległa
jak matczyny Bóg schowany gdzieś na ołtarzu w czerwonej lampce
tabernakulum. Ani podejść, ani się przytulić. Niema obecność owiana
tajemnicą.
Babka była znaną w regionie zielarką. Produkowała pachnące nalewki,
maści, tekstury na ludzkie bolączki ciała, duszy i serca. Niektórzy z szacunkiem zwracali się do niej per Szeptucha bądź Stara. Praca babki
była ceniona w okolicy, co przynosiło jej spore dochody.
Często asystowałam jej w pracy z ziołami: przy zbieraniu, suszeniu,
potem rozcieraniu. Były to jedne z lepszych chwil mojego dzieciństwa,
ponieważ babka mnie zauważała i chwaliła za znajomość ziół i za to, jak
ucieram je w kamiennym moździerzu. Często mówiła do roślin dziwne słowa,
szeptała zaklęcia, z czego śmiałam się w duchu, ale nie pokazywałam tego
po sobie.
Żyłam pomiędzy dwoma światami: surową wiarą katolicką matki i ciepłą,
swojską magią babki. W oba światy nie wierzyłam. Ze świata matki
wybrałam książki, które jako córka szefowej biblioteki miałam na
wyciągnięcie ręki. Po szkole, zwłaszcza zimą, gdy szarzało już za dnia,
szłam do biblioteki i siedziałam tam aż do zamknięcia, zagubiona gdzieś
między regałami, ze stosem książek przy nogach. Sadowiłam się w ulubionym miejscu, przy najlepiej działającym kaloryferze i przeglądałam
księgi opatulone w szary papier. To w nich była prawdziwa magia. Inne
światy, podróże i ciekawi, odważni bohaterowie. Znalazłam w nich miłość
okazywaną dzieciom i mężczyzn kochających kobiety tak mocno, że gotowi
byli popłynąć dla nich na koniec świata. Były w nich kobiety ciepłe i mądre, które dzieliły się spostrzeżeniami o życiu, mówiły o emocjach i uczuciach. Książki dawały mi przyjaciół i azyl przed surowym wzrokiem
matki. Znikałam za okładkami powieści, co zresztą odpowiadało każdej z nas.
Ze świata babki wzięłam naturę i znajomość ziół. Uwielbiałam chodzić po
bagniskach lub lesie i zbierać lekarstwa: mniszka, jagody, chabry,
przytulię czy tymianek albo bylicę z wrotyczem. Susząc zioła na czystych
płótnach, bawiłam się w naukowca botanika, który zbiera wyjątkowe okazy
z dżungli. Gdy w moździerzu ścierałam na miazgę kolorowe płatki lub
nasiona, wyobrażałam sobie, że jestem alchemikiem, który tworzy
lekarstwo. W sumie to była prawda, wierzyłam w moc i lecznicze
właściwości ziół. Znałam ich działanie. Przy każdym przeziębieniu, bólu
zęba czy brzucha dzieliły się swoją mocą w postaci nalewek, syropów czy
ciasteczek zrobionych przez babcię. Ale magia? Modlitwy do moździerza,
spluwanie za lewe ramię i tworzenie koła na ziemi? Traktowałam to jak
teatrzyk, który babka gra przed pacjentami. Ileż to razy przestraszona
kobieta przynosiła dziecko, by "przełożyć je przez spódnicę", co miało
odegnać od maleństwa złe uroki. Ileż razy babka przy framudze odcinała
kołtun niesfornemu synowi sąsiadki. Ileż razy przelewała wosk pszczeli
nad głową pacjenta, by potem czytać z niego przyczynę choroby. Ludzie
jej wierzyli i dzięki tej wierze zdrowieli, a teatrzyk przynosił niezłe
dochody.
Być może pozbawiona matczynego ciepła i ojcowskiej opieki straciłam
wiarę w magię tego świata? Pożegnałam dziecięcą naiwność, dziewczęcą
wrażliwość, by zaopiekować się sama sobą? Ale nie narzekałam. Ziemia,
bagniska i las dawały mi obfitość przygód dla ciała. Książki z biblioteki matki karmiły umysł. O duszy nie myślałam. Do czasu. Zmieniło
się to, gdy skończyłam czternaście lat, ale o tym potem.
O ile babka szanowała moje wybory i nienachalnie uczyła ziołolecznictwa,
o tyle matka tresowała mnie na pobożne dziecię, pomimo mojego wyraźnego
sprzeciwu. W wieku siedmiu lat straciłam wszelką nadzieję, że jakimś
cudem mnie pokocha. Nabrałam pewności, że chce mnie zamknąć w tej samej
celi szlachetnego cierpienia, w której sama tkwiła od lat. W więzieniu
beznadziei i niechęci do zmiany czegokolwiek, choć jest tak ciężko.
Kiedy w niedzielę szykowała się na mszę, skutecznie znikałam z domu i przeczekiwałam dzień w lesie, bawiąc się na mokradłach. Nie znosiłam
chodzić z nią do kościoła, w którym matka siadała w pierwszej ławce i najgłośniej zawodziła religijne pieśni. Im byłam starsza, tym bardziej
się tego wstydziłam. Wolałam już wyprawy z babką do cerkwi i zapalanie
cieniutkich jak słoneczny promień świeczek.
W Boże Narodzenie 2007 roku postanowiłam otwarcie skończyć z religijną
przemocą. Pomogli mi w tym Edith Piaf i Szogun.
Miałyśmy wtedy trzy izby. Jedna z nich, połączona z kuchnią, służyła nam
za salon i jadalnię. To tam, pochylona nad stołem, uczyłam się
francuskiego, by dostać się na romanistykę w Białymstoku. Studia były
moim upragnionym oknem na świat, przepustką do życia poza ramami
wyznaczonymi przez kobiety mojego rodu. W głowie dudniły mi śpiewne
słowa Piaf:
Non, rien de rien,
Non, je ne regrette rien1.
Chociaż była Wigilia, nie czułam świątecznego nastroju. Żadna z nas nie
potrafiła go stworzyć i choć na jeden wieczór pozbyć się żalu i pretensji. Babka z matką przez lata zbudowały między sobą niezniszczalny
mur niezrozumienia. Na każdy temat miały inne spojrzenie: religia, moje
wychowanie, kolor obrusu. Zastanawiałam się, czy zawsze tak było między
nimi. Jakiekolwiek pytania o przeszłość, zwłaszcza o mojego ojca,
kończyły się kwaśnymi komentarzami, bym nie wścibiała nosa w nie swoje
sprawy.
Dlatego święta wyglądały, jak wyglądały. Babcia mieszała na piecu
nalewki o różnych zapachach, w tym roku był to uspokajający wyciąg na
winie z głogu, melisy, szyszek chmielu, kwiatostanów lawendy i rumianku.
Matka szykowała się, jak zwykle, do kościoła.
- Już byś dała spokój z tą magią z dżemu - prychnęła do babki, wchodząc
do izby i wskazując równo ustawione na stole nalewki z ziela hyzopu,
miody z mniszka lekarskiego czy maść z liści bzu na gojenie ran. - Przez
nią szczęścia nie ma. Odrzuca tylko ludzi od nas.
- Jak się z magii źle korzysta, to potem wychodzi szczęście przez okno -
odrzekła babka i splunęła przez lewe ramię. - Zarób w bibliotece tyle co
ja, to przestanę machać chochlą i sprzedawać ludziom eliksiry.
Matka dotknięta najmocniejszym z argumentów babki, wymownie chwyciła
modlitewnik.
- Szykuj się, Wera, Pasterka zaraz - rozkazała i czekała, aż potulnie
włożę kozaki i płaszcz.
Po moim trupie - powiedziałam do siebie. Siedząc nad książką o Edith
Piaf, postanowiłam, że tak samo jak gwiazda paryskiej ulicy nie pożałuję
swojego życia i o nie zawalczę. Właśnie teraz.
Miałam dość wyznaczania mi ścieżki, którą nie chciałam iść. Matczyne
plany zrobienia ze mnie pobożnej niewiasty działały na mnie alergicznie.
Z kolei babcia uważała, że zastąpię ją w produkcji ziołowych lekarstw i wrócę kiedyś do wioski, co było sprzeczne z moimi marzenimi. Tradycja i koniec. Ja miałam ją gdzieś.
Marzyło mi się miasto, gdzieś za granicą, gdzie będę chodzić na wysokich
obcasach i pić wino w restauracjach.
- Nie idę - odpowiedziałam matce spokojnie, podnosząc wzrok znad
książki.
- Jak to nie idziesz?! Pasterka raz w roku, Bóg się narodził. - Matka
stanęła oburzona w progu.
- Wolę obejrzeć Szoguna - zdecydowałam i zamknęłam głośno słownik
Larousse'a.
Z gracją przeniosłam się na kanapę i włączyłam telewizor, nie
zaszczycając matki ani jednym spojrzeniem. Chamberlain poprawiał właśnie
samurajski miecz.
W chałupie zapadła cisza. Nawet babcia przestała szurać chochlą w garnku. Po chwili drzwi trzasnęły i w izbie zostałam tylko ja i babcia
Eleonora trzęsąca się ze śmiechu. Spojrzała na ekran telewizora, który
dostała za uratowanie sołtysa od zapalenia śledziony, i usiadła przy
mnie zadowolona.
- Też obejrzę - skwitowała przełom w rodzinie.
Już nigdy więcej nie poszłam do kościoła, a latem dostałam się na
upragnione studia. Z uwagi na niski rodzinny budżet (dochody babki nie
były przedstawiane skarbowi państwa) dostałam łóżko w białostockim
akademiku. Świętowałam te wieści na bagniskach Ławki, leżąc na mostku
wśród trzcin i śmiejąc się do chmur. Edith Piaf i Szogun stali się
patronami mojego uwolnienia od zgorzkniałej matki uzależnionej od mszy i babki zamkniętej w utraconym już, przebrzmiałym świecie podlaskiego
folkloru. Moja radość nie trwała jednak długo. Z własnej woli i głupoty
sama zniewoliłam się rodową klątwą, w którą nie wierzyłam.