Lisia żona - Yangsze Choo

Kup ebooka

44.99 zł
34.64 zł (25,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Man­dżu­ria, 1908

Może zna­cie tę histo­rię: póź­nym wie­czo­rem do drzwi niczego nie­podej­rze­wa­ją­cego stu­denta puka piękna kobieta.

-?Kto tam? -?pyta mło­dzie­niec, wyglą­da­jąc do zanie­dba­nego ogrodu, gdzie w świe­tle księ­życa kwiaty i krzewy gną się w dziwne kształty.

-?Wpuść mnie. -?Nie­zna­joma ma cza­ru­jący uśmiech i butelkę jego ulu­bio­nego wina ryżo­wego.

Zga­dza się, choć z waha­niem, bo powi­nien się prze­cież uczyć do cesar­skich egza­mi­nów. Co ta dziew­czyna robi tu sama? W końcu wiej­ska willa leży na odlu­dziu! I dla­czego jej oczy tak dziw­nie lśnią w mokrej od desz­czu ciem­no­ści? Docho­dzi jed­nak do wnio­sku, że wszystko w porządku -?to pew­nie pro­sty­tutka, którą jego przy­ja­ciele przy­słali tu dla żartu. Piją więc wino, każde wyda­rze­nie pociąga za sobą kolejne i -?mimo że ona się rumieni, a jego książki leżą odło­giem -?stu­dent spę­dza jeden z naj­przy­jem­niej­szych wie­czo­rów swo­jego życia.

Sęk w tym, że nie­wiele z niego pamięta. Szcze­góły nikną przy bla­sku lampy i śmie­chu. Pożąda jed­nak kolej­nego spo­tka­nia; chwyta jej dło­nie (o bar­dzo dłu­gich pal­cach z ostrymi paznok­ciami) i nie chce ich puścić.

-?Miesz­kam tam -?oznaj­mia kobieta, wska­zu­jąc dzi­waczny pagó­rek. -?Idź tą drogą i miń szczyt, a mój dom będzie czwarty z kolei.

Następ­nego wie­czoru -?po tym, gdy słu­żący położy się spać, stu­dent wyru­sza. Gdyby zwra­cał uwagę na takie rze­czy, zorien­to­wałby się, że trakt powoli zanika, aż zostaje z niego led­wie ście­żynka wśród wybu­ja­łej trawy, on jed­nak niczego nie zauważa, tak jest zauro­czony. Wzdłuż szlaku stoi wiele oso­bli­wych domów, wszyst­kie mają ciemne okna przy­po­mi­na­jące puste oczo­doły. Wspa­niałe posia­dło­ści, małe rudery. Na każ­dym nad­prożu wyraź­nie wypi­sano rodowe nazwi­sko. Czwarty dom od szczytu to impo­nu­jący dwo­rek, na bra­mie wid­nieje nazwi­sko Hu1.

Odwie­dza ją raz po raz, zanie­dbu­jąc naukę, a tym­cza­sem w domu gro­ma­dzi się stos nie­otwar­tych listów od roz­gnie­wa­nych rodzi­ców. Skóra marsz­czy mu się jak zwię­dły liść, puchną mu mig­dałki, a krę­go­słup wygina się w łuk. W końcu zmar­twiony sługa spro­wa­dza mni­cha, by wyrzu­cił z niego złe duchy. Kiedy czar pry­ska, stu­dent zawo­dzi i szlo­cha, upo­ko­rzony oraz wście­kły; drżą­cymi rękami zdziera z sie­bie ubra­nie. Zbiera się zbrojna dru­żyna zło­żona z miej­sco­wych wie­śnia­ków, któ­rzy przy­się­gają, że na spa­dzi­stym pagórku nie ma żad­nych domów ani wiel­kich posia­dło­ści. Tylko dawno zapo­mniany cmen­tarz. Czwarty grób od wierz­chołka, jak wiele chiń­skich mogił, przy­po­mina na wpół zagrze­bany w ziemi domek. Przy pomocy motyk i szpa­dli wła­mują się do środka i odkry­wają, że lego­wi­sko urzą­dził tam sobie lis.

W tej histo­rii zmien­no­kształtny lis zwy­kle koń­czy ugo­to­wany lub nadziany na rożen przez wście­kły motłoch. To jed­nak nie powinno się zda­rzyć, jeśli tylko zacho­wa­cie ostroż­ność. Więk­szość lisów zacho­wuje. Jak ina­czej prze­trwa­ły­by­śmy setki lat? Lis z tej opo­wie­ści był chciwy i głupi -?przez takie osob­niki reszta z nas cie­szy się złą repu­ta­cją.

Lisice, powia­dają ludzie, to nik­czemne kobiety.

Nawet w naj­lep­szych cza­sach komuś takiemu jak ja nie­ła­two prze­żyć. Na przy­kład by zła­pać pociąg z Muk­denu do Dalianu, musia­łam wydo­stać się z tra­wia­stych rów­nin Kirinu. Pierw­szy dzień był naj­trud­niej­szy, bo potrze­bo­wa­łam ubrań. Osta­tecz­nie ścią­gnę­łam ze sznura na pra­nie bluzkę i baweł­niane spodnie jakiejś wie­śniaczki. Cno­tliwy lis nie powi­nien kraść, lecz despe­racko potrze­bo­wa­łam odzie­nia. Młoda naga kobieta poja­wia­jąca się na skraju drogi aż prosi się o kło­poty.

Egzy­stuję albo jako mały pso­waty o gęstym futrze, spi­cza­stych uszach i schlud­nych czar­nych łap­kach, albo wła­śnie jako młoda kobieta. Żadna z tych postaci nie zapew­nia mi bez­pie­czeń­stwa w świe­cie rzą­dzo­nym przez męż­czyzn. Prawdę mówiąc, wola­ła­bym wyglą­dać jak czy­jaś babka -?dzięki temu zyska­ła­bym przy­naj­mniej odro­binę god­no­ści odpo­wied­niej do mojego wieku. Przy oka­zji chcia­ła­bym odno­to­wać, że więk­szość opo­wie­ści sku­pia się na pięk­nych lisi­cach, które żywią się ener­gią życiową qi, nie­wiele zaś mówi się o sam­cach. Kobiety obda­rzone wła­snym rozu­mem, bie­ga­jące wolno i robiące, co im się żyw­nie podoba, bez wąt­pie­nia spo­tkają się z ostra­cy­zmem. Sprytny przy­stojny męż­czy­zna to zupeł­nie inna sprawa. Więk­szość lisich sam­ców prze­cho­dzi na przy­mu­sową eme­ry­turę lub sfin­guje wła­sną śmierć dopiero wtedy, gdy ich nie­sa­mo­wity, wiecz­nie młody wygląd zaczyna nie­po­koić ludzi. Nawet nie pytaj­cie, co myślę o tej dzie­jo­wej nie­spra­wie­dli­wo­ści -?z zasady uni­kam sam­ców mojego gatunku.

Zdo­byw­szy strój, poko­na­łam resztę trasy eta­pami, bła­ga­jąc napo­tka­nych ludzi o pod­wózkę. Oczy­wi­ście nie mia­łam pie­nię­dzy. Takie są skutki miesz­ka­nia wśród łąk, patrze­nia, jak chmury dry­fują po bez­kre­snym błę­kit­nym nie­bie, i jedze­nia polnych myszy. Od lat nie byłam w mie­ście. W Muk­de­nie zasta­łam obco­kra­jow­ców sza­sta­ją­cych pie­niędzmi na prawo i lewo oraz wynędz­nia­łych wie­śnia­ków ucie­ka­ją­cych przed gło­dem. Za cza­sów dyna­stii Ming, zanim mia­sto usta­no­wiono man­dżur­ską sto­licą pół­nocy, nosiło nazwę She­ny­ang i było ufor­ty­fi­ko­wa­nym gar­ni­zo­nem. Świat zmie­niał się bez ustanku, lecz bitwy o mia­sta toczyły się jak daw­niej.

Zała­twie­nie pew­nej oso­bi­stej sprawy, o któ­rej opo­wiem wam w przy­szło­ści, zajęło mi wię­cej czasu, niż podej­rze­wa­łam, zdo­ła­łam jed­nak wsiąść do pociągu, odda­jąc się w ręce alfonsa. Powie­dzia­łam mu, że muszę pil­nie dostać się do Dalianu, odle­głego por­to­wego mia­sta.

-?Rozu­miem -?odparł, głasz­cząc mnie po ramie­niu. Spraw­dza­jąc jakość mięsa. -?Wyglą­dasz bar­dzo zdrowo. Nie masz gruź­licy, prawda?

Potrzą­snę­łam głową.

-?Jestem silna. Pług cią­gnę lepiej niż nie­je­den wół.

-?Odtąd to nie ty będziesz orać -?mruk­nął z uśmie­chem. -?Chodź ze mną, zała­twię ci posadę niańki. To porządna praca.

Kupił nam bilety. Trze­cia klasa, twarde sie­dze­nia. Zapach potu, solo­nej ryby, żela­zi­sta woń roz­grza­nego metalu. Pociąg był czymś nie­sły­cha­nym. Widy­wa­łam go już, gdy pruł przez łąki niczym meta­lowy koń, wydmu­chu­jący wstęgi czar­nej sadzy. Myśla­łam nawet, by się nim prze­je­chać, ale byłam zbyt zajęta. Zbyt zajęta i zbyt szczę­śliwa. Obna­ża­jąc zęby, odwró­ci­łam się od okna. Nie chcia­łam wspo­mi­nać tego, co stra­ci­łam. Przy­naj­mniej podró­żo­wa­li­śmy szybko. Moje serce dud­niło nie­cier­pli­wie. Zże­rały mnie gniew i nie­po­kój, że jeśli wkrótce nie dotrę do Dalianu, ofiara może mi się wymknąć.

Za oknem kra­jo­braz prze­su­wał się szyb­ciej, niż pędzą cie­nie chmur, i wkrótce zosta­wi­li­śmy za sobą tra­wia­ste rów­niny. Wokół roz­cią­gała się jed­no­stajna sce­ne­ria pół­nocno-wschod­nich Chin: pła­skie smugi brą­zów i sza­ro­ści prze­ry­wane topo­lo­wymi i wierz­bo­wymi zagaj­ni­kami. Alfons obser­wo­wał mnie, gdy pochło­nięta wido­kiem przy­ci­ska­łam twarz do szyby.

-?Nie boisz się wyjeż­dżać z domu? -?Miał przy­ja­zny spo­sób bycia. Dziew­częta, strzeż­cie się męż­czyzn, któ­rych uśmiech nie obej­muje oczu.

-?Nie. -?Zwy­kle mówię prawdę. Łga­nie to zbyt wiele zachodu. -?To i tak nie był mój praw­dziwy dom.

Uśmiech­nął się pobłaż­li­wie, bez wąt­pie­nia myśląc o jakiejś ucze­pio­nej zbo­cza góry, dotknię­tej nie­szczę­ściem, osa­dzie.

-?Dla­czego jesteś sama, bez rodziny?

-?Och -?rzu­ci­łam. -?Kie­dyś mia­łam męża. -?Zmarszczka prze­cięła jego czoło, gdy doko­ny­wał pośpiesz­nych kal­ku­la­cji. Czyli nie dzie­wica. - Mia­łam też dziecko.

Jesz­cze gorzej. Cena za mnie spa­dała z każdą chwilą. Jak przy­stało na skromną dziew­czynę, ukry­łam uśmiech za ręka­wem. Tym­cza­sem on dopy­ty­wał, znie­chę­cony:

-?Co się stało z twoim mężem?

-?Nie jestem już mężatką -?ucię­łam cicho. -?I szu­kam pew­nego czło­wieka. Man­dżur­skiego foto­grafa zwa­nego Bektu Nikan. Sły­szał pan o nim?

-?Nie. -?Gdy pociąg zatrzy­mał się na sta­cji, alfons kupił pie­rożki z wie­przo­winą ze świń tuczo­nych śmie­ciami. -?Jesz z dużą gra­cją - zauwa­żył.

-?Co ma pan na myśli? -?Pauza. Usta pełne pie­rożka.

-?Takie piękne białe zęby. -?Poże­rał wzro­kiem moją gładką skórę, nie­po­zna­czoną dzio­bami po ospie. Moje błysz­czące oczy. Wpa­try­wa­łam się w niego, aż roz­sze­rzyły mu się źre­nice. Zła­pał mnie za łokieć i wypro­wa­dził na kory­tarz. Na moment ogar­nęły mnie wąt­pli­wo­ści -?czyż­bym źle osza­co­wała, kiedy należy prze­pro­wa­dzić zasadzkę? Nie dało się go jed­nak powstrzy­mać. W kory­tarzu pchnął mnie na roz­ko­ły­saną ścianę. Jedną ręką chwy­cił mnie za włosy. Drugą macał pod moją bluzką. Szarp­nę­łam się instynk­tow­nie, lecz w kobie­cym ciele byłam za słaba. To zawsze naj­więk­sze nie­bez­pie­czeń­stwo czy­ha­jące na każdą lisicę. Gdy­bym nie uwa­żała, mógłby mi zła­mać kark. Dysząc, przy­ci­snął wargi do moich warg, jego oddech cuch­nął stę­chli­zną niczym ściek. Zamknę­łam oczy, powoli wzię­łam oddech i zebra­łam myśli.

Nie­długo potem męż­czy­zna leżał na pod­ło­dze z oczami wywró­co­nymi ku górze. Wciąż oddy­chał. Prze­szu­ka­łam mu kie­sze­nie, wzię­łam port­fel i powlo­kłam jego ciało w stronę otwar­tych drzwi wagonu. Prze­wra­cało mi się w żołądku. Czy ktoś nad­cho­dził? Pociąg z drże­niem prze­chy­lił się na zakrę­cie. Ener­gicz­nie pchnę­łam alfonsa. Wyto­czył się z wagonu jak worek mąki i stur­lał po nasy­pie.

Wra­ca­jąc na miej­sce, ukrad­kiem otar­łam twarz i popra­wi­łam włosy zaple­cione w dwa schludne war­ko­cze jak u pierw­szej lep­szej słu­żą­cej. Samot­nie podró­żu­jąca dziew­czyna zwra­cała uwagę. Oparł­szy głowę o szybę, by uspo­koić przy­spie­szone tętno, ukła­da­łam w myślach moż­liwe sce­na­riu­sze. Choć nie było tłumu, w wago­nie trze­ciej klasy podró­żo­wało wielu man­dżur­skich żoł­nie­rzy zna­nych jako cho­rą­żo­wie, każdy z cha­rak­te­ry­styczną fry­zurą: czę­ściowo ogo­lona głowa i długi war­kocz.

Czasy nie nale­żały do spo­koj­nych ani bez­piecz­nych. Rządy zało­żo­nej na pół­nocy dyna­stii Qing -?man­dżur­skiej, nie chiń­skiej -?chy­liły się ku upad­kowi. Mimo że ród wła­dał Chi­nami od trzech stu­leci, spo­łe­czeń­stwo wciąż uwa­żało jego człon­ków i człon­ki­nie za najeźdź­ców i kipiało znie­cier­pli­wie­niem. Nie poma­gało, że na tro­nie zasia­dała obec­nie cesa­rzowa wdowa, nie­gdy­siej­sza kon­ku­bina, o któ­rej plot­ko­wano, że wytruła wro­gów. Tym­cza­sem Rosja­nie i Japoń­czycy, któ­rzy pra­co­wi­cie odkra­wali sobie po kawałku pół­noc­nego wschodu, zaj­mo­wali miej­sca w wago­nach pierw­szej klasy. Chiny, pomy­śla­łam ponuro, poże­rane są jak pie­czone pro­się. Powin­nam uwa­żać, by to samo nie spo­tkało mnie.

W końcu jeden z man­dżur­skich cho­rą­żych wkro­czył do akcji i usiadł obok.

-?Skąd jesteś?

-?Z Kirinu.

-?Nie wyglą­dasz mi na tutej­szą. Jesteś Man­dżurką? -?Zer­k­nię­cie na moje nie­za­ban­da­żo­wane stopy w wypla­ta­nych ze słomy butach.

Man­dżu­ro­wie nie prak­ty­kują krę­po­wa­nia stóp, choć Chiń­czycy Han kul­ty­wują je od pra­wie tysiąca lat. Okropny zwy­czaj, zawsze tak uwa­ża­łam. Żadne inne stwo­rze­nia nie pętają w ten spo­sób swo­ich samic: w deli­kat­nym wieku czte­rech lub pię­ciu lat łamie się dziecku skle­pie­nie stopy i ban­da­żuje ją tak, by przy­po­mi­nała kopyto. Dziew­czynki mogą wtedy jedy­nie dro­bić, krzy­wiąc się z bólu i przy­trzy­mu­jąc sto­łów oraz krze­seł, byle zdjąć cię­żar ze zła­ma­nych pal­ców. Biedne maleń­stwa dziel­nie prze­ły­kają łzy, bo wie­rzą, że dzięki temu ktoś ważny wybie­rze je na żonę.

Wzru­szy­łam ramio­nami, igno­ru­jąc pyta­nie, lecz żoł­nierz się nie zra­żał.

-?Jedziesz do Dalianu?

-?Tak.

-?Po co?

-?Szu­kam męż­czy­zny.

Par­sk­nął na to śmie­chem i klep­nął się w brzuch.

-?No to już nie musisz szu­kać, bo przed sobą masz porząd­nego chłopa!

-?Nie szu­kam porząd­nego chłopa -?wyja­śni­łam z uśmie­chem. -?Poluję na mor­dercę.

2

Muk­den

"W śniegu zna­le­ziono ciało".

Męż­czy­zna pociera twarz. Drga mu lewa powieka.

Detek­tyw pochyla się w przód. Jest wcze­śnie i wscho­dzące słońce maluje prze­ciw­le­głą ścianę na zło­to­ró­żowy kolor. Sie­dzą przy pustym sto­liku w popu­lar­nej restau­ra­cji obsłu­gu­ją­cej boga­tych i mod­nych miesz­kań­ców Muk­denu. Z kro­kwi zwi­sają czer­wone latar­nie, a wiel­kie okrą­głe stoły i krze­sła z pali­san­dru stoją w goto­wo­ści, jakby w każ­dej chwili do środka mógł wśli­znąć się znany poli­tyk ze swoją świtą, śmie­jąc się i wydmu­chu­jąc chmury papie­ro­so­wego dymu. Gu, wła­ści­ciel lokalu, wezwał detek­tywa na spo­tka­nie: sześć tygo­dni temu w pobli­skim zaułku odkryto zwłoki kobiety.

Nie było żad­nych śla­dów prze­stęp­stwa, mówi Gu. Pew­nie zasnęła i zamar­zła na śmierć. To naj­bar­dziej praw­do­po­dobny sce­na­riusz. Przy­gryza wargę. Powia­do­miono lokalne wła­dze i zabrano ciało do miej­skiej kost­nicy. To smutna, lecz pospo­lita histo­ria, myśli detek­tyw, zwłasz­cza w tym lodo­wa­tym mie­ście wysu­nię­tym daleko na pół­nocny wschód Chin, daw­nej sto­licy man­dżur­skiej dyna­stii. Dla­czego więc Gu zabie­gał o jego usługi w tak dys­kretny spo­sób?

-?Prawdę mówiąc, jej ciała wcale nie zna­le­ziono w zaułku. Sie­działa oparta o tylne drzwi mojej restau­ra­cji. Per­so­nel poin­for­mo­wał mnie wcze­snym ran­kiem i pota­jem­nie prze­nie­śli­śmy szczątki ulicę dalej. Nie zro­bi­li­śmy nic złego! -?Przy­biera defen­sywną postawę, ucieka spoj­rze­niem. -?Ale gdyby roze­szło się, że zna­le­ziono ją na naszym progu, ludzie zaczę­liby plot­ko­wać.

Trup przy­nosi pecha, szcze­gól­nie gdy czło­wiek pro­wa­dzi popu­larny lokal spe­cja­li­zu­jący się w orga­ni­za­cji wesel i uro­czy­stych ban­kie­tów. Gu zapewne prze­ku­pił urzęd­ni­ków, by wyci­szyli sprawę. Detek­tyw zasta­na­wia się, dla­czego go tu wezwano, skoro denatki pozbyto się bez pro­blemu.

-?Musi ją pan ziden­ty­fi­ko­wać. Mie­li­śmy ostat­nio pożar w kuchni, dokład­nie mie­siąc po zna­le­zie­niu zwłok, i moja żona sądzi, że to duch tej kobiety mści się za prze­nie­sie­nie ciała. Żona kon­sul­to­wała się z mni­chem, który twier­dzi, że do prze­pro­wa­dze­nia rytu­ału reli­gij­nego potrzebne nam jej nazwi­sko. -?Męż­czy­zna mruga ner­wowo. -?Była ubrana jak kur­ty­zana. Nie chcia­łem mieć nic wspól­nego z ucie­ki­nierką z bur­delu.

Wiele waż­nych osób ma powią­za­nia z prze­stęp­czo­ścią zor­ga­ni­zo­waną. Detek­tyw, niski, krzepki męż­czy­zna o psim wyglą­dzie, sztyw­nieje.

-?Co się stało z cia­łem?

-?Zostało pocho­wane. Minął mie­siąc. -?Gu bębni pal­cami o wypo­le­ro­wany blat, jakby w ten mroźny pora­nek wolał prze­by­wać gdzie­kol­wiek indziej, byle nie tu.

-?Gdzie ją zna­le­ziono?

Wła­ści­ciel wstaje gwał­tow­nie.

-?Pokażę panu.

Ciemne przej­ście o zatłusz­czo­nych ścia­nach wie­dzie do kuchni. Tam znaj­dują się drzwi wycho­dzące na wąską uliczkę, sze­roką na led­wie metr dwa­dzie­ścia, bie­gnącą wzdłuż dwu­pię­tro­wej bryły restau­ra­cji. Górny pawi­lon nie ma przed­niej ściany, więc przy dobrej pogo­dzie ludzie sie­dzą bli­sko balu­strady i popi­jają her­batę, scho­wani za wiszą­cymi para­wa­nami z trzciny. Jed­nak uliczkę wyty­czono z boku, z dala od cie­kaw­skich spoj­rzeń. Cią­gnie się wzdłuż muru aż do kuchni. Po prze­ciw­nej stro­nie - goły mur.

-?Sprzą­tacz zna­lazł ją tuż po otwar­ciu drzwi. Na szczę­ście byłem na miej­scu, bo zaj­rza­łem tu o świ­cie, by spraw­dzić księgi rachun­kowe. Ina­czej bie­dak mógłby stra­cić głowę i zacząć bie­gać z wrza­skiem po oko­licy. -?Gu garbi ramiona, szy­ku­jąc się na powiew zimo­wego powie­trza zza otwie­ra­nych drzwi. Mecha­nizm tro­chę się zacina. -?Sie­działa oku­tana na stop­niu. Gdy chło­pak szarp­nął za klamkę, wpa­dła do środka. Ależ ryk­nął! W pierw­szym odru­chu chcia­łem powia­do­mić wła­dze, ale potem zda­łem sobie sprawę, jak źle mogłoby to dla nas wyglą­dać. Ni­gdy wcze­śniej jej nie widzia­łem, więc nie wiem, czemu posta­no­wiła zamar­z­nąć aku­rat na naszym progu. Musia­łem wziąć na restau­ra­cję duży kre­dyt i z tru­dem uisz­czamy comie­sięczne opłaty. Jeśli inte­res upad­nie, jeste­śmy skoń­czeni. Dla­tego powie­dzia­łem sprzą­ta­czowi, żeby pomógł mi ją dźwi­gnąć. Prze­nie­śli­śmy ją na róg ulicy. Na szczę­ście było tak wcze­śnie, że nikt się tu nie krę­cił. Chło­pak jest tro­chę powolny, więc kaza­łem mu przy­siąc, że nikomu nie powie. Z tego samego powodu pana popro­si­łem o pomoc. -?Spo­gląda na gościa bła­gal­nie. -?Ma pan dosko­nałą repu­ta­cję.

Detek­tyw kiwa głową, rozu­mie bowiem, co klient ma na myśli. "Detek­tyw" to nie jest naj­wła­ściw­sze okre­śle­nie. Sam uważa się raczej za zała­twia­cza. Kogoś, kto neu­tra­li­zuje napię­cia, aran­żuje umowy. Jed­nak jego naj­więk­szą zaletą jest umie­jęt­ność wychwy­ce­nia kłam­stwa.

Od dzie­ciń­stwa umiał wykryć fałsz. Nikt inny zdaje się nie sły­szeć tego tajem­ni­czego odgłosu, cichego ostrze­że­nia, które roz­lega się, kiedy kłam­stwo opusz­cza czy­jeś usta i niczym psz­czoła unosi się na wyso­kość warg. W mło­do­ści detek­tyw krótko uczęsz­czał do szkoły na opłot­kach Muk­denu. Pewien star­szy chło­piec przy­niósł na obiad trzy bułeczki na parze nadzie­wane soczy­stym mię­sem i zawi­ścią pozo­sta­łych uczniów. Jed­nak gdy w porze posiłku roz­wi­nął tobo­łek, w środku zostały tylko dwie bułeczki.

Oskar­że­nia śmi­gały po podwó­rzu, dopóki detek­tyw nie syk­nął:

-?Sam ją zja­dłeś! Nie uda­waj, że ktoś ci ukradł!

Miał wtedy osiem lat, był mały jak na swój wiek, głowę miał wielką jak arbuz. Wciąż pamięta wyraz szoku, a następ­nie nie­na­wi­ści na obli­czu chłopca, który poma­wiał innych o kra­dzież. Dwie sekundy póź­niej wylą­do­wał z twa­rzą w pia­chu, a z lewego noz­drza cie­kła mu krew.

Do dziś nie roz­gryzł, po co star­szy kolega kła­mał. Czy zamie­rzał oskar­żyć nie­lu­bia­nego rówie­śnika? A może kie­ro­wał nim jeden z tych nie­wy­ja­śnio­nych impul­sów: chęć zasia­nia fer­mentu i wytrą­ce­nia z rów­no­wagi ich łagod­nego nauczy­ciela o smut­nym wyglą­dzie? Tak czy ina­czej, ta pierw­sza lek­cja, któ­rej gorycz zmie­szała się ze sma­kiem pia­chu, nauczyła go, jak ważne jest trzy­ma­nie wie­dzy w sekre­cie.

Teraz jest star­szy, ma pałą­ko­wate nogi i obli­cze przy­wo­dzące na myśl pysk wier­nego psi­ska, toteż ludzie przy­pi­sują jego sku­tecz­ność mądro­ści i doświad­cze­niu. Dziw­nym zrzą­dze­niem losu zwą go Bao -?tak jak legen­dar­nego sędziego dyna­stii Song, który roz­wią­zy­wał sprawy kry­mi­nalne. Sędzia Bao był tak bar­dzo znany ze swo­ich umie­jęt­no­ści deduk­cyj­nych, że wręcz pod­nie­siono go do rangi boga. Tak więc, gdy tylko detek­ty­wowi tra­fia się nowa sprawa, może być pewien, że poja­wią się żarty, uwagi, a nawet prze­sądny strach, iż oto nad­ciąga sam Bao Gong mający prze­pro­wa­dzić śledz­two.

Bao szybko roz­gląda się wokół. Widział tysiące takich zauł­ków. Jedyną inte­re­su­jącą cechą tego jest to, że -?jak zauwa­żył wła­ści­ciel -?nie ma do niego dostępu z żad­nego innego budynku. To, że nie­zna­joma posta­no­wiła zamar­z­nąć na jego progu, istot­nie zakra­wało na złą wróżbę. Czy z powodu pokąt­nego prze­nie­sie­nia zwłok Gu drę­czyły wyrzuty sumie­nia, czy też naprawdę docho­dziło tu do nad­przy­ro­dzo­nych zja­wisk, jak wspo­mniany pożar w kuchni?

-?Była lekko ubrana, nie miała okry­cia wierzch­niego.

-?Jak wyglą­dał jej strój?

-?More­lowa chan­gyi wyszy­wana w kwiaty, luźne spodnie i pozła­cane ozdoby do wło­sów. Krzy­kliwa kre­acja, jak u zawo­do­wej damy do towa­rzy­stwa. Śnieg przy­krył ją niczym war­stwa mąki ryżo­wej. Nie mogłem zro­zu­mieć, dla­czego wyszła tak lekko ubrana.

-?Czy ciało było sztywne, kiedy je prze­no­si­li­ście?

Gu zamyka oczy, pró­buje sobie przy­po­mnieć.

-?Miała lodo­wate dło­nie i stę­żałe rysy, ale więk­sze mię­śnie jesz­cze nie zesztyw­niały. -?Wygląda, jakby zro­biło mu się nie­do­brze.

A więc od jej śmierci nie minęło wiele czasu. Może led­wie kilka godzin.

-?I jest pan pewien, że nie było śla­dów prze­stęp­stwa?

-?Póź­niej sły­sza­łem, że lekarz sądowy nie zna­lazł żad­nych ran. Śmierć nastą­piła z przy­czyn natu­ral­nych. -?Restau­ra­tor znów prze­cho­dzi do defen­sywy. -?Poza tym miała taką minę...

-?Wyglą­dała na prze­stra­szoną? -?Bao wie, że twa­rze umar­łych mogą przy­brać zbo­lały, wręcz nie­ziem­ski wyraz.

-?Nie, na zachwy­coną. Uśmie­chała się. -?Gu pociera twarz. -?Nie jestem w sta­nie wyra­zić, jakie to było prze­ra­ża­jące. Twarz i otwarte oczy opró­szył śnieg, więc wyglą­dała jak panna młoda w dzień ślubu, zer­ka­jąca zza welonu -?jakby zoba­czyła coś wspa­nia­łego!

Zbity z tropu Bao dopy­tuje:

-?Jest pan prze­ko­nany, że wyglą­dała na szczę­śliwą?

-?Tak. Począt­kowo powie­dzia­łem sobie, że miała chyba dobrą śmierć, nic więc nie szko­dzi, że prze­su­nę­li­śmy ciało. Ale gdy wspo­mnia­łem o tym żonie, bar­dzo się zanie­po­ko­iła. Stwier­dziła, że to robota lisa.

Bao powoli wypusz­cza powie­trze. Od zamierz­chłych cza­sów lisów oba­wiano się i darzono je sza­cun­kiem. U zara­nia dzie­jów nie­biań­skie lisy ucho­dziły za istoty boskie. Póź­niej, za cza­sów dyna­stii Tang i Song, zyskały repu­ta­cję chy­trych oszu­stów potra­fią­cych przy­bie­rać ludz­kie kształty. Dziś jed­nak w ich nad­przy­ro­dzone moce wie­rzą głów­nie wie­śniacy.

Gu krzywi twarz w gry­ma­sie.

-?Żona pocho­dzi z pół­nocy, gdzie uwa­żają, że lis może zwa­bić czło­wieka w śmier­telną pułapkę. Codzien­nie pła­cze i powta­rza, że jeste­śmy prze­klęci; że nie powi­nie­nem był doty­kać ani prze­no­sić ciała. Odcho­dzę od zmy­słów! Restau­ra­cja cie­szy się popu­lar­no­ścią, ale mocno się zapo­ży­czy­łem, żeby ją otwo­rzyć. Dopiero zaczy­namy wycho­dzić na swoje. -?Ponie­waż Bao mil­czy, wła­ści­ciel dodaje szybko: -?Sły­sza­łem od naszego wspól­nego zna­jo­mego, że inte­re­suje się pan lisami. W prze­ciw­nym razie nie ośmie­lił­bym się pana kło­po­tać. Cho­dzą zresztą słu­chy, że roz­waża pan przej­ście na eme­ry­turę.

Bao czuje, jak mrowi go skóra czaszki. Latami badał każdą wzmiankę o lisach w kon­tek­ście róż­nych nie­zwy­kłych wyda­rzeń. Przy­ja­ciele śmieją się z niego, sądząc, że to nie­groźna pasja, a klienci pół­gło­sem powta­rzają plotki o gościach, któ­rzy odwie­dzają go o zmierz­chu. Bao kwi­tuje je uśmie­chem.

A jed­nak to prawda -?lisy nie­zmier­nie go inte­re­sują.

3

Nie­je­den męż­czy­zna lubi mawiać, że nie­złe z niego ziółko. Czę­sto towa­rzy­szą temu mru­gnię­cie i uśmiech. "Lepiej uwa­żaj, panienko -?zdają się suge­ro­wać jego brwi -?bo twarda ze mnie sztuka". Ale wystar­czy skie­ro­wać roz­mowę na zabój­stwo i zaraz się wyco­fują. Pamię­tam, że w cesar­skich Chi­nach kara za mor­der­stwo zawsze nale­żała do naj­bar­dziej okrut­nych. Nic dziw­nego, że moja uwaga o polo­wa­niu na mor­dercę skło­niła man­dżur­skiego cho­rą­żego do szyb­kiego odwrotu, co z kolei zapew­niło mi spo­kojną podróż do Dalianu.

Tam pociąg zatrzy­mał się w falu­ją­cym obłoku pary, a ja wysia­dłam wraz z tłu­mem pasa­że­rów. Pewna kobieta miała na sprze­daż żywe, spę­tane gęsi. Ich dłu­gie szyje wysta­wały żało­śnie z koszyka.

-?Za ile? -?spy­ta­łam, prze­su­wa­jąc pal­cem po upie­rzo­nej szyi. Ptak się wzdry­gnął. Kobie­cie zabły­sły oczy. Szybko wymie­niła cenę, a ja bez tar­go­wa­nia się się­gnę­łam do port­fela alfonsa i jej zapła­ci­łam.

Ni­gdy nie wia­domo, jak się sprawy poto­czą. Każda naj­mniej­sza zmiana powo­duje zawi­ro­wa­nie w zamieci moż­li­wo­ści. Posta­no­wi­łam nabyć dwie śliczne, tłu­ściut­kie gęsi, co wpły­nęło na kształt całego mojego śledz­twa (okre­śle­nie to brzmi dużo lepiej niż słowa takie jak "zemsta" czy "krwawy dług"). Tasz­cząc ptaki, zacho­dzi­łam w głowę, co mnie opę­tało, że je kupi­łam. Może prze­prawa z alfon­sem wstrzą­snęła mną bar­dziej, niż chcia­łam przy­znać. Mój począt­kowy plan, by zna­leźć cichy zaułek, gdzie mogła­bym je zjeść, oka­zał się śmie­chu wart. Dalian, czy też Dal­nij, jak nazy­wają go Rosja­nie, był teraz wiel­kim, nowo­cze­snym mia­stem.

Jego głę­boki, wolny od lodu port poło­żony na czubku Pół­wy­spu Lia­otuń­skiego, ceniono już za rzą­dów dyna­stii Tang -?prze­cho­dził kolejno przez man­dżur­skie i rosyj­skie ręce, by obec­nie zna­leźć się w japoń­skich. Rosja­nie roz­pla­no­wali mia­sto w stylu zachod­nim, lecz utra­cili Dalian po nie­daw­nej woj­nie rosyj­sko-japoń­skiej. Jak zaob­ser­wo­wa­łam, wędru­jąc sze­ro­kimi bul­wa­rami, Japoń­czycy pra­co­wi­cie włą­czyli się w jego budowę.

Nie doce­ni­łam tempa, w jakim toczyły się sprawy. Doszłam do wnio­sku, że miesz­ka­nie na tra­wia­stych rów­ni­nach i patrze­nie, jak chmury płyną po nie­bie, mnie zmięk­czyło. Co ja sobie myśla­łam? Że położę gdzieś swój posy­ku­jący tobo­łek i po pro­stu pożrę jego zawar­tość? To mogłoby się udać w jakiejś wio­sce, ale nie w tęt­nią­cym życiem nowo­cze­snym mie­ście! Słońce zacho­dziło, zale­wa­jąc ulicę jasnym, smut­nym świa­tłem w kolo­rze żół­tych for­sy­cji. Daw­niej patrzy­łam, jak jego pro­mie­nie pozła­cają łąki. Na kola­nach zamiast roz­złosz­czo­nej gęsi trzy­ma­łam dziecko. Cie­płe, senne. Pełne mleka i słod­kich snów. Żal powraca w naj­mniej ocze­ki­wa­nych momen­tach, jak zło­dziej krad­nący radość.

Ból w mojej piersi ni­gdy nie znik­nie; ta zie­jąca, krwawa ciem­ność, która pochło­nęła mnie na dwa ostat­nie lata. Grób mojego dziecka na dale­kiej pół­nocy porósł trawą. Całymi mie­sią­cami kła­dłam się na nim każ­dej nocy w próż­nej nadziei, że ogrzeję córeczkę. Było tak zimno, a ona była taka mała i stra­ci­łam ją na zawsze. Kry­jąc twarz w gru­dach suchej ziemi, myśla­łam, że umrę z roz­pa­czy i furii. Ale w prze­ci­wień­stwie do nie­bosz­czy­ków żyjący docho­dzą do sie­bie. Ponuro ucze­pi­łam się myśli o zemście, tej cien­kiej żyły wypeł­nio­nej krwią, która pul­so­wała i utrzy­my­wała mnie przy życiu. Czło­wie­kiem, który zle­cił jej śmierć, był man­dżur­ski foto­graf zwany Bektu Nika­nem.

Na dwa lata ślad po nim zagi­nął, nie­dawno odkry­łam jed­nak, że udał się na połu­dnie, do Dalianu. Nie­zwłocz­nie ruszy­łam w pościg, lecz teraz z kon­ster­na­cją prze­ko­na­łam się, że mia­sto jest dużo więk­sze, niż się spo­dzie­wa­łam. Jak mia­łam zna­leźć Bektu i jed­no­cze­śnie zapew­nić sobie schro­nie­nie? Incy­dent w pociągu jedy­nie potwier­dził, jakie nie­bez­pie­czeń­stwa czy­hają na samotną młodą kobietę. Gdyby zaata­ko­wało mnie dwóch, lub wię­cej męż­czyzn, mogliby mnie poko­nać.

Kiedy przy­gnę­biona patrzy­łam na drogę, obok przy­sta­nęły kobieta w śred­nim wieku i jej sędziwa słu­żąca. Napo­tkaw­szy mój wzrok, ode­szły pośpiesz­nie. Kilka chwil póź­niej słu­żąca wró­ciła. Wysoka i ner­wowa, przy­po­mi­nała zająca z wiel­kimi, wyłu­pia­stymi oczami.

-?Czy te gęsi są na sprze­daż? -?Ski­nę­łam głową. -?Skąd pocho­dzą?

-?Z pół­nocy -?odpar­łam. Wyglą­dały mi na przy­kłady wiej­skiego chowu: małe i raczej twarde.

-?Ty też stam­tąd jesteś?

-?Tak, z Kirinu.

Zda­wało się, że z jakie­goś powodu ją to ucie­szyło. Gdy­bym zechciała zanieść ptaki do domu jej pani, otrzy­ma­ła­bym dodat­kową zapłatę. Zgo­dzi­łam się, bo i tak nie mia­łam dokąd pójść. Pod­czas mar­szu kobieta zasy­pała mnie pyta­niami. Skąd pocho­dzę? Czym się zaj­mo­wała moja rodzina? Udzie­la­łam mgli­stych odpo­wie­dzi, ponie­waż też mia­łam do niej parę pytań. Na przy­kład: czy sły­szała o tej nowej sztuce zwa­nej foto­gra­fią i czy w Dalia­nie ktoś ją prak­ty­kuje?

Odrze­kła:

-?Och! To pasja naszego mło­dego pani­cza. Zna wielu foto­gra­fów, bo jego przy­ja­ciel pro­wa­dzi stu­dio.

Nie­cier­pli­wie przy­śpie­szy­łam kroku. Przy odro­bi­nie szczę­ścia wkrótce namie­rzę foto­grafa, który przy­je­chał z Muk­denu.

Celem naszej wędrówki oka­zała się tra­dy­cyjna chiń­ska apteka. Ostra, gorzka woń zaata­ko­wała moje noz­drza już z daleka: dang gui na nie­re­gu­larne mie­siączki, żeń-szeń, czer­wone dak­tyle i inne środki, które nale­żało ugo­to­wać ze świń­skimi nóż­kami lub ogór­kami mor­skimi, by powstała lecz­ni­cza zupa. Budy­nek wznie­siono z sza­rej cegły i pokryto fali­stą dachówką, a okapy ozdo­biono rzy­ga­czami w kształ­cie zwie­rząt. Sklep zda­wał się pro­spe­ro­wać, sądząc po sze­ro­kiej fasa­dzie i nie­prze­rwa­nym stru­mie­niu klien­tów, któ­rzy wycho­dzili ze środka, ści­ska­jąc zawi­nięte w papier pakiety suszo­nych ziół i korzeni. Zza impo­nu­ją­cego dwu­pię­tro­wego sklepu wyzie­rały niż­sze dachy i wewnętrzne dzie­dzińce, a także dom miesz­kalny.

Wej­ście od frontu zare­zer­wo­wano dla klien­tów, nie dla obszar­pa­nych wie­śnia­czek nio­są­cych gęsi, weszły­śmy więc boczną bramą. Poin­stru­owano mnie, bym wypu­ściła ptaki w dużej zagro­dzie dla dro­biu za kuch­nią. Gorzki zapach lekarstw ustą­pił miej­sca napły­wa­ją­cemu z kuchni aro­ma­towi duszo­nego boczku. Zaczęło mi bur­czeć w brzu­chu. Słu­żąca kazała mi cze­kać na dzie­dzińcu, aż wróci ze swoją panią, kobietą, która jako pierw­sza wypa­trzyła mnie i moje gęsi. Nosiła kre­ację z jedwa­biu i dobrej jako­ści bawełny, jak przy­stało na żonę boga­tego kupca. Jej palec zdo­bił pier­ścio­nek z bla­do­bia­łego jade­itu przy­po­mi­na­jący grudkę bara­niego tłusz­czu.

Przyj­rzała mi się uważ­nie. Miała gładką, pulchną twarz i naoli­wione czarne włosy. Mię­dzy brwiami i w opa­da­ją­cych kąci­kach ust wid­niały zmarszczki wyglą­da­jące jak ślady na spra­so­wa­nym tofu odsą­czo­nym na płót­nie.

-?Sły­sza­łam, że pocho­dzisz z Kirinu. Szu­kasz pracy? Jest bar­dzo łatwa, będziesz usłu­gi­wać star­szej pani.

-?Ile ma lat?

-?Jest po sześć­dzie­siątce.

Stłu­mi­łam prych­nię­cie. W moich oczach sześć­dzie­siąt to nie­dużo. W tym wieku ludzie dopiero zaczy­nają rozu­mieć, że pogoda ni­gdy nie będzie im posłuszna, że praw­dziwa miłość zda­rza się naj­wy­żej dwa razy w życiu i że jedno nie­roz­ważne "tak" wypo­wie­dziane w mło­do­ści może splą­tać twoje losy z cudzymi na dłu­gie lata. To jed­nak nie miało zna­cze­nia.

-?Dla­czego ja?

Więk­szość ludzi poszu­ku­ją­cych słu­żą­cej nie spro­wa­dza do domu wędrow­nych han­dla­rek wysta­ją­cych na ulicy ze swoim dro­biem. Kobieta nie wyglą­dała na głu­pią. Jej wygięte w pod­kówkę usta suge­ro­wały, że mogłaby zli­czyć wszyst­kie pary pałe­czek w swo­jej kuchni.

-?Moja teściowa jest bar­dzo wybredna w kwe­stii tego, kto się nią zaj­muje. Ale jeśli przy­je­cha­łaś z pół­nocy, może się zgo­dzi. Sama też stam­tąd pocho­dzi. -?Ścią­gnęła wargi. Naj­wy­raź­niej nie była to cała histo­ria, ponie­waż jed­nak pil­nie potrze­bo­wa­łam dachu nad głową, pod­czas gdy będę szu­kać ofiary, zgo­dziłam się. -?Zanim podej­mie decy­zję, będzie się chciała z tobą zoba­czyć.

Przed roz­mową gospo­da­rze zapew­nili mi czy­ste ubra­nia, gorącą kąpiel i porządny posi­łek. Skoro ofe­ro­wali takie warunki, musieli być bar­dzo zde­spe­ro­wani, zaczę­łam się więc zasta­na­wiać, jakie okropne obo­wiązki wcho­dziły w grę.

-?Pierw­sze spo­tka­nie musi odbyć się po zmroku. To jeden z jej warun­ków, zanim kogo­kol­wiek zatrudni.

Unio­słam brwi. Teraz, gdy już tu byłam, w tym prze­dziw­nym domu za apteką, nie­mal czu­łam woń tajem­nicy snu­jącą się po krę­tych kory­ta­rzach. A może był to tylko zapach duszo­nego boczku?

Po gorą­cej kąpieli wrę­czono mi czy­sty strój i miskę ryżu zmie­sza­nego z jęcz­mie­niem, okra­szo­nego duszo­nym bocz­kiem i kapu­stą sito­watą. Zro­biło się późno i w domu zapa­dła cisza -?dopiero wtedy słu­żąca powio­dła mnie kory­ta­rzami i w górę po stro­mych scho­dach z wypo­le­ro­wa­nego drewna. Wyko­nano je z myślą o małych, krę­po­wa­nych sto­pach, toteż każdy sto­pień był nie szer­szy niż dłoń. Pro­wa­dziły do kobie­cych kwa­ter.

Na pię­trze znaj­do­wał się prze­stronny pokój dzienny z bal­ko­nem wycho­dzą­cym na dzie­dzi­niec. Okna były otwarte, wpusz­cza­jąc do środka wio­senną noc, a obok krze­sła z pali­san­dru paliła się lampa. Na krze­śle sie­działa drobna star­sza kobieta. Jej wypro­sto­wana syl­wetka sko­ja­rzyła mi się z prze­sia­du­ją­cymi w oknie pie­skami: czuj­nymi, choć bojaź­li­wymi.

Jej pło­chli­wość mnie zasko­czyła. Wnio­sku­jąc ze słów gospo­dyni, spo­dzie­wa­łam się wiedźmy trzę­są­cej całym domem, ona jed­nak spra­wiała wra­że­nie nie­mal zalęk­nio­nej. Gdy nasze spoj­rze­nia się spo­tkały, sze­rzej otwo­rzyła oczy.

4

Kiedy Bao był dziec­kiem, jego stara nia­nia zabrała go do lisiej kapliczki na tyłach domu sąsiada. To bóg, powie­działa, zgi­na­jąc jego małą rączkę w swo­jej szorst­kiej i poczer­wie­nia­łej dłoni.

Lisi bóg miesz­kał w ciem­nej świą­tynce, nie­wiele więk­szej od otwar­tej z przodu skrzynki, tuż za domem sąsiada. Zbu­do­wano ją przed jaki­miś pięć­dzie­się­cioma laty, po tym, jak poważna cho­roba nie­mal zabrała dziadka obec­nego wła­ści­ciela.

-?Był bar­dzo cho­ro­wity, a jego matka nie miała innych synów -?opo­wia­dała nia­nia. -?Modliła się więc do huxiana, lisiego bóstwa, i któ­rejś nocy miała sen.

Weszli przez niską furtkę. Naj­wy­raź­niej stara pia­stunka miała w zwy­czaju odwie­dzać świą­tynkę za cichym przy­zwo­le­niem słu­żą­cych z dru­giego domu. Przy­dało to całej eska­pa­dzie tajem­ni­czo­ści i aury cze­goś zaka­za­nego. W rodzi­nie Bao ści­śle prze­strze­gano zasad kon­fu­cja­ni­zmu -?ojciec ni­gdy nie pochwa­lał czcze­nia zwie­rząt, narze­kał, że to nic innego jak wiej­ski zabo­bon. W pół­noc­nych Chi­nach lisa, jeża, łasicę, szczura i węża uznaje się za wuda­men, Pięć Wiel­kich Domostw, czyli pomniej­sze bóstwa bogac­twa i pomyśl­no­ści. Ojciec uzna­wał to za nie­do­rzecz­ność. Dla­czego bóg for­tuny miałby peł­zać na brzu­chu lub gnieź­dzić się w wil­got­nych norach? Bao musiał zgo­dzić się z tą logiką, choć gdy tam­tego dnia drep­tał za nia­nią, prze­szedł go dreszcz zachwytu.

-?O czym był ten sen? Ten o dziadku sąsiada?

-?Och -?rzu­ciła pia­stunka -?więc jed­nak słu­cha­łeś?

Zaśmiał się nieco pło­chli­wie. Moc­niej chwy­cił ją za rękę. Czuł się nie­swojo, zakra­da­jąc się do ogrodu na tyłach cudzego domu, mimo że rodziny utrzy­my­wały raczej przy­ja­zne sto­sunki.

-?W tam­tym cza­sie ów dzia­dek był led­wie małym chłop­cem, takim jak ty, choć mie­wał ataki cho­roby, pod­czas któ­rych toczył pianę z ust. Jego matce przy­śnił się sta­rzec w jedwab­nej sza­cie, który oznaj­mił, że jeśli wznie­sie dla niego świą­ty­nię na tyłach domu, jej syn wyzdro­wieje. I tak się stało! -?Bao pamięta uśmiech w gło­sie kobiety, ale jej twarz cał­kiem roz­myła się w jego pamięci. -?Dla­tego dziś pomo­dlimy się do huxiana, by zabrał twój...

Dziwne, że ni­gdy nie może sobie przy­po­mnieć, co dokład­nie chciała dla niego wymo­dlić. Słowa roz­pły­nęły się niczym smuga dźwięku, a może po pro­stu nie uwa­żał. Był wtedy taki mały, taki malutki, że musiał się­gać w górę, by ją zła­pać za rękę. Nie dora­stał nawet do rygla w ogro­do­wej furtce. Wciąż pamięta jed­nak oświe­tlone słoń­cem liście i olbrzy­mie łodygi bam­busa. Spę­dził sporo czasu, włó­cząc się po zagaj­niku, pod­no­sząc liście i prze­ska­ku­jąc nad mło­dymi pędami, pod­czas gdy nia­nia uwi­jała się przy kapliczce.

Ciemne, otwarte z przodu pudło ze spa­dzi­stym dasz­kiem wyko­nano z wysma­ga­nego żywio­łami sza­rego drewna. W środku stał kamienny posą­żek, wypro­sto­wany i smu­kły. Jak zauwa­żył chło­piec, przy­po­mi­nał bar­dziej kota niż lisa.

-?Cii! -?upo­mniała go prędko sta­ruszka i prze­pro­siła bóstwo za jego nie­uprzej­mość. To także pamięta -?że jej zło­żone dło­nie drżały lekko, gdy zapa­lała ofiarne kadzi­dełka.

Kiedy teraz o tym myśli, uświa­da­mia sobie, że wła­śnie po tej wizy­cie jego uszy zaczęły odróż­niać prawdę od kłam­stwa. Co dokład­nie stało się z nim w ten sło­neczny pora­nek pod liśćmi bam­busa? Wspo­mnie­nie znika, a on wraca myślami do obec­nej sytu­acji.

Ciało kobiety zna­le­zione w śniegu.

Fale głodu gnają wie­śnia­ków do mia­sta, gdzie umie­rają w zauł­kach i zama­rzają w naprędce skle­co­nych schro­nie­niach. Te zwłoki należą jed­nak do mło­dej kobiety, któ­rej nie bra­ko­wało ani jedze­nia, ani porząd­nych ubrań. Tak jak suge­ro­wał Gu, wła­ści­ciel restau­ra­cji, była praw­do­po­dob­nie kur­ty­zaną z dziel­nicy roz­ko­szy. Jedną z tych kobiet, które wynaj­muje się na przy­ję­cia, gdzie śpie­wają, grają na qin i kokie­te­ryj­nie prze­ko­ma­rzają się z klien­tami, dole­wa­jąc im wina. Ważni goście wybie­rają dziew­częta, które chcą zabrać do domu, jakby były dese­rem lub dodat­kową atrak­cją.

Bao wzdy­cha. Spro­wa­dza­nie zbie­głych kobiet to zada­nie, któ­rego zwy­kle unika, lecz ta bez­i­mienna dziew­czyna zasłu­guje na upa­mięt­nie­nie. Jej lekki ubiór i brak okry­cia mogą zaska­ki­wać. Gu powie­dział, że tam­tej nocy pano­wał mróz. Tak siar­czy­sty, że śnieg zsu­wał się z fali­stych dachów, two­rząc syp­kie zaspy. Dla­czego zasnęła wśród nich, ogar­nięta rado­snym deli­rium?

Żona Gu upie­rała się, że to robota lisów. Na dźwięk tych słów serce Bao fik­nęło oso­bli­wego koziołka, jakby znów był dziec­kiem w sze­lesz­czą­cym bam­bu­so­wym gaju. Od dawna towa­rzy­szy mu poczu­cie, że lisy i jego nie­zwy­kła umie­jęt­ność roz­po­zna­wa­nia prawdy są ze sobą ści­śle sple­cione - ta tajem­nica zżera go przez więk­szość życia.

Przy­śpie­sza­jąc kroku, Bao kie­ruje się do dziel­nicy roz­ko­szy, buty śli­zgają mu się na oblo­dzo­nych kocich łbach. Tu, na pół­nocy, budynki wznie­siono z cegły i sza­rego kamie­nia, dachówki są śli­skie i ciemne od top­nie­ją­cego śniegu. Mię­dzy budyn­kami i w poprzek ulicy wiszą rzędy czer­wo­nych latarni. Nocą zapa­lają się, spo­wi­ja­jąc dziel­nicę różo­wa­wym, opty­mi­stycz­nym bla­skiem. Zupeł­nie ina­czej niż o poranku w dniu takim jak ten, gdy mokre chod­niki pokrywa war­stwa zakrze­płych szmat i podar­tego papieru.

Bao zaga­duje per­so­nel róż­nych przy­byt­ków, pyta, czy nie zgi­nęła im ostat­nio jakaś dziew­czyna. Pewien księ­gowy infor­muje, że dwie miesz­kanki dziel­nicy zmarły nie­dawno na gruź­licę, a jedna ucie­kła. Robi pauzę z dło­nią zawie­szoną nad cięż­kimi czar­nymi pacior­kami liczy­dła.

-?Ta zagi­niona była z Pawi­lonu Feniksa.

-?Sły­szał pan jakieś plotki o lisach?

-?O lisach? -?Księ­gowy ze zdu­mie­niem unosi wzrok. -?Ma pan na myśli te zwy­kłe czy huli­jing, lisie duchy?

-?Obo­jęt­nie. Ktoś coś wspo­mi­nał?

-?Jeden z naszych por­tie­rów przy­się­gał, że późną nocą widział przed her­ba­ciar­nią bia­łego lisa. Usły­sza­łem o tym, kiedy pod koniec mie­siąca przy­szedł po wypłatę.

-?Co to był za dzień?

Księ­gowy otwiera rejestr i podaje datę: tej samej nocy zwłoki kobiety wylą­do­wały pod tyl­nymi drzwiami Gu.

Bao gwał­tow­nie wypusz­cza powie­trze, ści­ska mu się żołą­dek.

-?Był pewien, że to lis?

-?Ja myśla­łem, że widział bia­łego psa, ale on upie­rał się co do ogona. Praw­dziwa lisia kita, mówił. Pro­sił o dodat­kowe pie­nią­dze, chciał bowiem pójść do świą­tyni i pod­dać się egzor­cy­zmom. Oczy­wi­ście odmó­wi­łem. - Roz­mówca spo­gląda na Bao prze­ni­kli­wie. -?Jeśli inte­re­sują pana lisy, powi­nien pan poga­dać z Bektu Nika­nem.

-?Kto to taki?

-?Man­dżur­ski foto­graf, który na zle­ce­nie kilku przy­byt­ków robił kur­ty­za­nom zdję­cia do kata­logu. Zaj­rzał tu, gdy doszły go słu­chy, że nasz por­tier mówił o bia­łym lisie. Dziwny człek, źle mu z oczu patrzy. Dziew­częta nie­zbyt go lubiły.

-?Dla­czego pytał o lisy?

-?Zale­żało mu na skó­rze bia­łego lisa. Powie­dział, że ludzie dobrze zapłacą, by dać się z nią sfo­to­gra­fo­wać. -?Księ­gowy krzywi się mimo­wol­nie.

Lisy -?Bao dobrze o tym wie -?budzą lęk, ale są też czczone jako bóstwa. Poza tym kradną męż­czy­znom oddech -?ich qi, życiową ener­gię, napę­dza­jącą każ­dego czło­wieka. Słynny uczony Ji Yun, który miał na ich punk­cie obse­sję, rzekł kie­dyś: "Ludzie i przed­mioty to dwa różne gatunki, lisy zaś pla­sują się gdzieś pomię­dzy; ciem­ność i świa­tło cha­dzają róż­nymi ścież­kami, lisy zaś pla­sują się gdzieś pomię­dzy".

Prze­strzeń mię­dzy świa­tłem a ciem­no­ścią ozna­cza cie­nie. Nie­po­ko­jące kró­le­stwo wie­rzą­cych. Bao cza­sem roz­waża, czy zali­cza się do tej kate­go­rii. Z pew­no­ścią brak mu wiary sta­rej niani, która co tydzień drep­tała do lisiej świą­tynki z drob­nymi ofia­rami w postaci cia­sta lub owo­ców. Nie miała pra­wie nic wła­snego -?nawet swo­jego pokoju, bo odkąd Bao był nie­mow­lę­ciem, spała na pod­ło­dze przy jego łóżku. Była upar­cie prze­sądną wie­śniaczką, która bar­dzo go kochała. Temu nie spo­sób zaprze­czyć.

Wtedy znów zaczyna wspo­mi­nać dzie­ciń­stwo i dzień, w któ­rym odkrył, że sły­szy kłam­stwa.

5

My, lisy, wzbu­dzamy w ludziach silne emo­cje swoim wyglą­dem. Wła­śnie ta cecha spra­wia, że zamy­kają nas w skrzy­niach lub ska­zują na śmierć. Gdy więc sta­ruszka na mój widok sze­rzej otwo­rzyła oczy, natych­miast zro­bi­łam się czujna.

W pół­nocno-wschod­nich Chi­nach pełno jest wie­śnia­ków, któ­rzy na­dal oddają nam cześć przy lisich kaplicz­kach, kon­sul­tują się z mediami twier­dzą­cymi, że prze­ma­wiają przez nie lisie duchy, i wzy­wają egzor­cy­stów, by je wypę­dzali. To rela­cja oparta zarówno na miło­ści, jak i na nie­na­wi­ści. Daw­niej lisy uzna­wano za święte, ale tam, gdzie kie­dyś nas powa­żano, teraz pięt­nuje się nas jako zwod­ni­czych oszu­stów. Moja poten­cjalna pra­co­daw­czyni wyglą­dała wpraw­dzie jak typowa bab­cia. Mała, wypro­sto­wana, raczej uro­cza, mimo że synowa opi­sała ją jako wybredną. Ja jed­nak wie­dzia­łam swoje. Wyraz jej oczu -?zasko­cze­nie i coś w rodzaju roz­po­zna­nia -?spra­wił, że zamro­wiły mnie uszy. To było spoj­rze­nie osoby wie­rzą­cej: kogoś, kto spo­tkał kie­dyś jed­nego z nas, choć sam mógł o tym nie wie­dzieć.

-?Pani -?ode­zwała się sędziwa słu­żąca -?to ta młoda kobieta.

Sta­ruszka prze­krzy­wiła głowę.

-?Podejdź bli­żej, do świa­tła.

Miała cichy, roz­sądny głos. Kolejny powód do ostroż­no­ści, bo wcale nie brzmiała jak obłą­kana. (Swoją drogą, ludz­kie sza­leń­stwo może nam się przy­słu­żyć. Rzadko wie­rzy się tym, któ­rzy zacho­wują się jak wariaci. Wyra­że­nie "sza­lony jak lis" napawa nas więc sporą dumą).

Wkro­czy­łam w krąg żół­tego świa­tła lampy. Naprawdę nie ma się czego bać, prze­ko­ny­wa­łam samą sie­bie mimo przy­śpie­szo­nego tętna. To tylko star­sza pani, nie żaden daoistyczny egzor­cy­sta, choć wola­łam nie wni­kać, dla­czego zwy­kła sta­ruszka pro­wa­dzi roz­mowy o pracę "wyłącz­nie po zmroku".

-?Jesteś z pół­nocy? -?spy­tała.

-?Tak, furen. -?Zwró­ci­łam się do niej z sza­cun­kiem, jak do prze­ło­żo­nej lub pani domu. Przy­go­to­wa­łam sobie całą histo­rię, jak to przy­je­cha­łam ze wsi, by pra­co­wać jako niańka, oka­zało się jed­nak, że tra­fi­łam w ręce alfonsa (sama prawda), ale ona wcale o to nie pytała.

Zagad­nęła tylko:

-?Czy na łąki dotarła już wio­sna?

-?Siewki nawo­łują, a kostrzewa owcza wypusz­cza zie­lone pędy. -?Nie­mal poczu­łam ciężką woń ziemi. Prze­peł­niło mnie to nie­zro­zu­mia­łym smut­kiem.

-?Czy mogła­byś się okrę­cić? -?Ze zdu­mie­niem speł­ni­łam prośbę. Sędziwa słu­żąca wyglą­dała na zde­ner­wo­waną bez wyraź­nego powodu. -?Masz cień - zauwa­żyła sta­ruszka.

-?Jak wszy­scy, furen.

-?Nie, nie wszy­scy. Ale twój jest ładny i solidny.

Słu­żąca pochwy­ciła moje spoj­rze­nie i kaszl­nęła zawsty­dzona. Ja jed­nak od razu zro­zu­mia­łam, o co cho­dzi star­szej pani. Oba­wiała się duchów. Zachciało mi się śmiać. Jeśli na tym pole­gał pro­blem, nie było żad­nych prze­szkód, bym przy­jęła tę posadę, bo z całą pew­no­ścią byłam żywym stwo­rze­niem.

A jed­nak się nie roze­śmia­łam. Zacho­wa­łam powagę, co, zdaje się, spodo­bało się mojej poten­cjal­nej pra­co­daw­czyni.

-?Nie boję się duchów -?powie­dzia­łam.

I była to naj­szczer­sza prawda.

W ten spo­sób zaczę­łam usłu­gi­wać owdo­wia­łej matce wła­ści­ciela apteki. Roz­mowa skoń­czyła się tak późno, że znów umie­ra­łam z głodu. Na ulicy kupi­łam szasz­łyki jagnięce od przy­sa­dzi­stego męż­czy­zny, który piekł je nad kok­sow­ni­kiem. Wedle jego słów sklep z lekami świet­nie pro­spe­ro­wał i sły­nął z suk­ce­sów, a zało­żyła go sza­no­wana rodzina para­ją­cych się medy­cyną Chiń­czy­ków Han z Muk­denu. Jed­nak mimo sku­tecz­no­ści w zwal­cza­niu cudzych cho­rób sami nie byli zbyt dłu­go­wieczni.

-?Spad­ko­bierca zawsze umiera młodo. Mówi się, że naj­star­szy syn ni­gdy nie dożywa doj­rza­łego wieku. Obecny wła­ści­ciel też uro­dził się jako drugi.

-?Mają pecha, ale innych umieją wyle­czyć -?wtrą­cił inny sprze­dawca. Łypał na mnie pyta­jąco, więc szybko stam­tąd czmych­nę­łam i prze­la­złam przez kilka mur­ków, by upew­nić się, że nikt mnie nie śle­dzi.

Nie będę zagłę­biać się w szcze­góły, lecz zamiana z kobiety w lisa i na odwrót nie jest sprawą pro­stą, koniecz­nie musia­łam więc zna­leźć bez­pieczną kry­jówkę na tę noc. Cie­szy­łam się, że udało mi się zdo­być pracę, która miała zapew­nić mi schro­nie­nie, pod­czas gdy będę polo­wała na Bektu Nikana. Nie zapo­mnia­łam o nim. Ani na jeden dzień, nawet na godzinę. Prze­śla­do­wała mnie wizja poła­ma­nych koste­czek mojego dziecka; nie pozwa­la­łam jej zbled­nąć. Wpeł­złam pod krzak na dzie­dzińcu domu porzu­co­nego w trak­cie budowy i zwi­nę­łam się w kłę­bek. Zawsze wybie­ram miej­sce, które wygląda na naj­bar­dziej nawie­dzone, ponie­waż inni będą go uni­kać. Świet­nie spraw­dzają się zwłasz­cza chiń­skie cmen­ta­rze. To dla­tego ludzie gadają, że lisy miesz­kają w gro­bach.

Naza­jutrz wcze­snym ran­kiem sta­wi­łam się w aptece. Do swo­jej nowej pra­co­daw­czyni mia­łam się zwra­cać tai furen, przy­dom­kiem ozna­cza­ją­cym "star­szą panią domu", by odróż­nić ją od syno­wej, czyli żony obec­nego wła­ści­ciela. To ona -?pani Huang, blada kobieta, któ­rej usta sko­ja­rzyły mi się z tofu -?przy­jęła mnie w głów­nej czę­ści domu.

-?Jak masz na nazwi­sko? -?spy­tała.

-?Hu -?odpar­łam. W języku chiń­skim ist­nieje nazwi­sko, które rów­nież wyma­wia się w ten spo­sób, przez co brzmi jak słowo "lis", jed­nak zapi­suje się je za pomocą innego znaku. Czę­sto uży­wamy go jako przy­krywki.

-?A na imię?

My, lisy, nosimy bar­dzo pro­ste imiona. Nic wymyśl­nego -?zna­łam raz lisicę o nie­for­tun­nym imie­niu Plamka. Gdy żyje się tak długo, lepiej niczego nie kom­pli­ko­wać.

-?Na imię mam Śnieżna. -?Zawsze przed­sta­wia­łam się sło­wem, które ozna­czało śnieg lub jakoś się z nim wią­zało. Xue'er po man­da­ryń­sku, tsas po mon­gol­sku, nimanggi po man­dżur­sku, yuki po japoń­sku. Te piękne, poetyc­kie imiona ni­gdy mi się nie znu­dziły.

-?Śnieżna... -?Pani Huang zmarsz­czyła brwi. W roz­rze­dzo­nym poran­nym świe­tle sączą­cym się przez okienka nad drzwiami, ujęte w rzeź­bione ramy i pod­kle­jone naoli­wio­nym papie­rem dla ochrony przed chło­dem, wyraź­nie widzia­łam, że uważa moje imię za zbyt powabne. -?Nie ma mowy. Będziemy cię nazy­wać Ah San. -?Z chiń­skiego tłu­ma­czy się to jako "numer trzy". Wielu wie­śnia­ków w zasa­dzie nie miało imion: czę­sto wołano ich za pomocą liczeb­ni­ków lub nazw zwie­rząt, takich jak "Ah Niu" (krowa) czy "Ah Gou" (pies), któ­rych celem było odstra­sza­nie złych duchów. Roz­strzy­gnąw­szy tę kwe­stię, pani Huang dodała: -?Musisz jedy­nie zaj­mo­wać się moją teściową.

Oka­zało się, że sta­ruszka odpra­wiła poprzed­nie słu­żące wkrótce po ich zatrud­nie­niu. Pani Huang wyglą­dała na nie­szczę­śliwą. Nie zdra­dziła, czym zawi­niły tamte dziew­czyny, powtó­rzyła jedy­nie, że teściowa jest wybredna, ale jej mąż bar­dzo kocha matkę, dla­tego nie mają innego wyj­ścia, jak tylko przyj­mo­wać i zwal­niać kolejne posłu­gaczki.

Oprócz sędzi­wej słu­żą­cej Ting rodzina zatrud­niała też wiele osób pra­cu­ją­cych w skle­pie. Był tak wielki, że cał­kiem słusz­nie nazy­wano go maga­zy­nem leków -?two­rzył roz­brzmie­wa­jącą echem pie­czarę, bar­dzo ciemną i ponurą, z bie­gną­cymi po bokach ladami. Za nimi umiesz­czono setki drew­nia­nych szu­fla­dek, a każda z nich kryła suszone korze­nie i rzad­kie ingre­dien­cje. Były też półki ze sło­jami peł­nymi żeń-sze­nia i suszo­nych grzy­bów, w tym słyn­nych ling­zhi. Świa­tło sączyło się przez sufit poło­żony na wyso­ko­ści dru­giej kon­dy­gna­cji, a gale­rię obwie­szono zaku­rzo­nymi czer­wo­nymi lam­pio­nami.

O mojej nowej pani Ting powie­działa:

-?Ostat­nio oba­wia się ludzi.

Ta nagła nie­chęć skło­niła ją nie­dawno do przej­ścia na eme­ry­turę, a szkoda, bo jej dobre rady i dryg do inte­re­sów od dawna zapew­niały aptece powo­dze­nie. Zja­wi­łam się w samą porę, oznaj­miła Ting defen­syw­nie. To, że star­sza pani prze­nio­sła się na tylny dzie­dzi­niec domu, nie zna­czyło wcale, że nie jest już ważna.

Jej nowe kwa­tery skła­dały się z nie­wiel­kiego podwó­rza i dwu­po­ko­jo­wej przy­bu­dówki, która daw­niej słu­żyła za maga­zyn. Pano­wał tam mrok i czuć było suszoną rzod­kwią oraz żół­tym pyłem z rów­nin. Wcale mi to nie prze­szka­dzało -?dosko­nale widzia­łam w ciem­no­ści. Ting wyszła szybko, z war­gami zaci­śnię­tymi w wąską linię. Chyba powie­działa wię­cej, niż zamie­rzała. Zda­rza się to więk­szo­ści ludzi, jeśli tylko wystar­cza­jąco długo zacho­wać przy nich mil­cze­nie.

Jeżeli moja nowa pani czuła choć odro­binę smutku czy żalu z powodu odsu­nię­cia na boczny tor, nic na ten temat nie mówiła. Gdy były­śmy same, opo­wia­dała przede wszyst­kim o swoim dzie­ciń­stwie na dale­kiej pół­nocy. Pół­nocne Chiny to zle­pek tery­to­riów nale­żą­cych do wielu róż­nych ple­mion, takich jak Mon­go­ło­wie, Man­dżu­ro­wie, Kore­ań­czycy i wymarli już dziś Kita­no­wie. Do tego docho­dzą eks­pan­syjne ambi­cje Rosjan i Japoń­czy­ków. A jed­nak zawsze odkry­wam, że wszy­scy ludzie są do sie­bie zadzi­wia­jąco podobni, zwłasz­cza gdy cho­dzi o lęki.

Więk­szość męż­czyzn boi się ciem­no­ści, utraty kon­dy­cji fizycz­nej, bez­względ­nych kobiet i dzieci zro­dzo­nych z cudzej krwi. I wielu innych rze­czy, choć posuną się bar­dzo daleko, byle tylko temu zaprze­czyć. Szcze­rze mówiąc, zawsze uwa­ża­łam, że przy­zna­nie się do stra­chu to pierw­szy krok, by się od niego uwol­nić. No ale oczy­wi­ście nie jestem męż­czyzną.

Chcia­łam od razu zabrać się do poszu­ki­wa­nia Bektu Nikana, lecz nie wypusz­czano mnie przez tydzień. Nocą wszyst­kie zewnętrzne drzwi i bramy zamy­kano, a podwó­rze patro­lo­wał straż­nik -?mówiono, że to dla ochrony przed kra­dzieżą, ponie­waż wiele rzad­kich toni­ków i medy­ka­men­tów było war­tych wię­cej niż ich waga w zło­cie. Mimo zże­ra­ją­cej mnie nie­cier­pli­wo­ści czu­łam też ulgę, mając bez­pieczne miej­sce do spa­nia i pod dostat­kiem jedze­nia. Tak długo pozo­sta­wa­łam sama, że gwar tego wiel­kiego, tęt­nią­cego życiem domu roz­grze­wał mnie od środka. Gościło tu wiele mło­dych dam, mię­dzy innymi kuzy­nek, cio­tek i przy­ja­ció­łek rodziny. Gdy cze­ka­łam na swoją panią, pod­słu­chi­wa­łam wymie­niane przez nie plotki.

-?Czy ta dziew­czyna to nowa słu­żąca babci?

-?Podej­rza­nie atrak­cyjna, cał­kiem jak lisica.

Ner­wowo zastrzy­głam uchem. Nie, nie. To tylko jeden z popu­lar­nych żar­ci­ków.

-?Lepiej, żeby nie zoba­czył jej Bohai. A może wła­śnie powi­nien!

Piskliwe śmie­chy. Ponie­waż mar­niały tu niczym ptaki w klatce, trudno było je winić za ich trzpio­to­wa­tość. W tym momen­cie na weran­dzie poja­wiła się moja pani. Z zawsty­dze­niem wyja­śniła:

-?Mój wnuk, Bohai, stu­diuje w Japo­nii zachod­nią medy­cynę.

Odkąd sąsiedni kraj prze­szedł bły­ska­wiczną moder­ni­za­cję i otwo­rzył się na zachod­nią naukę, wielu mło­dych Chiń­czy­ków wyjeż­dżało tam na stu­dia. Chiń­scy oby­wa­tele pozbyli się już złu­dzeń co do upa­da­ją­cej dyna­stii Qing i jej coraz bar­dziej sko­rum­po­wa­nej admi­ni­stra­cji. Era pra­daw­nych cesar­skich egza­mi­nów, które upraw­niały do obję­cia sta­no­wisk urzęd­ni­czych, dobie­gała końca i nikt nie wie­dział, co przy­nie­sie przy­szłość.

-?Sły­sza­łam, że pani wnuk zna wszyst­kich nowo przy­by­łych foto­gra­fów w mie­ście.

-?Foto­gra­fia to jego pasja. -?Posłała mi uśmiech. -?Chcia­ła­byś, bym spy­tała Bohaia, czy ostat­nio zja­wił się ktoś nowy?

Tak, tak, chcia­ła­bym. O Bohaiu, jedy­nym mło­dym męż­czyź­nie w rodzi­nie, wie­dzia­łam na razie, że ma dwa­dzie­ścia trzy lata, jest kawa­le­rem, a pod koniec mie­siąca zamie­rza wró­cić do Japo­nii i pod­jąć stu­dia medyczne. Fascy­nu­jące, że w rodzi­nie było tyle mło­dych kobiet i pra­wie żad­nych męż­czyzn! Przy­po­mniał mi się sprze­dawca szasz­ły­ków, który twier­dził, że naj­star­szy syn tego rodu zawsze umiera młodo.

Moja pani rze­kła:

-?Twoje wypy­ty­wa­nie o foto­gra­fów to chyba znak, że nad­szedł czas, by przed śmier­cią dać sobie zro­bić por­tret.

Posu­nięci w latach Chiń­czycy oraz Chinki uwiel­biają roz­pra­wiać o końcu swo­jego życia. W wielu wio­skach naj­ja­skraw­szym prze­ja­wem naboż­no­ści synow­skiej jest to, że dzieci zawczasu kupują rodzi­cowi rzeź­bioną drew­nianą trumnę. Trzyma się ją zwy­kle na tyłach domu -?i rap­tem zaczę­łam się zasta­na­wiać, czy w któ­rejś z przy­bu­dó­wek nie czeka na moją roz­mów­czy­nię drew­niana sko­rupa na ostat­nią podróż.

To, że sta­ruszka posta­no­wiła się sfo­to­gra­fo­wać, ogrom­nie uła­twiło mi poszu­ki­wa­nia Bektu Nikana. Jeśli wciąż wyko­ny­wał swój zawód, nie mógł uciec daleko. Obna­ży­łam zęby, jak­bym chciała nimi kłap­nąć.

-?Wyglą­dasz na roz­ju­szoną, Ah San -?zauwa­żyła z zasko­cze­niem moja pani. -?Czyżby ktoś spra­wił ci przy­krość?

Słowo "przy­krość" żadną miarą nie przy­sta­wało do pokła­dów roz­pa­czy i gniewu w moim sercu, odpar­łam więc tylko:

-?Zanosi się na deszcz.

Gdy upew­ni­łam się, że jest sta­ran­nie opa­tu­lona, pole­ciła jesz­cze:

-?Prze­każ Ting, że chcia­ła­bym, by towa­rzy­szył mi Bohai.

6

Wkrótce po tym, jak stara nia­nia zabrała Bao do lisiej kapliczki, chło­piec dostał wyso­kiej gorączki. Jego skóra nabrała żół­ta­wej barwy, bolał go brzuch, godzi­nami zano­sił się od pła­czu. Białka jego oczu zro­biły się żółte jak latar­nie i rodzice oba­wiali się naj­gor­szego. Jed­nak stara nia­nia dalej wzno­siła żar­liwe modły i codzien­nie wędro­wała do lisiej świą­tynki. Z każ­dej wyprawy przy­no­siła drobny pre­zent dla Bao: liść bam­busa, kamyk w nie­spo­ty­ka­nym kształ­cie kurzej kości mied­ni­czej. Chło­piec nie był pewien, czy miało to na celu świad­czyć o jej piel­grzym­kach, czy odwró­cić jego uwagę, by na chwilę zapo­mniał o pła­czu.

-?Za dużo w nim cie­pła i wia­tru -?zawy­ro­ko­wał lekarz bada­jący Bao. - Śle­dziona i pęche­rzyk żół­ciowy się zablo­ko­wały. Widzą pań­stwo, jakie żółte ma oczy?

Zale­cił bylicę wło­so­watą i grzyby poria warzone z zio­łami. Bao wypił gorz­kie lekar­stwo, a łzy cie­kły mu po twa­rzy.

Szep­tane roz­mowy w sąsied­nim pokoju. Ojciec, urzęd­nik pań­stwowy, przy­szedł zer­k­nąć na synka. Matka, która zwy­kle wię­cej uwagi poświę­cała jego star­szemu bratu, obie­cu­ją­cemu uczniowi, sie­działa przy łóżku Bao z zaczer­wie­nio­nymi oczami.

-?Co to za bzdury? -?spy­tał ojciec, omia­ta­jąc wzro­kiem liście i kamyki przy wez­gło­wiu. -?Wyrzuć to, są brudne.

Matka zgar­nęła dro­bia­zgi i oboje pochy­lili się nad nim.

-?Czy ja umrę? -?spy­tał Bao. Ostat­nią osobą, nad którą ojciec nachy­lał się w ten spo­sób, spo­glą­da­jąc zło­wróżb­nie, był leżący na łożu śmierci dzia­dek chłopca.

-?Nic się nie martw -?uspo­ko­iła go matka. -?Od takiej cho­roby nikt jesz­cze nie umarł.

Wtedy się poja­wiło. Dziwne, prze­ni­kliwe bzy­cze­nie towa­rzy­szące jej sło­wom. Rozej­rzał się wokół z prze­stra­chem, na chwilę zapo­mi­na­jąc o swoim nie­szczę­ściu.

-?No wła­śnie. Nie ma powo­dów do nie­po­koju -?zawtó­ro­wał jej ojciec.

Znowu to bzy­cze­nie. Przy­bie­rało na sile, gdy ojciec poru­szał war­gami. Bao wpa­try­wał się w niego z roz­dzia­wio­nymi ustami.

-?Co z nim? Na mózg mu padło? -?zapy­tał ojciec ostro. Odgłos umilkł.

-?To tylko gorączka. -?Matka obron­nym gestem poło­żyła synowi dłoń na czole. Wie­dział, że jego głowa jest dla rodzi­ców bar­dzo ważna. Nie roz­ma­wiali o niczym innym, wciąż tylko: ile wier­szy synek zapa­mię­tał albo jak szybko potrafi doda­wać z pomocą liczy­dła. Ojciec przy­stą­pił w mło­do­ści do cesar­skich egza­mi­nów i otrzy­mał przy­dział w mia­steczku na dale­kiej pół­nocy. "Gdyby tylko w dniu egza­minu nie bolał mnie brzuch, pora­dził­bym sobie znacz­nie lepiej" -?powie­dział kie­dyś. Bao i jego brat wymie­nili spoj­rze­nia. Star­szy chło­piec ze stra­chu zmarsz­czył prze­lot­nie brwi, a wtedy Bao zro­zu­miał, że sprawa jest poważna.

Nie­za­leż­nie od zapew­nień matki to samo doty­czyło jego cho­roby. Ból brzu­cha był tak dotkliwy, że zbie­rało mu się na wymioty, lecz żołą­dek miał pusty, bo łykał tylko gorzki posmak swo­jego spierzch­nię­tego języka.

W końcu opu­chli­zna jamy brzusz­nej ustą­piła, ból w koń­czy­nach osłabł. Jed­nak ucze­nie się i zapa­mię­ty­wa­nie wciąż nie wcho­dziło w grę. Bao spę­dzał dni, leżąc w łóżku, patrzył, jak opro­mie­nione słoń­cem liście migocą na dzie­dzińcu za oknem. Już pra­wie przy­szło lato -?krót­kie, zaska­ku­jąco gorące, lato pół­nocy, które nad­cią­gało wraz z chmu­rami żół­tego pyłu. Śpie­wały cykady, przy­po­mi­na­jąc mu o bzy­czą­cym wizgu, który usły­szał w gło­sach rodzi­ców.

Kilka dni póź­niej obja­wił się znowu, gdy ich słu­żąca roz­ma­wiała z kucharką sąsiada nad wyso­kim murem. Zawo­łała, że skoń­czyły im się jajka, więc nie mogą jej żad­nego poży­czyć. Ewi­dentne kłam­stwo: u jej stóp leżała miska pełna świe­żych jaj znie­sio­nych przez ich kury. Bao ogar­nęła fascy­na­cja.

-?Powiedz to jesz­cze raz -?popro­sił.

-?Co takiego?

-?Że nie mamy jajek.

Odmó­wiła, sądząc, że się z niej nabija, lecz jesz­cze tego samego dnia chło­piec prze­pro­wa­dził eks­pe­ry­ment z pomocą swo­jej niani.

-?Zagrajmy w grę -?zapro­po­no­wał. -?Ty coś powiesz, a ja będę mówił, czy to prawda, czy fałsz.

Stara pia­stunka była jedyną osobą, która zacho­wała spo­kój pod­czas jego cho­roby. Chło­piec jak przez mgłę pamię­tał, że któ­rejś nocy, gdy czuł się wyjąt­kowo źle, matka zbesz­tała nia­nię za jej bez­tro­skę: "Kobieto bez serca, mój syn może umrzeć!", na co sta­ruszka stłu­mio­nym gło­sem odparła coś, czego nie dosły­szał.

-?Ile mam lat?

-?Sie­dem.

-?Ile lat ma mój brat?

-?Jede­na­ście.

-?Nie, źle się bawisz! Musisz kła­mać! -?zawo­łał z obu­rze­niem.

-?W porządku. Twój brat ma cztery lata. -?Robiła to dla niego, ale i tak je usły­szał. Nikłe, wymowne brzę­cze­nie.

-?Powiedz mi coś, czego nie wiem -?zażą­dał.

-?Wczo­raj wypra­łam twoje nie­bie­skie spodenki.

-?Fałsz.

-?Gdy byłam mała, odda­łam obiad żebra­kowi i matka mnie zbiła.

-?Prawda! -?Oczy mu zalśniły.

Stara nia­nia cmok­nęła. Nie chciała, by nad­mier­nie się eks­cy­to­wał.

-?Ostat­nia zagadka -?oświad­czyła.

-?Mar­twi­łaś się, kiedy zacho­ro­wa­łem?

-?Nie.

-?Dla­czego?

Odwró­ciła wzrok. Dziwne, że po latach Bao nie potrafi przy­wo­łać w pamięci jej twa­rzy. Czuje jedy­nie ostrą, medyczną woń olejku z bia­łych kwia­tów, któ­rego uży­wała na artre­tyzm.

-?Lisi bóg wyja­wił mi, że z całą pew­no­ścią będziesz wiódł dłu­gie życie.

Dziś Bao ma sześć­dzie­siąt trzy lata. Cie­kawe, czy nia­nia uzna­łaby, że już ma za sobą dłu­gie życie. Może jest teraz w tym samym wieku co ona wtedy, może nawet ją prze­ści­gnął -?trudno stwier­dzić, bo w jego dzie­cię­cych wspo­mnie­niach wszy­scy doro­śli zdają się strasz­li­wie sta­rzy. W kwe­stii lisów uważa się za agno­styka. W końcu wśród ludzi wykształ­co­nych trak­tuje się je jako ludowy prze­sąd, nie może jed­nak zaprze­czyć oso­bli­wej tęsk­no­cie, którą czuje za każ­dym razem, gdy sły­szy słowo huli­jing ozna­cza­jące lisiego ducha. Zupeł­nie jakby jego pierś była wydrą­żo­nym pudłem lutni, któ­rej struny wibrują na tajem­ni­czym wie­trze. W ostat­nim cza­sie ta potrzeba wydaje się jesz­cze sil­niej­sza, jak gdyby koń­czył mu się czas na spo­tka­nie z lisim bogiem.

Księ­gowy z dziel­nicy czer­wo­nych latarni wspo­mniał, że zagi­niona dziew­czyna miesz­kała w Pawi­lo­nie Feniksa. Gdy kobiety ucie­kają, czę­sto tłumi się wszel­kie pogło­ski na ten temat, by nie zachę­cać innych. Kur­ty­zany umie­rają też od cho­rób lub w wyniku samo­bój­stwa. W dziel­nicy nie pro­wa­dzi się ofi­cjal­nego reje­stru miesz­kań­ców, a urzęd­nicy ruty­nowo odbie­rają łapówki.

Z tą świa­do­mo­ścią Bao kie­ruje się do Pawi­lonu Feniksa, gdzie pyta o Qiu­lan, Jesienną Orchi­deę. To kobieta, któ­rej wyświad­czył kie­dyś przy­sługę. Wła­śnie minęła pora obiadu i do pokoju napływa zapach pao cai, piklo­wa­nych warzyw.

Qiu­lan ma duży biust i wygląda na zanie­dbaną, jej nie­gdy­siej­sza uroda zaczyna bled­nąć. Ni­gdy nie była uta­len­to­waną roz­mów­czy­nią, ale nad­ra­biała dobrym humo­rem, kiedy więc kom­ple­to­wano grupę kobiet na przy­ję­cie, jej imię zawsze padało jako czwarte lub piąte z kolei. Jed­nak z każ­dym spo­tka­niem Qiu­lan spra­wia wra­że­nie smut­niej­szej i cięż­szej. Roz­ma­zana smuga szminki na jej war­gach kształ­tem odpo­wiada wąskiemu ust­ni­kowi fajki do pale­nia opium. Dziś na widok Bao led­wie jest w sta­nie zdo­być się na uśmiech.

-?Wujku Bao -?wita go zwro­tem grzecz­no­ścio­wym zare­zer­wo­wa­nym dla star­szych człon­ków rodziny, mimo że nie są ze sobą spo­krew­nieni. -?Co cię spro­wa­dza?

Detek­tyw kła­dzie na stole pre­zent w postaci laopo bing, mięk­kich cia­stek nadzie­wa­nych kan­dy­zo­waną benin­kazą szorstką. Oczy Qiu­lan wyglą­dają na zmę­czone i opuch­nięte. Bao oba­wia się, że wkrótce będzie musiała przejść na eme­ry­turę albo zosta­nie wyrzu­cona.

-?Chciał­bym dowie­dzieć się cze­goś o kobie­cie, która zagi­nęła sześć tygo­dni temu. Moż­liwe, że pra­co­wała w wyso­kiej klasy przy­bytku.

-?Dla­czego sądzisz, że mogę pomóc? Czy ja ci wyglą­dam na wysoką klasę? - Nie zamie­rza jej okła­my­wać. Nie może znieść nikłego echa fał­szu wycho­dzą­cego z jego ust, koja­rzą­cego mu się ze zdzi­czałą psz­czołą, zbywa ją więc mil­cze­niem. Qiu­lan śmieje się krótko. -?Cóż, tak czy siak, nie­długo już popra­cuję w tym zawo­dzie.

Bao nie pyta, czy spła­ciła dług. Dziew­częta sprze­da­wane do bur­deli muszą wziąć na sie­bie koszty wła­snego uwię­zie­nia, do któ­rych co mie­siąc docho­dzą okrutne odsetki wraz z opłatą za pokój i wyży­wie­nie. Jeśli pro­szą słu­żącą, by wysko­czyła kupić prze­ką­ski czy spinki do wło­sów, muszą dać jej napi­wek, by pozo­stać z nią w dobrych sto­sun­kach. Na tyle róż­nych spo­so­bów odbiera się im wszystko, co mają. Detek­tyw schyla głowę i wbija wzrok w drew­niany blat. Wędruje po nim mrówka, mała podróż­niczka zmie­rza­jąca doni­kąd.

-?Słu­chaj -?podej­muje kobieta pół żar­tem, pół serio. -?Powiem ci wszystko, co wiem, jeśli tylko ure­gu­lu­jesz moje długi. -?Oboje wie­dzą, że go na to nie stać. Poza tym ni­gdy nie łączyła ich tego rodzaju rela­cja.

-?Mógł­bym być twoim dziad­kiem. -?Zawsze udziela takiej odpo­wie­dzi.

-?Mam to gdzieś. Będę dobrą żoną. Nie chcesz mieć syna, by prze­dłu­żył twój ród? -?Z każ­dym kolej­nym razem w gło­sie Qiu­lan znać coraz więk­szą despe­ra­cję. Jej uroda więd­nie, dobry humor utrzy­muje się z tru­dem, i to wyłącz­nie dzięki magii opiu­mo­wej fajki. Cza­sem, gdy kaszle, śluz pstrzą jaskrawe plamki krwi.

-?Nie zamie­rzam żenić się ponow­nie -?odpo­wiada z dużą łagod­no­ścią.

-?O kim tak cią­gle myślisz? -?Od czasu do czasu Qiu­lan przy­biera kokie­te­ryjny ton, jak ten, któ­rym raczy klien­tów, wydaje się jed­nak, że naprawdę chce poznać wszyst­kie jego sekrety. Kiedy z rzadka ją odwie­dza, znu­dzona wła­snym życiem, prze­ra­żona przy­szło­ścią, cier­pli­wie wierci mu dziurę w brzu­chu.

Bao kręci głową. Zna tę grę. Walutą Qiu­lan są infor­ma­cje o pry­wat­nym życiu innych osób. Czę­sto oka­zuje się przy­datna, bo dobrze gra na qin i bywa zapra­szana na liczne przy­ję­cia, gdzie nie przy­ćmiewa naj­po­pu­lar­niej­szych kur­ty­zan. Poza tym cechuje ją praw­do­mów­ność.

-?Powiedz, wujku Bao, byłeś kie­dyś zako­chany?

-?Ow­szem.

-?W kim? -?Oczy Qiu­lan roz­bły­skują. Dziwne, że pomimo oso­bi­stych roz­cza­ro­wań plotki o miło­ści wciąż budzą w niej iskierkę zain­te­re­so­wa­nia.

-?To było dawno temu. Była moją przy­ja­ciółką z dzie­ciń­stwa, ale wyszła za innego, więc i ja poślu­bi­łem inną.

Qiu­lan odła­muje kawa­łek mięk­kiego ciastka. "Jaka nudna histo­ria", zdają się mówić jej wysku­bane brwi. Z wes­tchnie­niem odpo­wiada na jego począt­kowe pyta­nie:

-?Ta, co zagi­nęła, była nowa. Chun­hua.

Mimo jej pozor­nej szorst­ko­ści Bao wyczuwa, że jest przy­bita.

-?Były­ście bli­sko?

-?Przy­po­mi­nała mi mnie, kiedy byłam młod­sza. Nad­ska­ki­wa­łam wszyst­kim z nadzieją, że ktoś się we mnie zako­cha i wykupi mnie z nie­woli. A tak w ogóle to dla­czego o nią pytasz? Myśla­łam, że w życiu nie wziął­byś zle­ce­nia od bur­delu.

-?Masz rację, moim klien­tem jest ktoś inny.

-?Czy to pan Wang? -?Ku jego zdu­mie­niu Qiu­lan cią­gnie: -?To bogaty czło­wiek, który czę­sto zatrud­nia zawo­dowe damy do towa­rzy­stwa. Zabiera ja na przy­ję­cia dla swo­ich part­ne­rów w inte­re­sach. Chun­hua znik­nęła pod­czas ostat­niego takiego spo­tka­nia w her­ba­ciarni. -?Tu wymie­nia nazwę lokalu odda­lo­nego od restau­ra­cji Gu o nieco ponad trzy kilo­me­try.

Bao notuje adres. Taki dystans da się poko­nać pie­szo, choć w mroźną zimową noc i bez płasz­cza byłoby to wielce nie­przy­jemne. Nikt przy zdro­wych zmy­słach, zwłasz­cza samotna kobieta, nie powa­żyłby się na taką wyprawę bez potrzeby.

Widząc jego ścią­gniętą twarz, Qiu­lan pyta gwał­tow­nie:

-?Coś jej się stało, prawda?

-?Zamar­z­nięte ciało mło­dej kobiety zna­le­ziono na czy­imś progu. Zosta­łem popro­szony o usta­le­nie jej toż­sa­mo­ści, by można było odpra­wić w jej inten­cji rytuał reli­gijny.

Qiu­lan z wyraź­nym tru­dem prze­łyka ślinę. Pró­buje się nie roz­pła­kać, choć w jej oczach nie­bez­piecz­nie wzbie­rają łzy.

-?Czy to była Chun­hua?

-?Nie wiem. Już ją pocho­wano, a ponie­waż stało się to poza dziel­nicą czer­wo­nych latarni, moż­liwe, że nikogo stąd nie powia­do­miono. -?Bao nie wspo­mina, że Gu prze­ku­pił urzęd­ni­ków i wyci­szył sprawę. -?Mam tylko opis prze­ka­zany mi przez osobę, która ją zna­la­zła. Śred­niego wzro­stu, ubrana w jasny jedwabny strój w more­lo­wym odcie­niu. Wymyślne ozdoby do wło­sów. Tuż po dwu­dzie­stce?

-?Ten opis pasuje do pra­wie każ­dej z nas -?odpo­wiada Qiu­lan obron­nym tonem. -?I nie tylko stąd. Wielu boga­tych kup­ców utrzy­muje kochanki. Chun­hua miała dzie­więt­na­ście lat.

-?A może koja­rzysz jej strój?

-?Nie wiem, co miała na sobie tam­tej nocy. Cały tydzień były­śmy bar­dzo zajęte, bo kilka dziew­czyn cho­ro­wało. Nie wybra­liby jej na tę kola­cję, gdyby tak bar­dzo nie bra­ko­wało nam per­so­nelu. Pan Wang to ważny klient. Zawsze prosi o pro­fe­sjo­nalne śpie­waczki i muzyczki, nawet na małe przy­ję­cia.

-?Czy wyda­wała się czymś pod­eks­cy­to­wana lub przy­gnę­biona?

-?Niczego takiego nie zauwa­ży­łam. Nie była pro­fe­sjo­nalną śpie­waczką ani muzyczką, jak lubi pan Wang, ale była młoda i rado­sna. Cza­sem pro­po­no­wała, że poza­ła­twia za mnie różne sprawy, takie tam dro­bia­zgi. Inne dziew­czyny, gdy widzą, że jesteś na wylo­cie, nie chcą mieć z tobą nic wspól­nego. Ale ona miała dobre serce. Zawsze się doga­dy­wa­ły­śmy. - Prze­łyka ślinę.

-?Czy miała jakąś szcze­gólną sła­bość?

Qiu­lan wpa­truje się w rzeź­biony para­wan za jego ple­cami. Mucha bzy­czy pijacko nad jej głową.

-?Nie brała opium, ale potra­fiła zgłu­pieć na punk­cie przy­stoj­nego męż­czy­zny. W ten spo­sób tu skoń­czyła. Alfons zwa­bił ją, jak to zwy­kle, obiet­ni­cami miło­ści i mał­żeń­stwa. A skoro o przy­stoj­nych męż­czy­znach mowa, był jeden gość, który tam­tego wie­czoru zwra­cał na sie­bie uwagę. Po powro­cie do domu dziew­częta nie roz­ma­wiały o niczym innym. Nikt nie zauwa­żył znik­nię­cia Chun­huy, wszy­scy myśleli, że wró­ciła przed cza­sem. Następ­nego ranka na­dal jej nie było i wtedy pod­nie­siono alarm. Nie lubią tu, jak zni­kają im kobiety.

To nie­do­po­wie­dze­nie -?Bao domy­śla się tego, gdy Qiu­lan gwał­tow­nie spusz­cza wzrok. Wciąż jed­nak ma do roz­wią­za­nia pewien pro­blem. Nijak nie da się potwier­dzić, że tajem­ni­cza kobieta to Chun­hua, choć wydaje się to bar­dzo praw­do­po­dobne. Wielka szkoda, że opis podany przez wła­ści­ciela restau­ra­cji oka­zał się tak oszczędny, ale pew­nie był w zbyt wiel­kim szoku, by nale­ży­cie się jej przyj­rzeć. Trupa uważa się za zbior­nik yin, nega­tyw­nej ener­gii, a zatem za coś przy­no­szą­cego nie­szczę­ście. Nic dziw­nego, że Gu od kilku tygo­dni cho­dzi prze­ra­żony.

-?Czy Chun­hua to było jej praw­dziwe imię?

-?Nie.

"Chun­hua" tłu­ma­czy się jako "wio­senny kwiat", tak jak "Qiu­lan" ozna­cza jesienną orchi­deę. Tego rodzaju lek­kie, kwia­towe imiona nadaje się kobie­tom z dziel­nicy roz­ko­szy. Nie­mal każdy przy­by­tek wybiera sobie jakiś temat prze­wodni.

-?A znasz to praw­dziwe?

Qiu­lan neguje głową.

-?Nasz dom nie prze­cho­wuje tego rodzaju danych, żeby unik­nąć starć z krew­nymi.

-?Czy ktoś jej kie­dyś robił zdję­cie? -?Gdyby tak było, Bao mógłby popro­sić Gu o iden­ty­fi­ka­cję. Foto­gra­fia to rela­tyw­nie nowa sztuka, ale - choć nie­któ­rzy oba­wiają się, że jeśli ktoś uwieczni ich podo­bi­znę na kli­szy, skrad­nie im duszę -?cie­szy się coraz więk­szą popu­lar­no­ścią. Sama cesa­rzowa wdowa pozo­wała do kilku por­tre­tów w stroju bogini miło­sier­dzia.

-?Tak. Wła­ści­ciel zamó­wił parę zdjęć do kata­logu. Chun­hua zała­pała się na foto­gra­fię gru­pową zro­bioną przez man­dżur­skiego arty­stę Bektu Nikana. -?O tym samym czło­wieku wspo­mi­nał księ­gowy -?to on roz­py­ty­wał o bia­łego lisa, któ­rego widział por­tier. -?Ale odbitki z nią nie wybrano do druku. Musiał­byś popro­sić o nią Bektu. -?Qiu­lan spusz­cza wzrok. -?Krąży plotka, że może pan Wang zabrał ją do swo­jej willi. Na poprzed­nim ban­kie­cie zauwa­żył, że Chun­hua przy­po­mina jedną z jego ulu­bio­nych śpie­wa­czek ope­ro­wych, co wzbu­dziło zazdrość kilku innych dziew­cząt. Dla­tego nie chciały, żeby została wybrana na następne przy­ję­cie, to, pod­czas któ­rego znik­nęła. Sły­sza­łam, że pan Wang ma w swo­jej wiej­skiej willi sekretny dzie­dzi­niec, gdzie trzyma kobiety. Co, jeśli ona żyje i tam prze­bywa? - Bao zapi­suje to ołów­kiem w note­sie. Qiu­lan woli wyobra­żać sobie przy­ja­ciółkę żywą w domu boga­cza niż zamar­z­niętą na czy­imś progu. Oboje jed­nak wie­dzą, który sce­na­riusz jest bar­dziej praw­do­po­dobny. -?Jeśli chcesz poznać jej praw­dziwe imię, jedź do wio­ski Wu na zachód od mia­sta. Mówiła mi, że stam­tąd pocho­dzi. Jej rodzina to szma­cia­rze, zbie­rają stare łach­many, a potem je sprze­dają. Ale ona zako­chała się w alfon­sie i z nim ucie­kła. -?Kur­ty­zana garbi ramiona. -?Miała młod­szą sio­strę, z którą nie miała odwagi się kon­tak­to­wać. Było jej wstyd. Tak jak mówi­łam, przy­po­minała młod­szą wer­sję mnie. Głu­pia dzie­wu­cha.

Z oczu ciekną jej łzy. Bao nie jest pewien, czy pła­cze nad utra­coną przy­ja­ciółką, czy nad sobą.

7

Ioto wraz z moją sta­ruszką cze­ka­łam przed skle­pem z lekami na Bohaia, który miał nam towa­rzy­szyć pod­czas wizyty u foto­grafa. W końcu drzwi otwo­rzyły się i ze środka wyszedł panicz. Pra­wie par­sk­nę­łam śmie­chem. Bohai wyglą­dał jak jajko. Miał bladą, owalną twarz, małe oczka i cien­kie, przy­li­zane włosy ucze­sane z mod­nym prze­dział­kiem po boku. Na doda­tek przy­brał podejrz­liwą minę: istne jajko na twardo.

-?Bab­ciu. -?Jego głos oka­zał się nieco piskliwy. -?Zazię­bisz się! Musisz się foto­gra­fo­wać aku­rat dziś? -?Mimo tego maru­dze­nia zda­wał się darzyć star­szą panią dużą sym­pa­tią. Gdy przy­je­chała rik­sza, pomógł jej wdra­pać się na roz­ko­ły­sane wyżyny, a potem do niej dołą­czył.

Moja pani zer­k­nęła na mnie z nie­po­ko­jem.

-?Chcę wziąć także Ah San.

-?Ona może pójść pie­chotą -?odparł mło­dzie­niec, musia­łam więc dra­ło­wać za nimi. Nie mia­łam jed­nak nic prze­ciwko. Wiatr szczy­pał mnie w policzki, a tym­cza­sem ogar­nęło mnie wybu­chowo rado­sne poczu­cie, że jestem coraz bli­żej mojej ofiary, czyli Bektu Nikana. Raz wymknął mi się w mia­steczku na dale­kiej pół­nocy, bo dotarły do mnie fał­szywe pogło­ski, że nie żyje. Nie­dawno, kiedy podą­ży­łam za nim do Muk­denu, wyśli­znął mi się po raz drugi.

Z tego, co zdo­ła­łam usły­szeć, bie­gnąc za rik­szą, mie­li­śmy odwie­dzić japoń­skiego foto­grafa o nazwi­sku Oda.

-?To stu­dio two­jego przy­ja­ciela? -?spy­tała moja pani.

-?Tak -?potwier­dził Bohai. -?Bab­ciu, ta twoja nowa słu­żąca... Nie zauwa­ży­łaś w niej nic dziw­nego?

Koła zadud­niły na wyboju, przez co umknęła mi część jej odpo­wie­dzi.

-?...Bohaiu, chcę, abyś był bar­dzo ostrożny. Wiesz dla­czego.

Stu­dio foto­gra­ficzne oka­zało się schludne i nie­źle pro­spe­ro­wało. Naj­wy­raź­niej było duże zapo­trze­bo­wa­nie na tę nową sztukę, która potra­fiła uwiecz­nić ludzką podo­bi­znę. Malo­wane tło stwa­rzało ilu­zję odle­głego kra­jo­brazu, wła­ści­ciel zaopa­trzył się też w różne rekwi­zyty, z któ­rymi klienci pozo­wali. Wło­ski na karku sta­nęły mi dęba; z woniami środka do czysz­cze­nia mebli, che­mi­ka­liów z ciemni i ogrom­nego bukietu woskówki mie­szał się nie­wy­raźny piż­mowy zapach, który spra­wił, że poczu­łam się nie­swojo. To pro­blem tak dłu­giego życia. Od czasu do czasu, jakby z prze­zna­cze­nia, wpad­nie się na sta­rych zna­jo­mych.

Moja pani prze­kart­ko­wała album podany jej przez Odę. Jego chiń­ski był dosko­nały, choć do Bohaia zwra­cał się po japoń­sku.

-?Jeśli sobie pani życzy, mogę wyko­nać por­tret jesz­cze dziś, ze zniżką dla przy­ja­ciół -?oznaj­mił. Tyle wystar­czyło, by moja pani uśmiech­nęła się i wyra­ziła zgodę.

-?Gdzie Shi­ra­kawa? Nie zatrzy­mał się u cie­bie? -?Bohai zer­k­nął na zasłonkę oddzie­la­jącą ate­lier od zaple­cza.

-?Dzi­siaj go nie ma.

-?Och. -?Bohai z nie­wia­do­mych przy­czyn wyglą­dał na roz­cza­ro­wa­nego. Nie­po­kój zatrze­po­tał mi w żołądku. "Shi­ra­kawa" zna­czy "biała rzeka" -?to dość popu­larne japoń­skie nazwi­sko. Jed­nak każde nazwi­sko zawie­ra­jące znak nawią­zu­jący do koloru bia­łego od razu wydaje mi się podej­rzane. Podob­nie jest zresztą z czar­nym. Ale o tym póź­niej.

Oda zer­k­nął na Bohaia znad apa­ratu.

-?Uwa­żaj na sie­bie wie­czo­rami, nie pij z nie­zna­jo­mymi. Zna­leźli kolejną ofiarę śmier­telną.

-?Kto zgi­nął? -?Nutka stra­chu w gło­sie mojej pani.

-?Stu­dent. Zna­le­ziono go w zaułku. Shi­ra­kawa mi mówił.

Odzie mogło się wyda­wać, że tylko prze­ka­zuje naj­now­sze wie­ści, lecz po tym, jak sta­ruszce zadrżały wargi, pozna­łam, że się zmar­twiła. Spoj­rzała na wnuka i wykrę­ciła dło­nie na podołku. Przy­po­mniaw­szy sobie pogło­skę, że naj­starsi syno­wie z apte­kar­skiego rodu umie­rają młodo, zaczę­łam się zasta­na­wiać, czy to nie wyja­śnia­łoby uno­szą­cej się wokół Bohaia aury draż­li­wo­ści i nie­po­koju. Ja także zro­bi­łam się czujna.

Nagłe nie­wy­ja­śnione zgony nie­zwy­kle mnie inte­re­so­wały.

Gdy wycho­dzi­li­śmy, zama­ru­dzi­łam w stu­diu, by spy­tać Odę, czy sły­szał o man­dżur­skim foto­gra­fie zwa­nym Bektu Nika­nem. Zare­ago­wał ner­wo­wym zasko­cze­niem.

-?Nie mam poję­cia, o kim mówisz. -?Odwró­cił się gwał­tow­nie i wyszedł na zewnątrz, gdzie cze­kali Bohai i moja pani. Zmru­ży­łam oczy. Oda i jego ate­lier wpra­wili mnie w ogromny nie­po­kój. Zże­rało mnie prze­czu­cie, że coś mi umyka. Może powin­nam tu wró­cić. Sama.

Nie tylko ja zro­bi­łam się podejrz­liwa. W domu pani zagad­nęła mnie:

-?Zda­wało mi się, że rozu­miesz Odę i mojego wnuka. Mówisz po japoń­sku?

Wio­dąc dłu­gie życie, pozna­jesz wiele języ­ków, wykpi­łam się jed­nak mgli­stą histo­ryjką, któ­rej uży­wa­łam już wcze­śniej:

-?Pocho­dzę z sie­ro­cińca na pół­nocy, gdzie miesz­kali japoń­scy i rosyj­scy osad­nicy. A także Kore­ań­czycy i Mon­go­ło­wie.

-?Było ci ciężko? -?Spra­wiała wra­że­nie prze­ję­tej. To wła­śnie zaczy­na­łam w niej lubić. Nie było powodu, by zamożna wdowa dbała o takie sprawy, ona jed­nak miała dobre serce.

-?Cza­sem. -?Wes­tchnę­łam w pewien szcze­gólny spo­sób, licząc, że znie­chęci ją to do zada­wa­nia następ­nych pytań. Znów zaję­ły­śmy się grę­plo­wa­niem włóczki do wyszy­wa­nia. Tak na mar­gi­ne­sie: nie­na­wi­dzę wyszy­wać. Ale to jedna z kobie­cych sztuk, które mimo nie­chęci trzeba opa­no­wać, by ucho­dzić za praw­dziwą damę.

-?Dla­czego nie masz męża? -?chciała wie­dzieć sta­ruszka.

-?Byłam już mężatką. Nie inte­re­sują mnie ponowne zaślu­biny.

Łagod­nie poki­wała głową.

-?Rozu­miem. -?Pew­nie zało­żyła, że owdo­wia­łam lub ucie­kłam. -?Skoro mówisz po japoń­sku, czy mogła­byś wyświad­czyć mi przy­sługę? Chcia­ła­bym, byś miała oko na Shi­ra­kawę, przy­ja­ciela Bohaia. Boję się, że go wyko­rzy­stuje. Cza­sem mam wra­że­nie, jakby rzu­cił urok na mojego wnuka.

Posta­ra­łam się, by moja twarz zacho­wała neu­tralny wyraz. Słowa takie jak "zacza­ro­wany" ozna­czają dla lisów złe wie­ści. W końcu nie trzeba wiele czasu, by plotki o dia­bel­skich sztucz­kach prze­ro­dziły się w praw­dziwe polo­wa­nie na lisy2. Sama jed­nak byłam cie­kawa tego Shi­ra­kawy, zwłasz­cza po wygło­szo­nej przez foto­grafa Odę uwa­dze o nagłych zgo­nach.

Moja pani posta­no­wiła urzą­dzić skromną kola­cję dla swo­jego wnuka i kilku jego przy­ja­ciół. Miało to być kame­ralne przy­ję­cie: Bohai, trzech jego zna­jo­mych, babka i ojciec, wła­ści­ciel sklepu z lekami. Jego matka, pani Huang, odrzu­ciła zapro­sze­nie. Podała jakąś nie­ja­sną wymówkę, lecz podej­rze­wa­łam, że zamie­rza powstrzy­my­wać prze­by­wa­jące w domu młode damy przed szpie­go­wa­niem. Były w wieku, który czy­nił je nie­bez­piecz­nie goto­wymi do zamąż­pój­ścia -?nie można było pozwo­lić, by wdały się w jakiś nie­sto­sowny romans. Zawsze zdu­mie­wało mnie, że ludzie zamy­kają w domu córki, a nie synów. Gdyby poza­my­kali też wszyst­kich mło­dzień­ców, byłoby znacz­nie mniej kło­po­tów. Ale czy mia­łam prawo się wtrą­cać? Kro­czy­łam w końcu pry­watną, cichą ścieżką zemsty.

Kola­cja miała odbyć się w głów­nej jadalni, gdzie pod­czas uro­czy­stych posił­ków zasia­dano przy olbrzy­mim okrą­głym stole z pali­san­dru. Mia­łam usłu­gi­wać mojej pani. Słu­żą­cych nie doty­czyły żadne zakazy zwią­zane z prze­by­wa­niem w mie­sza­nym towa­rzy­stwie. Uwa­żano, że jeste­śmy zbyt niskiego pocho­dze­nia, by nas ogra­ni­czać, a po dżen­tel­me­nach wręcz nale­żało się spo­dzie­wać, że będą sobie wśród nas prze­bie­rać. Na samą myśl obna­ży­łam zęby -?choć tylko tro­szeczkę.

Poza tym moja pani pro­siła, bym przy­słu­chi­wała się Shi­ra­ka­wie. Jak wyja­śniła: "Mój wnuk czę­sto roz­ma­wia z nim po japoń­sku, a ja chcę wie­dzieć, o czym dys­ku­tują".

Kucharka uwi­jała się całe popo­łu­dnie. Dalian to mia­sto por­towe sły­nące z owo­ców morza. Ryby, małże i jeżowce rosną w jego lodo­wa­tych wodach, aż zro­bią się prze­pysz­nie pulch­niut­kie. Tego wie­czoru podano ostrygi zawi­nięte w deli­katne omlety ze szczy­pior­kiem i mikuna o słod­kim mię­sie, sma­żo­nego na patelni, a następ­nie duszo­nego z czosn­kiem i fer­men­to­waną czarną fasolą. Był też "pijany kur­czak", goto­wany na parze, oso­lony i pod­lany winem ryżo­wym, z cie­niut­kimi krąż­kami zie­lo­nej cebulki na lśnią­cej zło­tej skórce.

Zanim goście przy­byli, zapadł zmierzch, lecz jadal­nię oświe­tlały lampy naf­towe. Pło­nęły tak jasno, że ludzie wcho­dzący do środka z ciem­nego kory­ta­rza mru­gali w nagłym bla­sku. Każ­dego obser­wo­wa­łam w takim wła­śnie sta­nie: ze zmru­żo­nymi oczami, nieco oszo­ło­mio­nego. Dzi­waczna to była parada, a ostre cie­nie rzu­cane przez lampy tylko przy­da­wały jej oso­bli­wo­ści.

Ojciec Bohaia wyglą­dał na zmę­czo­nego i udrę­czo­nego. Posłał mojej sta­ruszce pyta­jące spoj­rze­nie, jakby zasta­na­wiał się, po co zaaran­żo­wała tę kola­cję. Jako następny zja­wił się Bohai, który zago­nił do pokoju parę przy­ja­ciół: Lu Donga i Chen Jia­ny­iego. Lu był bar­dzo wysoki i szczu­pły, dolna warga wywi­jała mu się jak u wiel­błąda. Chen z kolei miał tak pospo­litą urodę, że trudno go było opi­sać. Śred­niego wzro­stu, o prze­cięt­nie sze­ro­kiej twa­rzy. Minę­łam w życiu tysiące takich Che­nów, od ksią­żąt po sprze­daw­ców melo­nów. Sto­jąc po cichu za krze­słem mojej pani, zauwa­ży­łam, że sta­ruszka wychyla się do przodu, by otak­so­wać mło­dzień­ców. Bar­dziej inte­re­so­wały ją ich cie­nie niż obli­cza. Każdy cień był czarny i wyra­zi­sty, chrupki niczym wafe­lek, i spo­strze­głam, jak roz­luź­niają jej się ramiona.

-?A gdzie twój przy­ja­ciel Shi­ra­kawa? -?spy­tała.

Bohai odparł dość obce­sowo:

-?Tro­chę się spóźni. Kazał prze­ka­zać prze­pro­siny. -?Zaczy­na­łam coraz lepiej go rozu­mieć. Nie zamie­rzał zacho­wy­wać się nie­grzecz­nie, po pro­stu się nie­po­koił. Jed­nak jego ojciec zmarsz­czył brwi.

-?Kim jest ten Shi­ra­kawa? Jak długo się zna­cie?

Reak­cja mło­dzień­ców wywo­łała kon­fu­zję. Lu i Chen rów­nież zda­wali się znać Shi­ra­kawę, lecz ich opo­wie­ści o nim oka­zały się nie­spójne i wza­jem­nie sprzeczne. Jeden twier­dził, że Shi­ra­kawa cho­dził z nimi do szkoły, drugi -?że w prze­szło­ści wyświad­czył im wielką przy­sługę. Zga­dzali się tylko co do tego, że jest nie­zwy­kle cza­ru­ją­cym eru­dytą, być może naj­mą­drzej­szym czło­wie­kiem, jakiego kie­dy­kol­wiek spo­tkali.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki