Październik 1987
Chłopiec nie miał pewności, czy rzeczywiście dostrzegł lisa, czy
może jakieś inne zwierzę, ostatecznie uznał jednak, że pewnie to
lis, ta bowiem myśl spodobała mu się najbardziej. Sunął przez
niewielką dolinę niczym płaski mroczny cień, pełzł wśród traw,
niskich krzewów, kamieni. Kiedy dotarł na drugi jej kraniec, do
jedynego miejsca, w którym doliny nie ograniczały łagodnie się
wznoszące, porośnięte łąkami zbocza, lecz stroma skalna
ściana, zagłębił się w gruzowisko kamieni i zniknął. Wydawało się,
że w jednej chwili ściana go pochłonęła.
Chłopiec patrzył jak urzeczony. Wyglądało na to, że w skalnej
ścianie kryje się wejście, szczelina na tyle szeroka, iż niewielkie
zwierzę, choćby lis, bez trudu może się przez nią przecisnąć.
Postanowił rozwikłać tę zagadkę. Porzucił rower w trawie i pobiegł
w dół zbocza. Dobrze znał okolicę, często odwiedzał tę cichą,
niewielką dolinę, choć żeby do niej dotrzeć, musiał pokonać na
rowerze ponad pięć mil. Dolinę trudno było znaleźć, nie prowadziły do
niej żadne drogi. I właśnie dlatego panował tu niczym
niezmącony spokój. Można się było wylegiwać w słońcu albo przesiadywać
na kamieniu, spoglądać w niebo i oddawać się własnym myślom.
Chłopiec dotarł do miejsca, w którym lis zniknął mu z oczu.
Kiedy był młodszy, często wspinał się po tej skalnej ścianie,
wyobrażając sobie, że zdobywa Mount Everest. Obecnie miał
dziesięć lat i tego rodzaju zabawy wydawały mu się dziecinadą,
dobrze jednak pamiętał dreszcz awanturniczej przygody, jaki
przeszywał go na widok urwistego zbocza. Nigdy wszakże nie
natknął się na żaden ślad pozwalający przypuszczać, że
w ścianie znajduje się jakiś otwór.
Poczuł przyspieszone bicie serca, szukając wejścia wśród
wysokich paproci rosnących tu w gęstych skupiskach i wciąż
jeszcze mokrych od padającego minionej nocy deszczu. Nie
miał wątpliwości, że lis zniknął w tym właśnie miejscu.
Chłopiec kopnął nogą w skałę. Oderwało się kilka kamieni
i potoczyło w zarośla.
Jego oczom ukazała się skalna szczelina. Nie mógł jej
wcześniej zauważyć, gdyż zasłaniały ją liście paproci, był to jednak
spory otwór w ścianie. W każdym razie wystarczająco duży dla
lisa. Chłopiec aż sapnął z przejęcia. Wsunął ramię w szczelinę,
z obawą, że zaraz natknie się na jakąś przeszkodę, wydawało
się jednak, że skała rzeczywiście kryje w sobie pustą przestrzeń.
Cofnął ramię, po czym ponownie, tym razem ze
znacznie większą siłą, kopnął w skałę. Znów posypały się kamienie,
wśród nich także grubsze odłamki. Otwór w ścianie nieco się
powiększył. Chłopiec przyklęknął i dłońmi odgarnął na bok
kamienie. Nigdy wcześniej nie zwrócił uwagi na to, że skalne
fragmenty były w tym miejscu słabo z sobą związane. Czyżby
ktoś ułożył je warstwami? Spojrzał w górę. Może dawno temu
doszło tutaj do obsunięcia się ziemi, kawałki skały oderwały się
i runęły w dół, zagradzając wejście do wnętrza góry.
Odgarnął dość kamieni, by odsłonić wejście do jaskini,
przez które mógłby się przecisnąć. Odpoczywał przez chwilę,
ciężko dysząc. Choć dzień był chłodny i wilgotny, bardzo się
spocił. Przerzucanie dużych i ciężkich odłamków okazało się
wyczerpujące. Do tego doszła jeszcze ekscytacja. Dygotał na
całym ciele.
A potem wpełzł do środka.
Przecisnąwszy się przez otwór wejściowy, mógł się
wyprostować. Dorosły człowiek musiałby pewnie pochylić głowę, lecz
osoba w jego wieku miała miejsca pod dostatkiem. Kilka
kroków dalej przejście się poszerzało, tworząc coś w rodzaju groty.
Do wnętrza prawie nie docierało słoneczne światło, chłopiec
ledwie mógł cokolwiek dostrzec. Ujrzał niewyraźny zarys ścian,
po części skalnych, po części ziemnych, korzenie zwieszające
się z niskiego sklepienia, strużki wody skapującej na podłoże
i wsiąkającej w gliniasty grunt pomiędzy otoczakami.
Z powodu wewnętrznego napięcia oraz zachwytu ledwie mógł złapać
oddech. Odkrył jaskinię. Pieczarę w skale, dostępną przez
ukryte wejście, którego najwyraźniej nikt wcześniej nie znalazł.
Odwrócił się i zaczął przeciskać pomiędzy ścianami
z powrotem ku wyjściu. Nie znalazł żadnego śladu lisa, być może
jednak po prostu nie zdołał go dojrzeć w panujących wewnątrz
ciemnościach. Musi niezwłocznie wrócić do domu i zabrać
latarkę, a wtedy wróci tu i dokładnie zbada całą pieczarę.
Zabierze też z sobą kilka przedmiotów - kolorowe ołówki, znaczki
pocztowe, plastikowy kubek - i zostawi je we wnętrzu jaskini.
Przeprowadzi test. Będzie zaglądał tu codziennie i sprawdzał
pozostawione przedmioty. Jeśli nic nie zostanie naruszone,
zyska dowód, że tylko on wie o istnieniu tej kryjówki.
Wydostawszy się na zewnątrz, najchętniej od razu
pobiegłby po rower, opanował jednak emocje i zajął się najpierw
ułożeniem kamieni i starannym zamaskowaniem wejścia. Przyniósł
nawet wilgotnej ziemi i wypełnił nią wszelkie szczeliny, by nikt
nie zauważył, że kamienie w tym miejscu luźno do siebie
przylegają. Starał się także wyprostować zdeptane uprzednio liście
paproci. Następnym razem musi uważać, musi poruszać się
ostrożnie i zwinnie, by nie wydeptać wyraźnie widocznej
ścieżki prowadzącej prosto do wejścia. Ta jaskinia ma pozostać
sekretem, nikt inny nie może jej odnaleźć. Nikogo nie
wtajemniczy w swoje odkrycie, nie powie ani matce, ani ojczymowi, ani
nawet szkolnym kolegom. Nigdy nikomu nie wspominał o tym
miejscu, do którego tak chętnie przychodził, teraz zaś zyskało
ono dlań o wiele większe znaczenie.
"Moja dolina - pomyślał - moja jaskinia".
Lis wskazał mu drogę, stąd też bezwiednie przemknęła mu
przez myśl nazwa, jaką zamierzał nadać temu skrawkowi ziemi,
należącemu wyłącznie do niego:
Fox Valley.
Lisia Dolina.
"Brzmi tajemniczo - pomyślał - wyjątkowo".
Lisia Dolina.
Z zadowoleniem przyglądał się efektom swej pracy. Nikt
nie zdoła rozpoznać, że skalna ściana kryje w tym miejscu
szczelinę. Nikt nie zdoła odnaleźć jego kryjówki. On zaś będzie
tu spędzał sporo czasu, może powiększy nieco przejście,
umocni wnętrze pieczary, stworzy sobie cudowne miejsce azylu, po
wsze czasy.
Pobiegł po rower.
"Niedługo wrócę" - wyszeptał.
1
Przez całą podróż z północy Walii na południe znów wiedli tę
długą, wyczerpującą nerwowo i bezowocną dyskusję, w którą
wciąż się wikłali w ciągu minionych tygodni. Gdy opuścili
Pembrokeshire Coast National Park i dotarli do Fishguard, rozmowa
zamieniła się w kłótnię. Może sprawy potoczyłyby się zupełnie
inaczej, gdyby tylko spróbowali to sobie spokojnie wyjaśnić,
gdyby jedno z nich zdecydowało się powiedzieć: "Nie psujmy
tego uroczego dnia. Pomówmy o czymś innym. A wieczorem
usiądziemy w spokoju, napijemy się wina i omówimy ten temat".
Nie zdołali jednak przerwać tego zaklętego kręgu
i wszystko zakończyło się tragedią. Nikt wszakże nie mógł tego
przewidzieć. Kłótnia tliła się już od dawna, zdaniem Vanessy
sprzeczali się w zasadzie o... nic. Matthew, jej mąż, pracował w firmie
w Swansea, w której pisano programy komputerowe, cieszące
się przez lata niezwykłą popularnością. W ostatnim czasie
sytuacja uległa jednakże pogorszeniu, konkurencja urosła w siłę,
walka na szybko zmieniającym się rynku zaostrzyła się.
W firmie podjęto dyskusję o restrukturyzacji; pojawił się pomysł,
żeby werbować młodszych pracowników innych firm i zastąpić
nimi własnych ludzi, którzy w rzeczywistości okazali się nie
dość konkurencyjni. Matthew był przekonany - Vanessa
uznała to za jego idée fixe - że zostanie zwolniony. A przynajmniej
przewidywał taką możliwość. Jako że tymczasem otrzymał
propozycję pracy w pewnej firmie w Londynie, zastanawiał się,
dlaczego by nie wyjść naprzeciw grożącemu niebezpieczeństwu,
złożyć wymówienie i przenieść się do Londynu.
- Bo nie dostaniesz na przykład odprawy - odparowała
Vanessa.
- Okay. Ale co mi po pieniądzach, jeśli posada w Londynie
będzie już zajęta, a ja zostanę bez pracy?
- Znajdziesz coś innego!
- A jeśli nie znajdę?
Problem krył się rzecz jasna gdzie indziej, problemem był
Londyn. Vanessa pracowała jako wykładowca literatury na
uniwersytecie w Swansea. Nie wyobrażała sobie, by mogła
porzucić swoją pracę, zostawić studentów, całe dotychczasowe
środowisko i ruszyć za mężem do Londynu tylko dlatego, że on
chciał uniknąć wręczenia mu wypowiedzenia, które jak dotąd
istniało wyłącznie w jego wyobraźni.
- Zachowujesz się jak jakiś pasza z poprzedniego stulecia
- powiedziała ze złością. - Ty coś postanawiasz, a ja dzielnie
podążam za tobą, dokądkolwiek tylko zechcesz. Lecz
w dzisiejszych czasach nie można w ten sposób traktować partnerstwa.
Nie przeniosę się do Londynu, Matthew. Choćbyś stawał na
głowie!
Westchnął.
- Czy po piętnastu latach spędzonych w Swansea taka
odmiana nie byłaby wskazana?
- Owszem. Ale nie akurat teraz. I nie dlatego, że tobie jest
to na rękę!
Max, duży długowłosy owczarek leżący na tylnej kanapie,
uniósł łeb i zaczął skamlać. Matthew zerknął w lusterko.
- Obawiam się, że trzeba wyprowadzić Maxa. Zanim
dotrzemy do domu... Nie wytrzyma.
Vanessa nie odpowiedziała. Zacisnęła wargi tak mocno, że
zmieniły się w jedną białą kreskę. Po krótkim namyśle Matthew
zjechał z głównej drogi i ruszył szosą prowadzącą z powrotem
w kierunku Coast Park. Zapadał zmierzch, słońce wisiało nisko
nad horyzontem. Ciepły, pogodny, cudowny wieczór
sierpniowy. Złocistoczerwone światło kładło się na polach. Dostrzegli
samotnego wędrowca, który wspinał się właśnie na okalające
pastwisko ogrodzenie, poza nim jednak wokół nie było
żywego ducha. Park narodowy, ciągnący się przez wiele mil wzdłuż
wybrzeża, wrzynający się miejscami także daleko w głąb lądu,
stanowił istny magnes przyciągający turystów. Latem kręciło
się tu mnóstwo ludzi, pieszo, na koniach, rowerach górskich,
głównie jednak po terenach przybrzeżnych. Z dala od morza
natomiast można było wędrować całymi godzinami, nie
napotykając po drodze nikogo.
Zjechali na niewielki parking, położony nieco poniżej
poziomu drogi, z którego roztaczał się uroczy widok na okolicę.
Stół z dwiema ławami oraz metalowy kosz na śmieci. Zupełnie
pusty, najwyraźniej turyści rzadko tu zaglądali.
Matthew zatrzymał samochód.
- Chodź, przejdziemy się z Maxem. To nam dobrze zrobi.
Vanessa potrząsnęła głową.
- Idź sam. Potrzebuję trochę spokoju. Chciałabym
przemyśleć parę spraw. Zaczekam tutaj.
- Jesteś pewna?
- Tak.
Wysiedli. Uderzył w nich powiew ciepłego powietrza.
Klimatyzację w samochodzie ustawili na dwadzieścia stopni, na
zewnątrz musiało być około dwudziestu czterech. Świetlistego
błękitu nieba nie przesłaniała ani jedna chmura. Był to jeden
z owych letnich dni, o jakich człowiek marzy przez całą zimę.
Pamiętasz jeszcze tę wspaniałą sierpniową niedzielę? Ten opustoszały parking na krańcu świata... Nic, tylko spokój i ciepło...
Nie, nigdy nie będą snuć takich wspomnień, pomyślała
Vanessa. Tę niedzielę zawsze będą pewnie kojarzyć z kłótnią.
Jakkolwiek sprawy się potoczą, zapamiętają tylko długą podróż
z Holyhead do Swansea, w trakcie której przez większość czasu
dyskutowali. I to, że w końcu Matthew na spacer z Maxem
poszedł sam, podczas gdy ona, Vanessa, została w samochodzie.
Była na niego tak bardzo rozgniewana, że nie miała ochoty iść
razem z nim.
W pobliżu biegła wydeptana ścieżka, z początku
prowadziła kawałek w dół ku dolinie, potem jednak skręcała ostrym
łukiem w lewo wokół wzgórza, znikając z pola widzenia człowieka
stojącego na parkingu. Vanessa obserwowała Matthew i Maxa,
póki nie skryli się za zakrętem. Max, parę razy obejrzawszy się
niespokojnie za swoją panią, pognał w końcu wielkimi susami
naprzód, za nim powolnym krokiem podążał Matthew. Widząc
jego wyprostowane ramiona, odgadła, jak bardzo był
poirytowany. To oczywiste, że czuł się niezrozumiany. Sam jednak
nie wykazywał ani krzty zrozumienia wobec innych.
Prawdopodobnie nieprędko wróci ze spaceru z psem. Matthew zawsze
potrzebował ruchu, kiedy był zestresowany, zazwyczaj wracał
potem rozluźniony i z poczuciem odzyskanej równowagi.
Powoli podeszła do stołu, usiadła na drewnianej ławce
rozgrzanej promieniami słońca. Przedwieczorne światło było już
na tyle łagodne, że nie oślepiało. Spojrzała ponad płytką
doliną, rozległą, pofalowaną i pełną zieleni. Wzdłuż jej
północnego krańca ciągnął się kamienny mur, przylegała doń niewielka
grupa drzew. Poza tym rosły tam jedynie niskie krzewy
janowca, które przybrały obecnie barwę nieco zakurzonej zieleni.
W kwietniu, w porze kwitnienia, cała okolica musi wręcz tonąć
w powodzi żółtych plam.
Jakże tu ładnie! Vanessa pomyślała, że powinni tu częściej
przyjeżdżać. Niektóre rejony parku narodowego rozciągały się
w pobliżu Swansea, lecz na palcach jednej ręki mogła policzyć
dni z ostatnich piętnastu lat, kiedy wybrali się razem z Matthew
w te strony. I zawsze zatrzymywali się nad samym brzegiem
morza, z myślą o kąpieli. Może na jesieni powinni zaplanować
weekendową wędrówkę. Również Max się ucieszy, tak bardzo
lubi spacery. No cóż, może wówczas przygotują już
przeprowadzkę do Londynu.
Londyn.
"Nie chcę porzucać wszystkiego, co znajome - pomyślała
- i nie chcę też weekendowego związku. Matthew w Londynie,
a ja tutaj, w Swansea... Nie tak to sobie wyobrażałam...".
Zastanawiała się jednocześnie, czy to kurczowe trzymanie
się własnych przyzwyczajeń jest właściwą postawą dla
trzydziestosiedmioletniej kobiety. Czy osoba w jej wieku nie powinna
być bardziej energiczna? Elastyczna? Głodna nowych wrażeń?
Zaciekawiona?
Tak bardzo pogrążyła się w rozmyślaniach, że prawie
zupełnie zatraciła poczucie upływającego czasu. Dwa lub trzy
razy usłyszała odgłos przejeżdżającego szosą samochodu, poza
tym wokół panowała cisza. Kiedy w końcu zerknęła na zegarek
i uświadomiła sobie, że Matthew i Maxa nie było już od
dwudziestu minut, znów usłyszała nadjeżdżający pojazd. Zwolnił,
gdy znalazł się na wysokości parkingu, po czym przyspieszył,
by po chwili znów przyhamować. Vanessa odwróciła się,
niczego jednak nie zauważyła. Parking oddzielał od szosy porośnięty
krzewami pagórek, przejeżdżający samochód można było
dojrzeć dopiero wtedy, gdy pokonał następny zakręt drogi. W tej
właśnie chwili wyłonił się zza wzniesienia. Biały stary grat
z jakimś napisem z boku, którego jednak z tej odległości nie
zdołała odczytać. Vanessa zauważyła, że poruszał się bardzo
wolno. Nagle na środku drogi zawrócił. Zniknął jej z pola
widzenia, wciąż jednak słyszała jego turkot. Przejeżdżał właśnie
obok parkingu, znów przyspieszył. I ponownie przyhamował.
Vanessa zmarszczyła czoło. Czyżby znowu zawracał? Czemu ten
samochód jeździ szosą tam i z powrotem? I czy to wciąż ten
sam pojazd, którego odgłos już wcześniej kilkakrotnie słyszała,
nie zwróciła nań jednak uwagi? Znów się zbliżał, zwalniał. Tym
razem zjechał chyba na parking. Vanessa ponownie się
obejrzała, niczego jednak nie dostrzegła. Usłyszała trzask zamykanych
drzwi. Kierowca widocznie zaparkował na zjeździe, na sam
parking nie wjechał. Pewnie chciał się szybko wysikać i zauważył,
że na ławce siedzi jakaś kobieta.
Vanessa usiłowała zignorować ogarniający ją niepokój
i spojrzała na dolinę.
"Matthew mógłby już powoli wracać" - pomyślała.
Chciałaby, żeby Max wyskoczył z zarośli, szczekając.
Przydałby się jej teraz duży pies u boku. Jednocześnie pomyślała,
że jest histeryczką. Tylko dlatego, że jakiś samochód przejechał
kilka razy tam i z powrotem... Tylko dlatego, że w jednej chwili
poczuła się tu sama jak palec...
Chociaż nie usłyszała żadnego dźwięku, pod wpływem
nagłego przypływu irytacji odruchowo się odwróciła. Napełniło ją
niewytłumaczalne poczucie zagrożenia, na całym ciele zjeżyły
się jej włosy, mimo panującego ciepła po jej ramionach
przeszedł dreszcz.
Tuż za nią stał jakiś mężczyzna.
Nie więcej niż dwa kroki od niej. Podszedł bezgłośnie.
Zerwała się z miejsca. Nie była pewna, czy wydała przy tym
z siebie jakiś krzyk, być może.
Ten człowiek przejął ją grozą.
Prawdopodobnie zależało mu na ukryciu twarzy,
pomimo bowiem bardzo ciepłego wieczoru miał na sobie czarną
bejsbolówkę, naciągniętą głęboko na czoło, zupełnie
nieprzezroczyste czarne okulary przeciwsłoneczne, a na szyi czarną
chustkę, postawioną tak wysoko, że niemal zakrywała usta.
Vanessa ujrzała właściwie tylko jego nos. Mężczyzna ubrany
był w czarne spodnie od dresu oraz czarny golf. Założył też
rękawiczki.
Vanessa przełknęła sucho.
- Czego...? - zaczęła.
Sekundę później mężczyzna wykonał błyskawiczny ruch
w jej kierunku. Tak niespodziewany, że nie miała szans na
obronę czy choćby zrobienie uniku. Do twarzy przytknięto jej
coś wilgotnego, uderzyła ją ostra, przenikliwa woń, która
podrażniła oskrzela i wywołała gwałtowny kaszel. Woń ta
przyprawiła ją o ból i nudności, w jednej chwili pozbawiła zmysłów.
Bezsilnie wywijała ramionami niczym zwiotczała gumowa lalka
zawieszona na sznurkach. Potem straciła przytomność.
Zapadła w zupełną ciemność.
W niekończącą się noc.
2
Cały był zlany potem. Choć już dawno zdjął gruby sweter,
czapkę, chustkę i rękawiczki i rzucił je gdzieś na tył samochodu.
Wciąż miał na sobie spodnie od dresu, do tego biały
podkoszulek na ramiączkach. I te swoje rozczłapane tenisówki.
Mimo to pocił się tak bardzo, że czuł strużkę wody
spływającą po plecach.
Spostrzegł, że jedzie zbyt szybko, gwałtownie zdjął nogę
z gazu. Tylko tego brakowało, żeby akurat teraz złapał go
policyjny patrol. Co prawda nie był pod wpływem alkoholu, być
może jednak zapytano by go, dlaczego tego wieczoru wyruszył
w drogę z zachodniego wybrzeża do Swansea. Choć przecież
podróż taka nie budzi podejrzeń. Ani nie jest zabroniona.
"Rozluźnij się, Ryan - powiedział sam do siebie. -
Spędziłeś niedzielę nad morzem, a teraz wracasz do domu. Nic w tym
dziwnego".
Mimo to zwolnił. I mimo uspokajających myśli nie
przestawał się pocić, nie zdołał też zapanować nad przyspieszonym,
mocnym biciem serca.
Od wielu dni usiłował zignorować wewnętrzny głos,
napominający, przestrzegający, głos, który szeptał mu nieustannie,
że w swych zamierzeniach zupełnie przecenia własne siły. Że
uprowadzenie i szantaż przekraczają jego możliwości, i to
dziesięciokrotnie. Ryan Lee nie miał u Boga czystej kartoteki, był
dobrze znany policji, dwukrotnie został skazany za włamanie
i pobicie. Co prawda wciąż usiłował zarabiać na życie uczciwą
pracą, za każdym jednak razem dziwnym trafem jego starania
kończyły się niepowodzeniem. Zazwyczaj dlatego, że nie
potrafił przywyknąć do porannego wstawania z łóżka i punktualnego
pojawiania się w pracy. Dostawał wypowiedzenie i na powrót
schodził na złą drogę. Z tego też względu życie poza granicą
prawa albo na jego granicy było mu aż nazbyt dobrze znane.
Nie wszystkie złe drogi są wszakże jednakowo złe.
Ukraść parę komputerów ze sklepu z elektroniką,
włamać się do samochodu, porwać starszej kobiecie torebkę albo
wszcząć gwałtowną bójkę - to jedno.
Co innego jednak napaść na kobietę, ogłuszyć ją,
uprowadzić i przetrzymywać w ukryciu po to, by zażądać od jej męża
stu tysięcy funtów okupu.
Tyle rzeczy mogło się przy tym nie udać. Dostawał
zawrotów głowy, kiedy tylko, choćby przez sekundę, poddawał się
własnym lękom. Oczywiście, natychmiast przekaże mężowi
ostrzeżenie: żadnej policji! Wiele jednak przemawiało za tym,
że ten od razu skontaktuje się z glinami. A wtedy on, Ryan,
będzie miał przeciwko sobie nie tylko jednego człowieka,
zszokowanego i wzburzonego, lecz także policjantów z całego regionu.
W tej sytuacji najbardziej niebezpieczny będzie moment
przekazania pieniędzy, nie ulegało bowiem wątpliwości, że właśnie
wtedy spróbują go złapać. Jego jedynym atutem jest
zakładniczka. Nie będą jej chcieli narażać na jakiekolwiek
niebezpieczeństwo.
Spostrzegł, że jedzie zbyt wolno, zauważalnie za wolno,
i znów nieco przyspieszył. Dłonie miał tak mokre, że niemal
ślizgały się po kierownicy. Pomyślał o kobiecie. Miała na imię
Vanessa. Doktor Vanessa Willard. Wykładowca uniwersytetu
w Swansea. Skwapliwie podała mu swoje nazwisko oraz
zawód, imię męża, wspólny adres w Mumbles, na przedmieściach
Swansea. Numer telefonu. Wszystko, co tylko chciał wiedzieć.
Wciąż czuła mdłości po chloroformie, nasączył nim
chustkę, którą przytknął jej do twarzy, dzięki czemu przespała całą
godzinę. Bez większych problemów zawlókł ją do samochodu
i wywiózł wiele mil dalej, w inne okolice. Bez większych
problemów, choć trzy dni wcześniej, w czwartkowy wieczór, wdał się
w ostrą knajpianą bójkę, po której nadal odczuwał piekielny ból
w prawej ręce. Mimo to zdołał ją przenieść, pokonując ostatni
odcinek drogi do jaskini. Najtrudniejsze okazało się
wciągnięcie jej przez wąskie przejście do wnętrza skały. Mógł poruszać
się jedynie mocno pochylony, nadto zapadł już zmierzch, do
wnętrza nie docierał prawie żaden promień światła. Co prawda
miał przy sobie latarkę, obie ręce miał jednak zajęte. Pierwszy
błąd. W ramach przygotowań koniecznie należało się
zaopatrzyć w lampę czołówkę, jakiej używają górnicy.
Szybko się przekonał, że kwestia braku oświetlenia nie
była jego jedynym błędem. Kiedy bowiem kobieta w końcu
się przebudziła (i zwymiotowała, to skutek działania
chloroformu), zaczęła wołać za mężem. Zorientował się wówczas, że
mąż przebywał wtedy w pobliżu parkingu. Wyprowadził
jedynie psa, owczarka, lada chwila spodziewała się jego powrotu.
Przeszedł go zimny dreszcz, zaraz potem z przerażenia oblała
go fala gorąca. Kiedy krążąc bez celu po okolicy, zauważył na
parkingu samotną kobietę, kilkakrotnie przejechał szosą tam
i z powrotem, by się upewnić, że nikogo nie ma w pobliżu. Poza
tym sprawdził, iż rzeczywiście jest ona odpowiednią osobą do
realizacji jego planu. Przekonało go duże drogie bmw, nadto
styl, w jakim się ubierała: co prawda swobodny - miała na
sobie dżinsy i T-shirt - była to jednak owa zamierzona prostota,
na którą trzeba wysupłać sporą sumę pieniędzy. Nie
potrzebował milionerów, nie dla stu tysięcy funtów, nie mógł się jednak
pomylić i przez przeoczenie trafić na klienta opieki społecznej.
"Ta jest doskonała, absolutnie doskonała" - zadecydował.
A potem zrozumiał, że omal nie został zaskoczony przez
mężczyznę z owczarkiem. To właśnie od tamtej chwili, jeśli się
dobrze zastanowić, zaczął się oblewać potem, i jak dotąd nie
potrafił nad tym zapanować.
"Powinieneś być ostrożniejszy - powtarzał sobie w kółko
- powinieneś bardziej uważać. Musisz być bardziej nieufny.
O wiele staranniejszy".
Vanessa wciąż siedziała w kucki w skalnej jaskini,
zmagając się z mdłościami. Nadal była w stanie szoku, dlatego
odważył się ją oswobodzić i zapalić latarkę. Naciągnął chustkę,
zasłaniając sobie usta i nos. Vanessa rozejrzała się wokoło,
zrozumiała, że znajduje się pod ziemią, zauważyła też podłużną
drewnianą skrzynię z otwartym wiekiem. Wybuchnęła złością.
Na czworakach usiłowała dotrzeć do wyjścia, wrzeszcząc przy
tym przeraźliwie i wierzgając niczym jakiś drapieżny kot, kiedy
chwycił ją za prawą nogę. Wiedział, że w pobliżu nie ma
żywego ducha, że nikt jej krzyku nie usłyszy. Wrzask zaczął go
jednak denerwować. Był bardzo silnym mężczyzną,
regularnie trenował muskulaturę. Kobieta nie miała większych szans,
tym bardziej że środek odurzający nadal dawał się jej we znaki.
Mimo to stawiała wyraźny opór. Broniła się jak oszalała,
drapała, gryzła i tłukła pięściami. Ucieszył się, że ma na sobie całą tę
maskaradę, dzięki niej nie będzie miał potem na ciele żadnych
śladów krwi. Mógłby ją od razu pokonać jednym precyzyjnym
ciosem pięści, wtedy jednak nie znał jeszcze jej nazwiska ani
adresu. Potrzebował tych informacji, a trudno by je było
wydobyć z nieprzytomnej. Nie chciał jej też krzywdzić, choć
zadawała mu ból. Miał nadzieję, że cała ta historia szybko i gładko się
zakończy.
Udało mu się ją chwycić za przeguby dłoni i w ten sposób
nieco uspokoić. W jednej chwili zupełnie się załamała. W jej
wybałuszonych, płonących oczach kryło się bezimienne
przerażenie.
- Chcę pieniędzy - powiedział do niej. Jego głos,
dobywający się spod grubej chusty, zabrzmiał w jego własnych uszach
głucho i obco. - Tylko tego. Kiedy twoi bliscy zapłacą,
natychmiast cię uwolnię. Czy samochód, którym przyjechaliście,
należy do ciebie?
- Do mnie i mojego męża - odparła cichym, chrapliwym
głosem.
Całe szczęście, że ma męża. W przeciwnym razie Ryan
pewnie musiałby się zadawać z rodzicami albo rodzeństwem
rozproszonym po całej Wielkiej Brytanii. Obecność męża
wyjaśniała przynajmniej kwestię odpowiedzialności. W każdym
razie nie spotkał go najgorszy z możliwych przypadków: gdyby
kobieta była samotna i nikogo nie można by szantażować. Tego
scenariusza Ryan najbardziej się obawiał.
- Jak się nazywa twój mąż? - zapytał.
Podjęła dwie daremne próby, nim zapanowała nad swym
głosem. Krzyczała tak głośno, że zupełnie ochrypła.
- Matthew - wydobyła z siebie w końcu. - Matthew Willard.
- A ty jesteś?
- Vanessa. Doktor Vanessa Willard. Jestem wykładowcą
na uniwersytecie Swansea. Nie zarabiam dużo.
- Gdzie mieszkacie?
Podała mu adres oraz numer telefonu. Wszystkie te
informacje notował w pamięci. Zapisywanie ich wydało mu się zbyt
niebezpieczne.
- My... nie jesteśmy milionerami - powiedziała. - Musiał
mnie pan... z kimś pomylić.
Potrząsnął głową.
- Chcę sto tysięcy funtów. Twój mąż się o nie postara.
Sprawiała wrażenie zmieszanej. Z pewnością liczyła się
z tym, że zażąda milionowego okupu. Skąd jednak miałaby znać
wszystkie szczegóły i okoliczności?
Najtrudniejszy moment nadszedł wówczas, gdy jej
wyjaśnił, że musi położyć się w skrzyni, on zaś zamknie wieko. Tym
razem nie usiłowała uciekać, ale zaczęła gwałtownie dyszeć, na
tyle intensywnie, iż w pierwszej chwili pomyślał, że dostała
ataku astmy.
- Proszę - wyrzuciła wreszcie z siebie. - Proszę, nie!
Proszę, niech mi pan tego nie robi, proszę! Proszę!
Zapewnił ją, że będzie jej tam dobrze.
- Jest wystarczająco dużo otworów wentylacyjnych. Masz
latarkę. Włożyłem też czasopisma. Dość wody i jedzenia. Może
twój mąż zapłaci już jutro. A wtedy natychmiast stąd wyjdziesz.
- Przecież jestem w jaskini, pod ziemią. Czy to nie
wystarczy? Dlaczego...?
Wyjaśnił, że wejście do jaskini obłoży kamieniami,
cierpliwą pracą byłaby jednak w stanie je odsunąć, a na to nie może
pozwolić.
- Będę do ciebie codziennie zaglądał - obiecał. A jednak
skłamał. Miejsce to dzieliła od Swansea zbyt duża odległość,
obawiał się też ryzyka, że zostanie zauważony. Równie dobrze
mógłby od razu przyprowadzić do swej kryjówki policję. W tej
jednak chwili rozsądnie było powiedzieć jej kilka słów
pocieszenia.
Kładąc się w skrzyni, rozpłakała się, drżała przy tym
niczym osika. Słyszał jej łkanie, kiedy zabezpieczał wieko
śrubami w sześciu nawierconych uprzednio miejscach. Na szczęście
nie mogła zobaczyć, że sam przy tym dygotał. Poczułaby jeszcze
większy niepokój, widząc, że cała ta historia zupełnie go
przerosła.
Dotarł do przedmieść Swansea i zredukował bieg.
Samochód należał do sieci pralni, w której od pół roku pracował.
Wreszcie znów jakaś stała praca, aczkolwiek wyczerpująca
i słabo płatna. Zajmował się odbieraniem rzeczy do prania
z rozmaitych hoteli i restauracji w Swansea i okolicy,
a następnie rozwożeniem ich wypranych i wyprasowanych. Oddano mu
do dyspozycji biały samochód z napisem Clean! To była jedyna
zaleta tego zajęcia: miał samochód na własność. Co prawda nie
wolno mu go było używać do celów prywatnych -
a uprowadzenie i przewożenie porwanej kobiety bez wątpienia do tej
kategorii się zaliczało - jak dotąd nikt go jednak nie kontrolował,
zawsze też po swoich wypadach uzupełniał bak i miał nadzieję,
że nie zostanie przyłapany.
W ten niedzielny wieczór, tuż przed pół do dziesiątej,
w Swansea panował niewielki ruch. Ryan bez trudu wjechał do
miasta. Jak to często bywało w jego życiu, nie posiadał
własnego mieszkania, zatrzymywał się to tu, to tam. Obecnie
u Debbie, dziewczyny, z którą był przez kilka lat związany, zanim
z nim zerwała z powodu jego permanentnej kolizji z prawem.
Mimo wszystko pozostali sobie bliscy, dlatego też przyjęła go
pod swój dach, gdy nie miał się gdzie podziać. Debbie
pracowała na zmiany w firmie sprzątającej budynki i rzadko przebywała
w domu.
Ryan wiedział, że również o tej porze nie zastanie Debbie
w mieszkaniu, ponieważ w ten weekend przydzielono ją do
pracy w sporym kompleksie budynków mieszczącym głównie
kina i fast foody. Weźmie szybki prysznic i wypije piwo, może
alkohol zdoła nieco uśmierzyć jego wewnętrzne napięcie,
czającą się w nim panikę. Następnie pójdzie do budki telefonicznej
i zadzwoni do Matthew Willarda. Oczywiście musiał się liczyć
z tym, że Willard powiadomił już policję, nie zastawszy Vanessy
na parkingu, przypuszczał jednak, że w tak krótkim czasie
funkcjonariusze nie nadali jeszcze sprawie biegu. Czyż zgłoszeń
o zaginięciu osób dorosłych nie rozpatruje się dopiero po upływie
dwudziestu czterech godzin? Albo nawet czterdziestu ośmiu?
A może to jedynie uporczywie podtrzymywana pogłoska?
Jego serce, które właśnie nieco się uspokoiło, znów zaczęło
galopować w szaleńczym i nieregularnym rytmie. Nie pomyślał
o tak wielu sprawach, do realizacji swego planu zabrał się jak
kompletny dyletant. A jeśli policja jest już w domu Willarda?
Jeśli zainstalowała już u niego urządzenie identyfikujące
anonimowego abonenta?
Koniecznie musi pamiętać o tym, by rozmawiać jak
najkrócej. W żadnym razie nie mogą namierzyć budki telefonicznej,
z której zadzwoni.
Poczuł mdłości, uświadomiwszy sobie, w jakie szaleństwo
sam się wpakował.
Sądził jednak, że nie ma wyboru. Ściśle mówiąc, istotnie
nie miał - Damon dwukrotnie przesłał mu wiadomość, że chce
natychmiastowego zwrotu dwudziestu tysięcy funtów, które
Ryan był mu winien. Następnie nasłał nań kilku osiłków,
którzy mieli mu przypomnieć o zobowiązaniu w nieco inny
sposób - po ich wizycie musiał wziąć dziesięć dni zwolnienia, gdyż
prawie w ogóle nie mógł się ruszać. Znał Damona, wiedział, że
nie popuści. A Ryan któregoś nieodległego już dnia
wyląduje głową w dół w portowym basenie w Swansea, to pewne jak
amen w pacierzu. Był realistą, dobrze wiedział, że przed
Damonem nie zdoła uciec. Dopadnie go w każdym zakątku świata.
Damon był potężny, przebiegły i pozbawiony skrupułów. Nie
wiedział, co to moralność, co to litość. I nie potrafił pogodzić
się z porażką.
Damon był człowiekiem niezwykle niebezpiecznym. Ryan
zrozumiał: musi zdobyć te dwadzieścia tysięcy funtów, to była
jego jedyna szansa.
Równie dobrze mógłby się od niego domagać miliona.
Zarówno jedna, jak i druga suma była dla Ryana całkowicie
nieosiągalna.
Tak zrodził się plan uprowadzenia. Przypomniał sobie
o jaskini w Lisiej Dolinie, którą odkrył w dzieciństwie, nie zaglądał
do niej jednak prawie od dwudziestu lat. Kiedy znów się tam
wybrał, stwierdził, że najwyraźniej nikt poza nim nie wiedział
o jej istnieniu. Nie znalazł najdrobniejszego choćby śladu
innych ludzi. Z pomocą dodatkowych, mozolnie zebranych
kamieni doskonale zamaskował wówczas wejście - nie zamierzał
tam oczywiście urządzać kryjówki dla ofiary uprowadzenia.
Zwyczajnie spodobała mu się myśl, że jest na świecie miejsce,
którego nikt inny nie zna, które należy tylko do niego.
Wszystko to doprowadziło obecnie do sytuacji, która nie
miała nic wspólnego z jego niegdysiejszą dziecięcą radością
z posiadania kryjówki. Jeśli coś pójdzie nie tak, znajdzie się
na wiele lat za kratkami, to pewne. Jak dotąd zawsze mu się
udawało otrzymać karę w zawieszeniu. Śmiertelnie bał się
więzienia. Nie miał jednak wątpliwości, że jego szczególny sposób
na życie któregoś dnia właśnie tam go zaprowadzi. Dlatego
postanowił zażądać nie dwudziestu, lecz stu tysięcy funtów
okupu. Dwudziestu potrzebował po to, by raz na zawsze uwolnić
się z morderczego uścisku tego kredytowego rekina
Damona, z którym lekkomyślnie wdał się w interesy. A pozostałych
osiemdziesięciu, żeby zniknąć i ułożyć gdzieś sobie nowe życie.
Życie, w którym nie będzie już żadnych bijatyk, żadnych
kradzieży, żadnych oszustw. Co konkretnie chciał robić, tego
jeszcze nie wiedział. Jednak owa szalona wprost świadomość, że
posiada na własność osiemdziesiąt tysięcy funtów, napełniała
go niesamowitym poczuciem absolutnej nietykalności. Z taką
sumą pieniędzy człowiek jest pewny siebie. Staje na nogach.
Ale nad tym nie musi sobie zawczasu łamać głowy. W tej chwili
istniały rzeczy istotniejsze, na których musiał się skupić.
Tuż przed mieszkaniem Debbie rzadko kiedy można było
znaleźć miejsce do parkowania, toteż Ryan zostawił samochód
przy Glanmorgan Street i ruszył w dół Paxton Street. Nie
przepadał za okolicą, w której mieszkała Debbie; czasem wydawała
mu się naprawdę ponura. Nie ulegało jednak wątpliwości, że
nie będzie wiecznie mieszkał kątem u swej byłej dziewczyny.
Nawet jeśli nadal ją lubił.
Od razu wyczuł, że coś jest nie tak, skoro jednak brakowało
jakiegokolwiek konkretnego powodu, by mieć złe przeczucia,
uznał, że to tylko przywidzenie. Miał nieco nadszarpnięte
nerwy, nic dziwnego, po wszystkim, co się tego dnia wydarzyło.
Pewnie każdy, znalazłszy się w jego położeniu, byłby
przewrażliwiony i wyczulony na najdrobniejszy nawet szmer.
A mimo to kryło się w tym coś dziwnego. Opustoszała
ulica przed nim tonęła w mroku. W niektórych domach paliło się
jeszcze światło. Nigdzie jednak nikt się nie pokazywał, wokół
panował spokój, absolutna, martwa cisza. Zbyt cicho jak na tak
ciepły wieczór. Uniósł głowę, jakby coś wietrzył w powietrzu,
niczym zwierzę na polowaniu.
"Do cholery, Ryan, uspokój się - mówił sam do siebie. -
Czeka cię kilka piekielnie męczących dni, jeśli nadal będziesz
tak wariował, najlepiej od razu zapomnij o całej sprawie!".
Zmusił się, by podejść bliżej do budynku, w którym
mieszkała Debbie.
Przez wszystkie te lata, w trakcie których poruszał się na
granicy prawa - a często nawet poza nim - wykształcił
w sobie umiejętność wyczuwania obecności gliniarzy na odległość.
Dosłownie wietrzył ich zapach, gdy znajdowali się w pobliżu.
Rzadko kiedy się mylił. Teraz jednak wmawiał sobie, że tym
razem to jedynie złudzenie. Zrobił coś złego, lecz to po prostu
niemożliwe, by policja już była na jego tropie. Nawet jeśli Willard
zgłosił zaginięcie swej żony i narobił przy tym sporo hałasu,
mało prawdopodobne, by od razu przyjęto wersję
o uprowadzeniu. Czyż nie założono by raczej, że Vanessa Willard opuściła
męża? Że pewnie uciekła z kochankiem?
Nagle przystanął, przez głowę przemknęła mu przerażająca
myśl: "A co, jeśli ktoś cię widział? Jeśli ktoś obserwował, jak
przenosisz do samochodu nieprzytomną kobietę?".
"To niemożliwe" - pomyślał. Cały czas się rozglądał, ani na
sekundę nie spuszczał z oka drogi i okolicy. Wokół nie było
żywego ducha. Z drugiej jednak strony mówił sobie, że przed
uprowadzeniem wszystko dokładnie sprawdził, a przecież tak łatwo
przeoczył fakt, że w pobliżu Matthew Willard spacerował z psem.
Nieważne. To chybiona myśl, że mogliby już deptać mu po
piętach. Jego napięte nerwy po prostu płatały mu figla.
Szedł dalej. Nie zwrócił uwagi na samochód zaparkowany
przed budynkiem, w którym mieścił się przytułek dla
bezdomnych, choć w miejscu tym obowiązywał zakaz postoju. Nagle
ogarnął go jednak dziwny niepokój. Raz jeszcze się odwrócił
i zauważył, że ten samochód nie był pusty, jak inne pojazdy
stojące wzdłuż całej ulicy na wyznaczonych miejscach parkingowych.
Wewnątrz siedziało dwóch mężczyzn. W tej sekundzie
Ryan zrozumiał, że jego przeczucie czającego się
niebezpieczeństwa wcale nie było złudzeniem.
Odwrócił się na pięcie i pognał w dół ulicy. Usłyszał trzask
zamykanych drzwi samochodu, a po nim okrzyk: Stój! Stój!
Policja!
Nie przejął się tym. Biegł dalej, słysząc za plecami odgłosy
kroków. Ścigali go. Zobaczymy, kto lepiej zna okolicę.
Na końcu ulicy skręcił w lewo w Oystermouth Road,
wiedział jednak, że nie znajdzie tam żadnej kryjówki. Nie będzie
też mógł przebiec na drugą stronę, tam bowiem zaczynały się
ogromne parkingi, do których przylegała marina. Zanim
dotarłby do portu, musiałby pokonać spory dystans w otwartym
terenie. Musiał spróbować oddalić się od nabrzeża i przedostać
do centrum miasta, by tam poszukać jakiegoś schronienia.
Biegał szybko, wiedział o tym, w końcu nie jeden raz zgubił
najbardziej nawet zawziętych prześladowców. Był w świetnej
kondycji, potrafił kluczyć, znał Swansea jak własną kieszeń. Ten
cholerny policjant deptał mu jednak po piętach, choć przecież
musiał najpierw wysiąść z samochodu, Ryan od początku miał
nad nim znaczną przewagę. I przewaga ta w zatrważająco
szybkim tempie topniała.
Ryan przyspieszył kroku. Trochę sapał, lecz jeszcze niezbyt
gwałtownie. Potwornie bolało go ramię, które dostało za swoje
podczas ostatniej bójki, nie zwracał jednak na nie uwagi. Skupił
się teraz całkowicie na drodze ucieczki, zbyt dobrze orientował
się w sytuacji, by wiedzieć, że nie wolno mu tracić energii na
rozważania o tym, co się właściwie stało. A jednak pytanie to
świdrowało mu w głowie, pytanie uporczywe i niedające się
stłumić: Jak to się mogło stać? Jak to się mogło stać?
Nie zdołał zachować bezpiecznego dystansu do swego
prześladowcy, wręcz przeciwnie, wydawało się, że ścigający go
policjant biegnie coraz szybciej. Skąd, do cholery, wytrzasnęli
takiego sprintera? I gdzie się właściwie podział ten drugi gliniarz?
W samochodzie siedziało dwóch ludzi. Prawdopodobnie
już dawno został daleko w tyle.
Dziarskim zwodem, którego nie zasygnalizował wcześniej
ruchem ciała, Ryan skręcił w lewo, szczupakiem przeskoczył
siatkę ogrodzeniową i wydostał się na Recorder Street, która
wraz z Oystermouth Road okalała czworobokiem domy
i niewielkie ogródki za budynkiem, w którym mieszkała Debbie.
Nie był to wariant optymalny, nigdy by go nie wybrał, gdyby
pogoń nie była tak blisko. Po jego prawej stronie, za West Way,
znajdował się ogromny parking przed Tesco, który o tej porze,
w niedzielny wieczór, mocno opustoszał, nie dając możliwości
ukrycia się. Musiał czym prędzej znaleźć jakieś podwórze na
tyłach domów i skacząc po murach, dachach szop i ogrodowych
altan, spróbować przechytrzyć gliniarza. Kiedy uda mu się go
zgubić, trzeba będzie znaleźć jakąś kryjówkę. Wtedy przyjdzie
czas na chwilę zastanowienia co dalej. Trzeba będzie zarzucić
plan uprowadzenia, to oczywiste, musi jak najszybciej uwolnić
Vanessę Willard, a potem...
Jakiś cień wynurzył się przed nim tak niespodziewanie,
że Ryan nie zdołał ani się zatrzymać, ani go wyminąć. Zderzył
się frontalnie z człowiekiem, który nagle wyłonił się z wąskiego
przejścia pomiędzy domami. Kiedy obaj upadli na ziemię,
usłyszał głos drugiej postaci, mówiący "Policja!". Ryan zrozumiał
wówczas, że tym razem zdecydowanie nie docenił swych
przeciwników i był to jego najgłupszy błąd w ciągu ostatnich
dwunastu godzin. Jeden z nich biegał szybciej niż mogło się
wydawać, drugi zaś najwyraźniej doskonale się orientował w okolicy,
wiedział nawet, że przez ogródki na tyłach domu Debbie można
się było wydostać wprost na Recorder Street. Wspólnymi
siłami zapędzili go w pułapkę, w którą właśnie wpadł. Wykręcono
mu ramię na plecach i powoli postawiono na nogi. Kajdanki
owinęły się wokół jego nadgarstków.
- Ryanie Lee, jest pan tymczasowo aresztowany. Jest pan
podejrzany o ciężkie uszkodzenie ciała.
Że co?
W jakim to idiotycznym filmie się znalazł?
3
Odpowiedź na to pytanie poznał w policyjnym komisariacie.
Bójka w knajpie w miniony czwartek. Bliżej nieznany mu
gość, który palnął jakieś głupstwo, czym tak bardzo go
rozzłościł. Przypominał sobie jak przez mgłę, że nieźle dołożył temu
idiocie, lecz na pewno nie aż tak bardzo, by nazwać to ciężkim uszkodzeniem ciała. Cały tamten wieczór, ówczesne zdarzenia,
obrazy i wrażenia ledwie przewijały się w jego wspomnieniach,
gdyż sporo wypił, a po bójce zawlókł się do domu, gdzie pił dalej
i o późnej porze zupełnie urwał mu się film. Mimo to nie mogło
być przecież aż tak... strasznie, jak mu to teraz opisują.
- Czy... czy naprawdę jest aż tak kiepsko? - pytał
z niedowierzaniem. - Kilka ciosów w podbródek...
Jeden z policjantów, którzy go aresztowali, skinął głową
z naciskiem.
- O, tak. Nie licząc wybitych zębów i złamanego nosa,
doznał ciężkiego wstrząśnienia mózgu i złamania podstawy
czaszki. Powiedziałbym, że to niebagatelne obrażenia.
- Złamanie czaszki?
- Uderzył głową o kant stołu. Kiedy go pan powalił.
- Wcale tego nie chciałem - zapewniał Ryan. - To była
zwyczajna bójka, mnie też się dostało... - Na dowód tego
pokazał ramię mieniące się wszelkimi odcieniami fioletu, lecz
oczywiście nie mogło się to równać ze złamaniem podstawy czaszki.
- On mnie sprowokował - dodał słabym głosem.
Nikogo to jednak nie zainteresowało. Sprowokowany czy
nie, pobił młodego człowieka, tak że ten znalazł się w szpitalu.
Nie było jeszcze wiadomo, które z obrażeń pozostawią u ofiary
trwały ślad. Świadków zdarzenia nie brakowało, gdyż knajpa
pełna była ludzi. Dzięki cierpliwemu przepytywaniu gości
lokalu funkcjonariusze szybko poznali nazwisko Ryana, a także
miejsce jego pobytu - adres mieszkania Debbie. Jego sytuację
dodatkowo pogarszała próba ucieczki przed policjantami.
Zdawał sobie sprawę, że tkwił w tym po same uszy.
Odczytano mu jego prawa. O swym aresztowaniu mógł
między innymi poinformować członka rodziny lub kogoś ze
znajomych, postanowił jednak z tego zrezygnować. W grę wchodziła
jedynie jego matka, z którą już od dłuższego czasu nie
utrzymywał kontaktu, oraz Debbie. Pierwsza zareagowałaby strachem
i przerażeniem, druga nieskrywaną złością, a za tym wcale nie
tęsknił. Uznał natomiast za wskazane skorzystać bezzwłocznie
z przysługującego mu prawa do adwokata.
Aaron Craig istotnie pojawił się jeszcze tego samego
późnego niedzielnego wieczoru w komisariacie, wielce
niezadowolony, że w tak nieprzyjemny sposób zepsuto mu kończący się
weekend. Ten pięćdziesięciosześcioletni prawnik, pełen
idealizmu i energii, zaangażował się trzy dekady wcześniej w osobisty
projekt prawnej opieki i wspierania młodocianych przestępców,
w szczególności tych mających problemy rodzinne. Chciał im nie
tylko służyć pomocą przed sądem, lecz nadto stać się ich
przyjacielem, mentorem, przewodnikiem. Z czasem jego idealizm
nieco przygasł. Pomógł stanąć na nogi zbyt wielu podopiecznym,
po czym spotkało go gorzkie rozczarowanie. Z płomiennego,
zmotywowanego reformatora świata już dawno przemienił się
w znużonego i szorstkiego cynika. Reprezentował Ryana Lee od
dnia, kiedy ten w wieku lat siedemnastu został po raz pierwszy
przyłapany na kradzieży w sklepie. Już dawno porzucił nadzieję,
że z tego trzydziestojednoletniego obecnie mężczyzny
kiedykolwiek wyrośnie porządny obywatel albo przynajmniej jako tako
rozsądny człowiek. Mimo to czuł się za niego odpowiedzialny
i poświęcił ten niedzielny wieczór, dowiedziawszy się, w jakie
tarapaty popadł tym razem jego podopieczny.
Po krótkim przesłuchaniu - Ryan przyznał się do
wszystkiego, upierał się jednak, że w żadnym razie nie zamierzał zadać
swemu przeciwnikowi tak ciężkich obrażeń - Aaron rozmawiał
z nim jeszcze w cztery oczy. I wcale nie starał się upiększać jego
położenia.
- Bardzo kiepsko to wygląda - oznajmił. - Bardzo źle,
musisz sobie zdawać z tego sprawę. Człowieku, ten chłopak jest
cholernie ciężko ranny! Dotarło do ciebie, ile ma lat?
Dziewiętnaście! Sprałeś dziewiętnastolatka tak mocno, że teraz całymi
tygodniami będzie leżał w szpitalu, tylko dlatego, że był podpity
i zachowywał się po chamsku!
- Obraził mnie - zaznaczył Ryan.
- Zaczepiał wielu ludzi przebywających wtedy w pubie.
Jednoznacznie to stwierdzono, słyszałeś przecież. Był zalany
w pestkę, zataczał się od stolika do stolika i plótł jakieś
głupstwa. Nikt nie brał tego poważnie. Tylko ty jeden zareagowałeś
i zupełnie cię poniosło!
Ryan milczał. I cóż miał powiedzieć?
Aaron westchnął.
- Tym razem się nie wykręcisz, wylądujesz w pudle. Nie
zdołam temu zapobiec.
Ryan spojrzał nań błagalnym wzrokiem.
- Aaron, proszę, musisz mi pomóc! To znaczy... ciężkie
pobicie... Czy rzeczywiście tak się to skończyło?
- Obawiam się, że tak - odparł Aaron. - Twoja ofiara
leżała w kącie, brocząc krwią, nieprzytomna, później
stwierdzono jeszcze wstrząs mózgu i złamanie podstawy czaszki. Nikt
nie wie, z jakimi następstwami tych obrażeń chłopak będzie
się zmagał, może nawet przez resztę swego życia. Wszystko to
z pewnością zostanie uznane za ciężkie uszkodzenie ciała. Jeśli
dopisze nam szczęście, przeforsuję dla ciebie paragraf 20, który
jest o tyle korzystniejszy, że uznają, iż nie działałeś rozmyślnie
ani ze szczególnie złośliwym zamiarem. Sam byłeś pijany,
poczułeś się sprowokowany i tak dalej. Nie mogłeś przewidzieć,
że uderzy o kant tego stołu. Będę próbował, Ryan. Zrobię, co
w mojej mocy.
- A jeśli się nie uda? - zapytał trwożliwie Ryan.
- Wtedy dostaniesz paragraf 18. Mówiąc w pewnym
uproszczeniu: umyślne ciężkie uszkodzenie ciała. To może
oznaczać do dwudziestu pięciu lat pozbawienia wolności.
- Dwadzieścia pięć lat? Aaron, nawet nie miałem przy
sobie broni. Ja...
- To nieistotne - wyjaśnił Aaron.
Ryan poczuł, jak wokół szyi zaciska mu się pętla. Z coraz
większym trudem przełykał ślinę.
- Jeśli oni... no więc jeśli oni mi uwierzą, że wcale tego nie
chciałem... Ile wtedy będę musiał...?
- Do pięciu lat. I przypuszczam, że tyle właśnie
dostaniesz. Nie potrafię sobie wyobrazić sędziego, który byłby gotów
złagodzić ci karę. Masz na swoim koncie dwa wyroki
w zawieszeniu. Twoje pozostałe drobne występki zapełniają już cały
policyjny segregator. Jesteś notowany od lat młodzieńczych.
Mam ci powiedzieć, kogo zobaczy w tobie sędzia? Przypadek
beznadziejny. Który wreszcie należy skonfrontować
z rzeczywistością.
Ryan był załamany. Zrozumiał, że Aaron ma rację. Posunął
się za daleko. Zupełnie bez powodu. Nawet nie znał tego
chłopaka. Uświadomił sobie, że nie da się też mówić o poważnej
prowokacji, która mogłaby go skłonić do takiej reakcji.
Prawdą było bowiem to, co świadkowie zeznali policji: chudy pijany
chłopak zaczepiał w pubie niemal każdego. Nawet nie można
go było dobrze zrozumieć. Lecz tylko jednego człowieka zdołał
tym sprowokować do wybuchu niekontrolowanej agresji:
Ryana Lee. Który nie potrafił się powstrzymać przed
przekroczeniem swego cholernie nisko umiejscowionego progu przemocy.
- Radziłem ci, żebyś poszedł na trening tłumienia agresji
- odezwał się Aaron - ale domyślam się, że skończyło się na
twojej obietnicy, że to zrobisz?
Ryan wbił wzrok w podłogę. Rzeczywiście miał taki zamiar.
Wiedział, że reaguje zbyt gwałtownie i czym prędzej musi coś
z tym zrobić. A jednak nie potrafił się na to zdobyć.
- Cóż - rzekł Aaron - a zatem po tylu latach będziesz
musiał wypić piwo, którego nawarzyłeś. Nic na to nie poradzimy,
chłopcze. Może kiedy już wyjdziesz na wolność, wreszcie
zrozumiesz, o co naprawdę w życiu chodzi!
- Myślisz, że będę musiał odsiedzieć cały wyrok?
- Jeśli naprawdę się postarasz, jeśli rzeczywiście będziesz
grzeczny, dzielny i okażesz skruchę, wtedy z pewnością czeka
cię przedterminowe zwolnienie za dobre sprawowanie. Po
jakichś dwóch latach.
Dwa lata. Cała wieczność...
- Ale - upewniał się Ryan - do czasu rozprawy będę na
wolności?
Tak właśnie było w poprzednich dwu przypadkach, kiedy
wniesiono przeciw niemu oskarżenie: Aaron za każdym razem
zdołał oszczędzić mu pobytu w areszcie śledczym.
Ku swemu przerażeniu zobaczył jednak, że także przy tym
pytaniu, które uznał raczej za stwierdzenie, adwokat potrząsa
głową.
- Nie wygląda to dobrze. Obawiam się, że już cię nie
wypuszczą.
- Ale...
- Będę próbować, ale moim zdaniem istnieje niestety dość
powodów do zasądzenia aresztu śledczego. Szczególną wagę
ma przy tym fakt, że nie posiadasz obecnie stałego miejsca
zamieszkania i że próbowałeś uniknąć aresztowania, rzucając się
do ucieczki. Przykro mi, ale także w tej kwestii masz słabe karty.
- Ale ja muszę wyjść! - zaklinał się Ryan. Znów oblewał
się potem, podobnie jak wczesnym wieczorem, kiedy wracał do
Swansea. Do jasnej cholery, Vanessa Willard leży w jaskini,
zamknięta w skrzyni. Jeśli będzie oszczędnie rozporządzać
zapasami, żywności starczy jej ledwie na tydzień. I na tym koniec. Nie
wspominając o mękach, jakie będzie musiała przez ten tydzień
znosić - zamknięta w ciasnocie i ciemnościach, przejęta
strachem. A potem czeka ją powolna, żałosna, przerażająca śmierć.
Musi ją uwolnić. Koniecznie musi ją uwolnić, zanim
pójdzie na co najmniej dwa lata do pudła.
- Aaron, proszę. To bardzo ważne. Nie możesz... nie
możesz za mnie poręczyć? Że nie ucieknę? Przysięgam, że pojawię
się na rozprawie! Proszę!
- Spróbuję wszystkiego - zapewnił Aaron. - Możesz na
mnie liczyć. Ale nic ci nie mogę obiecać.
- Kiedy decyzja o aresztowaniu?
- Niedługo. W przeciągu najbliższych dwudziestu czterech
godzin.
- Najważniejsze, bym wyszedł na wolność!
- Ryan! - Aaron pochylił się nad stołem i spojrzał Ryanowi
prosto w oczy. - Ryan, o tym zdecydują inni. Nic na to nie
poradzisz, nic tu nie wyprosisz! Niestety, nie pozostaje ci nic innego,
jak tylko czekać na to, co się stanie, i dobrze ci radzę, zachowuj
się spokojnie, niepozornie, a przede wszystkim uprzejmie, gdyż
inaczej tylko pogorszysz swoją sytuację. Przez ostatnie
czternaście lat brytyjski wymiar sprawiedliwości dał ci mnóstwo
okazji do poprawy, a teraz po prostu musisz zaakceptować fakt, że
nikt nie będzie wobec ciebie wspaniałomyślny. Zresztą co ja ci
będę tłumaczył. Zaprzepaściłeś tę szansę. Z własnej winy!
- Aaron! Tylko jeden dzień! Muszę wyjść na jeden dzień!
- Po co?
- Bo... - Urwał. Pojawiło się pytanie, co będzie, jeśli teraz
wtajemniczy Aarona Craiga. Jako adwokata obowiązywała go
tajemnica zawodowa. Jeśliby mu się udało uchronić Ryana od
aresztu śledczego - co wydawało się bardzo mało
prawdopodobne - Ryan sam mógłby uwolnić Vanessę, przy założeniu,
że Aaron nie zaprotestuje przeciwko przetrzymywaniu kobiety
w takich warunkach przez kolejne dwadzieścia cztery godziny.
W przeciwnym razie adwokat musiałby interweniować osobiście.
Istniały dwie możliwości: Aaron pojedzie do Lisiej Doliny
i uwolni Vanessę, mało prawdopodobne jednak, by nie został
przy tym zauważony. Nie mógł ot tak, po prostu odkręcić śrub,
po czym salwować się ucieczką, zostawiając Vanessę na pastwę
losu. Przebywając w zamkniętej skrzyni, kobieta mogła się
tymczasem zranić, zapewne nadal pozostawała w stanie ciężkiego
szoku. Aaron nie miałby wyboru, musiałby ją zawieźć do
szpitala lub od razu wezwać pogotowie. Policja z pewnością nie
uwierzyłaby w wersję, że to adwokat uprowadził i uwięził Vanessę
Willard. Nawet jeśliby trzymał język za zębami, nietrudno
byłoby się domyślić, że działał na rzecz swego klienta, który
planował ohydną zbrodnię i przystąpił do jej realizacji. Ile czasu
by upłynęło, zanim wpadliby na jego, Ryana, trop? Człowieka,
który został tego wieczoru aresztowany i niezwłocznie zażądał
kontaktu z Craigiem.
Prawdziwe niebezpieczeństwo stanowiła jednak sama
Vanessa Willard, również w przypadku wyboru drugiej opcji,
polegającej na tym, że Aaron, wykonując anonimowy telefon, od
razu wskaże policji kryjówkę w Lisiej Dolinie. Ryan nie miał
pojęcia, ile szczegółów Vanessa zapamiętała, co dokładnie
zobaczyła. Bądź co bądź kilkakrotnie przejeżdżał tam i z powrotem
drogą biegnącą obok parkingu. A jeśli Vanessa zauważyła biały
samochód z napisem Clean?! Jako że Clean! było siecią pralni
prowadzącą działalność na terenie całej Wielkiej Brytanii,
policja będzie musiała sprawdzić mnóstwo pojazdów, nawet jeśli
z początku ograniczy poszukiwania do obszaru Pembrokeshire
i okolic Swansea. Ryan zdawał sobie sprawę z tego
niebezpieczeństwa, które mogło się pojawić po uwolnieniu Vanessy,
dlatego postanowił później dokładnie wyczyścić swój samochód, by
nie dało się go powiązać ze sprawą porwania Vanessy Willard.
W obecnej sytuacji nie miał takiej możliwości. W samochodzie
zapewne aż się roiło od śladów - włosy, włókna, fragmenty
naskórka i tym podobne. Na tylnym siedzeniu wciąż leżały jego
sweter, rękawiczki i bejsbolówka. Postąpił idiotycznie, od razu
się ich nie pozbywając, Vanessa będzie je w stanie
zidentyfikować. Wina Ryana będzie oczywista, dowody przeciwko niemu
są przytłaczające. Wiedział też doskonale - nawet nie musiał
o to pytać - że cokolwiek Aaron Craig byłby gotów dla niego
uczynić, usuwanie śladów na miejscu przestępstwa
z pewnością nie wchodziło w rachubę.
- Mam jeszcze jedną, dwie ważne sprawy do załatwienia -
powiedział. - Nie chciałbym o nich mówić.
- Mogę się tym zająć?
- Nie - odparł Ryan, zerkając w bok. Być może przystąpił
właśnie do podpisania wyroku śmierci na Vanessę Willard.
Istniała jedynie znikoma szansa.
Spotkanie z sędzią śledczym, które zakończy się dla niego
pomyślnie.
4
Niecałe dwadzieścia cztery godziny później, w poniedziałek
po południu, Ryan stanął przed Magistrates' Court, który miał
zdecydować o jego zwolnieniu bądź zatrzymaniu w areszcie
do dnia rozprawy głównej. Tak jak przewidywał Aaron Craig,
wypuszczenie na wolność kogoś takiego jak Ryan Lee uznano
za nad wyraz nieuzasadnione, głównie ze względu na wagę
zarzucanego mu czynu. Fakt, że słysząc wezwania policjantów do
zatrzymania się, rzucił się do ucieczki, pogarszał jeszcze całą
sprawę. Istotną rolę odegrała także okoliczność, że nie posiadał
stałego miejsca zamieszkania, zamiast tego od miesięcy wciąż
zmieniał miejsce pobytu, zatrzymując się u rozmaitych
znajomych, a ostatnio u swej byłej partnerki. Aaron argumentował,
że jego klient od prawie pół roku w sposób zadowalający
wykonywał swoją pracę jako kierowca w firmie pralniczej, gotów był
również poręczyć za swego klienta, iż ten pozostanie w Swansea
oraz punktualnie pojawi się na rozprawie głównej. Wykorzystał
ową garstkę argumentów, jakie mu pozostały, na niewiele się
to jednak zdało. Sędzia znał Ryana Lee i miał już dość jego
niekończących się wybryków. Poza tym zaistniałe okoliczności nie
pozostawiały mu praktycznie żadnego wyboru.
Zasądził zatrzymanie w areszcie śledczym. Ryan trafi do
zakładu karnego w Swansea, gdzie będzie oczekiwał na rychły
proces.
Ryan zrozumiał, że nadszedł moment, kiedy będzie się
musiał zwierzyć swemu adwokatowi. Aaron Craig był teraz jedyną
szansą, jaka pozostała Vanessie Willard.
Nic jednak nie uśmierzyło jego lęków i zmartwień, wręcz
przeciwnie, stały się jeszcze bardziej przytłaczające. Nawet jeśli
za spowodowanie uszkodzenia ciała dostanie tylko pięć lat, to
kiedy wtajemniczy Aarona i wypłynie sprawa Vanessy Willard,
czeka go jeszcze z dziesięć kolejnych lat odsiadki. Albo
dwanaście. Albo więcej. Nie wiedział tego dokładnie, miał jednak
przeczucie, że z tarapatów, w jakich się znalazł, nie wychodzi
się ot tak, obronną ręką. Pierwszy tydzień minął mu okropnie.
Więzienie okazało się dlań prawdziwym piekłem, tak jak to
sobie wyobrażał, choć wiedział przecież, że to dopiero przedsmak
tego, co go czeka - areszt śledczy był bardziej komfortowy, miał
w nim znacznie więcej przywilejów niż we właściwym
więzieniu, do którego miał później trafić. Najgorsze było jednak to, że
nie potrafił myśleć o niczym i nikim innym, jak tylko
o Vanessie. Był przestępcą, z charakteru chwiejnym i agresywnym, lecz
nigdy jeszcze nie wyrządził nikomu umyślnie takiej krzywdy,
jaką wyrządzi Vanessie Willard, jeśli jak najszybciej nie zdoła
jej uwolnić. Nie znał tej kobiety, lecz przez cały tydzień
przeżywał jej los z taką intensywnością, że miał już nieomal wrażenie,
jakby powoli stapiał się z nią w jedno. Słyszał jej krzyki, czuł, jak
jej głos staje się coraz bardziej ochrypły i urywany. Widział, jak
usiłuje się wydostać ze skrzyni, łamią się jej paznokcie, jak
drzazgi wbijają się jej pod skórę, gdy desperacko skrobie po wieku.
Czuł, jak opanowuje ją panika i niemal wpędza w szaleństwo.
Miał przed oczami chwile, w których ona próbuje odzyskać
spokój, w których dodaje sobie odwagi, usiłuje zebrać w sobie
siły, poprzez autogeniczny trening lub ćwiczenia jogi stara się
odzyskać stan umysłu, który jakimś sposobem pozwoliłby jej
zatriumfować nad własną rozpaczą. Wyobrażał sobie, jak
potem znów się załamuje, krzycząc, przewraca się w tym swoim
więzieniu, uderza głową, ryczy jak jakieś zwierzę, udręczona,
poddana torturom, obłąkana śmiertelnym strachem.
W ciągu tego tygodnia schudł prawie trzy kilogramy,
nocami budził go własny krzyk.
W sobotę uświadomił sobie, że Vanessie, nawet jeśli
oszczędzała zapasy żywności, nie zostało już nic do jedzenia.
W niedzielę musiał przyjąć, że nie piła od co najmniej
dwudziestu czterech godzin. Wmawiał sobie, że nie może irytować
Aarona, wzywając go w weekend do aresztu, więc postanowił
spotkać się z nim nazajutrz, wyznać mu wszystko i poprosić, by
podjął konieczne kroki w celu uwolnienia Vanessy.
W poniedziałek rano odmówił spożycia śniadania. Po
nieprzespanej nocy był u kresu sił. Gruntownie przeanalizował
w myślach kwestię, w jaki sposób uratować Vanessę, i za
każdym razem dochodził do wniosku, że nie wygląda to dla niego
najlepiej - acz gorzej jeszcze dla samej Vanessy. Zagrożenie
wynikające z faktu, że podejmie próbę jej uwolnienia, nie
usunąwszy uprzednio wszelkich śladów świadczących przeciwko
niemu, wydawało mu się przytłaczające. Jak w ogóle mógł się
w to wplątać? Jak mógł kiedykolwiek pomyśleć, że to się uda?
"Dziesięć lat za kratkami albo i dłużej - pomyślał ze zgrozą.
- Tyle nie przetrzymam. Nigdy w życiu. Nie mogę ryzykować. Nie mogę".
Tego ranka był tak wzburzony, że dostał gorączki i musiał
go zbadać lekarz.
- Co się z panem dzieje? - zapytał. - Tak gwałtowny skok
temperatury to coś bardzo dziwnego.
- To cała ta sytuacja - odparł Ryan. - Stąd się to wzięło.
Lekarz podał mu lekarstwo i gorączka opadła. Udręka
jednak pozostała. Według wszelkiego prawdopodobieństwa ona jeszcze żyje, podpowiadał mu wewnętrzny głos, jeszcze nie
doszło do tragedii. Obejdą się z tobą nieco łagodniej niż gdyby...
Ale jeśli w ogóle nic nie powiem, wyjdę z tego obronną ręką.
Będziesz musiał z tym żyć.
Wszystko kiedyś zblaknie. Wszystko osłabnie. Nawet okropne wspomnienia.
Vanessa Willard na zawsze pozostanie twoim koszmarem.
Nie chcę reszty życia spędzić za tymi murami. Nie mogę. Ja tutaj zwariuję. Muszę stąd wyjść!
Jesteś potworem.
Nie! To tylko pech! To po prostu cholerny pech!
Leżał na pryczy i przycisnąwszy twarz do poduszki, płakał.
Płakał z powodu Vanessy, kobiety, której nawet nie znał.
Płakał, gdyż wiedział, że nie powie ani słowa.
1
Matthew poznałam pewnego wiosennego wieczoru w marcu,
wieczoru, kiedy po raz pierwszy po długiej, wilgotnej, brudnej
zimie uświadomiłam sobie w całej pełni, że dni znacznie
dłużej rozjaśnia światło, a wszystko niepowstrzymanie zmierza
wielkimi krokami ku lepszemu. Nie tylko pogoda. Również ból,
który przez tak długi czas ściskał jak klamra moje serce.
Powietrze było przesycone ciepłem, a niebo rozległe i jasne.
Wyszłam z mieszkania i udałam się na proszoną kolację do mojej
przyjaciółki Alexii Reece. Woń morskiej soli, zimą nierzadko
tak ostra i przenikliwa, złagodniała. Miałam na sobie krótką
sukienkę i cienkie rajstopy, do tego lekki płaszcz, w którym trochę
marzłam. Było mi jednak wszystko jedno.
Nadchodziła wiosna. Na dworze - i w mojej duszy.
Alexia, jej mąż oraz czwórka ich dzieci mieszkali na osiedlu
na północnym krańcu Swansea, w mniejszej części i tak
niewielkiego bliźniaka. Za domem rozciągał się mały ogródek,
bezpośrednio do domu przylegał też garaż, za którym stał następny
bliźniak. Mieszkali w ciasnocie, lecz za dom zapłacili oczywiście
stosunkowo niską cenę. Wiedziałam, że z trudem starczało im
na opłaty za czynsz oraz amortyzację, dlatego poszukiwanie
większego i bardziej komfortowego lokum w ogóle nie
wchodziło w rachubę. Alexia była redaktor naczelną "Healthcare",
czasopisma o zdrowiu i fitnessie, w którego redakcji
pracowałam. Miała trzydzieści pięć lat, trzy więcej ode mnie, a jej
sytuacja życiowa zupełnie się różniła od mojej. Obdarzona czwórką
dzieci, w szczęśliwym związku, wciąż potwornie zestresowana,
gdyż zajmując się dziećmi oraz pracą zawodową, każdego dnia
stawała przed coraz to nowymi wyzwaniami. Ja natomiast
dopiero co uwolniłam się z więzów długotrwałego nieszczęśliwego
związku, spiesznie wyjechałam z Brighton, gdzie przez długie
lata mieszkałam i miałam dobrą pracę, i wylądowałam
w Swansea, w redakcji tego okropnego pisma. "Healthcare" zupełnie
nie spełniało moich zawodowych ambicji, nic innego jednak
naprędce nie znalazłam. Będąc kobietą z pełnym średnim
wykształceniem, lecz bez ukończonych jakichkolwiek studiów,
i tak nie miałam wyboru. Od osiemnastego roku życia
imałam się tak przeróżnych zajęć, że praca w "Healthcare" wcale
nie wydawała się najgorsza. Dzięki niej znów miałam kontakt
z Alexią, moją przyjaciółką z najwcześniejszych lat młodości.
Jej rodzina mieszkała naprzeciwko mojego domu w Coventry,
dzięki temu praktycznie razem dorastałyśmy, a różnica wieku
nigdy nie była dla nas żadną przeszkodą.
Alexia pomogła mi przetrwać tę pierwszą okropną zimę
w Swansea, zimę, którą bez niej i jej pocieszających słów pewnie
spędziłabym na długich samotnych spacerach po plaży,
marznąc aż po najgłębsze zakamarki mej duszy. Gapiłabym się na
ołowianoszare morze, rozpaczliwie rozmyślając o tym,
dlaczego między mną a Garrettem się nie układało. Zastanawiałabym
się, jakie tajemnice może jeszcze skrywać życie przed
trzydziestodwuletnią kobietą, która niespodziewanie przemieniła się
na powrót w singielkę. Nie zabrakło oczywiście spacerów nad
brzegiem morza oraz łez płynących bez końca. Ale także przerw
obiadowych spędzanych z Alexią w kawiarence, wieczorów
u niej w domu, czasem również wspólnych wyjść do kina czy
weekendowych wycieczek z całą jej rodziną. Robiła wszystko,
by umilić mi czas aklimatyzacji w Swansea. Pokazała mi Walię;
przywykłam do tego, że niektórzy ludzie mówią tutaj zupełnie
niezrozumiałym dla mnie językiem. Przywykłam również do
tablic miejscowości, na których widniały nazwy miast i wsi
zarówno w angielskiej, jak i walijskiej wersji językowej - na tych
ostatnich istotnie można sobie połamać język. Krajobraz
ciągnący się wzdłuż zachodniego wybrzeża był surowy, pogoda
często wietrzna i deszczowa, lecz wszystko, co odróżniało go
od Brighton, odbierałam pozytywnie. W tamtym okresie
niekoniecznie miałam powody, by czuć wdzięczność wobec własnego
losu, byłam wszakże wdzięczna za to, że spotkałam Alexię.
Nim dotarłam na przystanek autobusowy, kupiłam
w przydrożnym sklepie dwa bukiety tulipanów, które następnie
przemieszałam i złożyłam w jedną ogromną wiązankę. W autobusie
przywarłam twarzą do szyby. Patrzyłam na morze. Nie było już
takie szare. Mieniło się błękitem. Podobnie jak ów cały
rozświetlony słońcem marcowy dzień.
Gdy szłam ulicą, przy której mieszkała Alexia, powoli
zapadał już zmierzch. Typowa okolica dla młodych rodzin.
Niewielkie domy, małe ogródki. Przed drzwiami stały oparte rowery,
rolki i deskorolki. W ogródkach zaś wisiały huśtawki
i drabinki do wspinania się. Okolica pełna dzieci. Widok ten napełniał
mnie mieszaniną ciepła i smutku. Był to też powód naszego
rozstania: Garrett nie chciał mieć dzieci. Nie chciał także ślubu.
Chciał swobodnego, nieskrępowanego życia japiszona. Ja zaś
w którymś momencie zrozumiałam, że to się nigdy nie zmieni.
Garrett tymczasem skończył czterdziestkę. I nadal nie
zamierzał brać odpowiedzialności za nikogo poza samym sobą. Dla
niego liczyło się to, by jeździć świetnym samochodem,
mieszkać w pompatycznie urządzonym mieszkaniu, chodzić na
niezliczone przyjęcia. Był strasznie dumny z tego, że na Facebooku
ma ponad ośmiuset znajomych. Mając lat dwadzieścia kilka
mogłabym dzielić z nim tego rodzaju życie. Jednak już przed
trzydziestymi urodzinami zaczęłam się zmieniać, zaczęły się
zmieniać moje potrzeby, powoli, lecz nieubłaganie. Dochodziło
do dyskusji, kłótni, niezbyt przyjemnych debat.
I dlatego właśnie znalazłam się tutaj. W Swansea, przed
domem mojej przyjaciółki Alexii. W ów wspaniały marcowy
wieczór, z ogromnym bukietem tulipanów w ręku.
Odpychałam od siebie każdą myśl o Garretcie. Koniec.
Minęło. Patrz w przyszłość, Jenno Robinson!
U Alexii jak zawsze panował chaos. Także w ten piątek
pracowała do szóstej, niedawno wróciła do domu
i próbowała właśnie położyć dzieci do łóżek. Zdołała tylko otworzyć mi
drzwi i powiedzieć: "Wchodź, zdejmij płaszcz!", a potem znów
zniknęła, usiłując złapać Evana, swego trzyletniego syna, który
wyskoczył właśnie z wanny i nagi, ociekając wodą, biegł przez
przedpokój, by w salonie wskoczyć na sofę i zacząć krzyczeć.
Z pokojów na piętrze dobiegał dziki ryk; to dwie starsze siostry
Evana, Kayla i Megan, zaciekle się kłóciły. Gdzieś popłakiwała
mała Siana, która w styczniu skończyła roczek. Stałam
w wąziutkim przedpokoju wśród gumowców, parasoli, między
piłkami, łyżwami i kijami hokejowymi. Jakimś sposobem
wyłuskałam się z płaszcza i ucieszyłam, gdy z kuchni wyłonił się Kendal
Reece, mąż Alexii, i wziął ode mnie bukiet kwiatów.
- Całkiem zwyczajne szaleństwo - powiedział, całując
mnie w oba policzki. - Rozumiesz, czemu Alexia koniecznie
chciała mieć czwarte dziecko?
- Ot, i cała Alexia - odparłam. - Uwielbia iść na całość.
Alexia pojawiła się w drzwiach do salonu ze swym mokrym,
wierzgającym synem pod pachą.
- Zaraz wracam - zapewniła - rozgość się tymczasem.
Weszłam za Kenem do kuchni. Panowały tam podobny
bałagan i ciasnota jak w pozostałej części domu, Ken wyszukał
jednak gdzieś wazon, wstawił doń tulipany, po czym wcisnął mi
w dłoń kieliszek białego wina. W piekarniku znajdowała się
pieczeń, na stole, pomiędzy warownym zamkiem z klocków lego
a pudłami z farbami wodnymi, stał duży półmisek z sałatką.
Pachniało pomidorami, cebulą, ogórkami i awokado. Ken
prawie zawsze zajmował się kuchnią, gdy przychodziłam
w odwiedziny. Z zawodu był inżynierem specjalizującym się w budowie
okrętów, pochodził ze starej walijskiej rodziny, od stuleci
osiadłej na zachodnim wybrzeżu. Razem z przyjacielem prowadził
własną stocznię nad Cardigan Bay, gdzie budował żaglówki. Po
narodzinach pierwszej dwójki dzieci rodzina przeprowadziła
się do Swansea, gdyż Alexia, mieszkając na prowincji, nazbyt
uwiązana w domu przez dwójkę maluchów, zaczęła od tego
zasiedzenia dostawać szału. Obecnie to ona pracowała, podczas
gdy Ken zajmował się dziećmi, jednocześnie pisząc książkę na
temat budowy żaglowców. Już od dawna nosił się z tym
zamiarem, dostrzegł więc świetną okazję do zrealizowania swego
planu. Ken i Alexia tworzyli parę idealną, świadomość tego
napełniała mnie czasem zazdrością. Jeśli o mnie chodzi,
w kontaktach z mężczyznami zawsze wyciągałam puste losy.
Uprzątnęłam z krzesła kilka dziecięcych butów, w których
tkwiły niesamowicie brudne skarpety, usiadłam, łyknęłam wina
i spojrzałam na Kena, który nałożył do misek sałatkę, wyciągnął
z piekarnika pieczeń i zaczął ją kroić w plasterki. Czułam się
odprężona, czułam narastającą ufność. "Ty także odnajdziesz
swój dom - przemknęło mi przez myśl - może nawet szybciej
niż się tego spodziewasz".
W końcu w kuchni pojawiła się Alexia, wykończona,
z potarganymi włosami.
- Wszyscy w łóżkach - oznajmiła. - Ken, ja też muszę się
napić wina!
Osunęła się na ławę i zaczęła wachlować dłonią rozpalone
policzki.
- To wszystko przez tę niańkę. Za bardzo rozpieszcza
dzieci. Dlatego wieczorami są tak rozbrykane!
Zatrudniali opiekunkę na godziny, by Ken miał czas
pracować nad książką. Alexia jej nie znosiła, lecz podobnie jak
w przypadku domu, kosztowała ich niewiele, więc musieli do
niej przywyknąć.
Ken podał żonie kieliszek wina.
- Znów musiałem uprzątnąć z jadalni jedno nakrycie.
Przez nieuwagę nakryłaś dla czterech osób.
Alexia upiła spory łyk wina.
- Nie, wszystko się zgadza.
- A któż ma jeszcze przyjść? - zapytałam zdumiona.
Wydawało się, że Alexia poczuła się niezręcznie.
- Zaprosiłam jeszcze naszego starego przyjaciela. Całkiem
spontanicznie.
- Kogo? - dopytywał się Ken.
- Matthew.
- O nie!
- Zbyt długo się nie widzieliśmy - zaoponowała Alexia. -
Za często przebywa sam, już najwyższy czas, żeby...
Najwyraźniej był to samotny mężczyzna. O którego trzeba
się było zatroszczyć! Miałam złe przeczucia.
- O nie, Alexia, proszę! Toż to kolacja dla swatów, zgadza
się? Twoja biedna, samotna przyjaciółka Jenna. I wasz biedny,
samotny przyjaciel Matthew. Niech zgadnę: jest rozwiedziony?
Wdowiec? Nie ma się z kim związać?
Przez chwilę w kuchni zapanowało milczenie. Alexia i Ken
spojrzeli po sobie.
- Powinnaś była uprzedzić Jennę - powiedział w końcu
Ken. - Matthew to przypadek szczególny. Trudno to wyjaśnić.
No więc, rozwiedziony czy owdowiały... Niezupełnie. To
skomplikowane. Musisz wiedzieć, że...
Przerwał, w tej bowiem chwili rozległ się dzwonek do drzwi.
Alexia poderwała się z miejsca.
- Po prostu bądź sobą - rzuciła. - Zachowuj się całkiem
normalnie!
Pobiegła do drzwi. Spojrzałam na Kena.
- Ken...
- Jego żona zniknęła - szepnął Ken. - W tajemniczych
okolicznościach. Dwa i pół roku temu. Nigdy więcej o niej nie
usłyszał. Przypuszczalnie padła ofiarą morderstwa, ale... nie zostało
to do końca wyjaśnione. I dlatego to takie trudne, rozumiesz?
Wyszedł z kuchni powitać swego przyjaciela.
Powoli ruszyłam za nim.
2
Wyrosłam już z wieku, w którym wierzy się jeszcze w miłość od pierwszego wejrzenia. W to, że nagle uderza w nas grom.
Że zupełnie obcemu człowiekowi zagląda się głęboko w oczy
i odnajduje w nich pokrewną duszę. Wiele lat wcześniej
doświadczyłam tego z Garrettem - a przynajmniej sądziłam, że
tak się właśnie dzieje. Kiedy wszystko między nami zakończyło
się fiaskiem, przyrzekłam sobie solennie, że już nigdy więcej
nie pozwolę się zwodzić uczuciom, że nigdy więcej nie stracę
głowy.
Kiedy ujrzałam Matthew Willarda, nie trafił we mnie żaden
grom. Coś jednak zaiskrzyło, gdy podałam mu rękę
i przywitałam się z nim. Alexia przedstawiła nas sobie. Nie
zapłonęłam od razu uczuciem do niego, niemniej jednak wzbudził we
mnie zaciekawienie, czułam, że coś mnie w nim pociąga. Po raz
pierwszy od dnia, w którym rozstałam się z Garrettem,
poczułam ochotę przebywania sam na sam z mężczyzną, pragnęłam
usiąść z nim w jakimś cichym kąciku, sączyć wino i dowiedzieć
się o nim wszystkiego. Oraz opowiedzieć mu o sobie.
O cichym kąciku mogliśmy oczywiście zapomnieć.
Siedzieliśmy w zabałaganionej miniaturowej jadalni Reece'ów. Przed
kaloryferem przy oknie na rozkładanym stojaku suszyły się
dziecięce ubrania. Zajadaliśmy się smakowitą potrawą
przyrządzoną przez Kena. Alexia opowiadała zabawne historie ze
swojego życia, przerywając, gdy w drzwiach pojawiało się któreś
z dzieci i stojąc boso, w piżamie, skarżyło się, że nie może
zasnąć. Evan chciał jeszcze kubek ciepłego mleka, siedmioletnią
Kaylę rozbolał brzuch, a pięcioletnia Meg zobaczyła w swoim
pokoju czarnego mężczyznę. Alexia i Ken na zmianę
podejmowali się rozwiązania tych problemów, zabierali dzieci na górę,
podgrzewali mleko i nurkowali pod łóżko, by udowodnić, że
nikt się pod nim nie ukrył.
- Zajmowanie się czwórką małych dzieci to wyczerpujące
zajęcie - wyznał Matthew - lecz z pewnością również cudowne.
Mówiąc to, posmutniał.
"Może to właśnie tak mnie w nim pociąga - pomyślałam -
ta melancholia malująca się na jego twarzy". Wyglądał na
zmęczonego.
Oceniłam, że ma czterdzieści kilka lat, jednakże jego oczy
sprawiały niekiedy wrażenie starszych, tak były znużone.
- Wspomniałam już, że Jenna dopiero od niedawna
pracuje w mojej redakcji? - zapytała Alexia. - I jest jedną
z najlepszych. To naprawdę szczęśliwy traf.
- A zatem jest pani dziennikarką? - dopytywał się Matthew.
Potrząsnęłam głową.
- Właściwie nie.
Nigdy wcześniej przyznanie się, że nie posiadam
porządnego wykształcenia, nie sprawiło mi tyle przykrości. Zaraz po
ukończeniu szkoły opuściłam dom rodzinny i próbowałam
swych sił jako piosenkarka, a ponieważ brakowało mi
niezbędnego talentu, przedsięwzięcie to zakończyło się, rzecz jasna,
fiaskiem. Imałam się rozmaitych zajęć, aż wreszcie wylądowałam
w agencji muzycznej w Brighton, gdzie zajmowałam się
kontaktami z prasą.
- Jenna pracowała w Brighton dla renomowanej agencji -
wyręczyła mnie Alexia. - Po rozstaniu z partnerem wyjechała
z miasta, by się otrząsnąć z tej historii, i na szczęście mogłam jej
zaproponować pracę w "Healthcare". Jest teraz moją asystentką.
- Rozumiem - odparł Matthew.
Od tej chwili atmosfera stała się nieco napięta, kiedy
bowiem Alexia wspomniała o moim smutnym rozstaniu
z Garrettem, także Matthew Willard zrozumiał, dlaczego oboje
zostaliśmy zaproszeni. A to wprawiło go w zakłopotanie. Na szczęście
Alexia zawsze miała tyle do powiedzenia, że nie dochodziło do
kłopotliwych przerw w rozmowie. Ken podał pyszny deser,
potem usiedliśmy przy kominku w salonie, wypiliśmy kawę
i trochę gawędziliśmy. W końcu Matthew zerknął na zegarek.
- Pół do dwunastej. Tak mi przykro... ale mam za sobą
ciężki dzień.
- Ja także - przyznałam. Zauważyłam tymczasem, że Ken
wyglądał na bardzo zmęczonego, nawet Alexia nieco przycichła.
- I tak za kwadrans mam ostatni autobus.
- Przyjechała pani autobusem? - zdziwił się Matthew.
- Sprzedałam mój samochód - wyjaśniłam. - Miałam
wrażenie, że mi się tu nie przyda, cóż, a poza tym... - Nie
dokończyłam zdania. Nie był to najlepszy moment, by przyznać,
że w "Healthcare" zarabiało się marnie, stąd też zwyczajnie nie
stać mnie było na utrzymanie samochodu. Nawet
wynagrodzenie Alexii, redaktor naczelnej, było tak mizerne, że mogła sobie
pozwolić tylko na ten ciasny dom, w którym prawie się
nawzajem zadeptywali. Wiedziałam, że Alexia rozglądała się za inną
posadą, również dlatego, że wciąż dochodziło do spięć
z właścicielem wydawnictwa prasowego, do którego "Healthcare"
należało. Jako że nie zamierzała rezygnować z prestiżu swego
stanowiska, a więc od razu chciała zająć fotel szefowej, jej
szanse nie przedstawiały się różowo. Ja także nie zamierzałam tam
wiecznie pracować, nie miałam co do tego wątpliwości,
podchodziłam jednak do tej kwestii spokojniej, gdyż musiałam się
troszczyć wyłącznie o siebie. Postanowiłam odzyskać najpierw
wewnętrzny spokój, przeboleć moje rozstanie, a dopiero potem
rozejrzeć się za nową pracą.
- Chętnie odwiozę panią do domu - zaproponował Matthew.
Oczy Alexii natychmiast pojaśniały. Wszystko szło zgodnie
z planem.
- To naprawdę miło z twojej strony, Matthew - uprzedziła
mnie. - Jenna się ucieszy, prawda?
- Tylko jeśli nie będzie pan musiał nadkładać drogi -
zastrzegłam. - Mieszkam tuż przy Victoria Park. A pan?
- W Mumbles. Ale...
- To zupełnie nie po drodze.
- Dla mnie to bez znaczenia - zapewnił Willard. - To
absolutnie żaden kłopot.
- To oczywiste, że Jenna zabierze się z tobą -
oznajmiła Alexia. - Musiałaby czekać na autobus, a potem jeszcze iść
sama w ciemnościach. A tak przynajmniej będę spokojniejsza!
To przesądziło sprawę.
Matthew jeździł dużym czarnym bmw, autem świadczącym
o jego dochodach, podobnie zresztą jak adres. Mumbles.
Niewielka miejscowość na zachód od Swansea, uroczo położona
nad samym morzem. W szkole dowiedziałam się, że
z początkiem dziewiętnastego wieku ruszyła z Mumbles do Swansea
pierwsza na świecie kolej żelazna dowożąca pasażerów,
wówczas jeszcze ciągnięta przez konie.
Niewiele rozmawialiśmy, mknąc przez pogrążone
w ciemnościach miasto. W pewnym momencie odwróciłam się
i zobaczyłam leżący na tylnym siedzeniu dość postrzępiony, wełniany
kraciasty koc.
Matthew podążył za moim wzrokiem.
- Koc mojego psa Maxa.
- Ma pan psa?
- Owczarka staroniemieckiego. O bardzo długiej sierści.
- Może go pan zabierać do pracy?
- Na szczęście tak. Właściwie to zabieram go z sobą
wszędzie. Z wyjątkiem dzisiejszego wieczoru... Cóż, mały dom, sporo
ludzi... Max potrzebuje dużo przestrzeni, a tam zawsze miałem
wrażenie, że muszę kulić ramiona i jakoś się kurczyć. Dlatego
nie chciałem robić jeszcze większego zamieszania, zabierając
z sobą ogromnego psa.
Rozumiałam, co ma na myśli.
- Ken i Alexia koniecznie muszą się przeprowadzić. Ale
sprawa najwyraźniej rozbija się o pieniądze. Za pracę
w "Healthcare" dostaje się głodowe pensje, nawet na stanowisku szefowej.
- Zanim Ken otrzyma jakiś grosz za tę swoją książkę, minie
trochę czasu - dodał Matthew. - Mimo wszystko wydaje mi się,
że podchodzą do tego ze spokojem.
Dotarliśmy przed dom, na którego poddaszu mieściło się
moje mieszkanko. Matthew wjechał między zaparkowane
samochody i zatrzymał się.
- Jesteśmy na miejscu.