I
Dawno, dawno temu grupa pięciu złodziei przybyła do wioski Hananoki.
Zdarzyło się to w południe na początku lata, kiedy młode pędy bambusa tu i tam wyciągały ku niebu swe cienkie i świeże, zielone łodygi, a w sosnowym zagajniku grały letnie cykady: zii, zii, zii...
Złodzieje nadeszli z północy, idąc wzdłuż rzeki. W pobliżu wejścia do Hananoki, na zielonym polu porośniętym szczawiem i lucerną, bawił się chłopiec z krową. Choćby tylko po tym złodzieje wywnioskowali, że wioska żyje w pokoju. I już się cieszyli, że z pewnością są tu domy, w których trzyma się i pieniądze, i dobre kimona.
Przez zagajnik przepływała rzeczka, po drodze napotykała koło wodne, które z turkotem mieliło jej wody, a potem płynęła dalej, w głąb wioski.
Kiedy złodzieje dotarli do tego właśnie zagajnika, herszt bandy zwrócił się do swoich kompanów:
- Dobrze więc, ja tu poczekam w cieniu zagajnika, a wy wejdźcie do wioski, rozejrzyjcie się w sytuacji i wróćcie tu. Tylko mi uważać, żeby nie popełnić jakiejś gafy! W końcu dopiero co zostaliście złodziejami. Jeśli natraficie na bogato wyglądający dom, dobrze sprawdźcie, które okno wydaje się łatwe do zbicia, czy jest tam pies, czy nie... Dobra, Kamaemon?
- No... - odpowiedział Kamaemon. Jeszcze do wczoraj był wędrownym kotlarzem, który produkował kotły kama[1] i kociołki herbaciane.
- Dobra, Ebinoj??
- No... - odpowiedział Ebinoj?. Jeszcze do wczoraj był ślusarzem, który produkował zamki do przydomowych magazynów i skrzyń.
- Dobra, Kakubei?
- No... - odpowiedział z kolei młody Kakubei. Pochodził z prefektury Echigo, gdzie w przedstawieniach Kakubei-jishi[2] grał lwa i jeszcze do wczoraj stawał przed progami domów na rękach i fikał koziołki, za co dostawał monety jedno- czy dwumonowe[3].
- Dobra, Kannatar??
- No... - odpowiedział Kannatar?, który przybył z Edo i był synem stolarza. Jeszcze do wczoraj uczył się stolarki, wędrując i podpatrując, jak wytwarza się bramy oraz inne konstrukcje świątyń i chramów w różnych prowincjach.
- A zatem idźcie! Jestem waszym szefem, więc sztachnę się papieroskiem i poczekam tu na was.
Tak oto wszyscy kandydaci na złodziei wyruszyli do wioski Hananoki. Kamaemon udawał kotlarza, Ebinoj? ślusarza, Kakubei grał na flecie melodię do tańca lwa: firli, firli, a Kannatar? podszywał się pod stolarza.
Kiedy odeszli, herszt bandy zwalił się ciężko na trawę na brzegu rzeki i tak jak zapowiedział swoim kompanom, zapalił papierosa, przybierając groźną minę godną złodzieja. Bo i był prawdziwym złodziejem, który od zawsze kradł i podkładał ogień.
- Ja również do wczoraj byłem samotnym złodziejaszkiem, a dzisiaj po raz pierwszy w życiu stałem się hersztem. Jak się dobrze przyjrzeć, to całkiem niezła fucha, taki przywódca. Przecież wystarczy tak sobie poleżeć i poczekać, a podwładni wszystko za ciebie zrobią - Takie właśnie czcze gadki serwował herszt sam sobie, ponieważ nie miał nic lepszego do roboty.
W końcu wrócił pierwszy uczeń, Kamaemon.
- Szanowny szefie!
Herszt żwawo podniósł się z miejsca obok kwiatów ostu.
- Do licha, ale mnie przestraszyłeś! Nie mów do mnie "Szanowny szefie"; to brzmi, jakby gadała rybia głowa! Mów po prostu: "Szefie".
- Z całego serca proszę o wybaczenie - przeprosił uczeń, który pragnął zostać złodziejem.
- Jak tam sytuacja we wsi? - spytał herszt.
- A, tak, wspaniale, szefie. Jest, jest...
- Ale co?
- Okazały dom, a w nim kociołek do gotowania ryżu, taki ogromny, co gotuje 3 miarki to[4]. Będzie z tego masa pieniędzy. Do tego w świątyni wisi też dzwon, całkiem spory. Jeśliby go przetopić, to i pięćdziesiąt kociołków do herbaty da się z niego wykonać, nie fantazjuję! Jeśli myślisz, że kłamię, mogę to zrobić i ci udowodnić!
- Przestań się przechwalać czymś tak idiotycznym! - herszt zbeształ swego ucznia. - Ty głupcze! Jeszcze nie pozbyłeś się swojej natury kotlarza. Tak nie może być! Jesteś kolesiem, który patrzy tylko na kociołki do gotowania ryżu albo na zawieszone dzwony? A to, co to jest? Co to za dziurawy rondel, który trzymasz w ręce?
- Och, to... Jak przechodziłem przed pewnym domem, to wisiał tam i suszył się na płocie. Kiedy się mu przyjrzałem, zobaczyłem, że ma dziury na spodzie. Zupełnie zapomniałem, że jestem złodziejem i nieopatrznie zaproponowałem gospodyni, że naprawię ten rondel za dwadzieścia monów.
- Ty głupcze! To wszystko przez to, że jeszcze nie wbiłeś sobie dobrze do głowy, że twój zawód to złodziej! - pouczał herszt swojego ucznia, jak na herszta przystało. A potem rozkazał mu:
- Skocz jeszcze raz do wioski, dokładnie się rozejrzyj i wróć.
I tak Kamaemon ponownie wyruszył do wioski, machając po drodze dziurawym rondlem.
Następny wrócił Ebinoj?.
- Szefie, ta wioska, jak widzę, jest do niczego! - oznajmił Ebinoj? z bezsilnością.
- Dlaczego?
- W żadnym magazynie nie ma zamka z prawdziwego zdarzenia. Mają tylko zamki, które, jak się wydaje, nawet dziecko by otworzyło.
- A twój zawód to jaki jest?
- No, śluu... sarz?
- Ty głupcze! Jeszcze nie zmieniłeś swojej natury! - wykrzyknął herszt.
- Och...! Proszę o wybaczenie.
- Czyż to właśnie nie taka wioska jest dla nas idealnym źródłem interesu? Więc czy zamiast narzekać, że są tu magazyny, w których zamki nawet dziecko by otworzyło, nie powinieneś uważać, że to dla nas sprzyjająca sytuacja? Głupcze! Idź jeszcze raz do wioski, rozejrzyj się ponownie, a potem wróć tutaj!
- Rzeczywiście, taka właśnie wioska to będzie dobry interes - zadumał się Ebinoj? i znów wyruszył do wioski.
Następnie przyszedł młody Kakubei. Ponieważ po drodze przygrywał sobie na flecie, jeszcze zza zagajnika można było poznać, kto idzie.
- Ja długo jeszcze będziesz wygrywał swoje "firli, firli"?! Złodziej stara się w miarę możliwości nie wydawać dźwięków! - krzyknął herszt.
Kakubei przestał grać.
- A zatem, durniu, co zobaczyłeś?
- Kiedy szedłem jakiś czas wzdłuż rzeki, w pewnym momencie natrafiłem na mały dom z ogrodem pełnym kwitnących kwiatów kosaćca.
- Mhm, i...?
- A pod okapem tego domu siedział staruszek. Miał całkowicie białe włosy na głowie, na brwiach i na brodzie.
- Mhm. I czy ten dziadek właśnie próbował schować po werandą garnek wypełniony kobanami[5]?
- Nie, grał na bambusowym flecie. Jego instrument był całkiem niepozorny, a mimo to wydawał piękny dźwięk. Tak zadziwiająco piękny dźwięk słyszałem pierwszy raz w życiu. Kiedy podszedłem, żeby posłuchać, staruszek lekko uśmiechnął się i zagrał dla mnie trzy długie melodie. A ja w podzięce wywinąłem przed nim siedem koziołków jeden po drugim.
- Doprawdy?! I co dalej...?
- Kiedy powiedziałem mu, że to dobry flet, pokazał mi, gdzie rośnie bambusowy zagajnik. Zdradził mi, że to właśnie z tamtejszego bambusa zrobił swój instrument. Poszedłem więc obejrzeć ten zagajnik, który wskazał mi ów staruszek. No i rósł tam naprawdę dobry bambus na flety, taki gładki, z wieloma węzłami!
- Dawno temu była taka opowieść o tym, jak z wnętrza bambusa przeświecał blask złota. I co? Wypadły stamtąd kobany?
- Potem, kiedy poszedłem dalej w dół rzeki, natknąłem się na mały żeński klasztor. A tam właśnie odbywało się Święto zbiorów, Hana-no t?[6]. W ogrodzie było pełno ludzi, a wszyscy po kolei polewali posąg Buddy Shaki, który był nie większy niż mój flet, naparem z liści hortensji. Ja też go polałem, a potem pozwolono mi się napić naparu. Gdybym miał czarkę, przyniósłbym trochę także szefowi.
- Doprawdy, co to za niewinny złodziej! W takim tłumie ludzi powinieneś zwracać uwagę na kieszenie i rękawy kimona[7], frajerze[8]! Ty również jeszcze raz idź i spraw się tym razem dobrze. A ten flet zostaw tutaj.
Zbesztany Kakubei położył flet wśród traw i ponownie wyruszył do wioski.
Na końcu wrócił Kannatar?.
- A ty, głupku, też nie znalazłeś nic godnego uwagi, co? - stwierdził herszt, jeszcze nawet nie wysłuchawszy podwładnego.
- Nie, był tam bogacz. Bogacz! - powiedział Kannatar?, dysząc.
Na słowo "bogacz" herszt uśmiechnął się.
- O! Bogacz?
- Bogacz, bogacz. Był tam wspaniały, elegancki dom.
- Mhm...
- Stropy pokojów wykonane były z pojedynczej deski kryptomerii[9] z Satsumy. Kiedy z podziwem wpatrywałem się w to, pomyślałem: "Jaki szczęśliwy byłby mój ojciec, gdyby to zobaczył!".
- O, to interesujące. Czy zatem wygląda na to, że ten sufit można rozebrać?
Kannatar? przypomniał sobie, że przecież szkoli się złodzieja. Zrozumiał, że jak na złodzieja nie wykazał się bystrością, więc z zakłopotaniem spuścił głowę. Tak oto również Kannatar? ponownie wyruszył do wioski, by się poprawić.
- Do licha! - rzucił herszt, gdy już został sam. Zwalił się z powrotem na trawę, po czym stwierdził: - Bycie hersztem złodziei jednak nie jest taką łatwą sprawą, jak by się mogło wydawać.
II
Złodzieje! Złodzieje! Tutaj! Stłuc ich! - rozległy się nagle głosy dzieci.
Może i głosy należały tylko dzieci, lecz mimo to słysząc takie słowa, nawet złodziej nie może się nie przestraszyć. Stąd i nasz herszt podskoczył jak wystrzelony z procy.
Przez chwilę myślał, czy przeskoczyć rzekę i uciec na drugi jej brzeg, czy może zanurkować w głąb zagajnika i tam się ukryć.
Jednak dzieci, wywijając linami do wiązania i zabawkowymi pałkami jitte[10], pobiegły w inną stronę. Po prostu bawiły się w "policjantów i złodziei".