Lis z Martwego Lasu - Aubrey Hartman

Kup ebooka

39.90 zł
32.32 zł (23,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ 1

Bazyl nie żył.

Ale był też bardzo żywy.

Niektórzy używają określenia nieumarły - a mówiąc "niektórzy", mam na myśli dzieci o rozmazanych twarzach tłoczące się na skraju Martwego Lasu, które rzucają kamieniami i patykami w cienie, a przy tym śpiewają:

Gdy ze wschodu wieje wiatr

i przedziera się przez las,

Nieumarły ma swój czas:

Potwór pożre palce, dłonie

i warkocze

na sam koniec.

Tylko nie krzycz, to żałosne,

i od tego głód w nim rośnie!

Potem, oczywiście, wszystkie krzyczały - był to przerażający dźwięk, który wywoływał dreszcz na futrzastym grzbiecie Bazyla. Nigdy nie zjadł warkocza, cokolwiek to było. Wprawdzie za życia pożarł kilka palców, ale był lisem, do licha! Oskarżanie go o to, że jest wygłodniałym potworem, nie wydawało się sprawiedliwe.

Krzyczące dzieci w najlepszym razie były irytujące, a w najgorszym uciążliwe. Zwłaszcza w te noce, kiedy Bazyl miał pracę do wykonania - ważną, kluczową, dotyczącą życia lub śmierci (głównie śmierci).

Dzieci na szczęście pojawiały się tylko raz w roku (w wigilię Wszystkich Świętych), a Bazylowi najlepiej pracowało się w ciszy. Martwy Las nie był zaś niczym innym jak właśnie ciszą - tak cichą, że pojawiła się w makabrycznej piosence:

Wstrzymaj oddech,

a usłyszysz

nędzną ciszę

w okolicy.

W Martwym Lesie

jest inaczej,

nic nie rośnie,

nie oddycha

i nie kracze.

Tak, to prawda. W Martwym Lesie panowała głęboka cisza, a to dlatego, że Bazyl był jedyną żywą (powiedzmy) istotą w mroku jego koron. Żadne ptaki nie śpiewały na drzewach, ani jedna żaba nie kumkała w stawach. Za to Las Jaskrów po drugiej stronie drogi aż tętnił życiem, wesołym śpiewem ptaków i szelestem łap w zaroślach.

Głucha cisza w Martwym Lesie była dla niektórych złym omenem.

Dla Bazyla była spokojem, który odnalazł dopiero w śmierci.

To znaczy - nieśmierci.

Wiecie, o co chodzi.

Nie będę kłamać, że Bazylowi było obojętne, że nazwano go potworem. Wzdrygnął się i cicho poprosił dzieci, żeby przestały, po czym wetknął mech w jedyne dobre ucho i tej strasznej nocy poszedł spać wcześnie.

Pomijając wrzeszczące dzieci, wigilia Wszystkich Świętych sama w sobie jest wystarczająco niepokojąca. Kiedy ludzie podczas obrzędów przywołują Zaświaty, Zaświaty rosną i pęcznieją, napręża się błona między żywymi a umarłymi. Zdarzały się lata, gdy cztery królestwa jaśniały tak żarliwie, że nawet zbłąkane oko śmiertelnika dostrzegało jarzące się Zaświaty.

Jak już wiecie, Bazyl słyszał tylko na jedno ucho, szczęśliwie uchowało się po wypadku, w którym zginął. Z tego samego wypadku pozostało mu jedno sprawne oko. Drugie było kapryśne i wyskakiwało w najbardziej niedogodnych momentach. Toczyło się wtedy po leśnej ściółce i zbierało paprochy. W końcu Bazyl poddał się i schował je pod łóżkiem w łupinie orzecha. Ale wkrótce potem zobaczył swoje odbicie w szklistym stawie. Lewy oczodół groteskowo ział nad wąsami.

Tamtej nocy wybrał się do Martwego Usypiska. Podczas żerowania postanowił chodzić na czterech łapach, czasem po prostu sensowne było trzymanie nosa blisko ziemi. I właśnie wtedy go znalazł: monokl. Nieco wygięty, nieco zmętniały. Z oprawki zwisał cienki mosiężny łańcuszek.

Umieścił monokl na kępce futra przed oczodołem, po czym spojrzał na odbicie w stawie. Ku jego uciesze mętne szkło dobrze zakrywało jamę po oku. Posunął się nawet do stwierdzenia, że dzięki temu wyglądał... przyzwoicie.

Dziarsko.

Od tego momentu nasz nieumarły bohater nosił monokl. Wkrótce potem wdział również płaszcz, aby zakryć poprzecierane futro, szatę z kapturem wykonaną z pomiętego aksamitu w kolorze buraka.

Rozumiecie więc, dlaczego nazwanie go potworem bolało? Nie był nim w żadnym calu. Tak naprawdę jego praca sprawiała, że był kimś w rodzaju anioła.

Ale do tego jeszcze dojdziemy. I myślę, że przekonacie się, że jest to najbardziej interesujące, fascynujące, zapierające dech w piersiach -

Ekhem.

O co chodzi?

Pytacie, kim jestem?

Jestem narratorką. Bardką. Opowiadaczką tej historii. Jestem bardzo dobra w tym, co robię, i z czasem zapomnicie, że w ogóle istnieję.

Tak jak wszyscy inni.

Ale wróćmy do naszej historii. Wyczuwam, że rozmowa o brakujących gałkach ocznych wywołuje w was lekki strach. Z przykrością informuję, że zanim będzie lepiej, będzie znacznie gorzej. Musimy udać się z Bazylem w mroczne miejsce - bardzo mroczne miejsce - miejsce, do którego nigdy wcześniej nie dotarło zbyt wiele lisów, tylko garstka łosi i absolutnie żaden borsuk.

A to, drodzy czytelnicy, jest historia, której, obawiam się, nie jesteście jeszcze gotowi usłyszeć.

...A może jesteście?

.

Ktoś z was odpowie: "To prawda, wierna bardko, nie jestem".

A więc moje podejrzenia były słuszne. Podejrzewam też, że jesteś w... powiedzmy... dojrzałym wieku. Dorośli bardzo często próbują chronić się przed nieprzyjemnościami życia. Ale nie mam ci tego za złe. Nie zawsze można być tak odważnym i ciekawskim jak dziecko. Zrób to, co musisz, i zamknij tę książkę. Skul się na kanapie z przejrzałym bananem i zapomnij, że kiedykolwiek doszły cię słuchy o tej opowieści.

.

"Zaczekaj, bardko! Ja jestem!"

Ach. Cieszę się, że źle cię oceniłam. Odwaga jest na wagę złota. Kontynuujmy więc...

Odwróć stronę.

.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

PODZIĘKOWANIA

Napisałam tę książkę w czasie, gdy powinno to być niemożliwe: lockdown, pandemia, trójka dzieci poniżej szóstego roku życia, z których najmniejsze dopiero co opuściło oddział intensywnej terapii noworodka i walczyło o życie. Mówię to wam, czytelnicy, nie po to, byście myśleli, że dokonałam jakiegoś cudownego wyczynu, ale by was przekonać, że byłoby to niemożliwe bez następujących osób:

Przede wszystkim mojego męża, Huntera Hartmana. W jakiś sposób, pomimo chaosu, działaliśmy jak dobrze naoliwiona maszyna i mogę to przypisać tylko Twojemu nieustannemu wsparciu dla mojej kariery i poświęceniu dla naszej rodziny.

Mojej mamy, Lezlie Evans: czarodziejki od fabuły. Do niej zawsze dzwonię jako pierwszej w sprawach związanych z pisaniem (i wszystkim innym). Mojego taty, Johna Evansa, za to, że kochał Bazyla od samego początku.

Mojej agentki Molly O'Neill, która przeczytała pierwsze strony Lisa i stwierdziła, że jest "przepyszny!", co zachęciło mnie do dokończenia historii. Porzuciłabym tę książkę - i pisanie w ogóle - na wiele lat, gdyby nie twój entuzjazm.

Ruqayyah Daud, mojej wspaniałej redaktorce. Dziękuję za wybranie tej historii i danie Bazylowi oraz Coniemiarze szansy na życie (yyy, nieżycie). W szczególności dziękuję za mądre i sprytne poprowadzenie powieści we właściwym kierunku, a także za to, że czułam się pewnie jako autorka. Praca z tobą to marzenie.

Specjalne podziękowania dla Teri (Bailey Black) Christopherson, która w pojedynkę uratowała zakończenie tej książki. I całej mojej ukochanej grupy pisarskiej, której opiniom ufam bardziej niż własnym: Brittany Larsen, Jen White, Melanie Jacobsen i Tiffany Odekirk. Odmawiam napisania książki bez was wszystkich. Owszem, to jest groźba.

Czuję bezgraniczną wdzięczność dla twórcy zapierających dech w piersiach ilustracji na okładce i wewnątrz książki, Marcina Minora. Być w parze z takim talentem to zaszczyt na całe życie. W związku z tym składam specjalne podziękowania dla projektanta artystycznego, Patricka Hulse'a. Nie raz, ale dwa razy spełniłeś moje książkowe marzenia.

Serdeczne podziękowania niech przyjmie ekipa wspaniałych osób z Little, Brown Books: Andy Ball, Jake Regier, Erica Huang, Barbara Perris, Jessica Lack, Sarah L. Thomson, Sasha Illingworth, Kelly Moran, Andie Divelbiss, Christie Michel, Danielle Cantarella, Cara Nesi, Megan Tingley, Alvina Ling i Jackie Engel.

Na koniec, ponieważ każdy porządny utwór zaczyna się i kończy tym, co najważniejsze: dziękuję moim wiecznym dzieciom - Scarlett, Asherowi i Naomi. Wasze istnienie dało mi głębię duszy, której potrzebuję, aby pisać dla dzieci.