Lis T - Racjan Tomasz

Kup ebooka

32.00 zł
26.55 zł (32,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

SPIS TREŚCI

0. Zaproszenie na lwią ucztę

I. La gazza ragazza

II. Wilk, co wywoływał z lasu

III. Ptasie wesele

IV. Jedna sroka panny nie czyni?

V. Wilk wpada władcy w zamek wraz ze sroką

VI. Pewność siebie jest ważniejsza od wiedzy

VII. Ragazza ragazza

VIII. Na salonie srocze salto

IX. Między sroką a osobą

X. Niepoprawności w porwaniu

XI. Sroka, co przychodzi sama i się okazuje panną

XII. Różowy pantera także na królewskim dworze

XIII. Lew biedny

XIV. Pooorrr cat i biedny paszcza

XV. Biedny zając, co biednym kotem miał się zająć

XVI. Pies szczeka o liście i o lisie szczeka

XVII. Chyba daleko jeszcze do balu, dopiero sroki wchodzą na salę

XVIII. Jako tako jako taki bal się chyba w końcu zaczął

XIX. Nie tylko panna sroka znika towarzystwu z oczu

XX. Co gościom okno

XXI. Lew tybera bierze jak zwierzę i sadza na parapecie

XXII. Sąsiedzkie nory i spory

XXIII. Chwila, jak kot prawie zginął, ale śmierci się wywinął

XXIV. Morderstwo na dworze

XXV. Kolejne zwierzęta na parapecie

XXVI. Świętykler wkracza na bal

XXVII. Kot na płocie, ktoś za płotem

XXVIII. Gdy się odezwał pan herr braun i ktoś z gości ze starości padł

XXIX. Po drugiej stronie płota

XXX. Wilk i zając gdzieś znikają

XXXI. Po drugiej stronie nory

XXXII. Nóż

XXXIII. Oko w oko z kocimi wrzaskami

XXXIV. Znów problem z nożem

XXXV. Bieluń biały, biegły baran

XXXVI. Gdy baran drzwi z sali wywalił i z nimi potem się wywalił oraz jak wilk kota na dworze przy panterze znalazł z nożem

XXXVII. Zajęcie

XXXVIII. Wilk bity, bo owca tak chciała, oraz to, co się w dziurawcu działo

XXXIX. La gazza é mobile i wraca z powrotem

XL. Pałac dla błazna

XLI. Niebezpieczeństwo

XLII. Gra o tron

XLIII. Kolejna część tej opowieści

XLIV. Koniec

XLV. Starzy przyjaciele

XLVI. Korona króla

XLVII. Wsze zwierzęta balują w podziemiach, z góry sypie się kurz...?

XLVIII. Warto czy nie warto czytać...

0ZAPROSZENIE NA LWIĄ UCZTĘ

I wonder if it is a Wonderland.

Zaprasza się każdą jedną Bestię na dwór królewski, na wielki festyn!

Każdy tu będzie mile widziany – zacni Panowie i zacne Panny!

Uczta odbędzie się w przyszłą niedzielę.

Serdecznie zapraszam Was, Przyjaciele!

Miłą nam będzie obecność Wasza!

(Poza osobą Lisa Tomasza!)

Lew Beztrocki

ILA GAZZA RAGAZZA

Mowa jest srebrem, a pisanie... po co...?

Nosił Wilk razy kilka posłannictwa różne – zarówno od Króla Lwa, jak i do Króla Lwa. Żelazną Paszczą wilka przezywali, bo zawsze metalową przyłbicę naciągniętą miał on na oblicze. W ostatnim czasie część jego obowiązków przejęły inne bestie, a sam wilczur donosił tylko zebraną po okolicy korespondencję do łap królewskich własnych. Stosy tego często przepadały w kominku, często bez odczytania zawartości. Beztrocki miał przecież ważniejsze obowiązki! Ostatnio, na przykład, intensywnie przesiadywał w swojej komnacie i ćwiczył utrzymanie płomienia we wspomnianym kominku. Ogień właśnie przygasał, kiedy do drzwi przestronnej izby ktoś zapukał.

– Kto tam? Co tam? – zapytał Beztrocki, zrywając się z półsnu przy kojącym cieple.

– Żelazna Paszcza! Listy przyniosłem!

Więcej listów! Kiedy on to wszystko przepali?!

– Od Lisa nic nie przyszło? – zapytał najpierw Lew, z zajadłością i zawiścią w głosie.

– Chyba nie.

– To wejdź, wejdź, na co czekasz! – Władca ponaglił Żelazną Paszczę.

Wilczur wszedł i stanął w rozkroku, wysypując całą epistołę na podłogę królewskiej komnaty.

Król wstał i ochoczo zaczął zamiatać cały bałagan w kąt, gdzie leżało jeszcze więcej listów.

– Popatrz, zasuwam szybko jak mysz z tą miotłą!

Żelazna Paszcza pokiwał tylko ciężką przyłbicą. Czasem nie bardzo rozumiał króla i nieraz zastanawiał się, czy Król aby zawsze rozumiał sam siebie. Zobaczył jednak, że na podłodze ostała się jedna koperta, którą Beztrocki ominął. Wilk podniósł ją i przyłożył do swojej przyłbicy, żeby przyjrzeć się jej przez małe otworki w jego wielkiej masce.

– Oddawaj, to do mnie! – Lew wyrwał list, przytulając go do swojej szerokiej piersi.

– Król nawet tego nie czyta – zauważył Żelazna Paszcza.

– Jak nie czytam?! Jak nie czytam?! – obruszył się władca, pusząc gniewnie grzywę.

– No bo... Król... nie czyta? – wydukał wilczur trochę mniej pewnie.

– A bo z ciebie to taki czytelnik, tak?! – zaryczał Beztrocki.

– Nie, ja...

– Cicho! Przeczytaj to, jak jesteś taki mądry! Potrafisz?! – Lew wcisnął Wilkowi kopertę z powrotem w łapska. Zmieszany Żelazna Paszcza zaczął się jąkać:

– Ale... ja... nie... nie wiem, jak zacząć...

– Otóż to, otóż to! Mam dokładnie ten sam problem! Nie wiem, jak zacząć ani jak skończyć! Gdyby nie to, przeczytałbym wszystko. Wszystko!

Wilk znowu pokiwał przyłbicą, zgadzając się z władcą w tej kwestii. Chyba.

– Ale skoro my nie wiemy, jak zacząć, to co poczniemy? – zapytał zaraz niepewnie.

– My? Ja tu poczekam, a ty... biegnij tu zaraz po królewskiego Skrybę, ale w trymiga! I wilczur pobiegł, żeby rzeczywiście wrócić w trymiga wraz z nadwornym Skrybą.

– Słuchaj, Skrybo... – zaczął Lew, zbliżając się powoli do nowo przybyłego, uprzednio wyrywając kopertę z rąk Żelaznej Paszczy. – Wszyscy wiemy, że doskonale znasz się na pisaniu, prawda?

– Służę, jak mogę, Królu. – Skryba dygnął.

– Powiedz nam, bo mamy tu z Paszczą mały problem, umiesz ty także czytać? Bo już od jakiegoś czasu próbujemy rozszyfrować ten list i gapimy się na niego jak sroka w... – W grzeczności swojej Beztrocki darował sobie resztę sentencji. Podał Skrybie zalakowany list, a ten zaczął głowić się, jak tych dwóch zamierzało odczytać treść przesyłki bez otwierania koperty.

– Ale... żeby zacząć, trzeba otworzyć... – zaczął Skryba, zrywając ostrożnie pieczęć.

– I widzisz, Żelazna Paszczo?! Panie Skrybo, bo my właśnie nie wiedzieliśmy, jak zacząć! To skończ już, waćpan, czasu oszczędź, jak jużeś pan właściwie zaczął.

I tak Skryba i zaczął, i skończył czytać list, którego ostatnie słowa brzmiały:

– Dziękuję Waszej Beztrockości za pamięć, Panna Sroka.

Beztrocki wydawał się słuchać wszystkiego z jakimś uniesieniem, a po odczytaniu listu wygonił Skrybę precz.

– I widzisz? Ta Sroka, czego ta tu chce?! – zapytał z pretensją Wilka, kiedy zostali sami.

– Zaprosił ją pan...

– Nie ją, tylko wszystkich!

– Z wyjątkiem Lisa Tomasza...

– Nie przypominaj! I zapamiętaj sobie, żeby na tę Srokę uważać!

– Ale... co ta Sroka wadzi...?

– Jest bogata! Nie potrzebuje łazić po królewskich balach! Nie wiadomo nawet, skąd ma te bogactwa, pewnie nakradła więcej niż ten Lis!

– Ależ, Królu!

– Zobaczysz! Jeszcze się okaże, że z tym Lisem pół lasu wykupią i wszyscy będziemy głęboko w...

– Dobrze, wykreślić ją zatem z listy gości?

– Oniemiałeś?! Jak tylko przybędzie, oddaję ją pod twoją opiekę! Traktuj ją jak honorowego gościa, ale patrz jej na łapy! Kto wie, może stara sknera sypnie nam groszem...

– Ale dopiero mówił Król...

– Milcz, Żelazna Paszczo! I nie pokazuj mi się tu do balu, a na nim tylko w obecności Sroki!

Żelazna Paszcza opuścił więc prędko królewską komnatę, gdzie Lew Beztrocki w samotności jeszcze długo i głośno powtarzał:

– Tak to jest, jak ktoś siedzi w tych kopertach zaczytany! Tak to jest!

W kolejnych dniach władca nie przyjmował więcej korespondencji. Co zaś do Panny Sroki, to trza komuś było ją znaleźć zawczasu, bo na królewskim balu personą miała być odtąd wyróżnioną, personą gratą, goszczoną przy asyście znanego wszem wobec królewskiego sługi, Wilka Żelaznej Paszczy, który też bezzwłocznie wyruszył na jej poszukiwania...

IIWILK, CO WYWOŁYWAŁ Z LASU

Gdzie jest ta gałązka, gdzie to gniazdo, gdzie Sroka, co na ucztę zaprosili ją?

Nosił Wilk razy kilka posłannictwa różne w imieniu Lwa Beztrockiego, bo rosły to był kawał wilczura, któremu wyprawy dalekie były niestraszne. Nie gubił się on też wcale, więc do podobnych zadań nadawał się doskonale. Jak już wiadomo, Wilka przezywali Żelazną Paszczą, albowiem ten oblicze swoje miał zawsze przyłbicą metalową przysłonięte. Jeszcze tej samej nocy wyruszył on w drogę przez las, przez mgły odnaleźć Pannę Srokę.

Bardzo się spieszył, żeby udało mu się to jeszcze przed królewskim balem, niestety droga krótka nie była, w dodatku zupełnie nieznana. Pukał po drodze w każdą dziurę, w każdą norę, rozglądając się przy tym często nerwowo i podejrzliwie, a także zawsze węsząc uważnie, czy w okolicy aby lisiej obecności czuć nie było. Lis Tomasz był bowiem chytry i we wszystkim mógł maczać palce...

Pani Sroka, nawet gołooka, ślepa ni głupia przecież nie była.

Wiedziała, że Lew Beztrocki niespecjalnie troszczył się o te responsy, które napływały teraz do niego strumieniami z każdej strony świata od wszelakiej maści osobistości.

Domyślała się, że nie przeczytał żadnej z nich, gdyż w bucie swojej pewno wierzył, iż ślepia jego lwie tak były skonstruowane, ażeby zawsze wyglądać jak najdalej, za horyzonty, gdzie sięgać chciałby ciężkim, leniwym łapskiem swojej władzy. Taka mała, prostokątna kartka zamykała te horyzonty – jak wszystkie zresztą książki i manuały. To zaś, co inni pismem nazywali, jemu musiało wyglądać na jakieś szlaczki marne, koślawe, które w jego mniemaniu tylko jakieś nieloty bez polotu mogły na papierze pazurami odcisnąć. I chociaż w czytaniu śladów zostawianych przez zwierzynę w ziemi król najpewniej był całkiem dobry, to pisaniny jako takiej nijak odszyfrować nie potrafił, to było jasne.

Jemu jednak pomagali w tym Beztroccy doradcy, odczytując mu głośno całą epistołę aż do momentu, w którym Lew już miał dosyć. Ale kto miałby pomóc jej, Pani Sroce, i to jeszcze jakieś odpowiedzi na Lwie uczty, Lwie zaproszenia nie tylko czytać, ale jeszcze pisać! Jej całe te imprezy nie interesowały, ale jak wszędy plotka się niesie, tak i ona usłyszała, że zaproszony to chyba każdy był w lesie. Sama może by poszła, panną już nie była, a stary jej nielotny był jakiś przecież...

A mimo to ktoś zapukał do sroczej dziupli późnym wieczorem, kiedy Pani Sroka dawno już spała, właśnie w tej sprawie. Był to tajemniczy jegomość z ponoć ważną wiadomością.

Sroka została wyrwana z przytulnego snu, z głębokiego gniazda, ale nie przez jegomościa, tylko swego męża, kiedy ten krakaniem i pianiem urządził jej skrzekliwą pobudkę. Chciał nauczyć manier doręczyciela nocnej wiadomości, ale ten zbyt wielkim mu się jawił. Rozzłoszczony jednak treścią informacji musiał z kimś wszcząć awanturę, nie mógł zamknąć dzioba, wybrał więc swą żonę. Trząsł się już w drodze po całej gałązce jeśli nie z tej złości, to może ze strachu przed wielkim jegomościem...

Wtargnął tedy do ich prywatnego gniazdka, do sypialni, wołając:

– Wstawaj i tłumacz się, szybko!

I rozdygotany nastroszył piórka, próbując łyknąć dziobem parę oddechów na uspokojenie.

– Z czego, Kruczę!

– Z lis-tu! Z lis-tu! – wydukał nerwowo, ściskając pod skrzydłami listowy świstek.

– Jaki znowu lis-t? – odparła obudzona żona, również już niezadowolona.

– Ten, co go Królowi napisałaś!

– O proszę, to weź mi go przeczytaj!

– Wiesz, że nie umiem... znaczy: nie muszę! Treść listu zdradził mi Wilk wielki, co wywoływał Srokę z lasu! Wiesz, jaką Srokę?!

– Nie wiem! Nie krzycz! Wilk, co Lwu lasem listów nosił kilka?

– A więc go znasz?!

– A ty go nie znasz, stary Kruku?

– A powinienem? – Dziób Kruka wyrażał skupienie, zwątpił on też już w swoje zdanie i przyhamował z krakaniem, żonie w skrzydło dając kartkę. – Bo nie rozumiem...

– Pokaż mi, z czym to wilczysko tutaj przyszło!

– Z tym listem, co głosi, żeś ty panną!

– Tak ci powiedział? A u kogo był ten knot kucharzem, jeśli nie u mnie, jak brałam cię za mąż?

– Prawda, przecież to Wilk z naszego lasu, mogłem domyślić się zawczasu! Teraz jest strasznym Żelazną Paszczą, ale przecież swojego czasu kucharzem nam był na ptasiej swaćbie, pamiętasz ty jeszcze, ty Sroko, te czasy...?

Tak Sroka wywołała z umysłu Kruka starego stare wspomnienie z dnia ich wesela...

IIIPTASIE WESELE

To jest ptasie wesele! To ptasie są gody!

Tylko gdzie panna młoda? I gdzie jest pan młody?

Zaginęli, oboje! A czyja to sprawka?

Rzekł ktoś z gości, że wszystkiemu winna jest kawka!

Lecz ta była obecna pomiędzy ptakami;

Rzekła: "Ejże, jak śmiecie! Toż jestem tu, z wami!

Mówią zresztą, żem brzydka; więc pana młodego

Nie uwiodłabym nijak i nic mi do niego!".

Zapytali więc kawki: "Więc czyja to sprawka?".

"Nie wiem, może strzyżyka?" – odparła im kawka.

Strzyżyk słyszał to wszystko, gdyż był między nimi;

Rzekł: "Uważajcie z oskarżeniami swoimi!

Choć za rękę panny młodej oddałbym wszystko,

Jestem niestety dla niej istotą zbyt niską!".

Zapytali strzyżyka: "Co zatem z młodymi?".

Rzekł: "Pytajcie gawrona; widziałem go z nimi!".

Był tam i z nimi gawron; siedział gdzieś na stronie;

Zapytali go: "Co z parą młodą, gawronie?".

Rzekł im gawron: "Sam nie wiem! Chciałem być ich drużbą,

Jednakże para młoda wzgardziła mą służbą!".

Wtem przerwał mu hałas, tuż za nim, gdzieś na stronie;

Rzekli wszyscy: "Uważaj na wilka, gawronie!".

Za gawronem wilk bowiem wyłonił się z lasu;

Wilk, co sprawcą był tego całego hałasu.

Rzekł im: "Miałem być kucharzem! Gdzie para młoda?

Co to? Nie ma ich Jeszcze? A to wielka szkoda!".

I zawrócił wilk zaraz z powrotem do lasu,

znieść nie mógł on wcale ptasiego hałasu.

Potem przyszedł tam zając, co wszędzie się wtrącał,

I wysłuchali goście zaraz słów zająca:

"Miałem być podczaszym, gościom lać wina!

Goście są, młodych ni ma – a to ci nowina!".

Rzekli na tę drwinę: "Niech się zając nie wtrąca!

Nie potrzeba nam tu podczaszego zająca!".

Gdy go przegonili, rozległ się głos bociana:

"Nie ma panny młodej, nie ma młodego pana,

A od rana ja dla nich ćwiczyłem śpiewanie!".

"Ty tylko klekotać umiesz, panie bocianie!" –

Rzekł ktoś słowa niegrzeczne te wprost do bociana.

"Choć nie chciałem przy tym wcale urazić pana!".

Był to lis. Skąd się wziął tam? Nikt go tam nie prosił.

Lis był wstrętny, przebiegły i nikt go nie znosił.

"Widzę, że szykuje się tu wielkie wesele...

A gdzie zaproszenie dla mnie, przyjaciele?

Słyszałem, że kruk srokę o rękę był prosił;

Czyżby wszystkich poza mną na wesele sprosił?

Wszak nie mam pretensji i widziałem dziś kruka...

Ten od rana ze sroką chodzi i was szuka...

Spotkali mnie i spytali, gdzie to wesele?

Powiedziałem, że u mnie są ich przyjaciele...".

I poszliby tam goście, gdyby nie głos kruka:

"Uważajcie wszyscy, niech lis was nie oszuka!".

Mało brakowało już, by goście z wesela

Ucztą stali się na stole nieprzyjaciela!

Mówił im kruk dalej: "Przybyłem w samą porę!

Byłby lis was zapędził podstępem w swą norę!".

Wtedy zrozumieli wszystko goście z wesela

I wygnali zaraz lisa nieprzyjaciela.

Można było rozpocząć już więc ptasie gody!

Zaraz pannę młodą przyprowadził pan młody...

A była to sroka: dumna i wystrojona,

Szczęśliwa, że wnet z krukiem będzie poślubiona.

To jest ptasie wesele! To ptasie są gody!

Jest tu już panna młoda i jest już pan młody!

To jest ptasie wesele! To ptasie są gody!

Zaraz będą małżeństwem panna i pan młody!

Ptasie te trele o ptasim weselu wkrótce (czy też w końcu) wywołały Wilka z lasu, który ze swą straszną żelazną paszczą do sroczego gniazdka wtargnął. Uciszył je wraz, gdy kłapać zaczął:

– Proszę za mną, proszę, Panno!

– Ale ja nie jestem panną i ty wiesz już o tym dawno, nieprawdaż, Żelazna Paszczo?

IVJEDNA SROKA PANNY NIE CZYNI?

Sroka swoje, a Wilk sobie i myśli chyba o innej osobie.

– Gdy ktoś pannie powie "tak", to już to nie panna, nie? – powiedziała Sroka Paszczy, ale on nie słuchał, nie. Złapał Srokę za jej ogon, a ta się zaczęła drzeć: – Słuchaj, Paszczo! Jestem ptakiem, nie pisarką, nie pisanką, z tych dwóch drugie wiem, jak znieść!

– Aleś w liście była panną i Lwu Pannę mam zanieść!

Nie czekając, Żelazna Paszcza porwał Srokę z gniazda, a ta biła skrzydłami w przyłbicę na wilczym pysku. Wilk nic z tym nie robił, chociaż cały poprzedni wieczór polerował swoją maskę, do tego wcale jej nie ściągając! Gorsze było chyba tylko to, że musiał wysłuchiwać skarg płynących z dzioba przez całą długą leśną drogę. Sroka wyrzucała je pod rozgwieżdżone niebiosa, wymachując przy tym skrzydłami, jakby chciała je tak uwznioślić. Żelazna Paszcza próbował to ignorować i zachować czujność, pamiętał bowiem uwagi króla odnośnie do charakteru Sroki, która mogła być przebiegła i nie tylko go przechytrzyć, ale może także okraść! Tym drugim martwił się tak bardzo, że jak Sroka przestawała się szamotać, Wilk prawie łapał się za paszczę, by sprawdzić, czy przyłbica jego jeszcze się na niej płaszczyła.

Nie wiadomo, kiedy dotarli w dworskie progi, albowiem Paszcza nie znał drogi, wiadomo jednak, moi drodzy, że na jej końcu był Pies Dworski, zajadły, parszywy i wścibski.

– Czy ty masz coś pod tą blachą, co ją nosisz, drogi brachu, dla postrachu? Bo śmiem twierdzić z przekonaniem, że porwałeś jakąś panią. Czy mam rację, proszę Pani? – zapytał ci on Kurcjusz Ogar. Wredne to psisko zawsze musiało wmieszać się we wszystko!

Że też akurat trafił jego, kiedy do celu i Balu tak blisko!

– Ten gość widzi panią w Sroce, co ty na to, ty tłumoku? – zapytała Wilka Sroka. Wilk odchrząknął uroczyście, odpychając z drogi psisko, ale nim zdążył cokolwiek rzec, Sroka znów zabrała głos: – Ja nie jestem Panną Sroką, proszę państwa, daję słowo! Myli mnie waść Wilk z osobą, czyniąc szkodę mej osobie! Wyobraża Pies to sobie, panie Ogar, Kurcjusz Dworski?

VWILK WPADA WŁADCY W ZAMEK WRAZ ZE SROKĄ

Wilk jest dziki, lecz czy zły? Toż pod maską skrywa kły!

Żelazna maska Żelaznej Paszczy skutecznie zakrywała oblicze wilczura i nie sposób było odczytać emocji, jakie wywarło na nim wszystko, z czym miał teraz do czynienia. Wydawał się przez to zupełnie nieporuszony, stojąc przed obliczem rozmówcy jak metalowy odlew, jakby był tu zawsze, posąg zaklęty w zwierzęcej formie. Nie reagował na jęki i szarpaninę, czuł za to strach żałosnych istot za Psem i gardził nimi co do jednej.

Przez kwaśny fetor terroru wydzielającego się ze spoconych, rozgorączkowanych jego obecnością ciał przebijał jednak inny, subtelny, a przy tym bardzo stanowczy zapach. Trudno było opisać tę woń, zdawała się nieuchwytna, a jednak wyraźna. Żelazna Paszcza czuł ją bardziej futrem niż węchem, jego sierść stroszyła się i elektryzowała. Członki jego też zgrabiały i uderzył go powiew chłodu, kiedy na dworskim progu wyczuł zapach tak doniosły i tak błogi. Zrobiło mu się tak zimno, że przez otwory w żelaznej przyłbicy buchały wielkie kłęby dymu, dodając wilczurowi bestialskiej grozy. Dworski służalczy motłoch omijał go szerokim łukiem, pędząc co sił w nogach w swoją stronę, byle jak najdalej od strasznego Wilka, który postanowił w końcu ruszyć się z miejsca, pchnięciem usuwając sobie wścibskiego Kurcjusza z drogi.

Wykonywał tylko polecenie, dlatego bez wahania wszedł do środka zamczyska, chrzęszcząc przy tym całym żelastwem, którym był opakowany.

Powoli siadł, gdzie mu wskazano, nie przestając trzeszczeć i wytrzeszczając wilcze zmysły, żeby odnaleźć źródło dziwnego, nieznanego zapachu. Czyżby należał do nieproszonego gościa? Ale chyba nie do Lisa? Dziwne by to było, bo w tej woni niebezpieczeństwo mieszało się z pięknem i gracją, sięgając w wilcze zmysły gdzieś dalej i po mózgu – jakby za uchem – je łechtając. Nozdrza Żelaznej Paszczy poruszyły się pod maską; co to było?

Trochę jakby nie... zwierzyna?

Na myśl o nieznanym Wilk oblizał nerwowo swoje pokaźne kły, które na szczęście kryły się pod żelazną paszczą Żelaznej Paszczy.

– Król już czeka – zadudnił głos władcy zza drzwi. Jego ton zawsze gburowaty, tym razem był jeszcze wyjątkowo zagniewany. – Tylko nim przyjmę cię z powrotem, powiedz mi, proszę, masz ty tam ze sobą Pannę Srokę?!

Żelazna Paszcza spojrzał najpierw po sobie, a potem na Srokę, siląc się przy tym na jakąś uroczystość. Chciał chyba dać do zrozumienia, że skoro tu z nią przybył, to musiała być kimś ważnym.

– Słyszysz ty to, Panno Sroko? Może wpadłaś władcy w oko?

Nie wychodziło mu to ani trochę.

VIPEWNOŚĆ SIEBIE JEST WAŻNIEJSZA OD WIEDZY

Lego ergo sum.

Wilk nie bardzo wiedział, jak dalej ingerować w sytuację, która wkrótce toczyła się własnymi torami.

Wszystko przez Psa Dworskiego, który ich dogonił, żeby wyrwać kartkę ze sroczych rąk, nim Żelazna Paszcza do Lwa komnaty doszedł. Dostawszy w łapki list, poczuł się chyba w swoim żywiole. Do krótkiego pyszczka przyłożył monokl i powiększonym dziesięciokroć oczkiem przyjrzał się pisaninie. Gwizdnął przy tym w pieski sposób, falując zaślinionymi zmarszczkami swojej mordki.

– To nie wygląda mi ani trochę na robotę Pani Sroki! Czyją ręką bez polotu było to chyba pisane. Co myślisz, Żelazna Paszczo?

Wywołany wilczur już wcześniej nie dowierzał nie tylko impertynenckim manierom Ogara Kurcjusza, ale także jego zdolnościom. Wyglądało na to, że wredne psisko dobrze wiedziało, jak to się zaczyna z czytaniem! A teraz Dworski Pies najwyraźniej próbował wystawić Żelazną Paszczę na pośmiewisko! Jego niedoczekanie!

Wilk pochylił się ku Kurcjuszowi, przyglądając się kartce z najbliższego bliska. Przez przyłbicę niewiele widział, a rozumiał z tego jeszcze mniej, bo nic a nic. Rzekł jednak z powagą, niby głęboko zamyślony:

– Rzeczywiście, dziwna sprawa... Będę to chyba musiał dokładniej zbadać... Możesz więc mi to oddać, szanowny Ogarze? – Najchętniej wziąłby to i spalił w kominku, tak jak to z listami robił Beztrocki. Głupi świstek mógł kogoś zupełnie skompromitować, a przecież całkiem niesłusznie! Wolał odebrać Psu to, co mogło zaświadczyć o jego głupocie i zdradzić, że Żelazna Paszcza zielonego pojęcia nie miał o czytaniu (jakby tu chodziło tylko o czytanie...).