I. Palma i swastyka
I
PALMA I SWASTYKA
Wiatr dął z gwałtowną siłą. Miliardy drobin pyłu, poderwane w powietrze
gdzieś daleko, w bezmiary Pustyni Zachodniej, i wessane na wysokość
kilku tysięcy metrów tworzyły ogromne, gęste chmury, rodzaj
nieprzeniknionej zasłony, spowijającej niebo i ziemię, zacieśniającej
widoczność do kilku metrów i wciskającej swe macki wszędzie, nawet do
wnętrza starannie zamkniętych walizek i pod pokrywki wodoszczelnych
zegarków. Ludzie wdychali pył, krztusili się nim, bezustannie wytrząsali
piasek z kieszeni mundurów, wyczesywali go z włosów, wydmuchiwali z jedzenia. Namioty, niedawno tak starannie ustawione i odpowiednio
zabezpieczone, waliły się jeden za drugim i momentalnie pokrywały grubą
warstwą naniesionego piachu. Samoloty, uziemione i pookrywane czym tylko
się dało, przemieniały się w bezużyteczną stertę metalu, którą
przywrócić do stanu używalności można było dopiero po kilku dniach
wytężonej pracy. Stanęły nieruchomo czołgi i ciężarówki, zamarł ruch
pancernych samochodów i zwrotnych wozów terenowych, a nawet karawany
wielbłądów, wiedzione przez doświadczonych i obytych z afrykańską pogodą
Arabów, zatrzymywały się w miejscu i wynajdując jakie takie schronienie
i osłonę, z utęsknieniem wyczekiwały końca nawałnicy.
Despotyczny władca pustyni, samowładny hamsin, rozszalał się nad całą
Cyrenajką, jednym tchnieniem swych potężnych płuc przemienił ją w piekło
skotłowanego pyłu i drwiąc z wszelkich wysiłków marnych i słabych istot,
zwanych ludźmi, przygiął ich, wparł w ziemię, sparaliżował. Na nic
zdawały się najsurowsze rozkazy, na nic wszelkie wysiłki żołnierzy, na
nic próby oficerów. Gdy w Afryce zawieje hamsin, ustaje jakakolwiek
ludzka działalność, kończy się nawet zaciekła bitwa.
Kapitan Kurt Schliessen nerwowym ruchem strząsnął z gazety warstwę
piasku, która zdołała nagromadzić się na papierze w czasie kilku minut
czytania. Nawet tutaj, w wielkim mieście, odgrodzonym od pustyni
licznymi palmowymi gajami i zielonymi płachtami okolicznych farm, hamsin
dawał się we znaki. Przenosił ponad murami tumany pyłu, przewalał je po
ulicach, wciskał do wnętrz domów. Schliessen zaklął pod nosem. Nie po
raz pierwszy był w Afryce, kilkakrotnie już miał okazję zaznajomienia
się z bezwodnymi bezdrożami Cyrenajki, Pustyni Zachodniej i Egiptu,
poznał nawet palące skały Abisynii i wilgotny upał dżungli Złotego
Wybrzeża. Jeszcze w latach względnego spokoju poprzedzającego wybuch
wojny, włóczył się po całym Czarnym Lądzie jako nieszkodliwy "turysta",
rzekomy naukowiec ornitolog, witany z honorami przez rozlicznych
przedstawicieli miejscowej administracji brytyjskiej, francuskiej i włoskiej. Zbierał okazy afrykańskiego ptactwa, poznawał zwyczaje i język
licznych arabskich szczepów, zamieszkujących rozległe obszary od
Casablanki aż po Kair, rozglądał się, notował i szkicował. Często jego
zapiski, chowane w podręcznej tece, niewiele miały wspólnego z ornitologią. Schliessen, mimo że nie przekroczył jeszcze trzydziestki,
stał się jednym z ekspertów od zagadnień afrykańskich, nader cenionym i potrzebnym członkiem dobrze zorganizowanego niemieckiego wywiadu. Teraz
zaś, gdy na świecie od dwóch lat szalała wojna, gdy Afryka Północna
stała się terenem zaciekłych zmagań, kapitan Kurt Schliessen oddać miał
Wehrmachtowi poważne usługi.
Zaklął ponownie. Burze piaskowe niezmiennie przyprawiały go o zły humor.
Wyciągnął z kieszeni przybrudzoną chustkę od nosa, otarł twarz pokrytą
mieszaniną potu i pyłu i spojrzał na zegarek, który chodził jeszcze,
zapewne dzięki starannemu okręceniu go w kilka warstw nieprzemakalnego
płótna.
Była godzina czternasta piętnaście.
"Jeżeli pułkownik Knapke nie zrezygnował i zdoła się tutaj dostać,
będzie za chwilę" - przemknęło przez głowę Schliessena.
Knapke był przełożonym Schliessena, szefem organizacji zajmującej się
wykonywaniem specjalnych i często bardzo tajemniczych zadań.
Podwójne, oszklone drzwi kawiarni, obecnie przemienionej w oficerską
kantynę, otworzyły się, a do wnętrza, wraz z tumanem pyłu i porywem
wiatru, wtoczyła się tęga postać. Przybyły przez dłuższą chwilę szamotał
się z drzwiami, zamknął je wreszcie i zajął się strzepywaniem piasku z munduru. Rozejrzał się po lokalu i dostrzegając kapitana Schliessena,
który stanął wyprężony przy swym stoliku, zbliżył się do niego.
- Jest pan punktualny jak zwykle, kapitanie - zauważył pułkownik Knapke.
- Tak jest.
- Paskudna pogoda, niechże to licho!
Zajęli miejsca, pułkownik zamówił dwie kawy.
- Rzecz jasna, że operacja musi być odłożona. W taką pogodę nic ma mowy
o locie.
- Przewidywana jest zmiana, koniec burzy - zauważył spokojnie kapitan. -
Czytałem komunikat.
Pułkownik skinął z uznaniem głową.
- Spodziewałem się tego - mruknął przyjaźnie. - Wiem przecież, że zwykł
pan nie zaniedbywać niczego. Czytałem i ja ten komunikat, dlatego
zmieniłem plany - zniżył głos, mimo że w lokalu nie było nikogo. - Jutro
pod wieczór uda się pan samochodem na lotnisko X-2. Dopiero tam otrzyma
pan właściwy strój i ostatnie instrukcje. O godzinie dwunastej
trzydzieści w nocy wystartuje pan, reszta planu bez zmiany, miejsce
zrzutu i sygnały te same. Rozumie pan, kapitanie?
- Tak jest. Mam wszystkie szczegóły w głowie.
- Dobrze - Knapke uśmiechnął się przelotnie. - Bardzo dobrze. Pański
powrót odbędzie się również według ustalonego poprzednio planu. Jest
rzeczą ważną, by dotrzymał pan terminów.
- Tak jest, rozumiem.
Knapke dopił kawę.
- Nowe gazety? - spytał i wskazał na plik dzienników, które przed jego
przybyciem studiował Schliessen.
- Tak, dzisiejsza poczta.
Pułkownik od niechcenia począł przerzucać pisma.
- Hm, no, no - mruczał pod nosem. - Tak, to rozumiem. Więcej się nami
zajmują. Coraz bardziej doceniają nasze znaczenie. Dobrze, bardzo dobrze
- sięgał po coraz nowe gazety i począł głośno odczytywać nagłówki
artykułów: "Żelazny mur żołnierzy Afrika Korps stanął na drodze
angielskich rozbójników!". Hm, mówią prawdę. "Udaremniane są wszelkie
wysiłki wroga". "Generał Rommel uderzył!". Jeszcze jak, co, kapitanie?
Coś o tym wiemy, hę? A to co? Nowa nazwa? ""Lis pustyni" pokazał
pazury". He, he, dobre. Ten gość ma trochę wyobraźni, prawda?
Na zewnątrz siła wiatru słabła, ale zawiesiny pyłu nadal tworzyły
nieprzeniknioną mgłę. Pułkownik wstał.
- Zamelduje się pan u mnie jutro rano - wyciągnął na pożegnanie rękę,
którą Schliessen, wyprężywszy się jak struna, uścisnął z szacunkiem. - O godzinie siódmej rano.
Knapke opuścił kantynę, a kapitan, podszedłszy do okna, starał się
przebić wzrokiem kłęby kurzawy. Okna wychodziły na rozległy, nowoczesny
port, którego w tej chwili nie było widać. Schliessen wiedział jednak
dobrze, iż mimo burzy, w porcie wre praca. Z wielkich włoskich
transportowców wyładowywały się oddziały wojsk. Rośli, jasnowłosi
żołnierze, walcząc z wichurą, przechodzili na ląd. Na ich mundurach
widniały rozpoznawcze znaki Afrika Korps - palma, a na jej pniu
swastyka. Korpus generała Rommla otrzymywał posiłki. "Lis pustyni"
przygotowywał potężny skok.
II. "Lis" na pustyni
II
"LIS" NA PUSTYNI
- Musi pan zrozumieć, generale, że naszym zadaniem jest tylko wspomóc
włoskiego sprzymierzeńca. Nie możemy w tej chwili zbytnio angażować się
w Afryce.
Energiczna twarz generała Rommla pokryła się chmurą. Nie mógł oczywiście
okazywać gniewu, dobrze bowiem znał losy swych starszych kolegów, którzy
nieopatrznie przeciwstawili się woli wszechwładnego Adolfa. Amatorów na
stanowiska generalskie i marszałkowskie było wielu, Hitler mógł do woli
przebierać w swym otoczeniu - błyskawiczne dymisje i nie mniej
błyskawiczne awanse były na porządku dziennym. Ponieważ zaś Erwin Rommel
bynajmniej nie zamierzał zrezygnować z wojskowej kariery, ponieważ
zamierzał nadal wyzyskiwać swą pozycję zaufanego zausznika Führera, z którego łaski wspiąć się zdołał na szczyty drabiny Wehrmachtu, zdobył
się tylko na delikatny i ostrożny protest:
- Ależ, mein Führer! Jeżeli uda mi się, w co nie wątpię, zatrzymać i rozbić Anglików, to z łatwością odbiorę nie tylko Cyrenajkę, ale i potrafię zdobyć Egipt, Kair, Aleksandrię i Kanał Sueski, mein
Führer...
Hitler zerwał się, wyszedł zza ogromnego biurka i przemierzając gabinet
drobnymi kroczkami, wyrzucił z siebie:
- Dosyć, generale, dosyć! Wy wszyscy staracie się być mądrzejsi ode
mnie. Wszyscy wiecie najlepiej! Ale jeżeli ja za was nie myślę, jeżeli
ja nie powezmę właściwej decyzji, wtedy co? Nie, generale, nic posiadamy
środków, nie możemy sobie pozwolić na wysyłanie dużej liczby wojsk do
Afryki. Wschodni front, generale, Rosja Sowiecka!
Rommel przebiegle odczekał, aż wyczerpie się furia Hitlera.
- Doskonale to rozumiem, mein Führer - powiedział wreszcie ulegle. -
Niemniej...
Hitler nie dał mu dokończyć.
- Pańskim zadaniem jest zatrzymać Brytyjczyków i odepchnąć ich do granic
Egiptu. Oczywiście, jeżeli nadarzy się okazja, nie będę pana
powstrzymywać przed zajęciem Suezu, przeciwnie, drogi generale -
dorzucił pojednawczo - gotów jestem dosłać panu jedną czy dwie dodatkowe
dywizje. Ale nic więcej, proszę pamiętać. Rosja to olbrzymi kraj.
- Tak jest, mein Führer - odparł zrezygnowany Rommel.
Hitler wykonał znaczący ruch dłonią.
- Jest pan wolny, generale. Proszę zapamiętać moje słowa. Życzę panu
powodzenia.
W ten sposób rozpoczęła się afrykańska awantura generała Erwina Rommla,
ale późniejszy "Lis pustyni", jak ochrzciła go propaganda Goebbelsa
(oraz część prasy angloamerykańskiej), posiadał do dyspozycji zaledwie
dwie pancerne dywizje. Hitler, a wraz z nim i cały niemiecki sztab
generalny, posiadał specyficzne podejście do problemów afrykańskich.
Jego wzrok utkwiony był we Wschód. Tam miało paść rozstrzygnięcie walki
o podbój świata. Północna Afryka była dla Hitlera frontem drugorzędnym.
Dzieje zmagań na olbrzymich przestrzeniach Afryki Północnej nie
rozpoczęły się jednak dopiero w chwili wylądowania Afrika Korps w porcie
Trypolis. Gdy Włosi przystąpili do wojny i gdy padła Francja, sytuacja
Brytyjczyków na Bliskim Wschodzie stała się nad wyraz trudna i niebezpieczna. Siły angielskie na całym tym terenie dysponowały zaledwie
około 100 000 żołnierzy, wyposażonych w niewystarczający i przestarzały
sprzęt, oraz nieodpowiednią ilością lotnictwa. Generał Archibald Wavell,
jednooki dowódca Brytyjczyków, miał aż nazbyt wiele kłopotów na głowie.
Energiczny, zdolny i rzutki żołnierz umiał ogarnąć całokształt
zagadnienia, potrafił spojrzeć w przyszłość i przewidzieć wydarzenia
dopiero formujące się jako mgliste plany w głowach przeciwników; teraz
na próżno kołatał o posiłki. Wyspy Brytyjskie znajdowały się w stanie
śmiertelnego zagrożenia, ewakuacja w Dunkierce pozbawiła Anglików
wojennego sprzętu, lotnictwo RAF zaangażowane było w walce z przeważającą liczebnie Luftwaffe. Angielski przemysł zbrojeniowy stawał
dopiero na nogi i nie mógł podołać wymaganiom armii, a w wielu wypadkach
produkował nieodpowiedni sprzęt1.
Gdy więc Wielkiej Brytanii zagrażała operacja "Seelöwe", jak brzmiał
kryptonim przygotowywanej inwazji Anglii przez niemieckie armie, trudno
było marzyć o wsparciu wojsk na Bliskim Wschodzie. Generał Wavell musiał
siłą rzeczy zadowolić się tym, co posiadał.
Tymczasem na froncie egipskim Włosi zgromadzili potężną, półmilionową
armię marszałka Balbo (zastąpionego później, po jego śmierci, przez
marszałka Grazianiego), zaś na froncie sudańskim i erytrejskim
znajdowała się ćwierćmilionowa armia księcia Aosta. Pierwszy uderzył
Graziani i bez trudu posunął się naprzód, zajmując graniczne forty w Egipcie: Capuzzo, Sollum i przełęcz Halfaya, później zaś i rejon Sidi
Barani leżący sto kilometrów w głąb Egiptu.
Wydawało się, że nieprzyjaciel z łatwością potrafi zająć cały Egipt i Kanał Sueski, i Brytyjczycy pośpiesznie szykowali się do rozpaczliwej i beznadziejnej obrony pod Marsa Matruch i Dekheila. Ale Włochom,
rozporządzającym niesamowitą przewagą liczebną, zabrakło innego
elementu, decydującego o losach bitew - zdecydowania w działaniach. Nie
kwapili się z dalszym atakiem, zwlekali, umacniali zajęty teren,
budowali asfaltowe szosy, trwonili cenny czas.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki