Lipcowe dziewczyny - Phoebe Locke

-
Proszę czekać

1

Wszystko zaczęło zmie­niać się latem, kiedy skoń­czy­łam dzie­sięć lat. Wciąż miesz­ka­li­śmy w tym samym miesz­ka­niu, na dru­gim pię­trze gale­riowca przy Bri­xton Road, gdzie mogłam prze­sia­dy­wać na beto­no­wym bal­ko­nie i patrzeć na sunące obok dachy auto­bu­sów. Ale w tam­tym cza­sie coraz mniej czu­łam się tam jak w domu. Na pory­so­wa­nym kuchen­nym stole pię­trzył się stos rachun­ków, na któ­rych wid­niały czer­wone litery. Płaty lodu zsu­wały się po tyl­nej ścia­nie smut­nej i pustej lodówki. Tata był w pracy, gdy wycho­dzi­łam do szkoły i gdy z niej wra­ca­łam, a także przez całą noc; cze­kał przed szpi­ta­lami, barami i lot­ni­skami. Wszę­dzie, gdzie mógł spo­tkać kogoś na tyle zde­spe­ro­wa­nego, kto nie przej­mo­wałby się roz­bi­tym bocz­nym luster­kiem i rzę­żą­cym sil­ni­kiem. I cho­inką zapa­chową dyn­da­jącą pod przed­nim luster­kiem w miej­scu, w któ­rym powinna znaj­do­wać się licen­cja.

Jes­sie także zaczęła wię­cej pra­co­wać. Sklep z peru­kami mie­ścił się w arka­dach pod torami kole­jo­wymi, gdzie pociągi dud­niły nam nad gło­wami. Jes­sie poma­gała w jego pro­wa­dze­niu, odkąd skoń­czyła pięt­na­ście lat. Zabie­rała mnie cza­sem ze sobą, jeśli Laine miała dobry humor. Pozwa­lały mi sie­dzieć na zaple­czu i prze­bie­rać pal­cami w naelek­try­zo­wa­nych akry­lo­wych wło­sach, aż te prze­sta­wały iskrzyć. Zada­niem Jes­sie było wypa­ko­wy­wać je z folii i roz­cze­sy­wać, tak żeby Laine mogła je od razu wysta­wić. Na bia­łych sty­ro­pia­no­wych gło­wach, sto­ją­cych w witry­nie i cią­gną­cych się rzę­dami wzdłuż ścian, dziew­czyny ukła­dały pełne peruki, a w szkla­nych szaf­kach i na sto­ja­kach - pasemka do prze­dłu­ża­nia. Laine miała do mnie sła­bość. Zosta­wiała mi stare maga­zyny, sia­dała i sty­li­zo­wała moje włosy w skom­pli­ko­wane fry­zury. Jej dłu­gie paznok­cie łasko­tały mnie po skó­rze głowy. Ale jesz­cze bar­dziej kochała moją sio­strę. Długo zajęło mi zro­zu­mie­nie, że sklep był za mały, by tak czę­sto pra­co­wały w nim dwie osoby. Nawet przed tam­tym latem prze­waż­nie były­śmy tam tylko my, ni­gdy nie widzia­łam tam żad­nych klien­tów. Laine nie potrze­bo­wała Jes­sie. Praw­do­po­dob­nie przez więk­szość tygo­dni nie mogła sobie pozwo­lić, żeby jej pła­cić, ale mimo to w każdy pią­tek wrę­czała mojej sio­strze małe brą­zowe koperty. Kochała nas albo było nas jej żal - zawsze mia­łam pro­blem, by to roz­róż­nić.

Czę­sto, gdy zamy­kały sklep, Laine wycią­gała alko­hol z szafki pod kasą. Razem z Jes­sie sia­dały na wysta­wo­wej gablo­cie, machały nogami i kazały mi przy­mie­rzać perukę za peruką. Po paru minu­tach nabie­ra­łam śmia­ło­ści i para­do­wa­łam w tę i z powro­tem w szpil­kach Laine, a one zwi­jały się ze śmie­chu. Laine była jedyną osobą, poza Jes­sie, która była w sta­nie mnie do tego zachę­cić. Ale nawet to nie mogło trwać wiecz­nie.

Jej brat poja­wił się w sobotę, przy­no­sząc kar­to­nowe pudełko, zawil­got­niałe z jed­nej strony od spodu, i posta­wił je na ladzie. Sie­dzia­łam na swoim krze­sełku na cia­snym zaple­czu, ale drzwi były otwarte. Laine wyszła na lunch. Jes­sie stała za kasą, a ja patrzy­łam, jak natych­miast unio­sła ręce, by popra­wić włosy, i jak oparła się na ladzie, sta­jąc jedną stopą na pal­cach.

Jego włosy były ciem­niej­sze niż Laine, która far­bo­wała się na kar­me­lowo; gęste czarne loki miał krótko ostrzy­żone. Nosił lustrzane pilotki, mie­niące się na żółto-nie­bie­sko, miał ostre rysy twa­rzy. Pochy­lił głowę, żeby oku­lary zsu­nęły się z jego nosa, a on mógł przyj­rzeć się dobrze mojej sio­strze.

- Hej - powie­dział łagod­nym i niskim gło­sem. - Jest Laine?

Jes­sie wzru­szyła ramio­nami i spoj­rzała na niego obo­jęt­nie. Ale ze swo­jego miej­sca mogłam dostrzec, jak ner­wowo ude­rzała stopą o pod­łogę. Jej włosy wła­śnie odra­stały - mysie przy gło­wie, żół­ta­wo­białe na całej dłu­go­ści - ale ponie­waż Laine aku­rat bawiła się swo­imi nowymi pro­stow­ni­cami, były błysz­czące i gład­kie, co sta­no­wiło nie lada wyczyn.

- Wyszła - odpo­wie­działa, a potem wska­zała na pudełko. - Co to?

- Towar - rzu­cił i zdjął oku­lary. - Ty jesteś Jess, nie?

- Jes­sie.

Cie­szy­łam się, że to powie­działa. Że go popra­wiła. Tata cały czas mówił na nią Jess - Jes­sica, kiedy jej doku­czał, był pijany lub zde­ner­wo­wany - i ni­gdy go nie popra­wiała. Nie podo­bało mi się to. Tata wybrał jej imię, ale to mama skró­ciła je do "Jes­sie".

- No tak, Jes­sie. Jestem młod­szym bra­tem Laine.

- Elliott. Tak, wiem.

Teraz spoj­rzał na nią ina­czej, a w kąci­kach jego ust poja­wił się lekki uśmiech. Twarda sko­rupa, którą się ota­czała, czę­sto zdu­mie­wała ludzi.

- Nikt mnie tak nie nazywa - powie­dział.

- Laine tak.

Zanim zdą­żył odpo­wie­dzieć, do środka weszła jego sio­stra. W jed­nej ręce trzy­mała otwartą puszkę coli, w dru­giej do połowy zje­dzoną kanapkę.

- Och - przy­wi­tała go. - Przy­sze­dłeś wcze­śniej.

Jes­sie odsu­nęła się prędko, jak ktoś nie­mal zła­pany na gorą­cym uczynku. Zaczęła wyrów­ny­wać głowy za kasą i szczot­ko­wać włosy, więc tylko ja widzia­łam, jak Elliott gapi się na Jes­sie, igno­ru­jąc traj­ko­czącą Laine.

Jej pierw­szy chło­pak, o któ­rym mi powie­działa, zerwał z nią parę mie­sięcy wcze­śniej. Tego dnia ode­brała mnie ze szkoły i kiedy wra­ca­ły­śmy do domu, dostała ese­mesa. Wciąż pamię­tam, jak wtedy wyglą­dała: krótka żółta koszulka odsła­nia­jąca jej szczu­pły brzuch, fio­le­towe air maksy z flu­ore­scen­cyj­nymi sznu­rów­kami, ciemny kok z wysta­ją­cymi spod spodu koń­ców­kami wło­sów. Kol­czyk w nosie był nowy, ale nie nosiła go zbyt długo; trze­cie małe kółko w lewym uchu było czer­wone i chro­po­wate. O mnie dbała bar­dzo, a o sie­bie pra­wie w ogóle. Pamię­tam, jak wzru­szyła ramio­nami i scho­wała tele­fon do kie­szeni. I to, jak parę minut póź­niej wysy­czała pod nosem: "Pizda".

- Wszystko w porządku? - zapy­ta­łam.

Wzięła mnie za rękę, ści­snęła ją i puściła.

- Jedyną osobą, któ­rej możesz zaufać, jestem ja, okej? - odpo­wie­działa. - Ja i ty, to wszystko.

Del­lar - miał rację, jedyną osobą, która zwra­cała się do niego po imie­niu, była Laine - wró­cił do sklepu kilka dni póź­niej. Sta­ły­śmy na zewnątrz, a Laine zamy­kała na kłódkę antyw­ła­ma­niowe rolety, zbłą­kana czer­wona akry­lowa nić wciąż tkwiła w moich wło­sach, nie­bie­ska spły­wała w dół po mojej szkol­nej spód­nicy. Jes­sie śmiała się, zasła­nia­jąc twarz ręką, kiedy opo­wia­dała nam o jakimś chło­paku, któ­rego spła­wiła poprzed­niego wie­czoru. Ten aspekt naszej rela­cji był dziwny - była dla mnie jak matka, ale jed­no­cze­śnie wciąż miała sie­dem­na­ście lat. I jako sie­dem­na­sto­latka wycho­dziła tuż po tym, jak poło­żyła mnie spać, a potem budziła się w łóżku sto­ją­cym metr od mojego, z nie­zmy­tym maki­ja­żem, a jej poroz­rzu­cane ciu­chy zna­czyły szlak od drzwi do poduszki. Miała sie­dem­na­ście lat, ale mimo to budziła mnie do szkoły i przy­go­to­wy­wała mi śnia­da­nie.

- Śnia­da­nie to naj­waż­niej­szy posi­łek w ciągu dnia - mawiała, robiąc omlet z jed­nego jajka i ostat­niego pla­sterka szynki. Minęły rok czy dwa, zanim zaczęła doda­wać: - Tak przy­naj­mniej twier­dziła mama.

Kiedy Laine zatrza­snęła ostat­nią kłódkę, usły­sza­ły­śmy, jak spo­kojny i nie­ustę­pliwy rytm kro­ków prze­bija się przez szum pociągu nad naszymi gło­wami i stu­kot krat z mię­snego po dru­giej stro­nie ulicy. Obró­ci­ły­śmy się i zoba­czy­ły­śmy, jak do nas pod­cho­dzi. Let­nie słońce cho­wało się już za łukami. Atlan­tic Road pre­zen­to­wała się naj­le­piej w takim przy­ga­szo­nym poma­rań­czo­wym świe­tle. Wszyst­kie trzy odbi­ja­ły­śmy się w nie­bie­skich szkłach jego oku­la­rów prze­ciw­sło­necz­nych.

- Hej - przy­wi­tała się Jes­sie, kiedy pod­szedł bli­żej i tylko się do niej uśmiech­nął.

Laine cmok­nęła z dez­apro­batą, ale wzięła mnie za rękę.

- Odpro­wa­dzę Addie do domu.

Kiedy odcho­dzi­ły­śmy, spoj­rza­łam nie­śmiało na Laine. Z pro­filu jej twarz wyglą­dała na łagod­niej­szą, mniej onie­śmie­la­jącą. Teraz, gdy szły­śmy tylko we dwie, wyda­wała się spo­koj­niej­sza.

- Czy twój brat lubi Jes­sie? - zapy­ta­łam, a ona popa­trzyła na mnie z poli­to­wa­niem.

- Skar­bie - powie­działa. - Elliott lubi wszyst­kich.

Prze­szły­śmy przez ulicę i zna­la­zły­śmy się na osie­dlu.

- Ona go lubi - rzu­ci­łam na próbę.

Gdy Laine nie odpo­wie­działa, zamar­łam.

2

Od tam­tej pory Del­lar był z nami cały czas. Razem z Jes­sie cze­kał na mnie pod szkołą. Krę­cił się po skle­pie, kiedy sie­dzia­łam na zaple­czu, zbyt prze­stra­szona, żeby do nich wyjść. Był przy nas póź­nym wie­czo­rem i wcze­snym ran­kiem, a także w jasną noc pomię­dzy nimi, kiedy prze­wra­ca­łam się we śnie i widzia­łam nie jedno, lecz dwa ciała na poje­dyn­czym łóżku Jes­sie. Jego zapach, ostry i czy­sty, kom­plet­nie róż­niący się od zapa­chu naszego ojca, wsią­kał we wszystko.

O dziwo, tata zda­wał się nie mieć nic prze­ciwko Del­la­rowi lub w ogóle go nie zauwa­żał. W moich wspo­mnie­niach z tam­tych mie­sięcy tata w ogóle rzadko się poja­wiał. Zawsze pra­co­wał nocami i o nie­ludz­kich porach, ale wtedy były to dłuż­sze, dziw­niej­sze zmiany. Nie było go przez dwa dni, następ­nie wra­cał do domu i spał kilka godzin, gdy Jes­sie, Del­lar i ja oglą­da­li­śmy tele­tur­nieje albo Ugo­to­wa­nych, po czym znowu wycho­dził. Dowie­dzia­łam się wtedy od Jes­sie, która fil­tro­wała dla mnie infor­ma­cje, i z pod­słu­cha­nych roz­mów, że musiał oddać czarną tak­sówkę i miał jakieś pro­blemy w pracy. Wie­dzia­łam, że kupił auto od kolegi z pubu, gra­na­to­wego forda mon­deo z mięk­kimi sza­rymi sie­dze­niami, prze­siąk­nię­tego ciężką wonią papie­ro­sów, któ­rej nie dały rady zama­sko­wać ani trzy, ani cztery, ani osta­tecz­nie nawet pięć cho­inek zapa­cho­wych. Dziś już wiem, że jeź­dził tym autem jako nie­le­galną tak­sówką. Wtedy koja­rzy­łam tylko, że na wszyst­kich koper­tach z nie­otwar­tymi rachun­kami wid­niały czer­wone litery, a tata wra­cał do domu na te dwie lub trzy godziny snu tylko dla­tego, że zasy­piał za kół­kiem. Wie­dzia­łam rów­nież - od zawsze - że nie wolno nam było roz­ma­wiać o pie­nią­dzach w jego obec­no­ści. A tak naprawdę naj­le­piej było nie odzy­wać się przy nim wcale. Bez­piecz­niej.

Powinno mnie iry­to­wać, że nagle musia­łam dzie­lić się z kimś uwagą Jes­sie. Od dawna była jedyną osobą, którą inte­re­so­wało, co nosi­łam, co jadłam, czy uczy­łam się pil­nie, czy nie. To ona pod­grze­wała ręcz­nik na ledwo grze­ją­cym kalo­ry­fe­rze, kiedy ja sie­dzia­łam w przy­go­to­wa­nej przez nią kąpieli. To ona otu­lała mnie koł­drą i mówiła, że mnie kocha, kiedy powoli zasy­pia­łam. A potem poja­wił się Del­lar. Sie­dział mię­dzy nami na kana­pie albo obok mnie przy stole - wpa­trzony w Jes­sie, która krę­ciła patel­nią nad pal­ni­kiem. Cze­kał cier­pli­wie w dużym pokoju, aż ona powie mi "dobra­noc" i zgasi świa­tło, zanim z nim wyj­dzie.

A jed­nak jego zacho­wa­nie spra­wiało, że trudno było być o niego zazdro­snym. Opo­wia­dał o tym, co mnie inte­re­so­wało, a o czym wcze­śniej wspo­mniała mu Jes­sie: o dino­zau­rach, kosmo­sie, syre­nach i naj­roz­ma­it­szych spo­so­bach na jedze­nie plac­ków ziem­nia­cza­nych. Pew­nego wie­czoru, kiedy Jes­sie suszyła włosy w naszym pokoju po tym, jak roz­ja­śniła je po raz pierw­szy od tygo­dni, Del­lar odwró­cił się do mnie w trak­cie prze­rwy na reklamy.

- Co czy­tasz?

Leża­łam bokiem w fotelu taty, z nogami prze­wie­szo­nymi przez pod­ło­kiet­nik i książką opartą na kola­nach.

- Paję­czynę Char­lotty - odpo­wie­dzia­łam, poka­zu­jąc mu żółtą ilu­stro­waną okładkę. Pocho­dziła z wiel­kiej sterty ksią­żek, które parę lat temu Jes­sie wycią­gnęła dla mnie z komody. Na wewnętrz­nej stro­nie okładki w każ­dej z nich napi­sano sta­ran­nie ołów­kiem: "Eli­za­beth Addi­son". Paję­czynę czy­ta­łam już wtedy czwarty lub piąty raz. Po pro­stu lubi­łam mieć ją przy sobie.

- O, czy­ta­łem ją - powie­dział nie­spo­dzie­wa­nie. - To była ulu­biona książka Laine, kiedy byli­śmy mali. To ta z pają­kiem, prawda? I świ­nią?

- Tak! - Wypro­sto­wa­łam się natych­miast i spoj­rza­łam na niego poważ­nie, ści­ska­jąc książkę. - Jest taka dobra. Ale ma bar­dzo smutne zakoń­cze­nie.

- Pamię­tam - zaśmiał się. - Nasza mama pła­kała, kiedy czy­tała nam tam­ten frag­ment.

Zain­te­re­so­wana, wyobra­zi­łam go sobie pod koł­drą z młod­szą Laine, wtu­lo­nych w matkę, któ­rej twa­rzy nie mogłam dostrzec. Dzięki temu polu­bi­łam go jesz­cze bar­dziej, a jed­no­cze­śnie mu nie zazdro­ści­łam. Bo wcze­śniej, zanim nauczy­łam się czy­tać, to wła­śnie Jes­sie czy­tała mi bajki. Cho­wa­ły­śmy się we dwie pod pościelą z latarką. Nie wie­rzy­łam w to, że ktoś mógł robić to lepiej.

- Jakie książki jesz­cze lubi­łeś w dzie­ciń­stwie? - zapy­ta­łam, a on uśmiech­nął się, prze­cią­gnął i roz­siadł się wygod­niej na wytar­tej kana­pie.

- To będzie długa lista - zapo­wie­dział. - Gotowa?

Kilka tygo­dni póź­niej, w nie­dzielę, sie­dzie­li­śmy we trójkę na naszych tra­dy­cyj­nych miej­scach na sofie. Tale­rze po śnia­da­niu wciąż stały na pod­ło­dze, choć było już dobrze po połu­dniu. Zbie­ra­łam się na odwagę, żeby powie­dzieć Del­la­rowi, co myśla­łam o jed­nej z ksią­żek z jego listy. Cho­dziło o Matyldę, która podo­bała mi się bar­dziej niż wszystko, co kie­dy­kol­wiek prze­czy­ta­łam. I wła­śnie wtedy usły­sze­li­śmy, jak tata otwiera drzwi od sypialni; po chwili w kory­ta­rzu roz­le­gły się jego nie­równe kroki. Zer­k­nę­łam na Jes­sie, ale ona wpa­try­wała się zawzię­cie w tele­wi­zor. Widzia­łam, jak zadrżały kąciki jej ust. Nie spo­dzie­wała się, że wsta­nie o tej porze.

W ciszy nasłu­chi­wa­li­śmy, jak mam­ro­tał do sie­bie, wsta­wia­jąc do zlewu zatłusz­czoną patel­nię i talerz. Lodówka otwo­rzyła się, a potem zamknęła z hukiem. Zaci­snę­łam pię­ści, żeby się nie wzdry­gnąć.

- Jes­sica! - Jego kroki zadud­niły w kory­ta­rzu. - Czemu nie ma nic do żar­cia?

Jes­sie popa­trzyła na Del­lara, pode­rwała się i wyszła z pokoju, zamy­ka­jąc za sobą drzwi.

- Prze­pra­szam - mówiła cicho, jakby to miało skło­nić go do tego samego. - Zro­bię ci coś. Posprzą­tam.

- Oczy­wi­ście, że kurwa posprzą­tasz! - Trza­snęła szafka, roz­legł się pusty dźwięk, jakby coś się prze­wró­ciło. - Nie myśl sobie, że będziesz tu sie­dzieć bez­czyn­nie cały dzień. - Jego głos nagle stał się przy­tłu­miony. Jes­sie zamknęła drzwi od kuchni. Pomy­śla­łam, że mu się to nie spodoba. To ukry­wa­nie go, to, że wsty­dzi się go przy gościu. Dobie­gło nas kolejne głu­che wal­nię­cie, tym razem ude­rzył w blat, wrzesz­cząc coś nie­zro­zu­miale.

Kiedy spoj­rza­łam na Del­lara, ten patrzył na mnie z zaci­śnię­tymi ustami.

- Chcesz iść na spa­cer? - zapy­tał, a ja przy­tak­nę­łam.

Wyszli­śmy z miesz­ka­nia, aku­rat kiedy coś się potłu­kło, tata odzy­wał się teraz ciszej, ale w spo­sób, który spra­wiał, że włosy sta­wały mi dęba. Minę­li­śmy tłum pró­bu­jący wejść do metra na sta­cji Bri­xton, gdzie połowa bra­mek była zamknięta. Prze­szli­śmy przez ulicę na rogu, koło McDo­nalda.

- Chcesz McFlurry? - zapro­po­no­wał Del­lar, trzy­ma­jąc ręce w kie­sze­niach. Miał na sobie tylko dżinsy i biały T-shirt mimo chłod­nego wia­tru. Wyglą­dał jak model. Znowu przy­tak­nę­łam.

- No to chodź - rzu­cił i pchnął podwójne drzwi.

W środku pano­wał tłok, jak zwy­kle, więc sta­nę­li­śmy w kolejce. Ręce Del­lara zwi­sały teraz luźno wzdłuż jego tuło­wia. Wbi­łam spoj­rze­nie w tablice z menu i nie odzy­wa­łam się sło­wem. Zasta­na­wia­łam się, co się dzieje w miesz­ka­niu, czy udało jej się zała­go­dzić sytu­ację tak, jak zazwy­czaj to robiła. Tata rzadko się na mnie zło­ścił. Ale z Jes­sie było ina­czej, zawsze zda­wała się go roz­cza­ro­wy­wać w spo­sób, który nie do końca rozu­mia­łam. I cho­ciaż trud­niej było mu wystra­szyć ją niż mnie, nie ozna­czało to, że nie pró­bo­wał.

Del­lar omiótł spoj­rze­niem swoje adi­dasy.

- Ty i Jes­sie jeste­ście dobrymi przy­ja­ciół­kami, co?

- Naj­lep­szymi - zgo­dzi­łam się.

- Wiesz, że ona cię kocha, prawda?

Przy­tak­nę­łam jesz­cze raz, ale tym razem odwró­ci­łam głowę.

Poło­żył mi dłoń na ple­cach, jego dotyk był chłodny i miękki.

- Chcę tylko, żebyś wie­działa, że nie zamie­rzam tego zmie­niać.

Pod­nio­słam na niego wzrok, ale nic nie powie­dzia­łam.

- Pomy­śla­łem po pro­stu - dodał - jeśli oczy­wi­ście mia­ła­byś na to ochotę... Może mogli­by­śmy się przy­jaź­nić we trójkę?

W tym momen­cie rodzina przed nami ode­szła, ści­ska­jąc brą­zowe torby z zamó­wie­niem, więc zro­bi­li­śmy krok do przodu, zanim zdą­ży­łam odpo­wie­dzieć. Kiedy wyszli­śmy z McDo­nalda z wil­got­nymi kub­kami lodów w dło­niach i kolo­ro­wymi cukier­kami zgrzy­ta­ją­cymi mię­dzy zębami, zro­biło mi się cie­plej.

To były małe rze­czy, ale ponie­waż Del­lar i Laine mieli sied­mio­let­niego przy­rod­niego brata Lloyda, oby­dwoje wie­dzieli, że to wła­śnie takie małe rze­czy mają naj­więk­sze zna­cze­nie. Któ­re­goś wie­czoru Del­lar przy­niósł mi trzy pierw­sze tomy Harry'ego Pot­tera - strony były mięk­kie i poza­gi­nane, w dodatku pach­niały moim uko­cha­nym kurzem z biblio­teki. Napra­wił nasz odtwa­rzacz DVD, a potem usiadł i obej­rzał ze mną wszyst­kie trzy Parki Juraj­skie, a Jes­sie, choć krę­ciła głową i wier­ciła się, też była zado­wo­lona. Zawsze pamię­tał, co mia­łam aku­rat w szkole, i ni­gdy nie zapo­mi­nał zapy­tać, jak mi poszło. No i umiał ryso­wać, to naj­waż­niej­sze. Ryso­wa­nie przy­cho­dziło mu bez kom­plet­nie żad­nego wysiłku, zresztą jak wszystko, ale był przy tym naprawdę sku­piony - wyglą­dał wtedy zupeł­nie ina­czej - dzięki czemu jego rysunki były wyjąt­kowe. Uwiel­biał szki­co­wać, choć uwa­żał tę czyn­ność za bez­u­ży­teczną. Ale jeśli Jes­sie szy­ko­wała się, nagrze­wa­jąc pro­stow­nicę, łatwo było go prze­ko­nać, żeby zatrzy­mał film i nary­so­wał mi Spi­der-Mana albo Nemo - a wie­czo­rami, kiedy Jes­sie nie zwra­cała spe­cjal­nej uwagi na to, co oglą­damy - Ter­mi­na­tora. Trzy­ma­łam te szkice pod łóż­kiem, sto­sik rósł, a ja coraz bar­dziej lubi­łam Del­lara. Któ­re­goś dnia, pod­czas jed­nej z tych nie­licz­nych oka­zji, kiedy spę­dza­ły­śmy wie­czór w domu same, zda­łam sobie sprawę, że za nim tęsk­nię.

Naza­jutrz mieli swoją pierw­szą poważną kłót­nię.

Sie­dzia­łam w wan­nie, woda była już let­nia, a skóra na moich pal­cach zro­biła się pomarsz­czona i biała. Nie chcia­łam wycho­dzić na zimno, nagrzany ręcz­nik wisiał zbyt daleko, bym mogła po niego się­gnąć. Zanu­rzy­łam głowę pod wodę, słu­cha­jąc pokrze­pia­ją­cego dud­nie­nia ich gło­sów, które docie­rało do mnie podob­nie jak cicha muzyka z tele­wi­zora. Dopóki nie wypły­nę­łam na powierzch­nię, żeby nabrać powie­trza. Wtedy oka­zało się, że Jes­sie była wście­kła.

- Nie mogę tam iść. Do piątku nie mam żad­nych pie­nię­dzy, mówi­łam ci już.

- Wylu­zuj. - Del­lar wyda­wał się zdez­o­rien­to­wany. - Serio, ogarnę to. To mój kolega, otwo­rzyli się w zeszłym tygo­dniu. Będzie faj­nie.

- Nie chcę, żebyś znowu pła­cił. - Sły­sza­łam, że Jes­sie sta­rała się zapa­no­wać nad gło­sem, żeby brzmieć uprzej­mie. Była dobra w ukry­wa­niu swo­ich emo­cji. Robiła to przy mnie cały czas. - Pój­dziemy w week­end.

- To tylko parę drin­ków, nic wiel­kiego.

Wes­tchnę­łam i zanur­ko­wa­łam z powro­tem. Nie chcia­łam słu­chać, jak bar­dzo jej nie rozu­mie.

Choć może rozu­miał ją lepiej niż ja; a może z nim było po pro­stu ina­czej. Kiedy w końcu wyszłam z wanny i wło­ży­łam piżamę, usły­sza­łam, jak krzą­tała się po pokoju, szy­ku­jąc się do wyj­ścia.

Tam­tej nocy pozwo­liła zabrać się na kilka drin­ków i wła­śnie wtedy dotarło do mnie, że coś się zmie­nia. Może Jes­sie po raz pierw­szy była gotowa, by ktoś się nią zaopie­ko­wał.

3

Pewnej nocy, chyba na początku lipca, nie mogłam zasnąć, a Jes­sie i Del­lar poszli na imprezę. Leża­łam w łóżku, nasłu­chu­jąc samo­cho­dów, chło­pa­ków pusz­cza­ją­cych muzykę na osie­dlu i śmie­ją­cych się do sie­bie. Lato było już wystar­cza­jąco gorące i nie­spo­kojne, ale w tam­tym tygo­dniu pogoda zepsuła się zupeł­nie, zimny front to nad­cho­dził, to odcho­dził, więc ni­gdy nie wie­dzia­łam, czy się przy­kry­wać, czy nie. Prze­wró­ci­łam się na drugi bok i zaci­snę­łam powieki na dłu­żej, zanim dałam sobie spo­kój i wsta­łam z łóżka. Poszłam do dużego pokoju i zwi­nę­łam się w kłę­bek z Więź­niem Azka­banu, któ­rego pra­wie skoń­czy­łam; mogłam tam spo­koj­nie leżeć, bo wie­dzia­łam, że przez następne kilka godzin nikt nie będzie mi prze­szka­dzał. Lubi­łam cza­sem łazić po miesz­ka­niu i uda­wać, że jestem doro­sła na tyle, by decy­do­wać, gdzie zasnę. Zostało mi już tylko dzie­sięć stron książki, kiedy usły­sza­łam klucz w zamku i tłu­mione kaszl­nię­cie taty ścią­ga­ją­cego buty. Zamar­łam na kana­pie, a kiedy usły­sza­łam, że się zawa­hał, zawo­ła­łam do niego:

- Cześć, tato!

Zmie­nił kie­ru­nek i poja­wił się w drzwiach.

- Hej, mała.

- Wcze­śnie wró­ci­łeś.

- Aha... - Rozej­rzał się po pokoju, żyła na jego szyi pul­so­wała. - Gdzie twoja sio­stra?

- Wysko­czyła gdzieś - powie­dzia­łam, a strach ści­snął mi gar­dło. Nie wolno jej było zosta­wiać mnie samej w nocy. - Zaraz wróci.

- Okej. - Uśmiech­nął się do mnie, a na jego twa­rzy poja­wił się wąski ner­wowy gry­mas, który nadał jej suro­wość. - Wsko­czę pod prysz­nic.

Sły­sza­łam, jak włą­czył boj­ler, a jego dżinsy i koszulka wylą­do­wały na pod­ło­dze. Pró­bo­wa­łam sku­pić się na Har­rym Pot­te­rze, ale litery tań­czyły mi przed oczami, więc osta­tecz­nie sie­dzia­łam i gapi­łam się w ścianę, cze­ka­jąc, aż prysz­nic zaklika znowu, a rury z cie­płą wodą prze­staną skrzy­pieć.

Wysta­wił głowę zza drzwi pięć minut póź­niej, wycie­ra­jąc włosy ręcz­ni­kiem. Tym razem uśmiech przy­szedł mu chyba nieco łatwiej, bo błą­kał się po jego ustach.

- Głodna?

Nie chciało mi się jeść. Minęła jede­na­sta, byłam tro­chę spra­gniona, ale uśmiech­nę­łam się z wdzięcz­no­ścią.

- Omlet? - zapy­tał, a ja poszłam z nim do kuchni. Potra­fił przy­rzą­dzić o wiele wię­cej potraw, ale tylko ta była smaczna. Przy­glą­da­łam się, jak wbija jajka do miski; plecy miał nagie, a za sze­ro­kie dżinsy zwi­sały na jego chu­dym ciele. Na przed­ra­mie­niu wid­niał tatuaż - róża oplą­tana wstęgą, na któ­rej kie­dyś widoczne było imię. Rzed­nące włosy zacze­sał po kąpieli do tyłu. Wylał wymie­szane jajka na patel­nię i posta­wił ją na kuchence. Mru­gnął do mnie, kiedy prze­cho­dził obok, idąc do swo­jej sypialni.

Gdy wró­cił, miał na sobie stary szary T-shirt, a do ucha przy­ci­skał tele­fon. Ponie­waż nie ode­brała, zosta­wił wia­do­mość.

- Jes­sica, tu tata. Gdzie jesteś? Addie sie­dzi sama, a ja muszę wra­cać do pracy.

Krótko i na temat. Trzy­mał nerwy na wodzy. Jeśli dowie­dzia­łaby się, że jest wście­kły, nie wró­ci­łaby do domu.

Naprawdę ją kochał. Kochał nas obie, gwał­towną, nie­prze­wi­dy­walną miło­ścią, która dawała o sobie znać w naj­dziw­niej­szych momen­tach - kiedy się­gało się z tru­dem po kubek sto­jący na końcu półki, kiedy poda­wało mu się gazetę, kiedy śmiało się z cze­goś zabaw­nego w tele­wi­zji. Jego chude żyla­ste ramiona zamy­kały się wokół nas na chwilę i cało­wał nas w czoła z zamknię­tymi oczami. Nie poka­zy­wał nam tego czę­sto, ale miał to w sobie. Kochał nas.

Prze­rzu­cił omlet na talerz i posta­wiw­szy go przede mną, usiadł. Patrzył, jak nabi­jam kawa­łek na wide­lec.

- Ty nie jesteś głodny? - zapy­ta­łam go, a on pokrę­cił głową.

- Zjem potem.

Podra­pał jakąś plamę na dłoni, a potem prze­cią­gnął się, aż coś strze­liło mu w ple­cach. Zmu­si­łam się do kolej­nego kęsa.

- No i co - zaczął - nie­długo twoje uro­dziny, nie? Jesz­cze tylko kilka dni do szczę­śli­wej sió­demki. I skoń­czysz dzie­sięć lat.

Uśmiech­nę­łam się zado­wo­lona.

- Aha.

Znowu podra­pał się po dłoni i spoj­rzał na mnie uważ­nie; jego oczy były tak podobne do oczu Jes­sie.

- Czyli czas, żeby­śmy zaczęli myśleć z twoją sio­strą o pre­zen­tach. Musimy kupić ci coś, co ci się podoba.

Byłam ostrożna, żeby nie przy­tak­nąć zbyt chęt­nie i nie wyjść na chciwą. Nie zno­sił tego; to była jedna z rze­czy, o które lubił się cze­piać. Jes­sie zazna­czyła w gaze­cie coś, co jej się podo­bało. Ja pod­kra­dłam pla­ste­rek szynki z lodówki albo pró­bo­wa­łam skub­nąć rożek sera, kiedy nikt nie patrzył. Były­śmy chci­wymi dzie­wu­szy­skami i nie zmar­no­wał ani jed­nej oka­zji, by nam o tym przy­po­mnieć. Jes­sie tego nie lubiła.

Gdy jego oczy się zwę­ziły, zro­zu­mia­łam, że prze­sa­dzi­łam w drugą stronę.

- Nie uda­waj, że niczego byś nie chciała - powie­dział poiry­to­wany. - Znam was.

W gło­wie mia­łam pustkę.

- Może jakieś książki - wykrztu­si­łam, a on skrzy­wił się i zamy­ślił.

- Zawsze sie­dzisz z nosem w książce. - Ale potem wzru­szył ramio­nami i ode­tchnął. Odchy­lił się na krze­śle, opar­cie zaskrzy­piało; sku­pił uwagę na moim tale­rzu, na któ­rym wciąż leżała jesz­cze połówka omleta. - No dalej, jedz.

Ostroż­nie wci­snę­łam w cia­sto brzeg widelca, wykra­wa­jąc ide­alny kęs, ale za wolno. Widzia­łam, jak zmie­nia się atmos­fera w kuchni, sły­sza­łam, jak tata ude­rza mia­rowo stopą o nogę krze­sła.

- Nie baw się tym. - Był coraz bar­dziej wście­kły. - Prze­cież to dobry omlet. Wiesz, że w tym domu nie mar­nuje się jedze­nia.

Wzię­łam więk­szy kęs, niż chcia­łam, a zimne jajko przy­kle­iło mi się do pod­nie­bie­nia. Pró­bo­wa­łam je pogryźć, czu­łam jego palące spoj­rze­nie, i zakrztu­si­łam się.

- Jedz to - powie­dział cicho. - Masz zjeść to, co dla cie­bie zro­bi­łem.

Ale jedze­nie pode­szło mi do gar­dła, spa­ni­ko­wa­łam i wyplu­łam wszystko na talerz.

Przez sekundę patrzy­li­śmy na sie­bie. Naj­bar­dziej bałam się, kiedy jego twarz nie­ru­cho­miała tak jak teraz. Drgały tylko naj­mniej­sze mię­śnie wzdłuż jego żuchwy. To był moment, kiedy mógł prze­łknąć swój gniew - lub nie.

Zanim któ­reś z nas się poru­szyło, przy drzwiach wej­ścio­wych roz­legł się hałas - to były bran­so­letki Jes­sie, jej klu­czyki i torebka. Krzą­tała się w wie­czor­nej ciszy, poru­sza­jąc się w chmu­rze per­fum i ostrych dźwię­ków. Widzia­łam gniew prze­my­ka­jący po twa­rzy mojego ojca, jego usta wykrzy­wione w gry­ma­sie.

- Hej, już jestem - zawo­łała, prze­cho­dząc chwiej­nym kro­kiem przez kory­tarz do kuchni, i wtedy zro­zu­mia­łam, że była pijana. Tata też to widział, bo odsu­nął się nagle od stołu, wrzu­cił mój talerz i patel­nię do zlewu. Prze­szedł obok niej bez słowa, kiedy weszła do kuchni.

Tkwi­ły­śmy w bez­ru­chu, słu­cha­jąc, jak narzuca kurtkę i łapie leżące obok klu­cze. Kiedy zatrza­snęły się za nim drzwi, zauwa­ży­łam, że Jes­sie ode­tchnęła. Gdy dostrze­gła, że się jej przy­glą­dam, natych­miast przy­wo­łała na twarz uśmiech i usia­dła obok mnie przy stole.

- Czemu jesz­cze nie śpisz, mała?

Przy­nio­sła pocztę, która walała się na wycie­raczce. Menu, menu, menu, sztywne koperty z rachun­kami, któ­rych okienka wyglą­dały jak miny. Prze­bie­rała w nich zaob­rącz­ko­wa­nymi pal­cami. Złoty pier­ścio­nek, który nosiła na palcu wska­zu­ją­cym, był moim ulu­bio­nym - wąski krą­żek z ide­al­nie okrą­głym ciem­no­brą­zo­wym kamie­niem w środku, nie­mal jak drewno. Nale­żał do mojej mamy, powie­działa mi kie­dyś Jes­sie, i któ­re­goś dnia prze­każe go mnie.

- Nie mogłam zasnąć.

- Naprawdę? Też mia­ła­bym z tym pro­blem, gdy­bym sie­działa w kuchni i jadła śnia­da­nie.

Prze­wró­ci­łam oczami, pró­bu­jąc ukryć sła­bość, którą na­dal czu­łam.

- Czy­ta­łam. Zapro­po­no­wał mi omlet. Chyba nie wie­dział, jak jest późno.

Odło­żyła listy i wes­tchnęła.

- Nie bawi­łaś się dobrze? - zapy­ta­łam.

Jes­sie odwró­ciła się i spoj­rzała na mnie, się­gnęła ręką, by odgar­nąć moje włosy. Robiła to czę­sto, zwłasz­cza gdy coś wypiła. Kie­dyś wyja­śniła mi, że lubi patrzeć na moją twarz, bo przy­po­mi­na­łam jej mamę.

- Nie­spe­cjal­nie - odpo­wie­działa, co mnie zasko­czyło.

- Czemu nie? - mówi­łam tak cicho, jak­bym bała się spło­szyć jej szcze­rość.

Odsu­nęła rękę od mojej twa­rzy i roz­parła się na krze­śle; nagle wyglą­dała mło­dziej, wręcz kru­cho.

- Laine zamyka sklep. Nie stać jej na czynsz.

- Och. - Poczu­łam ukłu­cie stra­chu. - Znaj­dziesz inną pracę?

- Mam nadzieję. - Uśmiech­nęła się do mnie smutno i zła­pała mnie za rękę. - Któ­re­goś dnia nas stąd wycią­gnę, Addie - powie­działa. - Może to po pro­stu zająć nieco wię­cej czasu, niż przy­pusz­cza­łam, okej?

Strach znik­nął, a zamiast niego wez­brała we mnie fala cze­goś deli­kat­niej­szego, zim­niej­szego.

- Nie bądź smutna - popro­si­łam.

Dopiero wtedy zdała sobie sprawę, co powie­działa; zamru­gała i wzięła głę­boki oddech, pusz­cza­jąc moją dłoń.

- Wszystko w porządku - powie­działa, wzru­sza­jąc ramio­nami i wsta­jąc od stołu. - Chodź. Czas do łóżka.

4

Po tym Jes­sie zabrała mnie do sklepu już tylko raz, któ­re­goś popo­łu­dnia po szkole, kiedy razem z Laine pako­wały do pudeł ostat­nie rze­czy i zmy­wały pod­łogi. Del­lar też tam był, odkrę­cał półki, które Laine sama przy­mo­co­wała do tyl­nej ściany. Wszy­scy mil­czeli. Sie­dzia­łam na swoim tabo­re­cie w rogu, ści­ska­jąc sto­sik maga­zy­nów, które trzy­ma­łam w szafce na zaple­czu. Kiedy skoń­czyli, sta­nęli we trójkę na małej powierzchni - jakimś cudem mniej­szej bez tych wszyst­kich rze­czy - i popa­trzyli na sie­bie.

- Coś się koń­czy - powie­dział Del­lar, ota­cza­jąc Laine ramie­niem. - Ale do przodu, co?

- Jasne - par­sk­nęła krótko szy­der­czym śmie­chem i odsu­nęła się od niego. Oparła się o pustą ladę, patrząc na targ.

- Co zro­bisz z towa­rem? - zapy­tała Jes­sie, spo­glą­da­jąc na smętne pudła, które przy­tasz­czyli pod drzwi. - Mogła­bym wysta­wić coś na eBayu, jeśli chcesz.

- Mam zna­jomą na targu - powie­dział Del­lar. - Weź­mie część peruk. Pew­nie nie zapłaci za nie naj­wię­cej, ale no wiesz...

- Naj­szyb­ciej - dokoń­czyła Laine, po czym wes­tchnęła i się­gnęła, by włą­czyć muzykę. - No dobra, to nasza impreza poże­gnalna czy co?

Kiedy wycho­dzi­li­śmy, byli już zde­cy­do­wa­nie szczę­śliwsi. Cała trójka spo­ciła się w tańcu, bra­ko­wało im tchu, a Del­lar roz­śmie­szył nas histo­rią o męż­czyź­nie, któ­rego jego kuzyn aresz­to­wał za bie­ga­nie nago po Cla­pham High Street. Sta­li­śmy przed skle­pem i patrzy­li­śmy, jak Laine opusz­cza rolety po raz ostatni. Był wcze­sny wie­czór, po desz­czo­wym popo­łu­dniu wyszło słońce, choć deli­kat­nie meta­liczny zapach uno­sił się wciąż w powie­trzu. Kebab po prze­ciw­nej stro­nie zaczy­nał już przy­go­to­wy­wać się na wie­czór, świeże bele mięsa obra­cały się powoli, pod­czas gdy jeden z pra­cow­ni­ków ści­nał z nich przy­pie­czone skrawki. Zabur­czało mi w brzu­chu i zauwa­ży­łam, że Jes­sie patrzy w tamtą stronę.

- Pub? - zapy­tał Del­lar. - Ja sta­wiam. Możemy iść do The Crown, wpusz­czą tam Addie.

- Tak! - Tym razem to Laine zarzu­ciła mu rękę na szyję, a po jej złym nastroju nie było już śladu. - Chodź­cie, dziew­czyny.

Jes­sie pokrę­ciła głową.

- Muszę odsta­wić Addie do domu i ugo­to­wać jej obiad. Może spo­tkamy się póź­niej.

Widzia­łam, jak Del­lar już otwiera usta, żeby się sprze­ci­wić, ale Laine ujęła go pod ramię i ski­nęła deli­kat­nie do Jes­sie.

- Pew­nie - powie­działa. - Widzimy się nie­długo, skar­bie. Cześć, Ads, dzięki za pomoc, kocha­nie.

- To nic. - Zawsty­dzi­łam się, kiedy cała trójka popa­trzyła na mnie. - Baw­cie się dobrze.

- A, cze­kaj. - Laine wysta­wiła palec, jakby nagle sobie o czymś przy­po­mniała. - Mam coś dla cie­bie. Ale nie otwie­raj tego do rana, dobrze? Tylko nie oszu­kuj.

Wrę­czyła mi paczuszkę owi­niętą w błysz­czący papier, a moje policzki zapło­nęły.

- Dzię­kuję. - Nie pamię­ta­łam, kiedy ostat­nio ktoś poza Jes­sie dał mi pre­zent.

- Śpij dobrze, malu­chu - rzu­cił Del­lar. - Jutro poświę­tu­jemy na poważ­nie.

Poki­wa­łam głową, czu­jąc, jak znów wzbiera we mnie to cie­płe uczu­cie. Po chwili patrzy­ły­śmy, jak ta dwójka zmie­rzała już w stronę pubu.

To zna­czy ja patrzy­łam. Kiedy zer­k­nę­łam w górę, Jes­sie znów wbiła wzrok w witrynę baru z keba­bem, a na jej twa­rzy ryso­wało się widoczne gołym okiem pra­gnie­nie, któ­rego ni­gdy wcze­śniej nie widzia­łam.

- No dobra, chodźmy - powie­działa, otrzą­snąw­szy się. - Prze­pra­szam, że musia­łaś tam tyle sie­dzieć, wiem, że się nudzi­łaś.

Wcale nie. Zawsze kocha­łam to miej­sce, kocha­łam spę­dzać z nimi czas. Wyobra­ża­łam sobie, że to kry­jówka z dala od reszty świata, miej­sce, które nale­żało tylko do nas. Nie musia­ły­śmy się tam o nic mar­twić. Kiedy obej­rza­łam się na rolety, zda­łam sobie sprawę, że to ni­gdy nie była prawda - na pewno nie dla Laine, praw­do­po­dob­nie rów­nież nie dla Jes­sie. A teraz to miej­sce znik­nęło.

W miesz­ka­niu Jes­sie zro­biła mi tosty z fasolą z resz­tek chleba, a sama na sto­jąco zja­dła to, co zostało na patelni, uważ­nie mi się przy­glą­da­jąc. Uda­łam, że jestem zmę­czona, i poszłam do łóżka wcze­śniej niż zwy­kle, żeby nie myślała, że musi ze mną zostać, i mogła spo­tkać się z Laine i Del­la­rem. Ale i tak zwle­kała, wal­cząc z wło­sami, gdy włą­czy­łam lampkę i otwo­rzy­łam książkę.

- Kiedy się obu­dzisz, będziesz miała dzie­sięć lat - powie­działa. - Nie­źle, co?

- Nie­źle - uśmiech­nę­łam się.

Pochy­liła się nade mną i poca­ło­wała mnie w poli­czek.

- Śpij dobrze. Widzimy się rano, okej?

Myśla­łam, że po jej wyj­ściu jesz­cze tro­chę poleżę, ale zdą­ży­łam prze­czy­ta­łać tylko kilka stron, zanim moje powieki zro­biły się cięż­kie, a książka zna­la­zła się bli­żej oczu. Odło­ży­łam ją, prze­wró­ci­łam się na bok i zasnę­łam, zanim ostat­nie pro­mie­nie let­niego słońca znik­nęły z pokoju.

Obu­dziła mnie czy­jaś roz­mowa, więc obró­ci­łam się, żeby ich przy­wi­tać. Głosy były jed­nak niż­sze niż Del­lara i Jes­sie, w dodatku docho­dziły z dużego pokoju. Spraw­dzi­łam godzinę na tanim pla­sti­ko­wym budziku sto­ją­cym na szafce Jes­sie - była druga nad ranem. Usia­dłam. Usły­sza­łam cichy i obcy śmiech, więc wsta­łam i przy­lgnę­łam do drzwi sypialni. Serce waliło mi jak mło­tem. Wtedy moich uszu dobiegł kolejny głos:

- Ciszej. Dzieci śpią.

Tata.

Cie­ka­wość wzięła górę. Uchy­li­łam drzwi i na pal­cach wyszłam na kory­tarz. Tata stał w dużym pokoju, zwró­cony ple­cami do mnie. Szpe­rał w paskud­nej komo­dzie, która była w miesz­ka­niu dłu­żej od nas. Prze­su­nę­łam się bli­żej drzwi, żeby lepiej widzieć pokój, i zoba­czy­łam Szczura w fotelu taty.

Leonard był jedy­nym przy­ja­cie­lem, któ­rego tata kie­dy­kol­wiek przy­pro­wa­dził do domu. Jakiś rok temu zapro­po­no­wał, żebym zwra­cała się do niego "wujku Leonar­dzie", ale razem z Jes­sie nazy­wa­ły­śmy go w tajem­nicy "Szczu­rem". Tata czę­sto mówił tak do niego wprost.

Odwró­ci­łam się, gotowa zakraść się z powro­tem do łóżka - nie chcia­łam widzieć się z Leonar­dem, zwłasz­cza w mojej let­niej piża­mie: sta­rej koszulce na ramiączka Jes­sie i parze za małych spode­nek - ale pod­łoga zaskrzy­piała i usły­sza­łam, jak tata zasuwa szu­fladę.

- Addie? - zawo­łał. - Co tu robisz?

Nie­chęt­nie cof­nę­łam się i sta­nę­łam w drzwiach.

- Prze­pra­szam - powie­dzia­łam, jakby to nie oni mnie obu­dzili.

- Nie uści­skasz wujka Leonarda? - Wyszcze­rzył się do mnie z fotela taty, trzy­ma­jąc w ręku puszkę piwa. Miał na sobie to co zawsze: czarne bojówki, w któ­rych prze­waż­nie nosił kolejną puszkę, i za duży biały T-shirt bez nadruku, jeden z tych sprze­da­wa­nych w pacz­kach po trzy albo pięć. Jego prze­tłusz­czone i poprze­ty­kane siwi­zną jesz­cze gęściej niż u taty włosy - choć wie­dzia­łam, że był przy­naj­mniej dzie­sięć lat młod­szy - uro­sły tak, że teraz zakła­dał je za uszy. Nie był brzydki, ale jego twarz wyda­wała się jakoś wynędz­niała i pod­stępna; cza­sem mia­łam wra­że­nie, że wciąż czuję słabą woń ście­ków, choć minął ponad rok, odkąd stra­cił pracę.

- Daj jej spo­kój, Len. - Tata stał i patrzył na mnie, wciąż trzy­ma­jąc szu­fladę. - Do łóżka, sole­ni­zantko. I nie obudź sio­stry.

Przy­tak­nę­łam, a moje serce zabiło gwał­tow­nie. Jeśli nie spraw­dzi - jeśli wyjdą, zanim Jes­sie wróci do domu - nie przy­ła­pie jej. Kiedy zamknę­łam drzwi do pokoju, usły­sza­łam, jak Leonard powie­dział: "Ale wyro­sła", na co tata odpowie­dział, coś mam­ro­cząc. Szu­flada znowu się otwo­rzyła, potem kolejna i zasta­na­wia­łam się, co było na tyle ważne, że tata wró­cił z pracy tak wcze­śnie. Przy­lgnę­łam do drzwi i modli­łam się, żeby wyszli albo cho­ciaż żeby tata poszedł spać. Jes­sie zoba­czy samo­chód na dole, będzie wie­działa, że ma się zakraść po cichu, i wszystko będzie okej.

- Masz - rzu­cił tata szorstko.

- Dzięki. - Leonard chyba dobrze się bawił; zasta­na­wia­łam się, ile piw już wypił. - Potem możemy wpaść do mnie. Obej­rzysz towar.

- Chodźmy - odpo­wie­dział tata. Mówił cicho, ale nie sta­now­czo, nie tak jak zazwy­czaj, kiedy zni­żał głos. - Chcę wra­cać do pracy.

- Czło­wieku, ale ty się poświę­casz! - Leonard zaśmiał się, w czym zawtó­ro­wał mu trzask otwie­ra­nej puszki i bul­got piwa. Mimo to sły­sza­łam, jak fotel zaskrzy­piał, gdy wsta­wał, a potem jak we dwóch wyszli z miesz­ka­nia. Wpeł­złam z powro­tem do łóżka i leża­łam tam, słu­cha­jąc prze­jeż­dża­ją­cych aut i noc­nych dźwię­ków w budynku. Mia­łam nadzieję, że Jes­sie bawiła się gdzieś tam w jasnym zatło­czo­nym pubie, mia­łam nadzieję, że Del­lar znów ją roz­śmie­szał. Kiedy zamknę­łam oczy, dotarło do mnie, że wła­śnie skoń­czy­łam dzie­sięć lat.

5

Następ­nego ranka Jes­sie obu­dziła mnie wcze­śniej. Co roku robiła to w ten sam spo­sób: wła­ziła na moje łóżko, ska­kała nade mną okra­kiem i śpie­wała, póki się nie pod­nio­słam albo póki na mnie nie wylą­do­wała. Tym razem stało się to dru­gie. Kiedy skoń­czy­ły­śmy się śmiać i udało mi się wyplą­tać z koł­dry, zacią­gnęła mnie do kuchni, gdzie cze­kały na mnie poukła­dane na stole pre­zenty. Obok stało śnia­da­nie, na które cze­ka­łam przez cały rok: pop-tarty, czyli ciastka z cze­ko­la­dowo-pian­ko­wym nadzie­niem. I coś nowego: do szklanki wody obok mojego tale­rza wsta­wiła różę.

Naj­bar­dziej lubię wra­cać do tego, jak cie­szyły ją moje uro­dziny. Rzadko kiedy pamię­tała o swo­ich.

- Naj­pierw ten! - powie­działa, lekko prze­su­wa­jąc w moją stronę jeden z zapa­ko­wa­nych pre­zen­tów. Moje oczy wciąż się kle­iły po nocy, ale wepchnę­łam sobie do ust tak dużo ciastka, jak tylko mogłam, i usia­dłam.

- Dzień dobry, sole­ni­zantko.

Odwró­ci­ły­śmy się zasko­czone, kiedy tata wszedł do miesz­ka­nia. Zamknął za sobą drzwi wej­ściowe i ruszył kory­ta­rzem, krę­cąc klu­czami na palcu. W dru­giej ręce trzy­mał nie­bie­ską pla­sti­kową torbę.

- Prze­pra­szam, że nie mia­łem czasu go zapa­ko­wać - wyja­śnił, sta­wia­jąc ją przede mną i pochy­la­jąc się, żeby poca­ło­wać mnie w czoło.

- Dzię­kuję - odpo­wie­dzia­łam, z ustami wciąż peł­nymi pia­nek. To, że ich dwójka stoi tam i uśmie­cha się do mnie, wydało mi się nagle naj­lep­szym pre­zen­tem, jaki mogłam sobie wyma­rzyć.

Ale i tak otwo­rzy­łam torbę. Na początku wyglą­dała na pustą, ale kiedy przedar­łam się przez war­stwy cien­kiego pla­stiku, moje palce tra­fiły na coś meta­lo­wego. Było zimne, więc chwy­ci­łam to szybko i wycią­gnę­łam dłoń, a gdy ją otwo­rzy­łam, zoba­czy­łam drobny łań­cu­szek. Bran­so­letka, ładna i srebrna, a na niej - trzy zawieszki.

- Łał - wyrwało się Jes­sie, która zacho­wy­wała się nie­uf­nie, jakby pre­zent mógł pod­sko­czyć i mnie ugryźć.

- Podoba ci się? - zapy­tał tata, opie­ra­jąc rękę o moje krze­sło. Oby­dwie wie­dzia­ły­śmy, że tak naprawdę to nie było pyta­nie.

- Tak - odpo­wie­dzia­łam mimo to, pochy­la­jąc się, żeby obej­rzeć bran­so­letkę z bli­ska. I naprawdę tak myśla­łam. To była naj­bar­dziej doro­sła, naj­droż­sza rzecz, jaką kie­dy­kol­wiek dosta­łam. Nie wie­dzia­łam, co powie­dzieć. Muska­łam pal­cami każdą zawieszkę po kolei: ksią­żeczkę, serce i dziew­czynkę w spód­nicy o ostrych brze­gach. Pod­nio­słam wzrok.

- Dzię­kuję.

Wzru­szył ramio­nami i odwró­cił się, żeby nalać sobie soku poma­rań­czo­wego, który zosta­wiła Jes­sie.

- To nic takiego. Pomy­śla­łem po pro­stu, że powin­naś mieć coś ład­nego, skoro jesteś coraz więk­sza. Dzie­sięć lat to wyjąt­kowy wiek, prawda, Jess?

- No - przy­tak­nęła Jes­sie, choć wciąż wpa­try­wała się w bran­so­letkę.

- Cóż, lepiej się zdrzemnę - rzu­cił tata, idąc w stronę drzwi. - Będę musiał dzi­siaj znowu wyjść w nocy. Zna­jomy potrze­buje pomocy z jaki­miś dosta­wami. - Odwró­cił się, pod­szedł i poca­ło­wał mnie znowu, tym razem w czoło; wyszło tro­chę dziw­nie, bo nie tra­fił, więc ustami za mocno ude­rzył mnie w głowę. - Baw się dzi­siaj dobrze.

- Dzięki, tato. - Zaczer­wie­ni­łam się. Nie była to żadna nowość, pra­co­wał prze­cież co wie­czór. Spę­dza­ły­śmy moje uro­dziny same z Jes­sie przez ostat­nie trzy lata. Dotarł do domu na czas, żeby zoba­czyć się ze mną rano, i to wystar­czyło, żeby moje serce zabiło moc­niej.

- Zało­żysz mi ją? - zapy­ta­łam Jes­sie, kiedy zamknęły się drzwi od sypialni. Aku­rat wtedy odwró­ciła się i hała­śli­wie wło­żyła do tostera kolejne ciastko, więc pomy­śla­łam, że nie usły­szała mojego pyta­nia.

- No to jak, otwo­rzysz następne? - Pode­szła i usia­dła, odgry­za­jąc kawa­łek ciastka, zanim poło­żyła je na moim tale­rzu. Rzu­ciła okiem na kory­tarz i zamknięte drzwi do pokoju taty, zanim wysu­nęła kopertę spod naj­więk­szego z trzech pre­zen­tów. - Mama przy­słała ci kartkę - oznaj­miła.

Tego dnia Jes­sie pozwo­liła mi pójść samej do szkoły.

- Muszę pomóc Laine z towa­rem - wyja­śniła. - No i wydaje mi się, że jesteś już zupeł­nie doro­sła, prawda?

- Aha - przy­tak­nę­łam, rumie­niąc się uro­czo.

- Masz iść pro­sto tam, dobrze? - Widzia­łam, jak w jej gło­wie kieł­kują wąt­pli­wo­ści. Jesz­cze pięć sekund i zmie­ni­łaby zda­nie.

- Pójdę - zapew­ni­łam ją szybko. - Obie­cuję! Nic mi się nie sta­nie.

- Wiem, że tak - ustą­piła. - Odbiorę cię, okej? A potem pizza i lody, pamię­taj.

Prze­łknę­łam ślinę. Myśla­łam o tym od tygo­dni.

Nie poszłam pro­sto do szkoły, cho­ciaż mia­łam taki zamiar. Skoń­czyło się na tym, że pod­eks­cy­to­wana odpo­wie­dzial­no­ścią - mimo że było to prze­cież coś, o czym wie­dzia­łam, że nie­które dzie­ciaki robiły same od dawna - szwen­da­łam się po oko­licy. Oglą­da­łam skle­powe witryny, przy­glą­da­łam się ludziom na przy­stan­kach i czu­łam się nie­moż­li­wie doro­sła. A gdy dotar­łam do bram szkoły i zoba­czy­łam pusty wybieg, zda­łam sobie sprawę, że się spóź­ni­łam.

Pobie­głam szybko do mojej klasy, pisz­cząc butami na par­kie­cie; wpa­dłam do środka, aku­rat kiedy pan Geary wła­śnie skoń­czył spraw­dzać obec­ność.

- Dzień dobry, Addie - powie­dział, zazna­cza­jąc, że jestem.

Usia­dłam na swoim miej­scu w ławce przy oknie, obok Henry'ego, który dźgnął mnie łok­ciem w bok i zapy­tał:

- Przy­nio­słaś cia­sto?

Henry Zhang był moim naj­lep­szym przy­ja­cie­lem i nie mówię tak tylko dla­tego, że był moim jedy­nym przy­ja­cie­lem - choć to też była prawda. Jeśli mam być szczera, ja też byłam praw­do­po­dob­nie jego jedyną przy­ja­ciółką. Gło­śny i bez­wstyd­nie dziwny, miał skłon­ność do zada­wa­nia iry­tu­ją­cych i skom­pli­ko­wa­nych pytań o nie­mal wszystko, co powie­dział pan Geary. Raz dopro­wa­dził nawet do zamknię­cia całej szkoły na jeden dzień po tym, jak wypu­ścił taran­tulę swo­jego brata Micha­ela do jed­nego z prze­wo­dów wen­ty­la­cyj­nych.

- Żyją w norach w cie­płych miej­scach - tłu­ma­czył nam, nie rozu­mie­jąc, o co to całe zamie­sza­nie. - To nada­wało się ide­al­nie.

Pająk naj­wi­docz­niej tak nie myślał, bo uciekł pro­sto na biurko dyrek­torki.

Zapo­mnia­łam jed­nej ze spe­cjal­nych zasad pana Geary'ego: w uro­dziny dzieci mogły przy­nieść cia­sto dla całej klasy. A ponie­waż zapo­mnia­łam o tym, zapo­mnia­łam zapy­tać Jes­sie, czy ja też mogę. Oczy­wi­ście Jes­sie kupiła mi tort, tyle że został na stole razem z resztą pre­zen­tów, jesz­cze nie­od­pa­ko­wany. Był mały - z małymi sza­rymi misiami, które uwiel­bia­łam, każdą kartkę mia­łam z tej serii - ide­al­nej wiel­ko­ści, żeby­śmy mogły zjeść go razem wie­czo­rem. Na pewno nie wystar­czy­łoby go dla trzy­dzie­stu dwóch osób z mojej klasy.

Pokrę­ci­łam głową, a Henry wzru­szył ramio­nami. Dźgnął mnie łok­ciem jesz­cze raz.

- Jesteś do bani - wyszep­tał. - No i wszyst­kiego naj­lep­szego!

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki