II.
Panna Nichols przez dłuższy czas krążyła dokoła Ramiana.
Zajmował ją ten dziwny, tajemniczy mężczyzna.
Niewiele wiedziała o jego narodzie, prawie nic, o jego kraju i jego historji. I nie ciekawiło jej to bynajmniej, a tylko trudno jej było odgadnąć człowieka bez tego tła. Przystojny, dobrze zbudowany i ułożony, spokojny, wytworny, wyglądał na Anglika - tylko twarz miał miększą i oczy łagodniejsze, może odrobinę smutne. Wykształceniem znacznie Anglików przewyższał. Mówił biegle kilku językami, był bardzo oczytany, zdradzał wyrobiony smak artystyczny i wytworne zamiłowania nieomal literackie, zaś równocześnie Phips i Hume twierdzili, że jest doskonałym finansistą. W towarzystwie bywał miły i umiał mówić ciekawie i zajmująco; zachowywał się zupełnie naturalnie, a jednak nigdy nie można było odgadnąć, co się właściwie w jego duszy dzieje. A nie pochodziło to z nieszczerości, bo Polak zupełnie otwarcie o swych sprawach mówił i przekonań swych nie taił - lecz poprostu z odmienności jego psychologji, zupełnie różnej od anglo-saskiej.
Dość na tem, że panna Nichols często o Polaku myślała. Zauważyła też, że w rozmowie z nią jest znacznie miększy, niż w rozmowie z mężczyznami. Kiedy patrzył jej w oczy, zdawało się jej, że te oczy jego mówią znacznie więcej, niż usta, że zwierzają się z czegoś, czego usta wypowiedzieć nie potrafią i o czem dusza może nawet nie wie dobrze. Te oczy, niemal dziecinne czy kobiece, szukające i wciąż w coś niewidzialnego zapatrzone, nie zgadzały się z poważną, myślącą twarzą męską, były jakby oczami innego człowieka, rzekłbyś - prosiły o przyjaźń i życzliwość. Panna Nichols w takich chwilach nie mogła się oprzeć wrażeniu, iż ten mądry i dojrzały mężczyzna jest bezbronny, bezsilny i potrzebuje pomocy. To młodej, pewnej siebie pannie pochlebiało i to przyciągało ją do tego nieznanego i nieodgadnionego cudzoziemca.
Po kilku zręcznych manewrach znalazła się w pobliżu jego leżaka. Czuła, że ją zauważył. Właśnie pokazał się w oddali wracający z Indyj biały pasażerski statek holenderski.
- Panie Ramian! Znowu statek holenderski!...
Odłożył książkę i podniósł głowę.
Lubiał tę młodą, poczciwą dziewczynę. Nie była ładna, ale jej delikatna, dziewczęca twarzyczka miała naświetloną świeżość różowej perły, zaś oczy czarne, żywe i rozumne, patrzyły w świat odważnie i ufnie. Szczupła, drobna i uśmiechająca się odrobiną zażenowania, stała przed nim jasna na tle morza i białego parowca, który z czarnym pióropuszem dymu szybko przesuwał się poza nią.
- Nie tracą czasu Holendrzy - rzekł, aby jej cośkolwiek odpowiedzieć, bo zrozumiał, że chciała z nim porozmawiać. - Wkrótce powetują sobie straty, jakie ponieśli przez wojnę podwodną...
- Zapewne... Pan nie pójdzie na "cocktail"?
- Nie.
Jako była skautka, nie mogła spokojnie patrzyć na pijących mężczyzn. Budziła się w niej natychmiast żyłka propagatorska i panna Nichols zaczynała moralizować. Mężczyźni znosili to przeważnie grzecznie i cierpliwie, ona jednak zdawała sobie sprawę, iż przeszkadza im. Dlatego uciekała z "fumoir'u", jak tylko bar otwierano.
Teraz chwaliła abstynencję Ramiana.
- Pani jest w błędzie! - protestował z uśmiechem. - Ja nie jestem abstynentem. Wogóle - niczego się nie wyrzekam. Nie piję teraz, bo mi to nadzwyczajnie szkodzi. Nie znoszę nie tylko alkoholu, ale nawet kawy i herbaty...
- Cierpi pan na nerwy?
- Choroba nerwowa - nie. To jest tylko pewien stan nerwowy... Stan tak silnego naprężenia nerwowego, że najmniejsza drobnostka wytrąca mnie z równowagi.
- Musiał pan dużo przejść! - odezwała się z ciepłym akcentem w głosie.
Zwrócił wzrok na morze i przez chwilę milczał.
- Niewątpliwie - jak każdy człowiek - przeszedłem dużo. Bywałem w życiu szczęśliwy i bardzo nieszczęśliwy. Chorowałem ciężko. Niech pani nie sądzi jednak, że te swe złe losy znosiłem mniej odpornie niż inni, że one dotknęły mnie głębiej, poderwały mnie nerwowo czy duchowo... Jestem zupełnie normalnym i zdrowym człowiekiem i czuję się fizycznie dobrze...
- A jednak, obserwując pana od kilku tygodni, miałabym wrażenie...
- Że jestem chory nerwowo? Proszę, niech pani mówi szczerze.
- Tak. Nic poważnego - ale to przygnębienie...
- Panno Nichols, ja wcale nie jestem przygnębiony...
- Może zresztą ten rys melancholijny jest właściwy waszemu temperamentowi narodowemu, tak, że pan go nie dostrzega, lecz ja, obca...
- I to nie. Może dawniej, kiedyśmy byli w niewoli, ale dziś - nie. Dziś jesteśmy pełni wiary w siebie i w życie, lubimy się bawić, pracować, dobrze zarabiać, używać... Może raczej jesteśmy lekkomyślni...
- A jednak nie zaprzeczy pan, że pan na swoje nerwy bardzo uważa, że może - mimo wszystko - jest pan przeczulony.
- Ma pani słuszność. Nie co do przeczulenia. Lecz na nerwy istotnie uważam. Przyczyną tego jednak nie jest bynajmniej zdenerwowanie... Jakby to pani powiedzieć!...
Usiadł na leżaku.
- Naprzykład - pani jedzie do Indyj, do swego narzeczonego, aby wyjść za niego. Tego narzeczonego pani zna, kocha go pani, wie pani, że on tam panią niecierpliwie i z utęsknieniem oczekuje - chciałaby pani skrzydła mieć, aby być prędzej, to jest zupełnie jasne i zrozumiałe... Niecierpliwie liczy pani dni podróży... Niechże pani teraz wyobrazi sobie, że to samo uczucie, ale w stopniu znacznie wyższym, powiedzmy - chorobliwym czy histerycznym, mam i ja - bez żadnego powodu, bez żadnego usprawiedliwienia czy umotywowania...
- Może pana istotnie co w Indjach czeka - wielki majątek, świetna karjera? Może to jest poprostu nerwowy niepokój człowieka, który jedzie w obce kraje na niepewne losy!...
- Bardzo być może. Rozumnie pani mówi. Lecz cóż z tego? Czy pani sądzi, że ja, człowiek dojrzały i niezależny, nie młodzik - zdolny byłbym do takiej "tremy" przed życiem? Czy sądzi pani też, że mi na życiu zależy więcej, niż Phipsowi-i że ja nie umiałbym zdać sobie z tego sprawy? Tembardziej, że właściwie to ja wcale jeszcze nie wiem, dokąd jadę i poco?
- Jakto?
- Otóż to właśnie jest najciekawsze. O Dalekim Wschodzie, o tych czarownych wyspach dalekich oceanów, marzyłem od dzieciństwa. Mnóstwo o tych krajach czytałem i czasami zdawało mi się, że je znam, jak gdybym się w nich urodził i wychował. Raz uciekłem z domu - chciałem jechać na Jawę, gdzie pewien mój znajomy był dyrektorem kopalni nafty - wrócono mnie z Triestu. To były marzenia dziecinne, chłopięcy romantyzm, robinsonady, to przechodzi prawie każdy chłopak...
- I dzięki temu właśnie wielu z nich staje się potem znakomitymi pionierami w kolonjach...
- Ale ja zrozumiałem, że u mnie to było fałszywe. I oczywiście - zmądrzałem. Nie wyrywałem się już z kraju. Prawda - jeździłem dość dużo, ale co innego podróż dla przyjemności, a co innego - emigracja. I tak oto, pracując rozumnie, zupełnie - powiedzmy - szczęśliwy, skończyłem swych trzydzieści sześć lat...
Tu Ramian zawahał się.
- I cóż? - spytała dziewczyna, patrząc mu ciekawie w oczy.
- Miałem kilka przykrych wypadków - odpowiedział marszcząc zlekka czoło - byłem jakiś czas ciężko chory, ale to nie należy do rzeczy...
- Czy nie należy?
- Stanowczo - nie należy. Nie ma zupełnie nic wspólnego z tem, co pani teraz powiem. Oto naraz zbudziło się we mnie niepohamowane pragnienie - jechać!
- Podróż była panu potrzebna.
- Tak sądziłem i też zdawało mi się, że wystarczy, jeśli się trochę przelecę po świecie. A w ostatniej chwili zlikwidowałem wszystkie swoje interesy. Pani to mówię - zrobiłem to bez żadnej przyczyny, wbrew własnemu przekonaniu, nawet prawie wbrew własnej woli, wbrew własnym interesom. Byłem przecie pewny, że wyjeżdżam tylko na jakiś czas, że wrócę... Cóż ja miałem do roboty na obczyźnie, kiedy mam przecie swój kraj, swój naród, swoich... A tu nic! I mimo wszystko - wyjechałem.
- To bywa, to się zdarza...
- Kiedyż ja nie wiedziałem, dokąd jadę. Byłem to tu, to tam - wszędzie czułem, że to nie to, czego potrzebuję. Znosić naprzykład nie mogę Europy, ani Włochów, ani Hiszpanów... Nic mnie nie zajmuje Paryż, Rzym... Ruszyłem dalej - i oto rozpacz mnie ogarnęła w Arabji, bo znowu zobaczyłem, ze to nie jest to, czego chcę... A przecież - jak wiele sobie po Arabji obiecywałem! Pani pamięta kanał Sueski i te typowo egipskie widoki, te rozlane szeroko stare jeziora, szuwary papyrusowe, dziwne ptaki tu i ówdzie, a w nocy z tym księżycem znowu... Wszystko znane, tysiąckrotnie opisywane, malowane, powiedziałbym nawet, że dość bliskie sercu czy duszy... Bądź co bądź pamiętamy, wiemy, ile z Egiptu przeszło do Grecji, stamtąd do nas... Jakieś pokrewieństwo duchowe wkońcu znalazłoby się, ale - nie dla mnie, nie dla mnie! Nie mogę, w Egipcie też nie mógłbym żyć!
- Dlaczego pan w ten sposób patrzy na to? - zdziwiła się panna Nichols. - Jest pan w podróży i zwiedza pan obce kraje. Naturalnie, że żyć może pan tylko w swoim kraju!
- A cóż mnie z niego wygnało?
- Skądże ja mogę wiedzieć? - wzruszyła Angielka ramionami.
- Nie, bo pani nie rozumie... Oto - przypuśćmy - coś mnie z ziemi wygnało. Wydarło mi ziemię z pod nóg - i zawisłem teraz w powietrzu. Równocześnie znów głos jakiś mówi mi, że tam gdzieś niezmiernie daleko coś bardzo ważnego ma mnie spotkać, ma się wydarzyć coś, co zadecyduje o mem życiu... Więc z dziwną nadzieją, niecierpliwością i niepokojem zbliżam się do lądu... Może to będzie tu? Patrzę na kraj, wpatruję się w oczy ludzkie - nie wiem, nie znam ich mowy - a coś we mnie mówi mi, że to jeszcze nie to, że trzeba jechać dalej.
- Przepraszam - jak to panu ten głos mówi?
- Wszystko mi brzydnie w oczach, wszystko mi gaśnie i zaczyna mnie nieprzyjemnie drażnić... W Port-Saidzie nie mogłem zjeść obiadu, uciekłem na statek.
- Nerwy!
- Nie nerwy. Zresztą - może nerwy. Lecz jadę dalej. I nie wiem, co tam zastanę. Czy znajdę to, czego szukam, czy też może ten jakiś głos, który mnie pędzi z miejsca na miejsce - to opętanie? A wówczas co? - I skąd? Co to może oznaczać?
Panna Nichols potrząsnęła głową jakby z niezadowoleniem.
- Nie panuje pan nad sobą! - rzekła.
- Ja - nie panuję - nad sobą? - zdziwił się Ramian.
Młoda panienka zaczerwieniła się.
Jakże ona mogła coś podobnego powiedzieć temu tak zrównoważonemu i spokojnemu człowiekowi!
- Doprawdy, nie rozumiem! - tłumaczyła się. - Nie można panu zarzucić, aby pan nad sobą nie panował, to przyznaję, a z drugiej strony -
- To, co pani opowiedziałem - mówił Ramian - to nie są żadne fantazje, lecz przeżycia. Oto czem dziś żyję. Pani tego nie rozumie.
- Może ja mam inny sposób myślenia...
- Ależ niema nic dziwnego w tem, że pani tego wszystkiego nie rozumie! - roześmiał się Ramian. - Ja też nie rozumiem, pojmuje pani?
Odezwał się gong, wzywający na śniadanie.
Zaś Ramian kończył:
- Jedno jest pewne, a mianowicie, że ja się dowiem, co to ma znaczyć. Prędzej czy później...
Panna Nichols wzruszyła nieznacznie ramionami i spojrzała na swego towarzysza ze zdziwieniem.