Linia oporu - Jacek Dukaj

Kup ebooka

42.90 zł
33.46 zł (25,74 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

CZĘŚĆ PIERW­SZA

NIE­WOLA

.

Zimny re­start

Wto­rek. Ale jakby so­bota.

Po co tu przy­szedł? Miał coś ku­pić. Za­po­mniał co.

Kró­le­stwa, po­tęgi otwie­rają się przed nim i za­my­kają i otwie­rają.

Sie­dzi pod fon­tanną po­środku ga­le­rii han­dlo­wej, pa­trzy na pięk­nych męż­czyzn, piękne ko­biety. Obok wej­ście do sa­lonu ciała.

Jak to jest, że do le­ka­rzy cho­dzą cho­rzy, ale do pięk­no­ro­bów - wła­śnie ci piękni?

To przy­śpie­sza, my­śli so­bie. I na­wet tempo przy­śpie­sze­nia ro­śnie.

Co mia­no­wi­cie przy­śpie­sza?

Nie po­trafi wy­sło­wić.

Za­nu­rzony w wy­lew magmy ludz­kiej, czuje na skó­rze tar­cie, czuje prze­skoki i za­zę­bie­nia kon­ste­la­cji. Iskrzą wo­koło kry­sta­licz­nie, elek­trycz­nie.

Na­zywa się Pa­weł Ko­strzewa, ma dwa­dzie­ścia sie­dem lat, stu­diuje już na czwar­tym kie­runku, i jego też nie ukoń­czy; jest zmę­czony. Miał coś osią­gnąć, ale za­po­mniał co.

Sie­dzi pod fon­tanną, szum wody przy­nosi uko­je­nie, +20% Com­fort Buff.

Głowa ni­sko mię­dzy ra­mio­nami, ręce na ko­la­nach, stopy do we­wnątrz. Za­ci­ska po­wieki.

Wtedy jed­nak nie­ustanny stu­kot ob­ca­sów na lu­strza­nych pły­tach staje się nie do znie­sie­nia.

Po­trząsa łe­pe­tyną. Jak to wy­łą­czyć? Wszystko go mę­czy. Ta­kie ży­cie, taki so­und­track.

Rano: wi­zyta u pro­chowca. Które dragi brać, żeby nie mu­sieć brać żad­nych dra­gów?

Pro­cho­wiec za­wsze na­lega, by spo­ty­kać się oso­bi­ście, cho­ciaż oczy­wi­ście przy­chod­nia jest po­kryta. Ale po naj­cięż­szy gejdż per­so­na­li­zo­wany trzeba wę­dro­wać w gnoju.

Jak się dziś czu­jemy? I po­mimo tej szpi­tal­nej liczby mno­giej Pa­weł czyni wy­si­łek, by od­po­wie­dzieć mak­sy­mal­nie szcze­rze. (Co pe­wien czas za­daje so­bie ćwi­cze­nie: od­po­wia­daj lu­dziom, jakby na­prawdę my­śleli to, co mó­wią).

Jak się dziś czuje? Jak się dziś czuje? Jak się czuje?

Zwija się tam na krze­śle u pro­chowca ni­czym w ataku ner­wo­bóli żo­łąd­ko­wych. Pró­buje, pró­buje - ale nie umie na­zwać.

Nie wie, jak się czuje.

Chciałby się czuć w ja­kiś na­da­jący się do na­zwa­nia spo­sób. Tak albo tak.

Za­czął brać pro­chy na de­pre­sję, by móc so­bie po­wie­dzieć, że jest w de­pre­sji. De­pre­sja - i wszystko ja­sne. Gejdż naj­prost­szy z moż­li­wych.

Nie jest w de­pre­sji. Jest zmę­czony. Ale to nie ko­gito emo - to stan ener­ge­tyczny.

Pro­cho­wiec i tak nie słu­cha jego mil­cze­nia. Wy­niki ba­dań ma w du­chu i na pa­pie­rze, wy­gła­sza for­mułki, pod­pi­suje.

On nie jest od psy­cho­te­ra­pii, on tylko po­rów­nuje przy­pa­dek z wy­tycz­nymi.

Pa­weł no­tuje, by do­ko­pać się do tych wy­tycz­nych. Tam stoi, jak się czują ci, któ­rym za­daje się taki gejdż.

Ku­pił nową por­cję jesz­cze w osie­dlo­wej ap­tece, kwa­drans na sper­so­na­li­zo­wa­nie dra­gów, se­kunda na za­klu­cze­nie ich w du­szy pu­blicz­nej; za­tem nie po to przy­je­chał do ga­le­rii.

Nie pa­mięta drogi do cen­trum.

Czyn­no­ści czę­sto po­wta­rzane wy­ma­zują mu się z re­je­strów mó­zgo­wych. Musi spraw­dzać szczo­teczkę, czy mo­kra. Umył już zęby? Czy też to wspo­mnie­nie z wczo­raj, z przed­wczo­raj, z mie­siąca wstecz? Ko­la­cję - zjadł czy nie zjadł?

Jak od­róż­nić je­den po­si­łek od dru­giego? To nie­moż­liwe.

Mózg nie po­mie­ści tylu po­wtó­rzeń.

Ta sama ścieżka, to samo miej­sce na ROM-ie - plik nad­pi­suje się na plik.

Wto­rek czy so­bota - Pa­weł musi zer­k­nąć w du­cha. Rok i rok, lato i lato, Boże Na­ro­dze­nie i Boże Na­ro­dze­nie. "Pa­mię­tasz, jak w lipcu sie­dem­na­stego..." Pa­weł kiwa głową, ale oczy­wi­ście nie pa­mięta. (Może sam wy­gej­dżo­wał).

Na­wet nie ro­zu­mie, jak można tak in­dek­so­wać wspo­mnie­nia: da­tami, go­dzi­nami. Jego pa­mięć nie dys­po­nuje tą funk­cją.

Kro­pla do kro­pli do kro­pli, stru­mie­nie nie­odróż­nial­nych ko­rali wod­nych prze­la­tują mu przez głowę. Woda jest tak czy­sta, nie po­zo­sta­wia naj­mniej­szego śladu.

Wi­dzi sie­bie w wi­try­nach i lu­strach: po­stać poza grą. Nic się nie dzieje. Lagi i jesz­cze więk­sze lagi.

Dwaj by­sie w cięż­kich sza­ra­wa­rach usie­dli obok.

Nowa ścieżka dia­lo­gowa. (Pu­blic chat).

Ściur­bal, za­je­buta. Yo, po­dzi­wioj. A mi­kru­cha? Sie­dem cy­ców. Wi­dzia­łeś krajca? Kra­jec ja­jec. To może by tę li­zuchnę? Eee. To może tego? (I grze­bią w kie­sze­niach prze­past­nych). W chuja dzi­dziuś. Ale szlaka! No tak, szlaka po­kraka. He he. Da­waj tego tam. Bu­diet. No to? Tyyy, zo­bacz li­cho. Dwójka wy­szła! My­śla­łem, że tylko demo. A! Już jest, noże, flaki, cipy, wsio.

Wstali, po­szli.

Szum wody i ob­casy ko­biet.

One wszyst­kie cho­dzą na bar­dzo wy­so­kich ob­ca­sach.

Flash, re­klamy pięk­no­ro­bów: stopy na no­wym kośćcu, skóra jak po re­tu­szu, ażu­rowe rzęsy, man­gowe pa­znok­cie, piersi na mię­śniach ko­sme­tycz­nych.

Kogo stać? Już pra­wie wszyst­kich, pro­teo ulicy. A reszta i tak na­śla­duje.

Pa­weł za­daje so­bie inne ćwi­cze­nie: niech mi się któ­raś spodoba. Od razu, na su­cho.

Gapi się.

Co z tego, że piękne. Frak­tale i rów­na­nia też by­wają piękne.

Żeby cho­ciaż pół erek­cji.

Nic.

Ziewa.

Może to przez te dragi.

I wziął je już dzi­siaj, czy nie wziął?

Nie pa­mięta.

To zna­czy pa­mięta, ale nie­zin­dek­so­wane. Dzi­siaj? Wczo­raj? Przed­wczo­raj? Te dragi czy inne?

Wyj­muje bu­te­leczkę, czyta ulotkę, li­czy pa­stylki.

(Ale, pa­nie dok­to­rze, czemu nie spod skóry? Bo za­raz za­po­mni pan, że w ogóle jest na te­ra­pii, pa­nie Ko­strzewa. Ale, pa­nie dok­to­rze, wszy­scy są na te­ra­piach. Pi­gułka, pa­nie Ko­strzewa, pi­gułka pod­nosi sa­mo­świa­do­mość pa­cjenta).

Li­czy.

Nie wziął.

Łyka dwie we­dług prze­pisu, po­pija wodą z fon­tanny, 24h Bles­sing.

Zja­wia się straż i wy­pro­wa­dza go na ulicę, poza du­cha ga­le­rii.

Pada deszcz. Dzieci wra­ca­jące ze szkoły go­nią się z krzy­kiem po nie­wi­dzial­nych la­sach. Wal­ki­rie spa­dają z nieba. Au­re­ole Bandy Trojga prze­pa­lają mury i szkie­lety. Na nie­bie - hie­ro­glify astro­no­mii po­li­tycz­nych są­sied­nich kró­lestw.

Dzieci. Przy­po­mina so­bie: dzie­ciak sio­stry ma uro­dziny.

Miał mu ku­pić pre­zent, to dla­tego.

Kupi ju­tro. Albo z domu.

Za­pi­suje w du­chu.

W me­trze roz­czula go wi­dok dwóch pod­pie­ra­ją­cych się la­skami sta­ru­szek. Omal wy­bu­cha pła­czem.

Co to za gejdż po­rą­bany?

Skręca za­raz hal­sem na sze­ro­kie wody, pod nieba błę­kitne.

Giełda go nu­dzi, par­tii nie roz­róż­nia, wo­jen nie ro­zu­mie. Wiatr we­wnętrzny kró­le­stwa spy­cha go ku kra­dzie­żom, gwał­tom, mor­der­stwom.

I do­piero poj­muje, na co się uma­wiało tych dwóch w ga­le­rii. To taka moda: przy­godny prze­cho­dzień, ten lub tam­ten, bez po­wodu, bez celu, bez sensu - wpad­nie w oko i nóż mu w plecy.

Ale chło­pacz­ków od­cią­gnęła re­klama ja­kiejś no­wej rą­ba­niny w du­chu.

Za­bój­stwo praw­dziwe nie jest dość praw­dziwe. Na­sze stare zmy­sły biolo - to re­alizm na ćwierć gwizdka.

Me­tro się za­trzy­muje i Pa­weł spo­strzega, że prze­ga­pił swoją sta­cję. Sta­ruszki wy­sia­dły.

Która go­dzina? Trze­cia szes­na­ście.

Czy w ogóle ma dzi­siaj ju­tro po­ju­trze coś do zro­bie­nia?

Stoi na pu­stym pe­ro­nie i pró­buje, pró­buje wy­my­ślić co­kol­wiek.

Ży­cie. Ale jakby nie.

Bu­chal­te­ria nowa

Paweł po­pija na da­chu ka­mie­nicy. Niebo gwiaź­dzi­ste nade mną, ży­wiec we mnie.

Bu­dy­nek po le­wej: szkło. (Nie szkło, ale wy­gląda jak szkło).

Bu­dy­nek po pra­wej: ce­gła. (Nie ce­gła, ale).

Bu­dy­nek na­prze­ciw: drewno. (Drewno! No­wiut­kie).

Na da­chu Pawła srają go­łę­bie i ziel­sko kwit­nie mię­dzy da­chów­kami.

Z ko­mi­nów wiatr pró­szy sa­dzą.

Desz­czówka śmier­dzi w ryn­nach.

Ka­mie­nica od pół wieku na­leży do trzech skłó­co­nych braci i nie na­leży do ni­kogo. Nic z nią nie można zro­bić. Ot, klo­szard wy­wle­czony z głębi PRL-u i usa­dzony po­środku mia­sta.

Mia­sto zmie­nia się co se­zon; ka­mie­nica wcale.

Dzieci ma­lują na po­pę­ka­nej ele­wa­cji tagi i wul­gar­no­ści.

Dom nu­mer cztery, "Sta­ru­cha". Dwa­dzie­ścia sześć miesz­kań, luk­sus nad luk­susy, niech się drewno schowa. Tu po­nad­stu­let­nie ce­główki kru­szeją w dło­niach.

Pa­weł pod­naj­muje ka­wa­lerkę od ciotki daw­nego kum­pla z mar­ke­tingu i soc­ta­in­mentu. (Dawno już wy­płu­ka­nego z kon­ste­la­cji). Na czynsz wy­daje więk­szość tego, co wy­daje.

Bo wszystko ta­nieje.

Nie wszystko, ale wszystko, co można wziąć do ręki.

Do­ctor Who po­ka­zuje Paw­łowi przy­szłość ren­tiera. Mie­siąc temu były to 1542 dni, dzi­siaj - 1873.

Pro­sta eks­tra­po­la­cja: za rok star­czy mu już na 16 lat bez pracy. Za­ło­żyw­szy obecny po­ziom ży­cia.

Oczy­wi­ście nie wolno za­kła­dać obec­nego po­ziomu. Cały wic na tym, żeby chcieć wię­cej wię­cej wię­cej.

On nie chce. Bo po co?

Sie­dzi na da­chu i pije do mu­zyki noc­nego mia­sta, All Re­si­sts -15%. Wolna ręka splata z chwa­stów ko­szyczki, wianki, war­ko­cze.

So­und­track off.

Cza­sami wy­cho­dzi na dach Fran­cuz spod pięt­nastki, in­ży­nier snów. Ga­dają o ce­nach nie­ru­cho­mo­ści w Mi­nas Ti­rith i re­ce­sji w Won­der­lan­dzie.

Dzi­siaj tylko mia­sto szumi w uszach.

Flu­ore­scen­cyjne re­kiny szy­bują w świe­tli­stych ka­nio­nach mię­dzy bu­dyn­kami.

Pa­weł wy­rzuca bu­telkę (roz­bu­tel­czy się, za­nim do­tknie bruku) i otwiera na­stępną.

Był to kwa­drans cięż­kiej pracy.

Nie chce, nie pla­nuje, nie po­żąda - ale mózg się ob­raca.

Praca to jest to, co się ro­dzi z jego my­śli, kiedy on nie my­śli o pracy.

Te­raz po ko­lei od­faj­ko­wuje roz­wią­zane pro­blemy.

Udało mu się na­wet wy­pro­du­ko­wać nowy ro­dzaj tę­sk­noty: tro­chę cy­na­monu, biały włos na wie­trze, po­wtó­rzona ba­sowa nuta i od­dech nie­win­nego chłopca.

W du­chu ob­li­cza ca­ło­ściowe zy­ski na sto-dwie­ście mi­lio­nów. Nowe ni­sze kon­su­menc­kie, nowe trendy. Gej­zer po­wi­nien sprze­dać tę tę­sk­notę za dzie­sięć do pięt­na­stu pro­cent.

I da­lej kal­ku­luje się samo. Pro­wi­zja. Smycz.

Od­le­gły huk mia­sta jak kac po or­gii w gło­wie.

Klkl­kl­klk, wiatr prze­suwa da­chówki.

To przy­śpie­sza.

Pa­weł sie­dzi w bez­ru­chu, ży­wiec w gar­ści, gapi się w niebo. Zdaje mu się, że wi­dzi lagi szar­piące chmu­rami, gwiaz­dami, świa­tłami ulic.

Od­dy­cha przez nos.

Do­brze. Prze­cież to tylko ży­cie. Do­brze. Za­cznę raz jesz­cze.

Za­czyna: Mógł­bym -

Mmmmmmmmmm.

Nie ma dal­szego ciągu.

Po pracy - jest zmę­czony. Był zmę­czony przed.

Jest zmę­czony.

Pije.

Po pra­wej ruch lu­strzany.

Bal­kon na trze­cim pię­trze ce­gla­nej.

Męż­czy­zna unosi do ust fi­li­żankę.

Pa­weł opusz­cza bu­telkę.

Męż­czy­zna opusz­cza fi­li­żankę.

Pa­weł się gapi.

Męż­czy­zna się gapi.

Pa­weł kiwa głową.

Męż­czy­zna kiwa głową, pod­nosi dłoń.

W du­chu się wi­tają, wy­mie­niają uśmie­chy, przed­sta­wiają. 10min So­cial Buff.

Ad­rian Utrałt.

Pa­weł.

Pan Utrałt.

Pan Ko­strzewa.

On nie przej­dzie na "ty". Pa­weł od­sta­wia żywca. Ad­rian Utrałt, 48, kró­le­stwo No­kia-Pen­de­recki, Kra­ków, Glas­gow, Kra­ków, Syd­ney, Bu­re­wala, przed­wczo­raj prze­pro­wadzka z ho­telu, ubez­pie­cze­nia du­szy, AKG Ltd., płcio­wiec pe­tra, pro­te­osek­su­ali­sta homo, a to sio­stra, a to matka, a to to­wa­rzy­stwo, a to kon­ste­la­cje, a to po­wie­dział, a to zro­bił, a to o nim po­wie­dziano, a w tych lu­dziach żyje, a ci lu­dzie żyją w nim, a tak się ba­wił na we­selu sio­stry, a tak cho­ro­wał, a tak my­ślał, i praw­do­po­do­bień­stwo, że go po­lu­bisz - nie po­lu­bisz - po­lu­bisz - po­lu­bi­łeś.

Seks.

Książki.

Mu­zyka.

Gry.

Je­dze­nie.

Już się po­znali, już zna­jomi.

Utrałt za­pra­sza do serca.

Pa­weł my­śli: Czy tak mam za­cząć? Od no­wego są­siada?

Chowa Ad­riana Utrałta do kie­szeni, za­biera żywca i scho­dzi z da­chu.

W miesz­ka­niu waha się mię­dzy gej­dżem a gej­dżem.

Wa­ha­nie to miły stan. Po­le­guje na łóżku. Wa­ha­jący się.

Od­dy­cha.

Od­dy­cha.

Od­dy­cha.

Czeka na za­po­mnie­nie. Mo­ment ode­rwa­nia pa­mięci dłu­go­ter­mi­no­wej od pa­mięci krót­ko­ter­mi­no­wej, kon­so­li­da­cję prze­szło­ści. (Za­wsze na po­do­rę­dziu: in­ha­la­tor z za­po­mi­najką, in­hi­bi­to­rem PKM-Zet).

Szum nocy w gło­wie. Blank.

Wy­obraża so­bie ży­cie ludz­kie jako prze­strzeń fa­zową wszyst­kich moż­li­wo­ści du­szy i ciała. Czło­wiek ab­so­lut­nie wolny jest w niej nie­odróż­nialny od czło­wieka ab­so­lut­nie pu­stego: bez wła­ści­wo­ści, bez cha­rak­teru. Każdy czyn i każda myśl jed­na­kowo praw­do­po­dobne.

Równo roz­sma­ro­wany. Ot co.

Leży w bez­ru­chu go­dzinę.

Drugą.

W trze­ciej wstaje, idzie do ła­zienki, sika.

Po­tem kła­dzie się z po­wro­tem.

Za­sy­pia w ubra­niu.

Bu­dzi się.

Wstaje, idzie do ła­zienki, sika.

Kła­dzie się z po­wro­tem.

Bu­dzi się.

Su­cho w gar­dle.

Idzie na­pić się wody.

Po­ranne słońce sze­le­ści na fi­ran­kach. Od­kryto Atlan­tydę. Zie­lone pa­stwi­ska roz­wi­jają się dy­wa­nowo.

Pa­weł pije wodę mi­ne­ralną dłu­gimi, po­wol­nymi ły­kami. Bar­dzo mu woda sma­kuje.

Za­sta­na­wia się, czy po­łknął wie­czo­rem pa­stylki, czy nie.

Wczo­raj? Przed­wczo­raj? Jesz­cze in­nego dnia?

Wczo­raj - czyli kiedy?

Duch sięga do kie­szeni.

Dzień, w któ­rym po­znał Ad­riana Utrałta.

Aha.

Etyka pracy

Za dużo gier, za mało ksią­żek. Słowo pi­sane, my­śli, idee - naj­lep­szy na­wóz.

Z dru­giej strony: za dużo w fo­telu.

Wyjść, upić się, zgej­dżo­wać, wy­płasz­czyć, wy­pla­jać, wy­szla­jać jak pies.

Sporty eks­tre­malne - o, za­le­cane, za­le­cane!

Na­prawdę, Pa­weł, opusz­czasz się w ro­bo­cie.

Kiedy ostat­nio da­łeś po py­sku? Kiedy kotkę wy­je­ba­łeś na for­ge­cie?

Albo cho­ciaż wy­stępki ja­kieś uliczne. (Po co pła­cimy wam mie­sięczne pa­pu­gowe?)

Z ży­ciem, ma­ła­diec, z ży­ciem! Tak Szefu się roz­pę­dza.

Tylko pierw­sza mło­dość za friko! Za na­stępne trzeba pła­cić.

Żreć i srać, żreć i srać!

A wszystko to na tle ra­portu kwar­tal­nego.

Pa­weł bawi się cie­niami 4D i po­ta­kuje grzecz­nie.

To też błąd. Po­ta­ki­wa­cze są źle wi­dziani, po­ta­ki­wa­cze są wczo­rajsi. Dzi­siejsi są eks­cen­trycy.

Ale my sie­dzimy w biz­ne­sie ju­tra, dla nas dzi­siaj to wczo­raj.

Czego my chcemy? Szefu się roz­pę­dził. My chcemy, że­by­ście wy nam mó­wili, czego chcemy!

Nie rób, co ci mó­wię - mów, że­bym ja ro­bił!

Za­raź mnie!

Uwiedź!

Po­rwij!

Zgwałć! Zgwałć!

Pa­weł uprzej­mie na­lewa Sze­fowi per­riera.

CCO: ma­ory­skie ta­tu­aże, bod­mody do ko­ści, po­gań­skie awa­tary i czarne bębny na so­und­tracku.

(Ale - pani pierw­sza, pani Kry­siu. Ca­łuję rączki. I pod­suwa krze­sło si­wo­wło­sej asy­stentce pe­tra).

Ze­szłej wio­sny, pit­chu­jąc pro­jekt, tak się na­czar­dżo­wał, że wy­sko­czył przez okno, po­ła­mał ręce i nogi.

Przed laty cha­dzał na dłu­gie piel­grzymki do Czę­sto­chowy. Ale mu się od­wi­działo.

Te­raz or­ga­ni­zuje or­gie przy ogni­skach w noc ku­pały i spro­wa­dza cer­ty­fi­ko­wane dzie­wice z mu­slim­lan­dów. Ma to w du­szy pu­blicz­nej. Żyją po­przez niego na­sto­letni Gor­do­no­wie Gekko i pro­teo sa­dy­ści kró­lestw Re­agana.

Ta­de­usz Prażny.

Zwy­cza­jowy uśmie­szek na ko­ry­ta­rzu firmy: Przy­pra­żyło cię?

Otóż Pa­weł jest wła­śnie pra­żony.

Sie­dzi i my­śli: A gdy­bym rzu­cił pracę. A gdy­bym wstał i wy­szedł. A gdy­bym lu­nął mu tym per­rie­rem w mordę.

(Pew­nie by się Prażny za­chwy­cił).

W du­chu di­sney­owe pta­szęta roz­wie­szają ko­lo­rowe gir­landy na ścia­nach ga­bi­netu.

Wzdech.

A Szefu je­dzie da­lej. Kla-kla-kla, kla-kla-kla, kla! Tagi: Bu­si­nesstalk, Sin­ce­re­ly­Y­ours.

Pa­weł przy­gląda mu się z tra­dy­cyj­nie tę­pym wy­ra­zem twa­rzy.

(Nie zmyli ni­kogo).

Prażny zstą­pił do Gej­zeru Cu­dów po wej­ściu zu­lu­sów. Spółki afry­kań­skie to te­raz naj­więk­szy rejdż. Gdzie kto wi­dział w eu­ro­lan­dach plus na­ście pro­cent PKB gnoju, sen Bal­ce­ro­wi­cza. A zu­lusi żrą.

Biz­nes je­dzie na mo­dach jak wszystko inne.

Więc hol­ding kre­aty­wów, który łyk­nął Gej­zer jesz­cze w po­wi­ja­kach, wy­my­ślił wpiąć się w zu­lu­sów. Przy­je­chał pe­tra Ma­saj. Po­ła­ził, po­lu­kał, po­ru­chał se­kre­tarki, po­żon­glo­wał ka­drami, do­rzu­cił port­fo­lio klien­tów, i po­je­chał. Za­gląda co kwar­tał.

A w ra­mach żon­glerki wy­rwał z in­nego szczepu hol­dingu - kogo? Praż­nego.

(Który wła­śnie prze­sko­czył biurko i szczy­pie Pawła w po­liczki, mój ty śli­maczku lu­kro­wany, ti-ti-ti).

Pa­weł roz­po­znaje dwa ga­tunki biz­nes­me­nów: Re­wol­we­row­ców i Far­me­rów.

Ina­czej niż w we­ster­nach, Re­wol­we­rowcy przy­cho­dzą naj­pierw. Z nich była Pierw­sza Bry­gada ka­pi­ta­li­stów od wa­rzyw­niaka i kan­tora, prze­myt­ni­ków wódki i le­wu­sów bu­dow­la­nych.

Far­me­rzy przy­cho­dzą wtedy, gdy wi­dać już, że zie­mia ży­zna i plon ładny. Nie ry­zy­kują.

Pierwsi mu­szą być po tro­sze wa­ria­tami. Rzadko by­wają in­te­li­gentni. In­te­li­gen­cja tam prze­szka­dza.

Dru­dzy - o, to full me­na­dżerka i Mensa, MBA i do­pa­la­cze hor­mo­nalne.

Ale Re­wol­we­rowcy pierw­szego siewu to banda ory­gi­na­łów.

Pa­weł po­znał ich kil­ku­na­stu, te­raz już dziad­ków wy­pru­wa­ją­cych się na med­mody. Nie­któ­rzy to ewi­dentni kre­tyni, inni - buce i chuje o so­cial skills po­ni­żej zera.

Prażny to Re­wol­we­ro­wiec w ciu­chach Far­mera.

Za późno się uro­dził. Ale kor­po­ra­cja po­trafi za­rzą­dzać także zbyt późno uro­dzo­nymi. Są dla nich ty­tuły, funk­cje i pod­ręcz­niki me­na­dżerki eks­tre­mal­nej.

Szefu wraca za biurko i wy­pija wodę jed­nym hau­stem. Sło­nie wa­chlują się uszami, ali­ga­tory za­my­kają pasz­cze, Afryka bie­rze od­dech.

Tym­cza­sem ja z cie­bie po­ży­tek będę miał! (Po­wiada. Kla-kla-kla).

Je­steś w niżu, Pa­weł, ja to ro­zu­miem. Ja­kieś smęty no­stal­giczne, ze­it­ge­isty le­pione na nu­dzie i sens ży­cia w je­li­cie cien­kim.

A mnie te­raz po­trzeba ha­mul­co­wego.

Ge­stem Zeusa Gro­mo­wład­nego Szefu rzuca w du­chu Po­le­ce­nie Służ­bowe.

Pa­weł się nie uchy­lił.

Pój­dziesz do Bartka. On daje za­raz spicz. Ze­spół jest pełny, do­brali już kre­ty­nów. Sta­niesz obok.

Mam mu za­glą­dać przez ra­mię? Bę­dzie kwas.

A kto lep­szy? Ro­bi­li­ście tu chwi­lami za układ po­dwójny, krą­żył wo­kół cie­bie jak ślepy sa­te­lita, ty go chrzci­łeś pod Gej­ze­rem.

Ale. Nie moja rola. Z ba­tem tak nad głową.

Prażny zeu­suje po­now­nie, grzmot w gę­bie, niebo w pię­ściach.

Słu­chasz ty mnie! Ogień w czło­wieku ga­śnie i za­pala się - ale do­świad­cze­nia prze­cież nie stra­ci­łeś. Masz re­fe­ren­cje dłuż­sze niż DNA Pana Boga. Zo­ba­czysz ścianę, za­nim w nią walną.

I po raz drugi ci­ska zyg­zak ogni­sty.

Pa­weł gej­dżuje się wa­zo­pre­syną i chwyta już w lot - pio­run, myśl i Po­le­ce­nie, +1 Ac­tion Speed.

A! Praw­nicy wy­krę­cili ci ręce. Mam do­brze wy­glą­dać w pa­pie­rach. Że był nad­zór.

Masz do­brze wy­glą­dać w pa­pie­rach. (Z twoją RE­PU­TA­CJĄ!) Ale to nie pic. Mamy wie­lo­ryba na wędce.

So­und­track: na­ra­sta­jący ło­mot tam-ta­mów. (Nad­cho­dzi po­twór).

Wot, siur­pryza. Zde­gra­do­wany przez awans. Awan­so­wany de­gra­da­cją.

W progu jesz­cze do­pada go ostat­nia mą­drość szefa: To, czego ci trzeba, Ko­strzewa, to po­rządny na­łóg.

Pa­weł wzru­sza ra­mio­nami.

Po­rządny, czyli jaki?

Z wódki czy z in­nych na­tu­ral­nych dra­gów wy­krę­cisz się bez śladu po gen­ku­ra­cji i płu­ka­niu neuro. Ty­toń w ogóle nam nie szko­dzi. Sek­so­ho­li­kami po­win­ni­śmy być od ko­ły­ski. Gejdż przy­cho­dzi i od­cho­dzi. A za pra­co­ho­lizm tylko po­chwalą.

Nie ma lekko. Ciało, fi­zjo­lo­gia - już nie rzą­dzi. Trzeba sa­memu.

Pod rękę z tą my­ślą wę­druje ku atrak­to­rowi so­cjal­nemu. (Cia­steczka i kawa, ko­kosy pro­sto z palmy, sło­necz­nik pro­sto z ogródka).

Tu­bylcy po­znają po mi­nie.

Przy­pra­żony?

Przy­pra­żony.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki