Linia obrony - Jacek Dubois

Kup ebooka

39.90 zł
33.53 zł (33,38 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Podróż do końca śniegu

Podróż do końca śniegu

Listo­pad jest mie­sią­cem kapry­śnym. Gdy się obu­dzi­łem, na dwo­rze było szaro. Lubię tę poranną porę, gdy noc wal­czy ze świ­tem o domi­na­cję. Spraw­dzi­łem pogodę: było zimno, ale jesz­cze nie mroźno, dwa stop­nie na plu­sie, lekki wia­te­rek. Dopiero za dwie godziny powinno zacząć padać. Szybko się ubra­łem i jak codzien­nie przed pracą wybra­łem się na jog­ging. Gdy dobie­głem do Powsina, pora­nek poko­nał noc, ale zaczęło się chmu­rzyć. Pogoda zmie­niała się w bły­ska­wicz­nym tem­pie. Ni stąd, ni zowąd poja­wił się wiatr, który zaczął pod­ry­wać suche liście i wzbi­jać je w powie­trze. Niebo pociem­niało, zbli­żała się ulewa. Zawró­ci­łem, by zdą­żyć przed nią do domu. Nie­stety nie udało mi się. Naj­pierw poczu­łem nie­śmiałe kro­ple desz­czu, które zachę­cone aurą przy­brały na sile i zaczęły z impe­tem ude­rzać o zie­mię, gra­jąc swego rodzaju pre­lu­dium do potopu. Przez myśl prze­le­ciały mi wer­sety: "W roku sześć­set­nym, w dru­gim mie­siącu roku, sie­dem­na­stego dnia mie­siąca, w tym wła­śnie dniu try­snęły z hukiem wszyst­kie źró­dła Wiel­kiej Otchłani i otwo­rzyły się upu­sty nieba; przez czter­dzie­ści dni i przez czter­dzie­ści nocy padał deszcz na zie­mię"1. Czu­łem się jak Noe okrę­tu­jący się na arkę. Dotar­łem do domu, dygo­cząc z zimna, i dopiero po kwa­dran­sie spę­dzo­nym pod gorą­cym prysz­ni­cem zęby prze­stały mi szczę­kać. Tym­cza­sem cięż­kie chmury odpły­nęły w dal i prze­stało padać. Gdy wycho­dzi­łem do pracy, świe­ciło słońce.

Jestem adwo­ka­tem, toteż z racji wyko­ny­wa­nego zawodu spo­ty­kam się z róż­nymi ludźmi. Tego dnia umó­wi­łem się z panią Zofią Miecz­ni­kow­ską w jej domu. Jako że nie mia­łem jesz­cze spo­sob­no­ści jej poznać, zro­bi­łem mały rese­arch na jej temat. Oka­zało się, że moja nowa klientka ma ponad osiem­dzie­siąt lat. Pod­czas dru­giej wojny świa­to­wej jej rodzina wyje­chała do Anglii i tam się osie­dliła. W mło­do­ści Zofia była spor­t­smenką, dwu­krot­nie zdo­była srebrny medal olim­pij­ski w żeglar­stwie. Po zakoń­cze­niu kariery spor­to­wej zajęła się dzien­ni­kar­stwem. Pisała o podró­żach, a jej książki zostały prze­tłu­ma­czone na wiele języ­ków. W latach osiem­dzie­siątych zało­żyła maga­zyn, któ­rego była redak­tor naczelną. Po upadku komu­ni­zmu w Pol­sce zde­cy­do­wała się przy­je­chać do ojczy­stego kraju. Wraz z mężem zało­żyli tu firmę pro­du­ku­jącą odzież spor­tową i tury­styczną. Po śmierci męża sama pro­wa­dziła firmę, któ­rej war­tość wyce­niano na 80 milio­nów zło­tych.

Zosta­łem jej pole­cony przez wspól­nego zna­jo­mego. Budy­nek, pod który pod­je­cha­łem, w niczym nie przy­po­mi­nał sie­dziby Car­ring­to­nów. Był to nie­rzu­ca­jący się w oczy dom z czer­wo­nej cegły oto­czony dużym ogro­dem. Drzwi otwo­rzyła mi młoda dziew­czyna, jak się oka­zało, asy­stentka mojej klientki. Zapro­wa­dziła mnie do salonu.

Star­sza pani sie­działa na wózku inwa­lidz­kim przy stole, na któ­rym pię­trzyły się książki i cza­so­pi­sma. Mimo siwych wło­sów nie wyglą­dała na osiem­dzie­siąt pięć lat. Upływ czasu nie zdo­łał pozba­wić jej wital­no­ści.

- Prze­pra­szam, że nie wstaję. Nie­stety cho­roba przy­kuła mnie do tego fotela. Pro­szę usiąść. - Wska­zała krze­sło naprze­ciwko sie­bie.

Spoj­rza­łem na leżące na stole książki. Dostrze­gła to.

- Prze­pra­szam za bała­gan.

- Dla mnie bała­gan wiąże się z bra­kiem ksią­żek, a nie ich nad­mia­rem.

- Lubi pan czy­tać?

Pra­wie godzinę dys­ku­to­wa­li­śmy o książ­kach. Następne przez pół godziny i dwie mocne czarne kawy opo­wia­dała mi o swoim, jak go nazwała, ostat­nim życio­wym pro­jek­cie. Zde­cy­do­wała się napi­sać wspo­mnie­nia.

- Zanu­dzam pana histo­riami sta­rej kobiety, a pan się pew­nie śpie­szy.

- Ależ nie, pani opo­wiada nie­zwy­kle inter­su­jąco - zapro­te­sto­wa­łem szcze­rze.

- Widzia­łam dzie­siątki fil­mów o praw­ni­kach i wiem, jacy jeste­ście zajęci. Bierzmy się do pracy.

Pani Zofia prze­szła do wyja­śnie­nia powodu, dla któ­rego mnie zapro­siła. Posta­no­wiła zmie­nić testa­ment. Szybko wpro­wa­dziła mnie w swoją sytu­ację rodziną. Była wdową, jej mąż zmarł przed dwoma laty na zawał serca. Mieli syna Andrzeja, który zgi­nął z żoną w wypadku samo­cho­do­wym. Andrzej miał córkę Annę, w chwili śmierci rodzi­ców dzie­się­cio­let­nią. Pani Zofia zajęła się jej wycho­wa­niem, sta­ra­jąc się zastą­pić jej matkę. W poprzed­nim testa­men­cie usta­no­wiła Annę spad­ko­bier­czy­nią całej rodzin­nej for­tuny, teraz zde­cy­do­wała się zmie­nić swoją ostat­nią wolę.

- Chcia­ła­bym panu podyk­to­wać treść nowego testa­mentu.

Wytłu­ma­czy­łem jej, że testa­ment musi być napi­sany wła­sno­ręcz­nie i opa­trzony datą spo­rzą­dze­nia oraz wła­sno­ręcz­nym pod­pi­sem. Ja mogłem przy­go­to­wać jego treść, ale ona musiała go napi­sać samo­dziel­nie. Gdy to usta­li­li­śmy, pani Zofia poin­for­mo­wała mnie, jak zamie­rza roz­dy­spo­no­wać swój mają­tek. Chciała zapi­sać wszystko fun­da­cji zaj­mu­ją­cej się pomocą w lecze­niu cho­rób nowo­two­ro­wych. Dostrze­gł­szy mój zdzi­wiony wzrok, uznała za sto­sowne podać powody swo­jej decy­zji.

- Przed rokiem zdia­gno­zo­wano u mnie nowo­twór. Leka­rze mówią, że pozo­stało mi kilka mie­sięcy życia, dla­tego chcę szybko ure­gu­lo­wać swoje sprawy.

- A co z poprzed­nim pani testa­men­tem?

- Zamie­rzam go unie­waż­nić.

- Czyli pani wnuczka nie odzie­dzi­czy spadku?

- Nie jeste­śmy obec­nie w naj­lep­szych sto­sun­kach.

Cze­ka­łem na dal­szy ciąg zain­try­go­wany tym, co spra­wiło, że star­sza pani zde­cy­do­wała się wydzie­dzi­czyć jedyną wnuczkę. Ona jed­nak mil­czała. Uzna­łem, że ta sprawa jest dla niej bole­sna. Popro­si­łem ją o dodat­kowe infor­ma­cje nie­zbędne do przy­go­to­wa­nia tre­ści testa­mentu. Gdy skoń­czy­łem, umó­wi­li­śmy się, że nie­ba­wem odwie­dzę ją ponow­nie ze zmie­nioną wer­sją testa­mentu. Zanim wysze­dłem, spy­tała:

- Czy w nowym testa­men­cie wspo­mni pan, że stary unie­waż­niam?

- To nie jest to konieczne. Spo­rzą­dze­nie nowego testa­mentu auto­ma­tycz­nie unie­waż­nia stary. O tym, który jest wią­żący, decy­duje data spo­rzą­dze­nia.

Przy kolej­nej wizy­cie przy­jęła mnie w tym samym pokoju, z aten­cją, z jaką trak­tuje się sta­rego przy­ja­ciela. Gawę­dzi­li­śmy ponad pół godziny, nim zde­cy­do­wała, że przej­dziemy do tematu. Pod­je­chała na fotelu do sto­ją­cego w rogu sekre­ta­rzyka, na któ­rym miała przy­go­to­wany papier i pióro. Pod moje dyk­tando spi­sała swoją ostat­nią wolę. Mimo że sta­rała się to ukryć, gdy skoń­czyła, wyglą­dała na zmę­czoną. Na tym jed­nak jej zle­ce­nie się nie skoń­czyło - chciała, abym to ja był wyko­nawcą jej testa­mentu. Mia­łem go prze­cho­wy­wać, a póź­niej dopil­no­wać, by wszyst­kie posta­no­wie­nia zostały zre­ali­zo­wane.

Po wyj­ściu od niej od razu poje­cha­łem do banku. Wynaj­muję tam skrytkę ze względu na bez­pie­czeń­stwo. Minęły już czasy, kiedy kan­ce­la­ria adwo­kata była dla zło­dzieja świę­to­ścią. Teraz to jedno z wielu miejsc sta­no­wią­cych cel wła­ma­nia, dla­tego naj­waż­niej­sze doku­menty prze­cho­wuję w banku.

Następ­nie uda­łem się do kolej­nego klienta, spółki zaj­mu­ją­cej się pro­duk­cją sprzętu elek­tro­nicz­nego. Mia­łem tam prze­wod­ni­czyć zgro­ma­dze­niu wspól­ni­ków. Zebra­nie prze­cią­gnęło się do wie­czora, więc już nie wra­ca­łem do kan­ce­la­rii. Następ­nego dnia po przyj­ściu do pracy usa­do­wi­łem się w swoim ulu­bio­nym skó­rza­nym fotelu i otwo­rzy­łem w kom­pu­te­rze skrzynkę mailową. Cze­kały na mnie sto dwa­dzie­ścia trzy nowe wia­do­mo­ści. Na szczę­ście więk­szość sta­no­wiły reklamy. Po wyczysz­cze­niu śmieci zabra­łem się do czy­ta­nia.

Jedną z wia­do­mo­ści przy­słała mi Maria Sko­rup­ska, która chciała zostać moją klientką. Pisała, że była człon­ki­nią zarządu w dużej fir­mie inwe­sty­cyj­nej. Zawsze spraw­dzam wia­ry­god­ność infor­ma­cji poda­wa­nych mi przez klien­tów, dla­tego w prze­glą­darkę Google wpi­sa­łem nazwę spółki i dane Marii Sko­rup­skiej. Wszystko się zga­dzało, taka spółka ist­niała, a pani Sko­rup­ska nale­żała do jej władz. Następ­nie prze­czy­ta­łem kilka infor­ma­cji pra­so­wych na temat tej firmy i wró­ci­łem do maila. Dowie­dzia­łem się z niego, że pani Sko­rup­ska jako czło­nek zarządu pod­pi­sała umowę, która zda­niem pro­ku­ra­tury miała nara­zić jej macie­rzy­stą firmę na straty sza­co­wane na 15 milio­nów zło­tych. Przed trzema tygo­dniami poli­cja zatrzy­mała kilku człon­ków zarządu. Dwóch zostało aresz­to­wa­nych, a dwóch po prze­słu­cha­niu zwol­niono. Tego dnia Maria Sko­rup­ska rów­nież miała zostać zatrzy­mana i poli­cja o szó­stej rano wkro­czyła do jej domu. Szczę­śli­wie dla niej poprzed­niego dnia była na kon­fe­ren­cji w Lon­dy­nie, a z powodu awa­rii samo­lotu jej lot został odwo­łany, dla­tego poli­cjanci jej nie zastali. Adwo­kat, do któ­rego zwró­ciła się o pomoc, pora­dził jej, by na razie nie wra­cała do kraju, obie­cu­jąc, że wyne­go­cjuje z pro­ku­ra­to­rem bez­pieczny powrót. Nie dość, że niczego nie wyne­go­cjo­wał, to jesz­cze jego porada dopro­wa­dziła do wysta­wie­nia euro­pej­skiego nakazu aresz­to­wa­nia. Obec­nie Maria Sko­rup­ska była poszu­ki­wana, stra­ciła zaufa­nie do poprzed­niego adwo­kata i pro­siła, żebym zajął się jej sprawą.

Odpi­sa­łem, że się zga­dzam. Peł­no­moc­nic­two, o które popro­si­łem, dotarło do mnie po dwóch dniach tra­dy­cyjną pocztą. Gdy ofi­cjal­nie usta­no­wi­łem się obrońcą Marii Sko­rup­skiej, zadzwo­ni­łem do pro­ku­ra­tury, aby dowie­dzieć się o stan jej sprawy. Pro­wa­dził ją pro­ku­ra­tor Piotr Węglar­czyk z Pro­ku­ra­tury Okrę­go­wej w Rze­szo­wie. W trak­cie roz­mowy był oszczędny w sło­wach, ale dowie­dzia­łem się, że zamie­rza posta­wić mojej klientce zarzut nie­go­spo­dar­no­ści pole­ga­jący na tym, że poprzez nie­do­peł­nie­nie swo­ich obo­wiąz­ków miała spo­wo­do­wać szkodę w spółce, którą zarzą­dzała. Powie­dział mi rów­nież, że poprzedni adwo­kat wystą­pił do sądu o list żela­zny, czyli gwa­ran­cję, że jeśli Maria Sko­rup­ska dobro­wol­nie wróci do kraju, nie zosta­nie aresz­to­wana przed zakoń­cze­niem pro­cesu. Sąd jed­nak nie wyra­ził na to zgody.

Zmar­twiło mnie to, bo i ja w ten sam spo­sób pla­no­wa­łem dzia­łać w jej spra­wie. Nie pozo­sta­wało więc nic innego, jak tylko wsz­cząć nego­cja­cje z pro­ku­ra­to­rem i uzy­skać od niego zapew­nie­nie, że jeśli klientka dobro­wol­nie zgłosi się na prze­słu­cha­nie, to on nie wystąpi do sądu o jej aresz­to­wa­nie. Gdy go o to spy­ta­łem, pro­ku­ra­tor Węglar­czyk wił się jak piskorz, z nie­by­wałą spraw­no­ścią wymy­ka­jąc się z każ­dej pułapki, którą pró­bo­wa­łem zasta­wić.

- Na dwoje babka wró­żyła: albo wystą­pię o jej areszt, albo nie. Wszystko zależy od tego, co powie. Jeśli jest winna, to powinna sie­dzieć, a jeśli jest nie­winna, to nie powinna sie­dzieć. Czy jest winna, to się okaże w przy­szło­ści, zatem teraz nie mogę niczego obie­cać, bo nie wiem, co ma do powie­dze­nia. Gdy­bym wie­dział, co powie, tobym nie musiał jej prze­słu­chi­wać. Jak przy­je­dzie i złoży wyja­śnie­nia, to wtedy oce­nię, czy jest winna, i zde­cy­duję, czy wystę­po­wać o areszt. - To była osta­teczna dekla­ra­cja, jaką udało mi się od niego usły­szeć.

Po roz­mo­wie z pro­ku­ra­to­rem wie­dzia­łem mniej wię­cej tyle, co przed nią. Uzna­łem, że moja klientka ma dwie opcje. Pierw­sza: pozo­sta­wać na­dal za gra­nicą. Zaletą takiego roz­wią­za­nia była wol­ność, wadą zaś to, że w związku z wyda­niem euro­pej­skiego nakazu aresz­to­wa­nia będzie poszu­ki­wana na całym Sta­rym Kon­ty­nen­cie. Gdy ją zatrzy­mają, zosta­nie prze­pro­wa­dzona eks­tra­dy­cja do Pol­ski i wtedy bar­dzo długo żaden sąd nie odważy się uchy­lić jej aresztu w oba­wie, że znowu uciek­nie za gra­nicę. Druga moż­li­wość: dobro­wolny powrót do kraju, co mogło się wią­zać z jej aresz­to­wa­niem, jed­nak nawet gdyby sąd zde­cy­do­wał się wobec niej zasto­so­wać areszt, ist­niała duża szansa, że nie będzie trwał długo. Tok rozu­mo­wa­nia sądu byłby wtedy nastę­pu­jący: jeśli sama zde­cy­do­wała się oddać w ręce wymiaru spra­wie­dli­wo­ści, to gdy odzy­ska wol­ność, nie będzie ucie­kać, bo prze­cież dobro­wol­nie by nie wra­cała do kraju.

Maria Sko­rup­ska miała trudną decy­zję do pod­ję­cia. Przez ponad godzinę roz­wa­ża­li­śmy na Sky­pie różne warianty. W końcu zde­cy­do­wała o powro­cie do kraju. Czuła się nie­winna i chciała prze­ko­nać o tym pro­ku­ra­turę, a potem sąd.

Wobec takiej decy­zji kolej­nym eta­pem było przy­go­to­wa­nie jej wyja­śnień. Histo­ria mojej klientki brzmiała prze­ko­nu­jąco. Rze­czy­wi­ście pod­pi­sała umowę, która przy­nio­sła spółce milio­nowe straty, ale stało się tak, ponie­waż została zma­ni­pu­lo­wana przez innych człon­ków zarządu, któ­rzy naj­praw­do­po­dob­niej za łapówkę podali jej nie­praw­dziwe wyniki finan­sowe. Gdyby taką wer­sję sąd uznał za wia­ry­godną, Maria Sko­rup­ska powinna zostać unie­win­niona, bo pod­pi­sała umowę pod wpły­wem błędu, nie mając zamiaru dzia­łać na nie­ko­rzyść spółki. Pozo­sta­wało tylko pyta­nie, czy pro­ku­ra­tor uwie­rzy w tę wer­sję.

Długo pra­co­wa­li­śmy nad jej wyja­śnie­niami, a potem ćwi­czy­li­śmy odpo­wie­dzi na pyta­nia, które według moich prze­wi­dy­wań zada pro­ku­ra­tor. Gdy uzna­łem, że jeste­śmy gotowi, poin­for­mo­wa­łem pro­ku­ra­tora, że klientka się stawi na prze­słu­cha­nie. On z kolei wyzna­czył nam ter­min pięt­na­stego grud­nia o dzie­wią­tej trzy­dzie­ści w Rze­szo­wie. Powrót Marii Sko­rup­skiej był przed­się­wzię­ciem skom­pli­ko­wa­nym. Nie mogła wró­cić z Lon­dynu samo­lo­tem, gdyż pod­czas kon­troli zosta­łaby zatrzy­mana na lot­ni­sku. Zamie­rzała poży­czyć od przy­ja­ciółki samo­chód, któ­rym miała prze­je­chać tune­lem do Fran­cji, a następ­nie prze­ci­na­jąc Europę, dotrzeć do War­szawy. Umó­wi­li­śmy się, że czter­na­stego grud­nia spo­tkamy się w moim biu­rze i do pro­ku­ra­tury poje­dziemy razem.

Cze­ka­łem na nią w kan­ce­la­rii. Kobieta, która weszła do mojego gabi­netu, nie wyglą­dała na zbiega, któ­rego szuka poli­cja w całej Euro­pie. Zresztą słowo "weszła" było nie­od­po­wied­nie dla opi­sa­nia jej poja­wie­nia się. Zro­biła to w spo­sób unie­moż­li­wia­jący skon­cen­tro­wa­nie uwagi na czym­kol­wiek innym. Nie było w tym nic teatral­nego, żad­nych tanich zacho­wań, miała w sobie coś, co zmu­szało oto­cze­nie do patrze­nia tylko na nią. Jestem zawo­dow­cem i od razu zaczą­łem się zasta­na­wiać, czy to dobrze, czy źle dla jej obrony. Na ogół dla osoby podej­rza­nej lep­sze jest to, że wygląda nijako, niż sku­pia na sobie uwagę. Jako obrońca wolał­bym, aby klient był prze­zro­czy­sty, nie­zau­wa­żalny jak Zelig wta­pia­jący się w oto­cze­nie. Przy­po­mnia­łem sobie też bada­nia, z któ­rych wyni­kało, że osoby ładne są trak­to­wane łagod­niej niż mniej atrak­cyjne. Jeśli tak się dzieje w życiu codzien­nym, to może i pro­ku­ra­to­rzy należą do tej sta­ty­stycz­nej grupy. Przy­glą­da­łem się dziew­czy­nie. Miała nie­wiele ponad trzy­dzie­ści lat, była szczu­pła i wyspor­to­wana. Jej ozdobą były dłu­gie, pro­ste, ciemne włosy.

- Mam pewien doku­ment - powie­działa, gdy zapro­si­łem ją, żeby usia­dła. - To moja polisa ubez­pie­cze­niowa na wypa­dek, gdyby po wyja­śnie­niach pro­ku­ra­tor nie uwie­rzył, że jestem nie­winna. Nie chcę go w tej chwili ujaw­niać, bo są tam infor­ma­cje, które mogłyby być kło­po­tliwe dla mojego kolegi z zarządu. Jeśli się okaże, że on był wobec mnie lojalny, ja też mu nie zaszko­dzę. Chcia­ła­bym zde­po­no­wać ten doku­ment u pana, żeby w razie czego mógł pan go użyć.

- Oczy­wi­ście, scho­wam go do akt.

- Wola­ła­bym mieć pew­ność, że jest w stu pro­cen­tach bez­pieczny. Czy może go pan zamknąć w sej­fie?

- Jeśli jest aż tak ważny, to po dro­dze wło­żymy go do mojej skrytki depo­zy­to­wej w banku - zapro­po­no­wa­łem.

Po wizy­cie w banku wyru­szy­li­śmy samo­cho­dem do Rze­szowa.

- Czy włą­czyć jakąś muzykę? - spy­ta­łem pasa­żerkę.

- Tak, popro­szę.

- Jaką pani lubi?

- Taką jak pan.

Przez chwilę zasta­na­wia­łem się nad wybo­rem. Dzie­liło nas około pięt­na­stu lat, zapewne mie­li­śmy różne gusty, więc powi­nie­nem zna­leźć coś kom­pro­mi­so­wego. Tylko dla­czego mam szu­kać kom­pro­misu?, zre­flek­to­wa­łem się. Jeśli twier­dzi, że lubi to, co ja, to niech ponosi tego kon­se­kwen­cje. Nie znam współ­cze­snych zespo­łów. Lubię stary rock i kocham jazz z każ­dego okresu. Wybra­łem Deep Pur­ple, płytę kon­cer­tową Made in Japan.

Wyje­cha­li­śmy z mia­sta na auto­stradę. Z nieba zaczęły spa­dać poje­dyn­cze płatki śniegu. Ter­mo­metr poka­zy­wał minus pięt­na­ście stopni.

- Wolno pan pro­wa­dzi - oce­niła, gdy słu­cha­li­śmy kla­syka Smoke on the Water.

Spoj­rza­łem na nią z zain­te­re­so­wa­niem. Powie­dzieć męż­czyź­nie, że wolno pro­wa­dzi, to duże ryzyko ze strony kobiety. Mogą z tego wynik­nąć dwie kon­se­kwen­cje: albo kie­rowca posta­nowi udo­wod­nić, że to nie­prawda, wci­śnie gaz do dechy, co czę­sto koń­czy się w przy­droż­nym rowie, albo jego ego zosta­nie tak spo­nie­wie­rane, że ta pani sta­nie się jego naj­więk­szym wro­giem. Oba roz­wią­za­nia nie wydają się zbyt kuszące, zatem roz­są­dek powi­nien był jej pod­po­wie­dzieć, żeby powstrzy­mać się od takich uwag. Moje ego jed­nak nie zostało ura­żone. Szcze­rze mówiąc, jest mi obo­jętne, jak szybko jeż­dżę, a jesz­cze mniej inte­re­suje mnie, jak inni to postrze­gają. Ponie­waż przez ostat­nie lata w cza­sie podróży słu­cha­łem audio­bo­oków, sku­pia­łem się na fabule książki, a nie na pręd­ko­ści. Oczy­wi­ście to tylko część prawdy. Jeśli ktoś jeź­dzi szybko, nawet audio­book nie jest w sta­nie zmie­nić tego przy­zwy­cza­je­nia. Jako adwo­kat czę­sto pro­wa­dzę sprawy doty­czące wypad­ków dro­go­wych. Ich akta są wypeł­nione maka­brycz­nymi zdję­ciami: wraki pojaz­dów, zwłoki, krew. Takie obrazy oglą­dam codzien­nie, przy­go­to­wu­jąc się do roz­praw. Śnią mi się po nocach i rze­czy­wi­ście jeż­dżę wolno, bo nie mam naj­mniej­szej ochoty stać się ich boha­te­rem. Dla­tego po jej pyta­niu nie wci­sną­łem pedału gazu, spy­ta­łem tylko:

- Prze­szka­dza to pani?

- Nie, to miła odmiana. Mój brat był raj­dow­cem. Był ode mnie sie­dem lat star­szy. Uwiel­biał sil­niki i godzi­nami mógł w nich dłu­bać. Gdy pro­wa­dził, to nie­zbli­że­nie się do pręd­ko­ści dźwięku było dla niego rów­no­znaczne z utratą honoru. Gdy wcho­dzi­li­śmy w zakręt, opony musiały pisz­czeć. Długo miał szczę­ście, ale gdy się roz­bił, trzy mie­siące spę­dził w szpi­talu. Wiele nocy prze­pła­ka­łam, gdy wal­czył o życie. To, że pro­wa­dzi pan wolno, to był kom­ple­ment.

Z gło­śni­ków leciał mój ulu­biony kawa­łek Black Night, a w samo­cho­dzie uno­sił się deli­katny zapach lab­da­num. To musiały być jej per­fumy.

- Wyszedł z tego?

- Tak, miał szczę­ście. Po wypadku stra­cił mło­dzień­czy urok bez­myśl­no­ści.

Na zewnątrz płatki pada­ją­cego śniegu zaczęły gęst­nieć.

- Nie­długo syl­we­ster - ode­zwała się.

- Jakie ma pani plany? - spy­ta­łem odru­chowo, dopiero po sekun­dzie zda­jąc sobie sprawę z popeł­nio­nej gafy. Ist­niało duże praw­do­po­do­bień­stwo, że syl­we­stra spę­dzi w aresz­cie.

Zacho­wała się wspa­nia­ło­myśl­nie, uda­jąc, że nie zauwa­żyła mojej nie­zręcz­no­ści.

- Na razie żad­nych. Boję się tylko tego, że w tym roku nie będę miała wyboru.

- A mając wybór, na co by się pani zde­cy­do­wała?

- Pew­nie zosta­ła­bym w domu, ale naj­waż­niej­sze w życiu jest to, że ma się moż­li­wość podej­mo­wać decy­zje. Co się wybie­rze, to już zupeł­nie inna sprawa.

Przez chwilę pró­bo­wa­łem sobie wyobra­zić, jak może wyglą­dać noc syl­we­strowa w rze­szow­skim aresz­cie na oddziale kobie­cym. Przy­po­mnia­łem sobie, jak nie­dawno poje­cha­łem odwie­dzić zatrzy­ma­nego klienta. Do sali widzeń dotar­łem po jede­na­stej. Gdy go dopro­wa­dzono godzinę póź­niej, wyglą­dał jak obraz nędzy i roz­pa­czy. Miał spuch­nięte, zmę­czone oczy i spra­wiał wra­że­nie nagle wybu­dzo­nego z głę­bo­kiego snu.

- Co się stało? - pró­bo­wa­łem dociec przy­czyn jego wyglądu.

- Nic, mece­na­sie - uspo­koił mnie. - Po pro­stu mie­li­śmy wczo­raj imprezę poże­gnalną, kolega wycho­dził na wol­ność. Zasie­dzie­li­śmy się do rana, tro­chę popi­li­śmy. Obu­dził mnie pan.

- Bar­dzo prze­pra­szam - wyra­zi­łem skru­chę.

Przez sekundę zasta­na­wia­łem się, czy tę histo­rię opo­wie­dzieć pasa­żerce ku pokrze­pie­niu, że w aresz­cie też mogą wyda­rzyć się atrak­cje. Powstrzy­ma­łem się, nie chcąc wcho­dzić na grzą­ski teren. Nasz plan pole­gał na tym, że wróci ze mną.

- Zachowa pani prawo wyboru - powie­dzia­łem, chcąc pod­trzy­mać ją na duchu.

- Jest pan tego pewien?

To, co zro­biła, to był faul, nie grała fair. Oczy­wi­ście, że nie byłem pewien. Jeśli miał­bym obsta­wić wynik, powie­dział­bym, że ją zamkną, bo pro­ku­ra­to­rzy czę­ściej woleli kogoś aresz­to­wać, niż puścić na wol­ność. Nie mogłem jed­nak teraz jej tego powie­dzieć, to by ją zde­mo­ty­wo­wało. Mogłaby się wyco­fać, co jesz­cze bar­dziej pogma­twa­łoby jej sytu­ację.

- Jestem z panią po to, żeby­śmy jutro wró­cili razem - udzie­li­łem dyplo­ma­tycz­nej odpo­wie­dzi.

- Dla­tego pana wybra­łam.

Doje­cha­li­śmy do Rado­mia. Śnieg padał coraz gęściej, coraz inten­syw­niej czu­łem zapach jej per­fum. Płyta się skoń­czyła.

- Co pan teraz puści?

- Jazz - zde­cy­do­wa­łem i nie cze­ka­jąc na jej akcep­ta­cję, nasta­wi­łem Bre­ak­fast on the Mor­ning Tram Sta­cey Kent.

- Ładne - oce­niła, deli­kat­nie wybi­ja­jąc pal­cami rytm pio­senki.

- Byłem na jej kon­cer­cie - pochwa­li­łem się. - Dla­czego zde­cy­do­wała się pani zająć zarzą­dza­niem spół­kami?

- Z miło­ści. - Roze­śmiała się. - W czwar­tej kla­sie liceum pozna­łam chło­paka, w któ­rym zako­cha­łam się bez pamięci. Bojąc się, żeby różne uczel­nie nas nie roz­łą­czyły, posta­no­wi­łam zda­wać na ten sam wydział co on. Po trzech latach miłość się skoń­czyła, a ja musia­łam skoń­czyć stu­dia. Myśla­łam o dru­gim kie­runku. Zanim pozna­łam Pio­tra, chcia­łam być dzien­ni­karką. Na szczę­ście oka­zało się, że do eko­no­mii mam smy­kałkę. Zosta­łam dostrze­żona przez łowcę talen­tów, który zapro­po­no­wał mi pracę w banku. Pierw­sza pen­sja, osiem tysięcy zło­tych, to dla dwu­dzie­stocz­te­ro­let­niej dziew­czyny pro­po­zy­cja nie do odrzu­ce­nia. Zgo­dzi­łam się i marze­nia o dzien­ni­kar­stwie zostały odsu­nięte na bli­żej nie­okre­śloną przy­szłość. Szybko zaczę­łam awan­so­wać. Po pię­ciu latach mogłam prze­bie­rać w ofer­tach pracy jak w ulę­gał­kach. Zde­cy­do­wa­łam się na posadę w fun­du­szu inwe­sty­cyj­nym i wkrótce weszłam do zarządu. Wła­śnie dosta­łam pro­po­zy­cję prze­nie­sie­nia się do naszej cen­trali w Nowym Jorku, gdy doszło do pod­pi­sa­nia tej nie­szczę­snej umowy. Zosta­łam wro­biona i udo­wod­nię swoją nie­win­ność. Chcę też się dowie­dzieć, komu to wszystko zawdzię­czam. Powie­dział pan, że dopóki nie sta­wię się w pro­ku­ra­tu­rze, dopóty nie będę mogła zaj­rzeć do akt sprawy i nie będę wie­dzieć, kto zeznaje prze­ciwko mnie. To jeden z powo­dów, dla któ­rych zde­cy­do­wa­łam się zary­zy­ko­wać i tam poje­chać.

- I co będzie, gdy się pani dowie?

- Wtedy zacznę się bro­nić. Mam doku­menty potwier­dza­jące moją nie­win­ność. Mam też inne poka­zu­jące, co robili moi kole­dzy z zarządu. Są w koper­cie, którą u pana zde­po­no­wa­łam, jed­nak one mogą zaszko­dzić i fir­mie, i nie­któ­rym oso­bom. Nie użyję ich, dopóki się nie dowiem, z kim muszę wal­czyć. Ale nie mówmy o tym. Nie chcę teraz myśleć o tej spra­wie. Cią­gle opo­wia­dam o sobie. Czas na pana, dla­czego został pan adwo­ka­tem?

Mam naturę obser­wa­tora, wolę słu­chać, niż mówić. Może się wyda­wać para­dok­salne, że adwo­kat, czyli czło­wiek żyjący z mówie­nia, w pry­wat­nym życiu nie lubi tego robić. A tak jest w moim przy­padku. W pracy cią­gle mówię, w trak­cie skom­pli­ko­wa­nego pro­cesu potra­fię prze­ma­wiać kilka godzin. Lubię zresztą moment, kiedy sprawa się koń­czy, a ja mogę ją pod­su­mo­wać i za pomocą argu­men­tów prze­ko­ny­wać sąd do swo­ich racji. To inte­lek­tu­alna przy­goda tro­chę przy­po­mi­na­jąca występ na sce­nie teatral­nej. Może prze­ma­wia­nie jest nawet cie­kaw­sze, bo w teatrze akto­rzy, by zdo­być publicz­ność, odgry­wają napi­sane dla nich role, a sztuka bie­gnie do okre­ślo­nego z góry zakoń­cze­nia. W sądzie swoje przemówie­nia piszemy sami, a nawet nie piszemy, tylko kon­stru­ujemy je na bie­żąco, a finał sprawy jest nie­znany. Do końca nie wiemy, jaki zapad­nie wyrok. A cze­ka­nie na wer­dykt to kolejna dawka adre­na­liny. Gdy wycho­dzę z sądu, czuję się speł­niony. Wtedy milknę i do czasu kolej­nego przemówie­nia lubię przyj­mo­wać rolę obser­wa­tora. Na pyta­nie dziew­czyny, dla­czego zosta­łem adwo­katem, mógł­bym opo­wia­dać godzi­nami. Nie wyda­wało mi się jed­nak, że tak długo chcia­łaby mnie słu­chać, dla­tego zasta­na­wia­łem się nad skró­coną wer­sją.

- Nie chce pan powie­dzieć?

- Chcę. Czy­tała pani Zabić drozda Har­per Lee?

- Nie, ale oglą­da­łam film z Gre­go­rym Peckiem. Genialna rola.

- Tak - przy­zna­łem. - Ale książka jest jesz­cze lep­sza. Pamięta pani Atti­cusa Fin­cha, adwo­kata, któ­rego grał Gre­gory Peck?

Uwiel­bia­łem tę postać, no i roz­ga­da­łem się o tym, jaki miał wpływ na wybór mojej drogi zawo­do­wej. Wbrew swoim zwy­cza­jom mówi­łem tyle, że aż mi zaschło w gar­dle.

- Napi­jemy się kawy? - zapy­ta­łem na widok reklamy Mac­Do­nalda.

- Marzę o kawie.

Opo­wia­da­jąc, nie zwra­ca­łem uwagi na to, co dzieje się na zewnątrz. Śnieg zgęst­niał, szosa przy­brała biały kolor, płu­gów śnież­nych nie było widać. Gdy po dwu­dzie­stu minu­tach wra­ca­li­śmy do samo­chodu, na dwo­rze pano­wała zamieć, gruba pie­rzyna pokryła wszystko wokół. Samo­chody się zatrzy­my­wały, two­rząc gigan­tyczny korek. Jeżeli ten kata­klizm natych­miast się nie skoń­czy, dal­sza podróż będzie nie­moż­liwa. Wró­ci­li­śmy do McDo­nalda, żeby prze­cze­kać śnie­życę przy kolej­nej kawie. Pół godziny póź­niej śnieżna koł­dra uro­sła, a według pro­gnozy pogody miało padać do czwar­tej nad ranem.

Nie było sensu jechać dalej. Nawet jeśli się spóź­nimy, nie będzie to miało wiel­kiego zna­cze­nia, bo bez podej­rza­nej pro­ku­ra­tor nie zacznie prze­słu­cha­nia. Zna­leź­li­śmy naj­bliż­szy hotel i poszli­śmy na kola­cję. Chcia­łem też prze­pro­wa­dzić próbę gene­ralną przed prze­słu­cha­niem następ­nego dnia, ale klientka tego nie uła­twiała. Prze­glą­da­jąc kartę dań, roz­ga­dała się na temat kuchni, po czym zapro­po­no­wała, żeby­śmy zamó­wili wino. Po posiłku mia­łem zamiar szybko wymknąć się do łóżka i poczy­tać książkę, ale nie wypa­dało odmó­wić. Mogło się zda­rzyć, że decy­zją sądu ten napój zosta­nie na dłuż­szy czas wyeli­mi­no­wany z jej menu. Zamó­wi­łem dwa kie­liszki nowo­ze­landz­kiego bia­łego wina. Oka­zało się, że dziew­czyna była w Nowej Zelan­dii i zaczęła opo­wia­dać o podróży. Zre­wan­żo­wa­łem jej się opo­wie­ścią o rej­sie na Wyspy Zie­lo­nego Przy­lądka. Słu­cha­jąc, ski­nęła na kel­nera, by uzu­peł­nił zawar­tość kie­lisz­ków. Kolej­nym tema­tem była jej wycieczka po szkoc­kich desty­lar­niach. Aby opo­wieść była bar­dziej reali­styczna, zapro­po­no­wała przej­ście z wina na tam­tej­sze pro­dukty. Gdy byli­śmy przy pią­tej próbce, zapro­te­sto­wa­łem. Prze­pro­wa­dzi­łem bowiem szyb­kie obli­cze­nie, z któ­rego wyni­kało, że rano w razie kon­troli dro­go­wej zostanę zatrzy­many za pro­wa­dze­nie w sta­nie nie­trzeź­wo­ści. Ponadto wyobra­zi­łem sobie prze­słu­cha­nie klientki, która na pyta­nie, dla­czego się spóź­niła, tłu­ma­czy, że nie mogła przy­je­chać wcze­śniej, bo ze swoim obrońcą zdo­by­wała bar w hotelu. Nie­złą zabawę miałby sąd, zapo­zna­jąc się z takim pro­to­ko­łem. Należy więc panią poże­gnać i udać się do pokoju - wydał pole­ce­nie roz­są­dek. Posze­dłem za jego radą i bły­ska­wicz­nie zasną­łem. Obu­dziło mnie puka­nie do drzwi. Nie trzeba było być geniu­szem, żeby się domy­ślić, że to dziew­czyna.

- Boję się - poin­for­mo­wała mnie, wcho­dząc.

Chcia­łem opo­wie­dzieć jej o nie­sto­sow­no­ści noc­nych wizyt klien­tek w poko­jach obroń­ców, gdy przy­tu­liła się do mnie. Ponow­nie poczu­łem zapach lab­da­num. Jej usta miały słodki smak. W tym momen­cie roz­są­dek zde­zer­te­ro­wał, zosta­wia­jąc mnie z nią sam na sam.

Gdy o ósmej otwo­rzy­li­śmy oczy, było oczy­wi­ste, że spóź­nimy się do pro­ku­ra­tury. Zaklą­łem w myślach. Do tego odna­lazł się zagu­biony wczo­raj roz­są­dek, który zapy­tał, czy jeśli zamkną moją klientkę, będę nie tylko jej bro­nić, ale i wysy­łać paczki do aresztu. Powi­nie­nem natych­miast wypo­wie­dzieć jej peł­no­moc­nic­two, bo siła obrońcy leży w braku jakich­kol­wiek związ­ków emo­cjo­nal­nych z osobą, którą repre­zen­tuje, ale nie mogłem tego zro­bić - za godzinę mie­li­śmy się sta­wić na prze­słu­cha­niu. Wybra­łem numer do pro­ku­ra­tury, aby uspra­wie­dli­wiać spóź­nie­nie, a Maria poszła do swo­jego pokoju, żeby się wyką­pać. Popro­siła, bym po nią wstą­pił po dro­dze na śnia­da­nie.

Zapu­ka­łem, a gdy nie odpo­wie­działa, wsze­dłem, myśląc, że jest jesz­cze w łazience. Maria sie­działa na łóżku ubrana w ten sam strój, co wczo­raj - twe­edową spód­nicę i oliw­kowy golf. W jej pokoju znaj­do­wało się dwóch męż­czyzn. W ręku jed­nego z nich dostrze­głem czarny pisto­let, męż­czyzna mie­rzył w Marię. Był wysoki, szczu­pły, o śnia­dej twa­rzy i ciem­nych krę­co­nych wło­sach. Miał na sobie ele­gancką weł­nianą mary­narkę i nie­bie­ską koszulę bez koł­nie­rzyka. Nie wyglą­dał na gang­stera. Drugi stał nieco w głębi pokoju, przy łóżku, i wysy­py­wał na koł­drę zawar­tość torebki Marii. Podob­nie jak pierw­szy męż­czyzna miał około trzy­dzie­stu lat, ale był nieco niż­szy, o blond wło­sach, małych oczach i wyra­zie twa­rzy smut­nego spa­niela. Zoba­czyw­szy mnie, odrzu­cił torbę na koł­drę, się­gnął pod mary­narkę i wycią­gnął pisto­let. Ruchem lufy dał mi znak, żebym wszedł do środka. Sytu­acja nie pozo­sta­wiała mi wyboru. Wsze­dłem i usia­dłem na krze­śle, które mi wska­zał.

- To mój adwo­kat - powie­działa Maria, jakby było oczy­wi­ste, że każda kobieta podró­żuje ze swoim adwo­katem.

Męż­czy­zna, który wcze­śniej celo­wał w Marię, prze­mie­ścił się tak, że teraz oboje byli­śmy w zasięgu jego pisto­letu.

- Skończ spraw­dzać jej rze­czy - pole­cił towa­rzy­szowi o twa­rzy smut­nego spa­niela.

Prze­szu­ka­nie torby i walizki nic nie dało. Nie byli zado­wo­leni.

- A może dała to jemu na prze­cho­wa­nie? - wpadł na pomysł blon­dyn. - Masz to? - spy­tał.

Zro­zu­mia­łem, że nada­rza się oka­zja, by przy­naj­mniej dowie­dzieć się, czego szu­kają.

- Czy co mam?

Ciem­no­włosy przy­brał pozę czło­wieka znu­dzo­nego, któ­remu całe oto­cze­nie pró­buje utrud­niać życie, co jest z góry ska­zane na nie­po­wo­dze­nie, bo prze­cież on pora­dzi sobie z każ­dym kło­po­tem.

- Sły­sza­łem, że wszyst­kie papugi to mądrale, a tu mam żywy dowód. Nie mądrz się, papugo, bo dosta­niesz po dzio­bie. Gdzie są doku­menty?

Pro­po­zy­cja dosta­nia, jak to ujął "po dzio­bie", nie wydała mi się kusząca. Zro­zu­mia­łem, że szu­kają koperty, którą wczo­raj dała mi dziew­czyna. Maria mówiła, że były w niej doku­menty kom­pro­mi­tu­jące zarówno firmę, jak i człon­ków zarządu. Zatem ktoś zwią­zany z firmą musiał wyna­jąć tych gang­ste­rów, żeby je odzy­skali. Moje roz­wa­ża­nia prze­rwał ciem­no­włosy, powta­rza­jąc pyta­nie:

- Nie uda­waj głu­chego, gdzie są doku­menty?

- Nie mam żad­nych doku­men­tów. Może­cie spraw­dzić.

Blon­dyn prze­szu­kał mnie dokład­nie, oczy­wi­ście niczego nie znaj­du­jąc.

- Mówi­łam wam, że nie mam żad­nych doku­men­tów - ode­zwała się z satys­fak­cją Maria.

- Nie kłam - prze­rwał jej czar­no­włosy. - Weszli­śmy do two­jej skrzynki mailo­wej. Piszesz do kole­żanki, że zabie­rasz ze sobą doku­menty i opi­su­jesz, co w nich jest. Tłu­ma­czysz jej, że to twoje ubez­pie­cze­nie, gdyby nie powio­dło ci się w pro­ku­ra­tu­rze. Jak nie pamię­tasz, to mogę ci przy­po­mnieć. - Się­gnął do kie­szeni i poma­chał jej przed oczami wydru­ko­wa­nymi mailami.

- Okej, mia­łam te doku­menty i chcia­łam je zabrać do Pol­ski - potwier­dziła, widząc, że zaprze­cza­nie nie ma sensu. - Ale w ostat­nim momen­cie zmie­ni­łam zda­nie. Zosta­wi­łam je u adwo­kata w Anglii i dałam mu dys­po­zy­cję, co ma z nimi zro­bić, gdyby coś mi się stało.

Nie­stety nie prze­ko­nała face­tów do tej wer­sji.

- Kła­miesz - syk­nął męż­czy­zna o wyglą­dzie spa­niela.

- Nie kła­mię - zaprze­czyła boha­ter­sko.

- Posłu­chaj, laleczko. - Facet zbli­żył twarz do jej twa­rzy. - Wiemy o tobie wszystko, słu­chamy two­ich roz­mów, czy­tamy kore­spon­den­cję, więc nie pró­buj nas oszu­ki­wać, bo to ci się nie opłaci. Mówisz, że nie wzię­łaś tych doku­men­tów do Pol­ski. A znasz Martę Korab? Przy­po­mnę ci, to twoja przy­ja­ciółka. Spo­tka­ły­ście się wczo­raj, prawda? Jadąc do niej, wysła­łaś ese­mesa. - Się­gnął po tele­fon, żeby zacy­to­wać: - "Kochana, będę u cie­bie o czter­na­stej. Poga­damy ze dwie godziny, bo potem muszę być z doku­men­tami u adwo­kata". Pamię­tasz, że wysła­łaś taką wia­do­mość? - Męż­czy­zna z twa­rzą smut­nego spa­niela wpa­try­wał się w dziew­czynę.

Maria mil­czała.

- Zaraz spraw­dzimy na twoim tele­fo­nie.

- Wysła­łam - przy­znała Maria.

- Jadąc do adwo­kata, mia­łaś je przy sobie - ana­li­zo­wał wyda­rze­nia z poprzed­niego dnia blon­dyn. - Byłaś u niego do sie­dem­na­stej czter­dzie­ści pięć, a potem razem wyszli­ście.

Patrzy­łem na Marię. Zbla­dłą, uświa­do­miw­szy sobie, że oni naprawdę wie­dzą o niej wszystko.

- Pomyślmy - kon­ty­nu­ował blon­dyn. - Jesteś z doku­men­tami u adwo­kata, o sie­dem­na­stej czter­dzie­ści pięć wycho­dzi­cie razem, wsia­da­cie do samo­chodu i jedzie­cie na ulicę Czac­kiego, gdzie zatrzy­mu­je­cie się na pięt­na­ście minut. Ty zosta­jesz w samo­cho­dzie, a on wcho­dzi do banku. Potem wyjeż­dża­cie z mia­sta, jedzie­cie auto­stradą, a o dwu­dzie­stej zatrzy­mu­je­cie się na kawę w McDo­nal­dzie. Gdy śnie­życa blo­kuje drogę, jedzie­cie do hotelu. Musimy się wspól­nie zasta­no­wić, gdzie są doku­menty. Naj­pierw jedziesz z nimi do kan­ce­la­rii, zatem pierw­sza moż­li­wość, że zostały u niego. Potem jedzie­cie do banku, adwo­kat wcho­dzi do środka, czyli poja­wia się druga moż­li­wość, że ma tam skrytkę i w niej je zosta­wił. Wyru­sza­cie w drogę, a zatem trze­cia moż­li­wość, że macie je ze sobą. Twój pokój już prze­szu­ka­li­śmy. Mogą być jesz­cze w pokoju adwo­kata albo w samo­cho­dzie. Zacznijmy od zwe­ry­fi­ko­wa­nia trze­ciego wariantu - zde­cy­do­wał. - Popro­szę klu­cze. - Wycią­gnął dłoń w moim kie­runku.

Opór nie miał żad­nego sensu. Poda­łem mu klu­cze.

Po wyj­ściu blon­dyna cze­ka­li­śmy w ciszy i mogłem się zasta­no­wić nad naszym poło­że­niem. Za chwilę męż­czyźni stwier­dzą, że nie mamy przy sobie doku­men­tów i będą szu­kać dalej. Do mojej kan­ce­la­rii dostaną się bez pro­blemu, mia­łem klucz do drzwi i do sejfu. Nie będą jed­nak w sta­nie zaj­rzeć do skrytki ban­ko­wej. Tam obo­wią­zy­wały pro­ce­dury bez­pie­czeń­stwa. Żeby wejść do pomiesz­cze­nia, gdzie znaj­duje się skrytka, trzeba się wyle­gi­ty­mo­wać. A do skrytki mogę się dostać tylko ja oso­bi­ście. Pra­cow­nicy banku znali mnie od lat, nie było moż­li­wo­ści, żeby któ­ryś z męż­czyzn posłu­żył się moimi doku­men­tami. Do otwar­cia skrytki są potrzebne dwa klu­cze. Jeden mam ja, a drugi pra­cow­nik banku. Pra­cow­nik wcho­dzi z klien­tem, otwiera skrytkę i wycho­dzi, pozo­sta­wia­jąc klienta samego. Wyglą­dało na to, że doku­menty Marii były bez­pieczne.

- Nie ma ich ani w pokoju, ani w samo­cho­dzie - rzu­cił po powro­cie blon­dyn.

- Pozo­stały dwa warianty. Albo doku­menty są w kan­ce­la­rii, albo w banku - pod­su­mo­wał ciem­no­włosy. - Istotne jest to, że już wiemy, że adwo­kat wie, gdzie one są. No więc gdzie są? - zwró­cił się do mnie.

- Tajem­nica zawo­dowa. Nie mogę ujaw­niać pouf­nych infor­ma­cji otrzy­ma­nych od moich klien­tów.

- Dzielny mece­nas, nie chce zdra­dzić tajem­nicy. Dobrze, to spró­bujmy ina­czej. Przy­wiąż ją do krze­sła - pole­cił blon­dy­nowi.

Męż­czy­zna zła­pał dziew­czynę za przed­ra­mię. Gdy chcia­łem zare­ago­wać, ciem­no­włosy przy­sta­wił mi pisto­let do policzka.

- Ani drgnij, bo cię zastrzelę - zagro­ził.

Blon­dyn wyjął z kie­szeni pla­sti­kowe opa­ski zaci­skowe i przy­wią­zał ręce i nogi Marii do krze­sła.

- To Andrzej Draw­czyń­ski was przy­słał? - spy­tała dziew­czyna.

Przy­po­mnia­łem sobie, że Draw­czyń­ski był jed­nym z człon­ków zarządu spółki.

- Nie inte­re­suj się, to tajem­nica zawo­dowa. - Blon­dyn się zaśmiał. - Gdzie są doku­menty?

Maria mil­czała.

- No dobra, zróbmy ina­czej. - Pod­cią­gnął rękaw swe­tra dziew­czyny, odsła­nia­jąc jej przed­ra­mię. Się­gnął do torby, którą wcze­śniej posta­wił na biurku, i wyjął z niej ampułkę, strzy­kawkę i jed­no­ra­zową igłę.

- Co to jest? - spy­tała prze­stra­szona.

- Nazy­wają to serum prawdy - wyja­śnił, otwie­ra­jąc ampułkę. - To sub­stan­cja psy­cho­ak­tywna pozwa­la­jąca uzy­skać wszel­kie infor­ma­cje od osoby, któ­rej się to wstrzyk­nie. Musia­łaś widzieć w fil­mach, jak to działa. Zro­bię ci zastrzyk, a ty grzecz­nie odpo­wiesz na wszyst­kie moje pyta­nia. Będzie cię po tym tro­chę boleć głowa, ale skoro tak wolisz, twój wybór. - Męż­czy­zna napeł­nił strzy­kawkę i przy­ło­żył igłę do przed­ra­mie­nia dziew­czyny.

- Nie zro­bisz tego - zapro­te­sto­wała.

- Oczy­wi­ście, że zro­bię. - Naci­snął igłą jej skórę.

- Są w skrytce ban­ko­wej - ska­pi­tu­lo­wała.

- Mądra decy­zja - pochwa­lił ją blon­dyn.

- Naj­mą­drzej­sza - potwier­dził ciem­no­włosy. - Teraz musimy namó­wić mece­nasa, żeby je przy­wiózł. Przy­wie­ziesz, mece­na­sie?

- Nie mogę ujaw­nić infor­ma­cji powie­rzo­nych mi pouf­nie - wyre­cy­to­wa­łem zawo­dową regułę.

- No cóż, teraz cie­bie trzeba będzie nakło­nić, żebyś zmie­nił zda­nie. - Ciem­no­włosy zdjął mary­narkę i zaczął pod­wi­jać rękawy koszuli. - Obić ci mordę, żebyś prze­stał utrud­niać.

Nagle dostrze­głem pro­myk nadziei. Jeśli chcą, abym wyjął doku­menty z depo­zytu, będą musieli mnie wypu­ścić, a to dawało szansę zawia­do­mie­nia poli­cji. Wystar­czyło tylko uda­wać, że mam zamiar to zro­bić.

- Zgoda - zade­kla­ro­wa­łem.

- Widzę, że i ty zmą­drza­łeś.

- Pojadę po nie i wam przy­wiozę.

Ciem­no­włosy się roze­śmiał.

- Coś mi się wydaje, że mece­nas chce nas wyki­wać i wró­cić z poli­cją. Masz nas za idio­tów? Ja zostanę tu z dziew­czyną, a wy we dwóch poje­dzie­cie do banku. Wej­dzie­cie do środka razem, żeby nic głu­piego nie przy­szło ci do głowy. Kolega będzie do mnie dzwo­nił co godzinę. Jeśli nie zadzwoni, to będzie zna­czyło, że nawa­li­łeś. Wtedy już jej nie zoba­czysz.

Widząc, że mają to wszystko per­fek­cyj­nie prze­my­ślane, wró­ci­łem do mojej pier­wot­nej wer­sji, zda­jąc sobie sprawę, że z tym "obi­ciem mordy" nieco ble­fują, bo nie zde­cy­do­wa­liby się na wywo­ła­nie awan­tury w hotelu.

- Nie mogę wam ich dać, to tajem­nica adwo­kacka, są wła­sno­ścią mojej klientki.

- A ty znowu to samo... - wes­tchnął ciem­no­włosy. - To dasz je jej, a my je weź­miemy od niej i po spra­wie - zapro­po­no­wał kom­pro­mi­sowe roz­wią­za­nie.

- Mogę postę­po­wać tylko zgod­nie z dys­po­zy­cją klientki.

- Okej, skoro tak wolisz. Poproś mece­nasa, żeby przy­wiózł ci depo­zyt - zwró­cił się męż­czy­zna do Marii.

- Nie chcę go, nie jest mi teraz do niczego potrzebny.

Ciem­no­włosy pokrę­cił głową z nie­sma­kiem, dając w ten spo­sób do zro­zu­mie­nia, że nie jest zado­wo­lony.

- Będziemy cię musieli ponow­nie prze­ko­ny­wać. Zaj­mij się tym - zwró­cił się do kolegi.

Blon­dyn, który od pew­nego czasu przy­brał znu­dzoną minę, oży­wił się, widząc, że za chwilę będzie miał zaję­cie. Pod­szedł do torby, z któ­rej nie­dawno wyjął ampułkę i strzy­kawkę. Zanu­rzył w niej rękę i wycią­gnął grube żółte pla­sti­kowe ręka­wice. Do czego mu to potrzebne?, zasta­na­wia­łem się, gdy nie­śpiesz­nym ruchem nacią­gał je na dło­nie. Gdy już leżały ide­al­nie, spoj­rzał na nas, spraw­dza­jąc, jakie wywo­łał wra­że­nie. Znów się­gnął do torby, z któ­rej wyjął gąbkę osa­dzoną na drew­nia­nym trzonku i szklany pojem­nik.

- Co to jest? - spy­tała zanie­po­ko­jona Maria.

- To kwas siar­kowy. Dla­tego zało­ży­łem ręka­wiczki, by przez nie­uwagę nie popa­rzyć sobie dłoni. Teraz naleję odro­binę kwasu na gąbkę i przy­łożę ci ją do twa­rzy. To będzie bar­dzo bole­sne, bo kwas wypali ci skórę. Chi­rurg pla­styczny może jakoś poprawi ci buźkę, ale twoja twarz już ni­gdy nie będzie taka jak teraz. Jeśli mimo to nie popro­sisz adwo­kata o przy­wie­zie­nie depo­zytu, będziemy to powta­rzali tak długo, aż zmie­nisz zda­nie.

Chcia­łem zapro­te­sto­wać, ale ciem­no­włosy przy­ło­żył mi pisto­let do głowy, wolną ręką dając znak, że mam mil­czeć.

- Chcesz zoba­czyć, jak to działa? - spy­tał blon­dyn, przy­kła­da­jąc nasą­czoną gąbkę do pla­sti­ko­wego dłu­go­pisu leżą­cego na biurku. Po zetknię­ciu z cie­czą pla­stik zaczął się odkształ­cać.

- Potrze­buję tego depo­zytu. Pro­szę, przy­wieź go - ode­zwała się prze­ra­żo­nym gło­sem.

- Sły­sza­łeś, popro­siła. Damie chyba nie odmó­wisz.

Zda­wa­łem sobie sprawę, że jej dys­po­zy­cja nie ma żad­nego zna­cze­nia praw­nego, bo została zło­żona pod przy­mu­sem.

- Jedź, oni nie żar­tują - popro­siła mnie.

Wie­dzia­łem, że ma rację, musia­łem poje­chać. Każda decy­zja, którą podejmę, będzie zła. Ta wyda­wała się naj­mniej­szym złem.

Gdy dwa­dzie­ścia minut póź­niej wyje­cha­li­śmy z hotelu, sytu­acja na dro­dze była opa­no­wana. Szosa odzy­skała ciemną barwę, na pobo­czach zale­gały zaspy zepchnię­tego śniegu. Ja pro­wa­dzi­łem, a blon­dyn usiadł na przed­nim sie­dze­niu, opie­ra­jąc pisto­let na kola­nie. Jecha­li­śmy w mil­cze­niu, a on co godzinę dzwo­nił do wspól­nika, infor­mu­jąc, że nie przy­szły mi do głowy żadne sztuczki. W banku powie­dzia­łem straż­ni­kowi, że przy­je­cha­łem z klien­tem, któ­remu zależy, abym zło­żył depo­zyt w skrytce w jego obec­no­ści. Gdy w środku chcia­łem wyjąć kopertę, blon­dyn mnie powstrzy­mał.

- Sam wyjmę - zde­cy­do­wał. - Jak wygląda jej depo­zyt?

- Jasna koperta for­matu A5 z odręcz­nym napi­sem "Depo­zyt".

Męż­czy­zna otwo­rzył skrytkę i zaczął szu­kać koperty.

- Pomogę - zaofe­ro­wa­łem.

- Dam sobie radę.

W końcu zna­lazł, wyjął kopertę, spraw­dził jej zawar­tość i scho­wał do torby. Gdy wró­ci­li­śmy, Maria leżała na łóżku, a ciem­no­włosy sie­dział na fotelu dwa metry dalej. Na sto­liku obok dziew­czyny leżał pisto­let.

- W porządku, możemy się zbie­rać - zde­cy­do­wał na widok koperty. - Zwiąż ich - pole­cił blon­dy­nowi. - Na waszym miej­scu nie zawia­da­miał­bym poli­cji - pora­dził. - Jeśli dowiemy się, że to zro­bi­li­ście, wró­cimy do was. Wyjął z kie­szeni nóż i wbił we fra­mugę drzwi. - Tym się uwol­ni­cie, ale nie śpiesz­cie się.

- Kim jest Andrzej Draw­czyń­ski? - spy­ta­łem Marię, gdy udało nam się roz­ciąć try­tytki.

- Był w zarzą­dzie. Podej­rze­wam, że mnie w to wro­bił, fabry­ku­jąc nie­praw­dziwe dane. Te doku­menty naj­bar­dziej go kom­pro­mi­to­wały. Jestem prze­ko­nana, że to on wyna­jął tych zbi­rów.

- Powin­ni­śmy zawia­do­mić poli­cję.

Maria zasta­na­wiała się przez chwilę.

- Nie - zde­cy­do­wała. - Jeśli złożę zawia­do­mie­nie, Draw­czyń­ski będzie się mścił, a nie chcę z nim wojny. Pro­szę, obie­caj, że nikomu nie powiesz, co tu się stało. - Przy­tu­liła się do mnie. - Obie­caj - powtó­rzyła.

- Jeśli tak zde­cy­do­wa­łaś, obie­cuję. - Nie mogłem sprze­ci­wić się jej woli, była moją klientką. - Muszę zadzwo­nić do pro­ku­ra­tury i powie­dzieć, że sta­wimy się dopiero jutro.

- Nie chcę tam jechać.

- Dla­czego? - Nie mogłem zro­zu­mieć jej nagłej zmiany decy­zji. - Nie możesz żyć jak wieczny ucie­ki­nier. Jeśli tam poje­dziemy, zwie­lo­krot­nisz swoje szanse.

- Zde­cy­do­wa­łam się zgło­sić do pro­ku­ra­tury, bo nie zro­bi­łam tego, co mi zarzu­cają, ale nie wie­rzę w spra­wie­dli­wość. Wiele razy czy­ta­łam, że do aresztu tra­fiali nie­winni ludzie. Wcze­śniej zde­cy­do­wa­łam się zgło­sić, bo mia­łam doku­menty, dzięki któ­rym mogłam się bro­nić i wyka­zać, że ci, któ­rzy mnie poma­wiają, kła­mią. To było koło ratun­kowe, a teraz je stra­ci­łem. Na szczę­ście nie jestem taka durna, jak tym ban­dy­tom się wydaje. Przed wyjaz­dem skse­ro­wa­łam te doku­menty i poszłam w Anglii do praw­nika, by mi poświad­czył kopie za zgod­ność z ory­gi­na­łem. Mam je w Lon­dy­nie. Muszę po nie jechać. Kiedy wrócę, umó­wimy się jesz­cze raz w pro­ku­ra­tu­rze.

Pró­bo­wa­łem prze­ko­nać ją, by zmie­niła decy­zję, ale nic to nie dało. Odwio­złem Marię do War­szawy. Przez tydzień nie mia­łem od niej żad­nych wia­do­mo­ści. W końcu zadzwo­ni­łem, ale nie odbie­rała, nie odpo­wie­działa też na maile. Minął kolejny tydzień, a ona na­dal mil­czała. Zrozumia­łem, że musiała zmie­nić zda­nie i posta­no­wiła się ukry­wać. Może nie była tak nie­winna, jak mnie zapew­niała. To było jej życie i jej wybór, adwo­kat nie jest po to, by za kogoś podej­mo­wać decy­zje. Mamy infor­mo­wać o prze­pi­sach, tłu­ma­czyć je, dora­dzać, przed­sta­wić ewen­tu­alne sce­na­riu­sze wyda­rzeń, lecz to klient ma ostat­nie słowo.

Czu­łem się roz­cza­ro­wany, że nie dała znaku życia i nie powie­działa o zmia­nie decy­zji. Dostrze­ga­łem jed­nak też pozy­tywne strony tej sytu­acji. Nie ma bez­po­śred­niego zakazu, by adwo­kat pro­wa­dził sprawę osoby, z którą pozo­staje w jakiejś rela­cji. Z mojego doświad­cze­nia wyni­kało, że takie sytu­acje ni­gdy dobrze się nie koń­czą. Wcze­śniej prze­śla­do­wała mnie scena, w któ­rej pro­ku­ra­tor decy­duje o wystą­pie­niu o areszt dla Marii, a ona rzuca mi się na szyję z okrzy­kiem: "Kocha­nie, obroń mnie przed nim!". Może Maria sama zdała sobie sprawę, że to, co się stało w hotelu, było nie­po­trzebną chwilą sła­bo­ści, i posta­no­wiła zmie­nić adwo­kata. Jeśli tak było, powinna mnie o tym przy­naj­mniej powia­do­mić.

Pochło­nięty bie­żącą pracą, powoli zapo­mi­na­łem o tej spra­wie. Wcią­gały mnie kolejne. W jed­nym z war­szaw­skich teatrów doszło do awan­tury mię­dzy dwoma zna­nymi akto­rami Andrze­jem Sawi­czem i Pio­trem Nor­kiem. Powo­dem była kobieta, kole­żanka z pracy, do któ­rej obaj żywili głę­bo­kie uczu­cie. Bez­po­śred­nią przy­czyną kłótni było to, że Andrzej Sawicz, z któ­rym aktorka spę­dziła poprzedni wie­czór, w wyniku przy­pad­kowo usły­sza­nej roz­mowy dowie­dział się, że tym razem po spek­ta­klu aktorka umó­wiła się na kola­cję z Pio­trem Nor­kiem. Wzbu­rzony pobiegł do gar­de­roby Norka nakło­nić go, by zre­zy­gno­wał z tego planu, i prze­ko­nać, by trzy­mał się z daleka od dziew­czyny. Norek nie chciał sko­rzy­stać z suge­stii kolegi i powie­dział, że nie tylko zje z nią kola­cję, ale także zamie­rza popro­sić ją o rękę. Wzbu­rzony tą wia­do­mo­ścią Sawicz oświad­czył, że to on chce popro­sić dziew­czynę o rękę i spę­dzić z nią resztę życia, a ma do tego szcze­gólne prawo, gdyż poprzed­niego dnia łączące go z aktorką uczu­cie zostało przy­pie­czę­to­wane aktem fizycz­nym. To z kolei dopro­wa­dziło do wście­kło­ści aktora Norka, który rów­nież darzył dziew­czynę naj­szczer­szym uczu­ciem, nie­po­twier­dzo­nym jed­nak jesz­cze aktem fizycz­nym, którą to kon­sump­cję uczu­cia pla­no­wał doko­nać tej nocy. Dowie­dziaw­szy się, że kolega go uprze­dził, naj­pierw osłu­piał, potem oka­zał nie­do­wie­rza­nie, jed­nak podane przez Sawi­cza szcze­góły minio­nej nocy spra­wiły, że uwie­rzył. Nie mogąc pogo­dzić się z sytu­acją, posta­no­wił dać ujście emo­cjom i oznaj­miw­szy, że obije Sawi­czowi mordę, rzu­cił się na niego.

Nastą­piła wymiana cio­sów, któ­rej skut­kiem było zde­mo­lo­wa­nie gar­de­roby. Aktor Sawicz po powa­le­niu adwer­sa­rza pra­wym sier­po­wym na zie­mię uznał, że sprawa została hono­rowo zakoń­czona, i zakła­da­jąc, że prze­ciw­nik został nale­ży­cie znie­chę­cony do pod­trzy­my­wa­nia rela­cji uczu­cio­wych z aktorką, opu­ścił gar­de­robę. Nie doce­nił jed­nak siły uczu­cia Norka, który odzy­skaw­szy świa­do­mość po otrzy­ma­nym cio­sie, zebrał się w sobie i gdy stwier­dził, że Sawi­cza nie ma w gar­de­ro­bie, ruszył za nim w pościg, wykrzy­ku­jąc pod jego adre­sem różne epi­tety. W pogoni za rywa­lem wybiegł na scenę, gdzie go odna­lazł.

Tego dnia w teatrze trwały próby do Ham­leta i na sce­nie znaj­do­wały się rekwi­zyty. Jed­nym z nich była szpada, którą Norek chwy­cił i zaata­ko­wał nią Sawi­cza. Ten, bro­niąc się, zła­pał krze­sło i ode­rwaw­szy od niego nogę, sta­nął naprze­ciw napast­nika. Na sce­nie roz­go­rzała zacięta walka, w któ­rej wyniku Norek zadał Sawi­czowi pchnię­cie szpadą w pierś. Zalany krwią Sawicz padł bez przy­tom­no­ści na deski. Roz­py­cha­jąc zgro­ma­dzo­nych tłum­nie akto­rów, Norek ruszył do gar­de­roby swo­jej wybranki, aktorki Danuty Kłodko, gdzie poin­for­mo­wał ją, że wie wszystko o jej, jak to okre­ślił, "kurew­skim zacho­wa­niu". Następ­nie wygło­sił wobec wybranki mono­log, z któ­rego wyni­kało, że czuje się zawie­dziony jej zacho­wa­niem. Był prze­ko­nany, że jest ona jego naj­więk­szą miło­ścią, a tym­cza­sem tak nie­cnie postą­piła, odda­jąc się akto­rowi Sawi­czowi. Przy­po­mniał, jak obie­cy­wała mu dozgonne uczu­cie, po czym zako­mu­ni­ko­wał, że nie wyobraża sobie, by teraz mógł żyć dalej, jak rów­nież, żeby ona mogła żyć dalej po tym, jak go nędz­nie zdra­dziła, i dla­tego zde­cy­do­wał, że w takiej sytu­acji oboje nie powinni żyć. Oświad­czył, że w związku z takimi prze­my­śle­niami zamie­rza pozba­wić życia naj­pierw ją, a potem sie­bie.

Danuta Kłodko nie była prze­ko­nana do takiego sce­na­riu­sza. Zaczęła zapew­niać Norka, że nie­prawdą jest, jakoby oddała się Sawi­czowi, że Sawicz to oszust, a ona kocha tylko jego. Aktor nie dawał jed­nak wiary jej sło­wom, nazwał ją "zdra­dliwą kłam­czu­chą" i oświad­czył, że z pla­nów pozba­wie­nia jej życia nie zamie­rza zre­zy­gno­wać, co wię­cej, zamie­rza uczy­nić to bez­zwłocz­nie.

Widząc, że Norek nie żar­tuje, dziew­czyna posta­no­wiła dzia­łać i odwró­ciw­szy na chwilę jego uwagę, zła­pała sto­jącą na sto­liku szklaną butelkę z coca-colą i roz­trza­skała ją na gło­wie męż­czy­zny, pozba­wia­jąc go przy­tom­no­ści.

Do teatru zostały wezwane pogo­to­wie i poli­cja, w wyniku czego aktor Sawicz tra­fił do szpi­tala z raną klatki pier­sio­wej powstałą w wyniku pchnię­cia szpadą, aktor Norek zaś tra­fił do szpi­tala z ura­zem głowy powsta­łym w wyniku ude­rze­nia butelką po coca-coli. Na szczę­ście aktor Sawicz prze­żył, Norek rów­nież i po uzy­ska­niu pomocy lekar­skiej został prze­wie­ziony do pro­ku­ra­tury, gdzie posta­wiono mu zarzut usi­ło­wa­nia zabój­stwa.

Zosta­łem popro­szony o jego obronę, a peł­no­moc­nic­twa udzie­liła mi aktorka Danuta Kłodko. Nie­stety zanim zdą­ży­łem przy­być do pro­ku­ra­tury, aktor Norek zło­żył już wyja­śnie­nia, w któ­rych poin­for­mo­wał, że przy­znaje się do winy, że chciał szpadą pozba­wić życia aktora Sawi­cza, i bar­dzo żałuje, że tego nie zro­bił, bo tam­ten jest wyjąt­kową szują i łobu­zem. Dodał, że jeżeli pojawi się ku temu oka­zja, natych­miast dokoń­czy to, co mu się nie udało, bo on darzy Danutę Kłodko szczerą i praw­dziwą miło­ścią.

Dowie­dziaw­szy się, że aktor Norek zamie­rza dokoń­czyć to, co zaczął, czyli pozba­wić Sawi­cza życia, sąd zasto­so­wał wobec niego areszt. W wyniku dal­szych czyn­no­ści pro­ce­so­wych sytu­acja Norka jed­nak nieco się popra­wiła. Prze­słu­chana w spra­wie aktorka Danuta Kłodko zeznała, że Norek jest naj­lep­szym i naj­szla­chet­niej­szym czło­wie­kiem, jakiego w życiu spo­tkała. Dodała, że kocha go miło­ścią naj­czyst­szą i mimo tego, co uczy­nił, zamie­rza spę­dzić z nim resztę życia. Dodała, że pozba­wiła go przy­tom­no­ści poprzez zada­nie ciosu butelką nie w oba­wie przed nim, bo to prze­cież naj­lep­szy z ludzi, ale z obawy, by pod wpły­wem wzbu­rze­nia, w które popadł, nie zro­bił sobie jakiejś krzywdy. Dalej opo­wie­działa pro­ku­ra­to­rowi, że od kiedy poznała aktora, a było to przed dwoma mie­sią­cami, bo nie­dawno dostała angaż do tego teatru, zapa­łała do niego gorą­cym uczu­ciem. Uczu­cie to było obo­pólne, w związku z czym zaczęli snuć plany na przy­szłość. Aktorka dodała, że w tym teatrze stała się obiek­tem wes­tchnień aktora Sawi­cza, do któ­rego jed­nak nic nie czuła. Męż­czy­zna ten wie­lo­krot­nie wyzna­wał jej miłość i pro­po­no­wał spo­tka­nia, które to pro­po­zy­cje ona sta­now­czo odrzu­cała. Afekt Sawi­cza stał się dla niej kło­po­tliwy, bo, pomimo sta­now­czych odmów, on cały czas nale­gał. W końcu dzień przed zda­rze­niem umó­wiła się z Sawi­czem na kola­cję, jed­nak nie w celu nawią­za­nia kon­tak­tów sek­su­al­nych, ale uświa­do­mie­nia mu, że ni­gdy do niczego mię­dzy nimi nie doj­dzie. Nie­prawdą jest zatem to, co twier­dził Sawicz, że spę­dzili razem noc, gdyż kola­cja zakoń­czyła się jej sta­now­czym oświad­cze­niem, że nie jest Sawi­czem zain­te­re­so­wana. W jej oce­nie Sawicz był świ­nią i intry­gan­tem zazdro­snym o to, że ona kocha Norka.

Kolejne dowody prze­pro­wa­dzane w spra­wie w pełni potwier­dzały to, co powie­działa. Gdy Norek dowie­dział się, że mię­dzy Sawi­czem a jego uko­chaną do niczego nie doszło i że ona go kocha, oświad­czył, że wpraw­dzie w gnie­wie istot­nie chciał zabić Sawi­cza, ale obec­nie, widząc, że wza­jem­ność jego uczuć z Danutą Kłodko jest nie­za­gro­żona, nie zamie­rza już dokoń­czyć tego, co zaczął.

Ponie­waż stan zdro­wia Sawi­cza szybko się popra­wiał, pro­ku­ra­tor pod­jął decy­zję o zwol­nie­niu Norka z aresztu. Nie był to jed­nak koniec następstw praw­nych całego zda­rze­nia, bo do prasy, która od początku barw­nie rela­cjo­no­wała cały kon­flikt, prze­do­stała się infor­ma­cja, że Danuta Kłodko sypiała rów­no­le­gle z oboma akto­rami, co było bez­po­śred­nim powo­dem ich poje­dynku. Dopro­wa­dziło to do poja­wie­nia się w mediach arty­ku­łów, w któ­rych oce­niono nega­tyw­nie walory moralne aktorki oraz porów­ny­wano jej zacho­wa­nie do naj­star­szego zawodu świata. Obu­rzona Kłodko zde­cy­do­wała się na wyto­cze­nie kil­ku­na­stu tytu­łom kolo­ro­wej prasy powództw o naru­sze­nie dóbr oso­bi­stych.

Opi­sane zda­rze­nia zaj­mo­wały pra­wie całą moją zawo­dową uwagę przez dwa mie­siące, w wyniku czego sprawa Marii Sko­rup­skiej i ona sama powoli zacie­rały się w mojej pamięci, aż w końcu zupeł­nie z niej ule­ciały.

Ni­gdy jed­nak nie jest tak, że sprawy, które pro­wa­dzi adwo­kat, roz­pły­wają się cał­ko­wi­cie w powie­trzu. Na ogół wra­cają. Nie zdzi­wiło mnie zatem, gdy dwa mie­siące po tym, jak przy­wio­złem Marię do War­szawy, zna­la­złem w skrzynce mailo­wej wia­do­mość od niej. Była wysłana z nowego adresu. Dziew­czyna zwra­cała się do mnie w ofi­cjal­nej for­mie "pan" i w żaden spo­sób nie nawią­zy­wała do naszych dotych­cza­so­wych rela­cji. Jej mail brzmiał tak, jak­by­śmy mieli ze sobą kon­takt po raz pierw­szy. Pisała, że jest osobą poszu­ki­waną euro­pej­skim naka­zem aresz­to­wa­nia w związku z zarzu­tami nie­go­spo­dar­no­ści przed­sta­wio­nymi jej przez Pro­ku­ra­turę Okrę­gową w Rze­szo­wie. Szcze­gó­łowo opi­sała, na czym polega jej sprawa, a do maila dołą­czyła znane mi już doku­menty zwią­zane ze sta­wia­nymi jej zarzu­tami. Infor­mo­wała, że w tej spra­wie miała już adwo­kata, do któ­rego stra­ciła zaufa­nie i któ­remu wypo­wie­działa peł­no­moc­nic­two. Pod­jęła decy­zję, że chce dobro­wol­nie sta­wić się w pro­ku­ra­tu­rze w Rze­szo­wie, i pytała, czy pod­jął­bym się jej obrony i poje­chał z nią do tego mia­sta.

Dwu­krot­nie prze­czy­ta­łem mail, zasta­na­wia­jąc się, o co tu cho­dzi. Dla­czego ponow­nie napi­sała w takiej for­mie, jak­by­śmy się ni­gdy wcze­śniej nie zetknęli. Nie chcia­łem odpi­sy­wać, zanim nie zro­zu­miem jej inten­cji i przez godzinę sie­dzia­łem przed ekra­nem kom­pu­tera, pró­bu­jąc zde­ko­do­wać ten szyfr. Byłem prze­ko­nany, że w ten spo­sób Maria chce mi prze­ka­zać jakąś wia­do­mość.

W końcu mnie olśniło i zro­zu­mia­łem. Maria, podob­nie jak ja, musiała zdać sobie sprawę, że to, co się stało w pokoju hote­lo­wym, było błę­dem ze strony nas obojga. Zro­zu­miała też, że taka rela­cja może wpły­nąć na jakość mojej obrony. Zde­cy­do­wała, że chce, bym ją dalej repre­zen­to­wał, rów­no­cze­śnie eli­mi­nu­jąc z naszej rela­cji wszyst­kie wątki oso­bi­ste. Jakby chciała cof­nąć czas. Pro­po­no­wała mi grę, którą można by nazwać "Zacznijmy wszystko od początku". Zro­zu­miaw­szy szyfr, w ofi­cjal­nym tonie odpi­sa­łem, że jest mi miło, że zwró­ciła się ze swoją sprawą do mnie i z rado­ścią podejmę się jej repre­zen­to­wa­nia. Wymie­ni­li­śmy kilka maili w rów­nie ofi­cjal­nej kon­wen­cji i zde­cy­do­wa­li­śmy, że kiedy ustalę datę jej prze­słu­cha­nia w pro­ku­ra­tu­rze, dzień wcze­śniej przy­je­dzie do kan­ce­la­rii, byśmy razem udali się do Rze­szowa.

Gdy zadzwo­ni­łem do pro­ku­ra­tora Węglar­czyka z infor­ma­cją, że klientka ponow­nie pod­jęła decy­zję, iż odda się w ręce wymiaru spra­wie­dli­wo­ści, spra­wiał wra­że­nie, jakby nie dowie­rzał. Nie­mniej wyzna­czył nowy ter­min, w któ­rym mie­li­śmy się sta­wić na prze­słu­cha­nie. Prze­ka­za­łem tę infor­ma­cję Marii i cze­ka­łem na jej przy­by­cie do kan­ce­la­rii.

Lubię pra­co­wać przy muzyce, dla­tego w swoim gabi­ne­cie trzy­mam gra­mo­fon i kolek­cję kil­ku­na­stu winili. Nasta­wi­łem płytę z muzyką fil­mową Krzysz­tofa Komedy i pisa­łem ape­la­cje. Punk­tu­al­nie o umó­wio­nej godzi­nie sekre­tarka poin­for­mo­wała o przy­by­ciu gościa. Szybko zło­ży­łem poroz­rzu­cane na biurku papiery i wyłą­czy­łem adap­ter. Kobieta, która weszła do gabi­netu, miała fizjo­no­mię dziecka. Musiała już prze­kro­czyć trzy­dziestkę, czego jed­nak nie było po niej widać. Szczu­pła, śred­niego wzro­stu, przy­ku­wała uwagę kaskadą rudych krę­co­nych wło­sów. Na twa­rzy miała dzie­siątki pie­gów, które w połą­cze­niu z natu­ral­nym uśmie­chem nada­wały jej sym­pa­tyczny wygląd.

Polu­bi­łem ją od pierw­szego wej­rze­nia, tylko nie mia­łem poję­cia, kim jest i co tu robi. Sta­łem jak kołek, wpa­tru­jąc się w nie­za­po­wie­dzia­nego gościa. Dziew­czyna uznała, że coś w moim mecha­ni­zmie wita­nia się musiało się zaciąć, bo posta­no­wiła wziąć sprawę w swoje ręce. Pode­szła do mnie, wycią­gnęła dłoń i się przed­sta­wiła:

- Maria Sko­rup­ska.

Uści­sną­łem jej rękę i auto­ma­tycz­nie odpo­wie­dzia­łem:

- Robert Mar­tens.

Na­dal sta­łem zdzi­wiony, co musiało wywo­łać w niej wąt­pli­wo­ści, czy nie ule­głem nie­usu­wal­nemu defek­towi.

- Pan lubi medy­to­wać? - spy­tała.

Uświa­do­mi­łem sobie, że nawet sytu­acja, gdy niczego nie rozu­miem, nie zwal­nia mnie z roli gospo­da­rza. Popro­si­łem, by usia­dła, i zapro­po­no­wa­łem coś do picia. Sie­dzie­li­śmy naprze­ciw sie­bie w bor­do­wych skó­rza­nych fote­lach, a ja na­dal nie poj­mo­wa­łem, o co tu cho­dzi. Zasta­na­wia­łem się, kim jest dziew­czyna poda­jąca się za Marię, i dla­czego kła­mie, wie­dząc, że zosta­nie zde­ma­sko­wana, gdyż zna­łem praw­dziwą Marię Sko­rup­ską.

- Miło tu u pana - ode­zwała się, roz­glą­da­jąc się po gabi­ne­cie.

Nie chcia­łem, by roz­mowa zeszła na poboczny tor, dla­tego zde­cy­do­wa­łem się przejść do sedna.

- Dla­czego przed­sta­wia się pani jako Maria Sko­rup­ska? - zapy­ta­łem, wpa­tru­jąc się jej w oczy, by wyczuć każdy fałsz w jej odpo­wie­dzi.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki