Podróż do końca śniegu
Podróż
do końca śniegu
Listopad jest miesiącem kapryśnym. Gdy się
obudziłem, na dworze było szaro. Lubię tę poranną porę, gdy noc walczy
ze świtem o dominację. Sprawdziłem pogodę: było zimno, ale jeszcze nie
mroźno, dwa stopnie na plusie, lekki wiaterek. Dopiero za dwie godziny
powinno zacząć padać. Szybko się ubrałem i jak codziennie przed pracą
wybrałem się na jogging. Gdy dobiegłem do Powsina, poranek pokonał noc,
ale zaczęło się chmurzyć. Pogoda zmieniała się w błyskawicznym tempie.
Ni stąd, ni zowąd pojawił się wiatr, który zaczął podrywać suche liście
i wzbijać je w powietrze. Niebo pociemniało, zbliżała się ulewa.
Zawróciłem, by zdążyć przed nią do domu. Niestety nie udało mi się.
Najpierw poczułem nieśmiałe krople deszczu, które zachęcone aurą
przybrały na sile i zaczęły z impetem uderzać o ziemię, grając swego
rodzaju preludium do potopu. Przez myśl przeleciały mi wersety: "W roku
sześćsetnym, w drugim miesiącu roku, siedemnastego dnia miesiąca, w tym
właśnie dniu trysnęły z hukiem wszystkie źródła Wielkiej Otchłani i otworzyły się upusty nieba; przez czterdzieści dni i przez czterdzieści
nocy padał deszcz na ziemię"1. Czułem się jak Noe okrętujący się
na arkę. Dotarłem do domu, dygocząc z zimna, i dopiero po kwadransie
spędzonym pod gorącym prysznicem zęby przestały mi szczękać. Tymczasem
ciężkie chmury odpłynęły w dal i przestało padać. Gdy wychodziłem do
pracy, świeciło słońce.
Jestem adwokatem, toteż z racji wykonywanego zawodu spotykam się z różnymi ludźmi. Tego dnia umówiłem się z panią Zofią Miecznikowską w jej
domu. Jako że nie miałem jeszcze sposobności jej poznać, zrobiłem mały
research na jej temat. Okazało się, że moja nowa klientka ma ponad
osiemdziesiąt lat. Podczas drugiej wojny światowej jej rodzina wyjechała
do Anglii i tam się osiedliła. W młodości Zofia była sportsmenką,
dwukrotnie zdobyła srebrny medal olimpijski w żeglarstwie. Po
zakończeniu kariery sportowej zajęła się dziennikarstwem. Pisała o podróżach, a jej książki zostały przetłumaczone na wiele języków. W latach osiemdziesiątych założyła magazyn, którego była redaktor
naczelną. Po upadku komunizmu w Polsce zdecydowała się przyjechać do
ojczystego kraju. Wraz z mężem założyli tu firmę produkującą odzież
sportową i turystyczną. Po śmierci męża sama prowadziła firmę, której
wartość wyceniano na 80 milionów złotych.
Zostałem jej polecony przez wspólnego znajomego. Budynek, pod który
podjechałem, w niczym nie przypominał siedziby Carringtonów. Był to
nierzucający się w oczy dom z czerwonej cegły otoczony dużym ogrodem.
Drzwi otworzyła mi młoda dziewczyna, jak się okazało, asystentka mojej
klientki. Zaprowadziła mnie do salonu.
Starsza pani siedziała na wózku inwalidzkim przy stole, na którym
piętrzyły się książki i czasopisma. Mimo siwych włosów nie wyglądała na
osiemdziesiąt pięć lat. Upływ czasu nie zdołał pozbawić jej witalności.
- Przepraszam, że nie wstaję. Niestety choroba przykuła mnie do tego
fotela. Proszę usiąść. - Wskazała krzesło naprzeciwko siebie.
Spojrzałem na leżące na stole książki. Dostrzegła to.
- Przepraszam za bałagan.
- Dla mnie bałagan wiąże się z brakiem książek, a nie ich nadmiarem.
- Lubi pan czytać?
Prawie godzinę dyskutowaliśmy o książkach. Następne przez pół godziny i dwie mocne czarne kawy opowiadała mi o swoim, jak go nazwała, ostatnim
życiowym projekcie. Zdecydowała się napisać wspomnienia.
- Zanudzam pana historiami starej kobiety, a pan się pewnie śpieszy.
- Ależ nie, pani opowiada niezwykle intersująco - zaprotestowałem
szczerze.
- Widziałam dziesiątki filmów o prawnikach i wiem, jacy jesteście
zajęci. Bierzmy się do pracy.
Pani Zofia przeszła do wyjaśnienia powodu, dla którego mnie zaprosiła.
Postanowiła zmienić testament. Szybko wprowadziła mnie w swoją sytuację
rodziną. Była wdową, jej mąż zmarł przed dwoma laty na zawał serca.
Mieli syna Andrzeja, który zginął z żoną w wypadku samochodowym. Andrzej
miał córkę Annę, w chwili śmierci rodziców dziesięcioletnią. Pani Zofia
zajęła się jej wychowaniem, starając się zastąpić jej matkę. W poprzednim testamencie ustanowiła Annę spadkobierczynią całej rodzinnej
fortuny, teraz zdecydowała się zmienić swoją ostatnią wolę.
- Chciałabym panu podyktować treść nowego testamentu.
Wytłumaczyłem jej, że testament musi być napisany własnoręcznie i opatrzony datą sporządzenia oraz własnoręcznym podpisem. Ja mogłem
przygotować jego treść, ale ona musiała go napisać samodzielnie. Gdy to
ustaliliśmy, pani Zofia poinformowała mnie, jak zamierza rozdysponować
swój majątek. Chciała zapisać wszystko fundacji zajmującej się pomocą w leczeniu chorób nowotworowych. Dostrzegłszy mój zdziwiony wzrok, uznała
za stosowne podać powody swojej decyzji.
- Przed rokiem zdiagnozowano u mnie nowotwór. Lekarze mówią, że
pozostało mi kilka miesięcy życia, dlatego chcę szybko uregulować swoje
sprawy.
- A co z poprzednim pani testamentem?
- Zamierzam go unieważnić.
- Czyli pani wnuczka nie odziedziczy spadku?
- Nie jesteśmy obecnie w najlepszych stosunkach.
Czekałem na dalszy ciąg zaintrygowany tym, co sprawiło, że starsza pani
zdecydowała się wydziedziczyć jedyną wnuczkę. Ona jednak milczała.
Uznałem, że ta sprawa jest dla niej bolesna. Poprosiłem ją o dodatkowe
informacje niezbędne do przygotowania treści testamentu. Gdy skończyłem,
umówiliśmy się, że niebawem odwiedzę ją ponownie ze zmienioną wersją
testamentu. Zanim wyszedłem, spytała:
- Czy w nowym testamencie wspomni pan, że stary unieważniam?
- To nie jest to konieczne. Sporządzenie nowego testamentu automatycznie
unieważnia stary. O tym, który jest wiążący, decyduje data sporządzenia.
Przy kolejnej wizycie przyjęła mnie w tym samym pokoju, z atencją, z jaką traktuje się starego przyjaciela. Gawędziliśmy ponad pół godziny,
nim zdecydowała, że przejdziemy do tematu. Podjechała na fotelu do
stojącego w rogu sekretarzyka, na którym miała przygotowany papier i pióro. Pod moje dyktando spisała swoją ostatnią wolę. Mimo że starała
się to ukryć, gdy skończyła, wyglądała na zmęczoną. Na tym jednak jej
zlecenie się nie skończyło - chciała, abym to ja był wykonawcą jej
testamentu. Miałem go przechowywać, a później dopilnować, by wszystkie
postanowienia zostały zrealizowane.
Po wyjściu od niej od razu pojechałem do banku. Wynajmuję tam skrytkę ze
względu na bezpieczeństwo. Minęły już czasy, kiedy kancelaria adwokata
była dla złodzieja świętością. Teraz to jedno z wielu miejsc
stanowiących cel włamania, dlatego najważniejsze dokumenty przechowuję w banku.
Następnie udałem się do kolejnego klienta, spółki zajmującej się
produkcją sprzętu elektronicznego. Miałem tam przewodniczyć zgromadzeniu
wspólników. Zebranie przeciągnęło się do wieczora, więc już nie wracałem
do kancelarii. Następnego dnia po przyjściu do pracy usadowiłem się w swoim ulubionym skórzanym fotelu i otworzyłem w komputerze skrzynkę
mailową. Czekały na mnie sto dwadzieścia trzy nowe wiadomości. Na
szczęście większość stanowiły reklamy. Po wyczyszczeniu śmieci zabrałem
się do czytania.
Jedną z wiadomości przysłała mi Maria Skorupska, która chciała zostać
moją klientką. Pisała, że była członkinią zarządu w dużej firmie
inwestycyjnej. Zawsze sprawdzam wiarygodność informacji podawanych mi
przez klientów, dlatego w przeglądarkę Google wpisałem nazwę spółki i dane Marii Skorupskiej. Wszystko się zgadzało, taka spółka istniała, a pani Skorupska należała do jej władz. Następnie przeczytałem kilka
informacji prasowych na temat tej firmy i wróciłem do maila.
Dowiedziałem się z niego, że pani Skorupska jako członek zarządu
podpisała umowę, która zdaniem prokuratury miała narazić jej macierzystą
firmę na straty szacowane na 15 milionów złotych. Przed trzema
tygodniami policja zatrzymała kilku członków zarządu. Dwóch zostało
aresztowanych, a dwóch po przesłuchaniu zwolniono. Tego dnia Maria
Skorupska również miała zostać zatrzymana i policja o szóstej rano
wkroczyła do jej domu. Szczęśliwie dla niej poprzedniego dnia była na
konferencji w Londynie, a z powodu awarii samolotu jej lot został
odwołany, dlatego policjanci jej nie zastali. Adwokat, do którego
zwróciła się o pomoc, poradził jej, by na razie nie wracała do kraju,
obiecując, że wynegocjuje z prokuratorem bezpieczny powrót. Nie dość, że
niczego nie wynegocjował, to jeszcze jego porada doprowadziła do
wystawienia europejskiego nakazu aresztowania. Obecnie Maria Skorupska
była poszukiwana, straciła zaufanie do poprzedniego adwokata i prosiła,
żebym zajął się jej sprawą.
Odpisałem, że się zgadzam. Pełnomocnictwo, o które poprosiłem, dotarło
do mnie po dwóch dniach tradycyjną pocztą. Gdy oficjalnie ustanowiłem
się obrońcą Marii Skorupskiej, zadzwoniłem do prokuratury, aby
dowiedzieć się o stan jej sprawy. Prowadził ją prokurator Piotr
Węglarczyk z Prokuratury Okręgowej w Rzeszowie. W trakcie rozmowy był
oszczędny w słowach, ale dowiedziałem się, że zamierza postawić mojej
klientce zarzut niegospodarności polegający na tym, że poprzez
niedopełnienie swoich obowiązków miała spowodować szkodę w spółce, którą
zarządzała. Powiedział mi również, że poprzedni adwokat wystąpił do sądu
o list żelazny, czyli gwarancję, że jeśli Maria Skorupska dobrowolnie
wróci do kraju, nie zostanie aresztowana przed zakończeniem procesu. Sąd
jednak nie wyraził na to zgody.
Zmartwiło mnie to, bo i ja w ten sam sposób planowałem działać w jej
sprawie. Nie pozostawało więc nic innego, jak tylko wszcząć negocjacje z prokuratorem i uzyskać od niego zapewnienie, że jeśli klientka
dobrowolnie zgłosi się na przesłuchanie, to on nie wystąpi do sądu o jej
aresztowanie. Gdy go o to spytałem, prokurator Węglarczyk wił się jak
piskorz, z niebywałą sprawnością wymykając się z każdej pułapki, którą
próbowałem zastawić.
- Na dwoje babka wróżyła: albo wystąpię o jej areszt, albo nie. Wszystko
zależy od tego, co powie. Jeśli jest winna, to powinna siedzieć, a jeśli
jest niewinna, to nie powinna siedzieć. Czy jest winna, to się okaże w przyszłości, zatem teraz nie mogę niczego obiecać, bo nie wiem, co ma do
powiedzenia. Gdybym wiedział, co powie, tobym nie musiał jej
przesłuchiwać. Jak przyjedzie i złoży wyjaśnienia, to wtedy ocenię, czy
jest winna, i zdecyduję, czy występować o areszt. - To była ostateczna
deklaracja, jaką udało mi się od niego usłyszeć.
Po rozmowie z prokuratorem wiedziałem mniej więcej tyle, co przed nią.
Uznałem, że moja klientka ma dwie opcje. Pierwsza: pozostawać nadal za
granicą. Zaletą takiego rozwiązania była wolność, wadą zaś to, że w związku z wydaniem europejskiego nakazu aresztowania będzie poszukiwana
na całym Starym Kontynencie. Gdy ją zatrzymają, zostanie przeprowadzona
ekstradycja do Polski i wtedy bardzo długo żaden sąd nie odważy się
uchylić jej aresztu w obawie, że znowu ucieknie za granicę. Druga
możliwość: dobrowolny powrót do kraju, co mogło się wiązać z jej
aresztowaniem, jednak nawet gdyby sąd zdecydował się wobec niej
zastosować areszt, istniała duża szansa, że nie będzie trwał długo. Tok
rozumowania sądu byłby wtedy następujący: jeśli sama zdecydowała się
oddać w ręce wymiaru sprawiedliwości, to gdy odzyska wolność, nie będzie
uciekać, bo przecież dobrowolnie by nie wracała do kraju.
Maria Skorupska miała trudną decyzję do podjęcia. Przez ponad godzinę
rozważaliśmy na Skypie różne warianty. W końcu zdecydowała o powrocie do
kraju. Czuła się niewinna i chciała przekonać o tym prokuraturę, a potem
sąd.
Wobec takiej decyzji kolejnym etapem było przygotowanie jej wyjaśnień.
Historia mojej klientki brzmiała przekonująco. Rzeczywiście podpisała
umowę, która przyniosła spółce milionowe straty, ale stało się tak,
ponieważ została zmanipulowana przez innych członków zarządu, którzy
najprawdopodobniej za łapówkę podali jej nieprawdziwe wyniki finansowe.
Gdyby taką wersję sąd uznał za wiarygodną, Maria Skorupska powinna
zostać uniewinniona, bo podpisała umowę pod wpływem błędu, nie mając
zamiaru działać na niekorzyść spółki. Pozostawało tylko pytanie, czy
prokurator uwierzy w tę wersję.
Długo pracowaliśmy nad jej wyjaśnieniami, a potem ćwiczyliśmy odpowiedzi
na pytania, które według moich przewidywań zada prokurator. Gdy uznałem,
że jesteśmy gotowi, poinformowałem prokuratora, że klientka się stawi na
przesłuchanie. On z kolei wyznaczył nam termin piętnastego grudnia o dziewiątej trzydzieści w Rzeszowie. Powrót Marii Skorupskiej był
przedsięwzięciem skomplikowanym. Nie mogła wrócić z Londynu samolotem,
gdyż podczas kontroli zostałaby zatrzymana na lotnisku. Zamierzała
pożyczyć od przyjaciółki samochód, którym miała przejechać tunelem do
Francji, a następnie przecinając Europę, dotrzeć do Warszawy. Umówiliśmy
się, że czternastego grudnia spotkamy się w moim biurze i do prokuratury
pojedziemy razem.
Czekałem na nią w kancelarii. Kobieta, która weszła do mojego gabinetu,
nie wyglądała na zbiega, którego szuka policja w całej Europie. Zresztą
słowo "weszła" było nieodpowiednie dla opisania jej pojawienia się.
Zrobiła to w sposób uniemożliwiający skoncentrowanie uwagi na
czymkolwiek innym. Nie było w tym nic teatralnego, żadnych tanich
zachowań, miała w sobie coś, co zmuszało otoczenie do patrzenia tylko na
nią. Jestem zawodowcem i od razu zacząłem się zastanawiać, czy to
dobrze, czy źle dla jej obrony. Na ogół dla osoby podejrzanej lepsze
jest to, że wygląda nijako, niż skupia na sobie uwagę. Jako obrońca
wolałbym, aby klient był przezroczysty, niezauważalny jak Zelig
wtapiający się w otoczenie. Przypomniałem sobie też badania, z których
wynikało, że osoby ładne są traktowane łagodniej niż mniej atrakcyjne.
Jeśli tak się dzieje w życiu codziennym, to może i prokuratorzy należą
do tej statystycznej grupy. Przyglądałem się dziewczynie. Miała niewiele
ponad trzydzieści lat, była szczupła i wysportowana. Jej ozdobą były
długie, proste, ciemne włosy.
- Mam pewien dokument - powiedziała, gdy zaprosiłem ją, żeby usiadła. -
To moja polisa ubezpieczeniowa na wypadek, gdyby po wyjaśnieniach
prokurator nie uwierzył, że jestem niewinna. Nie chcę go w tej chwili
ujawniać, bo są tam informacje, które mogłyby być kłopotliwe dla mojego
kolegi z zarządu. Jeśli się okaże, że on był wobec mnie lojalny, ja też
mu nie zaszkodzę. Chciałabym zdeponować ten dokument u pana, żeby w razie czego mógł pan go użyć.
- Oczywiście, schowam go do akt.
- Wolałabym mieć pewność, że jest w stu procentach bezpieczny. Czy może
go pan zamknąć w sejfie?
- Jeśli jest aż tak ważny, to po drodze włożymy go do mojej skrytki
depozytowej w banku - zaproponowałem.
Po wizycie w banku wyruszyliśmy samochodem do Rzeszowa.
- Czy włączyć jakąś muzykę? - spytałem pasażerkę.
- Tak, poproszę.
- Jaką pani lubi?
- Taką jak pan.
Przez chwilę zastanawiałem się nad wyborem. Dzieliło nas około piętnastu
lat, zapewne mieliśmy różne gusty, więc powinienem znaleźć coś
kompromisowego. Tylko dlaczego mam szukać kompromisu?, zreflektowałem
się. Jeśli twierdzi, że lubi to, co ja, to niech ponosi tego
konsekwencje. Nie znam współczesnych zespołów. Lubię stary rock i kocham
jazz z każdego okresu. Wybrałem Deep Purple, płytę koncertową Made in
Japan.
Wyjechaliśmy z miasta na autostradę. Z nieba zaczęły spadać pojedyncze
płatki śniegu. Termometr pokazywał minus piętnaście stopni.
- Wolno pan prowadzi - oceniła, gdy słuchaliśmy klasyka Smoke on the
Water.
Spojrzałem na nią z zainteresowaniem. Powiedzieć mężczyźnie, że wolno
prowadzi, to duże ryzyko ze strony kobiety. Mogą z tego wyniknąć dwie
konsekwencje: albo kierowca postanowi udowodnić, że to nieprawda,
wciśnie gaz do dechy, co często kończy się w przydrożnym rowie, albo
jego ego zostanie tak sponiewierane, że ta pani stanie się jego
największym wrogiem. Oba rozwiązania nie wydają się zbyt kuszące, zatem
rozsądek powinien był jej podpowiedzieć, żeby powstrzymać się od takich
uwag. Moje ego jednak nie zostało urażone. Szczerze mówiąc, jest mi
obojętne, jak szybko jeżdżę, a jeszcze mniej interesuje mnie, jak inni
to postrzegają. Ponieważ przez ostatnie lata w czasie podróży słuchałem
audiobooków, skupiałem się na fabule książki, a nie na prędkości.
Oczywiście to tylko część prawdy. Jeśli ktoś jeździ szybko, nawet
audiobook nie jest w stanie zmienić tego przyzwyczajenia. Jako adwokat
często prowadzę sprawy dotyczące wypadków drogowych. Ich akta są
wypełnione makabrycznymi zdjęciami: wraki pojazdów, zwłoki, krew. Takie
obrazy oglądam codziennie, przygotowując się do rozpraw. Śnią mi się po
nocach i rzeczywiście jeżdżę wolno, bo nie mam najmniejszej ochoty stać
się ich bohaterem. Dlatego po jej pytaniu nie wcisnąłem pedału gazu,
spytałem tylko:
- Przeszkadza to pani?
- Nie, to miła odmiana. Mój brat był rajdowcem. Był ode mnie siedem lat
starszy. Uwielbiał silniki i godzinami mógł w nich dłubać. Gdy
prowadził, to niezbliżenie się do prędkości dźwięku było dla niego
równoznaczne z utratą honoru. Gdy wchodziliśmy w zakręt, opony musiały
piszczeć. Długo miał szczęście, ale gdy się rozbił, trzy miesiące
spędził w szpitalu. Wiele nocy przepłakałam, gdy walczył o życie. To, że
prowadzi pan wolno, to był komplement.
Z głośników leciał mój ulubiony kawałek Black Night, a w samochodzie
unosił się delikatny zapach labdanum. To musiały być jej perfumy.
- Wyszedł z tego?
- Tak, miał szczęście. Po wypadku stracił młodzieńczy urok bezmyślności.
Na zewnątrz płatki padającego śniegu zaczęły gęstnieć.
- Niedługo sylwester - odezwała się.
- Jakie ma pani plany? - spytałem odruchowo, dopiero po sekundzie zdając
sobie sprawę z popełnionej gafy. Istniało duże prawdopodobieństwo, że
sylwestra spędzi w areszcie.
Zachowała się wspaniałomyślnie, udając, że nie zauważyła mojej
niezręczności.
- Na razie żadnych. Boję się tylko tego, że w tym roku nie będę miała
wyboru.
- A mając wybór, na co by się pani zdecydowała?
- Pewnie zostałabym w domu, ale najważniejsze w życiu jest to, że ma się
możliwość podejmować decyzje. Co się wybierze, to już zupełnie inna
sprawa.
Przez chwilę próbowałem sobie wyobrazić, jak może wyglądać noc
sylwestrowa w rzeszowskim areszcie na oddziale kobiecym. Przypomniałem
sobie, jak niedawno pojechałem odwiedzić zatrzymanego klienta. Do sali
widzeń dotarłem po jedenastej. Gdy go doprowadzono godzinę później,
wyglądał jak obraz nędzy i rozpaczy. Miał spuchnięte, zmęczone oczy i sprawiał wrażenie nagle wybudzonego z głębokiego snu.
- Co się stało? - próbowałem dociec przyczyn jego wyglądu.
- Nic, mecenasie - uspokoił mnie. - Po prostu mieliśmy wczoraj imprezę
pożegnalną, kolega wychodził na wolność. Zasiedzieliśmy się do rana,
trochę popiliśmy. Obudził mnie pan.
- Bardzo przepraszam - wyraziłem skruchę.
Przez sekundę zastanawiałem się, czy tę historię opowiedzieć pasażerce
ku pokrzepieniu, że w areszcie też mogą wydarzyć się atrakcje.
Powstrzymałem się, nie chcąc wchodzić na grząski teren. Nasz plan
polegał na tym, że wróci ze mną.
- Zachowa pani prawo wyboru - powiedziałem, chcąc podtrzymać ją na
duchu.
- Jest pan tego pewien?
To, co zrobiła, to był faul, nie grała fair. Oczywiście, że nie byłem
pewien. Jeśli miałbym obstawić wynik, powiedziałbym, że ją zamkną, bo
prokuratorzy częściej woleli kogoś aresztować, niż puścić na wolność.
Nie mogłem jednak teraz jej tego powiedzieć, to by ją zdemotywowało.
Mogłaby się wycofać, co jeszcze bardziej pogmatwałoby jej sytuację.
- Jestem z panią po to, żebyśmy jutro wrócili razem - udzieliłem
dyplomatycznej odpowiedzi.
- Dlatego pana wybrałam.
Dojechaliśmy do Radomia. Śnieg padał coraz gęściej, coraz intensywniej
czułem zapach jej perfum. Płyta się skończyła.
- Co pan teraz puści?
- Jazz - zdecydowałem i nie czekając na jej akceptację, nastawiłem
Breakfast on the Morning Tram Stacey Kent.
- Ładne - oceniła, delikatnie wybijając palcami rytm piosenki.
- Byłem na jej koncercie - pochwaliłem się. - Dlaczego zdecydowała się
pani zająć zarządzaniem spółkami?
- Z miłości. - Roześmiała się. - W czwartej klasie liceum poznałam
chłopaka, w którym zakochałam się bez pamięci. Bojąc się, żeby różne
uczelnie nas nie rozłączyły, postanowiłam zdawać na ten sam wydział co
on. Po trzech latach miłość się skończyła, a ja musiałam skończyć
studia. Myślałam o drugim kierunku. Zanim poznałam Piotra, chciałam być
dziennikarką. Na szczęście okazało się, że do ekonomii mam smykałkę.
Zostałam dostrzeżona przez łowcę talentów, który zaproponował mi pracę w banku. Pierwsza pensja, osiem tysięcy złotych, to dla
dwudziestoczteroletniej dziewczyny propozycja nie do odrzucenia.
Zgodziłam się i marzenia o dziennikarstwie zostały odsunięte na bliżej
nieokreśloną przyszłość. Szybko zaczęłam awansować. Po pięciu latach
mogłam przebierać w ofertach pracy jak w ulęgałkach. Zdecydowałam się na
posadę w funduszu inwestycyjnym i wkrótce weszłam do zarządu. Właśnie
dostałam propozycję przeniesienia się do naszej centrali w Nowym Jorku,
gdy doszło do podpisania tej nieszczęsnej umowy. Zostałam wrobiona i udowodnię swoją niewinność. Chcę też się dowiedzieć, komu to wszystko
zawdzięczam. Powiedział pan, że dopóki nie stawię się w prokuraturze,
dopóty nie będę mogła zajrzeć do akt sprawy i nie będę wiedzieć, kto
zeznaje przeciwko mnie. To jeden z powodów, dla których zdecydowałam się
zaryzykować i tam pojechać.
- I co będzie, gdy się pani dowie?
- Wtedy zacznę się bronić. Mam dokumenty potwierdzające moją niewinność.
Mam też inne pokazujące, co robili moi koledzy z zarządu. Są w kopercie,
którą u pana zdeponowałam, jednak one mogą zaszkodzić i firmie, i niektórym osobom. Nie użyję ich, dopóki się nie dowiem, z kim muszę
walczyć. Ale nie mówmy o tym. Nie chcę teraz myśleć o tej sprawie.
Ciągle opowiadam o sobie. Czas na pana, dlaczego został pan adwokatem?
Mam naturę obserwatora, wolę słuchać, niż mówić. Może się wydawać
paradoksalne, że adwokat, czyli człowiek żyjący z mówienia, w prywatnym
życiu nie lubi tego robić. A tak jest w moim przypadku. W pracy ciągle
mówię, w trakcie skomplikowanego procesu potrafię przemawiać kilka
godzin. Lubię zresztą moment, kiedy sprawa się kończy, a ja mogę ją
podsumować i za pomocą argumentów przekonywać sąd do swoich racji. To
intelektualna przygoda trochę przypominająca występ na scenie
teatralnej. Może przemawianie jest nawet ciekawsze, bo w teatrze
aktorzy, by zdobyć publiczność, odgrywają napisane dla nich role, a sztuka biegnie do określonego z góry zakończenia. W sądzie swoje
przemówienia piszemy sami, a nawet nie piszemy, tylko konstruujemy je na
bieżąco, a finał sprawy jest nieznany. Do końca nie wiemy, jaki zapadnie
wyrok. A czekanie na werdykt to kolejna dawka adrenaliny. Gdy wychodzę z sądu, czuję się spełniony. Wtedy milknę i do czasu kolejnego
przemówienia lubię przyjmować rolę obserwatora. Na pytanie dziewczyny,
dlaczego zostałem adwokatem, mógłbym opowiadać godzinami. Nie wydawało
mi się jednak, że tak długo chciałaby mnie słuchać, dlatego
zastanawiałem się nad skróconą wersją.
- Nie chce pan powiedzieć?
- Chcę. Czytała pani Zabić drozda Harper Lee?
- Nie, ale oglądałam film z Gregorym Peckiem. Genialna rola.
- Tak - przyznałem. - Ale książka jest jeszcze lepsza. Pamięta pani
Atticusa Fincha, adwokata, którego grał Gregory Peck?
Uwielbiałem tę postać, no i rozgadałem się o tym, jaki miał wpływ na
wybór mojej drogi zawodowej. Wbrew swoim zwyczajom mówiłem tyle, że aż
mi zaschło w gardle.
- Napijemy się kawy? - zapytałem na widok reklamy MacDonalda.
- Marzę o kawie.
Opowiadając, nie zwracałem uwagi na to, co dzieje się na zewnątrz. Śnieg
zgęstniał, szosa przybrała biały kolor, pługów śnieżnych nie było widać.
Gdy po dwudziestu minutach wracaliśmy do samochodu, na dworze panowała
zamieć, gruba pierzyna pokryła wszystko wokół. Samochody się
zatrzymywały, tworząc gigantyczny korek. Jeżeli ten kataklizm
natychmiast się nie skończy, dalsza podróż będzie niemożliwa. Wróciliśmy
do McDonalda, żeby przeczekać śnieżycę przy kolejnej kawie. Pół godziny
później śnieżna kołdra urosła, a według prognozy pogody miało padać do
czwartej nad ranem.
Nie było sensu jechać dalej. Nawet jeśli się spóźnimy, nie będzie to
miało wielkiego znaczenia, bo bez podejrzanej prokurator nie zacznie
przesłuchania. Znaleźliśmy najbliższy hotel i poszliśmy na kolację.
Chciałem też przeprowadzić próbę generalną przed przesłuchaniem
następnego dnia, ale klientka tego nie ułatwiała. Przeglądając kartę
dań, rozgadała się na temat kuchni, po czym zaproponowała, żebyśmy
zamówili wino. Po posiłku miałem zamiar szybko wymknąć się do łóżka i poczytać książkę, ale nie wypadało odmówić. Mogło się zdarzyć, że
decyzją sądu ten napój zostanie na dłuższy czas wyeliminowany z jej
menu. Zamówiłem dwa kieliszki nowozelandzkiego białego wina. Okazało
się, że dziewczyna była w Nowej Zelandii i zaczęła opowiadać o podróży.
Zrewanżowałem jej się opowieścią o rejsie na Wyspy Zielonego Przylądka.
Słuchając, skinęła na kelnera, by uzupełnił zawartość kieliszków.
Kolejnym tematem była jej wycieczka po szkockich destylarniach. Aby
opowieść była bardziej realistyczna, zaproponowała przejście z wina na
tamtejsze produkty. Gdy byliśmy przy piątej próbce, zaprotestowałem.
Przeprowadziłem bowiem szybkie obliczenie, z którego wynikało, że rano w razie kontroli drogowej zostanę zatrzymany za prowadzenie w stanie
nietrzeźwości. Ponadto wyobraziłem sobie przesłuchanie klientki, która
na pytanie, dlaczego się spóźniła, tłumaczy, że nie mogła przyjechać
wcześniej, bo ze swoim obrońcą zdobywała bar w hotelu. Niezłą zabawę
miałby sąd, zapoznając się z takim protokołem. Należy więc panią
pożegnać i udać się do pokoju - wydał polecenie rozsądek. Poszedłem za
jego radą i błyskawicznie zasnąłem. Obudziło mnie pukanie do drzwi. Nie
trzeba było być geniuszem, żeby się domyślić, że to dziewczyna.
- Boję się - poinformowała mnie, wchodząc.
Chciałem opowiedzieć jej o niestosowności nocnych wizyt klientek w pokojach obrońców, gdy przytuliła się do mnie. Ponownie poczułem zapach
labdanum. Jej usta miały słodki smak. W tym momencie rozsądek
zdezerterował, zostawiając mnie z nią sam na sam.
Gdy o ósmej otworzyliśmy oczy, było oczywiste, że spóźnimy się do
prokuratury. Zakląłem w myślach. Do tego odnalazł się zagubiony wczoraj
rozsądek, który zapytał, czy jeśli zamkną moją klientkę, będę nie tylko
jej bronić, ale i wysyłać paczki do aresztu. Powinienem natychmiast
wypowiedzieć jej pełnomocnictwo, bo siła obrońcy leży w braku
jakichkolwiek związków emocjonalnych z osobą, którą reprezentuje, ale
nie mogłem tego zrobić - za godzinę mieliśmy się stawić na
przesłuchaniu. Wybrałem numer do prokuratury, aby usprawiedliwiać
spóźnienie, a Maria poszła do swojego pokoju, żeby się wykąpać.
Poprosiła, bym po nią wstąpił po drodze na śniadanie.
Zapukałem, a gdy nie odpowiedziała, wszedłem, myśląc, że jest jeszcze w łazience. Maria siedziała na łóżku ubrana w ten sam strój, co wczoraj -
tweedową spódnicę i oliwkowy golf. W jej pokoju znajdowało się dwóch
mężczyzn. W ręku jednego z nich dostrzegłem czarny pistolet, mężczyzna
mierzył w Marię. Był wysoki, szczupły, o śniadej twarzy i ciemnych
kręconych włosach. Miał na sobie elegancką wełnianą marynarkę i niebieską koszulę bez kołnierzyka. Nie wyglądał na gangstera. Drugi stał
nieco w głębi pokoju, przy łóżku, i wysypywał na kołdrę zawartość
torebki Marii. Podobnie jak pierwszy mężczyzna miał około trzydziestu
lat, ale był nieco niższy, o blond włosach, małych oczach i wyrazie
twarzy smutnego spaniela. Zobaczywszy mnie, odrzucił torbę na kołdrę,
sięgnął pod marynarkę i wyciągnął pistolet. Ruchem lufy dał mi znak,
żebym wszedł do środka. Sytuacja nie pozostawiała mi wyboru. Wszedłem i usiadłem na krześle, które mi wskazał.
- To mój adwokat - powiedziała Maria, jakby było oczywiste, że każda
kobieta podróżuje ze swoim adwokatem.
Mężczyzna, który wcześniej celował w Marię, przemieścił się tak, że
teraz oboje byliśmy w zasięgu jego pistoletu.
- Skończ sprawdzać jej rzeczy - polecił towarzyszowi o twarzy smutnego
spaniela.
Przeszukanie torby i walizki nic nie dało. Nie byli zadowoleni.
- A może dała to jemu na przechowanie? - wpadł na pomysł blondyn. - Masz
to? - spytał.
Zrozumiałem, że nadarza się okazja, by przynajmniej dowiedzieć się,
czego szukają.
- Czy co mam?
Ciemnowłosy przybrał pozę człowieka znudzonego, któremu całe otoczenie
próbuje utrudniać życie, co jest z góry skazane na niepowodzenie, bo
przecież on poradzi sobie z każdym kłopotem.
- Słyszałem, że wszystkie papugi to mądrale, a tu mam żywy dowód. Nie
mądrz się, papugo, bo dostaniesz po dziobie. Gdzie są dokumenty?
Propozycja dostania, jak to ujął "po dziobie", nie wydała mi się
kusząca. Zrozumiałem, że szukają koperty, którą wczoraj dała mi
dziewczyna. Maria mówiła, że były w niej dokumenty kompromitujące
zarówno firmę, jak i członków zarządu. Zatem ktoś związany z firmą
musiał wynająć tych gangsterów, żeby je odzyskali. Moje rozważania
przerwał ciemnowłosy, powtarzając pytanie:
- Nie udawaj głuchego, gdzie są dokumenty?
- Nie mam żadnych dokumentów. Możecie sprawdzić.
Blondyn przeszukał mnie dokładnie, oczywiście niczego nie znajdując.
- Mówiłam wam, że nie mam żadnych dokumentów - odezwała się z satysfakcją Maria.
- Nie kłam - przerwał jej czarnowłosy. - Weszliśmy do twojej skrzynki
mailowej. Piszesz do koleżanki, że zabierasz ze sobą dokumenty i opisujesz, co w nich jest. Tłumaczysz jej, że to twoje ubezpieczenie,
gdyby nie powiodło ci się w prokuraturze. Jak nie pamiętasz, to mogę ci
przypomnieć. - Sięgnął do kieszeni i pomachał jej przed oczami
wydrukowanymi mailami.
- Okej, miałam te dokumenty i chciałam je zabrać do Polski -
potwierdziła, widząc, że zaprzeczanie nie ma sensu. - Ale w ostatnim
momencie zmieniłam zdanie. Zostawiłam je u adwokata w Anglii i dałam mu
dyspozycję, co ma z nimi zrobić, gdyby coś mi się stało.
Niestety nie przekonała facetów do tej wersji.
- Kłamiesz - syknął mężczyzna o wyglądzie spaniela.
- Nie kłamię - zaprzeczyła bohatersko.
- Posłuchaj, laleczko. - Facet zbliżył twarz do jej twarzy. - Wiemy o tobie wszystko, słuchamy twoich rozmów, czytamy korespondencję, więc nie
próbuj nas oszukiwać, bo to ci się nie opłaci. Mówisz, że nie wzięłaś
tych dokumentów do Polski. A znasz Martę Korab? Przypomnę ci, to twoja
przyjaciółka. Spotkałyście się wczoraj, prawda? Jadąc do niej, wysłałaś
esemesa. - Sięgnął po telefon, żeby zacytować: - "Kochana, będę u ciebie
o czternastej. Pogadamy ze dwie godziny, bo potem muszę być z dokumentami u adwokata". Pamiętasz, że wysłałaś taką wiadomość? -
Mężczyzna z twarzą smutnego spaniela wpatrywał się w dziewczynę.
Maria milczała.
- Zaraz sprawdzimy na twoim telefonie.
- Wysłałam - przyznała Maria.
- Jadąc do adwokata, miałaś je przy sobie - analizował wydarzenia z poprzedniego dnia blondyn. - Byłaś u niego do siedemnastej czterdzieści
pięć, a potem razem wyszliście.
Patrzyłem na Marię. Zbladłą, uświadomiwszy sobie, że oni naprawdę wiedzą
o niej wszystko.
- Pomyślmy - kontynuował blondyn. - Jesteś z dokumentami u adwokata, o siedemnastej czterdzieści pięć wychodzicie razem, wsiadacie do samochodu
i jedziecie na ulicę Czackiego, gdzie zatrzymujecie się na piętnaście
minut. Ty zostajesz w samochodzie, a on wchodzi do banku. Potem
wyjeżdżacie z miasta, jedziecie autostradą, a o dwudziestej
zatrzymujecie się na kawę w McDonaldzie. Gdy śnieżyca blokuje drogę,
jedziecie do hotelu. Musimy się wspólnie zastanowić, gdzie są dokumenty.
Najpierw jedziesz z nimi do kancelarii, zatem pierwsza możliwość, że
zostały u niego. Potem jedziecie do banku, adwokat wchodzi do środka,
czyli pojawia się druga możliwość, że ma tam skrytkę i w niej je
zostawił. Wyruszacie w drogę, a zatem trzecia możliwość, że macie je ze
sobą. Twój pokój już przeszukaliśmy. Mogą być jeszcze w pokoju adwokata
albo w samochodzie. Zacznijmy od zweryfikowania trzeciego wariantu -
zdecydował. - Poproszę klucze. - Wyciągnął dłoń w moim kierunku.
Opór nie miał żadnego sensu. Podałem mu klucze.
Po wyjściu blondyna czekaliśmy w ciszy i mogłem się zastanowić nad
naszym położeniem. Za chwilę mężczyźni stwierdzą, że nie mamy przy sobie
dokumentów i będą szukać dalej. Do mojej kancelarii dostaną się bez
problemu, miałem klucz do drzwi i do sejfu. Nie będą jednak w stanie
zajrzeć do skrytki bankowej. Tam obowiązywały procedury bezpieczeństwa.
Żeby wejść do pomieszczenia, gdzie znajduje się skrytka, trzeba się
wylegitymować. A do skrytki mogę się dostać tylko ja osobiście.
Pracownicy banku znali mnie od lat, nie było możliwości, żeby któryś z mężczyzn posłużył się moimi dokumentami. Do otwarcia skrytki są
potrzebne dwa klucze. Jeden mam ja, a drugi pracownik banku. Pracownik
wchodzi z klientem, otwiera skrytkę i wychodzi, pozostawiając klienta
samego. Wyglądało na to, że dokumenty Marii były bezpieczne.
- Nie ma ich ani w pokoju, ani w samochodzie - rzucił po powrocie
blondyn.
- Pozostały dwa warianty. Albo dokumenty są w kancelarii, albo w banku -
podsumował ciemnowłosy. - Istotne jest to, że już wiemy, że adwokat wie,
gdzie one są. No więc gdzie są? - zwrócił się do mnie.
- Tajemnica zawodowa. Nie mogę ujawniać poufnych informacji otrzymanych
od moich klientów.
- Dzielny mecenas, nie chce zdradzić tajemnicy. Dobrze, to spróbujmy
inaczej. Przywiąż ją do krzesła - polecił blondynowi.
Mężczyzna złapał dziewczynę za przedramię. Gdy chciałem zareagować,
ciemnowłosy przystawił mi pistolet do policzka.
- Ani drgnij, bo cię zastrzelę - zagroził.
Blondyn wyjął z kieszeni plastikowe opaski zaciskowe i przywiązał ręce i nogi Marii do krzesła.
- To Andrzej Drawczyński was przysłał? - spytała dziewczyna.
Przypomniałem sobie, że Drawczyński był jednym z członków zarządu
spółki.
- Nie interesuj się, to tajemnica zawodowa. - Blondyn się zaśmiał. -
Gdzie są dokumenty?
Maria milczała.
- No dobra, zróbmy inaczej. - Podciągnął rękaw swetra dziewczyny,
odsłaniając jej przedramię. Sięgnął do torby, którą wcześniej postawił
na biurku, i wyjął z niej ampułkę, strzykawkę i jednorazową igłę.
- Co to jest? - spytała przestraszona.
- Nazywają to serum prawdy - wyjaśnił, otwierając ampułkę. - To
substancja psychoaktywna pozwalająca uzyskać wszelkie informacje od
osoby, której się to wstrzyknie. Musiałaś widzieć w filmach, jak to
działa. Zrobię ci zastrzyk, a ty grzecznie odpowiesz na wszystkie moje
pytania. Będzie cię po tym trochę boleć głowa, ale skoro tak wolisz,
twój wybór. - Mężczyzna napełnił strzykawkę i przyłożył igłę do
przedramienia dziewczyny.
- Nie zrobisz tego - zaprotestowała.
- Oczywiście, że zrobię. - Nacisnął igłą jej skórę.
- Są w skrytce bankowej - skapitulowała.
- Mądra decyzja - pochwalił ją blondyn.
- Najmądrzejsza - potwierdził ciemnowłosy. - Teraz musimy namówić
mecenasa, żeby je przywiózł. Przywieziesz, mecenasie?
- Nie mogę ujawnić informacji powierzonych mi poufnie - wyrecytowałem
zawodową regułę.
- No cóż, teraz ciebie trzeba będzie nakłonić, żebyś zmienił zdanie. -
Ciemnowłosy zdjął marynarkę i zaczął podwijać rękawy koszuli. - Obić ci
mordę, żebyś przestał utrudniać.
Nagle dostrzegłem promyk nadziei. Jeśli chcą, abym wyjął dokumenty z depozytu, będą musieli mnie wypuścić, a to dawało szansę zawiadomienia
policji. Wystarczyło tylko udawać, że mam zamiar to zrobić.
- Zgoda - zadeklarowałem.
- Widzę, że i ty zmądrzałeś.
- Pojadę po nie i wam przywiozę.
Ciemnowłosy się roześmiał.
- Coś mi się wydaje, że mecenas chce nas wykiwać i wrócić z policją.
Masz nas za idiotów? Ja zostanę tu z dziewczyną, a wy we dwóch
pojedziecie do banku. Wejdziecie do środka razem, żeby nic głupiego nie
przyszło ci do głowy. Kolega będzie do mnie dzwonił co godzinę. Jeśli
nie zadzwoni, to będzie znaczyło, że nawaliłeś. Wtedy już jej nie
zobaczysz.
Widząc, że mają to wszystko perfekcyjnie przemyślane, wróciłem do mojej
pierwotnej wersji, zdając sobie sprawę, że z tym "obiciem mordy" nieco
blefują, bo nie zdecydowaliby się na wywołanie awantury w hotelu.
- Nie mogę wam ich dać, to tajemnica adwokacka, są własnością mojej
klientki.
- A ty znowu to samo... - westchnął ciemnowłosy. - To dasz je jej, a my je
weźmiemy od niej i po sprawie - zaproponował kompromisowe rozwiązanie.
- Mogę postępować tylko zgodnie z dyspozycją klientki.
- Okej, skoro tak wolisz. Poproś mecenasa, żeby przywiózł ci depozyt -
zwrócił się mężczyzna do Marii.
- Nie chcę go, nie jest mi teraz do niczego potrzebny.
Ciemnowłosy pokręcił głową z niesmakiem, dając w ten sposób do
zrozumienia, że nie jest zadowolony.
- Będziemy cię musieli ponownie przekonywać. Zajmij się tym - zwrócił
się do kolegi.
Blondyn, który od pewnego czasu przybrał znudzoną minę, ożywił się,
widząc, że za chwilę będzie miał zajęcie. Podszedł do torby, z której
niedawno wyjął ampułkę i strzykawkę. Zanurzył w niej rękę i wyciągnął
grube żółte plastikowe rękawice. Do czego mu to potrzebne?,
zastanawiałem się, gdy nieśpiesznym ruchem naciągał je na dłonie. Gdy
już leżały idealnie, spojrzał na nas, sprawdzając, jakie wywołał
wrażenie. Znów sięgnął do torby, z której wyjął gąbkę osadzoną na
drewnianym trzonku i szklany pojemnik.
- Co to jest? - spytała zaniepokojona Maria.
- To kwas siarkowy. Dlatego założyłem rękawiczki, by przez nieuwagę nie
poparzyć sobie dłoni. Teraz naleję odrobinę kwasu na gąbkę i przyłożę ci
ją do twarzy. To będzie bardzo bolesne, bo kwas wypali ci skórę. Chirurg
plastyczny może jakoś poprawi ci buźkę, ale twoja twarz już nigdy nie
będzie taka jak teraz. Jeśli mimo to nie poprosisz adwokata o przywiezienie depozytu, będziemy to powtarzali tak długo, aż zmienisz
zdanie.
Chciałem zaprotestować, ale ciemnowłosy przyłożył mi pistolet do głowy,
wolną ręką dając znak, że mam milczeć.
- Chcesz zobaczyć, jak to działa? - spytał blondyn, przykładając
nasączoną gąbkę do plastikowego długopisu leżącego na biurku. Po
zetknięciu z cieczą plastik zaczął się odkształcać.
- Potrzebuję tego depozytu. Proszę, przywieź go - odezwała się
przerażonym głosem.
- Słyszałeś, poprosiła. Damie chyba nie odmówisz.
Zdawałem sobie sprawę, że jej dyspozycja nie ma żadnego znaczenia
prawnego, bo została złożona pod przymusem.
- Jedź, oni nie żartują - poprosiła mnie.
Wiedziałem, że ma rację, musiałem pojechać. Każda decyzja, którą
podejmę, będzie zła. Ta wydawała się najmniejszym złem.
Gdy dwadzieścia minut później wyjechaliśmy z hotelu, sytuacja na drodze
była opanowana. Szosa odzyskała ciemną barwę, na poboczach zalegały
zaspy zepchniętego śniegu. Ja prowadziłem, a blondyn usiadł na przednim
siedzeniu, opierając pistolet na kolanie. Jechaliśmy w milczeniu, a on
co godzinę dzwonił do wspólnika, informując, że nie przyszły mi do głowy
żadne sztuczki. W banku powiedziałem strażnikowi, że przyjechałem z klientem, któremu zależy, abym złożył depozyt w skrytce w jego
obecności. Gdy w środku chciałem wyjąć kopertę, blondyn mnie
powstrzymał.
- Sam wyjmę - zdecydował. - Jak wygląda jej depozyt?
- Jasna koperta formatu A5 z odręcznym napisem "Depozyt".
Mężczyzna otworzył skrytkę i zaczął szukać koperty.
- Pomogę - zaoferowałem.
- Dam sobie radę.
W końcu znalazł, wyjął kopertę, sprawdził jej zawartość i schował do
torby. Gdy wróciliśmy, Maria leżała na łóżku, a ciemnowłosy siedział na
fotelu dwa metry dalej. Na stoliku obok dziewczyny leżał pistolet.
- W porządku, możemy się zbierać - zdecydował na widok koperty. - Zwiąż
ich - polecił blondynowi. - Na waszym miejscu nie zawiadamiałbym policji
- poradził. - Jeśli dowiemy się, że to zrobiliście, wrócimy do was.
Wyjął z kieszeni nóż i wbił we framugę drzwi. - Tym się uwolnicie, ale
nie śpieszcie się.
- Kim jest Andrzej Drawczyński? - spytałem Marię, gdy udało nam się
rozciąć trytytki.
- Był w zarządzie. Podejrzewam, że mnie w to wrobił, fabrykując
nieprawdziwe dane. Te dokumenty najbardziej go kompromitowały. Jestem
przekonana, że to on wynajął tych zbirów.
- Powinniśmy zawiadomić policję.
Maria zastanawiała się przez chwilę.
- Nie - zdecydowała. - Jeśli złożę zawiadomienie, Drawczyński będzie się
mścił, a nie chcę z nim wojny. Proszę, obiecaj, że nikomu nie powiesz,
co tu się stało. - Przytuliła się do mnie. - Obiecaj - powtórzyła.
- Jeśli tak zdecydowałaś, obiecuję. - Nie mogłem sprzeciwić się jej
woli, była moją klientką. - Muszę zadzwonić do prokuratury i powiedzieć,
że stawimy się dopiero jutro.
- Nie chcę tam jechać.
- Dlaczego? - Nie mogłem zrozumieć jej nagłej zmiany decyzji. - Nie
możesz żyć jak wieczny uciekinier. Jeśli tam pojedziemy, zwielokrotnisz
swoje szanse.
- Zdecydowałam się zgłosić do prokuratury, bo nie zrobiłam tego, co mi
zarzucają, ale nie wierzę w sprawiedliwość. Wiele razy czytałam, że do
aresztu trafiali niewinni ludzie. Wcześniej zdecydowałam się zgłosić, bo
miałam dokumenty, dzięki którym mogłam się bronić i wykazać, że ci,
którzy mnie pomawiają, kłamią. To było koło ratunkowe, a teraz je
straciłem. Na szczęście nie jestem taka durna, jak tym bandytom się
wydaje. Przed wyjazdem skserowałam te dokumenty i poszłam w Anglii do
prawnika, by mi poświadczył kopie za zgodność z oryginałem. Mam je w Londynie. Muszę po nie jechać. Kiedy wrócę, umówimy się jeszcze raz w prokuraturze.
Próbowałem przekonać ją, by zmieniła decyzję, ale nic to nie dało.
Odwiozłem Marię do Warszawy. Przez tydzień nie miałem od niej żadnych
wiadomości. W końcu zadzwoniłem, ale nie odbierała, nie odpowiedziała
też na maile. Minął kolejny tydzień, a ona nadal milczała. Zrozumiałem,
że musiała zmienić zdanie i postanowiła się ukrywać. Może nie była tak
niewinna, jak mnie zapewniała. To było jej życie i jej wybór, adwokat
nie jest po to, by za kogoś podejmować decyzje. Mamy informować o przepisach, tłumaczyć je, doradzać, przedstawić ewentualne scenariusze
wydarzeń, lecz to klient ma ostatnie słowo.
Czułem się rozczarowany, że nie dała znaku życia i nie powiedziała o zmianie decyzji. Dostrzegałem jednak też pozytywne strony tej sytuacji.
Nie ma bezpośredniego zakazu, by adwokat prowadził sprawę osoby, z którą
pozostaje w jakiejś relacji. Z mojego doświadczenia wynikało, że takie
sytuacje nigdy dobrze się nie kończą. Wcześniej prześladowała mnie
scena, w której prokurator decyduje o wystąpieniu o areszt dla Marii, a ona rzuca mi się na szyję z okrzykiem: "Kochanie, obroń mnie przed
nim!". Może Maria sama zdała sobie sprawę, że to, co się stało w hotelu,
było niepotrzebną chwilą słabości, i postanowiła zmienić adwokata. Jeśli
tak było, powinna mnie o tym przynajmniej powiadomić.
Pochłonięty bieżącą pracą, powoli zapominałem o tej sprawie. Wciągały
mnie kolejne. W jednym z warszawskich teatrów doszło do awantury między
dwoma znanymi aktorami Andrzejem Sawiczem i Piotrem Norkiem. Powodem
była kobieta, koleżanka z pracy, do której obaj żywili głębokie uczucie.
Bezpośrednią przyczyną kłótni było to, że Andrzej Sawicz, z którym
aktorka spędziła poprzedni wieczór, w wyniku przypadkowo usłyszanej
rozmowy dowiedział się, że tym razem po spektaklu aktorka umówiła się na
kolację z Piotrem Norkiem. Wzburzony pobiegł do garderoby Norka nakłonić
go, by zrezygnował z tego planu, i przekonać, by trzymał się z daleka od
dziewczyny. Norek nie chciał skorzystać z sugestii kolegi i powiedział,
że nie tylko zje z nią kolację, ale także zamierza poprosić ją o rękę.
Wzburzony tą wiadomością Sawicz oświadczył, że to on chce poprosić
dziewczynę o rękę i spędzić z nią resztę życia, a ma do tego szczególne
prawo, gdyż poprzedniego dnia łączące go z aktorką uczucie zostało
przypieczętowane aktem fizycznym. To z kolei doprowadziło do wściekłości
aktora Norka, który również darzył dziewczynę najszczerszym uczuciem,
niepotwierdzonym jednak jeszcze aktem fizycznym, którą to konsumpcję
uczucia planował dokonać tej nocy. Dowiedziawszy się, że kolega go
uprzedził, najpierw osłupiał, potem okazał niedowierzanie, jednak podane
przez Sawicza szczegóły minionej nocy sprawiły, że uwierzył. Nie mogąc
pogodzić się z sytuacją, postanowił dać ujście emocjom i oznajmiwszy, że
obije Sawiczowi mordę, rzucił się na niego.
Nastąpiła wymiana ciosów, której skutkiem było zdemolowanie garderoby.
Aktor Sawicz po powaleniu adwersarza prawym sierpowym na ziemię uznał,
że sprawa została honorowo zakończona, i zakładając, że przeciwnik
został należycie zniechęcony do podtrzymywania relacji uczuciowych z aktorką, opuścił garderobę. Nie docenił jednak siły uczucia Norka, który
odzyskawszy świadomość po otrzymanym ciosie, zebrał się w sobie i gdy
stwierdził, że Sawicza nie ma w garderobie, ruszył za nim w pościg,
wykrzykując pod jego adresem różne epitety. W pogoni za rywalem wybiegł
na scenę, gdzie go odnalazł.
Tego dnia w teatrze trwały próby do Hamleta i na scenie znajdowały się
rekwizyty. Jednym z nich była szpada, którą Norek chwycił i zaatakował
nią Sawicza. Ten, broniąc się, złapał krzesło i oderwawszy od niego
nogę, stanął naprzeciw napastnika. Na scenie rozgorzała zacięta walka, w której wyniku Norek zadał Sawiczowi pchnięcie szpadą w pierś. Zalany
krwią Sawicz padł bez przytomności na deski. Rozpychając zgromadzonych
tłumnie aktorów, Norek ruszył do garderoby swojej wybranki, aktorki
Danuty Kłodko, gdzie poinformował ją, że wie wszystko o jej, jak to
określił, "kurewskim zachowaniu". Następnie wygłosił wobec wybranki
monolog, z którego wynikało, że czuje się zawiedziony jej zachowaniem.
Był przekonany, że jest ona jego największą miłością, a tymczasem tak
niecnie postąpiła, oddając się aktorowi Sawiczowi. Przypomniał, jak
obiecywała mu dozgonne uczucie, po czym zakomunikował, że nie wyobraża
sobie, by teraz mógł żyć dalej, jak również, żeby ona mogła żyć dalej po
tym, jak go nędznie zdradziła, i dlatego zdecydował, że w takiej
sytuacji oboje nie powinni żyć. Oświadczył, że w związku z takimi
przemyśleniami zamierza pozbawić życia najpierw ją, a potem siebie.
Danuta Kłodko nie była przekonana do takiego scenariusza. Zaczęła
zapewniać Norka, że nieprawdą jest, jakoby oddała się Sawiczowi, że
Sawicz to oszust, a ona kocha tylko jego. Aktor nie dawał jednak wiary
jej słowom, nazwał ją "zdradliwą kłamczuchą" i oświadczył, że z planów
pozbawienia jej życia nie zamierza zrezygnować, co więcej, zamierza
uczynić to bezzwłocznie.
Widząc, że Norek nie żartuje, dziewczyna postanowiła działać i odwróciwszy na chwilę jego uwagę, złapała stojącą na stoliku szklaną
butelkę z coca-colą i roztrzaskała ją na głowie mężczyzny, pozbawiając
go przytomności.
Do teatru zostały wezwane pogotowie i policja, w wyniku czego aktor
Sawicz trafił do szpitala z raną klatki piersiowej powstałą w wyniku
pchnięcia szpadą, aktor Norek zaś trafił do szpitala z urazem głowy
powstałym w wyniku uderzenia butelką po coca-coli. Na szczęście aktor
Sawicz przeżył, Norek również i po uzyskaniu pomocy lekarskiej został
przewieziony do prokuratury, gdzie postawiono mu zarzut usiłowania
zabójstwa.
Zostałem poproszony o jego obronę, a pełnomocnictwa udzieliła mi aktorka
Danuta Kłodko. Niestety zanim zdążyłem przybyć do prokuratury, aktor
Norek złożył już wyjaśnienia, w których poinformował, że przyznaje się
do winy, że chciał szpadą pozbawić życia aktora Sawicza, i bardzo
żałuje, że tego nie zrobił, bo tamten jest wyjątkową szują i łobuzem.
Dodał, że jeżeli pojawi się ku temu okazja, natychmiast dokończy to, co
mu się nie udało, bo on darzy Danutę Kłodko szczerą i prawdziwą
miłością.
Dowiedziawszy się, że aktor Norek zamierza dokończyć to, co zaczął,
czyli pozbawić Sawicza życia, sąd zastosował wobec niego areszt. W wyniku dalszych czynności procesowych sytuacja Norka jednak nieco się
poprawiła. Przesłuchana w sprawie aktorka Danuta Kłodko zeznała, że
Norek jest najlepszym i najszlachetniejszym człowiekiem, jakiego w życiu
spotkała. Dodała, że kocha go miłością najczystszą i mimo tego, co
uczynił, zamierza spędzić z nim resztę życia. Dodała, że pozbawiła go
przytomności poprzez zadanie ciosu butelką nie w obawie przed nim, bo to
przecież najlepszy z ludzi, ale z obawy, by pod wpływem wzburzenia, w które popadł, nie zrobił sobie jakiejś krzywdy. Dalej opowiedziała
prokuratorowi, że od kiedy poznała aktora, a było to przed dwoma
miesiącami, bo niedawno dostała angaż do tego teatru, zapałała do niego
gorącym uczuciem. Uczucie to było obopólne, w związku z czym zaczęli
snuć plany na przyszłość. Aktorka dodała, że w tym teatrze stała się
obiektem westchnień aktora Sawicza, do którego jednak nic nie czuła.
Mężczyzna ten wielokrotnie wyznawał jej miłość i proponował spotkania,
które to propozycje ona stanowczo odrzucała. Afekt Sawicza stał się dla
niej kłopotliwy, bo, pomimo stanowczych odmów, on cały czas nalegał. W końcu dzień przed zdarzeniem umówiła się z Sawiczem na kolację, jednak
nie w celu nawiązania kontaktów seksualnych, ale uświadomienia mu, że
nigdy do niczego między nimi nie dojdzie. Nieprawdą jest zatem to, co
twierdził Sawicz, że spędzili razem noc, gdyż kolacja zakończyła się jej
stanowczym oświadczeniem, że nie jest Sawiczem zainteresowana. W jej
ocenie Sawicz był świnią i intrygantem zazdrosnym o to, że ona kocha
Norka.
Kolejne dowody przeprowadzane w sprawie w pełni potwierdzały to, co
powiedziała. Gdy Norek dowiedział się, że między Sawiczem a jego
ukochaną do niczego nie doszło i że ona go kocha, oświadczył, że
wprawdzie w gniewie istotnie chciał zabić Sawicza, ale obecnie, widząc,
że wzajemność jego uczuć z Danutą Kłodko jest niezagrożona, nie zamierza
już dokończyć tego, co zaczął.
Ponieważ stan zdrowia Sawicza szybko się poprawiał, prokurator podjął
decyzję o zwolnieniu Norka z aresztu. Nie był to jednak koniec następstw
prawnych całego zdarzenia, bo do prasy, która od początku barwnie
relacjonowała cały konflikt, przedostała się informacja, że Danuta
Kłodko sypiała równolegle z oboma aktorami, co było bezpośrednim powodem
ich pojedynku. Doprowadziło to do pojawienia się w mediach artykułów, w których oceniono negatywnie walory moralne aktorki oraz porównywano jej
zachowanie do najstarszego zawodu świata. Oburzona Kłodko zdecydowała
się na wytoczenie kilkunastu tytułom kolorowej prasy powództw o naruszenie dóbr osobistych.
Opisane zdarzenia zajmowały prawie całą moją zawodową uwagę przez dwa
miesiące, w wyniku czego sprawa Marii Skorupskiej i ona sama powoli
zacierały się w mojej pamięci, aż w końcu zupełnie z niej uleciały.
Nigdy jednak nie jest tak, że sprawy, które prowadzi adwokat, rozpływają
się całkowicie w powietrzu. Na ogół wracają. Nie zdziwiło mnie zatem,
gdy dwa miesiące po tym, jak przywiozłem Marię do Warszawy, znalazłem w skrzynce mailowej wiadomość od niej. Była wysłana z nowego adresu.
Dziewczyna zwracała się do mnie w oficjalnej formie "pan" i w żaden
sposób nie nawiązywała do naszych dotychczasowych relacji. Jej mail
brzmiał tak, jakbyśmy mieli ze sobą kontakt po raz pierwszy. Pisała, że
jest osobą poszukiwaną europejskim nakazem aresztowania w związku z zarzutami niegospodarności przedstawionymi jej przez Prokuraturę
Okręgową w Rzeszowie. Szczegółowo opisała, na czym polega jej sprawa, a do maila dołączyła znane mi już dokumenty związane ze stawianymi jej
zarzutami. Informowała, że w tej sprawie miała już adwokata, do którego
straciła zaufanie i któremu wypowiedziała pełnomocnictwo. Podjęła
decyzję, że chce dobrowolnie stawić się w prokuraturze w Rzeszowie, i pytała, czy podjąłbym się jej obrony i pojechał z nią do tego miasta.
Dwukrotnie przeczytałem mail, zastanawiając się, o co tu chodzi.
Dlaczego ponownie napisała w takiej formie, jakbyśmy się nigdy wcześniej
nie zetknęli. Nie chciałem odpisywać, zanim nie zrozumiem jej intencji i przez godzinę siedziałem przed ekranem komputera, próbując zdekodować
ten szyfr. Byłem przekonany, że w ten sposób Maria chce mi przekazać
jakąś wiadomość.
W końcu mnie olśniło i zrozumiałem. Maria, podobnie jak ja, musiała zdać
sobie sprawę, że to, co się stało w pokoju hotelowym, było błędem ze
strony nas obojga. Zrozumiała też, że taka relacja może wpłynąć na
jakość mojej obrony. Zdecydowała, że chce, bym ją dalej reprezentował,
równocześnie eliminując z naszej relacji wszystkie wątki osobiste. Jakby
chciała cofnąć czas. Proponowała mi grę, którą można by nazwać
"Zacznijmy wszystko od początku". Zrozumiawszy szyfr, w oficjalnym tonie
odpisałem, że jest mi miło, że zwróciła się ze swoją sprawą do mnie i z radością podejmę się jej reprezentowania. Wymieniliśmy kilka maili w równie oficjalnej konwencji i zdecydowaliśmy, że kiedy ustalę datę jej
przesłuchania w prokuraturze, dzień wcześniej przyjedzie do kancelarii,
byśmy razem udali się do Rzeszowa.
Gdy zadzwoniłem do prokuratora Węglarczyka z informacją, że klientka
ponownie podjęła decyzję, iż odda się w ręce wymiaru sprawiedliwości,
sprawiał wrażenie, jakby nie dowierzał. Niemniej wyznaczył nowy termin,
w którym mieliśmy się stawić na przesłuchanie. Przekazałem tę informację
Marii i czekałem na jej przybycie do kancelarii.
Lubię pracować przy muzyce, dlatego w swoim gabinecie trzymam gramofon i kolekcję kilkunastu winili. Nastawiłem płytę z muzyką filmową Krzysztofa
Komedy i pisałem apelacje. Punktualnie o umówionej godzinie sekretarka
poinformowała o przybyciu gościa. Szybko złożyłem porozrzucane na biurku
papiery i wyłączyłem adapter. Kobieta, która weszła do gabinetu, miała
fizjonomię dziecka. Musiała już przekroczyć trzydziestkę, czego jednak
nie było po niej widać. Szczupła, średniego wzrostu, przykuwała uwagę
kaskadą rudych kręconych włosów. Na twarzy miała dziesiątki piegów,
które w połączeniu z naturalnym uśmiechem nadawały jej sympatyczny
wygląd.
Polubiłem ją od pierwszego wejrzenia, tylko nie miałem pojęcia, kim jest
i co tu robi. Stałem jak kołek, wpatrując się w niezapowiedzianego
gościa. Dziewczyna uznała, że coś w moim mechanizmie witania się musiało
się zaciąć, bo postanowiła wziąć sprawę w swoje ręce. Podeszła do mnie,
wyciągnęła dłoń i się przedstawiła:
- Maria Skorupska.
Uścisnąłem jej rękę i automatycznie odpowiedziałem:
- Robert Martens.
Nadal stałem zdziwiony, co musiało wywołać w niej wątpliwości, czy nie
uległem nieusuwalnemu defektowi.
- Pan lubi medytować? - spytała.
Uświadomiłem sobie, że nawet sytuacja, gdy niczego nie rozumiem, nie
zwalnia mnie z roli gospodarza. Poprosiłem, by usiadła, i zaproponowałem
coś do picia. Siedzieliśmy naprzeciw siebie w bordowych skórzanych
fotelach, a ja nadal nie pojmowałem, o co tu chodzi. Zastanawiałem się,
kim jest dziewczyna podająca się za Marię, i dlaczego kłamie, wiedząc,
że zostanie zdemaskowana, gdyż znałem prawdziwą Marię Skorupską.
- Miło tu u pana - odezwała się, rozglądając się po gabinecie.
Nie chciałem, by rozmowa zeszła na poboczny tor, dlatego zdecydowałem
się przejść do sedna.
- Dlaczego przedstawia się pani jako Maria Skorupska? - zapytałem,
wpatrując się jej w oczy, by wyczuć każdy fałsz w jej odpowiedzi.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki