Rozdział 2
Tzepocząc skrzydłami, sokół wędrowny usiadł na parapecie. Słońce mocno świeciło, gorące powietrze na zewnątrz drgało.
- Jesteś jednak! - wyszeptał mężczyzna. Po chwili odwrócił głowę, gdy usłyszał odgłos dzwonka u drzwi na parterze.
- Kto tam?! - krzyknął w stronę drzwi. - Kto to?!
Nie usłyszawszy odpowiedzi, Lincoln Rhyme znów zaczął obserwować okno. Sokół szybko kręcił głową we wszystkie strony, mimo to nie stracił nic ze swojej elegancji. Rhyme zauważył, że szpony ptaka są zakrwawione. W dziobie trzymał kawałek żółtego mięsa. Wyciągnął swoją krótką szyję ruchem przypominającym ruchy węża i upuścił mięso w otwarty dziób niebieskawo opierzonego pisklęcia. To chyba jedyna żywa istota w Nowym Jorku, która nie zabija. I może jeszcze Bóg, pomyślał Rhyme.
Usłyszał, że ktoś wchodzi powoli na górę.
- To on? - zapytał Thoma.
- Nie - odparł młody mężczyzna.
- Więc kto?
Thom spojrzał na okno.
- O, znowu są. Widzisz na parapecie ślady krwi?
Samica sokoła ukazała się teraz oczom Rhyme'a. Jej niebieskoszare pióra opalizowały w słońcu. Obserwowała niebo.
- Zawsze są razem. Czy nie rozstają się aż do śmierci, jak gęsi? - zastanawiał się głośno Thom.
Rhyme spojrzał na Thoma, który przypatrywał się gniazdu przez brudną szybę.
- Kto to? - powtórzył Rhyme. Młody mężczyzna, który wykręcał się od odpowiedzi, bardzo go zirytował.
- Gość.
- Gość? Ciekawe. - Rhyme parsknął. Usiłował sobie przypomnieć, kiedy po raz ostatni byli u niego goście. Chyba trzy miesiące temu. Kto to może być? Dziennikarz albo daleki kuzyn. Może Peter Taylor - jeden ze specjalistów leczących jego rdzeń kręgowy. Blaine była tu kilka razy, ale jej nie można nazwać gościem.
- Chłodno tutaj - narzekał Thom. Szybko podszedł do okna.
- Nie otwieraj - zażądał Rhyme. - Powiedz mi, do cholery, kto przyszedł.
- Chłodno tutaj.
- Przestraszysz sokoły. Lepiej wyłącz klimatyzację. Ja też mogę...
- Byliśmy tu wcześniej - powiedział Thom, otwierając ogromne okno. - Sokoły się sprowadziły, wszystko już o tobie wiedzą...
Ptaki popatrzyły w stronę otwieranego okna. W ich spojrzeniu było coś wyzywającego. Zawsze tak robiły. Jednak pozostały na parapecie - nie odleciały na rosnące po drugiej stronie ulicy rachityczne drzewa, na których często przesiadywały.
- Kto przyszedł? - znów zapytał Rhyme.
- Lon Sellitto.
- Lon?
Czego on chce?
Thom rozejrzał się po pokoju.
- Straszny tu bałagan.
Rhyme nie lubił zamieszania związanego ze sprzątaniem. Nie lubił krzątaniny, a zwłaszcza hałasu robionego przez odkurzacz. Nieporządek mu nie przeszkadzał. Pokój, który nazywał swoim gabinetem, mieścił się na pierwszym piętrze neogotyckiego budynku znajdującego się na West Side. Okna wychodziły na Central Park. Pokój był duży - sześć na sześć - ale każdy centymetr kwadratowy podłogi został zagospodarowany. Czasami zamykał oczy i starał się wyczuć zapach. Tysiąca książek i czasopism, sterty fotokopii wysokości wieży w Pizie, monitorów, kurzu na żarówkach, tablic korkowych. Do tego winyl, guma, skóra obić.
Trzy gatunki whisky.
I odchody sokołów.
- Nie chcę go widzieć. Powiedz mu, że jestem zajęty.
- I młody policjant Ernie Banks. Był bejsbolistą, pamiętasz? Powinieneś pozwolić mi posprzątać. Nie widzisz bałaganu, dopóki nie przyjdą do ciebie z interesem.
- Do mnie z interesem? To brzmi dziwnie. Powiedz im, żeby się wynieśli do wszystkich diabłów. Jak można ładniej nazwać bałagan?
Nieład...
Thom mówił jak do ściany, ale Rhyme przypuszczał, że on tak samo odbiera jego słowa.
Rhyme miał czarne, gęste włosy dwudziestolatka, chociaż był dwa razy starszy. Były poskręcane i przetłuszczone - wymagały nożyczek i szamponu. Jego twarz okalał trzydniowy czarny zarost. Z uszu sterczały mu kępki włosów. Paznokci nie obcinał od dłuższego czasu. Od tygodnia nosił brzydką piżamę w kolorowe wzorki. I miał wąskie ciemnobrązowe oczy, które według Blaine były namiętne. Mówiła mu też, że jest przystojny.
- Chcą z tobą rozmawiać. Tłumaczą, że to bardzo ważne - kontynuował Thom.
- Dla nich.
- Nie widziałeś się z Lonem już prawie rok.
- Dlaczego uważasz, że chcę się z nim teraz widzieć? Nie wystraszyłeś sokołów? Będę wściekły, gdy to zrobisz.
- To ważne, Lincoln.
- Bardzo ważne. Pamiętam, co mówiłeś. Gdzie jest ten doktor? Powinien zadzwonić. Ja drzemałem, a ty wyszedłeś.
- Wstałeś przecież o szóstej.
- Nie. - Zawahał się. - Tak. Obudziłem się o szóstej, ale potem znów zasnąłem. Sprawdziłeś, czy nie ma informacji?
- Tak. Nie dzwonił - odparł Thom.
- Powiedział, że będzie rano.
- Jest już po jedenastej. Pozostaje nam więc chyba liczyć tylko na cud. Nie sądzisz?
- Rozmawiałeś przez telefon? - ostrym głosem zapytał Rhyme. - Może dzwonił, gdy ty rozmawiałeś przez telefon.
- Dzwoniłem tylko do...
- Nie przesadzasz? - rzucił Rhyme. - Teraz jesteś zły. Nie mówiłem, że nie możesz korzystać z telefonu. Możesz to robić o każdej porze. Uważam tylko, że mógł zadzwonić, gdy rozmawiałeś przez telefon.
- A ja uważam, że dzisiaj postanowiłeś być upierdliwy.
- Wolno ci tak uważać. A wracając do sprawy, oni sądzą, że powinno się czekać na ich telefony. I może inne rozmowy przeprowadzać po dwie naraz! Czego chce mój stary przyjaciel Lon? I jego kolega, bejsbolista?
- Zapytaj ich.
- Ciebie pytam.
- Chcą się z tobą zobaczyć. Tylko tyle wiem.
- Coś bar-dzo waż-ne-go.
- Lincoln... - Thom westchnął. Przygładził jasne włosy. Miał na sobie brązowe spodnie i białą koszulę. Na szyi miał starannie zawiązany krawat w niebieskie kwiatki. Gdy rok temu Rhyme zatrudniał Thoma, powiedział, że może chodzić w dżinsach i T-shirtach. Jednak Thom zawsze ubrany był nienagannie. Rhyme dokładnie nie wiedział, dlaczego jeszcze go nie wyrzucił. Żaden z poprzedników Thoma nie wytrzymał dłużej niż sześć tygodni. A liczba tych, którzy odeszli sami, równała się liczbie wyrzuconych z pracy.
- No dobrze, co im powiedziałeś?
- Żeby poczekali kilka minut. A ja zobaczę, czy wstałeś i jesteś ubrany. Tyle.
- Podjąłeś decyzję, nie pytając mnie?! Dziękuję bardzo.
Thom odwrócił się, podszedł do schodów i zawołał:
- Proszę wejść, panowie.
- Coś ci jeszcze powiedzieli, prawda? Ukryłeś to przede mną - ciągnął Rhyme.
Thom nie odpowiedział. Po chwili Rhyme mógł zobaczyć dwóch mężczyzn. Gdy wchodzili, Rhyme zwrócił się do Thoma:
- Zasłoń okno. Już i tak przestraszyłeś sokoły.
Oznaczało to, że jaskrawe światło zaczęło denerwować Rhyme'a.
Nie mogła mówić.
Taśma zaklejająca usta czyniła ją bardziej bezbronną niż kajdanki założone na ręce lub mocny uścisk, który wciąż czuła na ramieniu.
Taksówkarz, wciąż w masce na twarzy, zaprowadził ją brudnym, pełnym rur kanalizacyjnych korytarzem do piwnicy oficyny. Nie wiedziała, gdzie się znajdują.
Gdybym mogła z nim porozmawiać...
T.J. Colfax pracowała na giełdzie. Była negocjatorką.
Pieniądze? Chcesz pieniędzy? Dostaniesz dużo pieniędzy. Pełne worki. Myślała tak dziesiątki razy, jednocześnie patrząc mu w oczy, jakby chciała przekazać mu to telepatycznie.
Proooszę, błagała cicho. Zaczęła rozważać przekazanie mu pieniędzy ze swojego funduszu emerytalnego. Och, proszę...
Przypomniała sobie ostatnią noc. Gdy mężczyzna przestał oglądać fajerwerki, wywlókł ich z samochodu i założył im kajdanki. Kazał wejść do bagażnika i ponownie zaczęli jechać. Najpierw kocie łby, potem droga asfaltowa z dziurami, gładki asfalt i znów dziury. Potem przejeżdżali przez most - poznała po dudnieniu. Kolejne zakręty, kolejne ulice z dziurami w jezdni. W końcu zatrzymali się, kierowca wysiadł i otworzył bramę lub jakieś drzwi. Znów ruszyli. Wjechał do garażu, pomyślała wtedy. Ucichły wszystkie odgłosy miasta, słychać było jedynie warkot silnika, który odbijał się echem od ścian garażu.
Otworzył się bagażnik i mężczyzna wyciągnął ją na zewnątrz. Gwałtownym szarpnięciem zdjął jej z palca pierścionek z brylantem i włożył go do kieszeni. Następnie poprowadził ją wzdłuż ścian, z których patrzyły na nią puste oczy namalowanych na odpadającym tynku postaci: rzeźnika, diabła, trójki przerażonych dzieci. Zaciągnął ją do zatęchłej piwnicy i rzucił na podłogę. Następnie poszedł po schodach na górę. Została sama w ciemnej piwnicy, otoczona przyprawiającym o mdłości zapachem gnijącego mięsa i śmieci. Leżała na podłodze wiele godzin. Trochę spała, ale głównie płakała. W nocy obudziła się nagle, gdy usłyszała głośny huk. Po chwili znów zasnęła niespokojnym snem.
Pół godziny temu przyszedł ponownie. Zaciągnął ją do bagażnika samochodu. Jechali około dwudziestu minut. Znaleźli się tutaj.
Weszli do ciemnej sutereny. Środkiem pomieszczenia biegła czarna gruba rura, do której przypiął ją kajdankami. Posadził ją na podłodze, nogi związał linką. Zajęło mu to kilka minut. Na rękach cały czas miał skórzane rękawiczki. Wyprostował się i patrzył na nią dłuższy czas. Pochylił się, rozerwał jej bluzkę. Stanął za nią. Zatkało ją, gdy poczuła jego dłonie na ramieniu. Obmacywał łopatki.
Płakała, błagając o litość, mimo że miała zaklejone usta.
Wiedziała, co nastąpi.
Sunął rękami po jej ramionach, nie dotknął jednak piersi. Szukał żeber. Gdy zaczął je naciskać, zadrżała, chcąc pozbyć się ucisku. Zaczął wtedy mocniej obmacywać kości.
Po chwili wstał. Usłyszała oddalające się kroki. Ucichły. Słyszała tylko odgłosy włączonych klimatyzatorów i sunących wind. Jęknęła, kiedy usłyszała za sobą dźwięk - powtarzający się hałas. Szszsz. Szszsz. Znała ten odgłos, lecz nie mogła teraz skojarzyć. Usiłowała się odwrócić, ale nie dawała rady. Co to jest? Słuchała rytmicznych odgłosów i przypomniała sobie dom matki.
Szszsz. Szszsz.
Sobotni ranek w małym parterowym domku w Bedford w stanie Tennessee. To był jedyny dzień, w którym matka nie pracowała i zajmowała się sprzątaniem w domu. T.J. musiała wtedy wcześnie rano wstawać i jej pomagać. Szszsz. Na to wspomnienie znów zapłakała. Słuchała hałasu i zastanawiała się, dlaczego mężczyzna tak starannie odkurza podłogę.
Widział zaskoczenie i zażenowanie na ich twarzach.
Rzadko można zobaczyć takie uczucia na twarzach nowojorskich policjantów z wydziału zabójstw.
Lon Sellitto i młody Banks (Jerry, nie Ernie) usiedli na rattanowych fotelach, które wskazał im Rhyme. Były zakurzone i bardzo niewygodne.
Rhyme bardzo się zmienił od czasu, gdy Sellitto widział go po raz ostatni i teraz detektyw nie mógł ukryć zaskoczenia. Banks nie znał Rhyme'a wcześniej, ale i jego odczucia były podobne. Nieposprzątany pokój, mężczyzna o wyglądzie włóczęgi patrzący na nich podejrzliwie. I zapach. Nieprzyjemny zapach otaczał Lincolna Rhyme'a.
Rhyme ogromnie żałował, że wpuścił ich na górę.
- Lon, dlaczego najpierw nie zadzwoniłeś?
- Powiedziałbyś, żebyśmy nie przychodzili.
Prawda.
Thom czekał przy schodach, ale Rhyme szybko zaznaczył: "Thom, nie będziesz nam potrzebny". Wiedział, że Thom zawsze pyta gości, czy chcą coś do jedzenia lub picia.
Cholerna siostra miłosierdzia.
Na chwilę zapadła cisza. Potężny Sellitto - policjant z dwudziestoletnim stażem - zagapił się na pudełko leżące przy łóżku. Odwrócił wzrok, gdy zauważył, że w pudełku znajdują się pampersy dla dorosłych.
- Czytałem pana książkę - odezwał się Jerry Banks.
Młody policjant nie nauczył się jeszcze golić, wiele razy się zaciął. Sterczący kosmyk włosów dodawał mu uroku. Mój Boże, ale jest młody. Im starszy jest świat, tym młodsi wydają się jego mieszkańcy, pomyślał Rhyme.
- Którą?
- Podręcznik dotyczący badań miejsc przestępstw. Ten z obrazkami, wydany kilka lat temu.
- Tam też jest tekst. Przede wszystkim tekst. Czytałeś go?
- Oczywiście - szybko odpowiedział Banks.
Ogromna sterta egzemplarzy książki "Badanie miejsc przestępstw" stała pod ścianą pokoju.
- Nie wiedziałem, że pan i Lon byliście przyjaciółmi - dodał Banks.
- Lon nie opowiadał? Nie pokazywał zdjęć w rocznikach? Nie zakasywał rękawów i nie demonstrował ran, które odniósł we wspólnych akcjach z Lincolnem Rhyme'em?
Sellitto się nie uśmiechnął. Cóż, mogę być jeszcze bardziej złośliwy, jeśli chce, pomyślał Rhyme. Starszy detektyw szukał czegoś w aktówce. Co on tam ma?
- Długo byliście partnerami? - spytał Banks, podtrzymując rozmowę.
- Pytanie do ciebie - Rhyme zwrócił się do Sellitta i spojrzał na zegar.
- Nie byliśmy partnerami - odparł Sellitto. - Ja zajmowałem się zabójstwami, a on był szefem IRD.
- Och - wydobył z siebie zaskoczony Banks. Kierowanie wydziałem badań i zasobów informacji jest najbardziej prestiżową funkcją w departamencie.
- Tak - potwierdził Rhyme. I wyjrzał przez okno, jakby lekarz miał przylecieć na sokole. - Byli z nas dwaj muszkieterowie.
- Siedem lat współpracowaliśmy ze sobą - powiedział Sellitto spokojnym głosem, który zdenerwował Rhyme'a.
- Wspaniałe lata - rzucił Rhyme.
Sellitto nie zauważył ironii albo, co bardziej prawdopodobne, nie chciał zauważyć.
- Lincoln, mamy problem. Potrzebujemy pomocy.
Bach! Sterta papierów wylądowała na stoliku przy łóżku.
- Pomocy? - Wybuchnął śmiechem. Zmarszczył wąski nos. Blaine podejrzewała, że Rhyme poddał się operacji plastycznej. Uważała, że jego nos i usta są zbyt doskonałe. (Powinieneś mieć bliznę na twarzy, żartowała i podczas jednej z ich kłótni omal mu jej nie zrobiła). Dlaczego właśnie teraz przypomniałem sobie o tej zmysłowej osóbce? - zastanawiał się. Ożywił się, myśląc o swojej byłej żonie, i uznał, że musi do niej wysłać list. Tekst znajdował się już na ekranie komputera. Wystarczyło zapisać go na dysku. Zapadła cisza, gdy wprowadzał polecenia jednym palcem.
- Lincoln? - odezwał się Sellitto.
- Tak jest, sir. Pomoc. Ode mnie. Słyszałem.
Banks uśmiechał się nienaturalnie, kręcąc się w niewygodnym fotelu.
- Mam umówioną wizytę - powiedział nagle Rhyme.
- Wizytę?
- Lekarz.
- Naprawdę? - zapytał Banks, by przerwać ciszę, która znów zapadła.
Sellitto, nie wiedząc, do czego doprowadzi ta rozmowa, zapytał:
- Jak się czujesz?
Banks i Sellitto, kiedy przyszli, nie zapytali o jego zdrowie. Było to pytanie, którego ludzie unikali, gdy zobaczyli Lincolna Rhyme'a. Mogło sprawić przykrość.
- Dziękuję, świetnie - odpowiedział po prostu. - A ty? Jak Betty?
- Rozwiedliśmy się - szybko odparł Sellitto.
- Naprawdę?
- Dostała dom, a ja połowę dziecka...
Niski, potężnie zbudowany policjant powiedział to z wymuszonym uśmiechem. Rhyme przypuszczał, że historia była bardzo bolesna i Lon nie chciał o tym rozmawiać. Nie zaskoczyło go, że ich małżeństwo się rozpadło. Sellitto był pracoholikiem. Szybko awansował. Pracował po osiemdziesiąt godzin tygodniowo. Rhyme, gdy z nim współpracował, przez kilka pierwszych miesięcy nie wiedział nawet, że Lon jest żonaty.
- Gdzie teraz mieszkasz? - zapytał Rhyme, sądząc, że ich zagada i zapomną, po co przyszli.
- Na Brooklynie. Czasami chodzę do pracy pieszo. Pamiętasz moją dietę? Moja dieta to brak diety. Najważniejszy jest wysiłek fizyczny.
Nie przytył. Wyglądał tak samo jak trzy lata temu lub piętnaście.
- Zatem - odezwał się Banks - pan mówił o lekarzu. Jakaś nowa...
- Nowa metoda leczenia? - Rhyme dokończył krępujące pytanie. - Właśnie.
- Mam nadzieję, że będzie skuteczna.
- Dziękuję bardzo.
Była 11.36. Brak punktualności jest niewybaczalną wadą u lekarzy.
Rhyme zauważył, że Banks przygląda się jego nogom. Przyłapał go na tym po raz drugi - nic dziwnego, że młody policjant się zaczerwienił.
- Zatem obawiam się, że nie mam czasu, aby wam pomóc.
- Ale lekarz jeszcze nie przyszedł - rzekł Lon Sellitto tym samym szorstkim tonem, którym komentował opisy zbrodni w gazetach.
W drzwiach pojawił się Thom z kawą.
Bałwan. Rhyme się skrzywił.
- Lincoln zapomniał zaproponować panom coś do picia.
- Thom traktuje mnie jak dziecko.
- Jeśli ktoś zapomina o obowiązkach gospodarza - odciął się Thom.
- W porządku - burknął Rhyme. - Proszę poczęstować się kawą. Dostaniecie też mleka.
- Za wcześnie. Bar jeszcze zamknięty - powiedział Thom. Twarz Rhyme'a się rozpogodziła.
Banks znów zaczął przyglądać się Rhyme'owi. Być może spodziewał się, że zobaczy samą skórę i kości. Jednak atrofia mięśni zatrzymała się wkrótce po wypadku. Pierwszy terapeuta zamęczał Rhyme'a ćwiczeniami. Tak samo Thom - który czasami bywał nieznośny - bardzo mu pomógł. Codziennie z nim ćwiczył. Thom skrupulatnie prowadził pomiary goniometryczne. Dokładnie sprawdzał stan spastyczny po abdukcji i addukcji. Ćwiczenia te zapobiegały zanikowi mięśni i ułatwiały przepływ krwi. Rhyme miał sprawne tylko mięśnie szyi, twarzy, ramion i jednego palca lewej ręki. Stan taki trwał od trzech i pół roku. Mimo to Lincoln wyglądał nieźle.
Młody detektyw patrzył na skomplikowane urządzenia, do których podłączony był palec Rhyme'a: dwa regulatory, komputer, pulpit kontrolny na ścianie.
"Będziesz żył jak w więzieniu, otoczony plątaniną kabli" - powiedział mu terapeuta po wypadku. Gdyby przynajmniej takie życie miało sens.
- Dzisiaj rano na West Side dokonano morderstwa - rzekł Sellitto.
- Mieliśmy raporty, że kilkoro bezdomnych zaginęło w ostatnich miesiącach - wtrącił Banks. - Początkowo myśleliśmy, że ofiara była jednym z nich, ale nie. Zamordowany mężczyzna jest jednym z porwanych ostatniej nocy...
- Porwanych? - Rhyme spojrzał na bladą, piegowatą twarz młodego policjanta.
- On nie ogląda wiadomości. Nic nie wie o tym porwaniu - wtrącił Thom.
- Nie oglądasz wiadomości? - Sellitto się roześmiał. - Czytałeś przecież cztery gazety dziennie i nagrywałeś wiadomości lokalne, by oglądać je w domu. Blaine skarżyła się, że wolałeś to niż łóżko...
- Teraz czytam tylko literaturę - rzekł Rhyme.
- Na nią zawsze znajduje czas - dodał Thom.
Rhyme nie zwrócił na niego uwagi.
- Mężczyzna i kobieta wrócili z podróży w interesach z Zachodniego Wybrzeża. Na lotnisku Kennedy'ego wsiedli do taksówki. Nie dotarli do domów - mówił Sellitto. - Wydarzyło się to pół godziny przed północą, jak wynika z zeznań świadka. Taksówka jechała przez Queens. Porwani, biali, siedzieli na tylnych siedzeniach. Prawdopodobnie usiłowali wybić szybę w samochodzie. Czymś w nią uderzali. Nie znamy numerów taksówki.
- Ten świadek nie widział kierowcy?
- Nie.
- Co z kobietą?
- Nie znaleźliśmy jej.
Jedenasta czterdzieści jeden. Rhyme był wściekły na doktora Williama Bergera.
- Paskudna sprawa - mruknął.
Sellitto wyraźnie odetchnął.
- Dalej, dalej - powiedział Rhyme.
- Miał na palcu jej pierścionek - zaczął mówić Banks.
- Kto co miał?
- Mężczyzna miał na palcu pierścionek porwanej kobiety. Dzisiaj rano znaleziono jego zwłoki.
- Jesteście pewni, że to ten pierścionek?
- Są na nim jej inicjały.
- Zatem mamy do czynienia z niezidentyfikowanym przestępcą, który chciał w ten sposób przekazać, że ma w swoich rękach kobietę i ona wciąż żyje...
- Czy pan wie, dlaczego pierścionek wszedł na palec mężczyzny? - zapytał Banks, obserwując reakcję Rhyme'a.
- Nie. I rezygnuję z próby odpowiedzi.
- Morderca usunął z palca skórę i mięśnie, została sama kość.
Rhyme uśmiechnął się lekko.
- Jest inteligentny.
- W czym przejawia się jego inteligencja?
- Był pewien, że nikt nie ściągnie tego pierścionka. Pierścionek był zakrwawiony?
- Tak.
- Trudno go było zauważyć na palcu. Poza tym obawa przed AIDS i innymi chorobami. Nawet gdyby ktoś go spostrzegł, nie odważyłby się zdjąć go z palca. Lon, jak się nazywa ta kobieta?
Sellitto spojrzał na swego młodszego partnera, który otworzył notatnik.
- Tammie Jean Colfax. Mówiono na nią T.J. Dwadzieścia osiem lat. Pracuje dla Morgan Stanley.
Rhyme zauważył, że Banks ma na palcu sygnet. Pierścień szkoły. Młody policjant ma ogładę, jest rozgarnięty. Zapewne kończył dobrą uczelnię. Brak mu manier wojskowego. Rhyme nie zdziwiłby się, gdyby Banks skończył Yale. Detektyw z dyplomem zajmujący się morderstwami? Co w tym dziwnego? Świat schodzi przecież na psy.
Ręka, w której Banks trzymał filiżankę kawy, drżała. Kilkoma nieznacznymi ruchami palca lewej ręki, połączonego z pulpitem kontrolnym, Rhyme wyłączył klimatyzację. Regulacją ogrzewania i klimatyzacji z reguły zajmował się Thom. Rhyme korzystał z urządzenia przy pracy z komputerem, przy włączaniu i wyłączaniu świateł oraz gdy używał mechanizmu do przewracania stron. Ale teraz w pokoju zrobiło się zbyt chłodno. Ciekło mu z nosa.
Dla ludzi ze sparaliżowanymi rękami jest to tortura nie do zniesienia.
- Żąda okupu?
- Nie.
- Ty kierujesz śledztwem? - Rhyme zapytał Sellitta.
- Nie. Jim Polling. Chcemy, żebyś przejrzał raport dotyczący morderstwa...
Roześmiał się.
- Ja? Nie czytałem takich raportów od trzech lat. Co ja będę mógł wam powiedzieć?
- Dużo, Linc.
- Kto jest teraz szefem wydziału?
- Vince Peretti.
- Syn kongresmana - przypomniał sobie Rhyme. - Niech on przejrzy raport.
Chwila wahania.
- My chcemy, żebyś ty to zrobił.
- Kogo masz na myśli, mówiąc "my"?
- Moją skromną osobę i szefa.
- A jak kapitan Peretti zareaguje, gdy dowie się o tym braku zaufania? - zapytał Rhyme, uśmiechając się pod nosem.
Sellitto wstał i zaczął chodzić po pokoju. Patrzył na sterty czasopism poświęconych kryminalistyce.
- Sam widzisz - powiedział Rhyme. - Prenumeraty skończyły się wieki temu. Wszystkie czasopisma są zakurzone.
- Wszystko tutaj jest zakurzone, Linc. Dlaczego nie podniesiesz swojej leniwej dupy i nie posprzątasz w tym chlewie?
Banks patrzył przerażonym wzrokiem.
Rhyme zdusił śmiech, który wyrwał mu się mimowolnie. Jego przyjaciel popełnił gafę, ale nie był na niego zły. Przez chwilę żałował, że nie może już współpracować z Sellittem. Stłumił jednak to uczucie.
- Nie mogę wam pomóc. Przepraszam - mruknął.
- W poniedziałek rozpoczyna się konferencja pokojowa. My...
- Jaka konferencja?
- ONZ. Ambasadorzy, głowy państw. Tysiące dygnitarzy w mieście. Nie słyszałeś o tych jajach w Londynie?
- Czyich jajach? - wyraźnie złośliwie rzucił Rhyme.
- Ktoś podłożył bombę w hotelu, w którym odbywała się konferencja UNESCO. Burmistrz nie chce, aby to się powtórzyło w Nowym Jorku.
- Poza tym jest jeszcze jeden mały problem - zauważył z uśmieszkiem Rhyme. - Tammie Jean nie wróciła do domu...
- Jerry, opowiedz kilka szczegółów. Zaostrz mu apetyt.
Banks oderwał wzrok od nóg Rhyme'a i zaczął patrzeć na łóżko. To jest bardziej interesujące, przyznał w myślach Rhyme. Zwłaszcza pulpit kontrolny. Wyglądał jak część wyposażenia statku kosmicznego. Kosztował zapewne tyle samo.
- Dziesięć godzin po porwaniu znaleźliśmy tego mężczyznę, Johna Ulbrechta. Został postrzelony i pochowany żywcem przy torach kolejowych w pobliżu Trzydziestej Siódmej i Jedenastej. Już nie żył. Pociski: kalibru .32.
Oznaczało to, że nie można wyciągnąć wniosków na temat przestępcy na podstawie badań balistycznych. Banks jest bystry, pomyślał Rhyme. Jedyną jego wadą jest młodość. Być może wyrośnie z tego. Lincoln Rhyme był przekonany, że on sam nigdy nie był młody.
- Czy lufa była gwintowana?
- Tak, lewoskrętnie. Sześć rowków.
- Miał więc kolta - orzekł Rhyme i spojrzał na schematyczny rysunek przedstawiający miejsce, w którym znaleziono ofiarę.
- Pan używa liczby pojedynczej. A tak naprawdę trzeba mówić w liczbie mnogiej - odparł Banks. - Było dwóch przestępców. Znaleźliśmy dwa rodzaje śladów butów między grobem a metalową drabiną. - Młody detektyw wskazał na rysunek.
- Zostawili jakieś ślady na drabinie?
- Nie. Wytarto ją fachowo. Ślady butów prowadzą do grobu i z powrotem do drabiny. We dwóch musieli zaciągnąć ofiarę. Facet ważył ponad dziewięćdziesiąt kilogramów. Jeden by sobie nie poradził...
- Mów dalej.
- Wrzucili go do dołu, postrzelili i przysypali ziemią. Po drabinie wspięli się na ulicę. Zniknęli.
- Strzelali do niego, gdy był w grobie? - dopytywał się Rhyme.
- Tak. Nie znaleźliśmy śladów krwi między drabiną a grobem.
Rhyme'a interesowała ta sprawa.
- Czego ode mnie chcecie?
Sellitto w uśmiechu pokazał nierówne żółte zęby.
- To jest bardzo tajemnicza sprawa, Linc. Na podstawie śladów i zeznań świadka nie można ułożyć prawdopodobnego scenariusza zbrodni.
- Zatem? - Wszystkie ślady znalezione na miejscu przestępstwa układały się przecież w spójną całość.
- To niesamowita sprawa. Przeczytaj raport. Proszę. Włożę go tutaj. Jak to działa? - Sellitto spojrzał na Thoma. Ten umieścił raport w urządzeniu odwracającym strony.
- Nie mam czasu, Lon - protestował Rhyme.
- Świetny wynalazek - zauważył Banks, patrząc na urządzenie.
Rhyme nie odpowiedział. Spojrzał na pierwszą stronę i przeczytał ją uważnie. Przesunął o milimetr palec. Gumowa pałeczka odwróciła stronę. Rzeczywiście, bardzo dziwna sprawa, pomyślał, czytając.
- Kto kieruje analizą śladów?
- Peretti osobiście. Gdy usłyszał, że znaleziona ofiara jest jednym z pasażerów taksówki, natychmiast tam pojechał.
Rhyme czytał dalej. Przez minutę przyciągnęły jego uwagę toporne zdania raportu. Gdy usłyszał dzwonek, zabiło mu mocniej serce. Spojrzał chłodno na Thoma. Skończyły się żarty. Thom skinął głową i zbiegł po schodach.
Wszystkie myśli o taksówkarzach, śladach zbrodni, o porwanych bankierach uleciały z głowy Lincolna Rhyme'a.
- Doktor Berger - oznajmił Thom przez domofon.
W końcu. Nareszcie.
- Cóż, przepraszam, Lon. Jestem zmuszony was prosić, żebyście poszli. Miło było z wami się spotkać. - Uśmiechnął się. - Bardzo interesująca sprawa.
Po chwili wahania Sellitto wstał.
- Lincoln, przeczytasz raport? Powiesz nam, co o tym sądzisz?
- Pewnie - odparł Rhyme i położył głowę na poduszce. Ludzie sparaliżowani jak Rhyme, którzy mają sprawne mięśnie szyi i głowy, mogą uruchamiać wiele urządzeń, poruszając głową w trzech kierunkach. Nie chciał jednak zrezygnować z jednej z nielicznych przyjemności, która mu pozostała: z możliwości wygodnego ułożenia głowy na poduszce kupionej za dwieście dolarów. Nie dał przyczepić sobie do głowy żadnych kabelków.
Wizyta policjantów wyczerpała go fizycznie. Nie było jeszcze południa, a chciało mu się spać. Przez mięśnie szyi przechodziły dreszcze.
Gdy Sellitto i Banks byli w drzwiach, zawołał:
- Lon, poczekaj!
Detektyw się odwrócił.
- Powinniście wiedzieć o jednej rzeczy. Znaleźliście tylko jedno miejsce przestępstwa. Musicie znaleźć drugie - jego dom. Tam najpierw zawiózł porwanych. Będzie to bardzo trudne...
- Skąd wiesz o drugim miejscu?
- Ponieważ nie strzelał do mężczyzny w grobie. Strzelał do niego w pierwszym miejscu. Tam zapewne przetrzymuje kobietę. Musi to być jakiś opuszczony teren albo podziemia, piwnice. Albo to i to. Ponieważ... - Rhyme uprzedził pytanie młodego detektywa - ...strzelanie do ofiary przy torach było ryzykowne. Ktoś mógł usłyszeć.
- Może użył tłumika.
- Nie znaleziono śladów bawełny lub kauczuku na pociskach - burknął Rhyme.
- Ale nie znaleziono też śladów krwi - oponował Banks.
- Przypuszczam, że strzelił mężczyźnie w twarz - oświadczył Rhyme.
- Tak - potwierdził Banks, uśmiechając się głupio. - Skąd pan wie?
- Jeżeli nie uszkodzi się mózgu, strzał z trzydziestkidwójki rzadko jest śmiertelny. Postrzelony mężczyzna był bezwolny i przestępca mógł go zaprowadzić, gdzie chciał. Mówię w liczbie pojedynczej, ponieważ był tylko jeden przestępca.
Chwila milczenia.
- Ale... są dwa rodzaje odcisków butów - wyszeptał Banks, przerażony, jakby rozbrajał minę.
Rhyme westchnął.
- Ślady butów są takiej samej wielkości. Zostały zostawione przez tego samego mężczyznę, który dwukrotnie przemierzał drogę między drabiną a grobem. Chciał nas wywieść w pole. Ślady prowadzące na północ są takiej samej głębokości jak te biegnące na południe. Nie niósł w jedną stronę dziewięćdziesięciokilogramowego ciężaru. Czy zamordowany miał na nogach buty?
Banks przerzucił swoje notatki.
- Nie. Tylko skarpetki.
- Okay. Zatem przestępca włożył buty ofiary i zrobił mały spacer od grobu do drabiny i z powrotem.
- Jeżeli nie schodził po drabinie, to którędy dotarł z ofiarą do grobu?
- Przestępca prowadził mężczyznę po torach, prawdopodobnie z północy.
- Tam nie ma drabin.
- Ale są tunele równoległe do torów. Wloty do nich znajdują się w piwnicach starych domów przy Jedenastej. Zostały wykopane przez gangstera - Owneya Maddena - w czasach prohibicji. Transportował nimi whisky, którą ładował na pociągi jadące do Albany i Bridgeport.
- To dlaczego przestępca nie zakopał ofiary w pobliżu tunelu? Dlaczego ryzykował i prowadził go tak daleko? Mógł zostać zauważony.
- Nie wiesz, dlaczego to zrobił? - Rhyme był zniecierpliwiony.
Banks chciał coś powiedzieć, ale tylko potrząsnął głową.
- Musiał ukryć ciało tam, gdzie łatwo można je zauważyć - wyjaśnił Rhyme. - Chciał, żeby ktoś je znalazł. Dlatego nie przysypał jednej ręki ofiary. Pomachał do nas. Chciał przyciągnąć naszą uwagę. Przestępca był tylko jeden, ale jest sprytny za dwóch. Gdzieś w pobliżu grobu musi być wejście do tunelu. Odkryjcie je i poszukajcie śladów, odcisków palców. Na pewno nic nie znajdziecie. Ale musicie to zrobić. Dla prasy. Gdy zaczną pisać o tej sprawie... Życzę powodzenia, panowie. Teraz musicie mi wybaczyć. Lon?
- Tak?
- Nie zapomnij o pierwszym miejscu przestępstwa. Cokolwiek się zdarzy, musisz je odnaleźć. I to szybko.
- Dziękuję, Linc. Przeczytaj tylko raport.
Rhyme powiedział, że przeczyta. Spojrzał na twarze policjantów. Chciał wiedzieć, czy uwierzyli w jego kłamstwo. Całkowicie.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI