Limes - Damian Porwit

Kup ebooka

12.92 zł

-
Proszę czekać

P R O L O G

R Z Y M

760 rok od założenia Rzymu (7 rok n.e.)

Dwa dni przed idami styczniowymi (11 stycznia)

Zabójca czaił się na dachu. Południowy wiatr smagał go w twarz, a deszcz przenikał chłodem aż do szpiku kości. Zziębnięty poruszał rytmicznie członkami nie dopuszczając, by chłód osłabił władanie tak potrzebnych dzisiaj mięśni. Kiedy wiatr nieco ustał, uniósł głowę i spojrzał na rysujące się przed nim zachodnie zbocze Eskwilinu. Powiódł wzrokiem niżej, wzdłuż linii znaczącej szlak, aż osiągnął pierwsze insulae - wysokie na kilka pięter czynszówki. Zapatrzył się na jedną z nich, po czym przeniósł wzrok dalej, w samo serce Subury. Słońce chyliło się ku zachodowi, rzucając przez ołowiane chmury ostatnie, nieśmiałe promienie na pokryty lśniącymi kałużami, niewybrukowany plac. Zabójca obserwował samotną kobietę zmierzającą pośpiesznie w kierunku kamiennej studni. Kiedy nabrała wody, w jej stronę poleciał grad zepsutych pomidorów. Zachodnią część placu pokrył już mrok, w którym kryli się napastnicy. Zabójca zignorował nagłą chęć podążenia w tamtym kierunku. Bez problemu mógłby upuścić krwi tanim opryszkom. Zacisnął pięści i obserwował kobietę oddalającą się pośpiesznie w przeciwległym kierunku. Ponownie przeniósł wzrok na zachodni stok Eskwilinu: tą drogą nadejdzie ofiara.

Kiedy mrok ogarnął cały plac, zabójca wytężył wszystkie zmysły. Ulica opustoszała. Tu i ówdzie dało się słyszeć trzask metalowych skobli i drewnianych okiennic. Po niezwykle gwarnym dniu zapanowała cisza. Zabójca nie znosił gwaru, ale równie mocno dawał mu w kość przejmujący brak oznak życia. Dobrze wiedział, że umysł może płatać w takich chwilach figle. Jeśli człowiek zbyt długo wsłuchuje się w ciszę, zaczyna słyszeć nieprawdziwe dźwięki, a jeśli zbyt długo wpatruje się w mrok, zaczyna dostrzegać złudne kształty. Zabójca doskonale wiedział, że w mroku nocy czają się dziesiątki par oczu, które, podobnie jak on, czekają na nieostrożną ofiarę. Nie widział ich, ale niemal fizycznie wyczuwał nienawistne i pełne oczekiwania spojrzenia, świdrujące puste zaułki wynędzniałej ulicy.

Wiatr zmienił kierunek, deszcz zacinał teraz od tyłu. Zabójca zmełł w ustach przekleństwo, kiedy doszedł go dźwięk. Nadstawił uszu. Najpierw usłyszał kroki niosące się głuchym echem po wyludnionej ulicy, dopiero później dostrzegł okutaną postać. Spokojnie przyglądał się jak przecina plac, rzucając na boki niespokojne spojrzenia. Zabójca z miejsca rozpoznał ofiarę. Od wielu dni nie odstępował jej na krok, poznał jej zwyczaje i sposób rozumowania. Wiedział, że kiedy minie centralną część placu, zbliży się do kamienicy położonej od wschodu, po czym wąskim portykiem podaży na północ, prosto w jego sidła.

Zabójca skulił się w sobie i wstrzymał oddech. Wiedział, że to niepotrzebne. Ofiara nigdy nie spojrzy w górę, a nawet gdyby, przejmujący mrok i padający deszcz stanowiły doskonałą kryjówkę.

Zabójca zacisnął skórzany pas. Sprawdził mocowanie oręża, poprawił rękawice i wiązanie kaptura. Czekał. Jego myśli krążyły niczym burzowe chmury.

Mężczyzna przeciął plac i zniknął pod fasadą portyku. Zabójca podniósł się bezszelestnie i z gracją dzikiego kota przeskoczył przez niski mur okalający dach. Wylądował miękko, tuż przed ofiarą. Mężczyzna cofnął się o parę kroków i rozejrzał. Jego oczy przypominały spodki talerza. Głębokie i wielobarwne. Był przerażony. Zabójca zrobił krok do przodu. Mężczyzna wydobył zza pasa nóż. Zabójca się roześmiał.

- To nie będzie konieczne, bracie - głos Zabójcy poniósł się echem po portyku.

- Cz... Czego chcesz?

- Zabić cię - zabójca dobył miecza. Krople deszczu lśniły, spływając po orężu.

Mężczyzna zanurkował dłonią w głąb tuniki i wydobył z niej pękaty mieszek. Podrzucił kilkakrotnie by zabójca mógł ocenić jego zawartość.

- Może być twój - powiedział.

- I tak będzie mój.

Zabójca uśmiechnął się i ruszył w jego stronę.

Mężczyzna zamachnął się nożem. Zabójca leniwie odparował cios, nie przestając się uśmiechać. Mężczyzna spróbował uderzyć go w twarz. Zabójca złapał go za rękę i trzasnął na odlew rękojeścią miecza. Mężczyzna zatoczył się i zalał krwią. Zabójca podszedł bliżej. Wolną ręką ujął go za kark i przysunął do twarzy.

- Czas umierać - wyszeptał, zatapiając ostrze w trzewiach mężczyzny.

Oczy ofiary zaszły mgłą. Z ust wydobył się bulgot. Wtedy zabójca zsunął kaptur.

- To... To ty... - wycharczał mężczyzna.

Zabójca podniósł mieszek i oddalił się, zostawiając ofiarę na śmierć.

I

G E R M A N I A

762 rok od założenia Rzymu (9 rok n.e.)

Przeklęte miejsce! - burknąłem pod nosem, gdy las na dobre pogrążył się we mgle. - Na Hades, po co zjeżdżaliśmy z drogi?

- Skrót! - odparł sucho dowódca oddziału, Marek Celiusz. - Czyżby nie odpowiadała ci germańska gościnność?

Westchnąłem głęboko i przetarłem zmęczone oczy.

Od dwóch godzin stroma i wąska ścieżka wiodła przez gęsty, dębowy las, z każdym krokiem bezlitośnie pogrążając nas we mgle. Gdy już myślałem, że więcej nie zniosę, stromizna z wolna ustąpiła miejsca płaskiej, poskręcanej korzeniami drzew ziemi. Szlak nie stał się przez to bezpieczniejszy, ale mogłem w końcu oderwać się od końskiej szyi i rozprostować zdrętwiałe po forsownej jeździe plecy. Nie byłem legionistą, jednak doświadczenie zdobyte w Germanii, w połączeniu z dobrym wykształceniem odebranym za młodu, pozwalało mi na całkiem niezłą ocenę topografii terenu i jeśli się nie myliłem, znajdowaliśmy się właśnie w szerokiej i dobrze zacienionej niecce. Gęste poszycie lasu chroniło wilgotną ziemię przed słońcem, ale wysoka temperatura panująca tego niezwykle ciepłego popołudnia sprawiała, że ziemia zaczynała parować, wypełniając nieckę mlecznym kożuchem.

- A czy komuś ona odpowiada? - rozejrzałem się i zakląłem szpetnie, gdy wystający konar, kształtem przypominający ludzką dłoń, zaczepił o moje przedramię. - Spójrz na te gęstwiny. Jeśli wytężysz wzrok... Zupełnie jakby czaiły się tam lemury gotowe pochwycić człowieka, gdy ten okaże się niezbyt ostrożny.

Celiusz roześmiał się.

- Jesteś miękki, adwokacie. Typowy mieszczuch nawykły do wymoszczonych dróg, wygodnego łoża i służby spełniającej każde życzenie w mgnieniu oka. Ale tu, w Germanii, niczego podobnego nie znajdziesz. Znalazłeś się na granicy rzymskiego świata. Limes - miejsce, w którym walczysz, albo giniesz.

- Myślisz, że tego nie wiem? - żachnąłem się. - Od dwóch lat odparzam sobie tyłek, wlekąc się od jednego przeklętego obozu do drugiego. Wziąłem udział w dziesiątkach tak zwanych procesów i za każdym razem sprawiedliwy wyrok musiałem wyszarpać siłą! Nie opowiadaj dziecięcych historyjek o Germanii. Powiedz gdzie jesteśmy i dokąd jedziemy!?

Celiusz wzruszył ramionami.

- Już ci mówiłem. Germański zwiad zna skrót. Zaoszczędzimy dzięki temu dwa dni drogi. A śpieszymy się z twojego powodu.

- Z mojego?

- Kilka dni temu przybył posłaniec. Jesteś potrzebny w Anreppen. Szykuje się poważna rozprawa i Germanie wybrali właśnie ciebie na adwokata. Stałeś się sławny, Lucjuszu. A może powinienem rzecz Lucjuszu, obrońco Germanów, hę?

Nie odpowiedziałem.

Chytry uśmiech przetoczył się przez twarz Celiusza.

- Jesteś na fali wznoszącej, to nie ulega wątpliwości - Celiusz pokręcił głową. - W Rzymie ta fala zdążyłaby już zalać Forum niczym Nil egipską ziemię, przynosząc dostatek urodzaju. Tu, w Germanii, nie dorobiłeś się nawet jednego zapchlonego konia. Germańska wdzięczność nie ma przełożenia na sprawy materialne, co? Bogowie muszą mieć setny ubaw, obserwując tę żałosną pantomimę, którą zwiesz własnym życiem. Po co tu w ogóle przyjechałeś?

Spojrzałem na niego z ukosa.

Celiusz był postawnym mężczyzną, jednym z niewielu, na których trud i znój legionowej służby nie robił wrażenia. Dzięki szerokiemu wachlarzowi umiejętności, którymi cechował się jego oddział, Marek Celiusz czuł się świetnie zarówno w siodle, jak i podczas długich pieszych przemarszów. Jego plecy były proste, a krok sprężysty. Także w spojrzeniu nie odnajdywałem cienia zniechęcenia i zmęczenia - tak często spotykanego u innych żołnierzy. Cechowały go lekko kręcone, przetkane nitkami siwizny włosy, duży, mięsisty nos, kwadratowa szczęka i brzydka blizna biegnąca od lewego oka po podbródek. Duże doświadczenie, lata służby i niewyparzony język owocowały, któryś z legatów zrobił z niego centuriona. Celiusz dał się poznać jako zdolny dowódca, toteż szybko piął się po drabinie legionowej kariery. Nie minęło wiele czasu, a z centuriona szóstej kohorty awansował na primipilusa - centuriona pierwszej centurii, w pierwszym manipule pierwszej kohorty. Zyskał dzięki temu realną władzę, dowodząc pierwszą kohortą, a w skrajnych przypadkach, przy nieobecności legata i trybunów, przejmował dowodzenie nad całym legionem. To budziło szacunek. Celiusza zapraszano na narady wojenne, w których brał czynny udział.

Poprawiłem się w siodle i raz jeszcze wyprostowałem zdrętwiałe plecy.

- Nie zawsze chodzi o pieniądze - odparłem.

Celiusz uniósł brew, ale nie odpowiedział.

- Nie oczekiwałem zrozumienia od prostego legionisty - powiedziałem, widząc jego kwaśny uśmiech. - Dla was, żołnierzy, świat jest bezbarwną, jednolitą masą gdzie wszystko jest z góry ustalone. Daj mi dwóch różnych żołnierzy, a bez wahania skoczą sobie do gardeł. Daj mi dwóch władców, a będą rywalizować o ziemię jak zapchlone psy o zeschniętą kość, w której nie ma już szpiku. Daj mi dwóch adwokatów, a zaraz ktoś zostanie skazany. Tymczasem świat jest nieco bardziej skomplikowany i zapewniam cię, że zdecydowanie wykracza poza ramy twojego skostniałego rozumowania.

Celiusz zmarszczył brwi tak, że złączyły się one w jedną linię. Przez chwilę jechaliśmy w milczeniu. Nadstawiłem uszu, chcąc wyłapać dźwięki charakterystyczne dla żyjącego lasu. Zamiast tego, dobiegły mnie jęki, sapania i utyskiwania żołnierzy. Milczący las zawsze doprowadzał mnie do szału. Bogowie, czy jest na świecie coś równie upiornego?

- Rolą człowieka jest kroczyć ścieżką wyznaczoną przez bogów - Celiusz odezwał się po chwili i wzruszył ramionami. - Dlaczego miałbym nadszarpnąć nić życia, którą jeszcze przed moimi narodzinami utkały dla mnie parki? Po co naginać wolę bogów, narażać się na ich gniew, kiedy można żyć w zgodzie ze swoją naturą? Jak powiedziałeś, żołnierze mają zabijać. Nie obchodzi mnie polityka. Walczyć i słuchać rozkazów, to podstawowy obowiązek każdego legionisty.

Nie mogłem się nie uśmiechnąć.

- Czyżby? Przypomnisz mi ile masz lat?

Celiusz wyprostował się w siodle i odparł z dumą:

- Pięćdziesiąt trzy. Jeszcze rok i okres obowiązkowej służby w legionie dobiegnie końca. Kawałek żyznej ziemi, solidna odprawa, niebrzydka dziewka, to wszystko czego mi trzeba.

Skinąłem głową.

- Twoje rodowe nazwisko jest w Rzymie znane. Tu, w legionie, także okryłeś je chwałą.

Celiusz spojrzał na swoje odznaczenia i uśmiechnął się. Musiałem przyznać, że złoty medalion - oznaka ocalenia czyjegoś żywota - budził podziw.

- Nawet bez sestercji i ziemi, twoje nazwisko, rodzina, przyjaciele pomogą ci utrzymać się na powierzchni. Ale obejrzyj się i spójrz na swoich ludzi. O ilu z nich można powiedzieć to samo? Ilu z nich poradzi sobie z uprawą ziemi? Och, oczywiście, jest tam pewna grupa mężczyzn których legiony wyrwały z roli i oni po prostu wrócą do swoich korzeni. Sprytniejsi otoczą się grupą wyszkolonych niewolników i także sobie poradzą, ale większość skazana jest na niebyt. Mówisz, że wszyscy powinniśmy kroczyć ścieżką wyznaczoną przez bogów? Wasza ścieżka kończy się z chwilą wysługi odpowiedniej ilości lat. Nie, nie patrz tak na mnie. Minęło trochę czasu odkąd wyjechałeś z Rzymu, prawda? Subura pełna jest ludzi z marzeniami nie do zrealizowania i ambicjami nie do spełnienia. Wśród nich są także weterani zmuszeni do sprzedaży ziemi, której uprawiać nie umieli. Wyobrażali sobie, że po przekroczeniu bram Rzymu będzie lepiej, tymczasem miasto ich wchłonęło, strawiło i wydaliło. Niestety, już bez tej resztki sestercji, które zazdrośnie chowali za pasem. Ludzie tacy jak oni - wskazałem głową legionistów - oszukani w grze w kości, wysiedlani z podłych czynszówek, szukają pomocy u ludzi takich jak ja. Twoja kariera, Celiuszu, dobiega końca, moja się zaczyna. Niewykluczone, że kiedyś nasze ścieżki znów się przetną, a wtedy, możesz być pewien, z radością przypomnę ci naszą dzisiejszą rozmowę.

Przez chwilę jechaliśmy w milczeniu. Miarowy stukot końskich kopyt działał na mnie kojąco. Kasztanowa klacz imieniem Piękna zdawała się wyczuwać mój nastrój, bowiem wyraźnie zwolniła, pozwalając moim pośladkom na nieco wytchnienia.

Obejrzałem się przez ramię. Jechaliśmy na czele rzymskiej kolumny, przed sobą mając kohortę sprzymierzonych Germanów i turmę jeźdźców tego samego pochodzenia. Za nami, w dwójkach miarowo maszerowały dwie ciężkozbrojne kohorty. Przepisy wymagają, by żołnierze maszerowali w sześcioosobowym szeregu, ale wąska ścieżka wycięta w gęstej puszczy nie pozwalała na rozwinięcie pełnego szyku. Wydłużyło to niebezpiecznie kolumnę i narażało oddział na ryzyko ataku. Niepokój żołnierzy był namacalny. Niemal fizycznie czułem zaciśnięte szczęki i spięte mięśnie każdego piechura. Pochód zamykała straż tylna stanowiąca lustrzane odbicie czoła kolumny, kohorty lekkozbrojnych, germańskich sprzymierzeńców i jednej turmy jeźdźców, na którą składało się trzydziestu konnych. Celiusz dysponował dwoma tysiącami wojowników. Od blisko roku, decyzją namiestnika Warusa, dwukohortowe oddziały wspomagane dwoma turmami jeźdźców i dwiema kohortami lekkozbrojnego wojska patrolowały tereny prowincji, osłaniały cywilów, nobilów czy ważniejszych oficjeli.

Spojrzałem na Celiusza. Jego zafrasowana mina połechtała moją próżność. Musiał słyszeć opowieści o bezdomnych żołnierzach, tułających się po obskurnych zaułkach Rzymu, ale, jak sądziłem, nikt w tak bezceremonialny sposób nie wygarnął mu tej całej, brutalnej prawdy.

Przed sobą usłyszałem ruch. Straż przednia wyraźnie zwolniła. Kątem oka dostrzegłem Celiusza wydającego rozkazy. Żołnierze natychmiast zwarli szyk. Wąska ścieżka wycięta w gęstym lesie ustępowała właśnie pola trawiastej polanie otoczonej z każdej strony spadzistymi, starymi i poskręcanymi dębami. Naturalne miejsce postoju - jak miałem się później dowiedzieć.

- Przeklęci Germanie! - mruknął pod nosem już wyraźnie rozdrażniony Celiusz. - Optio! Do mnie!

Przed nami wyrósł brodaty żołnierz imieniem Gajusz.

- Primipilusie?

- Pobiegniesz tam i zorientujesz się w sytuacji!

Legionista zasalutował i zniknął w gąszczu lekkozbrojnego wojska.

- Zauważyłeś?

- Co!? - warknął Celiusz.

- Mgła opadła. Przynajmniej w tym miejscu.

Celiusz rozejrzał się i mruknął coś pod nosem.

Chwilę później zjawił się Gajusz.

- Postój - zawołał zdyszany. - Germanie rozbijają obóz.

Celiusz spojrzał w niebo.

- Zostało jeszcze kilka godzin dnia! Przeklęci! - wrzasnął. - Czy tym psom wydaje się, że mogą dyktować Rzymianom, kiedy i gdzie rozbiją obóz? Pójdziesz tam i powiesz im, że natychmiast ruszamy!

- Już im to powiedziałem, dowódco - optio był wyraźnie zakłopotany.

- I co? Mówże, człowieku!!

- Twierdzą, że to jedyne dogodne miejsce na odpoczynek. Jeśli wyruszymy dalej, noc zastanie nas na drodze. Jeśli rozbijemy obóz tutaj, a w drogę wyruszymy rano, w Anreppen będziemy o zmierzchu. Tak przynajmniej twierdzą Germanie. No i lepszego miejsca na popas już nie będzie.

Celiusz dygotał z wściekłości. Byłem pewien, że zaraz wybuchnie, zruga legionistę, a sam wyjedzie Germanom naprzeciw, by wygarnąć im wszystko to, co tylko rzymski centurion może myśleć o barbarzyńskim wojsku i jego organizacji marszowej. To, co chwilę później nastąpiło, zaskoczyło nawet mnie. Celiusz zsiadł z konia, wziął dwa głębokie oddechy i ku zaskoczeniu Gajusza, usiadł na ziemi krzyżując nogi. Celiusz wycofał się w ten sposób, uznając racje Germanów. Gdybym powiedział, że nie podziwiam jego rozwagi i oceny sytuacji, można by mnie nazwać kłamcą. Stanowczy upór mógłby zachwiać i tak delikatną już równowagę między rzymskim, a germańskim wojskiem. Drażliwi Germanie, znający wszystkie doliny i szlaki, mogliby odjechać, zostawiając nas na pastwę wrogów.

Rozejrzałem się i mruknąłem.

- Wspaniałe miejsce na zasadzkę.

Gajusz podrapał się w brodę. Był zastępcą Celiusza i w lot nauczył się odgadywać zamiary dowódcy.

- Właśnie. Czy mam wystawić straż?

Celiusz skinął głową i legionista zniknął.

- Gdybym był germańskim dowódcą, właśnie tu...

- Zamknij się, Lucjuszu! Jeszcze usłyszy cię któryś z tych przesądnych głupców! Panika i bunt to ostatnie, czego tu potrzebuję. Znajdź sobie coś do roboty i zejdź mi z oczu!

Wzruszyłem ramionami i spiąłem konia, zostawiając Celiusza w tyle. Towarzystwo rzymskich żołnierzy zaczynało mi ciążyć.

II

- Lucjuszu! Czyżby znudziły cię awanse rzymskich żołnierzy? Taki młody, gładki mężczyzna musi być w ich typie! - zostałem pochwycony i niemal zmiażdżony w niedźwiedzim uścisku młodego, przystojnego Germanina.

- Arminiuszu - wydyszałem, nie mogąc złapać tchu. - Widzę, że Fortuna ci sprzyja.

Arminiusz zwolnił uścisk i wyszczerzył zęby w zawadiackim uśmiechu.

- Nerthus, nasza dobra bogini matka rzeczywiście okazuje mi swoją łaskę. Usiądziesz z nami? Mamy mleko, ser i piwo.

Skinąłem głową.

Germańskie wojsko rozbiło obóz na skraju lasu, wywiązując się z tego zadania szybciej niż Rzymianie. Chociaż słońce stało jeszcze całkiem wysoko, wszędzie płonęły ogniska, wokół których gromadzili się bladzi, długowłosi i postawni mężczyźni. Przed dwoma laty gardłowy dialekt Germanów napawał mnie niepokojem, dziś rozumiałem niemal każde słowo i co dziwne, bywały dni, kiedy wolałem posługiwać się językiem germańskim, zapominając o wulgarnej łacinie, czy kwiecistej grece.

- Co tu robisz? - zapytałem. - Myślałem, że wróciłeś do swoich?

- Do Cherusków? Wracam! Ale najpierw zaprowadzimy was bezpiecznie do Anreppen. Źli Germanie nie chcą, by dobrym Rzymianom spadł choćby włos z głowy - Arminiusz nie przestawał się uśmiechać.

- A dobrzy Rzymianie nie chcą pozbawiać złych Germanów zarobku - zauważyłem.

Arminiusz wpatrywał się we mnie przez chwilę, po czym wybuchnął gardłowym śmiechem.

- Cały ty! - zawołał. - Typowy Rzymianin! Gdybyście walczyli tak jak żartujecie, z Rzymu nie zostałaby dzisiaj kupka piasku. To ironia, rozumiesz? Jako Rzymianin powinieneś to docenić.

- Ty także - uśmiechnąłem się. - Jako Rzymianin, rzecz jasna.

Uśmiech zastygł na twarzy Arminiusza. Jak każdy człowiek, nie lubił, gdy przypominano mu o niepożądanej przeszłości, szczególnie w obecności towarzyszy. Gdy Arminiusz był dzieckiem, ziemię Cherusków pustoszyły legiony dowodzone przez Druzusa, a później jego brata, Tyberiusza. Podbici Cheruskowie, jako gwarancję utrzymania pokoju, oddali Rzymianom dwóch braci książęcej krwi - Arminiusza i jego brata, Flavusa. Bracia wychowali się na dworze Augusta, odbierając staranne, rzymskie wykształcenie. Flavusa w pełni zromanizowano. Wyglądał jak Rzymianin, myślał jak Rzymianin i walczył jak Rzymianin. Arminiusz był zagadką. Zdobyta w Rzymie wiedza była dla niego środkiem do celu, a nie celem samym w sobie.

Młodego księcia Cherusków poznałem przed dwoma laty, krótko po przybyciu do Germanii, gdy razem z legionami Warusa objeżdżałem prowincję, obciążając ją dodatkowymi podatkami i ucząc Germanów nowej, rzymskiej litery prawa. Od tamtych dni spotkałem go jeszcze kilka razy i zawsze uderzała mnie zmiana, jaka w nim zachodziła. Z młodego, nieokrzesanego młodzieńca wyrósł na odważnego, pełnego wigoru mężczyznę. Bogowie obdarzyli go atletyczną budową ciała, ładnie skrojonym nosem, pełnymi ustami i jasnymi, kręconymi włosami. Jak każdy Germanin, odznaczał się wyjątkowym wzrostem, przekraczającym siedem stóp. Także tężyzna fizyczna nie pozostawiała wiele do życzenia. Na tle niskich, krępych i żylastych Rzymian, Germanie wyglądali jak monumentalne posągi formowane przez greckich rzeźbiarzy. Jako książę Cherusków Arminiusz nigdy nie nawykł do fizycznej pracy, jednak podczas tych nielicznych spotkań, widywałem go kopiącego rowy, stawiającego palisady, ćwiczącego z własnymi ludźmi. To budziło szacunek.

- Jak miewa się twój brat? - zapytałem, przerywając krępującą ciszę.

- Flavus jest w Panonii. Razem ze swoją Alą, ma się rozumieć. Wieść niesie, że dobrze mu idzie pod rozkazami Tyberiusza.

W jego głosie usłyszałem nutę goryczy.

- Niezbyt ci się to podoba, co?

- Co mianowicie?

- Wyjazd brata. Wolałbyś mieć go przy sobie.

- Flavus to głupiec, ale odważny głupiec. W ostateczności może okazać się, że zrobił dobrze wiążąc swój los z Rzymianami... Albo zrobił źle. Któż to dziś może wiedzieć?

- Ty sam związałeś z nami swój los - przypomniałem.

- Właśnie.

- Właśnie - powiedziałem, pociągając łyk piwa z bukłaku, który krążył z rąk do rąk. - Nie przedstawisz mi swoich towarzyszy?

Spojrzałem na mężczyzn siedzących przy ognisku. Dla niezaprawionego w germańskich obyczajach człowieka, każdy wojownik wygląda niemal identycznie: nosi tak samo długie włosy, gęsty wąs i brodę, przyodziewa się niewyprawioną skórą tych samych zwierząt. Ale dla człowieka, który spędził trochę czasu w Germanii, pewne cechy widoczne są gołym okiem. Na przykład germańscy dowódcy odpoczywają i jadają tylko we własnym towarzystwie, każdy z nich, podobnie jak Rzymianin - i tu jest chyba jedyne podobieństwo między naszymi nacjami - cechuje się lekko zarozumiałą postawą z charakterystycznie uniesionym podbródkiem. Gdyby wprawne oko obserwatora pominęło wszystkie niuanse związane z obyczajowością ludów germańskich, na pierwszy plan wysuwała się framea - włócznia i mała, charakterystycznie zdobiona tarcza, którą każdy Germanin nosi ze sobą do końca życia. Tarcze dowództwa pokrywały kunsztowne zdobienia, które każdy Germanin wykonywał sam, przy czym tylko dowództwo mogło pokrywać tarczę najjaśniejszymi barwami. Spoglądając na tarczę Arminiusza i jego towarzyszy, nie miałem wątpliwości, że mam przed sobą mężczyzn królewskiego pochodzenia.

Arminiusz dorzucił drwa do ognia, po czym zatoczył ręką łuk.

- Dlaczego nie? Wszyscy pochodzą z Cheruskiej ziemi, ma się rozumieć.

- Ma się rozumieć.

Arminiusz wskazał ręką wąsatego młodzieńca siedzącego po mojej lewej stronie.

- To jest Markwart, syn Berengara.

Uniosłem brew.

- Chciałeś powiedzieć, Notger, syn Notgera, naczelnika Chattów.

Notger zesztywniał i odruchowo sięgnął po sztylet.

Arminusz uśmiechnął się i powstrzymał go ruchem dłoni. W jego oczach tańczyły wesołe ogniki.

- Młodzieńca po twojej prawej stronie zwiemy Eckardem.

- A dokładniej Radbodem z plemienia Brukterów - odparłem.

Arminiusz nie przestawał się uśmiechać.

- Ten zamyślony, ciemnowłosy mężczyzna siedzący na wprost ciebie, to Dunstan, syn brata mego ojca.

- A ja w nim rozpoznaję Herborta z plemienia Marsów.

Herbort uśmiechnął się. Prawą ręką wykonał dziwne znaki, dotknął amuletu, który luźno zwisał z jego szyi i wbił we mnie spojrzenie.

- Dobra bogini, Tanfana, przewidziała nasze spotkanie - powiedział z powagą w głosie. - A jeśli bogini zwraca na kogoś swój wzrok, nie możemy przejść obok tego obojętnie.

Już miałem odpowiedzieć coś stosownego, kiedy wyraźnie rozbawiony Arminiusz wszedł mi w słowo.

- A czy rozpoznajesz człowieka siedzącego obok mnie? - zapytał.

Wzruszyłem ramionami.

- Adalryk z plemienia Uzytepów. Syn i świeżo upieczony następca Adelarda.

Niebieskooki Adalaryk spojrzał na mnie spod ociężałych powiek. Przez jego usta przebiegł nieśmiały cień uśmiechu, po czym przemówił.

- Zatem znasz wszystkich, Rzymianinie?

- Tylko tych, których warto znać. Dlaczego ukrywacie własną tożsamość?

Nie usłyszawszy odpowiedzi, kontynuowałem:

- Myślałem, że wszystkie plemiona to zaciekli wrogowie, tymczasem - przerwałem, by odgonić natrętną osę, która nabrała upodobania do mojego piwa - widzę tu grupę młodych książąt siedzących i gawędzących jak najlepsi przyjaciele. Przyznam, że jako Rzymianina trochę mnie to niepokoi.

- Jako Rzymianina, nie powinno cię to obchodzić - syknął Radbod.

- Czyżby? Może powinniśmy o to zapytać Marka Celiusza?

To wzbudziło niepokój.

- Lucjuszu, konflikty ojców nie zawsze przechodzą na synów. Ich błędy nas nie obchodzą.

- Doprawdy?

Arminiusz uśmiechnął się przyjacielsko.

- Jesteś jak pies, który zwęszył kość, co? Nie spoczniesz, póki nie poznasz prawdy. Prawdziwy, rzymski adwokat. Może najpierw powiesz, skąd znasz moich towarzyszy?

- To nie jest skomplikowane - odparłem. - Wracamy z ziemi Chattów. Proces... - splunąłem wzgardliwie. - Ta karykatura procesu, do udziału w której zmuszono mnie, przyciągnął wielu germańskich oficjeli. Także i ciebie, Notgerze. Towarzyszyłeś własnemu ojcu.

- A pozostali?

Wzruszyłem ramionami.

- Doprawdy, Arminiuszu, zadajesz dziwne pytania. Znasz mnie, wiesz, czym się zajmuję. Podróżując po germańskiej ziemi widzi się to i owo.

- Zatem znasz nas - podsumował Arminiusz - ale nie wiesz, co tu robimy. To musi być dla ciebie prawdziwa udręka.

Uśmiechnąłem się.

- Nie bardziej niż dla tego tam - wskazałem na Notgera, który ściskał rękojeść sztyletu tak mocno, aż mu kłykcie zbielały. - Zaraz dostanie ataku epilepsji. Lepiej daj mu piwa.

To wyraźnie rozładowało atmosferę. Wszyscy się roześmiali, dając upust nagromadzonym emocjom.

- Myślę, że możemy powiedzieć ci to i owo - zaczął spokojnie Arminiusz.

- Zamknij się, Arminiuszu! - warknął Notger.

- Sam się zamknij! Lucjusz jest uczciwym człowiekiem. Wiele razy przekonałem się o tym. Lepiej jest mu powiedzieć nieszkodliwą prawdę, zanim zechce podzielić się swymi rewelacjami z Celiuszem. Mam rację, Lucjuszu?

- Sam bym tego lepiej nie ujął.

- Ale i tak wszystko mu opowiesz przy nadarzającej się okazji?

- Być może.

Arminiusz westchnął.

- Dobrze. Wspomniałem już, że konflikty ojców nie muszą przechodzić na synów.

- Wspomniałeś - zgodziłem się.

- Właśnie. I nie przechodzą. Przynajmniej nie na nas - Arminiusz ponownie zatoczył ręką łuk. - W Rzymie nauczyłem się jednego. Rozwagi. Po co kłócić się z sąsiadami, skoro można z nimi wychylić kubek piwa? Po co z nimi walczyć, jeśli można wyruszyć na wspólne polowanie? Nie dla nas spory naszych ojców i dziadów. My chcemy żyć w pokoju. Chcemy móc przejechać od ziemi Cherusków do Brukterów bez ryzyka, że zaatakują nas Marsowie.

Westchnąłem i spojrzałem w górę. Po błękitnym niebie sunęła procesja puchatych, białych chmur zmierzając w sobie tylko znanym kierunku. Odchrząknąłem.

- Jakoś wam nie wierzę. Mój nos adwokata czuje, że coś tu brzydko pachnie.

- Ach, tak. To Adalryk. Mówiłem, że powinien się wykąpać, ale on nie chciał słuchać.

To wzbudziło kolejną salwę śmiechu.

- Tak, może czuję zapach Adalryka, a może to coś innego. Potajemne spotkania, knucie za plecami Rzymian?

Spojrzałem każdemu w oczy. Wolno i głęboko. Pomimo jasnego światła dnia, niczego niepokojącego w nich nie zobaczyłem. Dawno temu przekonałem się, że ludzka twarz jest jak zwój pergaminu. Można z niej wyczytać historię życia człowieka. Każda zmarszczka, znamię czy blizna stanowi zapis odrębnych, często dawno zapomnianych chwil. Tylko w twarzy zapisana jest przeszłość. Oczy natomiast są lustrzanym odbiciem uczuć, stanowią także swego rodzaju zawór bezpieczeństwa dla nagromadzonych w głowie myśli. Pewien filozof powiedział mi, że człowiek, który za dużo myśli, ryzykuje przegrzaniem mózgu, dlatego w oczach pojawia się wszystko to, co nie może zostać w głowie. W oczach Arminiusza dostrzegłem ciepły błysk sympatii, Notger z trudem skrywał swoją nieufność, Adalryk był wyraźnie rozbawiony, a kiedy jego usta wyginały się w łuk uśmiechu, oczy także były uśmiechnięte. Radbod unikał mego wzroku.

- Zapewniam cię, że nie.

- Zapewniasz? - zapytałem, drapiąc się w głowę.

Arminiusz rozłożył ręce.

- Jak inaczej mogę cię przekonać?

- Nie możesz. Na razie...

Zapadła cisza. W oddali usłyszałem odgłosy charakterystyczne dla rozbijania rzymskiego obozu marszowego. Oddziały inżynieryjne kończyły właśnie wytyczanie ostatecznych granic obozu, głośno spierając się o wielkość głównej bramy wjazdowej. Gardłowe okrzyki centurionów zachęcały legionistów do wytężonej pracy, miarowy stukot młotów uderzających o metalowe szpilki służące za mocowanie namiotów niósł się głuchym echem, skrzypienie łopat zagłębiających się w twardym kamienistym gruncie, mieszały się z przekleństwami i ogólnym utyskiwaniem na stan germańskiej ziemi.

- Wieść niesie, że jutro dotrzemy do Anreppen - zagadnąłem, przerywając ciszę.

- Jeśli Tuiston pozwoli...

- Lepiej, żeby pozwolił - mruknąłem i podniosłem się z kolan. - Muszę się odlać.

Kiedy wróciłem, germańskich książąt już nie było. Jedynym namacalnym śladem naszego spotkania było tlące się ognisko.

III

Tuiston nie przeszkodził w bezpiecznym dotarciu do Anreppen. O świcie następnego dnia legioniści pośpiesznie zwinęli obóz i natychmiast wyruszyliśmy w drogę. Po kilku godzinach przedzierania przez gęstwiny, gdzie wijący się po zboczach wzgórz szlak to zwężał się, to rozszerzał, nasz oddział dotarł do szerokiej, zbudowanej przez Rzymian drogi. Żołnierze w pełni rozwinęli szyk i tempo marszu wyraźnie uległo poprawie.

Anreppen osiągnęliśmy na dwie godziny przed zmierzchem, gdy słońce chyląc się ku zachodowi, rzucało długie cienie na pokryty kurzem, niewybrukowany trakt. Zanim przekroczyliśmy porta principalis - bramę południową, nasz oddział musiał przebrnąć przez gąszcz ciasno zabudowanych, prymitywnych, pokrytych strzechą, germańskich chat, które w ostatnim roku powstawały jak grzyby po deszczu, gęsto zaścielając wąskie pasma wolnego terenu wokół obozów. Ci z Germanów, którzy zechcieli zakosztować osiadłego trybu życia, budowali domy w pobliżu rzymskich osad. Germańskie prawo zabrania uprawy ziemi przez okres dłuższy niż jeden rok. Po tym czasie należało przekazać gospodarstwo kolejnej, wyznaczonej przez naczelnika plemiennego rodzinie. Tym sposobem nie pozwalano z natury półkoczowniczym germańskich mężczyznom rozsmakować się w osiadłym trybie życia, zbytnio przyzwyczajając się do roli. Osiedlenie w pobliżu rzymskiego obozu w praktyce sprowadzało się do całkowitego oderwania od germańskich plemion i ich litery prawa. Rzymianie nie przeszkadzali w uprawie ziemi, jeśli tej starczało dla wszystkich, czy hodowli zwierząt, jeśli nie brakowało miejsca na popas. Jedyny warunek polegał na uiszczeniu ustalonego przez prefekta obozu rocznego trybutu. Jako, że Germanie nie posługiwali się systemem monetarnym, trybut uiszczano w sztukach bydła lub skórach wołowych. Tym sposobem osiadłe germańskie rodziny zapewniały sobie ochronę Rzymian, doprowadzając do wściekłości wodzów swych rodzimych plemion.

Usytuowanie obozu stacjonarnego Anreppen pozwalało nam na przekroczenie granic obozu od południa. Germańskie, chaotyczne zabudowania ustępowały miejsca rzymskiemu porządkowi. Znaleźliśmy się na brukowanej drodze zwanej via principalis. Mniej więcej na środku obozu, tuż przy ołtarzu Jowisza, Marek Celiusz pożegnał się ze mną lekkim skinieniem głowy i skręcił w lewo, prowadząc swój oddział na leże, wcześniej polecając mi, bym udał się od razu do Warusa.

Zostałem sam. Westchnąłem i rozejrzałem się, chłonąc zapach skromnego zalążka cywilizacji.

Chociaż byłem Rzymianinem, zawsze podziwiałem niezachwianą determinację, z jaką moi rodacy dążyli do celu. Było to widoczne szczególnie w wyglądzie rzymskich miast - w ciągu swojego krótkiego życia zwiedziłem ich wiele i wszystkie były niemal identyczne. Podobnymi zasadami kierowano się budując legionowe obozy. Rzymskie obozy w centralnej części Germanii znajdowały się nad rzeką Lippe. Anreppen powstało na bazie obozu marszowego. Jego powierzchnia wynosiła dwieście jugerów, co oznaczało, że jednorazowo mogły tam przebywać dwa ciężkozbrojne, rzymskie legiony i taka sama ilość wojsk sprzymierzonych. Obóz przecinały dwie główne arterie: via decumana - zwana zwyczajowo drogą boczną i via principalis - droga główna. Droga tylna rozpoczynała swój bieg przy porta decumana - bramie zachodniej i prowadziła przez kwatery zasadniczej części wojska, które stacjonowały rozlokowane kohortami. Rzymskie kohorty rozmieszczano najbliżej drogi. Lekkozbrojne oddziały wojsk sprzymierzonych i jazda rozlokowane zostały bliżej ogrodzenia. Porta pretoria - brama wschodnia stanowiła kres via decumana, która wcześniej, w środkowej części obozu, tuż przy forum gdzie mieściły się kwatery dowództwa i wyborowych oddziałów elitarnych, krzyżowała się z via principalis - łącznikiem bramy północnej i południowej. Choć wszystkie obozy wyposażone były w cztery bramy wjazdowe, w praktyce żołnierze korzystali tylko z dwóch - bramy wschodniej i bramy zachodniej. Północna i południowa porta principalis służyły jako wejścia dla cywilów, gromad zwierząt, które codziennie zaganiano na popas, czy nieformalnych, małych oddziałów, jak nasz, które o nietypowych godzinach dnia opuszczały obóz, lub do niego wracały.

Ruszyłem w prawo, w kierunku głównych kwater dowództwa, jednak po chwili zatrzymałem się i zawróciłem. Głód, który teraz odczuwałem, nie pozwalał myśleć o niczym innym.