Lilla Weneda - Juliusz Słowacki

Kup ebooka

3.49 zł
2.86 zł (1,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Scena I

Pole nad Gopłem.
LECH, GWINONA, SYGOŃ, GRYF, wchodzą zbrojni.
LECH.

Zapalić ognie na pobojowisku, I tu mi wzięte przyprowadzić jeńce.

(Wchodzą DERWID z harfą złotą w ręku, LELUM i POLELUM w łańcuchach).
SYGOŃ.

Z ręki mu złotéj harfy nie wydarto. Jest to Wenedów król z dwoma synami.

LECH. (do Derwida).

Cóż myślisz starcze o ludach zachodnich? Wczora ty byłeś panem téj krainy, Dzisiaj do ciebie nie należy głowa, Która rządziła wczoraj temi ludy. Szaty na sobie teraz porozdzieraj, Okup się starcze łzy brylantowemi, Bo ci czekanem łeb roztrzaskam siwy. -

(do Lelum i Polelum).

Cóż to szczekacie jak psy łańcuchami? Cóż to niedźwiedzie, uczcie się pokory! Gdzie mój kat? - Ten mi człowiek plunął w oczy. Że ja maleńki to on mną pogardza, A wiem że mego miecza nie udźwignie. Gwinono, patrzaj jaki to lud rosły.

Ja komar i krew z niego wycedziłem, I wycisnąłem w ręku jak cytrynę. Jak się Czech dowié to nie będzie wierzył. Poszlę mu tego starca w podarunku, I tych dwu młodych poszlę królewiców, Niechaj porobi z nich obudwu psiarzy.

GWINONA.

Ja chcę usłyszeć ich głos. Każ niech mówią.

LECH.

Psy - łatwiéj zmusić ich aby jęczeli.

GWINONA.

Ta harfa musi być zaczarowana.

LECH.

Na Boga! prawdę mówisz moja lwico, Ta harfa musi być zaczarowana - Stary! czy w harfie twojéj siedzi djabeł Że tak o nią dbasz?... Na Boga! to mruki! My tu przed niemi jak na nitce wróble, A oni patrzą z góry jak na frygi. Gryfie odprowadź ich do Rzymskiéj wieży, Jak się wygłodzą to głos odzyskają.

(DERWID, LELUM, POLELUM wychodzą pod strażą)

To głuchoniemy jakiś lud Gwinono, I głuchoniemy król. - Na koń! hej na koń! Ufundujemy na trupach królestwo.

(wychodzą wszyscy).

Do Autora Irydiona

LIST DRUGI.

Kochany Endymijonie poezji, drzemiący w cieniu gajów laurowych, z lekkością i ciszą letniéj błyskawicy przedzieram się przez czarne liście drzew nieśmiertelnych, i trzema błyskami budzę ciebie ze snów niespokojnych... Wstań! wstań mój Endymijonie, tajemniczéj Muzy kochanku i postąp krokiem ku mnie a napotkasz nowy gaj fantazji, zielony sosnami teatr, bo oto dla ciebie jedynie mój drogi, wybudowałem nową scenę, sprowadziłem duchów aktorów, i rozłożyłem na leśnéj murawie, biegającego po świecie kolportera małe bogactwo - Odeszlij mnie z nowym zarobkiem przyjaźni, ze łzą jeżeli można; z pochwałą jeżeli można: a będę spokojny na wieczność. Obudź się! obudź Rzymski w złotéj zbroi, z ognistym pancerzem rycerzu! Nowe mary stoją przed tobą: oto jest wzgórze okryte zieloną murawą, na wzgórzu stoi dwanaście druidycznych kamieni i trzynasty tron z omszonego granitu; oto wzgórze ukoronowane wieńcem dwunastu biało-włosych harfiarzy, zewsząd jakby morzem czerwonego połysku oblane... te straszne wzgórza zwierciadło to krew narodu... Śpiew dwunastu harf rozlega się nad ludem umarłych i wbiega w puste, szumiące lasy sosnowe, wołać nowych na zemstę rycerzy - Czy ci nie smutno? Oto jest rycerz, z dwojgiem serc, z mieczem jedynym, z Tella, z Kastora i z Poluxa złożony; rycerz którego jedna połowa jest tarczą, a druga śmierci żelazem - wódz mający dwie dusze i dwa ciała; nieszczęście narodu; przeznaczenie dowodzące potępionemu przez Boga ludowi.. Wódz z dwojakiem i nie śmieszném już więcéj nazwiskiem: oto stoi na stosie ostatecznym jako posąg przyszłości - Czy go widzisz? Oto wróżka, która zabrania harfiarzom rospaczy, a jednym strasznym i mściwym czynem zajęta, stąpa po sercach ludzkich, kruszy je pod swemi nogami... Eumenida Eschylowska krzycząca: zwycięztwo! sto serc ludzkich za zwycięztwo. - Czy się nie wzdrygasz? Oto jest stary i święty człowiek, który przyszedł łzawe Chrystusa oliwy zaszczepiać na płonkach sosnowych i zamięszkał w czaszcze olbrzyma, a przyjazne jemu ślimaki przylazły i śliną kryształową zalepiły czaszki już pustéj zrennice, powoje owinęły ją dokoła. Oto we wnętrzu groty kościanéj i ludzkiéj, krzyż stoi, lampa się pali i błyszczy obraz Rafaelowski Boga Rodzicy - Widzisz jak dno złote obrazu pięknie jaśnieje w ciemnościach pustego czerepu? słyszysz jak szemrze modlitwa? Lecz - o! biada - o! losy... słowo świętego starca, miecz Rolandowy wyprzedził i jeszcze lud jeden kona z wiarą okropną rospaczy w przyszłość i zemstę - Cóż mój Galilejczyku? Oto jest brat Rolanda a praszczur Sobieskiego, człowiek silnéj ręki, i Molierowskiéj w domostwie słabości; kontusz mu włożyć i buty czerwone gdy wróci z piorunowéj walki siarką cuchnący i krwią oblany po szyję - Kontusz mu włożyć i żupan niechaj panuje - bez jutra. Oto nareszcie jest twarda dziewka Skandynawska; oto mniejsze mrówki ludzkości pełne kłamstwa, wybiegów, tchórzostwa w osobie Ślaza - Oto jest cały sklepik kolportera, wysypujący przed tobą swe fantastyczne figurki: za które autor sam gada a czasem szczebioce Alfierego językiem. - Na cóż to wszystko? Zaprawdę ci powiadam jam tych mar nie wołał - przyszły same; przyprowadziła je z zobą biała Lilla Weneda; a ja ujrzawszy ten tłum ludzi, harf złotych, hełmów, tarcz, i mieczów dobytych, usłyszawszy głosy zmięszane dawno już wymordowanego ludu, wziąłem jedną z harf Wenedyjskich do ręki, i przyrzekłem duchom powieść wierną i nagą jaka się posągowym nieszczęściom należy. Ile razy więc zwyczajem teraźniejszych poetów chciałem zacząć kwilącą serca dyssekcją, lub melancholizowaniem sztuczném obrazów prostą legendę okrasić, tyle razy mary zjawione krzyczały z krajów przeszłości: serca nasze były zdrowe i ciała, w mowie naszéj nie było niespodziewanych concetti, choć córki królewskie nie wzdychałyśmy do xiężyca, choć synowie królewscy pędziliśmy woły na paszę: Ossyan usłyszał naszego zgonu historją, lecz nie znalazł w niéj dosyć chmur xiężycowych, duchów, sarn, błyskawic i wiatru wzdychającego po mogiłach, ani więc ruszył harfy na omszonym dębie wiszącéj, ale odpędził nas w mgle niepamięci rospaczne: - Lecz ty, mówiły daléj mary, któregośmy widziały w ciemnym Agamemnona grobowcu, ty, jadący niegdyś brzegami laurowego potoku gdzie Elektra królewna płótno bieliła matczyne, mów o nas prosto i z krzykiem. Tak namówiony wziąłem pół posągową formę Eurypidesa tragedji, i rzuciłem w nią wypadki wyrwane z najdawniejszych krańców przeszłości; a jeżeli mi Bóg pozwoli, to na téj nieco marmurowéj podstawie, oprę szersze, bardziéj tęczowe, lecz mniéj fantastyczne niż Balladyna tragedje; tylko ty Irydjonie nie opuszczaj mnie śród zimnego świata słuchaczy, tylko ty mi nie daj uczuć chłodu który mi na czoło od twarzy ludzkich powiewa; a gdybyś widział na mnie idące węże, weź w rękę harfę Lilli Wenedy i przemień te gady w słuchaczów. - Ile razy z tobą byłem, zdawało mi się że wszyscy ludzie mają oczy Rafaelowskie, że dosyć jest, jednym słowa zarysem pokazać im piękną postać duchową, że dbać nie trzeba o niedowidzenie; a chronić się tylko przesytu; sądziłem że wszyscy ludzie obdarzeni są Platońską i Attycką uwagą; że dodawszy do stworzonego już przez poetów świata jedną taką postać jak nimfa uwieńczona jaskółkami, które pierszchają z włosów dotknięte słońca promykiem; jedną taką postać jak nimfa uwiązana rączkami za łańcuch smutno gwarzących po niebie żórawi; można te Ateńczyki obrócić na niebo oczyma. - Teraz widzę, że innych widm, innych kolorów, innych potrzeba obrazów. Nie schodzę jednak z mojéj drogi, a że jest pustą i szeroką; to przypomina mi złote pustynie Suez, na których tak mi dobrze było gdym się tylko za słońcem i gwiazdami kierował. - Jest to wreszcie dla mnie droga konieczna, ile razy bowiem zetknę się z rzeczywistemi rzeczami, opadają mi skrzydła, i jestem smutny jak gdybym miał umrzeć; albo gniewny, jak w owym wierszu o Termopilach, który na końcu xięgi umieściłem, niby chór ostatni śpiewany przez poetę. - Na Odyna! niech wrzeszczą samochwalce - a ja z drgającemi ustami wracam pod skrzydła twoje ochłonąć. A teraz słyszę że mnie pytasz skąd się w mojéj myśli biała postać Lilli Wenedy zjawiła - posłuchaj. Przed pięcią laty mieszkałem nad jeziorem Szwajcaryi, blisko miasteczka Villeneuve, dawnego Avencium. Miasteczko to położone na zielonéj równinie w końcu jeziora, niedaleko zamku Chillon i skał Heloizy, czarowało mię swoją wiejską i spokojną pięknością; na jasnych i wodnistych łąkach zbudowane, uśmiecha się wiosenną zielenią z pod czarnych gór, które podobne Rzymskiemu Legionowi, stoją groźne, nachylone, gotowe spaść i rosproszyć - Co? - kilka małych domków, biało odbitych w jeziorze, mały kościołek z piramidalną wieżyczką i rzęd ciemnych drzew kasztanowych, które jesienią owieszone mnóstwem chłopiąt, tłukących z koron owoce, rumienią się hożą czerwonością wesołych twarzy, niby jabłonie sadów naszych mnóstwem owoców spłonione. Takiém jest dzisiaj to miasteczko - lecz niegdyś, przed wiekami, na tém samém miejscu odbywała się okropna jakaś ofiara; musiało być poświęcenie się, rospacz, szczęk broni, miecz katowski ucinający głowę starca i słowo S. P. Q. R. błyszczące na Rzymskich chorągwiach. Czas wszystko uciszył. Z całéj owéj historji został tylko jeden grobowiec z następującym napisem:

JULIA ALPINULA
TU LEŻĘ
NIESZCZĘŚLIWEGO OJCA, NIESZCZĘŚLIWA CÓRKA:
BOGÓW AVENTYŃSKICH KAPŁANKA.
WYPROSIĆ OJCA OD ŚMIERCI NIE MOGŁAM.
NIESZCZĘŚLIWIE UMRZEĆ W LOSACH JEGO BYŁO.
ŻYŁAM LAT XXIII.

Mój Irydjonie, ta młoda dziewica, ta czysta kapłanka co żyła tylko lat 23, skarżąca się tak cicho - a tak przeraźliwie - z przeszłości: ona to zamieniła się w Lillę Wenedę; chciałem kwiat łączny przenieść do Polski: niosłem go ze świętém uczuciem, aby nie stracić zeń rosy, listka nie ułamać. Ta mara srebrnéj białości która na dziwnéj zieleni łąk Szwajcarskich, na odłamie skały, stawała przedemną: teraz zmartwychwstawszy nad Gopłem opowiedziała swego poświęcenia się historją; cicha, czysta, biała i spokojna ale głęboko w serce, nawet przez ojca własnego raniona. Dawniéj jeszcze, jadąc przez pińskie błota, widziałem mnóstwo lilji wodnych i mnóstwo chłopów wychudłych od głodu; między chłopami a nenufarem litewskim taki był związek, że chłopstwo jadło kwiatów łodygi, nie mając chleba; łodygi te bowiem rdzéń mają słodką, gąbczastą, która za pokarm służyć może. Co z tego pińskiego wspomnienia do Tragedji wniknęło - zobaczysz. A teraz, kiedym ci się wyspowiadał, usiądź na ułamku jakiéj dawnéj ruiny, albo pod cieniem Wirgillowego lauru niech cię gwarząca moja przeszłość otoczy - usiądź nad kryształową jaką i smętną wodą, abyś z xiążką moją mógł to zrobić, co zamyślona z białą różą w ręku dziewczyna; to jest, oberwać ją liść po liściu, rzucić w wodę płynącą, i pytać się losu listków o los człowieka; a zniszczywszy tak ciało Lilli Wenedy, odtwórz ją na nowo w myśli swojéj większym blaskiem odzianą i piękniejszą sto razy, i niech ta postać do nas obojgu należy, niech będzie jako łańcuch łączący dwóch Wenedów ręce, nawet w śmierci godzinie. - A tych dwóch wodzów! czy ty myślisz Irydjonie że tworząc ów myth jedności i przyjaźni, nie łudziłem się słodką nadzieją - że kiedyś - i nas tak we wspomnieniach ludzie powiążą i na jednym stosie postawią... ty mnie wtenczas umarłego będziesz trzymał na piersiach, i mówił mi do ucha słowa nadziei i zmartwychwstania, albowiem za życia słyszałem je od ciebie jedynie.

Paryż, dnia 2. kwietnia 1840 r.

Scena II

Cela pustelnika podobna kształtem do wnętrza czaszki olbrzymiéj. W głębi obraz N. Panny na dnie złotém.
ŚWIĘTY GWALBERT i ŚLAZ.
ŚWIĘTY GWALBERT.

Splamiłeś moje oczy Mości Ślazie, Wlazłem za twoją poradą na sosnę -

Splamiłeś moje oczy krwi widokiem. To sprawa djabła, przybyłem nawracać, A jacyś ludzie przybyli wycinać: Wycięli prędzéj niż ja nawróciłem; Za to się trzeba aż do krwi biczować Mnie, jako Panu, tobie, jako słudze, A obu jako sługom Pana Boga.

ŚLAZ.

Et fit voluntas tua.

ŚWIĘTY GWALBERT.

Tak, tak Ślazie, Et fit voluntas tego co na niebie. A jednak szkoda że ten lud wycięto, Bo lud był dobry choć nie Chrześcijański.

ŚLAZ.

Domine, wszyscy więc poszli do piekła?

ŚWIĘTY GWALBERT.

Ziemia przed krzyżem krwią czerwoną ściekła, Z tej krwi wybuchnie płomień w kształcie krzyża. Śmierć kruszy ciała, lecz wieczność przybliża. Narody będą wkrótce okupione; Widziałeś Ślazie, komety czerwone Z długiemi chwosty - co tu wróżą zmianę, Komety, co jak wiedźmy rozczochrane Goniły za mną aż do Jeruzalem, Grożąc mi chłostą, krzyżem, albo palem. Cóż mi zrobiły?! - Kiedy będzie trzeba Te straszne gwiazdy palcem zetrę z nieba. Bóg swemu słudze, za wiek długi trudów Przerażających, da godzinę cudów. Cóż mi ten mocarz co tu krwawi lasy? Nowy Faraon, wejdę z nim w zapasy, Złamię i rószczkę ognistą otrupię; A potém jedną łzą gorącą kupię Żywot dla niego wieczny i zbawienie.

ŚLAZ.

Domine, z czego proszę są promienie, Które ty nosisz na głowie?

ŚWIĘTY GWALBERT.

Są ze mnie, Z mojéj wewnętrznéj wiedzy i z Anioła Co w ciele mojém pali się tajemnie.

ŚLAZ.

Myślałem, że te płomieniste koła Są z włosów?

ŚWIĘTY GWALBERT.

Ergo nie byłyby z duszy?

ŚLAZ.

Domine, a kot kiedy się napuszy To mu tak iskry z włosów wylatują.

ŚWIĘTY GWALBERT.

Są ludzie głupi jak ty, co się trują Porównywaniem dwóch natur w stworzeniu.

ŚLAZ.

Domine, wiara jest w mojém wątpieniu.

ŚWIĘTY GWALBERT.

Wątpienie z djabła jest.

ŚLAZ.

Więc mię on szuka.

ŚWIĘTY GWALBERT.

Obacz no Ślazie, ktoś do chaty stuka.

(Ślaz otwiera. Wchodzi LILLA WENEDA.)
LILLA WENEDA.

W imie Marji.

ŚWIĘTY GWALBERT.

Patrzcie to królewna, To neofitka moja. - Cóż tak rzewna? Cóż tak spłakana? Córko, czemuś drżąca?

LILLA.

Przyszłam do ciebie mój ojcze płacząca, Mój ojciec, bracia moi są w niewoli,

Chcę ich ratować, lecz mi serce boli A nie podaje żadnéj mądrej rady. Świat cały teraz dla mnie smutny, blady, Za łez strumieniem nie widać mi słońca. Ty mój poradnik jedyny, obrońca. Nieszczęśliwego ojca mam w niewoli, Braci w kajdanach.

ŚWIĘTY GWALBERT.

Cóż ja ci poradzę?

LILLA.

Już w ostatecznéj się widzę niedoli. Powiedz, o! powiedz czy ten Lech ma władzę Ojca mojego zabić?

ŚWIĘTY GWALBERT.

To człek srogi.

LILLA.

Powiedzże czém są twoje wielkie Bogi, Jeśli nie mogą mi dopomódz biednéj?

ŚWIĘTY GWALBERT.

Bluźnisz dzieweczko, Bóg w osobie jednéj.

LILLA.

O! ja wiem! ja wiem! ty mnie uczył długo, Nie zapomniałam wcale twéj nauki; Lecz teraz naucz jak ocalić ojca.

ŚWIĘTY GWALBERT.

Gotowaś jest ślub czystości uczynić?

LILLA.

Mój ojcze, jeśli tém ojca wybawię, Ja będę czystą jak marcowe śniegi, Jak po moczarach białe konwalije, Albo te kwiatki co ze śniegu wstają I brudnéj ziemi nie widzą i giną. Dosyć mi będzie że mi starzec siwy Pobłogosławi i obleje łzami.

ŚWIĘTY GWALBERT.

Zrób więc intencją przed obrazem Matki Boga, na krzyżu - ukrzyżowanego. Zrób jéj ofiarę z dziewiczego serca.

LILLA.

Jakże mam mówić? - O! niebios Królowo! Oddaj mi ojca a ja Ci dam siebie Jako białego gołębia bez plamki, I nic nie będę więcéj pożądała, I nic mię nigdy na świecie nie splami.

ŚWIĘTY GWALBERT.

Teraz dzieweczko ona będzie z nami. - Ślaz daj mi kostur. - Gdzież obozem leży Ten Lech?

LILLA.

On ojcze mieszka w Rzymskiéj wieży.

ŚWIĘTY GWALBERT.

Na stare nogi droga niedaleka.

(ŚWIĘTY GWALBERT i LILLA WENEDA wychodzą.)
ŚLAZ (sam.)

Djiabeł mi każe służyć u człowieka Co mnie suchemi korzonkami głodzi. Wychudłem jak szczep... Człowiek się raz rodzi - Pamiętaj o tém dobrze Mości Ślazie Żeś się urodził - I raz więc umiera - Pamiętaj dobrze na to Mości Ślazie Że raz umiera i że się raz rodzi. Ergo - ponieważ się już urodziłeś, Więcże korzystaj z tego Mości Ślazie. Ergo więc, nogi za pas i w świat jasny! - A zrób intencją z czystości: - A na co? - Czy masz w niewoli ojca Panie Ślazie? A jak się w tobie zakocha królewna A ty w czystości jak w błocie po uszy! - Chciałbym coś znaleść niepotrzebniejszego

I z tego zrobić votum Panu Bogu, Aby mi trochę sprzyjał na początek. - Naprzykład - zróbmy votum z przywiązania Do mego Pana - ot i lżéj na sercu... A teraz niech tę celę biorą djabli Już nie potrzebna mi - niechaj się pali!

(Podkłada ogień pod ściany... i z zapalającéj się celi wychodzi.)