LIST DRUGI.
Kochany Endymijonie poezji,
drzemiący w cieniu gajów laurowych, z lekkością i ciszą letniéj
błyskawicy przedzieram się przez czarne liście drzew
nieśmiertelnych, i trzema błyskami budzę ciebie ze snów
niespokojnych... Wstań! wstań mój Endymijonie, tajemniczéj Muzy
kochanku i postąp krokiem ku mnie a napotkasz nowy gaj fantazji,
zielony sosnami teatr, bo oto dla ciebie jedynie mój drogi,
wybudowałem nową scenę, sprowadziłem duchów aktorów, i rozłożyłem
na leśnéj murawie, biegającego po świecie kolportera małe bogactwo
- Odeszlij mnie z nowym zarobkiem przyjaźni, ze łzą jeżeli można; z
pochwałą jeżeli można: a będę spokojny na wieczność.
Obudź się! obudź Rzymski w złotéj zbroi, z ognistym
pancerzem rycerzu! Nowe mary stoją przed tobą: oto jest wzgórze
okryte zieloną murawą, na wzgórzu stoi dwanaście druidycznych
kamieni i trzynasty tron z omszonego granitu; oto wzgórze
ukoronowane wieńcem dwunastu biało-włosych harfiarzy, zewsząd jakby
morzem czerwonego połysku oblane... te straszne wzgórza zwierciadło
to krew narodu... Śpiew dwunastu harf rozlega się nad ludem
umarłych i wbiega w puste, szumiące lasy sosnowe, wołać nowych na
zemstę rycerzy - Czy ci nie smutno?
Oto jest rycerz, z dwojgiem serc, z mieczem jedynym, z
Tella, z Kastora i z Poluxa złożony; rycerz którego jedna połowa
jest tarczą, a druga śmierci żelazem - wódz mający dwie dusze i dwa
ciała; nieszczęście narodu; przeznaczenie dowodzące potępionemu
przez Boga ludowi.. Wódz z dwojakiem i nie śmieszném już więcéj
nazwiskiem: oto stoi na stosie ostatecznym jako posąg przyszłości -
Czy go widzisz?
Oto wróżka, która zabrania harfiarzom rospaczy, a jednym
strasznym i mściwym czynem zajęta, stąpa po sercach ludzkich,
kruszy je pod swemi nogami... Eumenida Eschylowska krzycząca:
zwycięztwo! sto serc ludzkich za zwycięztwo. - Czy się nie
wzdrygasz?
Oto jest stary i święty człowiek, który przyszedł łzawe
Chrystusa oliwy zaszczepiać na płonkach sosnowych i zamięszkał w
czaszcze olbrzyma, a przyjazne jemu ślimaki przylazły i śliną
kryształową zalepiły czaszki już pustéj zrennice, powoje owinęły ją
dokoła. Oto we wnętrzu groty kościanéj i ludzkiéj, krzyż stoi,
lampa się pali i błyszczy obraz Rafaelowski Boga Rodzicy - Widzisz
jak dno złote obrazu pięknie jaśnieje w ciemnościach pustego
czerepu? słyszysz jak szemrze modlitwa? Lecz - o! biada - o!
losy... słowo świętego starca, miecz Rolandowy wyprzedził i jeszcze
lud jeden kona z wiarą okropną rospaczy w przyszłość i zemstę - Cóż
mój Galilejczyku?
Oto jest brat Rolanda a praszczur Sobieskiego, człowiek
silnéj ręki, i Molierowskiéj w domostwie słabości; kontusz mu
włożyć i buty czerwone gdy wróci z piorunowéj walki siarką cuchnący
i krwią oblany po szyję - Kontusz mu włożyć i żupan niechaj panuje
- bez jutra.
Oto nareszcie jest twarda dziewka Skandynawska; oto mniejsze
mrówki ludzkości pełne kłamstwa, wybiegów, tchórzostwa w osobie
Ślaza - Oto jest cały sklepik kolportera, wysypujący przed tobą swe
fantastyczne figurki: za które autor sam gada a czasem szczebioce
Alfierego językiem. - Na cóż to wszystko?
Zaprawdę ci powiadam jam tych mar nie wołał - przyszły same;
przyprowadziła je z zobą biała Lilla Weneda; a ja ujrzawszy ten
tłum ludzi, harf złotych, hełmów, tarcz, i mieczów dobytych,
usłyszawszy głosy zmięszane dawno już wymordowanego ludu, wziąłem
jedną z harf Wenedyjskich do ręki, i przyrzekłem duchom powieść
wierną i nagą jaka się posągowym nieszczęściom należy.
Ile razy więc zwyczajem teraźniejszych poetów chciałem
zacząć kwilącą serca dyssekcją, lub melancholizowaniem sztuczném
obrazów prostą legendę okrasić, tyle razy mary zjawione krzyczały z
krajów przeszłości: serca nasze były zdrowe i ciała, w mowie naszéj
nie było niespodziewanych
concetti, choć córki królewskie nie wzdychałyśmy do
xiężyca, choć synowie królewscy pędziliśmy woły na paszę: Ossyan
usłyszał naszego zgonu historją, lecz nie znalazł w niéj dosyć
chmur xiężycowych, duchów, sarn, błyskawic i wiatru wzdychającego
po mogiłach, ani więc ruszył harfy na omszonym dębie wiszącéj, ale
odpędził nas w mgle niepamięci rospaczne: - Lecz ty, mówiły daléj
mary, któregośmy widziały w ciemnym Agamemnona grobowcu, ty, jadący
niegdyś brzegami laurowego potoku gdzie Elektra królewna płótno
bieliła matczyne, mów o nas prosto i z krzykiem.
Tak namówiony wziąłem pół posągową formę Eurypidesa
tragedji, i rzuciłem w nią wypadki wyrwane z najdawniejszych
krańców przeszłości; a jeżeli mi Bóg pozwoli, to na téj nieco
marmurowéj podstawie, oprę szersze, bardziéj tęczowe, lecz mniéj
fantastyczne niż Balladyna tragedje; tylko ty Irydjonie nie
opuszczaj mnie śród zimnego świata słuchaczy, tylko ty mi nie daj
uczuć chłodu który mi na czoło od twarzy ludzkich powiewa; a gdybyś
widział na mnie idące węże, weź w rękę harfę Lilli Wenedy i
przemień te gady w słuchaczów. - Ile razy z tobą byłem, zdawało mi
się że wszyscy ludzie mają oczy Rafaelowskie, że dosyć jest, jednym
słowa zarysem pokazać im piękną postać duchową, że dbać nie trzeba
o niedowidzenie; a chronić się tylko przesytu; sądziłem że wszyscy
ludzie obdarzeni są Platońską i Attycką uwagą; że dodawszy do
stworzonego już przez poetów świata jedną taką postać jak nimfa
uwieńczona jaskółkami, które pierszchają z włosów dotknięte słońca
promykiem; jedną taką postać jak nimfa uwiązana rączkami za łańcuch
smutno gwarzących po niebie żórawi; można te Ateńczyki obrócić na
niebo oczyma. - Teraz widzę, że innych widm, innych kolorów, innych
potrzeba obrazów. Nie schodzę jednak z mojéj drogi, a że jest pustą
i szeroką; to przypomina mi złote pustynie Suez, na których tak mi
dobrze było gdym się tylko za słońcem i gwiazdami kierował. - Jest
to wreszcie dla mnie droga konieczna, ile razy bowiem zetknę się z
rzeczywistemi rzeczami, opadają mi skrzydła, i jestem smutny jak
gdybym miał umrzeć; albo gniewny, jak w owym wierszu o Termopilach,
który na końcu xięgi umieściłem, niby chór ostatni śpiewany przez
poetę. - Na Odyna! niech wrzeszczą samochwalce - a ja z drgającemi
ustami wracam pod skrzydła twoje ochłonąć.
A teraz słyszę że mnie pytasz skąd się w mojéj myśli biała
postać Lilli Wenedy zjawiła - posłuchaj. Przed pięcią laty
mieszkałem nad jeziorem Szwajcaryi, blisko miasteczka Villeneuve,
dawnego Avencium. Miasteczko to położone na zielonéj równinie w
końcu jeziora, niedaleko zamku Chillon i skał Heloizy, czarowało
mię swoją wiejską i spokojną pięknością; na jasnych i wodnistych
łąkach zbudowane, uśmiecha się wiosenną zielenią z pod czarnych
gór, które podobne Rzymskiemu Legionowi, stoją groźne, nachylone,
gotowe spaść i rosproszyć - Co? - kilka małych domków, biało
odbitych w jeziorze, mały kościołek z piramidalną wieżyczką i rzęd
ciemnych drzew kasztanowych, które jesienią owieszone mnóstwem
chłopiąt, tłukących z koron owoce, rumienią się hożą czerwonością
wesołych twarzy, niby jabłonie sadów naszych mnóstwem owoców
spłonione. Takiém jest dzisiaj to miasteczko - lecz niegdyś, przed
wiekami, na tém samém miejscu odbywała się okropna jakaś ofiara;
musiało być poświęcenie się, rospacz, szczęk broni, miecz katowski
ucinający głowę starca i słowo S. P. Q. R. błyszczące na Rzymskich
chorągwiach. Czas wszystko uciszył. Z całéj owéj historji został
tylko jeden grobowiec z następującym napisem:
JULIA ALPINULA
TU LEŻĘ
NIESZCZĘŚLIWEGO OJCA,
NIESZCZĘŚLIWA CÓRKA:
BOGÓW AVENTYŃSKICH KAPŁANKA.
WYPROSIĆ OJCA OD ŚMIERCI NIE
MOGŁAM.
NIESZCZĘŚLIWIE UMRZEĆ W LOSACH
JEGO BYŁO.
ŻYŁAM LAT XXIII.
Mój Irydjonie, ta młoda dziewica, ta czysta kapłanka co żyła
tylko lat 23, skarżąca się tak cicho - a tak przeraźliwie - z
przeszłości: ona to zamieniła się w Lillę Wenedę; chciałem kwiat
łączny przenieść do Polski: niosłem go ze świętém uczuciem, aby nie
stracić zeń rosy, listka nie ułamać. Ta mara srebrnéj białości
która na dziwnéj zieleni łąk Szwajcarskich, na odłamie skały,
stawała przedemną: teraz zmartwychwstawszy nad Gopłem opowiedziała
swego poświęcenia się historją; cicha, czysta, biała i spokojna ale
głęboko w serce, nawet przez ojca własnego raniona.
Dawniéj jeszcze, jadąc przez pińskie błota, widziałem
mnóstwo lilji wodnych i mnóstwo chłopów wychudłych od głodu; między
chłopami a nenufarem litewskim taki był związek, że chłopstwo jadło
kwiatów łodygi, nie mając chleba; łodygi te bowiem rdzéń mają
słodką, gąbczastą, która za pokarm służyć może. Co z tego pińskiego
wspomnienia do Tragedji wniknęło - zobaczysz.
A teraz, kiedym ci się wyspowiadał, usiądź na ułamku jakiéj
dawnéj ruiny, albo pod cieniem Wirgillowego lauru niech cię
gwarząca moja przeszłość otoczy - usiądź nad kryształową jaką i
smętną wodą, abyś z xiążką moją mógł to zrobić, co zamyślona z
białą różą w ręku dziewczyna; to jest, oberwać ją liść po liściu,
rzucić w wodę płynącą, i pytać się losu listków o los człowieka; a
zniszczywszy tak ciało Lilli Wenedy, odtwórz ją na nowo w myśli
swojéj większym blaskiem odzianą i piękniejszą sto razy, i niech ta
postać do nas obojgu należy, niech będzie jako łańcuch łączący
dwóch Wenedów ręce, nawet w śmierci godzinie. - A tych dwóch
wodzów! czy ty myślisz Irydjonie że tworząc ów myth jedności i
przyjaźni, nie łudziłem się słodką nadzieją - że kiedyś - i nas tak
we wspomnieniach ludzie powiążą i na jednym stosie postawią... ty
mnie wtenczas umarłego będziesz trzymał na piersiach, i mówił mi do
ucha słowa nadziei i zmartwychwstania, albowiem za życia słyszałem
je od ciebie jedynie.
Paryż, dnia 2. kwietnia 1840 r.