ROZDZIAŁ PIERWSZY
Wyszehrad, rok 1382
Najgorsze w tym wszystkim jest to, moja panno, że działałaś z całkowitym rozmysłem. Ex proposito.
Pani Csaksy, przełożona dam dworu wyszehradzkiego zamku, patrzyła na dziewczynkę z miną wyrażającą całkowitą dezaprobatę. Jej szeroka, niemal męska twarz okolona rogatym czepcem była zeszpecona bliznami. Podobno sprawiły to specyfiki, których tamta używała w młodości, aby się upiększyć. Ale, jak mówiono, nigdy nie była powabna, nawet jako dziewczyna - wedle słów ojca Alberta "piękniejsza raczej z cnót niż z oblicza".
Amalia z trudem wytrzymała spojrzenie ochmistrzyni.
- Chciałam dobrze - wybąkała.
- Dobrze, powiadasz?
- Tak, ciociu.
- Kradzież nie jest żadnym dobrem! Jest obrazą Boga.
- Rozumiem.
- Nie dość, że to grzech, to jeszcze coś tak paskudnego nie przystoi dwórce. Zdumiewające, że muszę ci tłumaczyć podobne rzeczy.
- I tak by wyrzucili... Albo by zgniło.
- Zamilcz, smarkulo. Teraz ja mówię.
Amalia spuściła wzrok. Zza ostrołukowego okna komnaty dobiegały odgłosy bębnów i piszczałek. Do zamku zbliżał się orszak młodziutkiego księcia Wilhelma. Zapewne wszyscy są już za bramą, na błoniach, aby powitać przyszłego władcę Węgier. A Amalia musiała słuchać teraz kazania z ust groźnej pani Csaksy, której podobno obawiała się sama królowa Elżbieta.
Ochmistrzyni specjalnie wybrała tę właśnie chwilę, wiedząc, że ośmioletnie dziecko najbardziej ze wszystkiego pragnie być teraz z innymi dwórkami i świętować przybycie księcia.
Miała to być subtelna tortura.
- To, że ukradłaś te figi - kontynuowała lodowatym tonem, wciąż stojąc nieruchomo obok kaflowego pieca - by podzielić się nimi z pospólstwem, potrafię jeszcze jakoś zrozumieć. Nazwijmy to odruchem serca. Choć cały ich kosz dla Cyganki, córki wozaka, to moim zdaniem gruba przesada. Ale mniejsza z tym. Bardziej przeraża mnie podłość, jaką uczyniłaś kucharce. Potrafisz to jakoś wytłumaczyć?
Dziewczynka z wolna pokręciła głową.
W swojej sznurowanej po bokach, bogato haftowanej sukni, która była po prostu pomniejszoną wersją stroju dorosłych dam, wcale nie wyglądała poważnie, wręcz przeciwnie, jak nigdy dotąd przypominała dziecko. Jej czarne, kręcone włosy okrywał teraz skromny czepek, ale pani Csaksy dobrze wiedziała, że w tej małej diablicy próżno szukać skromności czy pokory, Amalia była uparta, bezczelna, nieposłuszna i kompletnie tutaj nie pasowała. Gdyby nie łaskawość starego króla Ludwika, który wysoko cenił lojalność nieżyjącego już ojca dziewczynki, bośniackiego barona Mladena, ta nigdy nie znalazłaby się w otoczeniu młodziutkiej Jadwigi, przyszłej królowej. Sama pani Csaksy by do tego nie dopuściła.
Z różnych przyczyn, o których wolała nie myśleć.
Za jej "rządów" przez dwór przewinęło się mnóstwo dziewcząt, pochodzących najczęściej z bogatych i wpływowych rodów, i na pierwszy rzut oka potrafiła rozpoznać te, które mogą sprawiać kłopoty. Umiała przejrzeć je na wylot. Na ogół nie zagrzewały długo miejsca na dworze, choćby ich rodziny były bardzo wpływowe. No cóż, należało dbać o poziom dwórek. A niełatwa to praca, gdyż przełożona miała pod sobą prawie sto dziewczyn i kobiet ze wszystkich najważniejszych komitatów Węgier, w tym kilkanaście cudzoziemek.
Setka niewiast - prawdziwy rój najprzeróżniejszych niewieścich słabości.
Amalia jednak stanowiła twardy orzech do zgryzienia, nawet dla niej. Ostatnimi czasy stała się prawdziwą ulubienicą Jadwigi, jej wierną towarzyszką, a to sprawiało, że pani Csaksy, chcąc nie chcąc, wciąż musiała tolerować jej wybryki.
Tym razem jednak będzie musiała interweniować u samej królowej. Nie puści tego płazem.
- Naturalnie zdajesz sobie sprawę, że śmiertelnie nastraszyłaś kucharkę i całą jej rodzinę? - spytała teraz.
Amalia potarła nos.
- Nie chciałam tego.
- A czego chciałaś, jeśli można wiedzieć?
- Żeby nic nie powiedziała. O tym, że... ukradłam te figi.
To było jednakże poważniejsze niż zwykła kradzież. Amalia została przyłapana przez jedną z kucharek, Marię, kiedy wynosiła ze spiżarni całkiem spory kosz z owocami. Zdumiona kobieta usłyszała, że to dla córki wozaka, więc natychmiast odebrała dziewczynce jej łup i zapowiedziała, że powie o wszystkim przełożonej, czyli pani Csaksy. Wtedy Amalia podobno aż poczerwieniała ze złości i zrobiła coś wyjątkowo głupiego, coś, co jeszcze pogorszyło sprawę.
Otóż oświadczyła, iż w takim razie ta cygańska rodzina rzuci na kucharkę klątwę.
Klątwy rzucane przez Cyganów potrafiły przestraszyć nie tylko prostych ludzi z zamkowej służby. Ostrzegali przed nimi nawet poważni biskupi, ponieważ na odległość zalatywały siarką, diabelskimi czarami. Ci ludzie o śniadych, często wytatuowanych twarzach, z kolczykami w uszach, wróżący z kart, budzili nieufność i strach z powodu swojej odmienności, dziwacznych zwyczajów, tajemniczego pochodzenia. Nie tak dawno temu, bodaj w zeszłym miesiącu, w majestacie prawa powieszono jednego z takich cygańskich czarowników za to, że sprowadził chorobę na krowy pewnego hrabiego.
Nic zatem dziwnego, że kucharka przeraziła się nie na żarty. Jakby tego wszystkiego było Amalii mało, tego samego dnia wieczorem wpuściła do kuchni czarnego kocura, a przecież wiadomo, choćby z ksiąg doktorów Kościoła, że taką ziemską postać szczególnie upodobał sobie Zły. W efekcie biedna Maria zasłabła, osunęła się na kamienną posadzkę, upuszczając chochlę, a gdy oprzytomniała, wraz z całą rodziną przeniosła się do innego skrzydła zamku, odmawiając powrotu do kuchni, póki nie poświęci jej ksiądz.
To chyba najbardziej wyprowadziło z równowagi ochmistrzynię.
- Przez ciebie będziemy musieli wezwać ojca Alberta, aby skropił garnki. - Pani Csaksy nie spuszczała oczu z dziecka, które wpatrywało się teraz w długie, zadarte noski swoich zamszowych trzewików. - Miarka się przebrała.
Z zewnątrz dobiegły pierwsze wiwaty na cześć Wilhelma. Pewnie wychodził właśnie z powozu.
- Powinnam zamknąć cię na tydzień w celi, o chlebie i wodzie, abyś miała czas na przemyślenia.
Amalia zdrętwiała.
- Nie... - wyszeptała. - Proszę. Może od jutra.
- Nie przerywaj mi. I tak byłaby to dla ciebie łagodna kara. Ale nasza umiłowana Hedwig, doprawdy nie wiedzieć czemu, bardzo cię lubi i już pytała, gdzie się podziewasz. Chce cię mieć dzisiaj przy sobie. Nie sprawię jej przykrości, bo kocham ją nad życie. Więc dołączysz do innych.
- Och! - Amalia musiała zapanować nad sobą, aby nie podskoczyć z radości.
- Ale wiedz - ciągnęła ochmistrzyni - że o całej sprawie dowie się królowa matka.
Prawdę mówiąc, była to zbyt odległa w czasie perspektywa, aby zająć teraz dominujące miejsce w umyśle dziewczynki. Najważniejsze, że zaraz dołączy do zabawy. Ma być uczta, popisy akrobatów, no i tańce.
Życie znów stało się piękne.
- I jeszcze coś - dodała na zakończenie pani Csaksy, kiedy mała chciała już ukłonić się i odejść. - Wieczorem pójdziesz do kucharki, przeprosisz i powiesz, że całą tę głupią klątwę zmyśliłaś.
- Tak, ciociu. Oczywiście.
- A teraz zejdź mi z oczu. Bo kiedy na ciebie patrzę, czuję się chora.
***
Amalia biegła mrocznymi korytarzami zamku, jakby się obawiała, że surowa ciotka Csaksy, jak nazywały ją dziewczęta, w ostatniej chwili zmieni zdanie. Szerokie rękawy sukni powiewały niczym skrzydła motyla, kiedy mijała kolejne komnaty i zakręty. Nie myślała już o słowach ochmistrzyni. Przyzwyczaiła się do jej kazań. Były jak prawa przyrody - kiedy jest burza, po prostu rozlegają się grzmoty. Ale burza mija i słońce znów wschodzi. Burzę należy przeczekać, starając się nie przemoknąć do suchej nitki.
Pani Csaksy uwielbiała straszyć dziewczynki opowieściami o zepsutych białogłowach, córach Lota, wiedeńskich nierządnicach, które topiono w Dunaju, jeśli drugi raz przyłapano je na haniebnym procederze, opisywanym zresztą przez ciotkę z najdrobniejszymi szczegółami. Problem w tym, iż kilkuletnie dwórki nie za bardzo rozumiały, na czym owe grzechy polegają, nawet gdy je im obrazowo przedstawiono. Toteż traktowały podobne historie jak okrutne i fascynujące baśnie, niemające nic wspólnego z dworskim życiem. Nie inaczej odbierała je Amalia. Występki jakichś cór Lota czy mieszkańców Sodomy pozostawały dla niej niezrozumiałe i najwyżej dziwaczne. Nic ją nie obchodziły. Myślała o lalkach, śpiewie, o tym, która z jej rywalek najładniej haftuje, a która najwyżej podskoczy. Tak, ochmistrzyni i jej kazania były tym, co się zdarzało i co należało przeczekać.
Na schodach o mało nie wpadła na młodego czyściciela kominków, który niósł wiadro i szczotkę. Chłopak zaklął pod nosem, ale go nie usłyszała, bo już wybiegała na dziedziniec. Natychmiast obskoczyły ją psy, przyzwyczajone, że zawsze ma dla nich jakiś przysmak z kuchni. Nie tym razem. Przystanęła zdyszana i spojrzała na bramę. Była otwarta. Po obu jej stronach stali halabardnicy. Po ich wyprostowanej postawie poznała, że orszak księcia Wilhelma zbliża się do zamku. Zwykle bowiem strażnicy opierali się o mur albo po kryjomu grali w kości, popijając piwo.
- A ty nie ze wszystkimi? - usłyszała głos za plecami.
Odwróciła się i ujrzała doktora Viscontiego, który wiele lat temu przyjechał na Węgry z Genui. Starszy mężczyzna mówił w śmieszny sposób i niczym astrolog zawsze nosił wysoki kapelusz.
- Miałam rozmowę z ciotką.
- Oho, poważna sprawa.
Zmarszczyła nos.
- Wcale nie.
- Słyszałem, co zrobiłaś, ragazza. To nawet zabawne.
- Zabawne? - Spojrzała na niego ze zdziwieniem. Chyba znowu wypił za dużo wina, bo miał błyszczące oczy i zaczerwienioną twarz.
- Zabawne, jak łatwo przestraszyć przesądne baby - wyjaśnił.
Poczuła się niezręcznie, więc nie odpowiedziała, opędzając się od psa, który trącał wilgotnym nosem jej nogę.
- Ty uważaj, młoda dziewczyna - pogroził jej palcem dottore. - Bo skończysz jak biedna Klara.
Przeszedł ją dreszcz. Klara Zach. W odróżnieniu od wiedeńskich nierządnic ta dziewczyna była kimś, kogo Amalia łatwo mogła sobie wyobrazić. Dwórka, taka sama jak ona. A w dodatku najpiękniejsza w całym fraucymerze. O jasnych włosach i anielskiej twarzy. Podobno też, jak mawiano, ulubienica królewicza Kazimierza. Tę makabryczną historię znali wszyscy, choć opowiadano ją potajemnie, aby nie drażnić rodziny królewskiej.
Otóż dawno temu ojciec pięknej Klary, szalony rycerz, zaatakował rodzinę królewską i odrąbał mieczem palce czcigodnej i szlachetnej Elżbiecie, babci Jadwigi. Dlaczego to zrobił - Amalia nie zrozumiała, choć starsze dwórki próbowały jej tę rzecz niejasno tłumaczyć. Łączyło się to w jakiś sposób z samym królewiczem Kazimierzem.
W każdym razie całą rodzinę Zachów okrutnie ukarano. Nie samego rycerza, bo ten zginął z rąk giermków podczas owego zamachu, ale sprawiedliwość dosięgła wszystkich jego bliskich. Brat Klary został rozerwany końmi, a strzępy jego ciała rzucono psom na pożarcie. No a sama dziewczyna... Och, strasznie było nawet o tym myśleć. Pięknej Klarze wyrwano rozpalonymi szczypcami nos i usta, a potem odrąbano palce u rąk, tak że zostały jej tylko kciuki. Potem wsadzono nieszczęsną na konia i obwożono po całym królestwie, aby opowiadała głośno wszystkim o tym, jak kończą zdrajcy. Na koniec ją zabito.
No dobrze, ale co to miało wspólnego z niewinnym kłamstwem Amalii? Jej ojciec nie był zdrajcą, tylko bohaterem, który oddał życie za króla i którego wszyscy wspominali z szacunkiem. Wprawdzie sama Amalia go nie pamiętała, ale dużo o nim słyszała. Doktor chciał ją po prostu nastraszyć.
- Nikt nie zrobi krzywdy dziecku, bo coś ukradło - odparła stanowczo.
- Nie bądź taka pewna, młoda dziewczyna.
- Macie, panie, przemoczone spodnie.
Visconti spojrzał na swoje obcisłe pludry, na których widniała plama - nie wiadomo, od wina czy od moczu. Zmieszał się i natychmiast zakrył plamę dłonią. Chciał coś powiedzieć, lecz właśnie w tej chwili na deskach zwodzonego mostu zadudniły kopyta i chwilę potem w bramie ukazało się dwóch rycerzy ze sztandarami Andegawenów, haftowanymi w złote lilie. Za nimi na dziedziniec wtoczył się czarny powóz zaprzężony w szóstkę siwych koni i przystrojony girlandami kwiatów. Amalia słyszała gwar rozmów ludzi, którzy jechali i szli z tyłu. Psy zaczęły ujadać, a z budynków gospodarczych wyszła zaciekawiona służba.
Przybył książę Wilhelm. Przyszły mąż Jadwigi.
Powóz zatrzymał się na środku dziedzińca. Pobiegło tam kilku młodych paziów w żółtych kubrakach i zielonych biretach, aby otworzyć drzwiczki z obu stron. Amalia z zachwytem patrzyła, jak młodzieńcy pomagają wysiąść Jadwidze, która musiała dołączyć do Wilhelma jeszcze na błoniach przed zamkiem, a potem samemu habsburskiemu księciu.
Hedwig wyglądała przepięknie. Po prostu cudownie. W zielonej sukni z adamaszku, z włosami ujętymi w złotą siatkę, prezentowała się jak bogini. Była w wieku Amalii, ale przewyższała ją wzrostem o pół głowy i można by pomyśleć, że ma już przynajmniej jedenaście lat. Jak zawsze w takich sytuacjach zachowywała odpowiednią minę i postawę. Ani nie uśmiechała się głupio, ani nie była przestraszona. Urodzona królowa.
Za to Wilhelm wyglądał... pociesznie. Na jego widok Amalia poczuła łaskotanie gdzieś w brzuchu i całą siłą woli powstrzymywała się, by nie wybuchnąć śmiechem. Książę był gruby, nie taki jak na obrazku, który nosiła przy sobie Hedwig. Ledwo mieścił się w kaftanie, tak opiętym, że chyba nie dało się w nim schylić. Młodzieńcza, pucołowata twarz błyszczała od potu, a przystrojony pawimi piórami kapelusz przekrzywił się podczas wysiadania z powozu. Wilhelm miał przypasany u boku jakiś mieczyk, który wyglądał niczym zabawka. Książę sprawiał wrażenie młodszego od Jadwigi, a przecież był od niej cztery lata starszy.
Wszyscy zebrali się już na zamkowym dziedzińcu. Amalia rozpoznała powóz biskupa Petara Sziklosa, a także pojazdy niektórych baronów. Zrobiło się zamieszanie - wyprzęgano konie, odganiano psy, ktoś odsuwał z drogi ludzi, aby nie blokowali wjazdu. Amalia szukała nowych twarzy, Niemców ze świty księcia, a także muzykantów i akrobatów. W pewnym momencie natrafiła na spojrzenie Jadwigi.
Królewna przesłała jej delikatny uśmiech i Amalia poczuła się szczęśliwa.
***
Wyszehradzki zamek był dużo okazalszy niż prastara siedziba Arpadów w Budzie. Posiadał obszerny dziedziniec, a reprezentacyjne sale oraz komnaty z wysokimi oknami i kasetonowymi sufitami budziły podziw nie tylko wielkością, lecz również nowoczesnym wystrojem. Świętej pamięci król Karol Robert, czcigodny dziadek Jadwigi, niechaj Bóg ma w opiece jego szczodrą, chrześcijańską duszę, kilkadziesiąt lat temu wybudował nowe blanki, a także sprowadził najlepszych dekoratorów z Italii, którzy mieli za zadanie tchnąć w te mury europejskiego ducha, godnego chwały Andegawenów.
Uczta powitalna rozpoczęła się późnym popołudniem.
W olbrzymiej sali jadalnej zgromadziło się tak wielu gości, iż służba musiała dostawiać ławy z całego zamku. Mimo imponujących rozmiarów wnętrza i otwartych szeroko okien panował tu zaduch. W powietrzu unosiła się ciężka woń perfum, pieczonego mięsa i przypraw. A także potu.
- Co ci powiedziała ciotka Csaksy? - zaciekawiła się Elżbieta, jedna z młodziutkich dwórek, która siedziała teraz obok Amalii i obierała jabłko.
- To co zawsze - odparła dziewczynka. - Że jestem nieznośna.
- Bo jesteś.
Amalia prychnęła.
- Ona po prostu mnie nie lubi.
- A kogo ona lubi?
- Boga. I królową.
- No tak. Widziałaś, jaki gruby jest książę?
- Aha - odpowiedziała z uśmiechem Amalia.
Spojrzały w kierunku miejsca, gdzie pod złocistym baldachimem siedzieli Wilhelm i Jadwiga. Nie było to honorowe miejsce, bo to zajmowała królowa wraz ze starszą córką, Marią, oraz z biskupem Bośni, pośrodku głównego stołu, ale i tak zadbano o to, by młodzi znaleźli się w dyskretnym oddaleniu od reszty biesiadników. Książę wskazywał właśnie palcem na galerię, gdzie muzykanci z zapałem szarpali struny lutni, choć starali się na próżno, gdyż byli całkowicie zagłuszani przez gwar rozmów. Hedwig potakiwała delikatnie, jakby trochę rozkojarzona.
Amalii bardzo imponowało, że tamci dwoje są prawie małżeńską parą. "Prawie", bo tak naprawdę mieli nią się stać dopiero, gdy trochę dorosną, ale przecież zostali już sobie przyrzeczeni. Jakież to było ekscytujące! Wielka miłość, podobna do tych opisywanych w rycerskich romansach. Nikt nie traktował ich jak dzieci, tylko jak poważnych, dorosłych ludzi. Tak jak Marię, siostrę Jadwigi, a także jej przyszłego męża - Zygmunta. Oni z kolei mieli władać w Królestwie Polskim, na północy, za Karpatami. No, ale ci byli starsi, Maria miała już całe jedenaście lat i czuła się tak dorosła, że traktowała Amalię jak powietrze. Dobrze, że to właśnie ona, zawsze nadąsana i sztywna, stąd wyjedzie. Wtedy Jadwiga i Wilhelm będą rządzili całym krajem. Całymi Węgrami, Austrią, a może i Neapolem, który leży za morzem. Dostaną tyle złota i kosztowności, ile sobie zażyczą, a żadna ochmistrzyni nie spojrzy na nich krzywo, bo na ich najmniejszy rozkaz to ona może trafić do celi, aby tam siedzieć o chlebie i wodzie.
Amalia niepokoiła się trochę, czy ta dorosłość Jadwigi nie sprawi, że ona sama przestanie być potrzebna przyszłej królowej. No bo jak się już ma męża i koronę, to wiadomo, nie traci się czasu na zabawy czy głupstwa, wtedy trzeba rozkazywać żołnierzom i obdarowywać biedaków, być poważnym i sprawiedliwym, często rozmawiać z biskupami o Bogu.
- Ci Niemcy są ładnie ubrani - oświadczyła nagle Elżbieta.
Rzeczywiście, wszyscy mężczyźni nosili watowane kubraki, wypukłe na piersi i wąskie w talii, z pięknymi haftami i guzami.
- Ale Niemki brzydkie. - Amalia skinieniem głowy wskazała na chudą kobietę, która co rusz przystawiała dłoń do ust, aby ukryć zepsute zęby.
- Nie gap się tak na nią. Nie wypada.
- To gdzie się mam patrzeć?
- Białogłowa winna mieć wzrok skromnie spuszczony. Czyli patrz w swoją misę.
- Na te konfitury? - spytała Amalia, przepędzając natrętną muchę.
- Tak. Udawaj pokorę i skruchę. Cioteczka na pewno bacznie cię teraz obserwuje.
- Nawet mnie nie strasz.
***
Wprawdzie nie planowano na wieczór hucznej zabawy, bo z Nagyszombat dochodziły wieści, iż zdrowie króla Ludwika znacznie się pogorszyło, nie mogło się jednak obyć bez tradycyjnych tańców. Zbyt wiele młodzieży zebrało się na zamku.
Tak więc po zachodzie słońca zapalono setki świec i rozpoczęły się pląsy w takt najmodniejszych katalońskich melodii. Atmosfera się rozluźniła. Goście wstawali od stołów, zbierali się w grupki, wino rozwiązywało języki. Amalia trochę tańczyła, trochę kręciła się po sali, przysłuchując się rozmowom, ciekawa wszelkich wieści ze świata.
Niewiele z nich rozumiała, ale niektóre słowa czarowały samym swoim brzmieniem. Jak choćby imię włoskiego poety - Petrarka. Albo inne: Tochtamysz, miano okrutnego wodza Tatarów, który wiosną tego roku najechał bajkową Moskwę. Mówiono, że pije ludzką krew, część jego ciała obrasta wilcze futro. Niewiele więcej jednak do niej docierało, kiedy tak krążyła od jednych do drugich, nastawiając ucha.
- Markiz biega za dziewczętami jak pies za patykiem - śmiał się jakiś mężczyzna w arabskim zawoju na głowie. - Niemożliwy człowiek. A jego małżonka...
- Powiadam wam, przyjaciele, Awinion nie jest miastem godnym papieży - przekonywał rudobrody mnich. - To prowansalska dziura. Ulice cuchnące, świnie tarzają się w błocie.
- A Rzym niby lepszy? - obruszył się jego rozmówca. - Same pagórki i rumowiska.
- Ale to przynajmniej miasto Świętego Piotra.
- W Paryżu znowu powstanie - mówił ktoś za plecami dziewczyny. - Żydzi podjudzają biedotę...
- Jeśli studiować, to tylko w Montpellier...
- Jadwiga bardzo urosła i wypiękniała...
- Czy biedny król Ludwik ma się już lepiej?
Uwagi Amalii nie umknęło, że kilka młodych par opuściło salę, zapewne po to, aby móc przebywać ze sobą w intymnym odosobnieniu. To było dla niej dużo bardziej ekscytujące niźli polityczne dyskusje, bo zawsze mogło dojść do zakazanych pocałunków. Znała doskonale wszystkie zamkowe kryjówki, więc nie namyślając się długo, także postanowiła "się przespacerować".
***
Na krużgankach panował miły wieczorny chłód, wiał lekki wietrzyk. Ale, jak dostrzegła od razu, nic ciekawego się tu nie działo. Weszła więc do części zamku przeznaczonej dla pomniejszych urzędników, gdzie mieściły się głównie zamknięte teraz kancelarie. Pośród tych mrocznych korytarzy lubili zaszywać się młodzi ludzie. Prowadzono remont kilku pomieszczeń, toteż pełno było wiader i drabin. Musiała uważać, aby na coś nie wpaść, nie pobrudzić sukni wapnem albo czymś jeszcze gorszym. Niestety, w takich ciemnych zakamarkach goście chętnie opróżniali swoje kiszki i pęcherze. Czasami trudno było przejść, żeby nie wdepnąć w coś cuchnącego.
Wokoło panowała cisza, tylko z zewnątrz dochodziły przytłumione odgłosy muzyki. Czyżby nikogo tutaj nie było? Gdzie więc zaszyli się młodzi?
Przystanęła zdezorientowana, nasłuchując. Po chwili usłyszała przytłumiony kaszel, dobiegający z sąsiedniego korytarza. A więc jednak! Najciszej, jak umiała, ruszyła w tamtym kierunku. Po chwili doszły do niej słowa prowadzonej półgłosem rozmowy.
- Tak więc król puka już do rajskich bram - mówił męski głos. - To kwestia dni, najwyżej tygodni.
- A Bośniaczka, jak mniemam, wzięła sprawy w swoje ręce? - odparła niewidzialna w ciemnościach kobieta.
Rozmawiali po niemiecku, w języku, którego Amalia nauczyła się podczas pobytu z Jadwigą w Wiedniu.
- Ano wzięła. Aż nazbyt skrupulatnie.
- To znaczy?
Mężczyzna odchrząknął.
- Chce zmienić jego testament.
- Żartujecie, panie?
- Bynajmniej. Odsunie Jadwigę od węgierskiego tronu.
Amalia zaczęła szybciej oddychać.
- Złamie układy z Koszyc?
- Jakie układy?
- No przecież Marię wysyłano na Wawel.
- Nie ma tam mowy o tym, która z córek pojedzie do Krakowa. Początkowo miała to być Katarzyna, no, ale zmarło się biedactwu. Teraz Bośniaczka szykuje kolejną podmianę.
- Skąd o tym wszystkim wiecie?
- Palatyn Garai ma słabą głowę i długi język.
- Co za wilczyca!
- Tron obejmie Maria, ale wiadomo, że to stara będzie rządzić. Zawsze tego pragnęła.
- A co z Jadwigą?
Mężczyzna zaśmiał się niewesoło.
- A kogo to obchodzi? Może ją wyślą do Austrii, może do Krakowa. To dziecko, a królowa nigdy za nią nie przepadała. Przez cały czas trzymała ją w Wiedniu.
- Zakon już wie? - zapytała kobieta.
- Krzyżacy?
- A któż by inny?
- Jeśli jeszcze nie wiedzą, to nastąpi to wkrótce.
- Czyli Wilhelm został oszukany...
- Na to wygląda.
- Posłuchajcie, muszę to wszystko sobie poukładać w głowie. Nie spodziewałam się takich wieści.
- Wieści są pewne. Przemyślcie to i zastanówcie się, co dalej. Wracajmy, bo zauważą naszą nieobecność. Rozliczymy się jak zawsze.
Amalia z wrażenia nie mogła się poruszyć. Wiedziała, że podsłuchała właśnie rozmowę, której nie powinna była usłyszeć. Serce biło jej mocno w obawie przed tymi dziwnymi ludźmi. Co zrobią, jeśli ją zauważą? I dlaczego mówili takie cudaczne, niepokojące rzeczy?
"Jadwiga zostanie odsunięta od węgierskiego tronu".
Usłyszała zbliżające się kroki.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI