Lili - Władysław Reymont
3.49 zł
2.86 zł
(1,90 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
- Ale co my teraz poczniemy ze sobą? - Raz... dwa... trzy... Nie wiem, to już Józia głowa - odpowiedziała Korczewska, pochylając się nad szydełkową robótką. - Józio dobrze myśli o nas. Kończę te serwety, bo prezydentowa obiecała mi sprzedać. Raz... dwa... trzy... - liczyła po cichu i tak się zatopiła w robocie, że nie widziała wzburzenia Gałkowskiej, która prędko i niecierpliwie biegała po pokoju; tak niecierpliwie, aż wielka jasna peleryna, jaką miała na ramionach, fruwała za nią, wydęta i uderzała w twarz młodego chłopaka, siedzącego pod piecem. - Jańciu! myśl-że co, przecież jesteś mężczyzną! - zawołała przyduszonym głosem, stając przed nim. - Jestem mężczyzną, to się wie... a zaraz będę myśleć, tylko papierosa wypalę - odpowiedział drwiąco, puszczając jej w oczy kłęb dymu. Gałkowska uderzyła go oczami i siadła obok Korczewskiej na koszu, okrytym dywanikiem z różnokolorowych skrawków. - Zdaje mi się, że zrobiliśmy wielkie głupstwo, odchodząc od Stobińskiego. Korczyński mógł rozbić towarzystwo, bo państwo macie fundusze... macie protektorów... macie swoje plany... - Mamy figę marynowaną. Pleć pani, pleć... raz... dwa... Mamy fundusze! Józio wczoraj zastawił futro! trzy... cztery... - Ale cóż my zrobimy? My, którzy futer nie mamy do zastawienia! Cały tydzień już się nie gra! Wie pani, pisał dzisiaj Oleś do Jańcia, że onegdaj grali w Kole, spektakl był nabity; mieli w kasie ośmdziesiąt rubli! Ośmdziesiąt rubli! - powtórzyła z naciskiem. - Gdybyśmy byli razem, to mielibyśmy na markę najmniej po pół rubla - dodała z żalem. - Jedź pani do nich, zaangażują panią z pocałowaniem ręki, weźmiesz wszystkie bohaterki... zagrasz po Lili wszystkie naiwne... - szeptała cicho, z drwiącym uśmieszkiem Korczewska, rozprostowując na kolanie skończone kółko. - Pani tak mówisz, jakbym ja, Gałkowska, nie była aktorką na stanowisku, tylko pierwszą lepszą krowienturą! - Ależ ja nic nie mówię! Niechże mnie Bóg broni, żebym co mówiła... Gałkowska porwała się z kosza i znowu biegała po pokoju. Jej sinawa twarz, chuda i brzydka, obsypana pudrem, pokryła się mocnymi wypiekami irytacyi, a wielkie, wypłowiałe okrągłe oczy, silnie podczernione i otoczone dokoła całą siecią zmarszczek, zamgliły się łzami. - Mieszkanie za cały miesiąc nie zapłacone, to mniejsza, ale jeść niema kupić za co, kredytu nie mamy już za grosz. Jańcio wczoraj sprzedał za parę groszy coś z laubzegi, ja dzisiaj zastawiłam salopę, a na jutro niema już ani co sprzedać, ani zastawić... I kto to wszystko znosi! kto tak cierpi! Ja, Gałkowska, aktorka na stanowisku! To już chyba koniec świata! Oparła się o parapet i wsadziła twarz w okno, żeby ukryć łzy, które się jej gwałtem wydobywały z pod powiek, i to bolesne, rozpaczliwe łkanie, jakie wstrząsało całą jej chudą postacią. Patrzyła potem chwilę bezmyślnym wzrokiem w zaśnieżony, biały świat, aż jakieś postanowienie mocne ją poderwało z miejsca, bo się rzuciła na pokój i zawołała energicznie: - Wiem, co robić! Jańciu! Chodźmy! I szła przez pokój z majestatem Elżbiety, z Hrabiego Essexa, którą grywała. Jańcio niechętnie się podniósł i troskliwie obciągał bardzo delikatne, letnie palto, w którem chodził. - Raz... dwa... Zaczekajcie. Józio zaraz przyjdzie. Mają się wszyscy zebrać, to się naradzimy, trzy... cztery... Grabiec pisał, że chciałby nas wszystkich angażować, a w każdym razie coś się postanowi. O, już ktoś idzie!... Jakoż w tej chwili drzwi się otwarły, i z całą falą śniegu i wiatru, wpadła młoda dziewczyna, a za nią elegancki, przystojny mężczyzna. - Dzień dobry! Jezus! taki śnieg! taki wiatr! tak zimno! Mam pełne buciki śniegu. Przechodząc koło apteki, spojrzałam na tego pigularza ryżego i bach... w całą kupę śniegu się przewróciłam. Pan Zakrzewski ledwie mnie wyciągnął - mówiła prędko, tupiąc nogami, otrzepując się ze śniegu, witając z kobietami i kręcąc się po pokoju, który napełniła wesołą wrzawą. - Jańciu, puść mnie do pieca i nie patrz! Muszę zdjąć buciki! Ale i panu nie wolno... nie wolno... - zawołała do swojego towarzysza i zerwawszy się od pieca w jednym buciku tylko, odwróciła go plecami do siebie. Patrz pan na Gałkowską, ślicznie się dzisiaj zrobiła! Jańciu patrz w szydełko pani Korczewskiej! - wołała ze śmiechem, zdejmując drugi bucik, wysypała śnieg i oparła maleńkie nóżki w czarnych pończochach na ciepłych drzwiczkach, oglądając się przytem co chwila, czy kto nie patrzy. - Ho! ho! Lili ma nowe futerko! Dobry " bębenek " z tego obywatela - dodała ciszej Gałkowska, oglądając dziewczynę z uwagą, pełną zazdrości.
- Przerobione z mamy! - zawołała Lili wesoło i, spojrzawszy na Zakrzewskiego, który stał jak słup na środku pokoju, odwrócony do niej plecami, roześmiała się głośno; ogromne, błękitne oczy strzeliły niepohamowaną wesołością, włożyła szybko buciki, zerwała z głowy futrzany czarny kołpaczek i rzuciła nim w twarz Jańcia, który nieznacznie się jej przypatrywał i gryzł papierosa, poprawiła grzebyki w jasnych jak len, popielatych włosach, które niesfornymi kosmykami, nastroszone, puszyste, spadały jej na czoło, zakrywały skronie i jak popielate płomyki pełzały po białym karku, wychylającym się z zielonej sukiennej bluzki, ściśniętej paskiem w stanie. Wytarła wilgotną od śniegu twarz i obciągała bardzo starannie bluzkę. - Lili niema dzisiaj gorsetu! - szepnął Jańcio cynicznie. - Łobuz! Dyrektorowo! niech on nie patrzy na mnie! - zawołała, rumieniąc się i osłaniając skrzyżowanemi rękami piersi, bo przez cienkie sukno rysowały się zbyt wyraziście. Korczewska roześmiała się, nie podnosząc oczów z nad kółka, a Gałkowska obejrzała ją przymrużonemi złośliwie oczami i rzuciła pobłażliwie: - Nigdy nie wychodzi z roli naiwnej! Mascota! - dodała ciszej i urągliwiej. Lili nie słuchała, okryła ramiona jakąś podartą chustką Korczewskiej i usiadła na koszu. Siedziała czas jakiś w milczeniu, tylko bujała zajadle nogami i biegała oczami po ścianach pokoju, malowanych w ordynarny niebieski deseń, po którym ściekały od sufitu brudno żółte smugi wilgoci, po łóżku, okrytem szydełkową kapą i stosem coraz mniejszych poduszeczek, przez których szydełkowe poszewki przeświecała purpura wsypek; wielki dywan, z różnokolorowych sukiennych kwadratów wisiał nad łóżkiem i stanowił tło dla obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej i dla kilkunastu fotografii Korczewskiego w różnych rolach, oprawionych w laubzegowe ramki. - Mieliście radzić, to radźcie, słucham! - zawołała niecierpliwie. - Zakrzewski, chodźno pan! Jakie pan ma włosy! ha! ha! - Śmiała się, bijąc piętami w kosz. Zakrzewski przejrzał się w lusterku i zaczął śpiesznie przygładzać włosy. - Chodź pan do mnie. Dawaj pan grzebień, prędko! Zakrzewski usiadł obok niej, a ona, że było jej za wysoko, uklękła na koszu i zaczęła mu czesać włosy, obracając głowę na wszystkie strony. - Raz... dwa... dobre dzieci... śliczne dzieci... - szepnęła Korczewska pobłażliwie. - Scena z Wodewilu! Lili dobrze robi naiwną! - Pilnuj pani lepiej swojego Jańcia, a nie moich ról! - odpowiedziała spokojnie dziewczyna, czesząc dalej. - Pani się do mnie nie wtrącaj, ja jestem aktorka na stanowisku. Jańciu, przecież jesteś mężczyzną i pozwalasz krowientom ubliżać swojej siostrze! - Jańciu! obrońże od apopleksyi żonę swojego brata! - zawołała ze śmiechem Lili - widząc ponsową z irytacyi twarz Gałkowskiej, która nic się już nie odezwała, tylko gryzła z wściekłości dżety, jakimi był przybrany przód okrywki, a Jańcio okrył się takim kłębem dymu, że zniknął w nim cały. - Panie Leonie, kogo my w tej chwili przypominamy? - Samsona i Delilę! - Czy to ze sztuki jakiej? Musi mi pan w domu opowiedzieć, dobrze? - zapytała słodkim, przeciągłym głosem, dotknęła paluszkiem jego ucha i zajrzała mu tak blizko w oczy, że cofnął się zmieszany i zaczął gwałtownie pokręcać wąsiki. - Dobrze, opowiem pani! - odpowiedział cicho i starał się uchwycić ją za rękę, ale się szybko wysunęła i pobiegła do psa, śpiącego na krzesełku, którego zaczęła pociągać za uszy i drażnić. Cisza się zrobiła; Korczewska nieustannie liczyła oczka szydełka, Gałkowska siedziała przy oknie i z jakąś trwogą patrzyła w zaśnieżony świat; wiatr wył za oknami i co chwila rzucał tumany śniegu w szybki brzęczące, targał za drzwi i gwizdał w kominie, aż się wydymała niby żagiel czerwona firanka, jaką był przysłonięty, a pies, drażniony przez Lili, warczał cicho, aż w końcu znudzony zeskoczył na podłogę, przeciągnął się i drapał do drzwi ze skowytem. - Cicho Murzyn! Pan przyjdzie, to Murzynowi da jeść, cicho piesku - szeptała Korczewska, głaszcząc pieszczotliwie psa, który ułożył się na jej spódnicy i zasnął. - Dzień dobry komedyanty! To czas, niech go drzwi ścisną! - zawołał niski chudy aktor, mocując się przez chwilę z drzwiami, których mu wiatr nie pozwolił zamknąć. Zaczął tupać nogami i otrzepywać się ze śniegu. - Psi się dzisiaj weselą! Na zakręcie myślałem, że mnie wiatr weźmie, bo mój ibercyerek tak się wydął, że chwilę jeszcze, a wasz Kos byłby sobie pofrunął szukać angażma w obłokach. A zimno! Zabijał ręce o ramiona po chłopsku i ostrożnie tupał nogami, bo jego cienkie lakierki, pełne łatek i szwów, zaczernionych atramentem, nie pozwalały na energiczniejsze ruchy. - Dyrektor zaraz przyjdzie! Pani Gałkowskiej sługa i podnóżek! Naszej kochanej, pakownej mamie Korczewskiej - całuję rączki; pięknej Lili - buziaka, a szanownemu dziedzicowi dobrodziejowi, z dubeltówki! I co gadał, wykonywał natychmiast, z bardzo poważną miną i z nieruchomą, sinawą, podobną do maski twarzą starego aktora prowincyonalnego, a potem przywarł mocno plecami do pieca i zaczął gwizdać. - Kos dzisiaj gwiżdże już od rana, musiał zrobić dobry interes. - Lili jest bachor, cicho! Zrobiłem interes, bo zrobiłem molom kawał. Uważcie! Zaglądam do kufrów... a tam po moich sobolach te szelmy spacerują sobie najbezczelniej, jakby to była garderoba conajmniej naszego kochanego dziedzica dobrodzieja! Czekajże, hołoto! Watówkę przybiłem za trzy papierki, a swój ibercyerek letni na grzbiet, no i jestem... - Zaczął się śmiać bez przyczyny i rozcierał z zapałem sine od mrozu uszy. - Szalkowscy przyjdą? - Zapytał Jańcio, ziewając przeciągle. - O masz ich, idą już i kłócą się, jak zwykle! - Zawołał, patrząc w okno, obok którego mignęli jacyś ludzie, głośno rozmawiający. - Prędzej, prędzej! I zamykajcie te drzwi piekielne! - Zakrzyczał Kos, wpuścił Szalkowskich, drzwi zatrzasnął i próbował je nawet zamknąć na klucz. - Czy przez to ma być cieplej? - zaśmiała się Lili. Kos puścił drzwi i znowu przywarł do pieca, a przypatrywał się Szalkowskiej, która sztywno i ozięble witała się ze wszystkimi, pomijając tylko ostentacyjnie Gałkowską, umyślnie odwróconą do okna. - Bardzo zimno! - Odezwała się Szalkowska, odwiązując woalkę. - Tak, chciałem właśnie powiedzieć, że jest bardzo zimno - szepnął śpiesznie Szalkowski, zacierając ręce i odbierając od żony woalkę, boa z szarych brudnych piór i ceratowy płaski kapelusz; ułożył to wszystko bardzo starannie na łóżku. - Czy to jest najświeższa wiadomość z ulicy? - szepnął ironicznie Kos. Szalkowska odwróciła się od niego pogardliwie i w małem lusterku zaczęła wycierać twarz, poprawiać włosy i delikatnie obmacywała mocno wypukłe, silnie ukarminowane usta. - Todziu! Pudru zapomniałam! - odezwała się do męża. - Rzeczywiście, zapomniałem ci go włożyć do kieszeni, ale zaraz przyniosę, za chwilę - i w wielkim pośpiechu wybiegł, już na ulicy kładąc palto i czapkę. Tymczasem Szalkowska, bez ceremonii, upudrowała twarz pudrem Korczewskiej i siadła przy Lili, która z jakimś dziecinnym podziwem przypatrywała się jej wspaniałej, doskonale rozwiniętej postaci i pięknej, chociaż już mocno podniszczonej twarzy. - Todzio wraca! Dobrze panią obsługuje. - Mruknął Kos. Szalkowska roześmiała się sucho, głos miała nieprzyjemny, trochę gardłowy i jakby przepity. - Mam puder, przepraszam cię! - wołał mąż, z trudem łapiąc powietrze, tak się zdyszał, choć mieszkali tylko o dwa domy. Pocałował żonę w rękę, odciągnął Zakrzewskiego do drzwi i coś mu tam gorączkowo opowiadał, pilnując równocześnie oczami, czy żona czego nie potrzebuje. - Właściwie na co czekamy? Pić mi się chce, Todziu, przynieś mi wody sodowej. - Zaraz Hela, za chwilę będzie! - i znowu wybiegł pospiesznie. - Przyjdzie mój mąż, to postanowimy co o spektaklu. Raz... dwa... trzy... - Ale ja nie mam czasu, mnie się spać chce! - Przeciągnęła się leniwie, ziewnęła parę razy, oparła głowę o ścianę i przymglonym a natarczywym wzrokiem wpatrzyła się w Zakrzewskiego, który pisał coś ołówkiem na mankiecie i podsuwał go pod oczy Lili, tak zajętej odczytywaniem, że nie widziała prawie wejścia Korczewskiego z drugim jakimś aktorem. Korczewski mruknął niezrozumiałe przywitanie i zaczął odkręcać wielki szal z szyi, potem długo zacierał ręce, jeszcze dłużej wyciągał z kieszeni różne prowianty i rozkładał je na kominie za firanką, skąd się wreszcie ukazał z niewielkim garnuszkiem w ręku, z którego jadł powoli, chodził po pokoju i mówił. - Jesteśmy mniej więcej wszyscy, możemy więc już radzić. Pochylił swoją wyniosłą, chudą postać i powlókł po zebranych czarnym, przymglonym nieco, ale dobrym wzrokiem. Twarz miał świeżo wygoloną, sinawą od mrozu, a na twarzy sterczał wielki, bardzo cienki i długi nos. - Nie tyle radzić, ile grać nam potrzeba; bo, niech mnie drzwi ścisną, ale już ani cebuli, ani w co wkrajać - szepnął poważnie Kos - nie puszczając plecami pieca ani na chwilę. - Ja również jestem już ausgespilt! Wyrzucili mnie z mieszkania, garderoba przepadła, ruchomości przepadły, biblioteka nawet przepadła - ozwał się patetycznym głosem aktor przybyły z Korczewskim, zrobił szeroki gest ręką po gardle, okręcił się szczelniej w starą, aksamitną almawiwę, podniósł do góry niebieskie oczy i wychudzoną, mizerną twarz, i zadumał się ponuro. - Nie fajnuj Feluś, tutaj frajerów niema! Kiedyżeś to miał garderobę, meble, ruchomości jakie, bibliotekę, co? Łżesz, aż widno! - mówił wolno Korczewski, z powagą, wyjadając z garnczka i spacerując po pokoju. Pies chodził za nim nieodstępnie i co chwila z innej strony zaglądał mu w oczy i cichem warczeniem lub delikatnem chwytaniem za nogi, przypominał, że i jemu się jeść chce. Feluś nic nie odrzekł, tylko co chwila trzaskał w palce i pociągał się za koniec nosa. - Może mi pan pożyczy papierosa? - mruknął ponuro, wyciągając rękę do Zakrzewskiego, który natychmiast podał mu swoją papierośnicę. - Zakrzewski, chodźno pan, na chwileczkę. - Szepnął Kos, odciągając go pod komin. - Spojrzyjno pan na Szalkowską! Co? zdrów numer? Wiesz pan, ona dzisiaj była u hrabiego! Patrzno pan, jakie ma aksamity i jedwabie. - No tak, ale to kwestya jej męża; a przytem, gdyby ode mnie zależało, to jednej chwili nie byłaby w towarzystwie. - Frajer z pana, ona sama potrafi robić kasę. - Więc pocóż pan na nią wygadujesz? - Bo małpa jest i tyle, głupich pięciu rubli nie chciała mi pożyczyć; nie masz pan co drobnych? - zakończył, drapiąc się w ucho. - Mogłeś pan od tego samego zacząć! Dam panu, jak będziemy wychodzili. - Szepnął dosyć niechętnie, pozostawił go przy drzwiach i chciał powrócić do Lili; ale w pół drogi złapał go za klapę Feluś i znowu odciągnął do drzwi, i zaczął cichym, a ponurym głosem mówić: - Wiesz pan, dlaczego Jańcio ma taką pręgę na twarzy? - Nie zwróciłem nawet uwagi. - Było tak: ja mu kraję dublę z czerwonej, a on krzywi swój paskudny pysk i powiada: fuszer; kraję mu potem kwadrę z białej do środka - a on mówi: fuszer; w drugiej partyi zrobiłem jednym ciągiem sto trzydzieści karamboli, a ta krowienta, posiniał ze złości i szczeka: fuszer! Wyciąłem go kijem przez pysk i wyszedłem, bo nie lubię długich awantur. - Ślicznie, panie kochany, ale co mnie to obchodzi? - A cóż u dyabła dziedzica obchodzi? - Mianowicie to, co grać mamy i czy grać będziemy. - Coś zawsze grać będziemy, a tymczasem możebyśmy pocichu się wynieśli i zagrali jedną zwyczajną, o sznapsika z przekąską, co? - Ileż panu potrzeba koniecznie? - zapytał Zakrzewski, wiedząc, jakiemi drogami zwykle dobiera się Feluś do pożyczki. - Te, choćby rubla - odpowiedział nieśmiało; bo, chociaż stale żył pożyczkami i naciąganiem, stale się jednak wstydził tego, i stale sobie przysięgał, że to poraz ostatni. - To już mocno nudne, radźcież, bo mi się spać chce! - zawołała Szalkowska i, przeciągając się ociężale i leniwie, wyciągnęła rękę po wodę, którą jej podawał mąż. - Skończże Korczewski jeść do stu dyabłów! - zawołał Kos. - Zaraz, niechże dogryzę ostatniej skórki ze swojego futra! Postawił garnczek pod kominem, w który natychmiast wsadził łeb Murzyn, wytarł starannie ręce, potem ukrajał kawał chleba i, łamiąc go w długich, kościstych palcach, jadł, chodził i myślał. - Co będziemy grać? - zapytała Lili prędko, bo już się nudziła. - Niech się pani wpierw spyta, gdzie będziemy grać i przy czem. Tak, bo niema co, niema gdzie i niema przy czem, tak! - mruczał Feluś ponuro. - Będzie co, będzie gdzie i będzie przy czem! Raz... dwa... - odparła żywo Korczewska. - Dobrze tak mówić, ale niema biblioteki, niema teatru i niema dekoracyi! Dalibóg nie wiem, poco rozbijaliśmy Stobińskiemu towarzystwo. Chyba, żeby teraz pozdychać z głodu! Oni grali przedwczoraj i mieli ośmdziesiąt rubli! Mielibyśmy po pół rubla na markę, jedlibyśmy i nie zastawiali ostatnich łachmanów. Jestem przecież aktorka na stanowisku, byłam w różnych biedach, ale o takiej nędzy, jaką cierpię od dwóch tygodni, nie miałam nawet pojęcia. Literalnie nie mieć co jeść, chodzić w końcu grudnia w letnim płaszczyku, nie mieć czem palić, to jest więcej, niż człowiek znieść potrafi, to jest nazbyt okropne!... - mówiła Gałkowska i rozpłakała się. Łzy jak groch sypały się na sinawą, wypudrowaną twarz i ryły w niej brózdy żółtawe. Nie powstrzymywała ich, tylko płakała coraz ciężej a ciszej. Po zebranych powiało jakieś mroźne tchnienie, strawione nędzą i tułaczką twarze powlekły się smutkiem i martwotą, a oczy bezmyślnie zatopiły się w okna, po za któremi była mroźna zima i szeroki, wielki, zimny świat; w tej chwili wszyscy odczuli całą swoją nędzę i niejednemu zadrgał w sercu głuchy, wściekły, bo bezsilny ból i żal do świata i do ludzi. Lili miała pełne łez oczy; tak ją wzruszył płacz Gałkowskiej, że, chociaż się gniewały z sobą, podeszła do niej pierwsza i zaczęła coś cicho mówić i ściskać jej ręce, co tak rozrzewniło aktorkę, że chwyciła dziewczynę w ramiona i serdecznie całowała.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.