Lili, mała czarodziejka. Zaklęcie deszczu. Tom 2 - Alicia Teba

Kup ebooka

23.99 zł
19.91 zł (18,69 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1Deszcz czosnku

Czasami uprawianie czarów może być prawdziwym wyzwaniem. Nie ma nic bardziej denerwującego, niż kiedy czarodziejka próbuje rzucić zaklęcie, a ono nie udaje się tak, jak powinno. Zaklęcie deszczu zaliczało się do najtrudniejszych. Babcia Dobroziółka uczyła wnuczkę tego czaru, ale dziewczynce wciąż wychodziło fatalnie. Próbowała chyba już z tysiąc razy i ostatecznie, owszem, wywoływała deszcz, tyle że niezupełnie taki, jak trzeba.

Sprowadziła już deszcz kasztanów i konfetti, a pewnego wieczoru spadły z nieba ciasteczka (Lili poszła wtedy spać trochę smutna, za to z pełnym brzuchem).

Żadna czarodziejka nie byłaby w stanie sprawić, żeby padało wszędzie na całym świecie. Zaklęcie pozwalało wywołać deszcz tylko na niedużym obszarze, w kręgu o promieniu kilku metrów. Było to jednak jedno z najważniejszych zaklęć, ponieważ służyło do podlewania lasu, pojenia spragnionych zwierząt oraz do napełniania jezior i bagien w okresie suszy.

Woda jest życiem, bez niej nie byłoby lasu. Lili spróbowała po raz nie wiadomo który.

- Niech spadnie tu woda z nieba, bo bardzo jej nam potrzeba! - zawołała.

Coś ją uderzyło w głowę. Czyżby piłka? A może szyszka?

To była główka czosnku! Z nieba posypał się czosnek i babcia Dobroziółka bardzo się z tego ucieszyła.

- Wspaniale! Akurat przyda się do zaklęcia, którego będziesz się dziś uczyła.

- Nie wiem, babciu, czy chcę się dzisiaj jeszcze czegoś uczyć - odpowiedziała Lili i rozłożyła parasol, żeby się ochronić przed deszczem czosnku.

- Lili, nie ma w tym nic złego, że dziś nie wychodzi ci zaklęcie. Jest ich wiele do wypróbowania. Każdej czarodziejce niektóre rzeczy udają się lepiej niż inne.

- Dobrze, mogę spróbować - zgodziła się dziewczynka, choć nie była szczególnie przekonana.

Wyszła z babcią do ogrodu, żeby poszukać potrzebnych składników.

- Chodzi o eliksir Leczykiszki. Bardzo pożyteczny - wyjaśniła babcia. - Zwłaszcza jeżeli znów przejesz się ciasteczkami, które sprowadzisz zaklęciem deszczu - dodała z uśmiechem.

Był to wyjątkowy eliksir - już jeden jego łyk leczył wszelkie dolegliwości żołądka i jelit.

I Lili, i Groszka uwielbiały jeść. Czasami pałaszowały za dużo marmolady czy ciasta, a potem i jedną, i drugą bolał brzuch. Kiedy przychodził wieczór, głośno grało im w kiszkach i był to koncert na dwa instrumenty.

Stojąc przy kotle, Lili z wielką uwagą dodawała składniki do mikstury i ostrożnie mieszała je chochlą.

Eliksir wychodził jej lepiej, niż się spodziewała. Brakowało jednak jednego produktu, a ona nie umiała sobie przypomnieć, co by to miało być.

Babcia patrzyła na nią w milczeniu z przepiśnikiem w ręce. Lili nie mogła zajrzeć do przepisu - przecież powinna go znać na pamięć.

Lili myślała i myślała, ale nie przypomniała sobie już żadnego składnika. Spojrzała na drzemiącego na belce Kaparka.

- Pssst, Kaparku! Proszę, pomóż mi - szepnęła.

Pajączek powoli opuścił się z sufitu na swojej nitce i zawisł tuż przed dziewczynką. Powąchał eliksir, pomyślał chwileczkę i cichutko odrzekł:

- Brakuje mięty.

- No jasne! Dziękuję. - Lili puściła do niego oczko i uśmiechnęła się radośnie.

Kaparek wspiął się po pajęczej nici na belkę, żeby dokończyć podwieczorek, a Lili dodała do kotła listki mięty i zamieszała miksturę. W kotle zabulgotało, po czym uniósł się z niego jasny, ładnie pachnący obłoczek.

- Wspaniale, Lili! - pochwaliła ją babcia.

Wzięła łyżkę i nabrała odrobinę eliksiru. Skosztowała i uważnie oceniła smak.

- Dobrze wyszło? - zapytała Lili z niepokojem.

- Znakomicie - odpowiedziała Dobroziółka. - Jesteś gotowa, żeby uwarzyć własny eliksir Leczykiszki.

Dziewczynka była przeszczęśliwa. Jak to dobrze, że ma takiego przyjaciela jak Kaparek!