Rozdział 1Deszcz czosnku
Czasami uprawianie czarów może być prawdziwym wyzwaniem. Nie ma nic bardziej denerwującego, niż kiedy czarodziejka próbuje rzucić zaklęcie, a ono nie udaje się tak, jak powinno. Zaklęcie deszczu zaliczało się do najtrudniejszych. Babcia Dobroziółka uczyła wnuczkę tego czaru, ale dziewczynce wciąż wychodziło fatalnie. Próbowała chyba już z tysiąc razy i ostatecznie, owszem, wywoływała deszcz, tyle że niezupełnie taki, jak trzeba.
Sprowadziła już deszcz kasztanów i konfetti, a pewnego wieczoru spadły z nieba ciasteczka (Lili poszła wtedy spać trochę smutna, za to z pełnym brzuchem).
Żadna czarodziejka nie byłaby w stanie sprawić, żeby padało wszędzie na całym świecie. Zaklęcie pozwalało wywołać deszcz tylko na niedużym obszarze, w kręgu o promieniu kilku metrów. Było to jednak jedno z najważniejszych zaklęć, ponieważ służyło do podlewania lasu, pojenia spragnionych zwierząt oraz do napełniania jezior i bagien w okresie suszy.
Woda jest życiem, bez niej nie byłoby lasu. Lili spróbowała po raz nie wiadomo który.
- Niech spadnie tu woda z nieba, bo bardzo jej nam potrzeba! - zawołała.
Coś ją uderzyło w głowę. Czyżby piłka? A może szyszka?
To była główka czosnku! Z nieba posypał się czosnek i babcia Dobroziółka bardzo się z tego ucieszyła.
- Wspaniale! Akurat przyda się do zaklęcia, którego będziesz się dziś uczyła.
- Nie wiem, babciu, czy chcę się dzisiaj jeszcze czegoś uczyć - odpowiedziała Lili i rozłożyła parasol, żeby się ochronić przed deszczem czosnku.
- Lili, nie ma w tym nic złego, że dziś nie wychodzi ci zaklęcie. Jest ich wiele do wypróbowania. Każdej czarodziejce niektóre rzeczy udają się lepiej niż inne.
- Dobrze, mogę spróbować - zgodziła się dziewczynka, choć nie była szczególnie przekonana.
Wyszła z babcią do ogrodu, żeby poszukać potrzebnych składników.
- Chodzi o eliksir Leczykiszki. Bardzo pożyteczny - wyjaśniła babcia. - Zwłaszcza jeżeli znów przejesz się ciasteczkami, które sprowadzisz zaklęciem deszczu - dodała z uśmiechem.
Był to wyjątkowy eliksir - już jeden jego łyk leczył wszelkie dolegliwości żołądka i jelit.
I Lili, i Groszka uwielbiały jeść. Czasami pałaszowały za dużo marmolady czy ciasta, a potem i jedną, i drugą bolał brzuch. Kiedy przychodził wieczór, głośno grało im w kiszkach i był to koncert na dwa instrumenty.
Stojąc przy kotle, Lili z wielką uwagą dodawała składniki do mikstury i ostrożnie mieszała je chochlą.
Eliksir wychodził jej lepiej, niż się spodziewała. Brakowało jednak jednego produktu, a ona nie umiała sobie przypomnieć, co by to miało być.
Babcia patrzyła na nią w milczeniu z przepiśnikiem w ręce. Lili nie mogła zajrzeć do przepisu - przecież powinna go znać na pamięć.
Lili myślała i myślała, ale nie przypomniała sobie już żadnego składnika. Spojrzała na drzemiącego na belce Kaparka.
- Pssst, Kaparku! Proszę, pomóż mi - szepnęła.
Pajączek powoli opuścił się z sufitu na swojej nitce i zawisł tuż przed dziewczynką. Powąchał eliksir, pomyślał chwileczkę i cichutko odrzekł:
- Brakuje mięty.
- No jasne! Dziękuję. - Lili puściła do niego oczko i uśmiechnęła się radośnie.
Kaparek wspiął się po pajęczej nici na belkę, żeby dokończyć podwieczorek, a Lili dodała do kotła listki mięty i zamieszała miksturę. W kotle zabulgotało, po czym uniósł się z niego jasny, ładnie pachnący obłoczek.
- Wspaniale, Lili! - pochwaliła ją babcia.
Wzięła łyżkę i nabrała odrobinę eliksiru. Skosztowała i uważnie oceniła smak.
- Dobrze wyszło? - zapytała Lili z niepokojem.
- Znakomicie - odpowiedziała Dobroziółka. - Jesteś gotowa, żeby uwarzyć własny eliksir Leczykiszki.
Dziewczynka była przeszczęśliwa. Jak to dobrze, że ma takiego przyjaciela jak Kaparek!