Rozdział 1Uczennica czarodziejki
Każda szanująca się czarodziejka rozpoczyna dzień z rozczochranymi włosami. I jak przystało na dobrze zapowiadającą się małą wiedźmę, Lili zawsze budziła się z czupryną przypominającą wronie gniazdo. W samym środku tej zmierzwionej czupryny sypiała zazwyczaj Groszka, jej biała myszka.
Lili uwielbiała rysować. Czarodziejski kajecik, w którym notowała słowa zaklęć i przepisy na mikstury, był pełen zabawnych rysunków. Niektóre z nich wyglądały trochę dziwnie - nawet ona sama nie do końca je rozumiała.
Lili miała bardzo ładny pokoik. Sama go ozdobiła rysunkami, suchymi liśćmi i kwiatkami. Na stole piętrzyły się stosy książek przyrodniczych, a obok nich stały pojemniczki z farbami i leżały pędzle.
Na podłodze czasem poniewierały się skarpetki, bo Lili była małą bałaganiarą.
Jak każda porządna wiedźma, Lili miała miotłę, i to taką, która rosła razem z dziewczynką.
Miotła była długa, a jej zakrzywiony koniec przypominał pędzel. W dodatku od innych mioteł odróżniało ją coś wyjątkowego...
Dzwonek! Tak, naprawdę - dzwonek.
Taki jak u roweru. Lili znalazła go kiedyś w lesie. Był oblepiony ziemią i zardzewiały, ale babcia pomogła oczyścić go odpowiednim eliksirem i teraz wygląda jak nowy.
Dziewczynka uwielbiała jego radosny, donośny dźwięk.
Dzyń-dzyń!
Dzwoniła nim, gdy wzlatywała na miotle pod niebo. Słysząc jego dźwięk, leśne stworzenia wiedziały, że przybywa strażniczka lasu.
Lili mieszkała z babcią w przytulnej, ślicznej chatce w środku lasu.
Babcia Dobroziółka znała w tym lesie każdy zakątek, a zwiedziła też kawał świata. W młodości dużo podróżowała, uczyła się botaniki w Amazonii, sporo czasu spędziła też na pustyni, poznając tajemnice kaktusów.
Obie były czarodziejkami i strażniczkami lasu. Lili wprawdzie dopiero się wszystkiego uczyła, ale znała się już na wielu rzeczach.
Potrafiła sporządzać różne eliksiry i rzucać zaklęcia.
Jej różdżka wyglądała inaczej, niż ją sobie zapewne wyobrażasz.
Czy wiesz, że czarodziejki zwykle robią swoje różdżki z tego, co im się najbardziej podoba? Na przykład różdżką Lili był ołówek, babci - chochla, a cioci Tundry - drut do dziergania.
Ale największa moc Lili polegała na tym, że dziewczynka umiała rozmawiać ze zwierzętami!
To jedna z największych zalet tego, że jest się czarodziejką.
Lili zbiegła ze schodów.
Babcia była w kuchni. Czekała na wnuczkę ze świeżymi grzankami i czajniczkiem pełnym herbaty.
O nogi babci ocierał się czule jej stary kot Kornel. Babcia była jedyną osobą, której zrzędliwy kocur nie okazywał niechęci. Cóż, babcia kiedyś uratowała mu życie...
Lili zaczęła smarować grzanki marmoladą. Groszka usiadła obok niej, pogryzając jabłko i okruchy chleba.
- Fień fobry, fafciu - powiedziała dziewczynka z ustami pełnymi malinowej marmolady.
Babcia trzymała w ręce jakąś kartkę i wyglądała na bardzo zmartwioną.
- Co się stało, babciu? - zapytała wnuczka.
- To straszne, Lili. Dziś rano przyszedł list od cioci Tundry. Ciocia prosi o pomoc. Lód na biegunie topnieje coraz szybciej.
Ciocia Tundra była czarodziejką z Arktyki. Żyła na dalekiej północy i często robiła na drutach albo szydełku, ponieważ bardzo marzła. Kto to widział, żeby śnieżnej wiedźmie było zimno?
Była wysoka i szczupła jak badylek, nerwowa i gadatliwa. A do tego zabawna i znana ze swoich dziwactw. Znakomicie latała na miotle. Zawsze zajmowała pierwsze miejsce w dorocznych zawodach "Wysokie Loty" - latała lepiej niż wszystkie inne czarownice i czarodziejki, przemykała pod niebem z elegancją, jak sanie po śniegu.
- Czy to znaczy, że polecisz na daleką północ? - zapytała Lili, unosząc brwi.
- Obawiam się, że muszę cię zostawić na kilka dni. To bardzo pilne. Dziś w nocy wyruszę w drogę. Przypuszczam, że tym razem nic się nie stanie, jeśli zostawię cię samą, prawda, Lili? - Babcia Dobroziółka spojrzała na wnuczkę, marszcząc czoło.
Ostatnim razem, gdy Lili została sama, próbowała zrobić sobie śniadanie za pomocą magii i babcia, kiedy wróciła, zastała dom zamieniony w olbrzymi czajniczek z herbatą. Właściwie było to dość śmieszne, lecz babci wcale nie rozbawiło.