Lightlark. Grim & Oro - Alex Aster

Kup ebooka

55.90 zł
45.28 zł (44,72 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Tytuł oryginału: Grim and Oro

Text Copyright ? 2025 Alex Aster

Copyright for the Polish translation by Zuzanna Byczek 2026

Redakcja: Julia Diduch-Stachura

Korekta: Renata Kuk, Katarzyna Chmielecka

Projekt okładki: Deena Micah Fleming

Ilustracje na okładce i we wnętrzu książki: Kalisami (Karla Ortega)

Grafika wykorzystana we wnętrzu książki: ? STOCKMAMBAdotCOM/Shutterstock.com

Adaptacja okładki i stron tytułowych: Magdalena Zawadzka/Aureusart

Wydawczyni: Natalia Sikora

Redaktorka prowadząca: Anna Salwa

Koordynatorka produkcji: Anna Pawłowicz

Promotorki: Julia Banaszkiewicz, Zuzanna Barańska, Emilia Mazur

Copyright for the Polish edition ? 2026 by Wydawnictwo Jaguar

Wyrażamy zgodę na wykorzystanie okładki w Internecie.

ISBN 978-83-68592-85-6

Wydanie pierwsze, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2026

Wydawnictwo Jaguar

Imprint Wydawnictwa Marginesy Sp. z o.o.

ul. Ludwika Mierosławskiego 11a

01-527 Warszawa

www.wydawnictwo-jaguar.pl

instagram.com/wydawnictwojaguar

facebook.com/wydawnictwojaguar

tiktok.com/@wydawnictwojaguar

Wydanie pierwsze w wersji e-book

Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2026

NIESKOŃCZONE

Zawsze, kiedy czuję się samotny, wyobrażam sobie, że jestem rozrzucony po niebie.

Wyobrażam sobie, że jestem pozbawiony granic, końca i początku, rozciągnięty na wszystkie strony w niewyobrażalny sposób. Wyobrażam sobie, że jestem czymś więcej niż to konkretne, ograniczone istnienie.

Istnieje nazwa na coś takiego.

Poznaję ją dzięki siostrze.

- Kiedyś załapiesz.

Aż podskakuję na dźwięk jej głosu. Laila stoi tuż za mną w swobodnej pozie. Chyba jest tu już od dłuższej chwili. Pewnie przefrunęła przez dziurę w ścianie. Nie cierpię, kiedy tak robi.

Szybko wciskam rękę do kieszeni. Twarz mnie pali z zażenowania. Przez pół godziny próbowałem przywołać zasłonę z cienia. Bezsensowny wysiłek. Nieważne, jak długo się skupiam, jak wielki jest mój upór - nigdy nic się nie dzieje.

Mam moce. Już się nimi posługiwałem.

Ale są kapryśne. Niestałe. Przywoływanie cieni przychodzi mi z najwyższym trudem. Prawie nie czuję ich ruchów pod skórą.

Jakby się przyczaiły. Jakby czekały. Tylko na co? Tego nie wiem.

Różnię się od reszty rodzeństwa. Przyglądam im się czasem przez oszronione okno. Kiedy przechodzą przez ogród, widzę gromadzące się wokół nich cienie. Moi przyrodni bracia i siostry, choć jesteśmy w podobnym wieku, panują nad cieniami bez wysiłku, naturalnie.

"Ciężar" - tak nazwał mnie kiedyś jeden z opiekunów. Dlatego próbuję wszystkiego, żeby stać się kimś niezbędnym.

Wyszedłem z pałacu zimowego wczesnym rankiem, by odbyć trening wraz z rodzeństwem i potomkami elit Mrocznych. Podczas gdy oni dołączyli do miotaczy cieni, ja wybrałem wojowników. Wolałem się skupić na szermierce.

Nie mogę polegać na umiejętnościach w kwestii cieni, ale w kwestii metalu - owszem.

Jednakże zwykły oręż ma ograniczone możliwości.

- Czekaj, ja to zrobię - mówi Laila. Prostuje się jak od niechcenia macha nadgarstkiem. Z jej palców wyrasta wielki cień i osłania nas niczym peleryna.

Moja siostra ma osiem lat i jest zaledwie rok starsza ode mnie, a już w pełni opanowała swoje umiejętności.

Czekam na przypływ gorzkiej zawiści... ale nic z tego. Nie w stosunku do niej. Osoby, na której mi zależy.

Cieszę się, że ma swoje cienie. Nigdy bym jej ich nie odebrał.

Nawet jeśli akurat ona właściwie ich nie potrzebuje.

Laila odkryła - bądź sama wybiła - dziury w ścianach na terenie całego pałacu. A pewnie także na terenie treningowym w górach Algidu. Mogłaby się obrócić i zniknąć w mgnieniu oka. Robi to dla mnie.

"Ciężar", słyszę szept we wspomnieniach.

Osłonięci jej cieniem przemykamy pałacowymi korytarzami. Ocieram się ramieniem o zimny migotliwy kamień. Opodal słychać ciche jak szept kroki - to uwija się służba. Mijamy niezliczone dębowe drzwi. Słyszę, jak w środku trenują moi bracia i siostry. Nieustannie trenują. Słyszę ten charakterystyczny syk cieni. Przeszywający dźwięk ostrzonych kling.

Akurat docieramy na koniec ostatniego korytarza, gdy u wejścia wyrasta postać jednej z naszej opiekunek.

To Asa. Objęła stanowisko zaledwie kilka miesięcy temu, ale zdążyła zasłużyć na miano najokrutniejszej z nich wszystkich. Instynktownie się spinam, skóra na moich plecach się naciąga, blizny swędzą, przypominając o zadawanym przez nią bólu.

Przyłapała nas. Przełykam ślinę i już czuję zapowiedź jej ostrych jak miecze cieni...

Laila wbija mi paznokcie w ramię i dosłownie w ostatniej sekundzie odciąga mnie na bok. Serce wali mi jak szalone, nerwy w żołądku się wiją, rozpalone jak iskry, nawet kiedy już nas mija i nic się nie dzieje.

Od Laili bije tylko radosne oczekiwanie. Ekscytacja. Niemal jakby chciała, żeby ją złapano.

Mało brakowało. Naprawdę bardzo mało.

Wypuszczam wstrzymywany oddech, dopiero kiedy otwieramy drzwi i wymykamy się do ogrodu. Uderza we mnie fala zimnego powietrza, mięśnie się odprężają, napięcie opada.

Nienawidzę tej duchoty pałacowych wnętrz. Tu, w chłodzie, nareszcie czuję, że mogę oddychać.

Ta jedna chwila. Chwila spokoju.

Ale nagle Laila odrzuca cień i zaczyna biec. Śmieje się. Przeklinam i pędzę za nią, ocieram się łydkami o zwarzone mrozem źdźbła, lawiruję między drzewami przyciętymi w idealnie symetryczne kształty i starymi posągami stojącymi wzdłuż ogromnego tajemniczego labiryntu z żywopłotów. Posągi przedstawiają naszych przodków unieśmiertelnionych w kamieniu. Zwycięzców. Tych, którzy okazali się wystarczająco silni, by podtrzymać trwanie rodu.

Możliwe, że opiekunowie obserwują nas z okien, czasem tak robią. Strażnicy patrolujący teren również mogą nas zobaczyć. Nie wolno nam opuszczać samodzielnie zamku zimowego. Co więcej, nie wolno nam nawet rozmawiać, o okazywaniu sobie przyjaźni nie wspominając. Te zasady dotyczą wszystkich kandydatów do tronu.

Laila wpakuje nas w tarapaty.

Kiedy jej to mówię, rzuca mi spojrzenie przez ramię. Jej czarne włosy są proste jak druty, niedbale przycięte mieczem nieco powyżej ramienia.

- I dobrze. Lubię tarapaty.

- To dlatego, że nigdy nie spotykają cię tak surowe kary jak reszty z nas.

Laila jest ulubienicą ojca. Jako jedyna z rodzeństwa ma talent, czyli dodatkową moc, której nie gwarantuje pochodzenie. Potrafi zmieniać się w nietoperza o kłach tak ostrych, że mogłaby rozszarpać komuś kark.

Zresztą raz to zrobiła. Ów akt przemocy tylko zapewnił jej jeszcze większą sympatię ze strony ojca.

Nie jestem jak Laila. Na rozkaz ojca opiekunowie wymierzają mi karę za każdym razem, gdy łamię zasady. A tego wieczoru łamiemy ich nawet kilka.

Tylko że łamiemy je od lat.

Kiedy nas przyłapią, Laila wykorzystuje swój talent i odfruwa, a ja muszę sam mierzyć się z konsekwencjami. Nawet nie ma wyrzutów sumienia. Ja to wiem. Owszem, nie dostałem talentu, ale umiem wyczuwać emocje ludzi wokół mnie. Jest to niezwykle rzadka moc wśród Mrocznych. I nigdy nie zauważyłem u Laili nawet cienia żalu. Może powinienem czuć ból, że za każdym razem mnie porzuca. Czuję jednak tylko podziw.

W końcu właśnie dzięki takim cechom kiedyś będzie doskonale radzić sobie na tronie. Tak jak ojciec, który też nie ma żadnych skrupułów.

Pewnego dnia, już wkrótce, staniemy do walki na śmierć i życie. Pojedynek rozstrzygnie, kto obejmie władzę po ojcu, tak jak to było również w jego przypadku i wcześniej w przypadku jego ojca. W każdym pokoleniu od czasów, gdy Cronan stworzył Krainę Mrocznych, potomkowie władcy walczą przeciwko sobie. Tylko najsilniejszy powiedzie ród dalej, a pozostali użyźnią ziemię własną krwią.

Kiedy najmłodszy z nas osiągnie wiek stosowny do rozpoczęcia treningów, będziemy musieli ulec tradycji.

Laila wreszcie zwalnia, a potem raptownie zatrzymuje się przed niskim kamiennym murem otaczającym teren zamku, aż śnieg zmieszany z błotem pryska spod jej skórzanych butów. Staję obok niej, nasze zmienione w parę oddechy wznoszą się zgodnie.

- Znów o tym myślisz, co? - rzuca Laila, spoglądając na mnie. - O Pojedynku.

- Nie.

Śmieje się. Ten delikatny dźwięk nie pasuje do ostrych kocich oczu.

- Grimshaw, za nic nie umiesz kłamać.

Krzywię się.

- Nie nazywaj mnie tak.

Za każdym razem, gdy ojciec zwraca się do mnie pełnym imieniem, mam ciarki. W ogóle do mnie nie pasuje. Jakby należało do kogoś innego.

- Za nic nie umiesz kłamać, Grimie. Szczęśliwy?

Nigdy.

Wzdycham.

- Dobra. Tak, myślałem o tym. A ty nie?

Wzrusza ramionami.

- Jasne, że tak. Ale nie smucę się z tego powodu.

- Ponieważ wiesz, że zwyciężysz.

Uśmiecha się szeroko, pokazując białe zęby. Kły ma zakończone ostrzej niż ja.

- Zrobię to szybko - dorzuca. - Twoja śmierć nie będzie bolała.

Cóż za łaskawość.

Przykucam, żeby łatwiej było jej się wspiąć na mur, a kiedy już jest na górze, podaje mi rękę. Ruszamy w górę wzniesienia. Mam przemarznięte stopy, nie czuję nosa. Zimno mi nie przeszkadza, przeciwnie, lubię je, ale jednocześnie czuję się, jakbym umierał. Gdybym wiedział, że czeka nas taki długi marsz, cieplej bym się ubrał. Wyszukałbym skarpety bez dziur. Już mam powiedzieć, że powinniśmy zawrócić, ale w tej samej chwili coś dostrzegam.

Oboje zastygamy na szczycie wzgórza.

Właśnie po to tak się męczyliśmy.

Niebo jest atramentowe, a pośrodku widnieje migotliwy krąg gwiazd, jakby nawleczonych na sznur. Poruszają się szybko, nienaturalnie. I pięknie.

Zupełnie... jakby tańczyły. Czyżby były aż tak szczęśliwe? Zazdroszczę im. Zazdroszczę, gdy patrzę, jak wirują niczym jeden twór, dzieci podczas zabawy, na nieograniczonej przestrzeni, do czego ja i moje rodzeństwo nigdy nie mieliśmy prawa.

- Jak się o tym dowiedziałaś? - pytam szeptem, z wolna osuwając się w śnieg.

Laila wzrusza ramionami i idzie za moim przykładem.

- Podsłuchałam na mieście rozmowę zwolenników proroka. Zamierzali oglądać widowisko ze swojego szczytu. Wiesz, że niektórzy mogą legalnie opuszczać wnętrze góry?

Ojciec nienawidzi proroka, nie znam jednak przyczyny. Dziwne, że jeszcze nie obrócił całej ich góry w popiół.

- Określali to zjawisko jakimś ładnym terminem, ale nie potrafię go sobie przypomnieć. Z tego, co mówili, wynikało, że wydarza się raz na pięćdziesiąt lat.

Raz na pięćdziesiąt lat.

Za pięćdziesiąt lat już mnie nie będzie.

Tylko ten jeden raz mam okazję zobaczyć takie niebo.

Patrzę uważnie. Przyglądam się z nadzieją, że może kiedyś mi się przyśni. Może jednak jeszcze je zobaczę.

W snach nie muszę walczyć z rodzeństwem. W snach mogę opuścić ten zamek bez żadnych konsekwencji. W snach nie jestem synem władcy Mrocznych. Jestem nikim. Nie ciążą na mnie żadne obowiązki, odpowiedzialność i tradycja. Jestem jak gwiazdy - wolny i nigdy nie samotny.

- Boisz się śmierci? - pyta Laila, wyrywając mnie z zamyślenia. Nie wyczuwam u niej smutku, tylko zaciekawienie. Spoglądam na nią, prosto w jej wielkie brązowe oczy, wpatrzone we mnie z taką samą intensywnością, z jaką obserwuję gwiazdy.

Pamiętam, jak lata temu zobaczyłem te oczy po raz pierwszy, w zamkowym korytarzu. Jako jedyna z rodzeństwa w ogóle raczyła na mnie spojrzeć. Zapamiętałem te oczy, ponieważ miały dziwny złocisty odcień. Kojarzyły mi się z kotem.

Mniej więcej w tym czasie po raz pierwszy wpakowałem się w kłopoty. Miałem trzy lata, chyba uparłem się, żeby znaleźć matkę, i zakradłem się do komnaty, w której wraz z oseskami mieszkały nałożnice karmiące piersią. Chodziłem od jednej do drugiej i pytałem każdą po kolei, czy jest moją matką, aż w końcu znaleźli mnie opiekunowie i stamtąd wyciągnęli.

Znam tę historię tylko dzięki temu, że niedawno opowiedziała mi ją opiekunka Asa, podczas siekania mojej skóry w ramach kary za to, że dałem się trafić podczas treningu. Zapewne usłyszała ją od swoich poprzedników. Śmiała się, a ja odebrałem jej rozbawienie jak otaczającą mnie ze wszystkich stron trującą chmurę i po raz pierwszy i ostatni zapragnąłem czyjejś śmierci.

- Nie - odpowiadam szczerze. - Nie boję się. Skoro to ty masz mnie zabić. - Laila szybko załatwi sprawę. Ufam jej. - A ty, boisz się samotności? - odparowuję. Kiedy wygra, zostanie sama. Obejmie władzę. Nie będzie miała prawa do małżeństwa. Miłość, jak i wszystko, co z nią związane, jest surowo zabroniona.

Laila robi zamyśloną minę. Jej zaciekawienie przypomina ważkę krążącą w powietrzu. Po chwili czuję rozbawienie, ciepłe jak rzadko spotykana plama słońca.

- Nie - odpowiada w końcu. - Władca ma być sam. Na tronie jest miejsce tylko dla jednej osoby.

Te słowa mogłyby paść z ust naszego ojca. I pewnie nawet padły. Ze wszystkich dzieci to właśnie z Lailą spędza najwięcej czasu. Pojedynek, jak podejrzewam, tym razem będzie tylko na pokaz. Wszyscy - w tym ojciec - wiedzą, kto zwycięży.

I Laila ma rację. Władca powinien na zawsze pozostać sam.

Co za ulga, że nigdy się nie dowiem, jak to jest.

Gwiazdy lśnią w górze. Niektóre poruszają się szybko, spiralnym ruchem. Wygląda to niemal jak wiadomość od bogów. Ciekawe, co mówią.

Niektóre spadają. Zastanawiam się, czy gdzieś lądują. Oboje siedzimy zapatrzeni w niebo.

- Wiesz, gdzie to jest? Dokąd się udają? - pyta szeptem Laila, wskazując na ocean.

Nie widać stąd miejsca, o którym mówi, ale wiem, co ma na myśli. Atlas, niewielka wyspa u północnych wybrzeży, zbudowana z połyskliwych pokruszonych skał. Miejsce, w którym kryje się tajemnica. Kiwam głową.

- Jest tam taki potężny brylant - dodaje, a oczy błyszczą jej z podekscytowania.

Ja tylko czasem usłyszę coś przez ściany, jeśli usiądę wystarczająco blisko drzwi i przyłożę ucho do dziurki od klucza. Laila za to słyszy wszystko. Moim zdaniem możliwość ukrycia się pośród krokwi i podsłuchiwania rozmów to jedna z największych zalet jej talentu.

- Poważnie?

Przytakuje z uśmiechem, zadowolona, że wie coś, czego ja nie wiem.

- Mówią, że Cronan go tam ukrył.

- Po co?

Wzrusza ramionami.

- Nie wiem, ale wszyscy chcą dostać ten kamień szlachetny. Ojciec za wszelką cenę pragnie go zdobyć, ale na razie mu się nie udało. Dajesz wiarę? - Jej uśmiech jeszcze bardziej się rozszerza. - Któregoś dnia go dorwę. Ma nawet nazwę, wiesz.

- Jaką?

- Nieskończony.

Marszczę brwi.

- Co to niby ma znaczyć?

Jej duma jest jak gruba otoczka z czegoś na kształt chmur.

- Liczba nieskończona jest największa na świecie. Oznacza... wszystko. Jednocześnie. Wszędzie.

Wszystko... jednocześnie... wszędzie.

- Kiedyś moja moc będzie nieskończona - stwierdza z dumą Laila. - Zdobędę ten brylant i nikt nie zdoła mnie powstrzymać. Nawet jeśli ojciec zechce mnie ukarać, to mu się nie uda.

Jej oczy są żywe, głodne. Nie umiem sobie wyobrazić, jak to jest pragnąć czegoś tak mocno.

- Tak będzie - mówię, znów spoglądając na gwiazdy. Ciekawe, co widzą z góry. Na pewno wiedzą wszystko, więcej nawet niż Laila. Znają każdy sekret, każdy odległy zakątek tego kraju, gdzie jeszcze nikt nie postawił stopy.

Zazdroszczę im.

Siedzimy i patrzymy w niebo tak długo, że Laila w końcu zasypia na śniegu. Jej brwi nie są ściągnięte. Troska nie mąci jej rysów. Nie... wygląda bardzo spokojnie. Czuję ukłucie dojmującego smutku, że pewnego dnia będzie odpowiadać za całe królestwo.

Gdybym tylko mógł, uratowałbym ją przed tym losem... ale przecież właśnie tego pragnie. Od zawsze.

Kiedy gasną ostatnie gwiazdy i niebo znów lśni zwykłym blaskiem, zanoszę ją do domu. Jakimś cudem pokonuję mur z Lailą na rękach. Staram się kryć za posągami, omijać stanowczo zbyt liczne okna. Dodatkowy ciężar sprawia jednak, że sztywna od mrozu trawa głośno chrupie pod moimi krokami.

Gdy skręcam za węgieł i już mam przemknąć do tylnego wejścia, widzę, że czeka tam na nas opiekunka Asa.

Zastygam i gwałtownie się cofam. Za sprawą mojej paniki powstaje pojedynczy cień o wystarczającym rozmiarze, by zakryć nas oboje, lecz Asa widać go wyczuła, ponieważ cień się rozpada, jakby rozdarty na strzępy czyjąś dłonią. Jej dłonią.

Wbijam palce w ramę Laili. Budzi się i w ułamku sekundy zrywa do lotu.

Asa na pewno wie, że ten nietoperz to Laila, lecz nie próbuje jej zatrzymać. Nie, jeśli już, to zakończona sukcesem ucieczka zostanie nagrodzona.

A moja niemożność ucieczki spotka się z karą.

- To już trzeci raz, Grimshaw - mówi opiekunka Asa, po czym chwyta mnie za ramię tak brutalnie, że wbija mi paznokcie aż do krwi. Podskakuję z bólu, na co wbija je jeszcze głębiej. - Bezużyteczny młokos. Sprowadzasz siostrę na złą drogę. Przyszłą władczynię tej krainy. - Tak jakby pomysł nie wyszedł od Laili.

Ale nic nie mówię. Nigdy się nie tłumaczę.

- Zapłacisz za to.

Przez wiele godzin opiekunka Asa sieka moją skórę cieniami, otwiera świeżo zagojone rany, również zadane jej ręką, pogrubia warstwę blizn.

Ogarnia mnie jednak spokój na myśl o wirze gwiazd i po raz pierwszy prawie nie czuję ciosów jej cieni. Ledwo zwracam uwagę na ciepłą krew spływającą mi po zlodowaciałych plecach.

Po raz pierwszy nie krzyczę z bólu, przez co Asa tnie jeszcze głębiej, aż niemal mdleję z utraty krwi.

Kiedy ze mną kończy, trzech opiekunów musi mnie zanieść do komnaty, bo nie mogę utrzymać się na nogach. Jestem ledwo przytomny. Wyczuwam ich irytację i obrzydzenie.

Mają nadzieję, że umrę.

Ja mam nadzieję, że przeżyję. Wstęga gwiazd pokazała mi, że piękno istnieje. A ile jeszcze czeka za murami tego zamku? Nieskończone cuda, odpowiadam sobie w myślach. Tam, na zewnątrz, jest cały świat, a te gwiazdy... były jak obietnica lepszych dni.

Opiekunowie zostawiają mnie na zimnej kamiennej posadzce, a ja wciąż myślę o skupisku gwiazd, aż w końcu zapada ciemność.

Mrugam. I jeszcze raz.

Nadal jest noc. A ja nadal żyję.

Laila.

Czy nic jej nie jest? Opiekunowie nigdy jej nie karzą, ale może tym razem zrobili wyjątek?

Zapracuję na kolejną karę, ale nieważne. Podnoszę się na drżących ramionach. Krzyczę, skórę na plecach mam zdartą do żywego mięsa. Koszula ociera się o ciało. Ciemnieje mi przed oczami, ale nie daję za wygraną.

Docieram do drzwi i przekręcam gałkę. Zamieram.

Zamknęli mnie na klucz.

Zwykle przestrzegam reguł, chyba że Laila prosi, bym je złamał. Ale nie przebywam z nią cały czas. Podczas treningów ćwiczymy w różnych miejscach. Wojownicy słuchają rozkazów, ja również.

Ale świadomość, że zostało mi tak mało czasu... że mogę policzyć na palcach jednej ręki lata dzielące mnie od Pojedynku...

Potrząsam gałką, jednak nie ustępuje. Kopię, ale moje osłabione siły są niczym wobec tysiącletniego drewna.

Próbuję przywołać cienie. Pod wpływem mojej desperacji ożywają, podchodzą, ale zaraz znikają bez śladu.

Osuwam się na podłogę i...

Nie mogę oddychać. Nie mogę... nie mogę oddychać.

Nie. Przeciwnie. Oddycham tak szybko i gwałtownie, że moje płuca nie napełniają się powietrzem. Przyciskam ręce do gardła, próbuję wydać jakiś dźwięk, ale na próżno.

Chcę wyjść.

Muszę się stąd wydostać. Muszę opuścić tę zamkniętą na klucz komnatę. Chcę być wolny, nareszcie wolny. Błagam. Błagam, błagam, wypuśćcie mnie.

WYPUŚĆCIE MNIE.

Padam na kolana, lecz właściwie nie czuję dotyku kamiennej posadzki. Walę w wąskie okna, drapię w szyby, tak jakbym w ten sposób mógł się uwolnić...

I nagle czuję w palcach piasek.

Z prawej strony dobiega delikatny szum łagodnych fal. Wokół moich kolan srebrzy się morska piana.

Powoli unoszę głowę. Na tle nieba, niczym ogromna bestia, wznosi się zamek Mrocznych, ten, w którym urzęduje mój ojciec.

Niemożliwe.

Jak?

To na pewno sen... Ale jednak nie. Plecy wciąż płoną. Powieki opadają i podnoszą się raz po raz, nic się nie zmienia.

Naprawdę tu jestem. Dosłownie przed sekundą tak bardzo pragnąłem wydostać się z komnaty...

I nagle znalazłem się na drugim krańcu krainy Mrocznych. Z przerażenia ściska mnie w żołądku.

Niemożliwe. Ledwo umiem kontrolować cienie i na pewno nie...

Nie mam talentu.

Tego talentu. Wykluczone.

Ale właśnie tego chciałem. Wydostać się na wolność. Za mury. Powinienem czuć ulgę, chłodną jak te obmywające mnie fale, czuję jednak tylko ostrą truciznę paniki.

Ponieważ wiem, co to oznacza.

Nie. Patrzę na zamek. Tkwi na skraju urwiska, niczym zwierzę gotowe do skoku.

On nie może się dowiedzieć.

Ojciec nie może się dowiedzieć, co potrafię.

Muszę wrócić do domu. Tylko jak?

Jak się tu w ogóle dostałem?

Słońce krwawi na horyzoncie, a ja myślę tylko o tym, że opiekunka Asa zaraz otworzy drzwi mojej pustej komnaty.

Wyobrażenie jej miny przynosi mi pokrętną radość. Przyjemna myśl wdziera się w środek przerażenia.

A gdyby tak nie wrócić? Może to jest... dar? Nie będą mieli jak wymierzyć mi kary, jeśli mnie nie znajdą...

Przypływ nadziei pozwala mi wreszcie w pełni odetchnąć, napełnić płuca słonym powietrzem i morską bryzą. Mógłbym to zrobić. Mógłbym uciec. Mieszkańcy tej krainy nie wiedzą, jak wyglądam... wezmą mnie za zwykłego chłopaka. A potem... może nawet wypuszczę się jeszcze dalej. Do miejsc, o których większość Mrocznych nigdy nawet nie śniła.

W ciągu kilku sekund planuję całe życie. Są w nim chwile spokoju, uczciwa praca, może nawet rodzina - taka, w której nie trzeba się mordować dla władzy.

Ale po chwili w moich myślach jak zwykle pojawia się ojciec.

Wcale by się nie przejął, gdybym znikł. Właściwie nie bardzo wie o moim istnieniu. Ale kiedy odkryje, że zdołałem uciec z zamkniętego na klucz pomieszczenia...

W całej historii Mrocznych tylko jedna osoba miała taką umiejętność. Cronan Malvere. Twórca tej krainy. Tak więc, jeśli ojciec odkryje, że umiem się teleportować...

Zechce mnie uczynić swoim następcą.

W myślach przemyka obraz Laili, martwej pośród reszty rodzeństwa. Potrząsam głową, żeby się go pozbyć.

Nie. Nikt się nie dowie. To będzie tajemnica, Laila mnie zabije, niczego nie podejrzewając.

Mam wrażenie, jakby moje żebra się kurczyły. Oczy mi płoną. Mam tę jedną jedyną szansę... szansę na wolność... ale ją zaprzepaszczam.

Wrócę do zamku dla niej. Coś wymyślę.

Słońce wschodzi nieubłaganie. Opiekunowie wkrótce będą pod drzwiami mojej komnaty.

Muszę wrócić.

Wbijam palce w piach i myślę o zamku. Błagam palące słońce i chłodny ocean. Proszę!

Trwa to kilka godzin, ale w końcu przypływ strachu o Lailę przenosi mnie z powrotem do komnaty. Drzwi nadal są zamknięte od zewnątrz na klucz. Nikt nie wchodził.

Z ulgą padam na posłanie, cały drżący od chłodu oceanu. Dopiero teraz czuję szczypanie soli w ranach.

Ulga zmiata wszystko.

Jestem tu.

Laila będzie bezpieczna.

Nikt nie zwraca uwagi na piasek na moich butach.

BEZ DNA

PIĘĆ LAT PÓŹNIEJ

Przez całe lata nie używam swojego talentu. Udaję, że nie istnieje. Ale Pojedynek jest coraz bliżej i zaczynam się zastanawiać.

Zastanawiam się nad krawędziami świata. Myślę o tym wszystkim, co widzą gwiazdy.

Pewnej nocy, kiedy wszyscy już śpią, sięgam po tę moc.

Chwytam ją.

Ląduję w ogrodzie. Dopiero po kilku godzinach udaje mi się wrócić do komnaty. Próbuję ponownie kolejnej nocy. Tym razem docieram dalej, na zaśnieżone wzgórza w pobliżu zamku.

Potem na targ.

Nie mogę się zatrzymać. Nie chcę. Teleportuję się co noc. Oglądam cały świat za murami komnaty. Za murami zamku. Za terenem treningowym.

Jest wspaniały.

Ciągle wracam do jednego sklepu, w którym sprzedają słodycze z lukrecją. Barwią mi język na ciemny fiolet.

Nie umyka to uwadze Laili.

- Co to? - pyta.

- Ukradłem z kuchni.

Bierze ode mnie jedną pałeczkę, przeżuwa i marszczy brwi.

- Ohyda.

- I bardzo dobrze. Będzie więcej dla mnie.

Przez wiele miesięcy uczę się tej mocy, poznaję ją i odkrywam granice tego daru. Mimo świadomości zbliżającej się wielkimi krokami nieuchronnej śmierci, nigdy nie czułem się równie wolny.

Pojedynek odbędzie się za trzy dni. Wszyscy moi bracia i siostry intensywnie trenują. Szykują się do walki na śmierć i życie. Niektórzy próbują otruć rywali jeszcze przed rozpoczęciem rozgrywek, dlatego Sorsa, moja najnowsza opiekunka, która okazuje mi niespotykaną życzliwość, ostrzega, żebym nie pił porannej herbaty. Każdego dnia widzę, jak służba wynosi z zamku kolejne ciała i je pali.

Podstęp jest w cenie. Cel uświęca środki. Przetrwa najsilniejszy.

W noc przed Pojedynkiem odwiedza mnie Laila. Przefruwa przez dziurę w ścianie i ląduje pośrodku komnaty.

- Muszę cię o coś zapytać - mówi. Sprawdzam jej emocje i niczego nie znajduję. Pyta spokojnie: - Jak mam to zrobić? Masz jakieś preferencje?

Po raz pierwszy czuję drżenie smutku na myśl o zbliżającej się śmierci. Teraz, gdy mam po co żyć, wydaje się znacznie gorsza niż wcześniej.

- Cios prosto w serce - odpowiadam.

Laila kiwa głową.

- Dobrze.

A potem robi coś zaskakującego. Przytula mnie.

Wtula twarz w moje ramię. Dopiero teraz czuję krótki przypływ emocji. To jeden z tych rzadkich przypadków, gdy zauważyłem u niej coś na kształt uczuciowości.

- Będę za tobą tęsknić - mówi. - Dobrze się bawiłam podczas naszych wspólnych wypraw.

Patrzy na mnie. Oczy ma lśniące od łez. Płacze.

- Ja też dobrze się bawiłem - odpowiadam szczerze, chociaż dla mnie te przygody przeważnie kończyły się karą. Laila jako jedyna spośród całego rodzeństwa nie odrzuciła mnie za to, że nie potrafię się posługiwać umiejętnościami. Jako jedyna wyciągnęła mnie z komnaty. Gdyby nie ona, nie zobaczyłbym tamtych gwiazd. I chociaż umrę, nie poznawszy większości cudów tego świata, coś jednak widziałem, a to wystarczy.

- Będziesz świetną władczynią - stwierdzam, tym razem szczerze.

Uśmiecha się. Pojedyncza łza wymyka się i spływa po ozdobionym dołeczkiem policzku.

- Wiem. Tylko szkoda, że tego nie zobaczysz.

Laila wychodzi i zostaję sam. Patrzę, jak topniejący śnieg ześlizguje się po zamarzniętej szybie.

To jedna z ostatnich nocy, moje życie dobiega końca, a ja tak bardzo pragnę zobaczyć, co się kryje za horyzontem. Chcę więcej.

Chcę zobaczyć drugą wyspę.

To zabronione. Nikt nie ma prawa opuszczać krainy Mrocznych i nikt nie ma prawa do niej wchodzić. Jest to jednoznaczne ze zdradą kraju.

Ale nie mam nic do stracenia.

W zamku nie ma ani jednej mapy naszego świata, ale znalazłem porzucone biblioteki. Podczas gdy inni doskonalili swoje umiejętności przed nadciągającą masakrą, ja szukałem, zbierałem informacje, aż wreszcie udało mi się poznać drogę. I odległość. Bycie niedostrzegalnym i niewartym uwagi jednak wiąże się z pewnymi korzyściami.

Ostatni raz, mówię sobie w myślach. Ostatni raz opuszczę tę komnatę i zwiedzę, ile tylko się da. Teleportuję się dalej niż kiedykolwiek wcześniej.

Przenoszę się na Lightlark.

Ta ziemia nie jest pokryta warstwą popiołu. Jest zielona. Plaże nie są z tłuczonej skały, tylko z gładkiego złotego piasku. Piękny widok, niczym tamte gwiazdy nanizane na niewidzialny sznur. To nasi wrogowie.

Przebywanie w tym miejscu to zdrada.

Ale zostaję. Zostaję aż do świtu, buszuję po lasach, w których rosną nieznane mi owoce, teleportuję się do krain w kolorze srebra, błękitu, złota i głębokiej zieleni.

Kiedy wracam, moja moc jest na wyczerpaniu. Ląduję w ogrodzie zamku zimowego. Ostatkiem sił docieram do komnaty.

Zapadam w sen głęboki i spokojny jak gładki ocean.

Rano budzi mnie czyjś krzyk.

Zapada cisza.

Laila.

Drzwi komnaty są zamknięte na klucz, ale wydostaję się z niej za pomocą teleportacji. Biegiem pokonuję kolejne korytarze.

I nagle ten widok.

Ciała moich braci i sióstr rozrzucone na podłodze, zdeformowane. Leżące w stosach. Zakrwawione. Muszę przez nie przechodzić.

Laila. Moje umiejętności rozbiegają się po całym budynku, szukają niepowtarzalnego cienia jej emocji. Panika rozlewa mi się w piersi.

Wreszcie ją wyczuwam. Żyje. Czuję jej zdumienie...

Mijam kolejne korytarze i w końcu się pokazuje.

Mój ojciec stoi pośród zwłok swoich dzieci.

I trzyma Lailę za kark.

Jej strach przenika mnie do szpiku kości. Nigdy nie czułem jej strachu. Ona nigdy się nie boi.

- Powiedz mi, Grimshaw - zagaja ojciec, powoli obracając się w moją stronę razem z Lailą. - Powiedz, gdzie byłeś tej nocy. Wyznaj swój sekret. - Jego czarne oczy przypominają jeziora bez dna.

- Ja... - Mocniej zaciska rękę na jej karku, a ja mam całkowitą pustkę w głowie. Ogarnia mnie przerażenie. Pewnie ktoś widział mnie w ogrodzie. Ojciec zapewne specjalnie zamknął mnie pod kluczem, żeby sprawdzić swoje podejrzenia. Jakimś cudem udaje mi się zachować spokojny ton, gdy mówię to, co i tak już wie: - Umiem się teleportować. Wyszedłem z zamku. A teraz ją puść.

Ojciec groźnie mruży oczy na słowa rozkazu i to jedno spojrzenie wystarczyłoby, żeby napełnić moje serce strachem, gdyby jeszcze było tam miejsce. Nie strachem przed nim, lecz strachem o nią.

- Gdyby nie fakt, że dostałeś ten sam talent co Cronan, poderżnąłbym ci gardło.

Sięgam po swoją moc. Próbuję teleportować stąd Lailę, z dala od zagrożenia, ale na próżno. Moje emocje są zbyt niestabilne, zbyt nieokiełznane. W dodatku nigdy nie teleportowałem drugiej osoby, tylko siebie.

Nadal trzyma Lailę za kark.

- Zabij ją - rzuca.

- Nie - odpowiadam bez wahania, chociaż wiem, że sprzeciwianie się jego rozkazom jest równoznaczne ze zdradą stanu.

Przechyla głowę.

- Sprawdźmy, czy okazałaby ci taką samą łaskę. - I popycha ją w moją stronę.

Laila.

Wyciągam ręce, żeby ją osłonić, zabrać stąd, choć nie wiem jak.

Ale nie odwzajemnia mojego gestu.

Jej spojrzenie się wyostrza. I kiedy już, już mam ją pochwycić - znika.

Nie, nie znika, przemienia się. W ułamku sekundy staje się nietoperzem. Przypuszczam, że chce opuścić to miejsce, ale nagle wyczuwam jej emocje.

Zimny prąd determinacji. Bezwzględnej, skupionej na celu. Pędzi prosto na mnie, mierząc kłami w moją szyję.

Mogłem to przewidzieć. Laila od lat zapowiadała, że mnie zabije. A teraz z całego rodzeństwa zostało tylko nas dwoje. Pragnęła tego od zawsze.

Czego się spodziewałem? Czułem przecież jej emocje. Zależy jej na mnie w takim stopniu, w jakim w ogóle może jej na kimś zależeć... ale bardziej zależy jej na władzy. Tak jak ojcu.

Opuszczam ręce. Nie teleportuję się, nie sięgam po miecz. Czuję rozczarowanie ojca niczym duszącą ciężką smołę, ale nie dbam o to. Nie staję do walki. Nie mógłbym z nią walczyć.

Czuję, jak ostre kły wbijają się w żyłę na mojej szyi - i nagle coś się dzieje. W moim wnętrzu budzi się głęboko ukryta kopalnia mocy.

Cienie wybuchają spod skóry, ostre jak noże.

Przeszywają Lailę wszystkie naraz. Widzę, jak jej kocie oczy się rozszerzają. Leci do tyłu, pchnięta siłą cieni. W chwili, gdy uderza o podłogę, znów jest sobą.

Jej ciało to wiązka krwawych wstęg. Nie. Co ja najlepszego zrobiłem? Rzucam się w jej stronę, ale uderza we mnie fala bólu i paniki, aż osuwam się na ziemię. Podpełzam bliżej, obejmuję jej ciało. Krew Laili spływa na wszystkie strony.

- Przepraszam - mówię, rozpaczliwie usiłując zatamować krwawienie. Powstrzymać utratę przytomności. - Nie... nie wiem, jak to się stało, ja...

Jej oczy.

W jej oczach widać poczucie zdrady. Szok. I przejmujący smutek.

A potem już nic.

Nie żyje.

Ściskam jej ciało i wyję. Nie. To się nie dzieje naprawdę. Na pewno da się to jakoś cofnąć.

Czytałem różne starożytne księgi. Wiem, że istnieje coś takiego... pewien niebezpieczny sposób na podzielenie się mocą w celu uratowania komuś życia. Przemienienia go. Ale wymaga zaangażowania z obu stron.

A wiem najlepiej ze wszystkich, że Laila nigdy tak naprawdę o mnie nie dbała. Jednak próbuję. Mimo wszystko. Usiłuję oddać jej własne życie, swoje moce, naprawić fakt, że ją zabiłem.

Ale jest coraz zimniejsza. Oczy wciąż ma szeroko rozwarte i puste. Jej cień, jej aura, znikły bez śladu.

Odeszła.

Ból. Przejmujący ból.

Cienie wybuchają, niszczą wszystko na swojej drodze, rozrywają nawet posadzki. Przedzierają się przez cały budynek niczym wściekła burza ciemności. Ciała mojego rodzeństwa obracają się w popiół. Laila wpada w szczelinę, a ja krzyczę.

Zostałem sam z ojcem.

Przez kilka minut tylko tak stoję, z trudem łapiąc oddech. Patrząc na swoje dzieło zniszczenia. Co ja najlepszego narobiłem?

W końcu ojciec podchodzi i kładzie mi rękę na ramieniu. Wzdrygam się. Po raz pierwszy mnie dotknął. Po raz pierwszy dostrzegł moje istnienie.

- Ból daje moc. - Nic więcej nie mówi, odchodzi, a moje ciało wreszcie się poddaje. Osuwam się na pozostałości posadzki.

Laila poniosła śmierć przeze mnie.

Ona i cała reszta.

To boli naprawdę mocno. I już zawsze będzie boleć.

Mój ból jest nieskończony.

A od tego dnia moja moc również.

Kilka godzin później Sorsa znajduje mnie leżącego w tym samym miejscu, pokrytego popiołem, drżącego. Wybuch mocy pozostawił we mnie pustkę i chłód. Opiekunka podnosi mnie ostrożnie i ociera mi twarz. Przynosi czyste ubranie.

Prowadzi mnie do kuchni.

Wciąż się trzęsę. Nie mogę przestać.

Krząta się przy wtórze cichych dźwięków, które ledwo rejestruję, podobnie jak jej obecność, aż znów podchodzi i coś mi podaje. To kubek.

W pierwszej chwili moje cienie wystrzelają, ostre jak szpony, ale Sorsa spokojnie stawia naczynie na stole. Słyszę szelest zamykanych drzwi.

Mam ochotę walnąć kubkiem, aż roztrzaska się na tysiąc kawałków, ale nagle czuję zapach. Słodki. Taki słodki.

Chcę go znienawidzić, ale jestem w środku zimny i pusty, więc wbrew wszystkiemu biorę naczynie w ręce.

Upijam łyk.

Czekolada. To jest czekolada!

Jeszcze jeden.

Ból nie ustaje. Ani trochę. Ale słodki napój jakby odrobinę pomaga. Pozwala mi zachować przytomność. Trzyma w tym miejscu, chociaż najchętniej zostawiłbym ten świat i ojca daleko za sobą.

Napój okazuje się jedynym balsamem na ból, który przemieniam w moc. Nienawidzę ojca, lecz tylko on mi został, dlatego nienawiść ustępuje chęci przypodobania mu się. Pragnę, żeby to wszystko okazało się warte poniesionych strat. Usiłuję przekonać samego siebie, że to nie pójdzie na marne.

Bo inaczej... oni wszyscy zginęli na darmo. Śmierć Laili była niepotrzebna. Ból straty jest zbyt wielki, dlatego odsuwam emocje. Otaczam serce twardą skorupą.

Staję się tym, czym pragnęła stać się Laila.

Staję się najpotężniejszym orężem naszego ojca.

FURIA

DWADZIEŚCIA LAT PÓŹNIEJ

Mój miecz jest cały we krwi. Nic nowego - przynajmniej od pięciu lat, kiedy mój ojciec wypowiedział wojnę Lightlarkowi.

Wycieram klingę w trawę i z całkowitą obojętnością atakuję ponownie. Ktoś leży u moich stóp i błaga o litość. Twierdzi, że ma dzieci.

Przeszywam mu gardło, zanim zdąży coś jeszcze powiedzieć.

"Dureń", mówię w myślach. Tylko dureń zakłada rodzinę, jeśli jest wojownikiem. Tylko dureń potrafi zrobić coś tak głupiego, jak pokochać coś lub kogoś, podczas gdy życie nieuchronnie zmierza ku śmierci.

Jacy oni wszyscy są żałośni.

Kiedy po raz pierwszy wkroczyłem na pole bitwy, napotkałem nieustępliwy mur strachu, paniki i bólu. Te emocje niemal mnie udusiły.

Dlatego musiałem się nauczyć je blokować.

Tak jak wcześniej nauczyłem się blokować własne.

Mówią, że jestem bezlitosny. Okrutny. Nazywają mnie potworem. Wcieloną śmiercią. I mają rację. Nigdy nie okazuję litości. Nie biorę jeńców, nie zostawiam ciał.

Ponieważ mnie też nikt nigdy nie okazał litości.

Mój miecz przeszywa kolejną pierś. Powalam kolejnych wojowników, jednego po drugim, skupiając się wyłącznie na ścieżce miecza.

Wykonuję rozkazy. To mój obowiązek. Moja rola.

I jestem w tym dobry.

Na koniec, kiedy już wszyscy są martwi, zgodnie z rozkazem ojca teleportuję ich zwłoki do krainy Mrocznych, aby podwładni mogli się przekonać o naszej sile. Niektórzy twierdzą, że to okrutne odmawiać bliskim pogrzebania zmarłych.

Może mają rację. Ale odkąd zostałem następcą tronu, nie udaję, że jestem czymś więcej niż potworem.

Kroczę przez korytarze zamku Mrocznych. Części mojej zbroi skrzypią, ocierając się o siebie, kroki w wysokich butach odbijają się echem od posadzki z czarnego kamienia.

Ojciec siedzi na tronie zbudowanym z powykręcanych utwardzonych szepczących cieni. Krótko kiwa głową - to jedyny znak uznania dla moich zasług, na jaki sobie pozwala.

Przyklękam na jedno kolano.

- Pięciuset trzynastu - mówię, mając na myśli liczbę ofiar. Liczbę śmierci zaznaczonych na klindze mojego miecza.

Marszczy brwi.

- Powinni już się poddać - wyrokuje. - Dlaczego jeszcze tego nie zrobili?

Podnoszę się.

- Chodzi o dowódcę. Księcia Słonecznych.

To drugi syn. Dowodzi armią. Swoimi przemowami, nadzieją i ogniem podburza poddanych tak, że ich zapał przekracza zwykłe żołnierskie poczucie obowiązku.

Moi ludzie walczą ze strachu przed władcą.

Słoneczni zaś...

Oni walczą z miłości do swojego domu i wszystkich mieszkańców kraju.

Miłość jest dla idiotów i przez nią wszyscy oni zidiocieli. Z radością ładują się w środek bitwy, chociaż brak im odpowiedniego sprzętu.

Co za głupota.

A jednak... są silniejsi, niż się spodziewałem. Nie tak łatwo ich pokonać.

Ojciec się krzywi.

- Drugi syn ma przewagę nad moim następcą? Żeby przynajmniej pierworodny.

Zgrzytam zębami. Gdyby ojciec raczył się zjawić na polu bitwy, gdyby się nie uparł, że nie ruszy się stąd do końca, może dałoby się przyspieszyć rozwój wydarzeń.

Mogłem już dawno temu położyć kres tej wojnie za pomocą swoich cieni. Tyle że musiałbym wyzwolić emocje. Wydobyć tamten ból. A akurat tego nie chcę. Na szczęście ojciec nie podejrzewa, że wstrzymuję się przed wykorzystaniem pełni swojej mocy.

Mam dosyć walki. Owszem, jestem dobry w zabijaniu, ale nie czerpię z tego żadnej przyjemności. A wraz z każdym odebranym życiem... czuję, jak ten mur wokół mnie pęka. Ukryte emocje zaczynają wypływać na powierzchnię. Czas załatwić sprawę raz a dobrze.

- To była jedna z ich najsilniejszych pozycji. Przegrali. Dzisiejszej nocy, gdy będą zbierać siły, ruszymy na zamek.

Ojciec się podnosi.

- Już czas? - pyta.

Kiwam głową.

- Tak.

Czas, żeby król Lightlarku poniósł śmierć.

Nie żyje, tak jak i jego żona.

Ojciec właśnie go zabił. Po raz pierwszy widziałem, by posłużył się tak wielką mocą - dosłownie wybuchła z jego wnętrza, jakby bardzo długo ją w sobie gromadził. Oszczędzał.

Jego miecz był owinięty cieniami, które w odpowiednim momencie ześlizgnęły się z klingi i jednocześnie uderzyły w parę królewską. Oboje padli bez życia. A teraz słyszę, jak dowódca wykrzykuje rozkazy na drugim końcu pola bitwy.

Zamek jest tuż, tuż. Wystarczy sięgnąć. Najlepsi żołnierze utworzyli mur przeciwko naszym wojskom.

"Wygramy", mówię w myślach.

Spoglądam na ojca. Jego cienie chowają się w klindze. Odwzajemnia spojrzenie, a ja nieruchomieję.

Jego ramiona... drżą. Oczy są przekrwione. Wydaje się niemal słaby, co nie ma sensu, bo przecież powinien górować siłą nad nami wszystkimi.

Dowódca, książę Słonecznych, biegnie prosto na nas, mierząc mieczem w mojego ojca.

Zamierza go zabić.

"Powinienem mu pozwolić", myślę. Powinienem pozwolić, by ten Słoneczny, z twarzą mokrą od łez i krzyczący tak głośno, że jego głos przebija się przez wrzaski całej armii, zabił mojego ojca.

Ale wówczas objąłbym władzę. A wcale tego nie chcę. Nigdy, jeśli to tylko możliwe.

Wojna wiele mnie kosztuje. Niekończące się bitwy. Ta cała krew.

Trwa już od wielu lat, jestem zmęczony.

Tak strasznie zmęczony.

- Idź - mówię. - Ja się nim zajmę.

Ojciec kiwa głową. Teleportuję go pod osłoną cieni.

A potem rozluźniam ramiona i dobywam miecza.

Słoneczny obnaża zęby. Ryczy. I... płacze.

Ta emocja wywołuje we mnie odrazę.

Ale mimo wszystko go ostrzegam.

- Nie chcesz ze mną walczyć - mówię, kiedy podbiega bliżej. On jednak nie zwalnia. Nie waha się, chociaż widzę, że kilka osób, jego przyjaciół, próbuje go dogonić.

Tworzy ścianę ognia, żeby się od nich odgrodzić. Odgrodzić wszystkich swoich ludzi.

Ściana owija się wokół nas, aż powstaje okrąg. W środku jesteśmy tylko my dwaj.

- Gdzie jest twój ojciec? - pyta, rozglądając się gorączkowo, z twarzą wykrzywioną żądzą zemsty.

Odpowiadam z obojętnym spokojem:

- Odszedł. Będziesz musiał walczyć ze mną. - Nie czuję absolutnie nic.

On za to... Opuszczam dzielącą nas barierę i jego emocje walą we mnie jak taran. O mało się nie przewracam.

Ból. Tak wiele bólu...

Strata.

Furia.

Marszczę brwi. Czy właśnie tak wygląda troska o rodziców?

- O kogo chodzi? - pytam ze szczerym zaciekawieniem. - Czyja śmierć cię tu sprowadziła, kazała ci zaryzykować i się ze mną zmierzyć? Twojego ojca?

Czuję zmianę w emocjach.

- Czy matki?

Jest. Oślepiająca fala rozpaczy. Prawie mi go żal. Mojego wroga. Człowieka, którego krew za chwilę spłynie po klindze mojego miecza.

- Ach. Ona...

Rzuca się do ataku. Mój miecz lekko blokuje jego broń.

- Nie waż się wspominać o mojej matce - warczy.

Emocja. Zaciemnia jasność myślenia. Osłabia zręczność.

Uświadamiam sobie, że właśnie dzięki temu zwyciężę.

Grzebię w świeżej ranie. Wyciskam z niej krew.

Po mojej twarzy pełza uśmiech. Zimny. Pozbawiony uczuć.

- Mam propozycję. Stłum te płomienie, a pozwolę ci zatrzymać jej ciało. Wyprawić jej godny pogrzeb.

Tak jakby ten ogień mógł mi przeszkodzić.

Czuję, jak powietrze przeszywa przypływ świeżego bólu, ciąży w nim jak deszcz. Książę ponownie rzuca się do ataku. Obserwowałem tę zręczność z daleka. Nie można go nazwać kiepskim wojownikiem.

Tyle że jestem lepszy.

Obracam się i przeszywam klingą jego zbroję. Ale jakby nic nie poczuł.

Strumień czerwieni bucha z rany, ale Słoneczny naciera dalej, spycha mnie w stronę płomieni. Tylko dzięki cieniom nie doznaję poparzeń.

- Twój ojciec wszystko mi odebrał - mówi głosem przepełnionym wściekłością i cierpieniem. Jego oczy błyszczą. - A ja odbiorę wszystko jemu.

Rzuca się do przodu i przejeżdża klingą po mojej zbroi.

Śmiechu warte. Tak jakbym mógł być dla kogoś "wszystkim". Dla mojego ojca liczy się tylko to, że dzięki mnie nasz ród będzie trwał. Kiedy odkrył, że mam umiejętność teleportacji, stwierdził, że musimy odzyskać wszystko, co kiedyś straciliśmy. Wszystko, co jego zdaniem nam się należy.

I się udało. Za chwilę podbijemy Lightlark. Król i królowa nie żyją. Ta wojna wreszcie zmierza ku końcowi.

Bo trwa już stanowczo za długo.

Z całych sił oddaję cios. Książę w ostatniej chwili robi unik. Koniuszek mojego miecza zostawia ślad na jego policzku, ale Słoneczny i tym razem zdaje się nie czuć bólu. Jakby nie czuł w ogóle nic poza przygniatającym smutkiem.

- Tak jakbyś potrafił zrozumieć - mówi głosem drżącym z gniewu, gdy nasze miecze zderzają się ze zgrzytem. - Tak jakbyś wiedział, co to znaczy, gdy ukochana osoba umiera na twoich oczach.

Zastygam. Świat nieruchomieje. Te słowa... Te słowa mają większą siłę niż miecz. Mogę zablokować jego ciosy, ale słowa przeszywają mnie na wylot.

Pozwoliłem, by bariera opadła, bo chciałem poczuć jego emocje.

I teraz moje uczucia napływają gwałtownie, po raz pierwszy od dziesięcioleci, z siłą ogromnej fali.

Laila.

Jej dezorientacja, gdy zrozumiała, że ojciec ją zdradził. Jej niemy okrzyk, gdy dotarło do niej, że umiera. To ja ją zabiłem.

Zabiłem ją.

Nie mogę oddychać. Zataczam się w bok, tracę równowagę. Zablokowałem emocje, ale one nie odeszły, tylko się wzmocniły, jakby przez cały czas łączyły siły, umacniały się pod osłoną moich żeber. A teraz mnie oślepiają, przeszywają mnie jak ostrza z cieni, które przebiły ciało Laili, które zadały jej śmierć.

Zabiłem ją. Widzę jej zmaltretowane ciało, tę całą krew. Widzę, jak światło gaśnie w jej oczach. Czuję ten ból, zdradę.

Ufała mi, a ja...

Mrugam i nagle dostrzegam, jak miecz Ora zbliża się do mojej piersi, by przeszyć mi serce. Powinienem na to pozwolić.

W ostatniej sekundzie zużywam całą moc i przemieniam swoje ciało w smugę dymu, tak jak wtedy, kiedy przenikam przez mury. Klinga przebija powietrze.

Ale obaj to widzimy.

Wygrał. Gdybym nie posłużył się mocą, byłbym już martwy.

Drugi syn... wygrał tę bitwę. Pokonał mnie.

Cofam się i przechodzę przez płomienie. Wykorzystuję je jako mur i pod jego osłoną teleportuję się do zamku.

Moje uczucia, moje wspomnienia wyrzuciły mnie z jakże starannie skonstruowanej osi. Czuję. Czuję! Robię kilka kroków i wymiotuję. Przeciągam ręką po ustach. Zaciskam zęby i próbuję ponownie pogrzebać te emocje, tak jak wcześniej. Udaje mi się schować niektóre... ale nie wszystkie. Zostaję z żalem, nienawiścią do samego siebie, bólem...

Ojciec bez sił półleży na tronie. Na mój widok z trudem unosi głowę.

- Co się stało? - pytam ostro. Po raz pierwszy czegoś od niego żądam. Przez jego słabość zostałem tam całkiem sam. Sam musiałem na jego rozkaz zabić tysiące wrogów.

A teraz nie ma nawet tyle siły, żeby prosto usiąść.

Mruży oczy, zirytowany moją bezczelnością. Zastanawiam się, czy mógłby zabić swojego jedynego następcę. Uczucia znów we mnie wzbierają i niemal marzę, by spróbował.

On jednak tylko unosi dłoń. Pośrodku widnieje jakiś znak.

- Co to...?

- Zostałem przeklęty - mówi. - Czułem to, a potem augur odczytał moją krew i potwierdził te podejrzenia.

Przeklęty?

- O jakiej klątwie mowa? - Klątwy to pradawna praktyka, którą na przestrzeni dziejów naszego kraju opanowali tylko nieliczni.

- Powiązanej z przedmiotem.

Mój głos jest urywany, desperacki, ponieważ ten drań nie może umrzeć.

- Jakim?

- Na wyspie Atlas znajduje się...

- Brylant.

Wypowiadam to słowo szeptem, przypominając sobie jeden z wielu sekretów, które powierzyła mi Laila. Na myśl o niej znów czuję bolesny płomień żalu. Próbuję go zgasić.

Ojciec kiwa głową.

- Nie mogłem go zdobyć... a on przeklął mnie za to, że próbowałem.

Mrugam. Ostatnimi laty zebrałem więcej informacji na temat brylantu zwanego Nieskończonym. Podobno ma on nadzwyczajne właściwości. Żeby go dostać, trzeba odbyć bardzo niebezpieczną wspinaczkę. W dodatku nawet tych, którzy zdołali dotrzeć na szczyt Atlasu, spotkała śmierć ze strony samego klejnotu.

Nie rozumiem, dlaczego mój ojciec, władca Mrocznych, podjął się takiego ryzyka. Ale nagle coś mi przychodzi do głowy.

- Wierzyłeś, że jego moc pomoże ci wygrać tę wojnę.

Kąciki jego ust drgają. Pochyla się z taką miną, jakby tracił rozum.

- Tę wojnę? Ten kamień pozwoliłby mi zdobyć cały świat.

Teraz, kiedy moje emocje się uwolniły, przepełnia mnie dziwna wściekłość, ponieważ głupio miałem nadzieję, że wreszcie nastąpi kres tej krwawej jatki. Tego zabijania.

Ale... okazuje się, że to dopiero początek.

Mój ojciec nigdy nie przestanie. On nie pragnie tylko Lightlarku. Pragnie wszystkiego.

Nasza sytuacja jest jasna.

Ojciec umiera.

Właśnie zabił króla i królową... a jeśli reakcja drugiego syna stanowi trafną wskazówkę, to wkrótce każdy z mieszkańców wyspy stanie do walki przeciwko naszym siłom, by się zemścić.

Straciliśmy już tak wielu ludzi. A ja... ja nie mogę tak walczyć. Potrzebuję odpoczynku, z dala od pola bitwy, od rozlewu krwi, od znienawidzonego ojca. Żeby znów zapanować nad emocjami. Zapomnieć. Wzmocnić mury, zniszczone uczuciami i słowami Słonecznego.

- Musimy się poddać - stwierdzam stanowczo.

Oczy ojca błyskają gniewem.

- Musisz się skupić na przetrwaniu - dodaję, udając, że zależy mi na jego zdrowiu bardziej niż na własnym losie. - Nawet jeśli zwyciężymy... nie będziemy zdolni utrzymać Lightlarku. Znowu nas pokonają. Nie możemy pozwolić sobie na większe straty. Nie kiedy jesteś w takim stanie... To mogłoby oznaczać nasz ostateczny upadek.

Ojciec odmawia. Próbuje zaznaczyć swoją pozycję podczas kolejnej bitwy, tak jakby chciał dowieść, że jest w pełni sił, i o mało nie przypłaca tego życiem. To mnie niszczy. Bez murów chroniących mój umysł i duszę czuję wszystko. Smutek. Ból. A cudze emocje przywołują te w moim wnętrzu, wyciągają je na wierzch, aż zmieniam się w kupę mięsa odzianego w zbroję, przepełnionego nieskończonym wstydem i nienawiścią do samego siebie. Przez to też o mało nie tracę życia na polu bitwy. I prawie żałuję, że jednak ocalałem.

Ojciec chudnie. Blednie. Kiedy kilka tygodni później wzywa mnie do sali tronowej, jest wrakiem człowieka. Ma nowy plan, którego początkiem ma być kapitulacja.

Jest tak słaby, że z trudem podnosi rękę, żeby podpisać warunki traktatu.

- Idź - mówi. - Znajdź sposób, jak podbić wyspę raz na zawsze. Od wewnątrz.

W chwili, gdy wysiadam z łodzi i znów stawiam stopę na wyspie, trafiam do więzienia.

I zostaję tam na długie miesiące.

POKÓJ

Dzisiaj wreszcie przeniesiono mnie z lochu do zamku.

Wolałbym zostać w celi.

Tam nikt nie śmiał dotykać moich rzeczy.

Kiedy wchodzę do komnaty, służąca umyka z niej w popłochu. Miała czelność pościelić łoże.

Nikt prócz mnie nie ma prawa dotykać mojego posłania.

Nie cierpię ludzi, którzy naruszają moją przestrzeń.

W krainie Mrocznych mój ojciec bardzo dbał o prywatność. Tylko garstka zaufanych służących mogła wchodzić do komnat w naszej części zamku.

A tutaj... wszędzie kręcą się ludzie. Ci władcy nawet nie przyrządzają sami posiłków. Nie ostrzą sami mieczy.

Nic dziwnego, że ten komiczny król Egan nie postawił stopy na polu bitwy. Musiałby mieć asystenta do trzymania miecza.

Słabeusz.

Jego brat za to... Oro. Drugi syn. Książę.

Tak często odwiedzał mnie w celi, że zacząłem się zastanawiać, czy aby nie jest równie samotny jak ja, mimo hordy irytujących przyjaciół.

Wyczuwałem jego emocje, nienawiść do mnie będącą odbiciem mojej nienawiści do niego. Ale po kilku miesiącach i karczemnej awanturze nasza wzajemna niechęć ustąpiła czemuś na kształt... przyjaźni.

Marszczę brwi na to określenie.

Wróg stał się moim jedynym przyjacielem.

Co za smętne życie.

Przestałem teleportować się nocami do domu.

Mówię ojcu, że knuję intrygę, pracuję nad planem dostania się na wyspę, ale to kłamstwo.

Niby siedzę w więzieniu, ale od dawna nie czułem się tak wolny. Tutejsi mieszkańcy mnie nienawidzą, lecz niektórym nie przeszkadza moje towarzystwo.

Miewam kobiety, a potem nigdy więcej ich nie widuję.

Ból nigdy nie słabnie, ale powoli uczę się z nim żyć. Stopniowo się otwieram. Potykam się z Orem w ramach treningów szermierskich. Rozmawiamy. Spędzam czas na Wyspie Dzikich. Zdarzają się chwile przypominające szczęście. Spokój. Życie bez rozlewu krwi. Mijają tak prawie dwie dekady. A potem w mojej komnacie zjawia się Dzika. Żąda kwiatu rosnącego na pozostałościach Wyspy Mrocznych. Dobrze. Da się załatwić.

Znajduję dla niej kwiat i jej daję, i ją mam, i jest w porządku. Nic zapadającego w pamięć ani na tyle silnego, żebym coś poczuł.

Nie zostaję. Nigdy nie zostaję.

Kilka godzin później śpię w swoim łożu, gdy nagle coś mnie budzi.

Krzyk.

I znowu.

Nagle krzyczy cały świat.

Ból wypływa na powierzchnię. Zupełnie jak w dniu, gdy ojciec dowiedział się o moim talencie. W dniu, który wszystko zmienił. Który wciąż prześladuje mnie w snach. Z jakiegoś powodu jestem pewien, że chodzi o to samo.

Wiem, że jeśli wyjdę z komnaty, okaże się, że wszyscy zginęli.

Ale i tak wychodzę, i okazuje się, że miałem rację.

Obserwuję z zamkowych okien, jak Niebiańscy spadają na ziemię. Słoneczni stają w płomieniach. Dzicy zębami wyrywają serca. Biegnę korytarzami, w których ścielą się srebrzyste ciała Gwiezdnych. Martwi. Wszyscy zginęli. Tak jak moje rodzeństwo. Wspomnienia mnie oślepiają, mieszają się z teraźniejszością.

To klątwa. Wyczuwam ją wszędzie dokoła.

Ale kto za tym stoi? Co się stało?

Skręcam za róg i o mało nie wpadam na kogoś klęczącego na podłodze.

Oro. Mój przyjaciel. Mój jedyny przyjaciel.

Na jego widok ogarnia mnie chłodna ulga.

Trzyma w ramionach opiekunkę swojego brata, Gwiezdną. Jest martwa. Obok leży Ara, jej córka. Dziewczynka, którą uratowaliśmy razem lata temu. Czuję jego przygniatający żal. Głębokie jak krater cierpienie. Wystarczyłoby na zapełnienie całego zamku.

A potem, gdy podnosi wzrok, czuję jego płonącą wściekłość.

Wygląda, jakby chciał mnie zabić.

Mrugam.

Od lat nie patrzył na mnie w taki sposób. Zaledwie wczoraj siedzieliśmy obok siebie na szczycie nadmorskiego klifu, snując wizje lepszej przyszłości dla naszych królestw.

A teraz... teraz zamiast przyjaźni i zaufania czuję wyłącznie czystą, niczym niezmąconą nienawiść. Uważa, że to ja jestem sprawcą tego wszystkiego. Uważa, że ponoszę winę za te wszystkie ofiary.

Czyżby to mój ojciec? To klątwa Mrocznych... Może jakimś sposobem przysłał kogoś jeszcze? Miał dosyć moich coraz rzadszych wizyt i zbyt powolnego działania?

To przecież nie byłem ja. Ale Oro nie da się przekonać.

Dzisiaj zginęli nie tylko nasi ludzie. Umarła też nasza przyjaźń. Na zawsze.

A wraz z nią umiera poszarpana cząstka mnie, ta odpowiadająca za nadzieję, zaufanie i odrobinę szczęścia.

Próbuję przed tym uciec, zamykam się, buduję mury, grzebię wszystkie emocje, którym w ciągu tych dwóch dekad pozwoliłem wymknąć się na wolność. Błąd. To zawsze jest błąd. Wracam do komnaty i decyduję się na to, czego od lat próbowałem uniknąć. Wracam do ojca.

Zostały z niego skóra i kości. Podnosi się z wielkim wysiłkiem, cały drży. Kolczuga zwisa na nim luźno.

Jest zaskoczony wiadomością o klątwie równie mocno, jak ja. Sądziłem, że będzie zachwycony. Wszyscy umierają. To nasza szansa na przejęcie wyspy.

Ale on mówi tylko:

- A więc już czas.

Mrugam, niemal pewien, że się przesłyszałem. Jego głos jest bardzo słaby.

- Czas na co?

Podchodzi do mnie chwiejnym krokiem.

- Kiedy cię nie było, zabiłem proroka - rzuca lekko. - Nie chciał mi zdradzić przyszłości. Ale spisał całą księgę przepowiedni. Torturowałem jednego z jego wyznawców tak długo, aż powtórzył mi jedną z nich.

Przechyla głowę. Z jego oczu wyziera determinacja.

- Moc Cronana znów powstanie. Nasz ród będzie władał nimi wszystkimi. Mroczni odzyskają wszystko, co kiedyś utracili...

Mówi do mnie. Patrzy na mnie wyjątkowo nie z rozczarowaniem, ale z dumą.

- Kamień - dodaje. Oczy błyszczą mu z ekscytacji. - Będzie twój. Dostaniesz go.

Brylant. Nieskończony.

Moje emocje są teraz stłumione, ale czuję cień niepewności. Widziałem tyle ofiar, sam tyle zabiłem dla ojca. Dzisiaj na Lightlarku zginęło mnóstwo ludzi. Ile śmierci jeszcze zniesie ten świat?

Ojciec podejmuje:

- Wszystko minie... dzięki wielkiemu poświęceniu. Zrezygnuję dla ciebie z życia. Już czas.

Nie. Nigdy bym nie podejrzewał, że ojciec postanowi złożyć siebie w ofierze. Ale dba wyłącznie o przetrwanie rodu. Pragnie, byśmy podbili świat, nawet jeśli ceną jest jego śmierć.

Nie mam w sobie takiej powinności. Nie marzę o podbojach.

Na Lightlarku, kiedy mogłem robić, co chciałem... kiedy nie musiałem na rozkaz zabijać nieprzeliczonych rzeszy ludzi... nareszcie zacząłem odczuwać coś zbliżonego do szczęścia.

A teraz to przepadło.

Szukam w powietrzu choćby cienia emocji. Choćby nikłej oznaki serca ze strony pozbawionego serca człowieka. Smutku. Strachu. Żalu.

I nie czuję zupełnie nic.

- Chyba nie mówisz poważnie - odzywam się. - Jesteś gotów umrzeć? Za to?

Patrzy mi prosto w oczy.

- Sądzisz, że boję się śmierci? - Kręci głową. - To jest większe ode mnie. Większe od ciebie. To jest przeznaczenie. Każdy z nas musi odegrać swoją rolę, żeby ród przetrwał. Żeby objął władzę nad nimi wszystkimi.

Robi krok w moją stronę.

- Przepowiednia miała jeszcze jedną część. Czy wiesz, co było przyczyną dzisiejszej masakry? Tych ofiar? Klątw? Miłość. - Wypowiada to słowo z obrzydzeniem. - Czy wiesz, co najbardziej zagraża naszemu rodowi? Nie bestie. Nie inne królestwa. Miłość. Właśnie przed nią od samego początku ostrzegał mnie Cronan, o niej mówi przepowiednia. Miłość zabija całe królestwa.

Chwyta mnie za kołnierz, jak na jego stan z zaskakującą siłą.

- Powiedziesz nas do wielkości. Dopełnisz przepowiedni. Zabij swoje serce, Grimshaw. Zabij uczucia. Nie bądź durniem.

A potem podaje mi koronę.

Dotykam jej - jest jak trucizna. Jakby wewnętrzny głos podpowiadał mi, że popełniam błąd.

- Pod koniec dnia będę martwy. Nadejdzie twoja kolej - dodaje ojciec. - Czas, by moc Cronana powstała.

Teleportuję go na Lightlark. Wiem, że więcej go nie zobaczę.

I wszystko zmieni się bezpowrotnie.

KUSICIELKA

CZTERYSTA DZIEWIĘĆDZIESIĄT DZIEWIĘĆ LAT PÓŹNIEJ

Musisz mieć następcę.

Zaciskam dłoń na brzegu tronu.

Członek rady, który właśnie to powiedział, służy na dworze od ośmiuset lat. Tylko dzięki tej pozycji jeszcze nie stracił języka.

Teraz odzywa się Tynan, wojownik, którego pragnę zabić od chwili objęcia władzy.

- Racja. Mamy niepewne czasy. Trzeba podtrzymać tradycję.

Tradycję.

Tradycję, według której władca Mrocznych musi mieć dziesiątki potomków, którzy kiedyś stoczą walkę na śmierć i życie.

Tradycję, która każe sypiać z niezliczonymi ochotniczkami, a gdy tylko urodzą, natychmiast się ich pozbywać.

Strzęp emocji przebija się przez więzienne mury, za którymi trzymam swoje uczucia, jak strzała odnajdująca złączenie w zbroi. Chwytam ją. Obracam w popiół. Wypieram wspomnienia.

Nie pierwszy raz rada podejmuje temat sukcesji. Powtarza się to co kilkadziesiąt lat, w miarę jak rośnie liczba ofiar klątwy.

Ale teraz na czoło wysuwa się znacznie większe niż klątwa zagrożenie dla naszego królestwa. Zmierzyłem się z nim ubiegłej nocy. Przesuwam się w bok i zaciskam zęby, czując ból nie do końca zagojonej rany. Skóra wciąż piecze w miejscu, które rozdarły szpony.

Nie chcę dzieci. Nigdy nie chciałem kontynuować żadnej z tych chorych tradycji. W ogóle nie pragnąłem władzy.

Nie mogę jednak bez końca odkładać tej rozmowy. Szczelina przecinająca nasz kraj, która trzyma na odległość skrzydlate bestie, zwane drekami, ostatnio zaczęła się niebezpiecznie rozdzielać. Klątwa zaczyna wpływać na moją władzę. Ziemie są osłabione, a liczba podwładnych się kurczy.

Dreki w każdej chwili mogą mnie zabić, a to oznacza koniec mojego rodu i całego ludu. Chyba że będę miał potomka...

Czasem nawet ta świadomość nie popycha mnie do działania. Ale jeśli wszyscy zginą... jeśli moje królestwo przepadnie... to wszystko, co wydarzyło się wcześniej, poszło na marne.

Znów duszą mnie wspomnienia. Krew rozlana na posadzkach tych komnat...

Pradawny członek rady ponownie zabiera głos:

- Twój ojciec miał trzydzieścioro dwoje potomków. Oczywiście byli słabi, pozbawieni wartości w przeciwieństwie do ciebie, ale on... - Urywa, bo nagle jego głos zmienia się w gulgotanie. Przyciska ręce do gardła, a ja ze znudzeniem patrzę, jak samym ruchem warg wypowiada nieme błagania. Jak jego stopy odrywają się od posadzki. Jak moje cienie owijają się wokół jego szyi.

Patrzę na niego i nie czuję nic. Ani wyrzutów sumienia. Ani litości. Ani żalu. Tylko nieprzebraną nicość.

Nawet kiedy zginam palec i jego kark się łamie, a ciało bezwładnie uderza o podłogę. Osiemset lat przepadło w jednej sekundzie.

Nie potrafię ani odrobinę się przejąć.

Zapada cisza. Nawet moi strażnicy zamarli.

- Dobrze. - Podnoszę się, przechodzę nad ciałem i ruszam do wyjścia, ciągnąc za sobą czarny płaszcz i świtę cieni. - Będę miał potomka.

Kiedy idę korytarzem, od moich strażników czuć słodką truciznę zazdrości. Krzywię się. Durnie. Sądzą, że mam szczęście, bo czeka na mnie kolejka kobiet gotowych się ze mną przespać, przyczynić się do trwania linii panujących.

Wolałbym być teraz przy szczelinie i walczyć z drekami.

Miałem wiele kobiet i zawsze była to przyjemna, lecz ulotna rozrywka. Tym razem będzie inaczej. Tym razem chodzi o konkretny cel.

Nigdy nie byłem z tą samą kobietą więcej niż raz. To sprzeczne z naszymi zasadami. Musimy unikać przywiązania.

Tak jakby to mi groziło.

Miłość. Śmiechu warte. Jaki głupiec chciałby się pakować w coś takiego? I po co, żeby przespać się ponownie z tą samą osobą? Po wieczność słuchać tego samego zrzędzenia?

Niektórzy mężczyźni na moim dworze wzięli sobie żony.

Szkoda mi tych durniów.

Docieram na koniec korytarza i wzdycham.

Kobiety czekają w kolejce. Wyczuwam ich emocje kłębiące się za drzwiami, wymieszane niczym w ogromnej kadzi na kształt rozedrganego, oszałamiającego podekscytowania. Najchętniej obróciłbym się na pięcie i zwiał.

Jedynie poczucie obowiązku każe mi zostać.

Miejmy to z głowy.

Otwieram drzwi i zamieram.

Czerwień.

Ludzkie emocje mają aurę. Kolory. Zwykle są podobne. Przygaszone. Ale takiej barwy nigdy nie widziałem. Jest taka nasycona. To kolor róż, serca, krwi...

Jej kolor.

Jej!

Kobieta ma na sobie taki sam skąpy strój jak reszta, lecz się wyróżnia. W komnacie jest ciasno, ale ja patrzę tylko na nią. I przyznaję, że nie chodzi tylko o tę szczególną aurę.

Jeszcze nigdy nie widziałem tak pięknej kobiety.

Natychmiast unicestwiam tę myśl. Piękna? Boki zrywać. Od setek lat nic nie zasługuje na takie miano w tym pokrytym popiołami świecie.

Nic... z wyjątkiem niej. Zaciskam szczęki, próbuję uspokoić myśli. Naprędce usiłuję pogrzebać napływ emocji. Ale czerwona aura jest jak trucizna, sączy się przez szpary w murach fortecy, którą wokół siebie zbudowałem.

Im dłużej na nią patrzę, tym jest gorzej.

Jej włosy są brązowe, długie i wywinięte na końcach. Każdy pukiel błyszczy. Wyobrażam sobie, jak ich dotykam. Jak za nie ciągnę... Na jej policzkach pojawia się rumieniec podkreślający małe skupiska piegów, a mnie ogarnia dziwna chęć, żeby je policzyć.

Przerażają mnie własne myśli.

Nie powinienem o niej myśleć. Nie powinienem się na nią gapić.

Ale nie mogę się powstrzymać.

Coś jest ze mną nie tak. Może padłem ofiarą otrucia. Powinienem odejść. Teleportować się na drugi kraniec wyspy.

Ale zamiast tego dalej gapię się na nią jak idiota.

Usta w kształcie serca ma pomalowane czerwoną farbką. Nigdy nikogo nie całuję, nie dopuszczam tak blisko, ale w tej chwili... w tej chwili pragnę usunąć ten barwnik swoim językiem. Ponieważ ona nie potrzebuje żadnych środków, żeby pięknie wyglądać.

Bo i tak jest piękna. Doskonała. Promienna. Niebezpieczna.

"Wybierz inną", ostrzega głos w mojej głowie. "Którąkolwiek".

- Ty. - Słowo samo wymyka mi się z ust. Stało się.

Zielone. Oczy, które na mnie patrzą, są zielone, i wiem, że dzisiejszej nocy będę widział je w myślach długo po jej odejściu.

Co się ze mną dzieje?

Kiedy wreszcie wychodzę z komnaty pełnej rozczarowanych i odrzuconych kobiet, mocno zaciskam zęby.

Nie jestem aż tak słaby. W pełni kontroluję swoje uczucia.

Udowodnię to sobie.

Wyczuwam migotanie jej aury za plecami, sprzeczne uczucia, jakby ze sobą walczyły, zupełnie jak moje.

Jakby to było możliwe, że przeżywa podobny zamęt jak ja. Ignoruję swoje idiotyczne uczucia i skupiam się na niej.

Jest... zdenerwowana. I... zachwycona.

A przede wszystkim zaszokowana.

Zaszokowana? Tak się zdziwiła, że ją wybrałem? Marszczę brwi. Nawet nie potrafię sobie przypomnieć twarzy pozostałych kobiet.

Na pewno wie, jak wygląda. Jest idealna. To niezaprzeczalny fakt. Tak. Po prostu. Podejdźmy do tego racjonalnie. To tylko... chwilowa reakcja na jej urodę. Nic więcej. Nic istotnego.

Oboje wiemy, po co tu jesteśmy. Wypełniam obowiązek, ale... może znalazłbym w nim również przyjemność. To chyba nie zbrodnia zaznać chwili zapomnienia. Wyrzucić z siebie całe napięcie.

Posłużę się nią. Ona sama się nie liczy.

Nigdy nie zabieram kobiet do swoich komnat. Odpycha mnie myśl, że mogłyby dotykać moich rzeczy. Ale z jakiegoś powodu tym razem kieruję kroki do siebie. Otwieram drzwi, zaskoczony tym, co robię.

"To tylko ciekawość", zapewniam się w myślach. "Nic więcej".

Kiedy wchodzi do środka, kiedy już jest w komnacie, do której nigdy nie przyprowadziłem kobiety, przygniata mnie lawina pragnienia. Żądzy posiadania. Kobiety, której nawet nie znam.

Coś w mojej krwi - coś obcego, dezorientującego - wyostrza się w jej obecności. Uczucia napierają na pierś niczym groźna bestia od stuleci uwięziona w klatce. Rozum mnie opuścił.

Jest tylko ona. I ja.

A kiedy rozlega się trzask zamykanych drzwi, przestaję nad sobą panować. Jestem jak wściekłe zwierzę. Dopadam ją i przyciskam do ściany, i...

Czekam. Czekam, ponieważ chcę przypatrzeć jej się z bliska, przekonać się, czy mnie pragnie, choćby odrobinę, tak jak ja pragnę jej.

Zwykle muszę odszukać emocje, wykonać pewien wysiłek, ale te jej przepalają mi skórę. Otaczam dłońmi nagie ramiona, a jej skóra... jej skóra jest ciepła i miękka. Taka miękka. Patrzenie na to piękno aż boli.

Można oficjalnie uznać, że oszalałem.

Zwłaszcza kiedy jej uczucia nabierają głębi i unosi wzrok, przeszywa mnie zielenią oczu. I kiedy uderzają we mnie te nowe emocje...

Nie odczuwam ich tak po prostu.

Wręcz czuję ich smak.

Czuję, jak bardzo tego pragnie, i o mało nie osuwam się na kolana.

Ale muszę usłyszeć to od niej.

- W porządku? - pytam, cały drżący od wstrzymywanego pożądania.

- Tak - odpowiada szeptem stworzonym z moich najmroczniejszych snów, a to jedno słowo jest kluczem otwierającym skarbiec uczuć. Wypuszcza je na wolność.

Ledwo wypowiada to słowo, moje usta już są przy jej ustach.

Nigdy nikogo nie całowałem. Zawsze wydawało się to bezsensowne. I w gruncie rzeczy wstrętne. Zbyt sentymentalne.

A kiedy czuję jej smak, od razu wiem, że nie zdołam jej zapomnieć. Nie. Jest jak klątwa - nie można się jej pozbyć.

Ona również drży. Tak jakby odwzajemniała to przyciąganie, to pragnienie, ten ryk mojej krwi.

Nie chcę jej tylko smakować, chcę ją pożreć. Przesuwam wargami po jej żuchwie i szyi.

Wsuwa dłonie w moje włosy, lekko szarpie. Karałem ludzi za znacznie drobniejsze przewinienia. Ale ten gest sprawia, że przechodzi mnie dreszcz wzdłuż kręgosłupa.

Tak pięknie pachnie. Reaguje na każdy mój dotyk. Ciężko oddycha, a kiedy przejeżdżam zębami po jej tętnie, wydaje taki dźwięk, że mam ochotę powtarzać tę pieszczotę bez końca, by nigdy nie przestała.

Brak mi wprawy. Nie zwykłem niczego odczuwać. Nigdy nie zaznałem pożądania choćby zbliżonego do tego teraz. Boję się, że jestem zbyt brutalny, zbyt natrętny, ale ona odpowiada na każdy mój ruch.

Jej dłonie dotykają mojej piersi, bez cienia strachu. Jeszcze nikt nigdy nie odważył się dotykać mnie w taki sposób. Nikomu na to nie pozwalam.

Liżę zagłębienie w jej szyi. Jej jęki działają bezpośrednio na miejsce między moimi nogami. Pragnę jej. Pragnę jej, jak jeszcze nigdy nie pragnąłem nikogo ani niczego.

Przyciskam ją do ściany, a ona otacza mnie w pasie nogami. Mało brakuje, żeby oczy poleciały mi w głąb czaszki.

Wciąż jesteśmy ubrani. Jeszcze nic nie zrobiliśmy. Ale kiedy tak z wolna się o nią ocieram, prawie widzę gwiazdy.

Jej oczy są dzikie, przepełnione emocjami, które niemal mnie dławią. Żądza. Niezmącona, czysta żądza. Wargi się rozdzielają. Głowa odchyla się do tyłu. Powieki zamykają się z trzepotem.

Wciskam dłoń w jej włosy i znów miażdżę jej usta pocałunkiem.

Wydaje cichy okrzyk, a ja korzystam z okazji i liżę jej podniebienie. Żeby w pełni poczuć jej smak. A potem wzdłuż zębów. Mój język splata się z jej językiem. Jęk, który wyrywa się z głębi jej gardła, o mało nie kończy sprawy. Zwłaszcza kiedy chwyta mój język między wargi i zaczyna ssać.

O kurwa.

Moja skóra płonie. Cały drżę z pożądania, czuję jej żar złączony z moim. Kąsam jej dolną wargę, jeszcze mocniej przywieram ustami do jej ust, tak jakbym mógł poczuć jeszcze więcej, jakbym chciał odcisnąć na niej ślad, tak dokładnie, żeby jeszcze długo czuła mój smak.

Zniszczyła mnie jednym pocałunkiem.

Zrujnowała.

Tak jak ten świat jest nudny i bezbarwny, tak w porównaniu z nią blednie każda emocja, każdy dotyk, wszystko blednie.

Nagle zaczynam rozumieć durniów, którzy zażywają nocny jad, nawet jeśli to powolny wyrok śmierci.

Ona też jest jak narkotyk. A ja chętnie się uzależnię.

Mógłbym to robić godzinami. Przez całe dnie. Znów muskam językiem jej język i w mojej piersi rozpala się ogień.

I nagle wszystko zamiera. Ogień zmienia się w coś zimnego. Ból.

Z żalem odsuwam się od jej ust. Spoglądam w rozszerzone oczy, tak niesamowicie zielone. A potem niechętnie przenoszę wzrok na własną pierś.

Sterczy z niej sztylet.

Ona mnie dźgnęła.

Dźgnęła mnie!

Ale i tak nadal chcę ją całować.

Jednakże chłód powoli się rozlewa, niszczy resztki ciepła i ostry ból przegania emocje. Powraca rozum.

Dźgnęła mnie!

Puszczam ją, chociaż wcale tego nie chcę. Kątem oka dostrzegam srebrny błysk czegoś przytroczonego do jej uda.

Nim zdążę zareagować, przywołać choćby jeden cień, zebrać się w sobie, ona już biegnie do wyjścia.

Powinienem ją dogonić. Powinienem ją zabić. Ruszyć w pościg.

Powinienem być wściekły.

Ale kiedy znika, czuję wyłącznie przygniatający smutek, dotkliwszy niż jakakolwiek rana. A to dlatego, że te kilka chwil rozkoszy obnażyło nędzę mojego dotychczasowego istnienia.

Pokazała mi ekstazę, a potem ją odebrała. Jej aura znikła, jakby jej tu nigdy nie było.

Jedyna czerwień, jaka po niej pozostała, to krew spływająca po mojej piersi.

Godzinę później, gdy całkiem mija mój chwilowy obłęd, ogarnia mnie potężna wściekłość.

Wściekłość na siebie. Że byłem taki głupi. Że dałem się zwieść.

Wściekłość na nią.

Gotuje się tuż pod skórą, kiedy siedzę na tronie w podartej koszuli. Trzeba pięciorga uzdrowicieli i połowy butelki eliksiru Księżycowych, żeby zatrzymać krwotok i zaszyć ranę. Przy każdym dotyku ich palców na mojej piersi wyobrażam sobie, jak zaciskam ręce na jej gardle. Jak jej szmaragdowe oczy wychodzą z orbit, gdy odbieram jej oddech. Powoli.

Pocałowała mnie.

Pocałowała mnie, a potem mnie dźgnęła.

Moje cienie się wyostrzają, rozrywają obsydianową posadzkę. Wszyscy czmychają na boki.

- Precz - warczę. - Sam opatrzę ranę.

Nie pozwoliłem im zostać dłużej, nie zdążyli usunąć blizny. I dobrze. Będzie mi przypominać, co się stało, kiedy po raz pierwszy od setek lat śmiałem się otworzyć na emocje. Kiedy śmiałem czegoś zapragnąć.

Mury fortecy znów zamykają się wokół mnie. Blizna będzie pamiątką.

Będzie mi przypominać, jak bardzo jej nienawidzę.

Mija kilka dni, a ja wciąż o niej myślę. Wściekłość nie osłabła nawet odrobinę. Jeśli już, to raczej urosła.

Bo teraz wszystko wydaje się logiczne. Niekontrolowane pragnienia. Napływ uczuć. To niemal ulga.

Strażnicy znaleźli czerwony strój i od razu się domyśliłem. To Dzika.

No oczywiście. To był podstęp. Pokaz ich uwodzicielskich sztuczek.

Moje palce drżą na rękojeści miecza tak, jak drżały na jej skórze. Ale tym razem na skutek rozpalonej do białości furii. Jak ona śmiała tak mnie nabrać?

Jak śmiała wtargnąć do mojego zamku?

Jak śmiała się przebrać za jedną z moich nałożnic?

Jak śmiała wbić sztylet w moją pierś, kiedy umierając z pożądania, z twardym wzwodem, przyciskałem się do jej gorącej...

Z rykiem odrzucam przeklęty obraz.

A wiedźma się budzi.

Zatapiam się w cieniach. Co noc przenoszę się do jej komnaty, czekam, że może zdradzi, jak się dostała do mojego królestwa. Jak mnie zwiodła.

Wyśledziłem ją zaledwie po kilku dniach. Zacząłem tutaj, od pałacu Dzikich i... proszę. Oto ona. Trenowała z mieczem na zewnątrz, miała związane włosy i znacznie więcej ubrań niż podczas naszego spotkania.

Widok korony na jej głowie był niemal jak okrutny żart.

Czyli nie jest zwyczajną Dzikuską. Jest ich przeklętą władczynią. Mogłem się domyślić. Wysłali ją, żeby mnie omamiła. Żeby mnie zabiła. A ja dałem się nabrać na jej sztuczki.

Nigdy więcej.

Jeszcze jedno pytanie domagało się odpowiedzi: jak zdołała tak szybko dotrzeć do mojej krainy? Nawet gdyby przebiła się przez nasze solidne linie obrony, podróż morska zajęłaby długie miesiące. A jednak...

Istnieje tylko jedna moc, dzięki której mogła w tak krótkim czasie przenieść się z krainy Mrocznych na nowe ziemie Dzikich.

Moja.

Nagle przypomniałem sobie srebrny błysk czegoś przytroczonego do jej uda... Przedmiot wydawał się znajomy. Teraz już wiem, co to było.

Tylko raz stworzyłem przedmiot ze swojego talentu - narzędzie umożliwiające teleportację, które dałem mojemu generałowi. Znikł on bez śladu lata temu, podczas poszukiwania miecza, który miał powstrzymać dreki i tym samym ocalić mój lud. Zawsze sądziłem, że przedmiot przepadł razem z generałem, w ostatnim miejscu poszukiwań.

Ale jakimś sposobem... magiczne narzędzie trafiło tutaj.

Każdy, kto ma dostęp do mojej mocy, oznacza zagrożenie - zwłaszcza władczyni wrogiego królestwa.

Tylko dlatego jeszcze jej nie zabiłem. Nie mogę tego znaleźć, chociaż bez końca przeszukuję jej rzeczy. Najpierw musi mi pokazać, gdzie trzyma ten magiczny przedmiot, żebym mógł go jej odebrać.

I wtedy ją załatwię.

Minęło pięć dni. Uczę się jej przyzwyczajeń.

Obserwuję ją z bliska.

Przychodzę każdej nocy, patrzę i czekam.

Ale mam coraz większy mętlik w głowie.

Spodziewałem się, że wiedźma, która miała czelność teleportować się do mojego królestwa i próbowała mnie zabić, będzie rządzić swoim ludem żelazną ręką. Strachem.

A ona siedzi pod kluczem, jakby sama podlegała czyjejś władzy.

Szklane ściany jej komnaty zamalowano. Tkwi tutaj, ukryta przed światem... zamknięta w tej kuli. Dlaczego? To bez sensu.

Przypomina mi się mój pokój z dzieciństwa.

Mnie też zamykano na klucz.

Szybko odsuwam obraz tamtego słabego chłopca.

Czekam w napięciu, żeby wreszcie dokądś się udała, żeby zdradziła, gdzie chowa magiczny przedmiot, wyjawiła swój plan. Bo wyraźnie coś knuje, a moja śmierć jest istotnym punktem tej strategii.

Ale wiedźma w nocy tylko śpi.

Nagle siada na posłaniu tak gwałtownie, że jej piersi prawie wylewają się z idiotycznego skrawka jedwabiu, który uparcie wkłada do spania.

Na chwilę powraca wspomnienie tych piersi przyciśniętych do mojego ciała.

Pamiętam to westchnienie w swoim uchu...

Dosyć tego.

Winię jej klątwę, chociaż nie umiem jej wyśledzić. Moje nozdrza się rozszerzają. Najlepszym dowodem mocy tej klątwy jest fakt, że perfidna, bezwstydna pożeraczka serc może wyglądać tak...

Kusicielka podciąga kołdrę na piersi i nagie ramiona, jakby poczuła moje intensywne spojrzenie.

Czy to możliwe? Patrzę jak zahipnotyzowany, gdy wyciąga drżącą dłoń w moją stronę.

Wykluczone. Na pewno mnie nie widzi ani nawet nie wyczuwa mojej obecności. Osłania mnie cień.

A jednak przesuwa się w moim kierunku.

I jeszcze.

Dekolt, już i tak bardzo mocno wycięty, obniża się jeszcze bardziej. A ona nie przestaje.

Przełykam ślinę.

I szybko odwracam wzrok.

Nie jestem głupi. Nie będę jak ostatni głąb gapił się na kusicielkę.

"Pokaż, jak podróżujesz po królestwach", błagam w myślach. "Żebym nigdy więcej nie musiał odwiedzać tej przeklętej krainy. Żebym nie musiał siedzieć tu co noc i patrzeć, jak śpisz".

Ale wiedźma zakopuje się w pościeli jak ostatni tchórz, a nie jak dumna władczyni, pożeraczka serc gotowa wbić wrogom sztylet w pierś. Wydaje się taka krucha. Taka naiwna.

W porównaniu z resztą z nas jest młoda... Według zapisków ma niewiele ponad dwadzieścia lat.

Kręcę głową i zaciskam dłoń w pięść.

Ta młoda władczyni zdołała przedrzeć się przez wszystkie linie zabezpieczeń, którymi otoczyłem swój kraj, i próbowała mnie zabić.

Czujnie się prostuję na swoim stanowisku za osłoną cieni. I znów wyobrażam sobie swoje ręce na jej gardle.