Lightlark (#2). Skyshade - Alex Aster

Kup ebooka

42.00 zł
34.02 zł (33,79 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ PIERWSZYW DOMU

Isla Crown stała pośród rozpadającego się świata i patrzyła, jak jej ukochany znika.

Drugi mężczyzna, którego kochała, chwycił ją za ramię z desperacką nadzieją osoby próbującej zatrzymać ostatnie chwile snu przed przebudzeniem. Ściskało ją w żołądku, szumiało w uszach...

Szczęk mieczy i wycie dreków ustąpiły ciszy.

- Jesteś w domu - powiedział Grim głosem łamiącym się z ulgi i nagle Isla znalazła się w pętach jakże znajomych objęć, przy jego piersi, z policzkiem tuż pod jego sercem. Instynktownie pragnęła wdychać jego zapach, wtulić się w niego jak najmocniej.

W domu. Poczuła, jak coś w jej wnętrzu się odrywa.

I jeszcze.

Odsunęła się i spojrzała w dół. Zbroję i ręce miała we krwi. Na ustach zaś czuła słony smak - od potu i łez wywołanych walką.

Zastanawiała się, co właściwie zrobiła... kim właściwie jest...

Chciała uciec. Chciała rzucić się biegiem przez te korytarze, tak jak podczas ich pierwszego spotkania, chciała teleportować się do Lightlarku, prosto w objęcia Ora...

Ale znalazła się tu nie bez powodu. Według przepowiedni miała zabić albo Ora, albo Grima. Tak chciało przeznaczenie. I teraz, gdy już wiedziała, jakie czyny ma na sumieniu, ilu ludzi pozbawiła życia, nie mogła mieć pewności, że nie skrzywdzi króla Słonecznych.

Grim podszedł do niej powoli, ostrożnie. Łagodnym głosem powiedział:

- Serce. - I znowu podał jej dłoń, o knykciach twardych i pokrytych krwią, pewnie własną i Ora.

Serce. Jej serce było pęknięte na dwoje. Jedna część pragnęła go ponad wszystko - pamiętała. Druga zaś pragnęła ponownie ugodzić go w pierś.

Isla pokręciła głową.

Jego ramiona rozluźniły się z widoczną ulgą, dopiero gdy powiedziała:

- Zabierz mnie tam.

Wiedział, o co jej chodzi. Bez względu na to, jak bardzo Isla pragnęła go nienawidzić, jak bardzo pragnęła, by ta nienawiść w niej została, zakorzeniła się w jej kościach i rozrosła jak zaniedbany ogród, on ją znał. Naprawdę ją znał.

- Islo...

- Zabierz. Mnie. Tam - wychrypiała.

Mogłaby dostać się na miejsce za pomocą gwiezdnej różdżki lub dzięki jego mocy, ale mdliło ją na samą myśl o tym, że miałaby posłużyć się choć odrobiną umiejętności, po tym jak się przekonała o jej skutkach. Grim przyglądał jej się jeszcze przez chwilę, po czym oplótł palcami jej palce i nagle komnata znikła. Żołądek Isli znów zrobił fikołka.

Popiół pokrywał wszystko jak warstwa toksycznego śniegu. Po budynkach mieszkalnych zostały zwęglone stosy przypominające kopce pogrzebowe. Żaden nie ostał się w całości. Osada została pokonana.

Płacz Isli przeciął ciszę jak kosa. Na ziemi pośród zgliszczy leżały skulone ciała, duże i małe, nieruchome. Niektóre były już tylko nieokreślonymi kształtami na tle kamieni.

To twoja wina, powiedział głos w jej umyśle. Potwór.

Nie.

Wcale nie chciała, tylko...

Wspomnienia przemykały pod powiekami. Zobaczyła samą siebie w przeszłości, jak odwiedza to miejsce i opłakuje te same wydarzenia. Bolało. Bolało tak bardzo. Była raną, która nie chciała się zagoić. Chciała krwawić. Zasłużyła na to. Ale jej ból nie miał znaczenia - ci ludzie zginęli przez nią.

Z powodu jej mocy.

Zwróciła na Grima płomienne spojrzenie.

- Powinieneś mnie uwięzić. Jestem... jestem zbrodniarką. Gorszą od najpodlejszego złodzieja czy mordercy. Ja... - Grim złapał ją, nim osunęła się na ziemię.

- Nie zrobiłaś tego specjalnie - powiedział, podtrzymując jej ramiona.

Zakrztusiła się własnym oddechem.

- Czy zamiar ma jakiekolwiek znaczenie, skoro zginęły setki ludzi?

Jego oczy posmutniały.

- Ależ tak.

Wyrwała się z jego objęć.

- Oczywiście, twoim zdaniem tak. Mogłam się spodziewać takiej odpowiedzi.

Z gardłem ściśniętym od wstrzymywanych łez wróciła myślami do bitwy o Lightlark, bryzgów krwi, dreków szponami rozrywających niebo. Umierający Ciel, Avel tuląca w ramionach ciało bliźniaka.

- Nie musieli zginąć. - Szloch wstrząsnął jej ciałem. - Grim, dlaczego? Dlaczego zaatakowałeś Lightlark?

- Znasz odpowiedź - odrzekł cicho. Zrobił krok w jej stronę, ale się cofnęła, nie chciała, by zmniejszyła się dzieląca ich przestrzeń.

Wiedziała. Niemal miała to wszystko przed oczami, dostrzegała czyn, który doprowadził do masakry - nieokiełznaną moc, którą wyzwoliła, by uratować Grima, i która przy okazji sprowadziła na nią śmierć.

Grim przywrócił ją do życia, połączył ich istnienia, ale to było tylko tymczasowe rozwiązanie. Jedynie portal z Lightlarku do innego świata o nieskończonej mocy mógł ją ocalić tak naprawdę.

- Mogłeś mi powiedzieć. Mogliśmy to omówić. Mogliśmy poinformować Ora...

- Oro umrze, jeśli posłużymy się portalem. Na pewno by się nie zgodził - urwał, po czym dodał: - Ty byś się nie zgodziła.

Oczywiście, że nie. Portal Lightlarku był wbudowany w jego fundament. Posłużenie się nim oznaczałoby śmierć wyspy i Ora, związanego z nią jako władca.

Isla pokręciła głową, obejmując wzrokiem zniszczony krajobraz.

- Naprawdę dopuściłbyś do upadku Lightlarku? Skazałbyś pozostałe królestwa, aby własne wprowadzić do świata, o którym nic nie wiemy? Dla kobiety? - To nie miało sensu.

Ściągnął brwi.

- Nie dla jakiejś tam kobiety - odparował, jakby poczuł się urażony, i zrobił krok w jej stronę. - Dla mojej żony.

Żony. To słowo przywołało tysiące wspomnień, wydarzeń, które rozegrały się na rok przed Centennialem. Walka. Zakochanie. Ślub. Wszystkie chwile, których nie pamiętała, a które powróciły dopiero teraz. Zacisnęła powieki w przypływie bezsilności.

- Wiesz, o co mi chodzi. Ryzykować tysiące istnień dla jednej osoby. To zbrodnia. Egoizm. Potworność.

Poczuła, że Grim podchodzi bliżej. Kiedy otworzyła oczy, stał tuż przed nią.

- Serce - powiedział spokojnie. Kolce na barkach nadawały mu wygląd demona. Umazana krwią zbroja lśniła w blasku księżyca. - Jeśli rozpętanie wojny z powodu kobiety jest zbrodnią, to bardzo proszę, nazwij mnie zbrodniarzem. - Bliżej. - Jeśli zabicie tysięcy ludzi, by cię ocalić, jest błędem, możesz mnie uznać za łotra. - Teraz musiała odchylić głowę, żeby go widzieć. Pochylił się nad nią. Owiał jej wargi gorącym oddechem. - Jeżeli siła mojej miłości do ciebie oznacza mój upadek, możesz uznać, że już poniosłem porażkę.

Głos jej drżał.

- To odrażające. Jesteś... jesteś potworem. - Wypowiedziała te słowa ze świadomością, że sama wykazuje się hipokryzją. Ziemia, na której stali, setki martwych ciał dokoła... zrobiła to wszystko dla niego. Żeby go uratować.

"Jesteśmy potworami, Pożeraczko Serc", powiedział Grim podczas Centennialu. I miał rację.

Ale to nie znaczyło, że nie mogła się zmienić.

Grim obiecał, że zakończy bitwę, jeśli Isla zgodzi się z nim wrócić. Zbyt wiele osób poniosło śmierć. Lightlark przegrywał.

- Odwołaj wszystkich wojowników i dreki. Natychmiast.

- Już to zrobiłem. - W jego dłoniach pojawił się miecz sprawujący kontrolę nad skrzydlatymi bestiami. - To koniec.

Był to ten sam miecz, którego szukali razem w przeszłości. Ten, który odbezpieczyła, by mógł się nim posługiwać.

To wszystko było jej winą. Dreki zabiły tylu ludzi. Poprowadziła przyjaciół prosto w krwawą jatkę. Zginęli z rąk wojsk jej męża.

Ci, którzy ocaleli, z pewnością uważali ją za zdrajczynię. Uznali, że od początku ich okłamywała. Ta świadomość ją dobijała, lecz jej uczucia nie miały znaczenia, skoro odchodząc z Grimem, mogła zapewnić im bezpieczeństwo.

- Rozkaż wszystkim drekom, by pozostały pod ziemią, i odnieś miecz do kryjówki złodziejki. I przysięgnij, że nigdy więcej się nim nie posłużysz.

Spodziewała się oporu, ale Grim odparł bez zastanowienia:

- Przysięgam.

Postanowiła pójść za ciosem.

- Przysięgnij, że nigdy więcej nie skorzystasz z portalu.

Na to jednak nie odpowiedział.

- Przysięgnij.

- W takim razie czeka cię śmierć - zauważył. - Wszyscy zginiemy.

Jego życie było połączone więzią z poddanymi. A teraz ich losy były powiązane z jej losem. Popatrzyła na martwe ciała. Istnienia, które odebrała do tej pory.

- Niepotrzebnie się ze mną złączyłeś. - Znów zamknęła oczy, z których popłynęły łzy.

Grim przesunął kciukiem wzdłuż linii jej żuchwy, by je wytrzeć.

- Postąpiłbym tak samo - oznajmił niskim, ochrypłym głosem. - Zrobiłbym to po tysiąckroć, serce. Chcę, byś o tym wiedziała. Za każdym razem, mając do wyboru ciebie albo cały świat, wybrałbym ciebie.

Co znaczyło, że to od niej zależało, czy świat zostanie ocalony.

ROZDZIAŁ DRUGITRON

Mogłaby zamknąć się w swojej komnacie na długie miesiące, mogłaby pogrążyć się w żalu i smutku. Tak jak kiedyś, gdy odkryła, jakie czyny ma na sumieniu.

Ale jej łzy nie mogły powstrzymać Grima przed posłużeniem się portalem na Lightlarku. Ani pomóc jej zrozumieć przepowiedni wyroczni. Ani zagwarantować, że wraz z jej śmiercią nie zginą tysiące. Jedynie konkretne czyny mogły coś zmienić.

Dlatego schowała uczucia tak głęboko, jak tylko się dało, i uznała, że jeśli chce mieć pewność, że Grim nie będzie znowu knuł za jej plecami, musi uczestniczyć w każdym spotkaniu. Każdym wydarzeniu. Grać rolę jego żony, ponieważ w ten sposób mogła zyskać wgląd we wszystko, co się dzieje.

Zaczynając od ceremonii pogrzebowej, która miała się odbyć następnego dnia. Grim oddał jej swoją komnatę - ich wspólną komnatę. Obudziła się o świcie. Lynx, który o mało nie rozwalił stajni Grima, kiedy został sam, teraz siedział w rogu i przyglądał się z troską w zielonych ślepiach, jak Isla splata włosy w koronę, zgodnie ze stylem obowiązującym w krainie Mrocznych.

Starannie wybrała suknię. Wiedziała, że w tym miejscu, w otoczeniu wrogów, jej wygląd ma szczególne znaczenie.

Dlatego na koniec drżącymi palcami sięgnęła po złotą różę zdobiącą jej szyję. To było wszystko, co zostało jej po Orze, nie licząc wspomnień. Z twarzą mokrą od łez rozpięła ozdobę i wsunęła ją do kieszeni.

Ledwo poznawała się w lustrze. W jej stroju prawie nic nie zostało z zieleni i czerwieni Dzikich - zastąpiła je czarna suknia, której stanik zdobiły wyszywane koralikami subtelne róże. Isla wyglądała teraz jak przykładna połowica władcy Mrocznych.

To wszystko było kłamstwem. Teleportowała się do zbrojowni Grima i odnalazła zapas leczniczego eliksiru, który przygotowali Dzicy przed bitwą. Sporo już zużyto, ale wzięła większą część tego, co zostało, wyrysowała kałużę gwiazd i posłała eliksir prosto do szpitala na Lightlarku.

Wiedziała, że to ryzykowne, ale tylko eliksir mógł zapobiec śmierci setek rannych wojowników. Przynajmniej tak mogła pomóc, skoro to przez nią musieli stanąć do walki. W krainie Mrocznych znajdowały się nieskończone pola nocnego jadu, kwiatu, z którego sporządzano eliksir. Nikt nie odczuje ubytku.

Zamknęła portal i wróciła do komnaty na sekundę przed tym, jak Grim zapukał do drzwi.

- Nie musisz tam iść - powiedział, patrząc na jej spuchnięte oczy. Zbliżył dłoń, jakby zamierzał otrzeć łzę z jej podbródka, ale na widok jej miny jednak się rozmyślił.

Głos Isli brzmiał lodowato:

- Wiem. Ale i tak pójdę.

W krainie Mrocznych ciała grzebano w ziemi. Wojownicy mieli spoczywać nad brzegiem oceanu, pod kopcami z popiołu.

Powietrze pachniało mięsem i solą. Podmuch wiatru odsłonił czarne szpilki, które wsunęła we włosy, ozdobione czarnymi brylancikami pasującymi do płaszcza. Naszyjnik od Grima, ten z wielkim lśniącym brylantem, wyraźnie odcinał się od szyi.

Niektórzy wpatrywali się w kamień z rozdziawionymi ustami i szeptem wymieniali komentarze. Był symbolem ich małżeństwa. Możliwe, że dopiero jego widok w pełni wszystkim uświadomił, że zawarcie tego związku naprawdę doszło do skutku.

Ale chyba nie wywarł wrażenia na członkach rodów, którzy wpatrywali się w nią z nienawiścią, gdy kroczyła cmentarnymi alejkami w stronę świeżych grobów. Nie mogła mieć do nich pretensji.

- Zdrajczyni. Nie powinno cię tu być - usłyszała stłumione głosy. Mieli rację. Przynależała do Lightlarku, powinna tam teraz być i opłakiwać tych, którzy walczyli u jej boku. A udawała, że oddaje cześć tym samym wojownikom, którzy ich zabili. Czuła odrazę, nienawiść i gniew wraz z płaczącymi z żalu rodzinami.

Dręczyło ją poczucie winy.

Jej sny były pełne obrazów popiołów i kości. Tego ranka Lynx szturchnął ją łbem na przebudzenie. Pościel walała się po podłodze. Na ramionach widniały długie zadrapania, jakby przez sen wbijała w nie paznokcie. Żebra wciąż ją bolały od rozdzierających szlochów.

Teraz jednak ukryła te emocje. W tym momencie nie mogła sobie na nie pozwolić. Ta sama niszczycielska moc mrowiła tuż pod skórą, tylko czekając, by się wyzwolić.

Kiedy Grim wygłaszał mowę na cześć poległych, uważnie słuchała jego słów, wyszukiwała wskazówek zdradzających sekretne plany czy zagrożenia czekające Lightlark. Ale ograniczył się do kondolencji. Wojownicy stali rzędem za nimi z pochylonymi głowami i mieczami wbitymi w ziemię. Skończywszy, Grim machnął ręką i część popiołów pokrywających groby wzniosła się do nieba.

- Mój dwór zbierze się dziś wieczorem w sali tronowej, by przedyskutować plany - poinformował ją, gdy już porozmawiał z każdą z rodzin.

Nadal trzymała emocje pod kontrolą, nie zdradzała, jak bardzo ją to zainteresowało.

- Znajdzie się miejsce dla mnie? - Bacznie wpatrywała się w jego twarz, szukając ewentualnych oznak irytacji.

Ale bez rezultatu.

- Zawsze znajdzie się miejsce dla ciebie. Sam zbudowałem twój tron.

Rzeczywiście, teraz sobie przypomniała. Stworzył go za pomocą własnych cieni.

Kilka godzin później kroczyła przez salę tronową i czuła się jak duch. Wspomnienia się rozmywały, przeszłość i teraźniejszość się zlewały, aż w końcu stały się jednym.

Przypomniała sobie oburzenie, gdy Grim na chwilę przed wyruszeniem na Centennial oznajmił poddanym, że weźmie ją za żonę jako równą sobie władczynię. Jasno dał do zrozumienia, że każdy, kto nie okaże jej szacunku, nie ma prawa zostać w krainie Mrocznych, ale buntu nie zduszono w zarodku, nie wyrwano z korzeniami, nie zwalczono, tylko pozwolono, by rósł potajemnie jak chwasty.

Ta komnata... trony... Rozpoznawała twarze, z których biła pogarda, w przestrzeni wypełnionej wysoko postawionymi wojownikami i arystokratami. Składali jej hołdy, ponieważ Grim by ich wypatroszył, gdyby tego nie zrobili. Tylko on nie skłonił głowy. Patrzył na nią z uwielbieniem zarezerwowanym raczej dla bogów. Ale tu żadnych bogów nie było.

- Wasza władczyni wróciła.

Nikt nie śmiał zaprotestować.

Isla zwróciła uwagę na stojącą w rogu kobietę, której jedna dłoń spoczywała na dwóch szablach tworzących literę X na piersi. To była znajoma postać, generałka Grima, Astria. Długie czarne włosy miała splecione w warkocz. Blade policzki podkreślały surowy wyraz jej twarzy.

Omiotła wzrokiem komnatę, zapewne wypatrując wszelkich znaków zagrożenia, po czym ponownie zwróciła je na Islę i zmrużyła, jakby to w niej dostrzegła największe niebezpieczeństwo. Już w chwili, gdy się poznały, Isla zrozumiała, że nie chodzi o to, że generałka Grima jej nie lubi... ona jej po prostu nie ufała.

Astria mogła stanowić pewien problem. Isla znalazła się w królestwie wroga i wiedziała, że będzie musiała okłamywać Grima. Ukrywać prawdziwe cele i szukać najlepszych rozwiązań. Grim miał umysł zmącony miłością, ale jego generałka patrzyła trzeźwo.

Isla dotarła na koniec sali. Grim podał jej rękę i pomógł zasiąść na tronie.

Cienie poruszały się z zaciekawieniem pod jej skórą jak przedłużenie samego Grima, ale nie śmiała nawet drgnąć. Zebrani unieśli głowy.

Nagle poczuła chęć, by uwolnić moc. Otaczali ją wrogowie. Niektóre twarze kojarzyła nie z przeszłości, lecz z pola bitwy.

Zamierzała zasiąść pośród nich dla Ora. Poznać ich intencje. I je powstrzymać, jeśli chcieli uderzyć w niego i Lightlarka.

- Co teraz? - Ktoś odważył się przerwać ciszę. Znała tylko jednego żołnierza, który był wystarczająco głupi, by zachować się tak bezczelnie. Odnalazła go bez trudu wśród zebranych. Nie dało się nie zauważyć tej potężnej sylwetki obleczonej w zbroję i fryzury z paska włosów biegnącego pośrodku wygolonej głowy. Wszyscy trzymali się na bezpieczną odległość, chociaż ręce miał zakryte. Pewnie nikt nie chciał się narażać na jego dotyk. Był potężnym Mrocznym, obdarzonym rzadką w tym królestwie umiejętnością zdobywania kontroli nad innymi za pomocą dotyku. Grim nie zareagował, ale wojownik mówił dalej, jakby życie mu było niemiłe.

- Byliśmy bliscy zwycięstwa. Nie myśl, że nie wiemy, dlaczego musieliśmy się wycofać. - Znacząco popatrzył na Islę, wbił wzrok w kamień zdobiący jej szyję. - Ten naszyjnik. To obraza dla...

- Tynanie. - Głos Grima był równie zimny i ostry jak cienie, które znieruchomiały u jej stóp. Nikt nie śmiał nawet drgnąć. - Pamiętaj, mój ojciec słynął z tego, że ucinał języki swoim żołnierzom. Wykonywanie rozkazów nie wymaga dysput, tak chyba zawsze powtarzał? - Grim zmarszczył brwi. - Cud, że tobie pozwolił go zachować. Może należy naprawić to niedopatrzenie.

Tynan nie spuścił głowy, tylko wściekle zacisnął palce w metalowych rękawicach. Był groźny, ale nie dla Grima. Moc władcy była niezaprzeczalna jak morskie pływy. Wyczuwało się ją w powietrzu. Mógłby zabić wszystkich tu zebranych, nawet nie podnosząc się z tronu, a oni doskonale o tym wiedzieli.

- Zginęły setki ludzi - podjął głosem drżącym z wściekłości Tynan. - A wszystko przez jedną kobietę, przez...

Grim uniósł rękę i wojownik zamarł. Z gardła władcy dobiegł groźny pomruk.

- Ta kobieta jest moją żoną - powiedział dobitnie. - I twoją władczynią. Służysz jej. - Poluźnił uścisk i Tynan zatoczył się do przodu. - Masz się ukłonić.

- Panie, ja...

- Powiedziałem, że masz się ukłonić.

Wojownik niechętnie opadł na kolana. Jego oczy płonęły nienawiścią.

- Niżej.

Położył dłonie na posadzce, metalowe rękawice brzęknęły.

- Niżej.

Tynan przycisnął czoło do podłogi. Barki drżały mu od niepohamowanej wściekłości.

- A więc - zaczął Grim niemal od niechcenia, odchylając się na oparcie. - Owszem, wycofaliśmy się... ale nie straciliśmy Lightlarku.

Isla zamarła.

Bardzo powoli zwróciła spojrzenie na Grima, on jednak nie zareagował. Poczuła panikę rozlewającą się w jej piersi jak trucizna.

- Wręcz przeciwnie - podjął. - Zyskaliśmy największą szansę na przejęcie władzy nad wyspą. Lightlark stworzyło troje władców, w tym mój przodek. - Dopiero teraz spojrzał na Islę. - I jej.

Wstrzymała oddech.

- Król Lightlarku się w niej zakochał - dorzucił, jakby opowiadał dowcip. Jakby Isla była szpiegiem wysłanym, by rozkochać w sobie Ora, władcę Lightlarku, i w ten sposób zyskać dostęp do jego mocy. Dworzanie wybuchli śmiechem. Wśród żołnierzy przeszedł szmer. Gniew Isli zmienił się w pożar, który wymknął się spod kontroli. Chwyciła za boki tronu, ostre brzegi cieni wbiły się w jej dłonie prawie do krwi. Chciała ich uciszyć. Chciała zatopić ich mocą, która wznosiła się dziką falą w jej wnętrzu. Chciała udusić Grima. Zwłaszcza gdy dodał z krzywym uśmieszkiem:

- Mamy już wszystko, co potrzebne, by podbić Lightlark.

Isla czekała, aż wojownicy i dworzanie opuszczą komnatę. Wrzała z gniewu, po prostu cud, że nie stanęła w ogniu. W końcu drzwi się zamknęły.

Momentalnie klinga jej miecza znalazła się przy jego szyi. Przygwoździła go do tronu i głosem drżącym z gniewu i poczucia zdrady wycedziła:

- Ty wstrętny, podstępny...

- Choć bardzo chciałbym usłyszeć dalszą część tego zdania - przerwał jej Grim, który chyba wcale nie przejął się ostrzem dotykającym jego skóry - zachowaj te uwagi na inną okazję, gdy będziesz miała prawdziwy powód, by mnie nienawidzić.

Obnażyła zęby. Wszystko, co przed chwilą powiedział...

- Nie zamierzam najechać Lightlarku, serce.

Zamrugała z niedowierzaniem.

- Powiedziałeś przecież...

- Wiem, co powiedziałem. Powiedziałem to, co chcieli usłyszeć, żeby zyskać na czasie. - Popatrzył jej prosto w oczy. - Portal uratowałby ciebie... i moich ludzi.

Odrobinę odsunęła klingę. Tego się nie spodziewała.

- Uratowałby? Przed czym?

Wcześniej najbardziej zagrażały im dreki, ale ich już nie było. Grim zesłał je do otchłani i ponownie ukrył miecz, tak jak prosiła.

- Przed burzami - odparł. - Nawet sobie nie wyobrażasz.

Nigdy wcześniej o nich nie słyszała. A przecież dokładnie poznała krainę Mrocznych na rok przed Centennialem.

Chyba wyczuł jej zaskoczenie, bo dodał:

- Początkowo zdarzały się co kilka stuleci, nieregularnie, potem co kilka dekad, a później w odstępie kilku lat. Są nieprzewidywalne, a każda kolejna coraz silniejsza. W sezonie burzowym giną setki ludzi.

Setki? Zmarszczyła brwi, a Grim potwierdził skinieniem głowy.

- Nie chodzi tylko o zjawisko pogodowe. Przynoszą choroby. I dziwne istoty. Zdarzało się, że w ciągu jednej nocy całe wsie ginęły z łap bestii. Te burze są gorsze nawet od klątw. Podczas jednej z nich pojawiły się dreki i już zostały.

- A skąd wiadomo, że nadchodzi pora burzowa?

- Są pewne sygnały. Zmieniają się pływy. Niektóre zwierzęta kryją się w jamach. Zwykle burze trwają około trzech miesięcy. Tym razem pewnie całą zimę, jak przypuszczam.

Przełknęła ślinę. A więc setkom Mrocznych groziła śmierć.

Może już byli skazani. Jej los także był niepewny... Gdyby zabiła Grima, by wypełnić przepowiednię, oni wszyscy również by zginęli...

Nie. Nie zamierzała się z tym godzić. Wyrocznia przedstawiła przyszłość tak, jakby wykuto ją w kamieniu, ale jeżeli istniała inna droga, to Isla zamierzała ją odnaleźć.

- Pomogę ci. Pomogę zatrzymać burze.

Uniósł brwi.

- Sądzisz, że nie próbowałem?

- Nie ze mną. - Już kiedyś współpracowali. Na chwilę oślepiły ją wspomnienia tamtych wydarzeń. Oddech stał się nierówny. - Działajmy razem. Zyskamy na czasie, zdążymy znaleźć inne rozwiązanie, żeby nie korzystać z portalu.

Zyskają na czasie, żeby zdołała zmienić swoje przeznaczenie.

Zawahał się, ale w końcu kiwnął głową.

Westchnęła i odchyliła się z ulgą, i nagle dotarło do niej, że nadal obejmuje go nogami.

Grim z wolna przesunął spojrzeniem po jej ciele, zatrzymał je na brzegu sukni podciągniętej wysoko na uda. Skóra ścierpła jej z zimna.

Przez chwilę wyobrażała sobie, jak Grim zaciska dłoń na jej biodrze i przyciąga ją bliżej. Wyobrażała sobie, jak ona wygina plecy w łuk, ściąga suknię przez głowę i...

Nagle uświadomiła sobie, że nie są to żadne fantazje. To było wspomnienie prawdziwych wydarzeń. Poczuła rumieniec na policzkach. Grim przyglądał jej się pociemniałymi oczami, nie odrywając dłoni od podłokietników.

Był jej wrogiem. Poczuła odrazę do własnych myśli.

Nie wystarczy ukrywać emocji. Trzeba je zdusić. Spalić.

Podniosła się i poprawiła suknię.

- A więc do jutra. - Posłała mu najsłodszy z uśmiechów. - Jeśli jednak odkryję, że naprawdę zamierzasz zagrozić Lightlarkowi, znajdę zastosowanie dla tych wszystkich pięknych sztyletów, które zostawiłeś w mojej komnacie. - Były tam całe rzędy broni w przeróżnych kształtach i rozmiarach, dopasowanych do licznych kieszeni spodni wiszących w szafie. - Owszem, jesteśmy małżeństwem, ale to nie znaczy, że w razie potrzeby nie wypruję ci flaków.

Doczekała się odpowiedzi dopiero przy drzwiach.

- Niczego innego bym się nie spodziewał, żono.

ROZDZIAŁ TRZECIKUŹNIA

Postanowiła, że zanim zacznie działać razem z Grimem, by powstrzymać burze, musi zrobić coś dla siebie.

Pogrzebanie uczuć nieszczególnie się powiodło. Nie ufała samej sobie, że zdoła utrzymać nad nimi kontrolę, a już wiedziała, jakie mogą spowodować zniszczenia w połączeniu z jej umiejętnościami.

Musiała zyskać gwarancję, że nigdy więcej nie zabije niewinnej istoty.

Musiała zapanować nad mocami.

Tylko jeden człowiek potrafił stworzyć takie zaklęcie, a ostatnim razem, gdy go widziała, wbiła mu sztylet w oko.

- Przyszłaś pozbawić mnie drugiego? - zapytał kowal. Siedział w kuźni przy roboczym stole, zwrócony do wejścia plecami i zajęty polerowaniem. Nawet w pozycji siedzącej przewyższał ją o ponad głowę.

Przypomniała sobie, jak ten olbrzym gonił ją przez las, kierując się zapachem krwi. Pragnął zdobyć jej umiejętności i umieścić je w wykuwanym przez siebie orężu. Wtedy była przekonana, że nie posiada żadnych mocy. Nie rozumiała, czemu kowal tak desperacko pożąda jej krwi, ale teraz już wiedziała.

Sporo ryzykowała, nie wspominając Grimowi o tej wyprawie. Kowal miał mnóstwo powodów, by zrobić jej krzywdę.

- Jeśli się zastanawiasz, czy zamierzam spuścić z ciebie czarodziejską krew, pozwól, że rozwieję te obawy - powiedział, nie odwracając się. - Tak się składa, że jesteś ostatnią osobą na świecie, którą chciałbym zabić.

Zmarszczyła brwi, nieco urażona.

- Dlaczego?

- Żywa bardziej mi się przydasz.

To ją zastanowiło.

- A do czego zamierzasz mnie użyć?

Nie odpowiedział. Nie przerwał pracy.

Przesunęła językiem po zębach. Pomyślała, że najlepiej od razu przejść do rzeczy.

- Muszę okiełznać moc. Mieć ją pod kontrolą. Potrafisz stworzyć coś takiego?

Kiedyś marzyła o posiadaniu umiejętności, ale teraz, gdy zyskała dostęp do mocy większej niż ktokolwiek we wszystkich królestwach, dałaby wszystko, żeby się jej pozbyć. Stała się orężem, nad którym nikt - w tym ona sama - nie mógł zapanować.

W jej umyśle pokazywały się przebłyski wspomnień. Popiół. Cienie ciał. Śmierć...

Krzesło głośno zatrzeszczało pod ciężarem kowala.

- Potrafiłbym, gdybym miał odpowiedni metal. Ale jest bardzo rzadki. Pożądany. Będę musiał stopić inne swoje dzieła, żeby go zrobić. - Popatrzył na nią przez dłuższą chwilę. W końcu przesunął spojrzenie w dół i zatrzymał je na naszyjniku. Jedyne oko błysnęło z zainteresowaniem. Isla zastanawiała się, czy ta ozdoba również jest jego dziełem. - Ale moja pomoc ma cenę.

Była gotowa ją zapłacić, byle tylko zdusić moc płonącą jak ogień w jej żyłach, byle tylko pozbyć się strachu, że każdy skok jej emocji może doprowadzić do kolejnych zgonów.

- Dobrze. Ile to będzie kosztowało?

- Nie chodzi o pieniądze. Chcę czegoś, co tylko ty możesz mi dać.

Przypomniała sobie jego wcześniejsze słowa: że jest dla niego cenna tylko żywa. Czy dlatego, że potrzebował świeżej krwi? Jej dłoń przesunęła się w stronę sztyletu na udzie. Nigdy dotąd nie widziała tak wysokiego mężczyzny. Pewnie bez najmniejszego wysiłku mógłby skruszyć jej czaszkę w dłoniach. Zastanawiała się, czy aby nie czas zmykać.

- Co to jest?

Kowal wbił w nią rozpalone spojrzenie.

- Chcę, żebyś mnie zabiła.

Isla zamrugała.

- Nie... nie jestem pewna, czy dobrze zrozumiałam.

- Ależ doskonale zrozumiałaś.

Ta prośba nie miała sensu.

- Dlaczego ja? - Wiele razy mógł zginąć w ciągu tych długich stuleci, jeśli naprawdę tego pragnął.

Ale nagle przypomniała sobie, co powiedział, gdy wbiła mu sztylet w oko: "Nie powinnaś móc tego dokonać".

- Pewien władca, na długo zanim pojawił się Grimshaw, rzucił na mnie klątwę nieśmiertelności, aby mogli zatrzymać moje umiejętności na zawsze. - Zatoczył ręką w powietrzu. - Nikt na całym świecie nie potrafi tworzyć tego, co ja. A oni o tym wiedzieli.

- A mój talent omija klątwę.

- Talent twojego ojca - poprawił ją. Rzadko się zdarzało, by zwykłe istoty, niebędące władcami, rodziły się obdarzone talentem, ale jej ojciec był potężny i odporny na klątwy.

A więc kowal musiał go znać. Miała wielką chęć go wypytać, wyciągnąć od niego choćby strzępy informacji, ale chyba nie palił się do pogawędek, a ona miała pilniejsze sprawy na głowie. Jak na przykład prośba kowala o zakończenie jego życia.

Nie chciała, żeby ktoś jeszcze zginął z jej ręki. Przecież właśnie po to był jej potrzebny ten metal.

Chyba wyczuł jej niezdecydowanie.

- Daj mi łaskę odpoczynku - powiedział.

Zastanawiała się, jak to jest żyć wiecznie. Nigdy nie zaznać ukojenia w śmierci.

- Jesteś pewien?

Przytaknął.

- Dobrze. Dam ci czas do końca zimy, w razie gdybyś jednak zmienił zdanie. A jeśli nadal będziesz tego chciał... spełnię twoją prośbę.

Potężna postać jakby nieco się odprężyła.

Odwrócił się i zdjął dwa sztylety ze ściany z wyeksponowanymi dziełami swych rąk. Wyglądały na stare, miały rękojeści pokryte niezrozumiałymi dla Isli symbolami. A klingi... klingi jasno lśniły, mocniej niż można by się spodziewać po tak starym orężu. Przy ogniu, w ostrym blasku wręcz jakby migotały. Kowal stopił je bez chwili wahania. Płomienie buchnęły wysoko, napełniając piec żarem.

Przyglądała się kowalowi z zachwytem. Pracował tak zręcznie i wprawnie. Dziwny metal stopniowo zmieniał kolor, aż wreszcie całkiem się stopił. W nowej formie połyskiwał jasno niczym misa pełna gwiazd. Kowal nie używał formy. Jakimś tajemnym sposobem wlał metal prosto w dłonie i nie odniósł przy tym poparzeń. Potrafił kształtować materię własnymi rękami. Na tym polegała jego moc.

Nagle pożałowała, że obiecała go zabić.

Metal zaczął twardnieć pod jego palcami. Zanim proces dobiegł końca, kowal dał jej znak, żeby wyciągnęła ręce. Posłuchała, choć czuła lęk, że się poparzy. Niepotrzebnie - pod rozkazami kowala zamknął się wokół jej nadgarstków, nie dotknąwszy skóry, a pod muśnięciem jego palców całkowicie stwardniał i ostygł.

I było po wszystkim.

- Co to za metal? - spytała. Jasno błyszczał w świetle, jakby więził w sobie tysiące brylantów.

- To tenebrium - odparł. - Metal uczyniony z pradawnej mocy.

- Nie pękną?

Pokręcił głową.

- Są zaprojektowane w taki sposób, że tylko ta osoba, która je założyła, może je zdjąć. Nie licząc mnie. Zawsze zabezpieczam swoje zaklęcia.

Świetnie. Ale nie zamierzała w najbliższej przyszłości prosić o zdjęcie zaklęcia. W chwili, gdy bransolety zamknęły się wokół jej nadgarstków, poczuła niewypowiedzianą ulgę. Pod powiekami zaszczypały niewypłakane łzy.

Ogarnął ją taki spokój. Prawie zapomniała, jak kiedyś funkcjonował jej umysł, za czasów, gdy nie musiał bezustannie blokować nieskończonych połączeń, tylko czekających, by uformować się wokół niej. Udało się.

Jej moc znikła.

Grim nalegał, żeby zjedli razem kolację, nim przystąpią do działania. Wpadła do komnaty z kilkuminutowym spóźnieniem. Siedział u szczytu stołu, nieruchomy i spokojny, z miną, jakby w razie potrzeby mógł tak czekać w nieskończoność.

Na jej widok natychmiast się podniósł, a jego oczy lekko się rozszerzyły, jakby ze zdumienia czy zachwytu. Omiótł wzrokiem jej suknię - długą i ozdobioną tysiącami czarnych paciorków. Isla znalazła ją w swojej garderobie. Zdaje się, że Grim dotrzymał słowa i wynajął dla niej krawca, w ramach rekompensaty za te wszystkie podarte stroje. Włożyła ją, ponieważ wiedziała, że tego się od niej oczekuje. Nie chciała, żeby dworzanie Grima jeszcze bardziej niż dotąd kwestionowali motywy jej działania.

Chyba nie żywił żadnych podejrzeń. Uśmiechał się.

Ale nagle dostrzegł bransolety.

- Pożeraczko Serc - zaczął ostrożnie, a ją ścisnęło w piersi. - Nie wiem, czy pamiętasz, ale tuż obok twoich komnat znajduje się szafa pełna biżuterii przeznaczonej specjalnie dla ciebie. - To prawda. Szafa pełna starych klejnotów, w przeważającej części czarnych brylantów. Żaden jednak nie dorównywał temu na jej szyi.

Zignorowała Grima oraz durne iskierki, które rozsypały się w jej wnętrzu na dźwięk jego głosu, i podeszła do miejsca na drugim końcu stołu. Oboje zajmowali krzesła u szczytu. Było to dość niepraktyczne rozwiązanie, ale ponieważ wciąż przyglądał się bransoletom, akurat teraz bardzo się cieszyła z dzielącej ich odległości.

W każdym razie do chwili, gdy podszedł i delikatnie ujął jej nadgarstek. Dotknął metalu i syknął.

- Serce, coś ty zrobiła?

- To, co musiałam - odparła i skupiła uwagę na kielichu z winem. Pachniało lekko kwiatowo. Upiła łyk.

- Nie musisz się kryć. Nie przy mnie. Nie tutaj. Już nigdy.

Chciała mu powiedzieć, że właśnie przede wszystkim tutaj musi się kryć, ponieważ kochała go mimo całej nienawiści i przez tę miłość robiła straszne rzeczy.

Chciała mu powiedzieć, że pamięta wszystko, ze szczegółami. Na przykład inną kolację, z której zrezygnowali, a Grim zasnuł komnatę mrokiem, położył ją na tym stole i...

Chyba wyczuł zmianę w jej emocjach, bo jego oczy pociemniały. Tak jakby też przywołał to wspomnienie.

Wbił wzrok w stół, jakby widział je przed oczami. Jakby czuł jego smak.

Isla przełknęła ślinę, a on przeniósł spojrzenie na jej szyję. Naszyjnik wydał się nagle okropnie ciężki, choć wcześniej rzadko jej przeszkadzał. Skóra instynktownie zamrowiła i...

- Odwiedziłaś kowala. - Te słowa wyrwały ją z zamyślenia.

Nie zaprzeczyła. Grim zmarszczył brwi i wrócił na miejsce.

Jedli w milczeniu. Kolacja była wyśmienita. Grim kazał podać jej ulubione dania: pieczone warzywa, kaszę z przyprawami, kartofle w maśle. Isla jednak uparcie milczała i w końcu to on przerwał napiętą ciszę.

- Twój leopard ugryzł ogrodnika. - W nocy Lynx spał w jej komnacie, ale w ciągu dnia pozwalała mu chodzić wolno.

Zmarszczyła brwi.

- A co zrobił ogrodnik? Lynx nie gryzie bez powodu.

Grim zmrużył oczy.

- Ta bestia mnie też próbowała ugryźć. A nie zrobiłem nic poza tym, że daję mu dach nad głową i zapewniam pożywienie.

- Prowokujesz go samą swoją obecnością. - Znów upiła wina.

Grim odchylił się na oparciu i również się napił, po czym od niechcenia poruszył kieliszkiem.

- Czyli to tak? Zamierzasz udawać, że mnie nienawidzisz?

Momentalnie zerwała się z miejsca.

- Niczego nie udaję - odparowała, wbijając w niego mordercze spojrzenie.

Grim również wstał.

- Poważnie? Bo wyczuwam twoje emocje, serce. Jeśli chcesz kłamać, powinnaś robić to zręczniej.

Dłonie trzęsły jej się z wściekłości.

- Nie kłamię - odparła podniesionym głosem. - To ty się okłamujesz, jeśli uznałeś, że wywołanie wojny sprawi, że wrócę do ciebie jako naiwna, kochająca, tępa żonka!

Grim spoważniał.

- Nie wywołałem wojny, żeby cię tu sprowadzić. Zrobiłem to, by cię uratować.

- I co, udało się? - Jej głos odbił się echem od ścian.

Milczał. Jego oczy już nie błyszczały. Nie została w nich nawet odrobina światła. Czuł się zraniony. Doskonale.

Patrzyli na siebie ze swoich miejsc na przeciwległych krańcach stołu. Ich piersi gwałtownie się wznosiły. Serce Isli waliło jak szalone.

Chciała zranić go jeszcze mocniej.

Chciała schować się w jego ramionach.

Była dwiema osobami jednocześnie - Islą sprzed Centennialu, która poślubiła władcę Mrocznych, oraz Islą z późniejszych czasów, która z nim walczyła.

- Nie... nie mogę - powiedziała szczerze. Nie mogła spokojnie siedzieć przy kolacji i udawać, że Grim zaledwie kilka dni temu nie był jej wrogiem. Nie mogła udawać, że nadal nim nie jest.

Nie mogła zignorować przepowiedni, według której z równym prawdopodobieństwem miała zabić Ora, jak Grima.

Rzuciła się do wyjścia, ale gdy sięgnęła do klamki, wyrósł tuż przed nią.

- Proszę - powiedział. Oczy miał wielkie jak spodki i pełne rozpaczy. - Proszę, zostań. Przepraszam. Możesz mnie nienawidzić - mówił błagalnie. - Możesz mnie nienawidzić do woli. Po wieczność. Tylko... tylko nie odchodź. - Zrobił krok w jej stronę. - Kocham cię, Islo. Potrzebuję cię.

Nie musiała jak Grim posiadać umiejętności odczytywania emocji innych osób, by zrozumieć głębię spustoszenia w jego oczach. By wiedzieć, że jest jego sercem, osią jego życia i że została mu brutalnie odebrana. Opuściła go. Wybrała Ora, co pozostawiło wyraźny ślad.

Ale sam był sobie winien.

Drżącym głosem odparła:

- Miałeś mnie. I straciłeś mnie z własnej winy.

Nie sądziła, że rozpacz w jego oczach może jeszcze się pogłębić, a jednak. I kiedy znów ruszyła do drzwi, już nie próbował jej zatrzymać.

ROZDZIAŁ CZWARTYZMOR

Isla wpatrywała się w naszyjnik, który unosił się na jej skórze w rytm oddechu, i żałowała, że nie może go zerwać.

Bo naprawdę nie mogła tego zrobić. Siadała z Grimem przy jednym stole, spała w komnacie, którą niegdyś z nim dzieliła, i wiedziała, że zbyt łatwo mogłaby zanurzyć się w przeszłości. Zapomnieć, że połowa jej serca należy do kogoś, od kogo tak desperacko pragnęła uciec od momentu ich rozstania.

Oro.

Oczy jej płonęły, gdy o nim myślała. Gdy przypominała sobie jego zdruzgotaną minę, kiedy wzięła Grima za rękę. Próbował ją zatrzymać do ostatniej sekundy.

Próbował ją zatrzymać.

Minęły zaledwie dwa dni, a wydawało się, że wieczność. Zwinęła dłonie w pięści, poczuła ból poranionej skóry. Nie tak miała skończyć się ta bitwa.

O tej porze powinni leżeć na złocistej plaży, tylko we dwoje, ona i Oro, w jego ulubionym miejscu. Zamknęła oczy, niemal potrafiła przywołać ten obraz, poczuć to - dotyk swojego policzka przy ciepłej piersi, jego dłoń leniwie gładzącą jej nagie plecy, ciało skąpane w blasku nieustępliwego słońca.

Otworzyła oczy.

Zamiast na plaży znalazła się w tym zimnym zamku. Patrzyła na swoje odbicie w lustrze i żałowała, że zgodziła się założyć ten przeklęty naszyjnik.

Nie dało się go zerwać, próbowała. Tylko śmierć mogła ją od niego wyzwolić.

A więc niedługo.

Zacisnęła szczęki, zazgrzytała zębami. Dosyć. Nie miała ochoty dłużej się zastanawiać, ile czasu jej zostało, co znaczyła przepowiednia, czy jej los w ogóle da się odmienić. Potrzebowała odpowiedzi.

Niestety, jedyna osoba, która mogła ich udzielić - wyrocznia, która wygłosiła przepowiednię - już nie żyła.

Isla z westchnieniem ruszyła w stronę garderoby, ale nagle przystanęła.

Wyrocznia nie żyła... ale miała przecież siostry. Inne wyrocznie, które trwały w uśpieniu od tysięcy lat. Uwięzione przez Cleo.

W jej piersi rozkwitło coś niebezpiecznego - coś na kształt nadziei.

Gdyby zdołała odnaleźć flotę Cleo, gdyby odnalazła wyrocznie... mogłyby jej powiedzieć coś więcej na temat przepowiedni. Zdradzić, ile czasu jej zostało. A może nawet, jak odmienić los.

Wiązało się to z dużym ryzykiem. Teraz Cleo była jej wroginią w jeszcze większym stopniu niż wcześniej. Isla nie miała mocy, łatwo byłoby ją zabić. I nie bardzo wiedziała, jak szukać tych okrętów. Mogły być wszędzie, prawdopodobnie zmierzały w drogę powrotną na nowe terytoria Księżycowych.

Ależ nie, uświadomiła sobie nagle. To nie byłoby w stylu Cleo, na tyle już ją poznała. Władczyni najbardziej na świecie pragnęła przejść przez portal, ponieważ tylko tak mogła odzyskać dziecko. Nie wróciłaby na wyspę - na pewno miała inny plan. Aby dostać się w zaświaty, potrzebna była moc Grima pozwalająca na teleportację. Cleo z pewnością próbowałaby go przekonać, żeby zmienił decyzję.

A więc właśnie zmierzała do krainy Mrocznych.

Isla bezgłośnie krążyła po komnacie. Nawet jeśli jej przypuszczenia były słuszne, ocean był przecież ogromny. Podróż z Lightlarku mogła trochę potrwać.

Gdyby tylko potrafiła latać. Gdyby tylko nie zrezygnowała z mocy.

Mogłaby teleportować się do kuźni choćby w tej chwili. Kowal zdjąłby bransolety. Takie proste rozwiązanie. Potem mogłaby je przecież włożyć ponownie ...

Ale wyrwała tę myśl z korzeniami. Tak to się zaczyna. Jedna wymówka, potem kolejne, usprawiedliwienie za usprawiedliwieniem, i w końcu prawie nigdy nie miałaby bransolet na sobie.

Aż znów doszłoby do tragedii.

Popiół. Ruiny. Ciała...

Nie. Nie potrzebowała mocy. Radziła sobie bez niej prawie całe życie.

Odnajdzie flotę Cleo tak czy inaczej.

Pod drzwiami jej komnaty leżał bukiet. Ciemnoczerwone róże. Miała ochotę je spalić.

Kwiatom towarzyszył liścik, skreślony ostrym charakterem pisma, który znała z zaproszenia na pokaz podczas Centennialu.

"Przepraszam. Zjedzmy razem kolację. Znowu".

Nie zamierzała skorzystać. Kwiaty zostawiła na podłodze. Ale podczas przejażdżki na grzbiecie Lynxa, zastanawiając się nad sposobami na odnalezienie floty Cleo, przypomniała sobie inne stworzenie.

Pokryte łuskami maleństwo.

Po powrocie szukała go aż do wieczora, ale bez powodzenia. W stajni też go nie było. Niepokój ścisnął jej serce.

Gdzie on się podział?

Grim stanowczo za bardzo ucieszył się na jej widok. Kiedy weszła do jadalni, zerwał się z miejsca, przeteleportował do jej krzesła i je dla niej odsunął.

Przez kilka minut jedli w milczeniu. Grim od czasu do czasu podnosił wzrok i przyglądał się bacznie, jakby rejestrował, co jej smakuje, a co nie, Isla zaś próbowała ignorować fakt, że starannie wybrał każde danie zgodnie z jej gustem. Znowu. Paski mocno pieczonego marynowanego mięsa, kasze ugotowane na sypko, wstążki z warzyw korzeniowych. A na koniec deser czekoladowy. Ależ oczywiście.

Jego bliskość wywołała napływ wspomnień. Były jak morze, które próbowało ją zatopić. W niektórych występowała maleńka istotka.

- Gdzie... gdzie on jest? - spytała z zamierającym sercem. A jeśli smoczek zmarł? Od tak dawna nie wypowiadała jego imienia. - Zmor. - Głos jej się załamał.

Ale uśmiech Grima natychmiast ją uspokoił. Mroczny wprawdzie nie pokochał stworka, ale nawet on nie był aż tak okropny, żeby cieszyć się z jego śmierci.

- Zastanawiałem się, kiedy o niego zapytasz.

- Szukałam go po całym zamku.

Grim prychnął z rozbawieniem.

- On już nie mieszka w zamkowych murach.

Przypomniała sobie, jak Grim groźnie łypał za każdym razem, gdy smoczątko zajmowało jego miejsce w łożu. Wbiła w niego mordercze spojrzenie.

- Dlaczego nie?

- Pokażę ci. - Wyszli na szeroki półokrągły balkon. Gryząca sól podrażniła jej nozdrza, dziki podmuch odgarnął włosy do tyłu. Isla zmrużyła oczy, ale zobaczyła jedynie przestwór oceanu.

- Zaczekaj tu - powiedział Grim i znikł, nim zdążyła o cokolwiek zapytać.

Niecierpliwie bębniła palcami o kamienną balustradę. Miała nadzieję, że Grim dobrze traktował Zmora pod jej nieobecność. Smoczątko było niewinną małą istotką wymagającą opieki.

Przypomniała sobie, jak go znalazła. Miał uszkodzoną łapkę i ledwo chodził. Wyleczyła go eliksirem Dzikich. Płakał, gdy smarowała ranę nocnym jadem. Tuliła go mocno, aż zasnął. Mieścił się akurat na jej piersi i właśnie tam najbardziej lubił siedzieć, chociaż Grim narzekał, że smok ukradł mu żonę.

Tamte chwile, tamto życie, kiedyś wydawały się domem. Teraz jednak ziały pustką.

Oparta o balustradę, zastanawiała się, czemu Grim kazał jej czekać i czemu tak długo to trwa, ale nagle silny podmuch pchnął ją do tyłu.

Twardo wylądowała na kamiennej podłodze.

Zobaczyła skrzydła jak wycięte z nocnego nieba, które całkiem przesłoniły księżyc i rzuciły na balkon kolczaste cienie. Jej włosy gwałtownie powiewały od ich ruchu. Szpony, wielkie niemal jak ona cała, z przerażającym zgrzytem chwyciły się balustrady, a odłamki kamieni poleciały do oceanu. Widok tych szponów wydał jej się znajomy. Jeden był lekko zagięty.

Zmor.

Kłębek łusek przemienił się w dorosłego smoka. A na jego grzbiecie siedział Grim.

Wciąż leżąc na podłodze i nie mając odwagi się podnieść, patrzyła, jak smok pochyla łeb, by jej się przyjrzeć. Powoli zbliżyła drżącą rękę do jego pyska. Łuski były zimne.

Poniuchał ją, po czym odchylił łeb i krzyknął w niebo. Nagle znalazła się w powietrzu - Zmor wyrzucił ją nosem wysoko do góry. Wylądowała mu na szyi, zjechała po szorstkich łuskach i nie spadła tylko dlatego, że Grim chwycił ją za suknię na plecach, aż posypały się koraliki. Podciągnął ją i posadził przed sobą, a Zmor radośnie darł się do gwiazd.

Oczy Grima zalśniły na tle nocnego nieba.

- Nigdy nie widziałem go tak podekscytowanego.

Isla rzuciła mu zdumione spojrzenie.

- Jak to możliwe? Minęło tylko kilka miesięcy. A on...

- Urósł.

Mało powiedziane.

- Chcesz się przejechać?

Nie zdążyła odpowiedzieć - a odpowiedź brzmiała "nie", ponieważ przejażdżka na smoku to również forma latania, a ona nienawidziła latać - bo Zmor uniósł się do nieba, a Grim złapał ją w pasie, żeby nie spadła na ostre skały, które niewątpliwie przerobiłyby ją na miazgę.

Smok wystrzelił pod chmury. Wiatr zdusił jej krzyk.

- Trzymaj się - szepnął jej Grim do ucha, co w praktyce znaczyło, że musi się go trzymać.

Siedziała przodem do niego, z twarzą wciśniętą w jego pierś, nogami oplatając go w talii. Jakby go dosiadała.

Była to bardzo niefortunna pozycja, Isla nie śmiała jednak rozluźnić rąk zaciśniętych wokół jego szyi, skoro alternatywą było uderzenie o ziemię ze sporej wysokości. Skrzyżowała kostki za jego plecami, a on znieruchomiał.

To było takie znajome uczucie. Chociaż żołądek ściskał jej się ze strachu, jednocześnie wypełniał ją żar. Grim zawładnął jej zmysłami. Pachniał mydłem, sztormem i czymś, co kojarzyła tylko z nim. Z trudem się powstrzymała, żeby nie przesunąć wargami po jego szyi i linii żuchwy. On chyba toczył podobną walkę.

Nie. Grim był jej wrogiem. Nienawidziła go.

- Zmor - powiedział w końcu, a jego głos, mroczny szept tuż przy jej uchu, wywołał dreszcz wzdłuż kręgosłupa. Nakazał smokowi wylądować, a ten spełnił polecenie w niezbyt delikatnym stylu, tak że Islę rzuciło do przodu i ich ciała mocno się zwarły. Cicho krzyknęła, Grim zaś wydał niski pomruk.

Kiedy Zmor się obrócił, niezgrabnie zsunęła się na ziemię. Nie mogła mieć pretensji do smoka - był jeszcze taki młody. Wyszczerzył ogromne kły w przerażającym grymasie, który jednak wzięła za uśmiech, ponieważ wciąż widziała w nim tamto bezbronne smoczątko. Pochylił się i otarł o nią łbem, a ona znów wylądowała na ziemi.

Grim przyglądał się temu z pewnej odległości, bezskutecznie tłumiąc śmiech.

- Wciąż nie może przywyknąć do swoich obecnych rozmiarów.

Zmor prychnął, jakby rozumiał jego słowa, po czym zrobił coś, czego na pewno by się nie spodziewała: leniwie przewrócił się na plecy.

Grim cierpiętniczo westchnął.

- Bezczelne stworzenie - zawyrokował. I teraz to on zrobił coś całkowicie zaskakującego: zaczął go drapać po brzuchu.

Zmor z rozkoszy pomachał łapami. Isli opadła szczęka.

Grim wzruszył ramionami.

- Było prościej, kiedy nie przekraczał rozmiarami przeciętnej tarczy.

- A właściwie jak to się stało, że nagle osiągnął rozmiary pagórka?

Grim, nie przerywając, obrócił się do niej.

- Powrót bez ciebie był bardzo trudny - odparł cicho. Ton jego głosu zdradzał, że "trudny" to mało powiedziane. - Tęskniliśmy za tobą. - Spojrzał na Zmora.

- Połączyłeś się z nim więzią - stwierdziła ze zdumieniem, myśląc o więzi łączącej ją z Lynxem.

Przytaknął.

- Tego potrzebował, żeby zacząć rosnąć. Szybko poszło.

Poczuła radość na myśl, że ci dwaj związali się w taki sposób. Że mogli na sobie polegać.

Ale uczucie szybko minęło, bo zaraz sobie przypomniała, dlaczego Grim wrócił bez niej. Odebrał jej przecież wspomnienia. Wykluczył ją ze swoich planów. Podejmował kolejne decyzje, w których jej nie uwzględniał.

Chyba wyczuł zmianę w jej zachowaniu, bo nagle spoważniał. Podszedł do niej i znów zrobił coś zaskakującego. Patrząc jej prosto w oczy, ukląkł i skłonił przed nią głowę. Był tak wysoki, że teraz miał wzrok na wysokości jej piersi.

- Przepraszam - powiedział. - Od powrotu każdego dnia żałowałem, że odebrałem ci wspomnienia. To wszystko stało się z mojej winy. Ale po prostu próbowałem cię chronić.

- Okłamując mnie? - spytała tonem ostrym jak sztylet u jej pasa. - Zmieniając mnie w pionek? Bezwolną marionetkę?

- Ja nie...

- Ależ owszem. Tak właśnie postępowałeś, raz za razem, a ja ci ufałam jak ostatnia kretynka. - Drgnął jak oparzony.

Zamknęła oczy. Chciała zostawić go tak, na kolanach. Chciała powiedzieć, że go nienawidzi.

Ale uświadomiła sobie, że może wykorzystać jego żal.

- Jeśli naprawdę jest ci przykro, przysięgnij, że nigdy więcej nie będziesz knuć za moimi plecami. Przysięgnij, że nigdy nie wcielisz w życie żadnego planu bez mojej wiedzy. Przysięgnij na nasze małżeństwo. - Zacisnęła palce na naszyjniku.

Grim wstał i położył rękę na jej dłoniach dotykających czarnego brylantu, który teraz zawsze był na widoku.

- Przysięgam, serce.

Wiedziała, że słowa niewiele znaczą, ale dostrzegała żal w jego oczach. Wiedziała, jak ważne jest dla niego ich małżeństwo.

Miała nadzieję, że chęć zatrzymania jej przy sobie wystarczy, by go powstrzymać przed zniszczeniem świata.

Mieli współpracować.

- Mówiłeś, że wraz z burzami przybywają groźne istoty. Jakie? I gdzie?

- Jeśli chcesz, jutro mogę cię zabrać w miejsce, które szczególnie dotkliwie ucierpiało.

Kiwnęła głową. Chciała je zobaczyć. Chciała zrozumieć burze i zniszczenie, które ze sobą niosły.

Chciała odwrócić jego uwagę, żeby nie odkrył jej planów. Bo kiedy wracali do zamku na smoczym grzbiecie, bacznie obserwowała jego ruchy. Położenie dłoni. Sposób, w jaki dotykał łusek w milczącym porozumieniu ze Zmorem. I jak schylał się nisko przed wiatrem.

Przyglądała się uważnie, ponieważ właśnie odkryła, jak odnaleźć Cleo.

Grim mógłby przenieść się przez portal do wsi w pół sekundy, ale zapytała, czy nie mogliby wykorzystać do tego celu smoka.

- Nauczyłbyś mnie na nim latać? - spytała od niechcenia, z ciekawością.

Spodziewała się, że Grim ją przejrzy, domyśli się, że musi mieć ukryty motyw, skoro zapragnęła latać na smoku, chociaż poprzedniego dnia o mało nie zwymiotowała. Jednakże tylko się uśmiechnął, a ona poczuła się tak, jakby ktoś jej grzebał nożem we wnętrznościach.

- Oczywiście, serce - odparł.

I znowu ten nóż.

Zmor spał w stajni wybudowanej specjalnie dla niego, po drugiej stronie zamku, z dala od pozostałych zwierząt. Zdaje się, że relokację wymusił pewien incydent. Próba zabawy z resztą zwierząt z udziałem zębów...

Na widok Isli skrzydła smoka radośnie się uniosły. Pochylił głowę, tak że znalazła się na wysokości jej twarzy. I się uśmiechnął.

A potem wypuścił powietrze, a siła podmuchu o mało nie zwaliła jej z nóg.

Grim złapał ją, pewną ręką podpierając jej plecy. Starała się nie skupiać na ruchu jego dłoni, która lekko przesunęła się wzdłuż kręgosłupa, zanim ją puścił.

Kiedy Grim podszedł bliżej, smok nisko schylił głowę, ale nie był to gest uległości, tylko rozkaz. Otóż chciał, żeby go podrapać, a Grim oczywiście posłuchał i pogłaskał miejsce między oczami. Zmor wydał pomruk zadowolenia.

Mroczny spojrzał na Islę.

- Możesz teleportować się na jego grzbiet, za pomocą różdżki, rzecz jasna. Albo wdrapać się, o tak. - Grim lekko i swobodnie zaczął wchodzić po łuskach pokrywających skórę Zmora.

Wydawało się to łatwe. Isla podeszła bliżej i pogładziła to samo miejsce, co przed chwilą Grim. Smok uśmiechnął się szeroko, pokazując zęby niemal tak wielkie jak cała Isla.

Złapała jedną z łusek i się skrzywiła. Poczuła szorstką i twardą powierzchnię. Kiedy smok był mniejszy, łuski były gładkie, niemal miękkie, teraz jednak przypominały mocną zbroję. Po chwili Isla znalazła odpowiedni punkt oparcia i zaczęła się wdrapywać, najpierw do łopatki, a w końcu na grzbiet. Usiadła przed Grimem, pilnując, by zostawić pewną odległość.

- Mogę? - zapytał.

Spojrzała w dół i zobaczyła jego dłonie zawieszone zaledwie kilka centymetrów od jej talii. Kiwnęła głową, a wtedy Grim zacisnął palce na jej biodrach, przyciągnął ją do siebie, aż do punktu, gdzie jego nogi niemal idealnie przylegały do smoczego kręgosłupa.

- Lepiej?

Kiwnęła głową bez słowa, ponieważ nie wierzyła, że jej głos zabrzmi neutralnie w chwili, gdy Grim jej dotykał.

- Trzeba znaleźć odpowiednie punkty oparcia - powiedział tuż przy jej uchu. Jedną dłonią lekko dotknął jej dłoni i przesunął na grzbiet smoka. - Tutaj. I tu. - Objął palcami jej palce i naprowadził. - Ma doskonały słuch. Nie umknie mu żaden rozkaz, nawet przy najostrzejszym wichrze.

Miała nadzieję, że ani smok, ani Grim nie słyszą idiotycznego bicia jej serca, które przyspieszyło, gdy odchyliła się do tyłu i poczuła, że znalazła się dosłownie między nogami Mrocznego.

- Musisz siedzieć tak blisko? - rzuciła ostro, zbyt schrypniętym głosem.

Grim odsunął się bez słowa. Świetnie. Przechylała się do przodu i do tyłu, szukając wygodnej pozycji. Wytarła w spodnie spocone dłonie, po czym położyła je w miejscach, które wcześniej wskazał Grim.

- Ruszaj, Zmorze - powiedziała, dumnie unosząc głowę, gdy poczuła, że jest gotowa.

Spodziewała się powolnego wznoszenia. Kilku chwil, żeby psychicznie się przygotować.

Ale Zmor zrobił tylko jeden krok i wystrzelił prosto w chmury.

Jej żołądek zrobił fikołka, dłonie bezwiednie oderwały się od łusek. Poleciała do tyłu, przez sekundę dryfowała w powietrzu, wstrzymując oddech, a potem walnęła w pierś Grima, a on otoczył ją ramieniem i mocno przycisnął do siebie. Jakimś cudem nie spadał z grzbietu smoka, chociaż mógł się trzymać tylko jedną ręką. Ale nagle Isla zobaczyła ciemną smugę i już wiedziała, że Grim posłużył się cieniami.

- To oszukaństwo - stwierdziła, w panice niemal tracąc dech. Te same cienie przesunęły się w jej stronę, owinęły wokół bioder, delikatnie i z oddaniem, jak przedłużenie ramion Grima.

Mruknął z rozbawieniem.

- Interesująca forma podziękowania. - Pochylił się i dodał z ustami przy jej skroni: - To ty postanowiłaś pozbyć się swoich mocy, Pożeraczko Serc. Nie miej pretensji, że korzystam ze swoich.

Wiatr smagał jej policzki. Zmor obniżył lot, a ona wykorzystała siłę odrzutu, wychyliła się do przodu, z dala od Grima, i położyła dłonie w odpowiednich miejscach. Zdawała sobie sprawę, że kiedy będzie sama jeździć na smoku, cienie Grima jej nie pomogą. Musiała nauczyć się na własnych błędach.

Palce miała śliskie od potu. Uda paliły z wysiłku, bo tak mocno je zaciskała, żeby nie spaść. Oczy łzawiły od prędkości. Zmor lekko się przechylił, a ona spojrzała w dół i zagryzła zęby, żeby powstrzymać mdłości.

Zastanawiała się, jak wyglądała pierwsza przejażdżka Grima na grzbiecie smoka. Mroczny nie należał przecież do cierpliwych osób. Trochę żałowała, że nie mogła tego zobaczyć. Przekonać się, w jaki sposób połączyli się więzią.

Kiedy poczuła się trochę pewniej, odważyła się spojrzeć na skrzydła Zmora.

Były wspaniałe - delikatnie przezroczyste, ogromne, przypominające cienie w przesączającym się przez nie świetle. Smok szybował po niebie gładkim łukiem.

W każdym razie przeważnie, bo kiedy łapali ostrzejszy podmuch, ostro skręcał, by wykorzystać siłę wiatru. Przypominał dziecko bawiące się nowo odkrytą umiejętnością, przechylał się na boki, w górę i w dół. Ramiona drżały jej z wysiłku, tak kurczowo musiała się trzymać. Żołądek robił fikołki.

- Zmorze - powiedział łagodnie Grim - Isla chyba zaraz zwymiotuje, wszystko wyląduje na mnie i w związku z tym będę znacznie mniej skłonny drapać cię po brzuchu.

Smok natychmiast się wyprostował. Przez kilka minut sunął gładko przed siebie, a potem zaczął zniżać lot.

- Pamiętaj, że lądowanie wiąże się z pewnym wysiłkiem - wyszeptał Grim, a cienie znów oplotły jej talię.

- Co...

Ale świst wiatru połknął jej słowa, bo nagle zaczęli spadać. Ciało Isli oderwało się od grzbietu, na chwilę zawisło w powietrzu, ale w końcu cienie zgęstniały i pociągnęły ją na miejsce. Zaparło jej dech - w dole pokazała się ziemia, była coraz bliżej i bliżej.

Skrzydła Zmora rozpostarły się dosłownie na sekundę przed lądowaniem i nagle zaszorowali o glebę, szpony wyrwały fragment podłoża, dokoła wystrzeliły fontanny piachu. W końcu zatrzymali się na skraju jakiejś osady.

Smok obrócił głowę i popatrzył na nich z szerokim uśmiechem.

Grim westchnął cierpiętniczo i przeteleportował ich na ziemię.

Osada składała się z urokliwych domków zbudowanych z kamieni rzecznych lub z drewna. Isla dostrzegła skromny rynek, na którym sprzedawano warzywa z wózków. Dokoła biegło niedokończone ogrodzenie, jakby ktoś w ostatniej chwili zrezygnował. Było tam kilka osób. Stały całkiem nieruchomo, zagapione na przybyszów.

Jeden z mężczyzn wypuścił plony z rąk i rozdziawił usta ze zdumienia na widok Zmora, który przewrócił się na plecy, wprawiając ziemię w drżenie, z nadzieją na porcję drapania po brzuchu. Grim go zignorował.

Cisza, potem krzyki, głównie podekscytowanych dzieci, które zaczęły wyskakiwać przez otwory w niekompletnym ogrodzeniu. Za nimi biegły matki, znacznie mnie uradowane.

Na widok Grima nawet dzieci przystanęły. Wszyscy się ukłonili. Słychać było szepty - "władca".

A potem przenieśli uwagę na Islę. Kolejne szepty. I pokłony. Niektórzy przypatrywali jej się podejrzliwie. U niektórych matek jej widok budził większy strach niż widok smoka za jej plecami.

Przywykła.

Podczas gdy tłumek zamarł w przerażeniu, jedna starsza kobieta bez cienia lęku wystąpiła do przodu, podpierając się czymś na kształt pogrzebacza. Miała srebrne włosy, przenikliwe spojrzenie i życzliwy uśmiech.

- Co was sprowadza do naszej osady? - zapytała donośnym głosem, ani trochę niepasującym do podeszłego wieku.

Grim spojrzał na Islę. Najwyraźniej czekał na jej reakcję.

Wyprostowała się dumnie. Miała na rękach krew wielu ofiar, ale gdyby zdołała powstrzymać burze, uratowałaby setki istnień. Musiała wiedzieć, na co się porywa.

- Mamy... mamy kilka pytań w kwestii burz, które szalały kilka lat temu, oraz bestii, która pojawiła się wraz z nimi. Pamiętacie coś? - Zanim opuścili zamek, Grim udzielił jej potrzebnych informacji. Tę osadę zaatakowała istota, jakiej nikt wcześniej ani później nigdy nie widział.

- Czy pamiętamy? - powtórzyła starsza kobieta. - Nadal znajduję plamy krwi na deskach podłogi.

Isla przełknęła ślinę.

- Chodźcie za mną.

Isla i Grim wymienili spojrzenia. W końcu Isla kiwnęła głową. Ruszyli, odprowadzani spojrzeniami mieszkańców. Kobieta powiodła ich długą piaszczystą drogą. Po chwili dotarli do jej domu. Pokazała plamy na podłodze skromnej kuchni, niewątpliwie szkarłatnego koloru.

- Wlazło przez okno. Zaatakowało mojego męża. Przeżył jakimś cudem, ale kończyn nie zachował w komplecie. Teraz już go nie ma.

- Przykro mi. - Isla się zawahała, po czym spytała: - Jak to coś wyglądało? Ten stwór?

Kobieta wydęła wargi i na jej bladej twarzy pojawiły się zmarszczki.

- Zęby. Tyle zapamiętałam. Mnóstwo zębów. Ostrych... i ciasno wypełniających otwór gębowy. Bestia wyglądała trochę jak cień, pełzała po podłodze.

Grim wyjaśnił, że udało się ją zabić, a zęby sprzedano. Nic się nie zachowało.

Kobieta pokręciła głową i z jękiem opadła na krzesło.

- Zawsze powtarzałam, że te przeklęte burze są coraz gorsze. To zapowiedź końca, mówię wam.

Inni mieszkańcy opowiedzieli podobne historie. Niektóre ofiary zginęły z powodu klątwy, ponieważ w panice wybiegły nocą z domów. Inne poniosły śmierć, zmiażdżone ogromnymi zębami, które w każdej z opowieści wyglądały nieco inaczej.

Większość osób była, oględnie rzecz ujmując, nastawiona znacznie mniej przyjaźnie niż tamta starsza kobieta. Isla widziała, jak się jej przyglądają, gdy nie patrzy, jakby była kolejną bestią, która przybyła je zniszczyć.

Zauważyła też, w jaki sposób patrzą na Grima - nie z lękiem, wbrew temu, czego się spodziewała, lecz z szacunkiem. Niektórzy wykorzystali okazję, by poskarżyć się na różne problemy, a Grim wszystko pilnie notował. Obiecał, że nie zostawi ich bez pomocy. Zamierzał wyznaczyć dworzan, by zajęli się sprawami zwykłych mieszkańców. Isla sama nie wiedziała, czemu ją to zaszokowało, ale tak właśnie było.

Wszyscy, z którymi rozmawiali, byli przerażeni perspektywą kolejnej pory burzowej. Niektórzy popakowali najcenniejszy dobytek i postawili bagaże tuż przy drzwiach wyjściowych. Podczas klątw pod krainą Mrocznych pobudowano tunele umożliwiające przemieszczanie się nocą. Już wcześniej wykorzystywano je jako schrony, ale burze były nieprzewidywalne, zawsze pojawiły się bez zapowiedzi. Zabijały, nim ktokolwiek miał szansę uciec.

W drodze powrotnej Isla wciąż myślała o tym, co powiedziała starsza kobieta. Nazwała ona burze zapowiedzią końca. Te słowa nie dawały Isli spokoju.

Zwłaszcza że zaledwie kilka dni później się zaczęło.