Lifting - Elżbieta Walczak

Kup ebooka

29.99 zł

-
Proszę czekać

5

Ewa we­szła do re­cep­cji In­sty­tu­tu Pro­gra­mo­wa­nia Neu­ro­lin­gwi­stycz­ne­go. Ko­cha­ła prze­strze­nie i wiel­kie biu­row­ce. Mło­dy ochro­niarz od­pro­wa­dził ją do win­dy i otwo­rzył drzwi. Za­py­tał o coś, ale my­śla­mi by­ła nie­obec­na. Przy­ło­żył kar­tę z ko­dem, wci­snął gu­zik i zo­sta­wił ją w prze­szklo­nym po­miesz­cze­niu, ży­cząc mi­łe­go dnia.

Win­da do­wio­zła ją na czwar­te pię­tro.

Mi­le­na Se­rvan­tez cze­ka­ła na nią, nie ukry­wa­jąc za­do­wo­le­nia.

- Wi­tam, bar­dzo się cie­szę z te­go spo­tka­nia. Cze­go się pa­ni na­pi­je?

- Mo­że być ka­wa.

- Nie zna­my się, ale spo­ro o pa­ni wiem. Se­kre­tar­ka po­in­for­mo­wa­ła mnie, że cho­dzi o pro­wa­dze­nie wy­kła­dów w Ma­dry­cie. My­ślę, że to wy­mów­ka. Cho­dzi o coś in­ne­go, praw­da? Gdy­by cho­dzi­ło o wy­kła­dy, zna­ły­by­śmy się już z pew­no­ścią. A za­tem przejdź­my do rze­czy. Co pa­ni wie o neu­ro­lin­gwi­sty­ce? Pew­nie to, co wszy­scy, że moż­na się za­pro­gra­mo­wać na suk­ces i uda­ne ży­cie.

- A moż­na?

- A chce pa­ni? Pro­gra­mo­wa­nie to jed­no, a oko­licz­no­ści, któ­re te­mu to­wa­rzy­szą, to dru­gie. Ale jed­no i dru­gie po­łą­czo­ne w ca­łość mo­że od­mie­nić rze­czy­wi­stość. W swo­jej ostat­niej książ­ce pod­świa­do­mie wy­ko­rzy­stu­je pa­ni te tech­ni­ki.

Ewa zo­ba­czy­ła na biur­ku Se­rvan­tez ka­se­ty mo­ty­wa­cyj­ne jej au­tor­stwa.

- Mo­gę po­słu­chać frag­men­tu? Mam ich mnó­stwo.

- Du­żo osób ko­rzy­sta z te­go w dzi­siej­szych cza­sach. Py­ta­nie brzmi, czy ko­rzy­sta wła­ści­wie? Pro­szę włą­czyć.

Ewa uśmiech­nę­ła się do sie­bie, sły­sząc cie­pły głos Mi­le­ny, mó­wią­cy o tym, że mi­łość za­czy­na się od sie­bie.

- Coś się wy­da­rzy­ło w pa­ni ży­ciu, co chcia­ła­by pa­ni prze­zwy­cię­żyć w so­bie. Ale po­nie­waż ra­cjo­nal­nie prze­zwy­cię­żyć się te­go nie da, po­pro­si­ła pa­ni o spo­tka­nie z fa­chow­cem. Oba­wiam się jed­nak, iż uwie­rzy­ła pa­ni, że zaj­rzę w jej du­szę i wy­le­czę pro­ble­my. Wszy­scy je ma­my. NLP jest tro­chę bar­dziej zło­żo­ne. To są zbio­ry tech­nik ko­mu­ni­ka­cji, na­sta­wio­nych na two­rze­nie i mo­dy­fi­ko­wa­nie wzor­ców po­strze­ga­nia i my­śle­nia. Uprze­dzam, nie da się jed­no­znacz­nie zwe­ry­fi­ko­wać sku­tecz­no­ści NLP.

- Wie­rzę w moc uzdra­wia­nia, po­przez usu­wa­nie przy­czyn - po­wie­dzia­ła Ewa.

- W NLP nie ma przy­czy­ny i skut­ku. Są po­wią­za­nia przy­czy­no­wo skut­ko­we z bodź­cem. Na przy­kład z ob­ra­zem, do­ty­kiem, dźwię­kiem. Nie je­stem sza­ma­nem, to nie ta dzie­dzi­na.

- Ja też prze­czy­ta­łam pa­ni książ­kę z wiel­kim za­in­te­re­so­wa­niem.

- Ja­ki frag­ment naj­bar­dziej pa­nią za­in­te­re­so­wał?

Ewa sku­li­ła się w fo­te­lu, kła­dąc na nim bo­se sto­py.

- Z mi­ło­ścią uwal­niam się od prze­szło­ści - po­wie­dzia­ła, za­cho­wu­jąc się jak ma­ła dziew­czyn­ka, któ­ra wró­ci­ła z po­dwór­ka, skrzyw­dzo­na przez ró­wie­śni­ków.

- Jest pa­ni cho­ra na ra­ka?

- Po­my­śla­łam...

- Że swo­im ży­ciem i my­śle­niem, spro­wa­dzi­ła pa­ni na sie­bie cho­ro­bę. To się na­zy­wa po­czu­cie wi­ny. Ktoś pa­nią skrzyw­dził w prze­szło­ści. Kto?

- Nie po­tra­fię się od te­go uwol­nić, pro­szę mi po­móc. Na­pi­sa­ła pa­ni w swo­jej książ­ce, że przy­czy­ną ra­ka mo­gą być skry­wa­ne ura­zy, żal, no­sze­nie w so­bie nie­na­wi­ści.

- Bar­dzo chce pa­ni wie­dzieć, dla­cze­go jest cho­ra. Lu­dzie ucie­ka­ją od ta­kiej wie­dzy.

W te­le­fo­nie Ewy wy­świe­tli­ła się Kry­sty­na.

- To mo­ja cór­ka.

- Pro­szę ode­brać.

Ewa mia­ła wra­że­nie, że się po­my­li­ła, przy­cho­dząc tu­taj. Chcia­ła wyjść.

- Pro­szę ode­brać - po­wtó­rzy­ła Mi­le­na Se­rvan­tez, kła­dąc rę­kę na jej ra­mie­niu.

Sły­sza­ła już gdzieś ten głos, ale był co­raz bar­dziej od­da­lo­ny. To tyl­ko strach - po­my­śla­ła Ewa.

Jed­nak ten głos nie do­cho­dził z po­ko­ju, tyl­ko z jej gło­wy.

Spoj­rza­ła na te­le­fon, nie prze­sta­wał dzwo­nić.

- Od­bierz w koń­cu - po­wie­dzia­ła Mi­le­na.

***

- Ma­mo, cze­kam pół dnia, aż od­bie­rzesz. Co się z to­bą dzie­je?

- Ca­ły dzień mam do za­ła­twie­nia ja­kieś spra­wy, prze­pra­szam.

- Co jest waż­niej­sze od pię­ciu mi­nut roz­mo­wy ze mną? Przy­je­dziesz do Ma­dry­tu?

- Nie, ale zna­la­złam god­ne za­stęp­stwo, Mi­le­na Se­rvan­tez.

Ewa za­sło­ni­ła rę­ką mi­kro­fon.

- Da się pa­ni jed­nak na­mó­wić na wy­kła­dy w Ma­dry­cie?

- My­ślę, że tak.

- Na­mó­wio­na.

- Su­per ma­mo, uwiel­biam two­je przed­się­wzię­cia. Ale nie od­po­wie­dzia­łaś mi na pro­ste py­ta­nie. Co się z to­bą dzie­je?

- Gdy­by dzia­ło się coś złe­go, wie­dzia­ła­byś pierw­sza.

- Za­dzwo­nię ra­no i bar­dzo cię pro­szę, że­byś nie od­kła­da­ła ni­cze­go na póź­niej, bo chcę cię wi­dzieć w Ma­dry­cie, a nie pa­nią Se­rvan­tez.

- Do­brze, cór­ciu.

***

Ewa za­sło­ni­ła oczy, mia­ła zno­wu za­wro­ty gło­wy. Za­uwa­ży­ła twa­rze w swo­jej gło­wie, któ­re nie mia­ły wy­ra­zu. To by­ły ko­bie­ty, któ­re wie­dzia­ły, że umrą. Chcia­ły prze­ka­zać jej ja­kąś wia­do­mość. Wi­dzia­ła ścia­ny bez okien.

- Pa­ni Ewo, koń­czy­my.

Mi­le­na po­sta­wi­ła przed nią dzba­nek z wo­dą.

- Chcia­ło się pa­ni pić tak bar­dzo, że wy­krzy­cza­ła to pa­ni.

- Tak, pić.

- Mu­si pa­ni od­pu­ścić.

- Co od­pu­ścić?

- Prze­szłość, bo do­pa­da co­raz bar­dziej. Wszyst­ko, co złe, zo­sta­ło za­głu­szo­ne i stłu­mio­ne pięk­ny­mi wi­zja­mi z ka­set. Ale to nie po­wo­du­je ra­ka. Mó­wiąc szcze­rze, prze­ra­zi­łam się tym, co usły­sza­łam. Je­śli już wy­rzu­ci­ło pa­nią na ten brzeg, to pro­szę się za­trzy­mać, bo te wi­zje nie po­zwo­lą pa­ni pójść da­lej. Prze­ra­ża­ją­ce jest to, co wy­da­rzy­ło się na Ibi­zie. By­ła pa­ni ta­ka mło­da, współ­czu­ję. Po­zbę­dzie­my się tych lę­ków, obie­cu­ję.

Ewa ba­ła się, że Mi­le­na usły­sza­ła coś, cze­go ona ni­gdy nie po­wie­dzia­ła­by, nie bę­dąc pod wpły­wem hip­no­zy. Nie wie­dzia­ła, co tak na­praw­dę sta­ło się na Ibi­zie.

4

Cruz le­ża­ła przy­tu­lo­na do Ol­gi i nie mia­ła za­mia­ru wsta­wać, a tym bar­dziej iść do pra­cy.

- Zrób­my so­bie dzi­siaj wol­ne. Co ty na to? - Gła­ska­ła Ol­gę po wło­sach. - Mam złe prze­czu­cia. To wszyst­ko trwa zbyt dłu­go. Nie wie­rzę, że nikt się nie do­my­śla te­go, co się dzie­je w Va­nes­sie.

- Kto miał­by się do­my­ślić? Wszyst­ko jest pod kon­tro­lą.

- Mó­wię tyl­ko, że to trwa zbyt dłu­go.

- Nie za­ro­bisz ty­sia­ka w je­den dzień w tej swo­jej pra­cy, do­brze to wiesz.

- Prze­sta­łam co­kol­wiek czuć. Nie wiem, kur­wa, kim je­stem. - Zdję­ła gło­wę Ol­gi z ko­lan. - Idę pod prysz­nic. Sa­ma. Nie chcę sły­szeć te­raz te­go, co ty my­ślisz, że chcę usły­szeć.

- Ko­cham cię - po­wie­dzia­ła Ol­ga.

- Pro­si­łam.

***

Cruz ubra­ła się i wy­szła.

Przed bra­mą zo­ba­czy­ła nie­bie­skie­go se­ata. Męż­czy­zna od­wró­cił gło­wę, kie­dy prze­cho­dzi­ła obok. Naj­bliż­szy Be­ach Bar był pięć­set me­trów od jej do­mu. Wi­dzia­ła, jak se­at za­par­ko­wał tuż przy wej­ściu.

Zo­ba­czy­ła przy ba­rze Ni­co­la­sa.

- Cześć Ni­co - po­wie­dzia­ła.

- Cześć, po­sta­wić ci coś?

- Fo­ste­ra.

- Ca­łą bu­tel­kę, czy tyl­ko szyb­cio­cha?

- Nie ma Ol­gi, w ta­kim ra­zie ca­łą bu­tel­kę.

Ni­co­las wy­jął z kie­sze­ni zdję­cie i po­ka­zał je Cruz.

- Ta dziew­czyn­ka, to cór­ka za­stęp­cy Pro­ku­ra­to­ra Ge­ne­ral­ne­go. Na­zy­wa się Va­nes­sa Gra­ven. Nie wie­dzia­łaś te­go?

- Przed­sta­wi­ła się, ja­ko Go­sling.

- A ty jej uwie­rzy­łaś?

- Mia­ła pa­pie­ry. Co ro­bi ten se­at pod ba­rem? Facet mnie śle­dzi.

Ni­co spra­wiał wra­że­nie za­kło­po­ta­ne­go. Je­go rę­ka nie po­tra­fi­ła utrzy­mać bu­tel­ki z pi­wem.

- Ro­bi­my krót­ką prze­rwę. - Po­sta­wił bu­tel­kę na ba­rze. - Spa­dam, skon­tak­tu­ję się, po­zdrów Ol­gę.

- Co się dzie­je Ni­co, za­pi­sa­łeś nu­me­ry?

Męż­czy­zna z nie­bie­skie­go se­ata sie­dział przy sto­li­ku, sto­ją­cym przy wej­ściu. Cruz do­pi­ła drin­ka i po­de­szła. Na szyi miał czar­ny ta­tu­aż z na­pi­sem BOR­N1989. Pod­niósł koł­nierz ma­ry­nar­ki i od­wró­cił gło­wę. Nie po­tra­fi­ła do­strzec wy­raź­nie ry­sów je­go twa­rzy. Wy­cią­gnął rę­kę, kie­dy prze­cho­dzi­ła obok nie­go.

- Weź to - po­wie­dział, wsta­jąc od sto­li­ka.

Wło­żył Cruz coś do kie­sze­ni płasz­cza i po­szedł w kie­run­ku to­a­le­ty.

***

Gła­dzi­ła wło­sy mo­kre od desz­czu. Wzię­ła kil­ka głę­bo­kich od­de­chów. Się­gnę­ła do kie­sze­ni, wy­ję­ła pa­pier zwi­nię­ty w kul­kę. Wy­raź­nie czu­ła, że jest w nim coś wię­cej.

ZA GO­DZI­NĘ HO­TEL RO­SAL - prze­czy­ta­ła.

Trzy­ma­ła w rę­ku klucz z nu­me­rem po­ko­ju. Ru­szy­ła w kie­run­ku pla­ży.

Zna­ła to miej­sce. Przez kil­ka mie­się­cy spo­ty­ka­ły się z Ol­gą wła­śnie tam, na po­cząt­ku zna­jo­mo­ści, że­by ukryć się przed świa­tem. By­ła prze­mo­czo­na od desz­czu i łez. Do­tar­ła pod osło­nę dasz­ka. Prze­czy­ta­ła na­pis RO­SAL.

Przy­szła za wcześ­nie. Upły­nę­ło pół go­dzi­ny, a mo­że wię­cej. Mia­ła jesz­cze chwi­lę, że­by się za­sta­no­wić, dla­cze­go tu jest. Za­dzwo­ni­ła do Ol­gi, nie od­bie­ra­ła.

Wpi­sa­ła w Go­ogle BORN 1989. Uka­za­ły się twa­rze ak­to­rów, ak­to­rek, mo­de­li. Zna­la­zła ko­goś po­dob­ne­go w za­kład­ce YouTu­be Star. Wszy­scy by­li te­raz zbyt po­dob­ni do sie­bie. A je­śli to on, to, cze­go chce? Otwo­rzy­ła, Qu­ick Facts: Trzy­dzie­ści dwa la­ta, uro­dzo­ny w Bu­enos Aires. Na dru­gim ro­ku stu­diów, pod­jął pra­cę dzien­ną w stu­diu GMP Ra­dio, a wie­czo­ra­mi pra­co­wał, ja­ko bar­man. Po­znał słyn­ną YouTu­ber - Va­nes­sa Gra­ven - i wkrót­ce za­czę­li spę­dzać ra­zem czas. Przez dwa la­ta jeź­dził z nią w róż­ne miej­sca, ja­ko jej ochro­na. Wkrót­ce otwo­rzy­ła mu oczy na nie­sa­mo­wi­ty świat You Tu­be.

- Kur­wa, cór­ka pro­ku­ra­to­ra.

Wy­sła­ła ese­me­sa do Da­nie­la: HO­TEL RO­SAL. TE­RAZ! PO­KÓJ 25.

***

W re­cep­cji nie by­ło ni­ko­go. Uzna­ła to za do­bry znak. Wbie­gła na scho­dy, ro­zej­rza­ła się, a po­tem na­słu­chi­wa­ła. Dzie­siąt­ki gło­sów, mru­ga­ją­ce świa­tło z po­wo­du bu­rzy, ję­ki ko­biet prze­ży­wa­ją­cych or­gazm, szum desz­czu, spra­wia­ły, że nikt nie był­by w sta­nie roz­po­znać pu­ka­nia do drzwi.

Wło­ży­ła klucz do zam­ka, na­ci­snę­ła klam­kę.

By­ło ci­cho, za ci­cho. Opar­ła gło­wę o ścia­nę. Za­sło­nię­te ża­lu­zje w oknach, wy­sprzą­ta­ny po­kój, nie­tknię­te łóż­ko.

Na sto­li­ku pod oknem sta­ło zdję­cie Va­nes­sy w bia­łej ram­ce. Obok prze­pa­sa­ne czar­ną wstąż­ką zdję­cie Ol­gi. Za­kry­ła usta, że­by nie krzy­czeć. Jej cia­ło osu­nę­ło się po ścia­nie. Usia­dła na pod­ło­dze. Cze­ka­ła. Tyl­ko się do­my­śla­ła.

Za ścia­ną by­ły ko­lej­ne drzwi, z pew­no­ścią od ła­zien­ki.

Szum desz­czu usta­wał.

Wo­kół niej na dy­wa­nie wy­ło­ni­ła się pla­ma od mo­kre­go płasz­cza, a spod drzwi wy­pły­wa­ła stróż­ka krwi. Prze­cze­sa­ła do ty­łu wło­sy, z któ­rych ka­pa­ła wo­da.

Usły­sza­ła gło­sy przed drzwia­mi.

- To tu­taj, pa­ni ko­mi­sarz. Ta ko­bie­ta jest z pew­no­ścią w środ­ku.

- Je­stem sier­żan­tem. Wcho­dzi­my na trzy.

Kie­dy Cruz wy­pro­wa­dza­no z ho­te­lu, wi­dzia­ła mło­dych lu­dzi, tań­czą­cych w po­bli­żu. Po­my­śla­ła, że BOR­N1989 nie jest sam. Śpie­wa­li ra­zem z Ni­ną pio­sen­kę, któ­ra by­ła prze­bo­jem na Ibi­zie Born to li­ve. To by­ła ostat­nia rzecz, ja­ką usły­sza­ła.

Ktoś strze­lił w jej kie­run­ku. Ale to nie mógł być Da­niel. Z pew­no­ścią wie­dzia­ła­by, że to on.

Zga­sła, cał­ko­wi­cie za­gu­bio­na.

3

Da­niel uchy­lił rę­ką drzwi, skrzyp­nę­ły. Przy­zwy­cza­ił oczy do ciem­no­ści, za­nim wszedł. Za­pach wy­mio­cin spra­wił, że za­trzy­mał się na chwi­lę i za­krył rę­ką twarz. Wie­dział gdzie iść, znał dro­gę na pa­mięć. Nic się nie po­ru­sza­ło, po­wie­trze sta­ło w miej­scu. Czuł za­pach mo­czu i stra­chu. Już daw­no miał za so­bą my­śli, że ży­cie mo­że być do­bro­tli­we. Zdzi­wił­by się, gdy­by od­krył, że jest ina­czej. Za­wsze li­czył na to, że ko­muś się w koń­cu uda znik­nąć, kie­dy do­trze do me­ta­lo­we­go, zim­ne­go łóż­ka, któ­re sta­ło pod be­to­no­wą ścia­ną. Nie był­by roz­cza­ro­wa­ny, wręcz prze­ciw­nie, za­czął­by wie­rzyć, że ist­nie­je coś wię­cej po­za ra­cjo­nal­nym my­śle­niem. Ja­kaś si­ła wyż­sza, chcą­ca się prze­bić przez nie­ja­sność.

W koń­cu po­ru­szy­ła rę­ką, uchwy­cił dźwięk w mro­ku. Wie­dział, że da znak i za­ma­ni­fe­stu­je swo­ją obec­ność.

- Pić.

Usły­szał ją, ale jesz­cze nie pod­szedł. Lu­bił na­słu­chi­wać od­de­chów. Oczy przy­zwy­cza­jo­ne do ciem­no­ści, po­tra­fi­ły do­strzec każ­dy szcze­gół. Jej wy­chu­dzo­ne ra­mio­na uno­si­ły się w gó­rę i opa­da­ły.

- Pić - po­wtó­rzy­ła.

- Naj­pierw po­ga­da­my.

Za­pa­lił lam­pę, któ­ra sta­ła tuż przy niej. Wy­star­czy­ło się­gnąć rę­ką, ale ona te­go nie zro­bi­ła. Z pew­no­ścią wo­la­ła mrocz­ność.

Usiadł na drew­nia­nym krze­śle, do­tknął jej roz­pa­lo­ne­go czo­ła, mia­ła wy­so­ką go­rącz­kę. Otarł wy­mio­ci­ny z jej ra­mion, po­tem prze­niósł spoj­rze­nie na ścia­nę i zdję­cia.

Na szaf­ce le­żał po­la­ro­id, pod­niósł go.

- Nie mu­sisz się uśmie­chać - po­wie­dział.

- Co ze mną zro­bisz?

Lu­bił ich od­wa­gę, by­ła atu­tem mło­do­ści.

- Za­zna­czę na pla­nie przej­ścia i śle­pe ścia­ny. Zo­sta­wię na to­bie śla­dy, swo­je ta­li­zma­ny... To wiersz, któ­ry na­pi­sa­łem dla swo­jej uko­cha­nej bar­dzo daw­no te­mu. - Przy­su­nął krze­sło bli­żej. - Bę­dę pi­sać ser­cem, ma­ły­mi szkieł­ka­mi, byś mo­gła wie­dzieć, gdzie je­stem. - Otarł łzę, któ­ra spły­wa­ła po jej po­licz­ku. - Nikt cię tu nie znaj­dzie Va­nes­so. Przy­naj­mniej na ra­zie.

Zro­bił jej zdję­cie. A ona od­wró­ci­ła gło­wę z gnie­wem, jak­by to mia­ło ja­kieś zna­cze­nie.

- Wszyst­kie za­pi­sa­ne zna­ki, bę­dą za­czy­nać się od tej sa­mej li­te­ry: Mon, Man... aż za­pi­szą się w ca­łą księ­gę, któ­rą ozdo­bię mi­nia­tu­ra­mi okre­śleń, ob­ra­zów i wes­tchnień. Tyl­ko ty je od­czy­tasz, więc patrz uważ­nie.

Zno­wu zro­bił zdję­cie. Wstał i wy­jął strzy­kaw­kę, za­pa­ko­wa­ną w fo­lię.

- Nie, pro­szę. Zro­bię, co ze­chcesz.

- Masz na my­śli seks?

Szar­pa­ła się i krzy­cza­ła.

Da­niel wie­dział, co się za chwi­lę sta­nie. Lu­bił ob­ser­wo­wać w ci­szy. Dla­te­go ude­rzył ją w twarz. A ona prze­sta­ła się drzeć.

2

Ewa Do­bla­do nie zmie­ni­ła na­zwi­ska po roz­wo­dzie, głów­nie ze wzglę­du na cór­kę.

Nie wi­dzia­ła Da­nie­la od pięt­na­stu lat. Nie ode­bra­no mu praw ro­dzi­ciel­skich, a po­win­ni. Wal­czy­ła o to dwa la­ta.

Skon­tak­to­wał się z Kry­sty­ną pierw­szy raz, kie­dy skoń­czy­ła osiem­na­ście lat i mo­gła de­cy­do­wać o so­bie. Za­pro­sił ją na Ibi­zę, spę­dzi­ła z nim wa­ka­cje. Po­tem nie po­no­wił już pró­by kon­tak­tu. A Kry­sty­na chcia­ła za­po­mnieć o tym, że jej oj­ciec ży­je.

Szko­ła, któ­rą stwo­rzy­ła Ewa BIZ­NES CEN­TER, by­ła już jed­ną z naj­lep­szych uczel­ni w kra­ju. Nie mo­gła po­zwo­lić so­bie na po­mył­ki zwią­za­ne z nie­od­po­wied­ni­mi part­ne­ra­mi, któ­rych przy­cią­ga­ła ca­ły­mi la­ta­mi, jak lep na mu­chy. Ba­ła się prze­szło­ści i my­śli, któ­re ją osa­cza­ły.

Mo­gła spę­dzać ca­łe dnie w ga­bi­ne­cie stwo­rzo­nym przez sie­bie. Ścia­ny w tur­ku­so­wym ko­lo­rze uspo­ka­ja­ły. Po­dob­nie, jak ka­se­ty mo­ty­wa­cyj­ne, spro­wa­dzo­ne z Ame­ry­ki. Słu­cha­ła ich w wol­nych chwi­lach.

Włą­czy­ła jed­ną z nich, cze­ka­jąc na te­le­fon z Ma­dry­tu. Prze­glą­da­ła się w tym cza­sie w lu­strze, po­pra­wia­ła ma­ki­jaż.

- Ni­gdy nie wi­dzia­łam chy­ba u sie­bie te­go pie­przy­ka. - Zer­k­nę­ła na ra­mię. - Śmiesz­ny, sek­sow­ny.

Zdję­ła z wie­sza­ka zie­lo­ną ma­ry­nar­kę, po­de­szła do biur­ka, wy­ję­ła wi­zy­tów­ki i wło­ży­ła do kie­sze­ni. Uchy­li­ła drzwi, zer­ka­jąc na se­kre­tar­kę.

- Aga­ta, nie prze­łą­czaj do mnie żad­nych roz­mów. Mu­szę się przy­go­to­wać do spo­tka­nia.

Wy­łą­czy­ła afir­ma­cje.

Roz­kła­da­jąc do­ku­men­ta­cję, usły­sza­ła sy­gnał te­le­fo­nu, in­for­mu­ją­cy o ese­me­sie. Mu­sia­ła usiąść, zro­bi­ło jej się sła­bo z wra­że­nia. Prze­cze­ka­ła ten mo­ment.

Gdy by­ła dziec­kiem, mo­dli­ła się w mo­men­tach nie­pew­no­ści. Te­raz, w do­ro­słym ży­ciu by­ła pew­na, że Bóg nie ist­nie­je. Zda­wa­ła so­bie spra­wę z te­go, jak ogrom­ne zna­cze­nie ma spo­sób my­śle­nia. W za­sa­dzie jej zda­niem wszyst­ko od te­go za­le­ża­ło. Wy­ci­szy­ła my­śli i pod­nio­sła te­le­fon.

- Bu­enos Dias, Ewa Do­bla­do de Po­lo­nia. ?Pu­edo ha­blar con el Dr. Swar­ski? Gra­cias.

Cze­ka­ła chwi­lę. Cia­ło od­ma­wia­ło po­słu­szeń­stwa, kie­dy po dru­giej stro­nie ode­zwał się mę­ski głos.

- Pro­sił pan o kon­takt, dok­to­rze. Wo­la­łam za­dzwo­nić od ra­zu. Czy mo­że­my po­roz­ma­wiać te­raz? Je­stem go­to­wa na przy­ję­cie wszel­kich in­for­ma­cji.

Słu­cha­ła te­go gło­su i pła­ka­ła.

- To pew­ne? Nie chcę kon­sul­ta­cji. Do­brze dok­to­rze, bę­dę cze­kać cier­pli­wie. Adios.

Nie by­ła w sta­nie ana­li­zo­wać te­go, co usły­sza­ła.

- Du­pa, wszyst­ko się skoń­czy­ło.

My­śla­ła tyl­ko o tym, że za chwi­lę po­ja­wią się wy­daw­cy, któ­rym mu­si za­pre­zen­to­wać się pro­fe­sjo­nal­nie. Nie zna­ła sie­bie in­nej.

Na kor­ko­wej ta­bli­cy za­pi­sa­ła da­ne, do­ty­czą­ce pro­mo­cji.

Usia­dła na dę­bo­wym krze­śle przy wiel­kim sto­le i sy­mu­lo­wa­ła spo­tka­nie.

- Dzię­ku­ję, że po­świę­ca­cie mi trzy­dzie­ści mi­nut, swo­je­go cen­ne­go cza­su na za­pre­zen­to­wa­nie pro­jek­tu wy­da­nia książ­ki "Ży­we sło­wo w biz­ne­sie". Po­ło­ży­łam przed wa­mi kon­spekt. Chcia­ła­bym, że­by­ście się z nim za­po­zna­li. Ma tyl­ko dzie­sięć punk­tów, a więc ni­ko­go nie za­nu­dzę.

Spoj­rza­ła na ze­ga­rek.

- Ma­ją na to pięć mi­nut - po­wie­dzia­ła do sie­bie. - Książ­ka skie­ro­wa­na jest do biz­nes­me­nów i sprze­daw­ców. Myśl prze­wod­nia: Że­by zo­stać do­brym sprze­daw­cą, mu­sisz przy­jąć, że oso­ba sto­ją­ca na­prze­ciw cie­bie, mo­że pre­fe­ro­wać in­ny spo­sób my­śle­nia, niż twój wła­sny. Że­by jej coś sprze­dać, mu­sisz prze­mó­wić zgod­nie z jej sys­te­mem my­śle­nia, przy­naj­mniej na ja­kiś czas.

Po­now­nie spoj­rza­ła na ze­ga­rek.

- Pre­zen­ta­cja nie mo­że trwać dłu­żej niż dzie­sięć mi­nut.

Za­pi­sa­ła tę in­for­ma­cję w no­tat­ni­ku.

- Za­koń­czyć sło­wa­mi: Ma­kia­we­licz­na mą­drość po­le­ga na mó­wie­niu lu­dziom te­go, co chcą usły­szeć. Mó­wiąc krót­ko: Książ­ka jest o pro­gra­mo­wa­niu my­śle­nia do te­go, aby umoż­li­wi­ło nam osią­ga­nie na­szych ży­cio­wych pra­gnień. Czy są py­ta­nia?

Za­pi­sa­ła czas.

- Przed­sta­wię te­raz pro­jekt umo­wy. Na każ­dej z nich już wid­nie­ją wa­sze na­zwi­ska, na­pi­sa­ne ołów­kiem. Wy­star­czy te­raz po­cią­gnąć pió­rem. My­śli­cie, że to ma­ni­pu­la­cja? Nie, to jest wła­śnie si­ła pod­świa­do­me­go my­śle­nia.

Spoj­rza­ła na ze­ga­rek i zno­wu za­pi­sa­ła czas.

- Okej, zmie­ści­łam się w trzy­dzie­stu mi­nu­tach.

Od­blo­ko­wa­ła te­le­fon. Wy­świe­tlił się nu­mer Kry­sty­ny. Otwo­rzy­ła drzwi ga­bi­ne­tu.

- Aga­ta, zrób mi kaw­kę - po­wie­dzia­ła do se­kre­tar­ki.

- Dzwo­ni­ła Kry­sty­na.

- Wiem. Bez cu­kru. Pre­zen­ta­cja za go­dzi­nę.

- Wiem, że bez cu­kru.

Pro­sze­nie o trze­cią ka­wę by­ło wy­mów­kę, że­by nie pod­jąć pry­wat­nej roz­mo­wy, do­brze o tym wie­dzia­ła.

Pa­trzy­ła przez chwi­lę na te­le­fon, za­nim po nie­go się­gnę­ła.

- Cześć, cór­ciu. By­łam bar­dzo za­ję­ta, nie mo­głam ode­brać.

- Wszyst­ko w po­rząd­ku, ma­mo?

- Wszyst­ko gra. Ogar­niam pro­mo­cję książ­ki. Nie przy­ja­dę na se­mi­na­rium do Ma­dry­tu. Nie bę­dę mia­ła cza­su, prze­pra­szam.

- Nie żar­tuj so­bie, ma­mo. Wiesz, jak lu­dzie ko­cha­ją two­je wy­kła­dy.

- Mu­szę być w Pol­sce. Chcę, że­by książ­ka uka­za­ła się szyb­ko.

- Al­bo jesz­cze szyb­ciej, znam cię. Dla­cze­go na­rzu­casz ta­kie tem­po?

Mia­ła na­dzie­ję, że się nie roz­pła­cze. Ser­ce chcia­ło z niej wy­sko­czyć, ści­ska­ła rę­ką trzę­są­ce się no­gi.

- Nie cho­dzi o tem­po, cho­dzi o czas.

- Masz go mnó­stwo.

- Jak tam se­sja? - Ewa zmie­ni­ła te­mat.

- Ma­mo, dla­cze­go to ro­bisz? Chcę cię wi­dzieć na se­mi­na­rium w Ma­dry­cie. Ha­lo! Po­wie­dzia­łam, że się stę­sk­ni­łam.

- Cór­ciu, mam dru­gi te­le­fon. Za­dzwo­nię póź­niej, do­brze?

Ewa, rzu­ci­ła te­le­fon na so­fę. Ni­gdy nie okła­my­wa­ła swo­jej cór­ki. Po pro­stu nie wie­dzia­ła, jak jej po­wie­dzieć to, co usły­sza­ła od Swar­skie­go.

- Aga­ta, zie­lo­na her­ba­ta!

- Mia­ła być ka­wa.

- Zmie­ni­łam zda­nie. Weź ka­len­darz i po­pro­szę cię do sie­bie.

Żyj tak, jak­by to był ostat­ni dzień, z tych, któ­re ci jesz­cze zo­sta­ły - po­wie­dzia­ła do sie­bie, za­nim we­szła se­kre­tar­ka.

- Jest go­rzej, niż my­śla­łam, praw­da? - Aga­ta po­ło­ży­ła na sto­le ta­cę i do­ku­men­ty. - Wiem, co za­raz pa­ni po­wie: że­bym nie kom­bi­no­wa­ła i za­bra­ła się do ro­bo­ty. Pa­ni Ewo. - Spoj­rza­ła na jej oczy, nie­bie­skie jak Mar Ma­di­ter­ra­neo wo­kół Ibi­zy. - Kie­dyś bę­dzie mu­sia­ła pa­ni od­po­cząć. Nie moż­na się ode­rwać od tych oczu. Przy­dał­by się ja­kiś...

- Pe­nis?

- Seks, bez zo­bo­wią­zań.

- Chcę, że­byś za­pro­si­ła jesz­cze ko­goś. Bę­dziesz mu­sia­ła użyć swo­je­go oso­bi­ste­go uro­ku, bo bar­dzo za­le­ży mi na tym, że­by ta oso­ba po­ja­wi­ła się na spo­tka­niu. Za­pisz - Mi­le­na Se­rvan­tez. Pra­cu­je w In­sty­tu­cie Pro­gra­mo­wa­nia Neu­ro­lin­gwi­stycz­ne­go. Nie patrz tak, jest mi po­trzeb­na. Użyj słów: chcę za­pre­zen­to­wać coś, co pa­nią za­in­te­re­su­je, obo­pól­ne ko­rzy­ści i tak da­lej.

- Obie­cać jej ja­kieś zy­ski?

- Coś mó­wi­łam o zy­skach?

- Spraw­dzam czuj­ność.

- Od­wo­łaj mój tre­ning o osiem­na­stej.

- Pierw­szy raz od­wo­łu­je pa­ni tre­ning od wie­lu lat i chce pa­ni, że­bym uwie­rzy­ła, że wszyst­ko jest w po­rząd­ku?

- O szes­na­stej mam ja­kieś spo­tka­nie w biu­rze, od­wo­łaj je tak­tow­nie.

- Ja­kich słów mam użyć?

- Tak­tow­nych. Skse­ruj mi plan se­mi­na­rium w Ma­dry­cie. Sprawdź, czy wszyst­ko jest go­to­we do pre­zen­ta­cji: lap­to­py, dys­kiet­ki, do­ku­men­ty. A te­raz py­taj, o co chcesz. Masz pięć mi­nut.

- Nie mam żad­nych py­tań.

- Wiem, że masz. Wy­ko­rzy­staj te pięć mi­nut.

- Do­brze. Skąd u pa­ni te dziw­ne na­stro­je ostat­nio? Czy to nie jest przy­pad­kiem brak...

- Pe­ni­sa?

- Po­wie­dzia­ła pa­ni to sło­wo po raz dru­gi w cią­gu pię­ciu mi­nut. Wy­trzy­mu­je pa­ni te wszyst­kie pre­sje sa­ma?

- Pre­sje?

- Aha. Brak cza­su na pry­wat­ność, sa­mot­ność...

- Co cię na­szło?

- Mar­twię się, że jed­na oso­ba bie­rze na sie­bie pro­ble­my ca­łej uczel­ni.

- Mam cie­bie, nie je­stem sa­ma.

- Wszyst­ko pa­ni ob­ra­ca w żart, na­wet w naj­gor­szych mo­men­tach. Da się z tym żyć? Z tym po­zy­tyw­nym my­śle­niem, któ­re jest ilu­zją? Za­py­tam wprost. Co się dzie­je?

- Nic, zu­peł­nie nic. Za­proś Mi­le­nę Se­rvan­tez. Czas mi­nął.

Ewa nie po­tra­fi­ła od­po­czy­wać. Ba­ła się mo­men­tów, w któ­rych jej umysł roz­pa­mię­ty­wał prze­szłość. Ro­bi­ła to za każ­dym ra­zem, kie­dy pró­bo­wa­ła od­ciąć się od te­go, co by­ło. Przy­naj­mniej raz dzien­nie, od pięt­na­stu lat, wal­czy­ła z de­mo­na­mi, któ­re miesz­ka­ły w jej gło­wie. Zaj­mo­wa­ły co­raz wię­cej prze­strze­ni, obar­cza­ły ją pre­ten­sja­mi. A ona chcia­ła żyć tyl­ko chwi­lą obec­ną. Jej ser­ce by­ło prze­peł­nio­ne emo­cja­mi, któ­re prze­ista­cza­ły się i zmie­nia­ły fak­ty.

Za­dzwo­nił te­le­fon, prze­ry­wa­jąc jej roz­my­śla­nia.

- Po tej stro­nie Mi­le­na Se­rvan­tez. Chcia­ła pa­ni ze mną roz­ma­wiać. Ma pa­ni świet­ną se­kre­tar­kę, tak na mar­gi­ne­sie, po­tra­fi pew­nie sprze­dać wszyst­ko. Prze­sła­ła mi e-book pa­ni no­wej książ­ki. Przej­rza­łam go, ale nie mo­gę być na pre­zen­ta­cji. Pro­po­nu­ję ka­wę o osiem­na­stej, u mnie w biu­rze.

- Cie­szę się, to do­bry po­mysł.

- Uzna­łam, że to coś pil­ne­go, sko­ro za­pra­sza mnie pa­ni na pół go­dzi­ny przed wy­da­rze­niem. Okej, nie drą­żę. Je­ste­śmy umó­wio­ne.

Ewa wy­szła z ga­bi­ne­tu, że­by ode­tchnąć in­nym po­wie­trzem. Aga­ta już by­ła w sa­li kon­fe­ren­cyj­nej, roz­kła­da­ła ostat­nie pa­kie­ty umów i pió­ra.

- Je­steś ko­cha­na, Aga­to.

- Wiem i dzię­ku­ję.

- Przy­po­mnij mi, że­by­śmy wy­my­śli­ły ja­kąś ba­jecz­kę na mo­ją nie­obec­ność w Ma­dry­cie.

- Prze­pra­szam, ale nie przy­ło­żę do te­go rę­ki. Dzwo­ni­ła do mnie Kry­sty­na i py­ta­ła, dla­cze­go nie od­bie­ra pa­ni te­le­fo­nów? Mu­sia­łam wy­my­ślić głu­pot­kę, że jest pa­ni bar­dzo za­ję­ta, wręcz nie­osią­gal­na. A prze­cież tak nie jest. Nie chce pa­ni roz­ma­wiać na­wet z nią o swo­im pro­ble­mie. Przy­szły ma­ile z Ma­dry­tu na fir­mo­wą skrzyn­kę. Czyż­by dok­tor Swar­ski się po­my­lił? A mo­że chce, że­by oprócz pa­ni znał dia­gno­zę jesz­cze ktoś, bo wie, że za­tai to pa­ni przed świa­tem.

Aga­ta ode­bra­ła te­le­fon.

- Dzwo­ni je­den z wy­daw­ców. Mó­wi, że nie mo­że do­trzeć na pre­zen­ta­cję, chce za­jąć trzy mi­nu­ty, bo to po­dob­no waż­ne. Nie­ja­ki Sła­wo­mir Ka­miń­ski. Jest na pierw­szym pię­trze. Spu­ścić go ze scho­dów?

Po­czu­ła ulgę. Chcia­ła, że­by Aga­ta wie­dzia­ła, ale tyl­ko ona. Za­ufa­nie lub je­go brak w sto­sun­ku do lu­dzi. Nie. Nie to mia­ła na my­śli.

Kie­dy Ka­miń­ski szedł w jej stro­nę, czu­ła ucisk w ser­cu, jak­by nie by­ło już w nim miej­sca na wię­cej do­znań.

- Dzień do­bry, Sła­wek Ka­miń­ski z wy­daw­nic­twa Si­lver Pro­jekt. Prze­pra­szam, że się po­ja­wiam na kil­ka mi­nut przed pre­zen­ta­cją, ale nie mo­gę do­trzeć...

- To już wiem.

- Nie­ste­ty pil­ny wy­jazd w spra­wach służ­bo­wych do Sa­ra­gos­sy. Mam tyl­ko jed­no py­ta­nie.

- Pro­szę py­tać.

- Czy mo­gli­by­śmy się spo­tkać za dwa dni? Chciał­bym za­pro­po­no­wać coś, co z pew­no­ścią pa­nią za­in­te­re­su­je i da obo­pól­ne ko­rzy­ści.

- Jest pan pe­wien tych ko­rzy­ści?

- Cho­dzi­łem na pa­ni wy­kła­dy.

Uśmie­cha­ła się bar­dziej do sie­bie niż do nie­go, wi­dzia­ła go wie­le ra­zy.

- W ta­kim ra­zie przyj­mu­ję za­pro­sze­nie. Niech pan za­dzwo­ni, jak wró­ci.

Aga­ta pa­trzy­ła na jej twarz, pro­mie­niu­ją­cą szczę­ściem, po raz pierw­szy od bar­dzo daw­na.

- Wszy­scy już są w sa­li kon­fe­ren­cyj­nej - po­wie­dzia­ła.

1

Po­ran­ki na Ibi­zie za­chwy­ca­ją tu­ry­stów. Lu­dzie, któ­rzy tam miesz­ka­ją wie­dzą, że w wie­lu do­mach kry­ją się ta­jem­ni­ce, o któ­rych świat nie chciał­by wie­dzieć. Dla Da­nie­la Do­bla­do od ja­kie­goś cza­su wscho­dy słoń­ca by­ły po­cząt­kiem je­go koń­ca.

***

Kie­dy eki­pa skoń­czy­ła na­gry­wać ostat­nią sce­nę je­go naj­now­sze­go fil­mu, do­pi­jał ko­lej­ne­go drin­ka, zer­ka­jąc na cia­ło Cruz, któ­ra wła­śnie prze­szła obok idąc w kie­run­ku gar­de­ro­by.

Za­sta­na­wiał się, co chcia­ła­by usły­szeć te­raz, w tym kon­kret­nym mo­men­cie. Nie miał o niej naj­lep­sze­go zda­nia. Wie­dział, że wo­li ko­bie­ty, bar­dziej niż męż­czyzn.

Uśmiech­nę­ła się do nie­go.

- Dzię­ki Cruz - po­wie­dział, od­sta­wia­jąc szklan­kę. - Je­steś naj­lep­sza. To bę­dzie hit, wiem to. Je­stem pe­wien.

- Nie czu­ję te­go. To naj­gor­szy dzień w mo­im ży­ciu.

Zmarsz­czy­ła brwi, zdej­mu­jąc oku­la­ry. Pa­trzy­ła, na ja­kiej wy­so­ko­ści jest te­raz słoń­ce. Wo­la­ła nie pa­trzeć na nie­go.

Wy­cią­gnął w jej kie­run­ku rę­kę.

- Wszyst­kim by­ło cięż­ko. Usiądź na chwi­lę, od­wio­zę cię do do­mu. Chcesz pa­pie­ro­sa?

- Wo­lę coś, co po­sta­wi mnie na no­gi.

- Mam w sa­mo­cho­dzie. Prze­bierz się, po­cze­kam na cie­bie.

- Su­per, daj mi kil­ka mi­nut.

Pa­trzył, jak od­cho­dzi: na jej wą­skie bio­dra, gład­kie no­gi i wy­so­kie ob­ca­sy za­ta­pia­ją­ce się w go­rą­cym pia­sku. Na lśnią­ce wło­sy, za­kry­wa­ją­ce ple­cy, na ta­tu­aż smo­ka na le­wym ra­mie­niu, któ­re­go ko­lo­ry mie­ni­ły się w słoń­cu. Za­pa­lił pa­pie­ro­sa i nie po­tra­fił ode­rwać się od te­go wi­do­ku. Od­pro­wa­dził ją spoj­rze­niem do drzwi, po­tem po­szu­kał wzro­kiem Ni­co­la­sa.

Sta­tyst­ki w stro­jach ką­pie­lo­wych do­bie­gły do je­go sto­li­ka, bo wła­śnie ogło­sił ko­niec zdjęć i czas na wy­pła­tę. Śmia­ły się, pró­bu­jąc wcią­gnąć go do wo­dy. Za­parł się, wci­ska­jąc rę­ce w go­rą­cy pia­sek. Od­bie­gły, gdy zo­ba­czy­ły "księ­go­we­go" w czar­nym gar­ni­tu­rze. Męż­czy­zna otrze­py­wał z pia­sku bu­ty od Guc­cie­go, nie ukry­wa­jąc nie­za­do­wo­le­nia.

Da­niel ru­szył w je­go kie­run­ku. Sta­li przez chwi­lę oto­cze­ni pięk­ny­mi ko­bie­ta­mi. Prze­su­nę­li dzień wy­pła­ty. Wte­dy zni­kły idąc w kie­run­ku ho­te­lu.

Da­niel i Ni­co skrę­ci­li w stro­nę par­kin­gu.

- Ni­co, za dwie go­dzi­ny w Va­nes­sie. Weź ze so­bą to­war.

- Ja­sne sze­fie.

Znie­nac­ka po­ja­wi­ła się Cruz. Nie­na­wi­dzi­ła ich obu.

- Cześć Ni­co - po­wie­dzia­ła. - Do zo­ba­cze­nia w Va­nes­sie.

Po­ca­ło­wa­ła Ni­co­la­sa i wsia­dła do pick-upa.

Opu­ści­ła lu­ster­ko, by uma­lo­wać szmin­ką usta.

Da­niel wsiadł do sa­mo­cho­du. Zno­wu za­sta­na­wiał się przez chwi­lę, co chcia­ła­by usły­szeć.

W świe­cie rze­czy­wi­stym daw­no te­mu po­tra­fił być mi­ły. Te­raz ma­ni­pu­lo­wał każ­dym umy­słem. Od­krył w so­bie tę umie­jęt­ność daw­no te­mu. Uznał to za nie­by­wa­ły dar i ta­lent.

Otwo­rzył ko­per­tę, a ona spoj­rza­ła na nie­go.

- Co to? - za­py­ta­ła, cho­ciaż zna­ła za­war­tość.

- Za­wsze za­da­jesz to sa­mo py­ta­nie. - Chciał tyl­ko osią­gnąć swój cel. Po­ło­żył ko­per­tę na jej ko­la­nach. - Pie­nią­dze za in­for­ma­cje. To­war masz w schow­ku.

- Ona bę­dzie dzi­siaj w Va­nes­sie. Jest w wie­ku two­jej cór­ki.

- Ty też kie­dyś by­łaś w wie­ku mo­jej cór­ki.

Cruz zna­ła te ob­sza­ry umy­słu, w któ­rych lu­dzie skry­wa­li swo­je se­kre­ty. Pie­kło in­nych sta­ło się dla nich to­wa­rem wy­mien­nym. Wie­dzia­ła, dzię­ki Da­nie­lo­wi, że da się sprze­dać i ku­pić wszyst­ko: mi­łość, in­for­ma­cje, nar­ko­ty­ki, broń. Na­wet nie­na­wiść. Kon­fron­ta­cje z je­go pod­świa­do­mo­ścią sta­wa­ły się co­raz ła­twiej­sze.

Za każ­dym ra­zem, kie­dy wy­sia­da­ła z je­go sa­mo­cho­du, kon­cen­tro­wa­ła się na ty­le swo­jej gło­wy. Na­słu­chi­wa­ła, czy nie otwie­ra schow­ka, w któ­rym za­wsze trzy­ma broń. Po­tem dłu­go cho­dzi­ła po pla­ży, pa­trząc na do­my swo­ich ma­rzeń, od któ­rych od­da­la­ła się przez to, co czu­ła.

- Spo­koj­nie, nie strze­lę ci w gło­wę. Mo­żesz wy­siąść bez obaw. - Był pe­wien, że wła­śnie to chcia­ła usły­szeć. - Do zo­ba­cze­nia w Va­nes­sie.

Wy­sia­dła, my­śląc o tym, że wła­ści­wym dla nie­go miej­scem jest ce­la wię­zien­na, a nie wil­la z dwie­ma ła­zien­ka­mi i piw­ni­cą, w któ­rej kie­dyś ją gwał­cił.

Mia­ła wte­dy dwa­dzie­ścia je­den lat. By­ła stu­dent­ką, któ­ra przy­by­ła na Ibi­zę, że­by speł­niać swo­je ma­rze­nia. Po tam­tych wa­ka­cjach ba­ła się wró­cić do Ar­gen­ty­ny. Przy­zwy­cza­iła się do prze­mo­cy, uza­leż­nie­nia od nar­ko­ty­ków i te­go sy­fu, w któ­ry wpa­ko­wał ją Da­niel Do­bla­do. W za­sa­dzie, to by­ła mu już wdzięcz­na za no­we ży­cie z Ol­gą.

***

Je­go mrocz­ne wi­zje, za­wsze, roz­pra­sza­ły my­śli o Ewie. Ce­na, ja­ką za­pła­cił za roz­wód, by­ła wy­so­ka. Ibi­za mia­ła być uciecz­ką od wspo­mnień. Nie wie­dział do koń­ca, dla­cze­go tkwi w tym miej­scu od za­wsze. Po­znał tu wie­le Po­lek, ale żad­na nie by­ła tak mą­dra, jak ona. Na­uczył się przy niej słu­chać Brahm­sa.

To nie by­ła od­po­wied­nia chwi­la na my­śle­nie o tym. Na­le­żał do in­nych ko­biet.

Szy­ku­jąc się do wyj­ścia, włą­czył na chwi­lę kom­pu­ter. Przy­glą­dał się fo­to­gra­fiom dziew­czyn, z któ­ry­mi spę­dził ostat­ni mie­siąc. Je­go pa­lec wska­zu­ją­cy za­trzy­mał się na kla­wia­tu­rze. De­bo­ra Mo­re­na - na­pi­sał to imię i na­zwi­sko. - Po­szu­ki­wa­na. - Prze­li­te­ro­wał sło­wa na por­ta­lu in­for­ma­cyj­nym. - Wy­so­ka na­gro­da...

***

Za­mek Va­nes­sa - tak tu­byl­cy na­zy­wa­li ta­jem­ni­cze miej­sce na obrze­żach Ibi­zy.

Da­niel za­par­ko­wał sa­mo­chód na pla­cu. Pod­su­nął pod scho­wek nie­wiel­ką tor­bę, le­żą­cą na przed­nim sie­dze­niu. Ner­wo­wo wrzu­cił do środ­ka wszyst­ko, co w nim by­ło.

Ktoś za­pu­kał w szy­bę.

Po­de­rwał się czuj­nie, wkła­da­jąc rę­kę do kie­sze­ni ma­ry­nar­ki.

- Cześć sze­fie. - Ni­co­las otwo­rzył drzwi. - We­zmę tor­bę, bo cze­ka­ją już na pa­na. Bę­dę tam, gdzie za­wsze. Mi­łej za­ba­wy. Wi­dzia­łem nie­spo­dzian­kę, nie­zła. Ma szef szczę­ście. Nie to, co ja, kur­wa.

- Czy ty mu­sisz ty­le ga­dać Ni­co? Bierz to i spier­da­laj. Wszy­scy pa­trzą.

- Ja­sne.

Ni­co­las ro­zej­rzał się, wzru­szył ra­mio­na­mi, bo nie wi­dział wo­kół ży­wej du­szy. Dał znać rę­ką, że dro­ga wol­na i czas roz­po­cząć za­ba­wę.

Da­niel po­pra­wił wło­sy, prze­glą­da­jąc się w bocz­nym lu­ster­ku.

- Wi­ta­my, pa­nie Do­bla­do.

Odźwier­ny od wie­lu lat słu­żył swo­ją uprzej­mo­ścią i dys­kre­cją. Pa­so­wał do te­go miej­sca. Śnia­da ce­ra, ukry­wa­ła zmarszcz­ki. Si­we wło­sy, do­brze przy­strzy­żo­na bro­da, bu­dzi­ły za­ufa­nie każ­de­go, kto prze­kro­czył próg Va­nes­sy.

- Cześć Jo­el. Znasz cel?

- Po­kój nu­mer dwa­dzie­ścia sie­dem. Za dwie go­dzi­ny. - Po­pra­wił Da­nie­lo­wi kwiat w bu­to­nier­ce. - Ład­nie pan pach­nie, jak zwy­kle. Mi­łej za­ba­wy.

Da­niel sta­rał się nie rzu­cać w oczy. Stał opar­ty o ścia­nę, przy­glą­da­jąc się twa­rzom. Zga­dy­wał, kim są no­wi tu­ry­ści, któ­rzy prze­kro­czy­li próg Va­nes­sy. Ufał swo­jej in­tu­icji.

Ukoń­czył psy­cho­lo­gię, ale nie po to, że­by pro­wa­dzić prak­ty­kę le­kar­ską. W je­go ro­dzi­nie wszy­scy by­li le­ka­rza­mi. Od­ciął się od te­go, kie­dy skoń­czył stu­dia.

Cruz uda­wa­ła, że go nie wi­dzi. Czuł, że przy­cho­dzi tu dla nie­go. Ca­ły czas go ko­cha­ła, uza­leż­nił ją od sie­bie daw­no te­mu. Roz­ma­wia­ła, pod­no­sząc głos i śmie­jąc się, by zwró­cić na sie­bie uwa­gę. Od­kry­ła pierś, jej part­ner­ka Ol­ga, zro­bi­ła to sa­mo. Przy­łą­czył się do nich Ni­co, tu­ląc się do ich ciał, z wy­cią­gnię­tym na wierzch pe­ni­sem. Tak roz­po­czy­na­ła się or­gia, któ­ra trwa­ła ca­ły week­end w Ca­stil­lo Va­nes­sa.

***

Da­niel wszedł do po­ko­ju, któ­ry wska­zał sta­ry Jo­el.

Dziew­czy­na le­ża­ła na łóż­ku. Na­tych­miast otwo­rzy­ła oczy, błysz­cza­ły w świe­tle świec.

- Je­stem oby­wa­tel­ką Ka­na­dy, bę­dą mnie szu­kać.

- Wiem, kim je­steś.

Chciał, że­by po­wie­dzia­ła coś wię­cej, mia­ła sek­sow­ny głos. Ale opu­ści­ła gło­wę, nie pa­trzy­ła na nie­go.

- Mam cór­kę w two­im wie­ku. Ni­gdy nie da­ła­by cia­ła za pie­nią­dze. Do­ra­biasz do wa­ka­cji? - Od­wró­cił jej gło­wę moc­nym szarp­nię­ciem w kie­run­ku swo­jej twa­rzy. - Jest ci smut­no, bo cze­kasz dwie go­dzi­ny?

- Nie jest mi smut­no, spier­da­laj.

- W za­sa­dzie mógł­bym po­wie­dzieć to sa­mo, wy­glą­dasz ma­ło ape­tycz­nie. Za chwi­lę stra­cisz przy­tom­ność, bę­dę mu­siał się to­bą za­jąć. Tak to dzia­ła. Więc bądź mi­ła, bo przez ja­kiś czas za­miesz­ka­my ra­zem.

- Co ty chrza­nisz, po­je­bie?

- Za­pew­niam cię, że nikt ni­ko­go tak dłu­go nie szu­ka. - Pa­trzył na nią ze współ­czu­ciem, gła­dząc jej wło­sy. - Mam na imię Da­niel. A ty?

- Nie rób mi krzyw­dy.

- A ty? - Przy­ci­snął jej twarz do po­dusz­ki.

- Va­nes­sa.

- Da­łaś się na­brać Va­nes­so. Z pew­no­ścią my­śla­łaś, że to miej­sce, to two­je prze­zna­cze­nie. Wie­rzę w ta­kie rze­czy rów­nie moc­no jak ty.

Dziew­czy­na pa­trzy­ła wiel­ki­mi nie­bie­ski­mi ocza­mi na twarz opraw­cy, któ­ra zmie­nia­ła się z każ­dą se­kun­dą.

- Do­sta­niesz te­raz za­strzyk. Kie­dy się obu­dzisz, bę­dziesz już w no­wym do­mu.