Aspirant Wilhelm Zaremba wachlował się melonikiem, a przy nosie trzymał wielką kraciastą chustkę. Nasiąkła ona całkiem zapachami jego kieszeni i wydzielała woń tytoniu i pastylek miętowych Aloe. Lubił tę mieszaninę zapachów i często ją wdychał, aby przypomnieć sobie szczęśliwe chwile dzieciństwa, kiedy wracał spocony z podwórka do domu, a ojciec, dostojny listonosz ze Stanisławowa, ocierał mu pot z czoła chustką, która pachniała miętą i tytoniem.
Teraz trzymał chustkę przy nosie nie po to, by wrócić wspomnieniami do krainy dzieciństwa, lecz by nie dopuścić do nozdrzy odoru, jaki wisiał w pokrytym łajnem i piórami gołębniku.
Źródłem smrodu nie były jednak ptasie odchody, lecz potężne, opuchłe ciało starej kobiety. Zawalało pół pomieszczenia i Zaremba, podobnie jak posterunkowy Socha z komisariatu IV, musiał - aby w nie nie wdepnąć - poruszać się jak baletmistrz pomiędzy rozrzuconymi kończynami martwej kobiety a półkami zajmowanymi przez gołębie.
Zażywnemu Wilhelmowi Zarembie daleko było jednak do tancerza. Chcąc przedostać się na strych przez niskie drzwiczki, stracił równowagę i nastąpił na rękę trupa. Wzdrygnął się na widok napuchniętego przedramienia. Mdłości wywołała w nim zmasakrowana twarz zamordowanej: placek prawie gołej skóry na głowie, otwarte oczy zalane smugami ptasich odchodów.
Poskromił mdłości, przełknął ślinę, przycisnął chustkę do ust i nosa i naparł ramieniem na drzwiczki oddzielające gołębnik od strychu. Po sekundzie z ulgą wciągał w nozdrza zapach prania i krochmalu. Wśród suszących się prześcieradeł stali posterunkowy Socha i niski mężczyzna trzęsący się w kacowych drgawkach. Na widok Zaremby mundurowy zasalutował i zaczął odczytywać głośno swoje notatki.
- "W dniu dzisiejszym ten tu obywatel - Socha wskazał na gołębiarza i z trudem odczytał nazwisko - Soliwoda Tadeusz, lat pięćdziesiąt trzy, wyznanie rzymskokatolickie, pomocnik kamieniarza i hodowca gołębi, zamieszkały Lwów, Skrzyńskiego 6, suterena, znalazł na strychu tejże kamienicy przy tejże Skrzyńskiego 6 zwłoki kobiety... Ostatni raz był tu tydzień temu". Tyle zdążyłem zapisać, panie aspirancie.
Socha zamilkł, nieco zakłopotany kiepskim tempem swojego przesłuchania. Soliwoda bladością mógłby konkurować ze znalezionym przez siebie trupem.
- Niech pan teraz pisze, panie posterunkowy, dalszy ciąg przesłuchania, które ja przeprowadzę. - Zaremba zainhalował się zapachem mydła do prania, a potem nagle zmienił ton i krzyknął na pomocnika kamieniarza. - Tak rzadko przychodzicie, Soliwoda, do tych swoich śmierdzieli?! Raz na tydzień? Do jasnej cholery! Hodujecie gołębie, ale o nie nie dbacie? Wokół tylko smród i gówno! Chcecie zapłacić grzywnę?! Kto wam udostępnił to pomieszczenie na hodowlę?
- Właścicil kaminicy, pan inżynir Szlomo Gasthalter - zajęczał przerażony Soliwoda. - Ja tu si bardzu częstu katulam [7], pani władzuchnu, ali ostatniu to trochi ten tegu. - Uderzył się kantem dłoni w szyję i próbował się uśmiechnąć, ale zaraz na jego oblicze powróciło przerażenie, bo nie znalazł w oczach aspiranta ani śladu zrozumienia dla alkoholowego gestu.
- Wynajmujecie to pomieszczenie? - policjant dopytywał się surowo. - Ile płacicie? Stać was na to? Wie o tym financ?
- Ja za bezdurnu [8], pani władzuchnu. - Soliwoda przestąpił z nogi na nogę. - Pan Gasthalter ta oszczędny, ta i stróża ni ma. Cóś zreperować, węgil zrzucić - to ja, zawszy ja. Pod chajrem [9]! A za to mogi te ptaszki tu trzymać.
I gołębiarz, i posterunkowy Socha byli zdenerwowani. To szybkie przesłuchanie napawało pierwszego strachem, drugiego zaś irytacją, ponieważ nie mógł nadążyć ze sporządzaniem protokołu. Ślinił ogryzek ołówka i drapał nim nerwowo po kartkach notesu. Zaremba machnął ręką, odwrócił się od nich i wyszedł ze strychu na klatkę schodową.
Ponieważ pora była przedpołudniowa, kłębił się tutaj tłumek tylko kilkunastu osób, składający się ze służących i emerytów. Ludzie buczeli i falowali, jednak nie ośmielili się wstąpić na ostatnie półpiętro, gdzie rozpierał się swym imponującym brzuchem drugi posterunkowy z komisariatu IV, niejaki Janiszewski, i skutecznie zagradzał ciekawskim dostęp do miejsca zbrodni. Kilku ciekawskich robotników w fartuchach pobliskiej Drukarni Mieszczańskiej stało też na galeryjkach, które wisiały nad małym podwórkiem, i usiłowało zajrzeć przez szybkę na strych.
- Co to za hałasy!? - rozsierdzony Zaremba wrzasnął w stronę ludzi na schodach. - Proszę cicho mi tu być, wchodzić na górę i identyfikować zwłoki. - Ujrzawszy konsternację na twarzach ludzi, krzyknął, akcentując każde słowo: - Patrzeć, czy ktoś zna zabitą kobietę! Kto słaby na żołądku, niech nie wchodzi! Zrozumiano?
Ludzie kiwali ze zrozumieniem głowami, a Zaremba spojrzał na posterunkowego Janiszewskiego.
- Proszę ich pojedynczo wpuszczać, panie posterunkowy. Mogą stanąć tylko w progu, nie dalej, aby niczego nie zadeptać. Jak ktoś zakaszle i zechce rzygać, to go natychmiast za łeb i na schody! Niech nikt mi tego gołębnika nie zarzyga! No co się pan tak patrzy? Nie ma pan ochoty tam wchodzić? Rozumiem pana. - Pozwolił sobie na nikły uśmiech. - Ja też nie widziałem nigdy podobnej ohydy. Ale tak trzeba. Ta kobieta nie ma przy sobie dowodu osobistego, wygląda na zaniedbaną pijaczkę. Jakiś jej kompan zgłosi zaginięcie, kiedy wytrzeźwieje i zobaczy brak koleżanki. A to może potrwać... A my musimy ją zidentyfikować jak najszybciej, rozumie pan? No to do dzieła, panie posterunkowy!
Wszedł z powrotem na strych. Tam, wśród prześcieradeł, wciąż stali Socha i gołębiarz Soliwoda. Obaj spojrzeli na Zarembę, a w ich oczach widniało to samo pytanie.
- Do domu, Soliwoda! - zaordynował aspirant, odczekał, aż gołębiarz skwapliwie wykona rozkaz i odejdzie w ukłonach, po czym zwrócił się do Sochy: - A pana, panie posterunkowy, poproszę o obejrzenie strychu, dachu i wszystkich drzwi. Musimy sobie odpowiedzieć na pytanie: jeśli zbrodniarz tu nie mieszkał, to jak mógł dostać się na strych i do gołębnika? Tylko niczego proszę nie dotykać!
Socha przystawił drabinę do włazu na dach i zaczął się ostrożnie po niej gramolić. "Same belbasy [10] w tym komisariacie IV" - pomyślał Zaremba, patrząc na jego pękatą sylwetę, i zaraz się zawstydził. Poklepał się ze smutkiem po własnym, też niemałym, bandziochu. Wyzywa w myślach innych od belbasów, a nie dalej jak dzisiaj jakiś mikry batiar, nie wiadomo skąd go rozpoznał na ulicy i wrzasnął nań "spuchlak [11] pulicaj!". Usłyszał kroki na korytarzu, ściszone rozmowy i skrzypienie desek na podeście, z którego wychodziły dwie pary drzwi: jedne na strych, inne do gołębnika. Rozpoczęła się identyfikacja zwłok.
Poszedł do trzecich drzwi - pomiędzy strychem a gołębnikiem - i ukucnął, zaglądając przez szparę. Obserwował twarze ludzi, którzy stawali w progu i z obrzydzeniem spoglądali na zmasakrowanego trupa. Z tych obserwacyj, które czynił bardzo niechętnie na rozkaz naczelnika Urzędu Śledczego podinspektora Hieronima Kocowskiego, nic jednak nie mogło wyniknąć. Zaremba nie był w stanie zaobserwować jakichkolwiek oznak radości lub chorobliwego zainteresowania, jakie mieli rzekomo okazywać sprawcy przestępstw, którzy, jak twierdził doktór Iwan Pidhirny, często przychodzą na miejsce zbrodni. Ten jeden z najwybitniejszych medyków sądowych i znawców psychologii przestępczej zapoznał się z tą i innymi nowinkami na licznych kursach w Warszawie i zaraził nimi skutecznie nowego naczelnika. Zaremba, obciążony nadmiarem obowiązków, był zdania, że jego szef lepiej by zrobił, gdyby zamiast słuchać psychologicznych sugestyj Pidhirnego, przyjął do pracy nowego śledczego. Szef zaś postąpił zupełnie odwrotnie, niż to sobie roił Zaremba. Nie dość, że nie wystąpił do komendanta wojewódzkiego o nowy etat, to jeszcze po pierwszej lepszej awanturze zwolnił policjanta najlepszego z nich wszystkich, komisarza Edwarda Popielskiego.
Edziu - pomyślał Zaremba - rzeczywiście miał niewyparzoną gębę już w gimnazjum, choć przyznać trzeba, że atakował jedynie w ostateczności i potrafił wiele znieść - jak choćby ciągłe upokorzenia od profesora biologii. Po raz pierwszy jednak w kłótni z Kocowskim postawił wszystko na jednej szali - i przegrał. Niepotrzebnie walił prosto z mostu temu fircykowi z odgórnego nadania, co o nim sądzi, niepotrzebnie drażnił go swoimi manierami profesora i najwyszukańszą elegancją, niepotrzebnie wciąż rzucał łacińskimi sentencjami i bez jego zgody pracował tylko wieczorami i nocami. Niepotrzebnie usprawiedliwiał swoje nieregulaminowe godziny pracy padaczką, która na dobrą sprawę według wszelkich przepisów wystarczała, by zwolnić go raz na zawsze z pracy w policji. A teraz Edziu jest wydalony ze służby, zawaleni robotą koledzy Kacnelson i Grabski gonią w piętkę, a on sam musi korzystać z pomocy takich głąbów jak te dwa pampuchy z komisariatu IV i - żaden przecież z niego psycholog! - zajmować się obserwacją potencjalnych sprawców, którzy zawsze niby wracają na miejsce zbrodni.
- Gdzie jest Pidhirny, ten geniusz psychologii!? - głośno powiedział do siebie Zaremba, obserwując przez szparę między futryną a drzwiami, jak z obrzydzenia czerwienieje twarz jakiegoś czeladnika. - Czemu on tu nie siedzi, w tych zasranych drzwiach, i nie wdycha tego smrodu? Już dawno powinien być! Zawiadomiłem go przecież dwie godziny temu, konowała jednego!
- Panie aspirancie, już sprawdziłem wszystkie drzwi i włazy na dach. - Socha nieoczekiwanie pojawił się za plecami Zaremby. - Jeśli nie był mieszkańcem tego domu i nie miał kluczy...
- Czekaj pan! - Zaremba patrzył na ostatniego identyfikującego, robotnika w brezentowej bluzie. - Już, już, posterunkowy. No, mówcie, mówcie!
- Musiał mieć klucze na strych albo otworzyć drzwi wytrychem - ciągnął Socha. - Nie mógł się dostać przez dach, chyba że jakąś drabinką linową... Okoliczne kamienice są wyższe od tej... Ta ma tylko jedno piętro. Drzwi na strych są zamykane na łańcuch i kłódkę od strony klatki schodowej. - Wskazał na kawał żelaza wiszący u futryny. - Nie było na nich żadnego śladu włamania... Jeśli wytrychem, musiał być to dobry włamywacz... Może miał klucz dorobiony...
- A tędy? - Zaremba wymierzył palcem w stronę niskich drzwi prowadzących ze strychu do gołębnika. - Przelazł do sąsiedniego pomieszczenia, tak? Te drzwiczki są zamykane?
- Które?
- No, te małe! - ponownie wskazał na wejście do gołębnika.
- Nie - odparł posterunkowy. - Zawsze są otwarte, jak mówił ten Paliwoda...
- Soliwoda - poprawił go aspirant.
- Tak, zawsze są otwarte.
- A drugie drzwi z gołębnika, prowadzące na klatkę schodową?
- Są zamykane na zasuwę od środka. Może był wcześniej w gołębniku. I czekał na starą...
- Nikt by w gołębniku nie wytrzymał od smrodu. - Zaremba nabrał tchu. - Morderca mógł czekać i siedzieć tylko na strychu...
- Na przykład za tym - Socha wskazał wannę wypełnioną do połowy deszczówką.
- Tak, macie rację. A zatem albo był ze staruchą umówiony, albo ona tu w jakimś celu regularnie przychodziła i się na nią zaczaił. W takim razie ktoś z mieszkańców musiałby ją zidentyfikować.
- Melduję, że nikt nie zidentyfikował zmarłej! - wrzasnął posterunkowy Janiszewski, który od dłuższej chwili stał w drzwiach na strych i przysłuchiwał się rozmowie.
- Ja ją zidentyfikowałem - powiedział znany Zarembie głos. - Doktór Iwan Pidhirny wszedł, najwyraźniej nie zauważony, do gołębnika i teraz, przedostając się na strych, wychylił głowę spod niskiej futryny. - Zidentyfikowałem ją. Może nie jestem geniuszem psychologii, jak to pan raczył zauważyć w swoim monologu przed chwilą, aspirancie Zaremba, może i jestem konowałem, ale... - medyk wynurzył się całkiem z małego otworu i stanął wyprostowany przed policjantem - ale syfilityków w tym mieście to ja znałem kiedyś wszystkich.