Spotkanie Pati z Lichotkami
W okamgnieniu Pati i Krzysiek dotarli na wysypisko w Szmelcu. Zaparkowali kabrioletem Krzyśka na poboczu i zaczęli ostrożnie wspinać się na górę śmieci.
- O rany! - dziwiła się Pati Mamrotka. - Co za ogromna kupa śmieci! Jesteś pewien, skarbie, że musimy tam iść oboje?
Jej liliowa sukienka od projektanta zaplątała się w drucianą pętlę i Pati bezskutecznie próbowała się uwolnić.
- Zamknij oczy i do przodu! - powiedział Krzysiek z uśmiechem, kiedy już wyswobodził ją z pętli.
Pati trzymała Adriana mocno na rękach, bo to naprawdę nie była trasa dla małego psa. Wszędzie walały się zardzewiałe gwoździe i potłuczone szkło.
- Nie zniszcz sobie butów - rzucił Krzysiek.
Pati westchnęła.
Drogę blokowały zatęchłe materace, opony samochodowe i łóżka. Musieli balansować na drzwiach szafy ubraniowej i wspinać się po starych telewizorach i częściach komputerowych.
- Jak tu śmierdzi - mruknęła Pati i przyłożyła chusteczkę do nosa. Adrian próbował wcisnąć swój pyszczek w jej pachę.
- To jeszcze nic. Poczekaj, aż dotrzemy do Lichotków - powiedział Krzysiek, szczerząc się od ucha do ucha.
Przedzierali się dalej.
W końcu doszli do wielkiej sterty pralek i lodówek. Adrian zaczął skomleć. Pati zatrzymała się i zerknęła ostrożnie za róg. Stali tuż przed jaskinią Lichotków.
Krzysiek znów się szczerzył.
- Hm, czyżbym obiecał zbyt wiele?
- O mój Boże, to jest niesamowite! - mruknęła Pati.
Dwoje Lichociątek kucało w kałuży błota i obrzucało się po głowach błotnistymi kulkami. Dziadek-Lichotek leżał w dużej szufladzie komody i głośno chrapał. Tata-Lichotek karmił wielkiego zielonego smoka, który wydmuchiwał w powietrze siarczyste obłoki pary. Z jaskini wydobywał się zaś gęsty dym. Przyczłapała Babcia-Lichotka. W ręku trzymała czerwoną blachę, która pierwotnie była błotnikiem samochodowym. Rzuciła ją na kupę złomu, piętrzącą się obok wejścia do jaskini.
- Cudownie - wyszeptała Pati.
- Co w tym takiego cudownego? - Krzysiek spojrzał na nią z osłupieniem.
- Ta pierwotność! Ta świeżość! Ta dzikość! Widzisz, skarbie, właśnie tego wszyscy szukaliśmy. To jest prawdziwa sztuka!
- No, no - mruknął Krzysiek i wpakował sobie miętówkę do ust.
- Niech to błocko, śluz i szlam! - krzyknęła do nich Babcia-Lichotka. - Czego tu szukacie?
Jedno z Lichociątek cisnęło błotną kulką w stronę Krzyśka, ale na szczęście zdążył zrobić unik.
- Pozwólcie państwo, że się przedstawię! - powiedziała Pati i pokuśtykała chwiejnym krokiem w stronę Babci-Lichotki. - Nazywam się Pati Mamrotka. Handluję dziełami sztuki w Rupieciu. Bardzo mi się podoba wasz dom. Jest naprawdę niesamowity!
- Ropuszańsko! - powiedziała Babcia-Lichotka i puściła bąka. Zawijała właśnie gruby sznur wokół wysokiej wieży śmieci. Chciała w ten sposób jakoś uporządkować ten kram. Bo kiedy się o tym zapomniało, to stos odpadków robił się za wysoki i złom zaczynał lecieć na głowę.
Nagle ktoś odsłonił brudną niebieską zasłonę i z jaskini wyszła Mama-Lichotka.
- Ale ościursko! Uwielbiamy gości! - zawołała. Jej głos brzmiał tak skrzecząco, jak zardzewiała konewka, która umie mówić. - Do diaska smrodliwego, czego się napijecie?
- Bardzo miło z pani strony - broniła się Pati. - Ja dziękuję.
- A co jest? - zapytał Krzysiek zaciekawiony.
Mama-Lichotka uśmiechnęła się do niego.
- Zaflegmiona woda smardzowa. Dzisiaj jest wyjątkowo kwaśna, a wrzuciłam tam jeszcze sporo wysuszonego włosia ze szczotki.
- Nie, dziękuję - powiedział szybko Krzysiek. - Dla mnie jednak też nic. Niedawno piłem świeżą wodę mineralną u Pati.
- Świeżą wodę?! - zawołały z przerażeniem Lichociątka. Wyszły ze swojego bagniska i podeszły zaciekawione. - Świeża woda jest wyjątkowo niebezpieczna. Można po niej dostać kolorowych plam na całym ciele.
Jedno z Lichociątek zaczęło obwąchiwać Pati swoim pękatym nosem i powiedziało:
- Ale śmierdzisz perfumami!
Drugie Lichociątko obwąchało Adriana i stwierdziło:
- Ten też zajeżdża!
Oboje zatykały nos i wykręcały buzie, jakby ugryzły coś słodkiego.
- Jeśli ktoś tu śmierdzi, to na pewno nie ja! - mruknęła urażona Pati. Rano spryskała się swoimi nowiutkimi perfumami. Drogi zapach, trzysta euro za butelkę. - Państwa dzieci są naprawdę urocze - powiedziała do Mamy-Lichotki i próbowała się uśmiechnąć. - Są takie bezpośrednie!
Pati widziała, że Krzysiek znów się szczerzy. Ale kiedy jedno z Lichociątek głośno puściło bąka, od razu zrzedła mu mina.
Adrian skomlał. On też nie był przyzwyczajony do lichocich zapaszków.
Pati podrapała go za uchem i przemówiła do Lichotków słodkim głosem:
- Chyba muszę się lepiej wyrazić. Mogę usiąść? - Nie czekała na odpowiedź, tylko rozsiadła się na starej skrzynce po piwie. - Czy wiecie, czym jest sztuka?
Lichotki spojrzały zamyślone na Pati.
Wtedy pojawił się Tata-Lichotek. Kończył karmić smoka i cały czas podsłuchiwał. Krzyknął głośno:
- Sztuka jest wtedy, jak splunę gwoździem do garnka z odległości trzydziestu metrów!
Teraz włączył się też Dziadek-Lichotek. Nadal leżał w szufladzie, ale już dawno się obudził.
- Moje wiersze to sztuka! - przekrzykiwał pozostałych. - Jestem najlichotszym poetą w całym Szmelcu!
Lśni śluz i szlam zielony,tam w śniegu leży nieco zamglony.Serowa stopa też jest błyszcząca,A sadza nie świeci i dyszy z gorąca!
- Ale teraz nie ma śniegu, dziadku! - zauważyły Lichociątka.
- Macie rację - odparł Dziadek-Lichotek. - W takim razie coś innego:
Kiedy gwiazdeczka nad śmieciami mruga,a księżyc na niebie śmierdziela struga...
Babcia-Lichotka mu przerwała.
- Ja wiem, czym jest sztuka. Dla mnie sztuka to naprawdę dobrze przypalony sernik smrodzony. Artystycznie udekorowany pinezkami i kruszonką z muszli ślimaków.
- Patrzcie! - wykrzyknęła Pati z entuzjazmem. - Każdy ma swoją własną definicję sztuki! A ja za sztukę uważam wasz stos śmieci. Chcę, żebyście zyskali sławę.
- No, no! - powiedziała Mama-Lichotka.
Pati złapała wiatr w żagle i wydawała się bardzo przekonująca.
- Lichocia sztuka! - wykrzykiwała oczarowana. - To jest przyszłość! Wystawię waszą złomową twórczość i osiągniemy olbrzymi sukces!
Lichotki nadstawiały uchorogów i na zmianę rozdziawiały i zamykały usta ze zdziwienia.
- Sprzedam waszą sztukę złomu w dobrej cenie. Możecie stworzyć na zamówienie kilka stosów starych gratów? - zapytała Pati. - Od razu zamówię transport i zawiozą je do muzeum!
Lichotki na początku nic nie odpowiadały. Nieszczególnie podobał im się pomysł odbierania i wywożenia śmieci.
- I tak nie mam czasu na cały ten artystyczny kram - mruknął w końcu Tata-Lichotek i poszedł do garażu. Chciał tam trochę popracować nad swoim nowym wynalazkiem. Majsterkował przy podręcznej wirówce na kurz do mieszkania.
Mamrocząc, Dziadek-Lichotek przekręcił się w szufladzie na drugą stronę i zamknął oczy. Pragnął teraz tylko lichociego spokoju.
Mama-Lichotka wzięła Lichociątka za rękę i wróciła z nimi do jaskini. Najmłodsze Lichociątko zaczęło właśnie płakać. Było głodne i chciało dostać swoją butelkę z rosołkiem na śmieciach.
Pati nie mogła w to uwierzyć. Czy to znaczyło, że jej genialny pomysł wziął w łeb?
- Będziecie sławni! - powtórzyła. - W czym problem?
Ale Lichotki już jej nawet nie słuchały. Tylko Babcia-Lichotka stała jeszcze z Pati i Krzyśkiem. Spojrzała zamyślona na rozczarowaną kobietę. W końcu potarła swój pękaty nos i powiedziała:
- W porządku, do oślizgłej ściery, jeśli tak ci zależy, to zrobię to dla ciebie. Ułożę ci trochę śmieci, zwiążę je sznurkiem, a potem będziesz mogła je odebrać. To wszystko jest bardzo proste, do diaska smrodliwego, przecież nie brak ci u nas rupieci.
I na tym stanęło. Pati i Krzysiek pożegnali się z Babcią-Lichotką i pojechali zadowoleni z powrotem do Rupiecia. Pati chciała wkrótce wpaść ponownie, żeby odebrać dzieła sztuki.
Gdyby Babcia-Lichotka wiedziała, co ją czeka, to z pewnością nic by Pati nie obiecała. To był pierwszy krok w stronę niebezpiecznej przygody.